Samolot, którym wczoraj piłkarze Barcelony lecieli do Mediolanu, miał godzinę opóźnienia. To jednak nic w porównaniu do wydarzeń z 2010 roku, kiedy to odbył się ostatni mecz Interu z Barçą na Giuseppe Meazza.
W połowie kwietnia 2010 roku, tuż przed półfinałem Ligi Mistrzów, w którym Barcelona miała mierzyć się z Interem Mediolan prowadzonym przez José Mourinho, chmura pyłu z islandzkiego wulkanu sparaliżowała transport lotniczy w Europie. Zmusiło to Barçę do podróży do stolicy Lombardii autokarem tuż po emocjonujących derbach z Espanyolem. Tyle godzin spędzonych w podróży, z nocnym przystankiem w Cannes, nie było w planie zawsze dobrze zorganizowanego Pepa Guardioli.
Barcelona dotarła do Mediolanu, jednak pierwszego meczu półfinałowego z Interem nie mogła zaliczyć do idanych. Nerazzurri byli wierni filozofii swojego trenera, a ich głównym egzekutorem był Diego Milito. Włosi wygrali 3:1. Jak podkreśla Marca, wynik był efektem m.in. kontrowersyjnych decyzji portugalskiego sędziego Benquerençy, który nie odgwizdał oczywistego rzutu karnego po tym, jak Alves był faulowany przez Sneijdera, oraz spalonego Milito przy trzecim golu dla gospodarzy. W rewanżu Barcelona wygrała tylko 1:0 (i tu nie obyło się bez kontrowersji, ponieważ arbiter nie uznał gola Bojana na 2:0 z powodu rzekomego zagrania ręką Touré) i nie zdołała awansować do finału. Ostatecznie Inter wygrał Ligę Mistrzów w sezonie 2009/10 po finale z Bayernem Monachium na Santiago Bernabéu.
Komentarze (52)