Dobiega końca przygoda Ousmane’a Dembélé w Barcelonie. Klub i kibice przeżywali w tym okresie prawdziwy rollercoaster emocji związanych z Francuzem. Było sporo złości ze względu na kontuzje i brak profesjonalizmu piłkarza oraz jego nieregularność, ale również zachwyt nad prezentowanymi przez niego umiejętnościami. Dembélé przeszedł w Blaugranie długą drogę, na której dochodziło też do poprawy, ale na jej końcu wyszło na to, że nie dało się go w pełni naprawić. Rok temu wracał do Barcelony niczym biblijny syn marnotrawny, co dawało nadzieje na poprawę, ale teraz ostatecznie potwierdziło się, że jest on niereformowalny.
* - artykuł został pierwotnie opublikowany 4 sierpnia
Od początku wobec Dembélé były spore oczekiwania. Inaczej być nie mogło, biorąc pod uwagę gigantyczną kwotę transferu i konieczność wypełnienia luki po Neymarze. Już wtedy jednak były pewne sygnały ostrzegawcze co do tego, z jakim gagatkiem mamy do czynienia. Dembélé nie stawiał się bowiem na treningach Borussii Dortmund w proteście przeciwko odrzuceniu przez Borussię Dortmund ofert Barcelony. Jak się później okazało, ten brak profesjonalizmu zawodnika nie był podyktowany szczególnymi okolicznościami związanymi z wybitną chęcią dołączenia do Dumy Katalonii, tylko był częścią składową natury skrzydłowego. Niektórzy, w tym ja, naiwnie liczyli, że da się to poprawić.
Wiecznie nieobecny
Niemal od samego początku mieliśmy problemy z Dembélé. Pierwszej kontuzji doznał już 16 września - 21 dni po dołączeniu do Barcelony. Myśleliśmy - no pech. Późniejsze wydarzenia pokazują jednak, że nie do końca było to wyłącznie zrządzenie losu. Piłkarz bowiem wielokrotnie wykazywał brak profesjonalizmu. Złe prowadzenie się w życiu pozaboiskowym, nienormowany czas snu i brak odpoczynku, złe odżywianie, nieodpowiednia praca treningowa i bagatelizowanie dolegliwości - to wszystko musiało wpływać na liczne urazy podczas kariery Dembélé w Blaugranie.
Skrzydłowi o typowej szybkościowej charakterystyce często zmagają się z problemami mięśniowymi, ale to nie może usprawiedliwiać aż tak długich absencji Francuza. 26-latek od przybycia na Camp Nou wziął udział w nieco ponad połowie spotkań Dumy Katalonii (56,6%), a od pierwszej minuty zagrał w niemal co trzecim meczu (36,4%). Jeżeli jesteś podatny na kontuzje, tym bardziej musisz o siebie dbać, jeśli masz łeb na karku. Jeśli go nie masz, grasz co drugi mecz niczym gracz z głębokiej rotacji, choć jesteś jednym z najdroższych piłkarzy w historii klubu. A przecież problemy ze zdrowiem to nie wszystko - Dembélé dostarczał też licznych kłopotów na poziomie dyscypliny drużyny, a po dwóch latach nie potrafił dobrze mówić po hiszpańsku. Niestabilność życiowa przekładała się na tę boiskową.
Pozorny postęp
Po paru latach w sprawie Dembélé wreszcie coś drgnęło. Nie wiemy, co go do tego skłoniło, ale piłkarz zaczął lepiej się prowadzić. Zyskał trochę masy mięśniowej, mniej było słychać o ciągłych problemach pozaboiskowych. Przy tym Dembélé wciąż był stosunkowo młodym piłkarzem. Miał całą karierę przed sobą. Wcześniejsze grzechy można było zrzucić na karb wieku zawodnika i dać mu kolejną szansę. Widzieliśmy, że Dembélé potrafi robić wielkie rzeczy na boisku. Brakowało mu tylko stabilizacji. Skoro ona w jakimś stopniu następowała, można było pozytywniej podejść do jego przyszłości. Założyć, że może jednak problemy już się skończyły i teraz skrzydłowy wejdzie na drogę rozwoju. Nic bardziej mylnego.
Po obiecującym w zakresie czasu gry sezonie 2020/2021 (2699 minut na boisku - najwięcej podczas pobytu w Barcelonie) Dembélé nie mógł rozpocząć kolejnej kampanii 21/22 z powodu kontuzji. A był to ostatni rok jego kontraktu. Pod koniec grudnia wrócił na boisko, tylko po to, żeby już w styczniu zostać odesłanym na trybuny w związku z brakiem chęci podpisania nowej umowy. Obóz piłkarza pokazał, jak bardzo jest oderwany od rzeczywistości, oczekując ogromnego wynagrodzenia i prowizji po latach kontuzji, problemów dyscyplinarnych i braku gwarancji na boisku
Zatem jak nie zdrowie, to fanaberie agenta Dembélé Moussy Sissoko, który zbyt mocno szarżował na polu negocjacyjnym. Domaganie się gwiazdorskiej pensji było w tej sytuacji przesadne i nie mogło doprowadzić do porozumienia, nawet po fortelu z „Leónardo PSG”. W końcu w klubie nie było już Bartomeu.
Mateu Alemany w ostrych słowach zabrał głos na temat sytuacji, wzywając Dembélé do odejścia, co nie pozostało bez odpowiedzi piłkarza, który bodaj jedyny raz odniósł się kompleksowo do całej krytyki swojej osoby. Xavi pod presją klubu nie powoływał Dembélé na mecze pierwszej ekipy, ale po zakończeniu okienka postawił na swoim i przywrócił skrzydłowego do składu. Gdyby nie trener, Francuz być może już zostałby na trybunach i całkowicie zmarnował wszystko, co klub mu oferował od przybycia na Camp Nou. Trzeba przyznać, że Dembélé odwdzięczył się dobrą grą, choć jego przyszłość pozostawała niepewna.
Powrót syna marnotrawnego
Sissoko w końcu przeszarżował (?) - kontrakt jego klienta z Barceloną dobiegł końca, a zawodnik został bez klubu i najwyraźniej nikt nie był zainteresowany pozyskaniem go na takich warunkach, nawet za darmo. Rynek negatywnie zweryfikował Dembélé, który w końcu wrócił do Blaugrany niczym biblijny syn marnotrawny (za drugiego „prawilnego” syna mógłby robić na tym przykładzie Raphinha). Francuz podpisał dwuletni kontrakt z Dumą Katalonii, a w teorii wszyscy byli zadowoleni. Piłkarz miał okazję odbudować swoją wartość, licząc na lepszą umowę, a Barça mogła skorzystać z usług utalentowanego gracza i przetestować jego realne znaczenie, zostawiając sobie perspektywę zarobienia na jego sprzedaży w przyszłości.
Xavi w pełni zaufał Dembélé, którego uznawał nie tylko za kluczowego piłkarza zespołu, ale wręcz czołowego skrzydłowego na świecie. Francuz miał wszystko, żeby wreszcie spełnić oczekiwania - ważną rolę w ekipie, wsparcie trenera, młody, rozwijający się zespół z paroma klasowymi, doświadczonymi piłkarzami. Mimo to Dembélé nie przejął sterów i nie został wielką gwiazdą ekipy – bywał nią jedynie okazjonalnie. W kluczowych momentach fazy grupowej Ligi Mistrzów przyczynił się do zdobycia jednej bramki w czterech meczach z Bayernem i Interem - wprost szalony dorobek.
Nikt Dembélé jednak nie skreślał, czekając na efekty końcowe. Mimo to znów odezwały się problemy zdrowotne. Pod koniec stycznia bieżącego roku Dembélé doznał kontuzji, która wykluczyła go z gry w Lidze Europy i w najważniejszych spotkaniach Primera División. Wrócił po trzech miesiącach, gdy wszystko było rozstrzygnięte. Znów bez wpływu w kluczowym etapie sezonu, bez pokazania, że daje drużynie gwarancję jakości w skali całych rozgrywek. A mimo to wciąż pozostawał fundamentalnym piłkarzem w oczach Xaviego. Rozpoczęto nawet negocjacje dotyczące przedłużenia jego kontraktu. Wydawało się, że dostanie kolejną (trzecią, czwartą, piątą?...) szansę.
Syn znów marnotrawi, tym razem zaufanie
Barcelona przygotowywała się więc do nowego sezonu z Dembélé, który miał być ważnym elementem w układance jej trenera. Piłkarz zapewniał, że chce zostać w klubie, wydawało się, że dojdzie do nawiązania długoterminowej współpracy. W ostatnim miesiącu wydarzyło się jednak coś, co ostatecznie rzuca cień nie tyle na Dembélé - piłkarza, co na Dembélé - człowieka. W połowie przygotowań do nowych rozgrywek okazało się, że Francuz zapragnął odejść do PSG, mimo wcześniejszych słów o chęci pozostania na wiele lat. Co więcej, wyszło na to, że już przy podpisywaniu kontraktu przed rokiem jego agent wymusił wpisanie do umowy stosownej klauzuli, która dawała piłkarzowi możliwość odejścia jedynie po poinformowaniu o chęci wpłacenia 50 milionów euro, co wydłużało czas realizacji operacji za taką kwotę (ligowa klauzula od 1 sierpnia wynosiła już 100 milionów).
Nie wiemy, jak wyglądała komunikacja Barcelony z Sissoko - czy już na przełomie czerwca i lipca było wiadomo o chęci odejścia Dembélé. Można jednak podejrzewać, że Francuz nie grałby w presezonie, gdyby wcześniej pojawił się temat transferu. Xavi również wyglądał na zaskoczonego decyzją swojego podopiecznego. Zaporowa kontroferta kontraktu ze strony agenta piłkarza pewnie też nie pojawiła się przypadkiem. On już wiedział, co w trawie piszczy, a co szeleści w portfelu. W końcu nie bez powodu domagał się wpisania wspomnianej klauzuli do umowy. Stąd też pytajnik przy kwestii przeszarżowania Sissoko w jednym z poprzednich akapitów - być może taki był właśnie plan od samego początku, żeby, przy braku ofert, poczekać na lepszy moment na transfer, który był już planowany poprzedniego lata, a może nawet w styczniu 2022 roku. A na razie związać się z Blaugraną, zapewniając sobie możliwość manewru.
A zatem Dembélé, mimo całej cierpliwości Barcelony wobec niego, prześciganiu się prezydentów w absurdalnych porównaniach do Mbappe i Neymara (Laporta, Bartomeu), wyciągnięciu do niego ręki po wszystkich kontuzjach, całej serii nieprofesjonalnych zachowań (link, link, link, link, link...) i odejściu po zakończeniu umowy, postanowił dodatkowo zafundować klubowi niespodziankę w połowie letniego okienka w postaci nagłej decyzji o rezygnacji z udziału w projekcie. Postawiło to Barcelonę w trudnym położeniu, ponieważ ciężko będzie jej znaleźć zastępstwo, gdy połowa przygotowań już się odbyła, a sytuacja na rynku jest, jaka jest.
Istnienie wspomnianej klauzuli świadczy raczej o tym, że odejście było planowane już wcześniej. Zwłaszcza jeśli piłkarz miał otrzymać 50% z transferu. Czy PSG postanowiło poprzedniego lata odłożyć operację o rok, mając perspektywę odejścia Leo Messiego czy Kyliana Mbappe? Bardzo możliwe. Są ku temu pewne przesłanki. Już przed podpisaniem przez Dembélé kontraktu z Barceloną mówiło się o zainteresowaniu paryżan, którzy nie mieli jednak wtedy miejsca w swoim ataku. Trudno zakładać, żeby 26-latek dowiedział się o wszystkim rzeczywiście pod koniec lipca i błyskawicznie zaakceptował ofertę. Ustalenia musiały rozpocząć się już wcześniej. A Dembélé siedział cicho, udawał, że wszystko w porządku, i mydlił oczy Xaviemu oraz wszystkim kibicom Barcelony.
I ty, Dembulusie, przeciwko mnie
Sytuacja jest po ludzku przykra zwłaszcza z perspektywy trenera. Gdy wokół Dembélé było dużo wątpliwości i krytyki, Xavi niemal zawsze stawał za nim, bez względu na opinię publiczną. Chwalił go, budował, pokładał w nim pełne zaufanie i nadzieję. Za to całe wsparcie Francuz nie raczył nawet odwdzięczyć się poprzez poinformowanie trenera o swoich planach, żeby ten mógł zacząć planować inaczej swój projekt. Zwyczajnie z szacunku i wdzięczności. Najwyraźniej Dembélé jest pozbawiony takich emocji i elementarnego poczucia zespołowości, w końcu był tu tylko sześć lat. Teraz teorie o opasce kapitańskiej dla 26-latka mogą jedynie bawić. Xavi próbował go jeszcze przekonać, ale nie pomogło nawet ostrzeżenie o losach Neymara, który przecież nie miał takich problemów zdrowotnych i był trzy razy lepszym piłkarzem, gdy odchodził z Barcelony, a jednak nie zrealizował swoich planów w Paryżu. Dlaczego Dembélé miałoby się udać? Zwłaszcza że karma wraca…
Chce dobrze odejść z Barcelony
Teraz jesteśmy karmieni medialną papką, że „Dembélé chce w dobry sposób odejść z Barcelony”. Zapewne przekazywaną bezpośrednio od Sissoko. Gdyby w istocie tak było, Dembélé ogłosiłby wcześniej swoje zamiary. Tu tkwi problem. Francuz ma pełne prawo chcieć odejść, ale dokonywanie nagłej wolty przed startem rozgrywek to wyraz skrajnej nielojalności, nieodpowiedzialności i braku szacunku. Lub też po prostu bezmyślność, którą Dembélé często epatował nas na boisku i poza nim. Między bajki można też raczej włożyć teorie o oferowaniu Raphinhi, Dembélé i Gaviego za Mbappe, co rzekomo doprowadziło Francuza do decyzji o odejściu, ma to zapewne służyć wybielaniu 26-latka, który wobec Barcelony zachował się zwyczajnie nie w porządku.
Zobaczymy, co będzie ze wspomnianą klauzulą, w ramach której piłkarzowi gwarantuje się 50% sumy transferu. Barça nie zgadza się na zapłacenie Dembélé takiej kwoty, sugerując się złamaniem przez niego pewnych warunków porozumienia. Nie wiemy, jaka jest prawda, ale zabawnie wyglądałoby „odejście w dobry sposób” z procesem sądowym. Zobaczymy, czy chytry Sissoko z Paryża będzie walczył o każde euro. Zresztą przestańmy już może odrywać agenta od piłkarza. Skoro Dembélé jest z nim związany przez tyle lat, to znaczy, że akceptuje jego sposób działania, a zatem ponosi za nie odpowiedzialność. Francuz rzekomo wskazuje na środowisko w Barcelonie jako powód odejścia, ale szkoda, że nie dostrzega toksyczności własnego otoczenia.

Problem z głowy?
Te wszystkie wydarzenia prowadzą do bardziej pozytywnego spojrzenia na sprzedaż Dembélé. Francuz mógł wiele dać Barcelonie, ale trzeba przyznać, że robił to okazjonalnie. Jednocześnie stanowił problem w perspektywie budowy solidnego zespołu. Jak można to zrobić, mając jedną z głównych postaci drużyny będącą średnio pół sezonu poza grą? W dodatku taką, która może równie dobrze olśnić, jak zażenować. Taką, która ma łatkę gracza niezdyscyplinowanego, niezwiązanego z projektem zespołu (półtora roku spoglądania w stronę Paryża to mało?), oderwanego od rzeczywistości, piłkarskiego Piotrusia Pana. Jednocześnie Dembélé jest już bliżej niż dalej trzydziestki. Jeśli do tej pory nie rozwiązał problemów zdrowotnych i nadal jego nastawienie mentalne może budzić wątpliwości, to śmiało można podejrzewać, że już się nie poprawi. Osobną kwestią jest to, jak Barça rozwiąże problem braku rozszerzającego grę dryblera robiącego różnicę. To jest jednak negatywna strona odejścia 26-latka i nie da się tego ukrywać.
Końcówka przygody (bo przecież nie kariery) Dembélé w Barcelonie potwierdza, że jest on niereformowalny i w przyszłości zapewne dostarczyłby klubowi kolejnych kłopotów w zakresie swojego zdrowia, dyscypliny, finansów czy braku solidności boiskowej. I dlatego prawdopodobnie nigdy nie będzie wybitnym piłkarzem, mimo niesamowitego potencjału. Do futbolu trzeba mieć nie tylko talent, ale i zdrowie oraz głowę. Syn marnotrawny dostał już zbyt wiele szans w Barcelonie i oby kolejnej nie było w przyszłości. Może lepiej, że ostatecznie kończy się to teraz, a nie za rok, gdy Barça nie zarobiłaby ani grosza i zmarnowałaby czas, który może poświęcić innym zawodnikom. Zamykamy ten rozdział i nie dziękujemy, bo nie za bardzo jest za co, biorąc pod uwagę zainwestowane pieniądze i wysiłki. Zakończmy słowami Christo Stoiczkowa skierowanymi w stronę Dembélé: „ty nigdy nie zrozumiałeś, czym jest Barcelona”.
Komentarze (69)