Wczorajszy mecz reprezentacji Hiszpanii z Brazylią na Santiago Bernabéu miał być wielkim świętem futbolu i głośnym okrzykiem sprzeciwu wobec rasizmu w futbolu. Dziennikarz Cadena SER Santi Ovalle twierdzi jednak w swoim felietonie na portalu Culemania, że mimo szczytnego celu tego wydarzenia, cała otoczka i efekt pachną farsą, czy też "pantomimą godną Netflixa". Zachęcamy do lektury jego przemyśleń.
***
Santi Ovalle: "Hiszpania i Brazylia wystawiły wczoraj wieczorem na Bernabéu historyczną pantomimę. Na madryckim stadionie odbył się mecz towarzyski, którego celem było odrzucenie rasizmu w piłce nożnej. Gest godny pochwały... i nic więcej: gest. Nikomu nie przyszło do głowy, aby przekazać procent ze sprzedaży biletów na jakąkolwiek antyrasistowską organizację charytatywną. Wszystko poszło na jeden cel: Królewską Hiszpańską Federację Piłkarską.
Jakiekolwiek rasistowskie obrażanie Viníciusa jest niedopuszczalne. Czepianie się kogoś z powodu jego koloru skóry jest nieskończenie poważniejsze niż inne obelgi, ponieważ czarnoskórzy ludzie każdego dnia, w każdym kraju i w każdej dziedzinie życia, są rasą, która jest powszechnie dyskryminowana. Zamykanie trybun, dożywotnie wydalanie ze stadionów, przykładne wyroki i wysokie grzywny to niektóre ze środków zaproponowanych przez Estebana Ibarrę, prezesa Stowarzyszenia Przeciwko Nietolerancji, w celu zwalczania plagi ksenofobii. Niech to się dzieje.
Poza tym oczywistym faktem, o którym zawsze warto pamiętać, występ Viníciusa w ciągu ostatnich dwóch dni był wielką farsą. Brazylijski zawodnik Realu Madryt zalał się łzami w sali konferencyjnej, a przedstawiciele brazylijskich mediów bili mu brawo. Jedna z dziennikarek wybuchła nawet płaczem podczas filmowania samej siebie, gdy zadała bohaterowi pytanie, prawdopodobnie uzgodnione. Paradoksalne było obserwowanie otrzeźwiającej woli Brazylijczyków, do niedawna rządzonych przez rasistę Jaira Bolsonaro.
Inscenizacja meczu w wykonaniu Viníciusa była żenująca. Narzekał, że "czuje się osamotniony", podczas gdy cały aparat medialny madridismo prowadzi kampanię mającą uczynić z niego nowego Nélsona Mandelę. Domagał się szacunku, właśnie on, osoba, która nikomu go nie daje. I podkreślił, że "chce po prostu grać w piłkę nożną".
Ktoś powinien powiedzieć Viníciusowi, że podjęcie sztandaru walki z rasizmem niesie ze sobą wielką odpowiedzialność. Stanie się symbolem walki z dyskryminacją rasową oznacza bycie przykładem we wszystkich aspektach życia. A Vinícius taki nie jest.
Na boisku prowokuje, lekceważy, poniża kolegów z drużyny i obraża sędziów. Ma zarozumiałą i wyzywającą postawę, która nie pasuje do postaci, na którą chce się kreować i zachowuje się jak chwalipięta, całkowicie bezkarnie. Żaden sędzia nie odważy się go wyrzucić z boiska, mimo że zasłużył na to nie raz i nie dwa w ostatnich tygodniach. Każdy arbiter wie, że spotkałby się z kampanią nękania i demolowania ze strony najpotężniejszego klubu w Hiszpanii.
Co więcej, od jakiegoś czasu wszystko, co robi Vinícius, ma jedną motywację: być dobrze skadrowanym w kamerze Netflixa. Celebrował gola na stadionie Valencii, unosząc pięść w geście Black Power, podobnie jak sportowcy John Carlos i Tommie Smith w 1968 roku. Przeszedł całą linię boczną Mestalla, upewniając się, że tam był, wywołując gniewną reakcję tłumu, generując atmosferę napięcia, która byłaby dobrym materiałem na pierwszy odcinek. W drugim odcinku płakał i głosił swoją samotność na sali konferencyjnej udostępnionej przez jego klub. W trzecim otrzymał owację na stojąco od hiszpańskiego stadionu sprezentowanego Brazylii.
W dokumencie prawdopodobnie nie zostanie pokazane, jak Vinícius wysyłał kibiców Valencii "do drugiej ligi". Nie pokażą też ujęcia, w którym nazwał Martíneza Munuerę "sukinsynem" i kazał mu "wyp***dalać". Ani kiedy śmiał się z niego w ostatniej kolejce LaLigi. Na Netflixie nie będzie można znaleźć nagrania z ataku na Orbana z meczu z RB Lipsk. Nie nagrano też poprawnie jego uderzenia łokciem w plecy Laporte, bez piłki w grze, zaledwie 24 godziny po tym, jak ze łzami w oczach domagał się "tylko gry w piłkę".
Występ Viníciusa był do zapomnienia, a Lamine Yamal, w wieku 16 lat, przedarł się przez obronę Brazylii i stał się gwiazdą jego imprezy. Opuścił nawet Bernabéu przy aplauzie. Prawda jest taka, że całość była pantomimą godną Netflixa".
Komentarze (59)