Zwycięstwo na Wembley pozwoliło uspokoić nerwową atmosferę, w której media zaczęły już pisać o kryzysie Barcy. Dobry start w Lidze Mistrzów szybko jednak odejdzie w niepamięć, jeśli Barcelona nie potwierdzi dziś wieczorem wysokiej formy. I nie chodzi tylko o wynik, ale o zaprezentowanie jakości i pomysłu na grę, którego w pierwszych kolejkach sezonu wyraźnie brakowało.
Wyczerpany Leo Messi, zlany potem Arthur, cudowna bramka Rakiticia i trzy asysty Alby – takie obrazki pozwoliły znów uwierzyć, że ten zespół może walczyć o najwyższe cele. Malkontenci powiedzą, że Tottenham był poważnie osłabiony, a defensywa Barcelony po raz kolejny zawiodła, i trudno dyskutować z tymi argumentami. Niemniej wreszcie mogliśmy oglądać drużynę zrównoważoną i szybką w rozegraniu, która w każdej sekundzie może zdobyć bramkę. Dziś wieczorem czas na powtórkę, ponieważ intensywność spotkań na Mestalla niewiele odbiega od tej, jaką widujemy w Lidze Mistrzów.
Niepokój w Walencji
Wyniki Realu i Barcelony sprawiły, że budowane na przełomie sierpnia i września teorie o „lidze dwóch drużyn” legły w gruzach, a w ich miejsce pojawiły się analizy kryzysu, jaki dopadł gigantów. Odrodziło się Atlético, które było już skreślone z listy kandydatów do tytułu mistrza Hiszpanii, i obecnie za największe rozczarowanie uznawana jest Valencia. Los Che po siedmiu kolejkach spotkań mają zaledwie osiem punktów na koncie i trzy oczka przewagi nad zamykającą tabelę Huescą. Podopieczni Marcelino w ostatnich sześciu meczach zwyciężyli tylko raz, a co gorsza zaledwie dwukrotnie wpisali się na listę strzelców. Marnym pocieszeniem jest w takiej sytuacji solidna postawa defensywy, która pod względem straconych goli jest jedną z najlepszych w lidze.
Trzeba jednak pamiętać, że Mestalla prędzej czy później odzyska miano twierdzy, której zdobycie kosztuje bardzo dużo wysiłku i jest w zasięgu niewielu zespołów w LaLidze. Nawet w okresie kryzysu Valencii komplet punktów z jej stadionu wywiózł jedynie Juventus, co powinno dać do myślenia. Podobnie jak historia meczów Barcelony na Mestalla. Katalończycy w ostatnich dziesięciu latach przegrali tam tylko raz, ale podziałem punktów zakończyło się aż osiem spotkań. Goście odnieśli pięć zwycięstw. Jeśli spojrzymy tylko na tę statystykę, możemy dojść do wniosku, że remis jest dziś jak najbardziej prawdopodobny. Tym bardziej, że gospodarze potrzebują punktów nawet bardziej niż prowadząca w tabeli Barcelona.
Nieprzekonujący lider
Podopieczni Ernesto Valverde są w tym sezonie nie tyle nieregularni, co po prostu nieprzekonujący. Większość spotkań rozegranych do tej pory przez Blaugranę wyglądała podobnie – powolnie rozgrywane akcje ofensywne i problemy w obronie, tuszowane w dużej mierze jakością kluczowych zawodników. Dopiero mecz na Wembley przypomniał, że wciąż mówimy o Barcelonie, która potrafi odebrać rywalowi radość z gry w piłkę. Liczba wykreowanych okazji musiała zrobić wrażenie i nawet głupio stracone dwa gole nie mogły zepsuć tamtego wieczoru. Teraz jednak wraca liga i ten poziom trzeba przenieść na krajowe boiska.
Różnica między Barceloną z rozgrywek europejskich a drużyną z trudem utrzymującą pozycję lidera w lidze jest zauważalna. Przede wszystkim brakuje intensywności, która charakteryzuje mecze w Lidze Mistrzów. Jeśli dodamy do tego problemy ze znalezieniem równowagi w ustawieniu 4-3-3, to nic dziwnego, że pomimo słabszej formy Realu i Atlético Barcelona nie potrafiła zbudować przewagi punktowej. Niewykluczone, że krokiem we właściwą stronę jest rezygnacja z ofensywnego systemu z Dembélé na lewym skrzydle na rzecz jedenastki z Arthurem w linii środkowej i wyżej ustawionym Coutinho. Na wyciąganie wniosków jest jednak jeszcze za wcześnie.
Przegrany zapłaci wysoką cenę
Dzisiejszy pojedynek to oczywiście tylko kolejne spotkanie ligowe, na dodatek w początkowej fazie rozgrywek. Mimo to stawka wydaje się zdecydowanie wyższa niż tylko trzy punkty. Cel Barcelony jest oczywisty – utrzymać pozycję lidera i zwiększyć przewagę nad Realem. W innym wypadku znów rozgorzeje dyskusja na temat przyczyn kryzysu i możliwych konsekwencji w postaci zmian personalnych. Tymczasem ewentualna porażka gospodarzy może oznaczać prawdziwe trzęsienie ziemi w Walencji. Jedna wygrana w ośmiu meczach ligowych to byłby bowiem wynik trudny do wytłumaczenia, zwłaszcza po udanym minionym sezonie. Jeśli jest się ponad 2000 km od pola dzisiejszej bitwy, łatwiej zachować spokój. Tym bardziej, że pogrążona w kryzysie Valencia po ewentualnym zwycięstwie będzie zaledwie o jedną wygraną za Realem i Barceloną, a do rozegrania zostanie jeszcze 30 kolejek. I dopiero w tej perspektywie trzy punkty ponownie ważą tylko trzy punkty.
Komentarze (18)