W ciszy stadionu. Przyszedł Ibra

Karol Chowański 'Challenger'

30 września 2009, 15:24

45 komentarzy

Skoro znalazł się kupiec gotów spełnić tak ambitne wymagania finansowe, niesfornego względem interesu klubu Samuela Eto'o trzeba było sprzedać, póki można na nim było jeszcze zarobić. To rozwiązanie najbezpieczniejsze dla przyszłości Klubu i z kwestią tą rozprawiłem się w poprzednim tekście; nie powinno być wobec niej niedomówień. A co ze Zlatanem Ibrahimoviciem? Czy to najbardziej słuszny wybór z możliwych? Czas poświęcić krótką chwilę i temu zagadnieniu.

Było napastników wielu...

Transferowe lato zaczynało się w Barcelonie bez stresu. Sygnały wysyłane przez Zarząd i Pepa jeszcze przed rozpoczęciem okienka transferowego sugerowały, że FC Barcelona poszukuje nowego napastnika jako jedną z opcji na wzmocnienie drużyny. Raczej zakładano pozostanie Samuela Eto'o w Klubie; jeśli nie na nowy kontrakt, to przynajmniej na rok. W tej sytuacji świeży transfer mógłby służyć zmianie jakościowej poprzez zastąpienie Krkicia (na jego wypożyczenie chętnych nie brakowało) lub ewentualnie Henry'ego (mógłby zostać lub odejść; w lecie, w zimie bądź za rok). Drugą opcją byłoby liczebne poszerzenie barcelońskiego ataku - skoro Barça gra trójką z przodu, 5 napastników w kadrze absolutnie nie oznaczałoby klęski urodzaju. Nowy napastnik przez rok stanowiłby "luksusowy" dodatek do kwartetu Eto'o-Henry-Messi-Bojan i rozpoczęty niedawno sezon wykorzystałby jako swoisty okres przygotowawczy - do mającego nastąpić za rok pełnowymiarowego zastąpienia Samu; osobiście uważam, że do takiej właśnie roli przymierzany był David Villa.

Za potencjalnym dodatkowym napastnikiem zaczęto się rozglądać coraz konkretniej. Padały nazwiska Benzemy, Toniego, Villi, Forlána, Agüero, Ibrahimovicia i kilka innych. Tymczasem sprawa Eto'o tkwiła sobie zamieciona pod dywan. Zarząd niewątpliwie chciał rozegrać partię bez Kameruńczyka i dopuścić go dopiero do kolejnego rozdania. W międzyczasie rynek stanął jednak na głowie. Sprawa Benzemy upadła, nim się zaczęła. Zakusy na Villę nie powiodły się mimo anonsowanej już przez dziennikarzy przeprowadzki piłkarza Los Ches do malowniczej rezydencji na katalońskim wybrzeżu. Txiki lamentował, że w dzisiejszych czasach nikt nie wyprzedaje napastników za półdarmo, a Laporta uspokajał wszystkich tak wylewnie, jakby najbardziej chodziło mu w tym wszystkim o uspokojenie samego siebie. Polowania na napastnika się nie powiodły i do rozmów z Samu siadano nie kontraktując uprzednio nikogo, kto nadawałby się do pierwszego składu.

Czasem trzeba tańczyć tak, jak zagra orkiestra

Jestem pewien, że słyszałem gdzieś kiedyś takie powiedzenie. Ale nie mogłem tego sprawdzić, bo gdy tylko zająknąłem się w google o "orkiestrze" to wypluło mi około 8 trylionów wyników o WOŚP - dalsze sprawdzanie straciło wszelki sens i logikę... Jakiekolwiek pierwotne zamiary zarządu faktycznie by nie były - musiano je rychło zrewidować. Kameruńczyk okazał się być negocjatorem nieskłonnym do kompromisów, pozostanie w Klubie na dłużej niż rok uzależnił od otrzymania zdecydowanej podwyżki. Wzajemne oskarżenia pomiędzy Zarządem a Mesallesem, zbędne emocje (dotyczące m.in. domniemanego ekwiwalentu za odejście) i liczne przykre słowa z obu stron potwierdzały, że Samuela Eto'o w koszulce Barçy już nie zobaczymy. W tym kontekście obiecująca dla rozwoju drużyny opcja pozostania Kameruńczyka w składzie Barçy (choćby i na rok) dająca szansę na "bezpieczne" wprowadzenie do drużyny nowego napastnika, okazała się absolutnie nierealna. Pojawił się ogromny dylemat: jak tu pozbyć się kukułczego jaja i ugrać coś wartościowego w zamian?

Zmiana planów, czyli Barça ma problem

FC Barcelona zamiast spokojnie monitorować rynek w celu kupna dodatkowego napastnika, musiała rozpocząć desperackie poszukiwania kupca dla Samu i jeszcze bardziej desperackie poszukiwania nowej "9". Do tego, żeby było weselej, obarczone presją czasu i ogromnym ryzykiem sportowym. Stała się wszak wolna pozycja środkowego napastnika o oczywistym miejscu w pierwszym składzie i kluczowej roli dla drużyny. Tak zindywidualizowana potrzeba rynkowa, jak jednoczesna sprzedaż gracza o znaczeniu Eto'o i natychmiastowe kupno jego godziwego następcy, stanowiła prawdziwe wyzwanie nawet dla Wal-Martu świata sportu, czym stał się dziś piłkarski rynek transferowy.

Ibrahimović na Camp Nou

Kameruńczyka zapragnął mieć w swoim składzie José Mourinho. To wytłumaczalne. Kończyłby mu się w 2010 roku kontrakt z Barçą, jego cena musiała być okazyjna. Ale już pogłoski o samej gotowości pozbycia się przez portugalskiego trenera Ibrahimovicia - ooo tak, to mnie zaskoczyło. Szwedzki zawodnik był u Mourinho jego największym zaufanym. Pełnił w Interze podobną rolę, jak Deco za czasów Mou w FC Porto oraz Lampard i Terry w Chelsea. Był ambasadorem José na boisku, mentalnym łącznikiem pomiędzy ławką a drużyną na boisku.

Szwed i Mourinho jednak się rozstali. Cały Inter faktycznie stał się mocno uzależniony od formy Ibry - ale też skład z zeszłego sezonu nie dawał mediolańczykom zbyt wielu opcji w ataku. Zlatana mógł też dopaść włoski podgatunek opisywanego przeze mnie w poprzednim tekście syndromu Samuela Eto'o. Po pięciu latach w Serie A, trzech mistrzostwach i koronie króla strzelców, liga włoska doprawdy mogła się Szwedowi znudzić. Co ma automatyczne przełożenie na motywację i długookresową skuteczność. Tego ryzyka nie ma w Barcelonie - tak zmotywowanego (na boisku i w wypowiedziach), pracowitego i szczęśliwego z gry Ibrahimovicia nie widziałem odkąd grał on w Ajaxie.

Transakcja z zyskiem dla wszystkich

Tak skomplikowanym okolicznościom transferu szwedzkiego napastnika należy poświęcić tak przydługi wstęp, chwilę uwagi i miejsce w pamięci. To one tłumaczą taką, a nie inną cenę. Barça nie przepłaciła, gdyż już za rok lub dwa Ibra może się okazać Barçie bezcenny. Niewątpliwie ma ku temu potencjał. A że geniusz ma swoją cenę - cóż, futbolowy rynek nie jest krainą Txikiego, w której ceny są takie, jakich życzyłby sobie nabywca. Na tym rynku ceny nadal dyktują sprzedawcy - i wszyscy kibice Barçy powinni cieszyć się, że sprowadzenie Ibrahimovicia było w ogóle możliwe; 69 mln euro to dużo, ale wniosek ten blednie wobec zarysowanej powyżej otoczki tego transferu. Gdyby nie sytuacja Interu, który w potrzebie reorganizacji składu (ciągły brak sukcesów w Europie) akurat wyraził gotowość do sprzedania swojej największej gwiazdy, Barça od innego klubu musiałaby zaakceptować maksymalnie 10-15 mln euro i kupić w zamian kogo bądź (pod koniec sierpnia zajęty był już praktycznie każdy sensowny napastnik). Jeśli ktokolwiek z narzekających na cenę Szweda wolałby ten ostatni scenariusz - proszę, przyznajcie to otwarcie. Bo narzekanie "O la boga, jaki drogi ten Zlatan..." bez planu B jest głupotą i błazenadą. A Barça nie miała żadnego planu B. Żadnego.

Zresztą, wymiana z Interem to klasyczna transakcja win-win, w której zysk odnoszą wszyscy zainteresowani. Włosi dostali środki na poszerzenie składu; Barça piłkarza dającego morze możliwości i pozbyła się gracza, którego w klubie nie chciano; Ibra szansę na udowodnienie całemu światu, że należy do panteonu futbolowych magów; Eto'o - nowe wyzwania. Ja jestem zadowolony. Fani Interu są zadowoleni. Tylko marudy i malkontenci nie będą zadowoleni. Jak zwykle.

Ibra - czyżby przepis na sukces Barcelony?

Zlatan Ibrahimović to w Barcelonie nowa jakość. Wniosek ten nasuwa się, gdy oglądam powtórki jego pięciu bramek w pięciu pierwszych meczach ligowych i gdy patrzę na jego piłkarską charakterystykę. Tyle możliwości z przodu nie dawał katalońskiemu klubowi nikt od czasów Patricka Kluiverta. Genialna prawa noga, wzrost, zastawianie się i wysoka umiejętność gry w powietrzu, silny strzał zza pola karnego, wyjątkowa gibkość pozwalająca mu na opanowanie piłek niedostępnych dla innych zawodników, a przy tym kreatywność i jawna gra dla drużyny - to najważniejsze atrybuty Szweda o bałkańskich korzeniach. Obserwując postawę Ibrahimovicia, dostrzegam też jego pokorę, szacunek dla trenera i drużyny oraz wolę walki o swoje miejsce w Barçy - ten zawodnik ma świadomość, że nie przychodził do Barcelony jako jej największa gwiazda, lecz jako członek drużyny pełnej wielkich piłkarzy. Ta drużyna już ma swoich liderów i przywódców, którzy w wywiadach sami mówią o zadowoleniu, z jakim obserwują wkomponowanie się Ibry w skład.

To ważne, bo nastawienie psychiczne ma tu nawet większe znaczenie niż kilka bramek na początkowym etapie sezonu. Zlatan nie stroi fochów, tylko po prostu ciężko pracuje. Ten sezon nie mógł się dla niego i dla nas jako kibiców Barçy zacząć lepiej. A mimo to każdy zauważa, że Ibra nie pokazał jeszcze na Camp Nou pełni swoich umiejętności i potencjału (nie tylko ja czekam na pierwszą bramkę piętką...). To naturalne, bo zgranie się z drużyną zajmie mu jeszcze trochę czasu. Ale po takim początku przygody Ibry z Barçą uzasadniona jest nadzieja, że Szwed da całemu barcelonismo jeszcze dużo radości. Bardzo dużo.

[źródło: Sport]

REKLAMA

Poleć artykuł

Komentarze (45)

Aby dodawać komentarze, musisz być zalogowany.
Uwaga: Ze względu na ochronę prywatności, komentarze nie ładują się automatycznie. Kliknij przycisk poniżej, aby je wyświetlić.
Załaduj komentarze