Koniec wakacyjnej melancholii
Po emocjonalnej podróży w czasie, którą wspólnie odbyliśmy po zakończeniu już legendarnego sezonu w wykonaniu FC Barcelony nastał sezon ogórkowy. Okres próżny, kojarzący się ze zwolnieniem biegu życia kulturalnego, małą atrakcyjnością programów stacji telewizyjnych, a także pojawiającymi się przeróżnymi "sensacjami" prasowymi mającymi na celu podniesienie spadającej poczytności gazet. Jego próżność dopadła także i mnie. To głównie tym pokierowana była moja przerwa w twórczości poetyckiej. Wydarzeniami, które trzymały przy życiu mojego podupadającego ducha sportu były Mistrzostwa Świata w lekkoatletyce i dwa fenomenalne rekordy świata Usiana Bolta.
W lecie byliśmy również świadkami jednego zjawiska, która elektryzuje kibiców na całym świecie. Jednak to zjawisko w największym stopniu ekscytuje media, przez co staje się ono męczące, nużące, a z czasem nawet niesmaczne. Mowa tu oczywiście o transferach, które są emocjonujące, ale tylko w chwili podpisania kontraktu i prezentacji zawodnika na stadionie, bo w większości trwania okna transferowego brukowce zasypują nas gromem nieprawdziwych sensacji transferowych, które każdego kolejnego dnia czytamy z coraz większą irytacją.
Obserwując piłkarski rynek transferowy i transakcje między klubami na całym świecie chciałem wyrazić swoje odczucia w postaci prozy pisanej. Przecież byliśmy świadkami wielkiej wymiany Samuela Eto'o za Zlatana Ibrahimovića, a dodatkowo Florentino Pérez sprowadził do Madrytu za rekordowe kwoty całą plejadę gwiazd. Jednak szybko zrezygnowałem z tego pomysłu, ponieważ żurnaliści na całym świecie na ten temat powiedzieli już wystarczająco dużo, a nawet więcej i nie czerpię absolutnie żadnej przyjemności z kolejnego przytaczania ile to warte są nogi Cristiano.
Dlatego zdecydowałem, że tematem przewodnim pracy będzie "koniec wakacyjnej melancholii", a właściwie zeszłorocznej. Po obserwacji zachowania kibiców Barcelony w trakcie i po finale Superpucharu Europy stwierdziłem, że musimy się udać na "detoks" lub "kurację odwykową". Wciąż chodzimy z głowami w chmurach po zdobyciu potrójnej korony. Wciąż nie możemy zrozumieć, że zeszły sezon to już historia, jakże cudowna i jakże pięknie napisana przez zespół Pepa Guardioli. Wciąż jesteśmy obecni w piłkarskim raju i ani myślimy go opuszczać. To, co mogliśmy przeżywać w sezonie 2008/09, było wyjątkowe, magiczne, nieprawdopodobne. Zostaliśmy na tyle rozpieszczeni, że wielkie rzeczy uznaliśmy za normalne, a rzeczy graniczące z cudem uznaliśmy za godne świętowania. Jednak ten sezon się zakończył i poczynania piłkarzy w nowym trzeba oceniać przez pryzmat "coroczny", a nie tylko "zeszłoroczny".
Podopieczni Guardioli utrzymują nas w błogim stanie z zeszłego sezonu. Wygrali Superpuchary, hiszpański i europejski, przez co stali się pierwszą drużyną w historii futbolu, która po zdobyciu potrójnej korony do klubowej gabloty wstawiła obydwa Superpuchary. Jednak po historycznej wygranej na pastwisku, które co po niektórzy nazywają "boiskiem piłkarskim", w wypowiedziach culés można było wyczuć więcej rozgoryczenia, rozczarowania i złość, aniżeli euforii, radości i ekscytacji z powodu dokonania czynu, który był poza zasięgiem wszystkich europejskich drużyn w ponad stuletniej historii piłki nożnej.
Owe rozgoryczenie i rozczarowanie były spowodowane stylem w jakim Barça osiągnęła to historyczne, przez duże "H" osiągnięcie. Czy to nie brzmi absurdalnie? Moim zdaniem, zdecydowanie tak. Dodam fakt, że owe rozgoryczenie powstało po wygranej w katastrofalnych warunkach. Przecież piłkarze usiłowali grać w piłkę nożną na tzw. "kartoflisku", ale niestety tak przygotowane "boisko" uniemożliwiało wirtuozom techniki rozgrywanie futbolówki szybko, po ziemi, tak jak kochają to robić. Ponadto złe warunki panowały w atmosferze. Było duszno, parno, wilgotno. Powietrze było ciężkie, przez co wdychanie i wydychanie tlenu z płuc stanowiło znaczącą przeszkodę.
W tym miejscu jestem zmuszony zacytować kilka zdań z mojej poprzedniej pracy. "Dostaliśmy tyle podczas jednego sezonu, co bardzo wielu najwierniejszych kibiców nie otrzyma przez całe życie. Czy nie jest tak, że historyczne zwycięstwo z Realem poszło odrobinę w odstawkę z powodu wygranej w rzymskim finale? Czy nie jest tak, że zwycięstwo w Pucharze Króla potraktowaliśmy jako coś, co nam się bezwzględnie należy i jest tylko formalnością w obliczu zwycięstw w lidze i Lidze Mistrzów? Wreszcie, czy nie jest tak, że pogromy Valencii (4:0), Sevilli (4:0), Malagi (6:0) czy Deportivo (5:0) potraktowaliśmy jak chleb powszedni?" Teraz jestem zmuszony zadać kolejne pytanie: Czy jest tak, że w tym sezonie oczekujemy od podopiecznych Guardioli "poszóstnej" korony, a gdy tego nie osiągną będziemy rozczarowani?
Oczywiście apetyt rośnie w miarę jedzenia. Podopieczni Pepa Guardioli są w stanie dokonywać wielkich, historycznych, legendarnych rzeczy. Są w stanie sprawdzić, że pozostaniemy na rajskich tronach na kolejne sezony. Jednak oceniając sytuację z drugiej strony trzeba sobie jasno powiedzieć, że nic nie trwa wiecznie, a każda passa się kiedyś kończy. Apeluję więc o powrót do rzeczywistości, ponieważ przyjemniej jest się wzbijać z dumą z terenu zwykłych śmiertelników w rajskie przestworza, niż zostać zepchniętym z rajskiego tronu i spaść z hukiem na kark z rajskich ogrodów na szary chodnik naszej zwykłej śmiertelnej ziemi.
W lecie byliśmy również świadkami jednego zjawiska, która elektryzuje kibiców na całym świecie. Jednak to zjawisko w największym stopniu ekscytuje media, przez co staje się ono męczące, nużące, a z czasem nawet niesmaczne. Mowa tu oczywiście o transferach, które są emocjonujące, ale tylko w chwili podpisania kontraktu i prezentacji zawodnika na stadionie, bo w większości trwania okna transferowego brukowce zasypują nas gromem nieprawdziwych sensacji transferowych, które każdego kolejnego dnia czytamy z coraz większą irytacją.
Obserwując piłkarski rynek transferowy i transakcje między klubami na całym świecie chciałem wyrazić swoje odczucia w postaci prozy pisanej. Przecież byliśmy świadkami wielkiej wymiany Samuela Eto'o za Zlatana Ibrahimovića, a dodatkowo Florentino Pérez sprowadził do Madrytu za rekordowe kwoty całą plejadę gwiazd. Jednak szybko zrezygnowałem z tego pomysłu, ponieważ żurnaliści na całym świecie na ten temat powiedzieli już wystarczająco dużo, a nawet więcej i nie czerpię absolutnie żadnej przyjemności z kolejnego przytaczania ile to warte są nogi Cristiano.
Dlatego zdecydowałem, że tematem przewodnim pracy będzie "koniec wakacyjnej melancholii", a właściwie zeszłorocznej. Po obserwacji zachowania kibiców Barcelony w trakcie i po finale Superpucharu Europy stwierdziłem, że musimy się udać na "detoks" lub "kurację odwykową". Wciąż chodzimy z głowami w chmurach po zdobyciu potrójnej korony. Wciąż nie możemy zrozumieć, że zeszły sezon to już historia, jakże cudowna i jakże pięknie napisana przez zespół Pepa Guardioli. Wciąż jesteśmy obecni w piłkarskim raju i ani myślimy go opuszczać. To, co mogliśmy przeżywać w sezonie 2008/09, było wyjątkowe, magiczne, nieprawdopodobne. Zostaliśmy na tyle rozpieszczeni, że wielkie rzeczy uznaliśmy za normalne, a rzeczy graniczące z cudem uznaliśmy za godne świętowania. Jednak ten sezon się zakończył i poczynania piłkarzy w nowym trzeba oceniać przez pryzmat "coroczny", a nie tylko "zeszłoroczny".
Podopieczni Guardioli utrzymują nas w błogim stanie z zeszłego sezonu. Wygrali Superpuchary, hiszpański i europejski, przez co stali się pierwszą drużyną w historii futbolu, która po zdobyciu potrójnej korony do klubowej gabloty wstawiła obydwa Superpuchary. Jednak po historycznej wygranej na pastwisku, które co po niektórzy nazywają "boiskiem piłkarskim", w wypowiedziach culés można było wyczuć więcej rozgoryczenia, rozczarowania i złość, aniżeli euforii, radości i ekscytacji z powodu dokonania czynu, który był poza zasięgiem wszystkich europejskich drużyn w ponad stuletniej historii piłki nożnej.
Owe rozgoryczenie i rozczarowanie były spowodowane stylem w jakim Barça osiągnęła to historyczne, przez duże "H" osiągnięcie. Czy to nie brzmi absurdalnie? Moim zdaniem, zdecydowanie tak. Dodam fakt, że owe rozgoryczenie powstało po wygranej w katastrofalnych warunkach. Przecież piłkarze usiłowali grać w piłkę nożną na tzw. "kartoflisku", ale niestety tak przygotowane "boisko" uniemożliwiało wirtuozom techniki rozgrywanie futbolówki szybko, po ziemi, tak jak kochają to robić. Ponadto złe warunki panowały w atmosferze. Było duszno, parno, wilgotno. Powietrze było ciężkie, przez co wdychanie i wydychanie tlenu z płuc stanowiło znaczącą przeszkodę.
W tym miejscu jestem zmuszony zacytować kilka zdań z mojej poprzedniej pracy. "Dostaliśmy tyle podczas jednego sezonu, co bardzo wielu najwierniejszych kibiców nie otrzyma przez całe życie. Czy nie jest tak, że historyczne zwycięstwo z Realem poszło odrobinę w odstawkę z powodu wygranej w rzymskim finale? Czy nie jest tak, że zwycięstwo w Pucharze Króla potraktowaliśmy jako coś, co nam się bezwzględnie należy i jest tylko formalnością w obliczu zwycięstw w lidze i Lidze Mistrzów? Wreszcie, czy nie jest tak, że pogromy Valencii (4:0), Sevilli (4:0), Malagi (6:0) czy Deportivo (5:0) potraktowaliśmy jak chleb powszedni?" Teraz jestem zmuszony zadać kolejne pytanie: Czy jest tak, że w tym sezonie oczekujemy od podopiecznych Guardioli "poszóstnej" korony, a gdy tego nie osiągną będziemy rozczarowani?
Oczywiście apetyt rośnie w miarę jedzenia. Podopieczni Pepa Guardioli są w stanie dokonywać wielkich, historycznych, legendarnych rzeczy. Są w stanie sprawdzić, że pozostaniemy na rajskich tronach na kolejne sezony. Jednak oceniając sytuację z drugiej strony trzeba sobie jasno powiedzieć, że nic nie trwa wiecznie, a każda passa się kiedyś kończy. Apeluję więc o powrót do rzeczywistości, ponieważ przyjemniej jest się wzbijać z dumą z terenu zwykłych śmiertelników w rajskie przestworza, niż zostać zepchniętym z rajskiego tronu i spaść z hukiem na kark z rajskich ogrodów na szary chodnik naszej zwykłej śmiertelnej ziemi.
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
Poleć artykuł
Komentarze (34)