W barcelońskich okoliczno-ściah: Trochę o pieniądzach

Marcin Poreda

24 lipca 2019, 22:06

121 komentarzy

Dzisiejszy odcinek jest w głównej mierze o pieniądzach. O mamonie, która podobno napędza każdą decyzję profesjonalnego piłkarza – chciwca z zasady. Mówi się, że pieniądz rządzi światem, i futbol nie jest w tej kwestii wyjątkiem. Pytanie tylko, co w tym złego?

Nic nie dzieje się w próżni

Oglądaliście może kiedyś archiwalne mecze piłkarskie sprzed ponad pół wieku? Sam jestem ich dużym fanem – widziałem już setki, o ile nie tysiące godzin wyczynów ówczesnych profesjonalistów. Stąd być może moje umiłowanie choćby Beckenbauera, Garrinchy, Socratesa i Cruyffa. W internecie można dziś znaleźć niemal wszystko. Patrząc na tamte czasy, trudno obserwować wydarzenia bez choćby cienia refleksji. Jakie możliwości dbania o własny organizm miały dawne gwiazdy? Oczywiste jest, że medycyna stała na znacznie niższym poziomie niż obecnie. Odżywki, urządzenia do regeneracji, świadomość wpływu diety na ogólną sprawność fizyczną. Piłkarze biegali wtedy znacznie mniej podczas meczów – na więcej nie byli przygotowani – do tego kopiąc worek ze skóry tylko przypominający futbolówkę, w stosunkowo ciężkich butach i na znacznie bardziej wyboistych murawach. Dobrym przykładem jest mecz finałowy mundialu w 1958 roku, kiedy Brazylia grała ze Szwecją.

Widzicie to kartoflisko? W dzisiejszych czasach już w polskiej B – klasie są lepsze murawy. Dołączmy do tego toporne wyposażenie i radosną taktykę, która poza indywidualnymi przebłyskami w żadnym stopniu nie była podobna do współczesnej piłki nożnej. Myślę, że niewielu współczesnych kibiców chciałaby, żeby obecny futbol cofnął się w rozwoju do tamtych czasów. Tym bardziej, że mówimy tutaj o meczu finałowym mistrzostw świata. Różnicą są tak demonizowane przez wielu pieniądze. To one pozwoliły na rozwój dyscypliny. To dzięki mamonie środowisko piłkarskie może sobie pozwolić na inwestowanie w nowinki medyczne. Również dzięki pieniądzom najlepsi piłkarze i trenerzy mogą w pełni poświęcić się zawodowi – trenować maksymalnie lub wymyślać coraz to nowe drogi ewolucji futbolu, nie martwiąc się o jutro. Łatwo jest z perspektywy kanapy psioczyć na coraz wyższe kontrakty zawodników i sumy transferowe, po czym otwierać piwo, włączać kanał w TV i cieszyć się grą na najwyższym poziomie, która trafia do domu kibica dzięki pieniądzom z transmisji, kontraktów, za utrzymanie infrastruktury – można wymieniać dalej. Modna hipokryzja bogatych ludzi.

Nowy kontrakt Messiego

Kibicowska „troska o finanse” objawiła się kilka dni temu, kiedy na naszej stronie pojawił się artykuł o chęci przedłużenia przez Barcelonę kontraktu Messiego. Najlepszy piłkarz świata (przez wielu określany mianem najlepszego w historii tej dyscypliny), któremu kontrakt kończy się już za dwa lata, najprawdopodobniej chciałby zostać w Barcelonie do zakończenia kariery. W związku z tym w mediach pojawiają się pierwsze głosy, skądinąd całkiem logiczne, że warto rozpocząć rozmowy. Jakie jednak opinie słychać wśród culés? Negatywne. Kwestionujące zasadność przedłużenia umowy. „Który to już raz?”. Faktycznie, który to już raz może być, kiedy mamy do czynienia z wychowankiem? Najlepiej było podpisać w 2007 roku umowę na 15 lat i mieć spokój, nieprawdaż? Jednak to wszystko pikuś. Najwięcej głosów sprzeciwu tyczyło się podwyżki dla Leo i to budzi moje ogromne zdziwienie. Bezapelacyjnie najlepszy piłkarz w historii klubu, który od wielu lat dźwiga na swoich barkach grę zespołu, mając dookoła siebie znacznie mniej zdolnych kolegów. Głównie dzięki niemu klub taśmowo zdobywa trofea i utrzymuje się na szczycie. W zeszłym sezonie w żadnym stopniu nie był słabszy – wręcz przeciwnie. Znów zdobył Złoty But, będąc kluczem do mistrzostwa Hiszpanii, a w półfinale Ligi Mistrzów na Anfield jako jedyny się nie skompromitował, wykładając kolegom kilka piłek, które mieli szanse skończyć. Owszem, obecnie zarabia najwięcej na świecie, ale właśnie dlatego, że jest najlepszy. W związku z tym ewentualna podwyżka nie powinna być niczym szokującym i Leo w pełni na nią zasługuje, bo jest pracownikiem klubu, dzięki któremu ten realnie się bogaci. Czy bez Messiego wszystkie sukcesy byłyby możliwe? Śmiem wątpić. Równie mocno nie zgadzam się z zarzutami o chciwość Argentyńczyka. Z perspektywy kanapy bardzo łatwo jest rozliczać innych z ich zarobków i krytykować, jednak warto zastanowić się nad perspektywą. Najlepszy pracownik w dobrej firmie będzie dążył do bycia docenionym i zarabiania więcej od innych na rynku pracy. Tak samo sytuacja wygląda w mniejszych przedsiębiorstwach i podobnie prezentuje się na samym szczycie. Gdyby jeszcze Leo obniżył loty i odcinał kupony od swojej sławy, to rozumiałbym niechęć do nagrodzenia jego osoby. Fakty są jednak zgoła odmienne – Messi jest najlepszy, gra cały czas na kosmicznym poziomie i na razie nie widać po nim upływu czasu – nadal Barcelona to on. Jeśli klub stać na kolejne nagrodzenie La Pulgi, to trzymam kciuki, żeby do tego doszło. Zwłaszcza że na pewno będzie to ostatnie przedłużenie umowy przez żywą legendę, której, kiedy zakończy karierę, będzie każdemu bardzo brakować.

Przypadek Xaviego Simonsa

Na następcę Messiego był przez wiele lat szykowany Xavi Simons. Cudowne dziecko Instagrama, które w wieku nastoletnim zdążyło już wystąpić w reklamie z zawodowcami. Od początku prowadzony ku wielkiej karierze, był oczkiem w głowie kibiców ze względu na swój talent oraz charakterystyczny wygląd, który przypominał im Carlesa Puyola. Był, bo w tym momencie jest już piłkarzem PSG i również w jego przypadku pojawiło się sporo zarzutów o chciwość i odrzucanie możliwej kariery w Barcelonie. Niestety obserwatorom umknął fakt, że 16-letni Xavi właśnie w Barcelonie dostał lepsze warunki finansowe i możliwość nadzwyczajnego awansu w drużynach młodzieżowych. Problem jest tylko jeden. Paryżanie mogą mu zaoferować włączenie do pierwszego składu w ciągu sezonu lub dwóch – tak było z Rabiotem, który zadebiutował w pierwszej drużynie, kiedy miał 17 lat. W Barcelonie natomiast czekałoby go żmudne przebijanie się przez rezerwy z niewiadomym skutkiem. Naprawdę ktoś jeszcze uważa, że Simonsem kierowały względy finansowe?

***

Warto zdać sobie sprawę, że dla kibiców Barcelona może być ziemią obiecaną i Mekką w jednym. Dla zawodowca to jednak tylko klub, który na dodatek w ostatnich sezonach w bardzo niewielkim stopniu stawia na młodzież. I bynajmniej nie jest to wina Messiego i jego wysokiej pensji. Wszak klub stać było na sprowadzanie Denisa, André Gomesa, Malcoma i innych rezerwowych graczy, których pensja razem wzięta równa się Leo, ale ich klasa i wpływ na drużynę w żadnym wypadku.

REKLAMA

Poleć artykuł

Komentarze (121)

Aby dodawać komentarze, musisz być zalogowany.
Uwaga: Ze względu na ochronę prywatności, komentarze nie ładują się automatycznie. Kliknij przycisk poniżej, aby je wyświetlić.
Załaduj komentarze