Paulinho: Dla świata byłem martwy

Ela Rudnicka

1 lipca 2018, 19:30

The Players' Tribune

26 komentarzy

Paulinho podzielił się na łamach The Players' Tribune licznymi doświadczeniami ze swojego życia, m.in. okolicznościami towarzyszącymi jego transferowi do Barcelony, grze w lidze brazylijskiej czy świetnym kontakcie z selekcjonerem reprezentacji Brazylii.

Messi szedł w moim kierunku. To było w czerwcu ubiegłego roku, graliśmy w Australii mecz towarzyski przeciwko reprezentacji Argentyny. Stałem z Willianem i innym zawodnikiem w okolicy piłki, czekaliśmy na rzut wolny. To nie ja miałem go wykonać.

Nagle Messi podszedł do mnie, popatrzył mi prosto w oczy i zapytał: - No to jedziemy razem do Barcelony czy nie?

To wszystko. Nie powiedział nic więcej. Odwrócił się i odszedł.

Nie miałem nawet czasu pomyśleć, powiedziałem po prostu: - Pojadę, jeśli tylko zechcesz mnie zabrać.

Ciężko odciągnąć mnie od gry, sprawić, żebym stracił koncentrację, ale od czasu słów Leo do momentu wykonania rzutu wolnego przez Williana myślałem tylko: "czy mówił poważnie, dlaczego to powiedział? O mój Boże, co się właśnie wydarzyło?".

W tamtym czasie byłem zawodnikiem Guangzhou Evergrande i ciężko byłoby uwierzyć komukolwiek, że Barcelona mogłaby być mną zainteresowana. Myślałem, że Leo po prostu żartował, jakby chciał mnie rozkojarzyć. Ale w końcu graliśmy tylko mecz towarzyski... więc może mówił poważnie?

Po meczu dałem jednemu z ochroniarzy moją koszulkę i poprosiłem, żeby przekazał ją Messiemu. Po chwili wrócił z szatni Argentyńczyków, trzymając koszulkę Leo. Dla mnie.

Wtedy pomyślałem: "co, jeśli to wszystko dzieje się naprawdę?".

Jednak po powrocie do Chin nie było mowy o transferze. Minął miesiąc, zapomniałem już o tym. Cieszyłem się grą. Później, w lipcu, pojawiły się plotki o zainteresowaniu Barcelony moją osobą.

Zadzwoniłem do mojego agenta i powiedziałem: - Na miłość boską, zaraz zwariuję! Powiedz mi, czy to wszystko prawda!

- To skomplikowane. Może tak, może nie - odpowiedział.

Napisałem do Neymara, zapytałem: - Czy to dzieje się naprawdę? Wiesz coś? Niedługo oszaleję.

On też nic nie wiedział przez całe zamieszenie związane z jego transferem do PSG.

Wiadomo, jak to jest z transferami. Nie można nikomu ani niczemu ufać. Dużo się wokół nich dzieje. Poza tym, szczerze mówiąc, dobrze czułem się w Chinach. Dobrze nam się tam żyło z żoną, poza tym nieźle grałem w piłkę.

W sierpniu, tuż przed zamknięciem okna transferowego, wydawało się, że nic już się w kwestii transferu do Barcelony nie wydarzy. W tamten weekend graliśmy o mistrzostwo Chin, zaprosiliśmy nawet przyjaciół z Brazylii.

Wtedy właśnie zadzwonił do mnie mój agent i powiedział: – Umowa gotowa. Musisz tylko przyjechać do Barcelony i ją podpisać.

Nie uwierzyłem. – To dzieje się naprawdę? Barcelona zapłaciła? Żartujesz sobie ze mnie?

– Nie, nie, nie. To wszystko prawda. Jutro musisz być na miejscu.

Wspominałem, że to było o czwartej nad ranem?

Tak, była wtedy czwarta.

Miałem jednak wątpliwości. – Nie mogę. Są tu moi przyjaciele z Brazylii. Poza tym jest czwarta nad ranem.

On odparł: - Ale to Barça! Zabierz przyjaciół ze sobą. Po prostu wsiadaj w następny samolot!

Spakowałem się i pojechałem na lotnisko. W drodze pomyślałem: "Messi tam będzie!".

Jeśli myślicie, że mój transfer do Barcelony to szaleństwo, to znaczy, że nie znacie mojej historii. To był rozdział 10. Wszystko, co wydarzyło się wcześniej, wydaje się o wiele bardziej nierealne.  

W wieku 19 lat zrezygnowałem całkowicie z gry.

Przez około miesiąc miałem depresję, nie wychodziłem z domu. To było lato 2008. Messi był już blisko zdobycia trypletu z Barceloną, a ja siedziałem na kanapie, rozmyślając o tym, co będę robił przez resztę życia. Wróciłem właśnie do São Paulo po krótkim i traumatycznym czasie gry na Litwie i w Polsce.

Na początku podobało mi się na Litwie. Grałem w Wilnie, to bardzo ładne, średniowieczne miasto, często widzi się takie w filmach. Było zupełnie inaczej niż w Brazylii, nie mówiłem też po litewsku, ale wszystko było w porządku. Pewnego dnia, kiedy szedłem przez miasto z Rodneyem, spotkaliśmy grupę mężczyzn. Byli agresywni i... W dalszym ciągu nie lubię o tym mówić… Zaczęli imitować zachowanie małp. Dręczyli nas.

A my nie zrobiliśmy przecież nic złego. Szliśmy po prostu do piekarni.

Po raz pierwszy w życiu doświadczyłem wtedy takich przejawów rasizmu. Później niestety było tego więcej. Ludzie na ulicach podchodzili, próbowali nas sprowokować. Wyzywali nas. Podczas meczów kibice przeciwnych drużyn naśladowali małpy albo rzucali w nas monetami.

Wiedzieliśmy jednak, że nie jesteśmy u siebie, staraliśmy się to akceptować i żyć dalej. Ale nikt nie zasługuje na takie traktowanie. Po zakończeniu sezonu pojechałem do Polski, ale dalej byłem zraniony. Czułem się samotny. Wyjechałem z Brazylii w wieku 17 lat, chcąc zapewnić mojej rodzinie lepsze życie. Jednak do domu wróciłem zawiedziony, rozczarowany piłką nożną.  

Powiedziałem rodzicom, byłej żonie i agentowi: - To koniec.

I wiecie, co na to moja była żona? To ona uratowała moją karierę. Odparła: - Rzucisz piłkę? Przecież nie umiesz robić nic innego. Nie umiesz nawet wymienić żarówki!

- Nauczę się! To nie może być takie trudne!

Nie rezygnowała jednak. – Pomyśl o rodzicach. To byłby brak szacunku wobec nich i wszystkiego, co ci dali.

Miała rację. Odkąd skończyłem pięć lat i biegałem z piłką po ulicy, moja mama zawsze była po mojej stronie. Jako dziecko uwielbiałem grę do tego stopnia, że nie mogłem spać w nocy. Patrzyłem w sufit, myśląć: "Ach, nie mogę się doczekać jutra, chcę znowu grać!". 

Po przykrych doświadczeniach w Europie zmieniłem nastawienie do piłki. Wiedziałem jednak, że rezygnacja z gry sprawiłaby przykrość moim rodzicom, więc zdecydowałem, że rozegram jeszcze jeden sezon. Od nowa rozpocząłem moją karierę w barwach Pão de Açúcar, w brazylijskiej czwartej dywizji. Warunki były trudne. Przemieszczaliśmy się autobusem z miasta do miasta, czasami taka podróż trwała nawet osiem godzin, a temperatura wynosiła ponad 40 stopni. Na początku mówiłem sobie: - Nie uda ci się. Musisz nauczyć się budować domy albo robić coś innego, z tego na pewno nic już nie wyjdzie.

Ale powoli, naprawdę powoli... trenując, grając codziennie, wyeliminowałem wszystkie negatywne uczucia i znowu poczułem się szczęśliwy. Z czwartej dywizji udało mi się wejść do  drugiej, a później do pierwszej, z Corinthians.

To właśnie tam poznałem człowieka, który zmienił moje życie. Stał się dla mnie drugim ojcem. To Tite. Wzruszam się, kiedy o nim mówię. Łączy nas coś więcej niż piłka. On patrzył na mnie i wiedział, czy wszystko w porządku, czy może coś było nie tak. Słowa były niepotrzebne.

Opowiem zabawną historię, która świetnie opisuje naszą relację. W 2011 r. po świetnym sezonie i zdobyciu mistrzostwa z Corinthians wielu zawodników otrzymywało ciekawe oferty. Mną zainteresował się wtedy Inter Mediolan.  

Włosi chcieli jednak uzyskać moją odpowiedź w ciągu 15 minut. To było tuż przed treningiem, pobiegłem więc do Tite, powiedziałem mu, co się dzieje i że mam wątpliwości: – Nie wiem… To Inter. To jeden z najlepszych klubów na świecie.

Tite powiedział: - Decyzja należy do ciebie. Wolałbym, żebyś został, ale to twoje życie. Idź do szatni i pomyśl o tym. Kiedy podejmiesz decyzję, przyjdź na boisko. Jeśli zechcesz zostać, wykonaj ten gest (kciuk w górę), a jeśli odejść, ten (kciuk w dół). Wtedy będę wiedział.

Zadzwoniłem do agenta, przekazałem mu decyzję, a on zapytał: - Jesteś pewien?.

- Tak, jestem.

Wyszedłem na boisko, odczekałem dwie sekundy, żeby stworzyć napięcie, i pokazałem Tite uniesiony w górę kciuk.  

On westchnął i oznajmił: - O Boże, myślałem, że wyjedziesz!

Z Tite pracowałem cztery lata w Corinthians. To był złoty czas w moim życiu i pracy. Kiedy później wyjechałem do Londynu, żeby grać w Tottenhamie, przechodziłem przez ciężki okres, wiele osób straciło wiarę we mnie. Tite jako jedyny zawsze wierzył.  

Chciałbym również wyjaśnić pewne nieścisłości zw. z moim pobytem w Londynie. Nie mogę powiedzieć złego słowa o klubie, sztabie ani prezesie. To prawda, to był dla mnie, jako zawodnika, ciężki okres. Czasami nie miałem siły wychodzić z mieszkania, tak bardzo się stresowałem. Dla piłkarza brak możliwości gry to coś strasznego, czujemy się wtedy jak ryba bez wody. Miałem wrażenie, że się duszę. Z pewnych powodów Mauricio Pochettino nie widział mnie w składzie. Chyba nie pasowałem do jego filozofii. Ale nigdy się nie pokłóciliśmy. Pewnego dnia poszedłem do prezesa klubu i powiedziałem, że jeśli któryś z klubów jest gotowy zapłacić za mnie mniej więcej tyle, ile Tottenham wydał na mnie, to chciałbym do niego przejść. Władze podeszły do tego bardzo profesjonalnie.

W lecie klub dostał ofertę od Guangzhou Evergrande, a ja uznałem: - Dlaczego nie?

Wszyscy znajomi myśleli, że zwariowałem.

Pisali: - Chiny? Co będziesz tam robił?

- Tak, Chiny! Zobaczymy!

Żyję według zasady, którą przekazał mi kiedyś Dani Alves. Przechodziłem wtedy trudny okres. Powiedział mi: - Jesteśmy tylko bawiącymi się w deszczu dziećmi. To nic, jeśli coś pójdzie nie tak. Czy to koniec świata? Nie, stary. Po prostu trzeba znaleźć inny klub.

Przez całe życie gram w piłkę. Jeśli czegoś się przez ten czas nauczyłem, to tego, że trzeba czerpać z pracy radość. Musisz wieczorem kłaść się spać z myślą: "nie mogę doczekać się jutra, chcę znowu grać".

Tylko w takich warunkach można grać. Jeśli nawet jesteś zawodnikiem najlepszej ligi świata, ale jesteś nieszczęśliwy, to po co to wszystko? Wszyscy wróżyli mi koniec kariery, kiedy pojechałem do Chin, ale... przecież kiedy grałem w brazylijskiej czwartej lidze, nikt nawet nie wiedział, kim jestem. Byłem w grobie. Martwy dla świata.

Miałem więc grać w Chinach dla Felipe Scolariego? Brzmi nie najlepiej? Mnie cieszyła ta perspektywa.

Oczywiście nie marzyłem wtedy o grze na kolejnych mistrzostwach świata. Nie marzyłem o grze w Barcelonie. Chciałem po prostu dobrze grać, codziennie. Bardzo się ucieszyłem, kiedy w 2016 r. ogłoszono Tite selekcjonerem reprezentacji Brazylii. Zasłużył na to. Wcześniej, jako zawodnik Corinthians, mówiłem mu: - Zawsze mówisz o zawodnikach, którzy na coś zasługują. Ja wiem, że ty zasługujesz na to, żeby kiedyś trenować reprezentację.

Jednak, szczerze mówiąc, nie liczyłem na jego telefon.

Pewnego dnia wysłał swojego syna, Matheusa, do Chin. Miał zobaczyć, jak gram, bo mojej drużynie całkiem nieźle wtedy szło, zdobywaliśmy kolejne puchary. Myślę, że był po prostu ciekawy, jak mi tam idzie. Cała ta sytuacja była wręcz komiczna. Przed jego przyjazdem powiedziałem żonie: - Barbara, zrób wszystko, żeby Matheus dotarł na mecz, proszę. Są straszne korki i czasami ciężko dojechać na stadion, a on musi mnie zobaczyć.  

Z jakiegoś powodu nie było jednak wolnych taksówek, przyjechali więc na mecz tuk-tukiem. To było szalone. Nie starałem się grać w jakiś specjalny sposób. Grałem tak jak zawsze, bo pomyślałem: - Oni mnie przecież znają.

Po meczu czekałem... i czekałem... nie licząc na nic. Po kilku tygodniach dostałem jednak powołanie na mecze kwalifikacyjne mistrzostw świata.

Media zastanawiały się: - Ale jak to, dlaczego Tite zadzwonił do Paulinho? Przecież on jest w Chinach!

Dzięki Tite dostałem szansę, żeby pokazać światu, że mimo wszystko nie jestem martwy. Myślę też, że podczas kwalifikacji wiele razy udowodniłem swoją wartość. W piłce nożnej, wszystko dzieje się w ułamku sekundy. Nie jestem może jednym z najlepiej wyszkolonych technicznie zawodników, ale zawsze w tych ułamkach sekund pokazywałem się z jak najlepszej strony. W piłce wszystko dzieje się tak szybko, że nie masz nawet okazji się zastanowić. Musisz po prostu być. I wykorzystać okazję.

Tite często żartował. Patrzył na wszystkich niesamowitych piłkarzy, Neymara, Coutinho czy Marcelo, i mówił: - Zawsze kiedy atakujemy, musicie być przygotowani, mimo że wiemy, że piłka zawsze trafi do Paulinho.

Śmiali się, że piłka zawsze znajduje mnie w jakiś magiczny sposób.

Ja powiedziałem wtedy: - Nie! Zawsze mówisz o zasługiwaniu na coś. Trzeba tam być i strzelić!

Kiedy zostałem powołany do składu na mistrzostwa świata, cieszyłem się nie tylko ja, ale cała moja rodzina.

Chcę również podzielić się czymś, o czym mało kto wie. Wiele osób patrzy na mnie z zewnątrz i mówi: - Wow, przeszedłeś z chińskiej drużyny do Barcelony. To niesamowita historia. To cud.

Tak naprawdę po przejściu do Barcelony przeżyłem jeden z najgorszych momentów w życiu. Barbara była wtedy w ciąży z bliźniakami. Miały się urodzić w grudniu, tuż przed świętami Bożego Narodzenia. Jednak pewnego dnia w październiku powiedziała mi, że czuje bardzo silny ból i poprosiła, żebym natychmiast zabrał ją do lekarza. Nigdy nie lubiła szpitali, starała się ich unikać, wiedziałem więc, że musiało być naprawdę źle.

Kiedy dotarliśmy do szpitala, zrobili jej badania, po czym zabrali ją na intensywną terapię. Mimo że był to dopiero 28. tydzień ciąży, bliźniaki chciały już przyjść na świat. To było bardzo niebezpieczne. Lekarze chcieli opóźnić poród o ok. dwa tygodnie, żeby poczekać, aż płuca dzieci rozwiną się

Pamiętam, że dzwoniłem do rodziców do Brazyli i zastanawiałem się: - Co się z nimi stanie? Przeżyją?

To było przerażające.

Ale moja żona to typ wojownika. Poczekała jeszcze siedem dni... 14... 20...

Przez wiele nocy spałem w fotelu. Dniami musiałem jednak grać. 30 października wyjechałem do Grecji, gdzie rozgrywany był mecz Ligi Mistrzów przeciwko Olympiakosowi. Musiałem wsiąść do samolotu.

Tamtego wieczora zadzwoniła Barbara i powiedziała, że na świat przyszła nasza córka Sofia i syn Zé Pedro.

Barbara wytrzymała 21 dni. Płakałem cały czas. Chciałem być z nimi, zobaczyć, jak przychodzą na świat. Ale ważne, że się urodziły i były z nami. Tylko to się liczyło.

Przez dwa miesiące bliźniaki musiały zostać w inkubatorze. Nie były wystarczająco silne, żeby wrócić z nami do domu. Wtedy piłka prawie się nie liczyła. Wszyscy mówili o tym, jak dobrze gram, ale prywatnie był to dla mnie bardzo ciężki czas. Czasami, kiedy przygotowywałem się do  treningu, myślałem o moich dzieciach podłączonych do rurek w szpitalu.

Chciałbym bardzo podziękować żonie, wiele jej zawdzięczam. Była bohaterką. Ja grałem tylko w piłkę. Ona walczyła o życie naszych dzieci. To niewyobrażalne, ile siły ma w sobie matka, kiedy życie jej dzieci jest w niebezpieczeństwie.  

Sofia i Zé Pedro przyjechali do domu 23 grudnia.

To najlepszy prezent bożonarodzeniowy, jaki kiedykolwiek dostałem.

Ludzie słyszą moją historię i mówią: - Przeszedłeś z ligi chińskiej do Barcelony. Jedziesz na mistrzostwa świata. Jak to wyjaśnisz?

Nie wiem. Piłka nożna obfituje w lepsze i gorsze momenty. Jest nieprzewidywalna. Czuję, że pod wieloma względami jestem tym samym piłkarzem, co wtedy, kiedy jechałem do Chin. Przejście do Barcelony to coś niesamowitego, ale to nie cud. To nie była kwestia życia i śmierci. To tylko piłka nożna.

O cudzie mówię na przykład wtedy, kiedy wracam do domu po meczu i, bez względu na jego wynik, dzieci patrzą na mnie, a ich spojrzenie mówi: „Cześć, tato”.

REKLAMA

Poleć artykuł

Komentarze (26)

Aby dodawać komentarze, musisz być zalogowany.
Uwaga: Ze względu na ochronę prywatności, komentarze nie ładują się automatycznie. Kliknij przycisk poniżej, aby je wyświetlić.
Załaduj komentarze