W ciszy stadionu. Czas się obudzić

Karol Chowański 'Challenger'

8 października 2010, 11:11

90 komentarzy

Koncertował niedawno wielki pianista. Grał Chopina, wrażenia duchowe na poziomie słusznym do okoliczności. Zgoła odmienne były pozostałe wrażenia. Tu ktoś zarzęzi, tam ktoś kaszle, nie brak wyraźnie słyszalnych szeptów. Wcale nie przesadzam - ten, kto bywa czasem w rodzimych teatrach, operach czy filharmoniach doskonale wie, o czym mówię. Podobny dysonans towarzyszy mi od jakiegoś czasu przy obserwacji tego, co dzieje się na Camp Nou. Komunikaty płynące z klubu puchną od superlatyw. Znamy je na pamięć: w składzie mistrzów świata roi się od piłkarzy Barçy; do drużyny wchodzą kolejni wychowankowie; realizowany projekt wiernie reprezentuje historyczną tożsamość FC Barcelony. Pięknie? Nie do końca. Wystarczy usiąść w weekend przed telewizorem, by poważnie zastanowić się, czy trener i działacze mówią o tej samej drużynie, której podrygi akurat oglądamy na ekranie... To początek sezonu. Nie jest źle. Ale na pewno nie jest dobrze.

Brak stabilizacji
Nie uogólniam. W dziesięciu rozegranych dotychczas meczach nie brakowało ładnej gry. Rewanż z Sevillą, Racing, Panathinaikos, pierwsza połowa na Calderón, trudny wyjazd do Bilbao. Kilka chwil magii, pierwszy puchar, parę niezłych wyników. Jednakże mniej pozytywnie nastrajają mecze w Sewilli, Kazaniu, z Hérculésem, Sportingiem i Mallorką.

Wniosek: zespół zagrał tyle samo dobrych i złych meczów. Można by rzec, że to teza nieprecyzyjna, dyktowane matematycznym szablonem uproszczenie; przecież gorsze mecze też miały zacne momenty, a zwycięstwa wcale nie przychodziły tak łatwo. Bliższa analiza każe Barçy u progu sezonu 2010/2011 wystawić diagnozę tym gorszą: tylko w trzech meczach Víctor Valdés zachowywał czyste konto (Sevilla rew., Racing, Sporting); trzykrotnie Blaugrana wygrywała pewnie (Sevilla rew., Racing, Panathinaikos); wreszcie, ledwie jedno spotkanie od początku do końca pozostawało pod kontrolą piłkarzy Barçy (rewanż z Sevillą). Minęło już dziesięć meczów, a zespół wciąż nie ustabilizował formy.

Jedna jaskółka kryzysu nie czyni; a kilka?
Tu nawet nie chodzi o to, że drużyna notuje dość zaskakujące wyniki. Wnikliwych kibiców nie może zmartwić pojedyncza porażka z beniaminkiem czy seria remisów same w sobie. Chodzi o to, co drużyna prezentuje na boisku. Przemęczenie. Niespójną grę. Niejawny styl. Nikłe efekty.

"Klub Mistrzów Świata" - to ładnie wygląda w prasie. W praktyce wygląda zaś tak, że dziesięciu piłkarzy podstawowego składu FC Barcelony rozegrało wyczerpujący turniej i nie miało wakacji (Abidal zdążył przynajmniej na last-minute). Dodajmy do tego trudy minionego sezonu (kumulacja meczów, wyczerpujące KMŚ) i liczne podróże w pre-sezonie (klubowe tournée po Azji, wyjazdy "La Furia Roja" do Meksyku i Argentyny). To równanie daje przykry wynik. Ogromne przemęczenie, które zdradziecko uderzy dopiero w drugiej części sezonu. Niestety, plany transferowe klubu zupełnie ten detal pominęły. Tymczasem wystarczy spojrzeć na grę Piqué i Puyola, by problem nabrał ostrości. Słabiej spisuje się Pedro. Optymalnej formy fizycznej wciąż szuka Villa... Pozostaje się tylko cieszyć tym, że w bieżącym sezonie na klubowy Mundial Barça się nie wybiera.

Sukcesy (choćby małe) w tym sezonie silnie zależne są od warunków, które mnoży wąski skład. Sporo ich. Messi musi być zdrowy. Villa musi szybko zgrać się z drużyną. Pedro i Bojan muszą dodawać "swoje" bramki. Wiąże się z tym kolejny kłopot Barçy. Xavi z Iniestą nie mają żadnego zastępcy... Jeżeli mógłby nim być Hleb, choćby tylko (!) w spotkaniach z Málagami, Sportingami i Kopenhagami - to na zbity pysk wyrzuca się go z klubu (tak należy nazwać darmowe wypożyczenia i promocyjną klauzulę sprzedaży). OK, są niby Jonathan z Thiago; lecz ich łączne 125 minut przy dotychczasowych problemach kadrowych Barçy oznacza jedno. Na dziś nie wierzy w nich nawet Guardiola. A nawet jeśli wierzy - to daje za mało szans na ogranie się. Piłkarski narybek niczego nie potrzebuje bardziej. Przy spodziewanym braku wzmocnień tej pozycji zimą - odbije się to czkawką w dalszej części sezonu.

Pep Guardiola stał się ponadto mentalnym zakładnikiem Messiego. Zdążył już powiedzieć wprost, że to zawodnik "nie do zastąpienia", a drużyna traci na jego nieobecności. Villa lub Bojan mogliby się obrazić. Ale nie chodzi tylko o wypowiedzi dla mediów. Dlaczego Guardiola faworyzuje Argentyńczyka do tego stopnia, że przestawia z jego powodu resztę zawodników? Przecież ustawianie "El Guaje" na lewym skrzydle odbiera potencjał i drużynie, i zawodnikowi. Chyba, że mister tak naprawdę chciał sprowadzić z Valencii lewoskrzydłowego - ale pomylił Davidów... Ten film już widzieliśmy, rolę główną grał pewien Francuz; ale to, czego Pep próbował z Henrym raczej nie powiedzie się z Villą (z racji jego charakterystyki). Toteż do momentu, kiedy Messi nie wróci na swoje prawe skrzydło, Villa na należny mu środek, a na lewej flance trwale zakwaterowany zostanie ktoś z trójki Pedro/Jeffrén/Bojan z doraźną (silniejsi rywale) doczepką pod postacią Iniesty - atak Barçy będzie wyglądał tak, jak dotychczas z Villą na lewym skrzydle, a Messim na środku. Czyli kulawo.

Kolejne negatywne zaskoczenie to Bojan. Przy takich kolegach zdobywanie bramek nie powinno stanowić problemu dla zawodnika obecnego w drużynie od ponad 3 lat. Tymczasem po Mallorce 20-latek ma już na koncie 400 minut bez bramki. To 4,5 meczu! Jeszcze gorzej od statystyk prezentuje się jego gra. Na dzień dzisiejszy wygląda na to, że inwestycja klubu w Krkicia na sezon 2010/2011 (czy tak łatwo pożegnano by Ibrahimovicia, gdyby nie domowy "młody zdolny" pukający do pierwszego składu? oczywiście, to pytanie retoryczne) może okazać się pochopną. Jego rozwój zatrzymał się jakiś czas temu i być może jedynym ratunkiem dla jego kariery na Camp Nou jest wypożyczenie. Jak najszybciej. Projekt "Bojan" oznacza ponadto, że Guardiola jest w stanie zaryzykować bardzo wiele (konflikt z innym piłkarzem, wyniki drużyny), byle tylko promować wychowanka klubu. Za ten upór trenera piłkarz odpłaca się słabo. Kibice mogą tylko cierpliwie czekać. Albo Bojan zacznie wreszcie trafiać do siatki, albo swą bezproduktywnością wyeliminuje się ze składu sam. I tylko...

... Ibrahimovicia szkoda. Oczywiście, Szwed zasługuje na osobny tekst, ale w tym miejscu chciałbym użyć jego casusu do zwrócenia uwagi na to, jak jednowymiarowa jest cała koncepcja gry Barçy. Niezależnie od personaliów, styl gry zespołu opiera się na ciągłym utrzymywaniu się przy piłce (80% z Mallorką brzmi po prostu karykaturalnie, skoro taki mecz nie został wygrany), szybkiej wymianie podań, umiejętnościach indywidualnych i dynamice napastników. Guardiola jeden czołg (Touré) zastąpił innym, twardszym czołgiem (Mascherano), ale nie ma już w składzie dryblasa (Ibrahimović), który centry Daniego Alvesa na poziomie przęseł niejednego mostu zgrywałby ku nogom barcelońskich krasnali. Ten, kto nie zatęskni za bramkami Szweda - na którymś etapie sezonu zatęskni za jego asystami. Ibra był jedną wielką alternatywą. Owszem, problematyczną. Drogą. Niekiedy nieznośnie bierną. Ale: alternatywą. Silną, wysoką i przydatną. Dziś faktycznej alternatywy Barça nie ma. W takiej konfiguracji kadrowej, jaką zafundował sobie i całemu barcelonismo krojczy Guardiola, nadzieja Barçy jest jedna: że to, co jest - wreszcie zaskoczy. A jeśli z czasem jednak nie zaskoczy (np. z powodu kontuzji, pogłębiającego się przemęczenia, ew. kryzysu formy kluczowych piłkarzy), to sezon skończy się dla Barçy szybciej niż się spodziewamy.

Problem osobny to Daniel Alves. Klub doszedł latem do wniosku, że Brazylijczyk nie potrzebuje zastępstwa z prawdziwego zdarzenia (uniwersalny Adriano to tylko półśrodek). Tymczasem obserwując jego grę w tym sezonie można odnieść wrażenie, że w RPA ktoś podmienił Daniego na tandetną podróbkę. Dla kolejnych rywali jego gra staje się bardziej przewidywalna niż mimika Herr Flicka. A siła Barçy nie leży dziś na ławce rezerwowych. Tkwi w podstawowym składzie. Alves jest jednym z jego fundamentów i byłoby z korzyścią dla całej drużyny, gdyby w kieszeni starych spodni z dna szafy odnalazł swą formę z minionego sezonu. Ba, może nawet znalazłoby się trochę dla Maxwella. Mimo wszystko, to rodacy. Nie ma jednak potrzeby rozpisywania się tu o byłym graczu Ajaxu i Interu. Maxwell jaki jest - każdy widzi. Wyraźnie lepszy chyba już nie będzie.

"Tylko spokojnie, mamy dużo czasu"
To nie krytyka, lecz próba recenzji. Dotychczasowe wyniki mają swoje przyczyny i trzeba o nich mówić. Aczkolwiek powodów do paniki nie ma. Skład grupy D pozwala sądzić, iż remis z Rubinem pozostanie bez znaczenia dla końcowego układu tabeli. Z kolei mecz z Hérculésem częściowo wyjaśnić można zmęczeniem piłkarzy po reprezentacjach, lekko eksperymentalnym składem i... czynnikiem demotywacyjnym. Ten ostatni powód należy podkreślić - to dobrze, że taki mecz przytrafił się barcelonistom już na samym początku rozgrywek. Będzie wyraźnie uczulał, że ten sezon będzie długi, ciężki i - prawdopodobnie - mizerniejszy w punkty. Wciąż jednak może skończyć się pięknymi sukcesami. Wystarczy, że piłkarze, Guardiola i Zarząd wyciągną wnioski z dotychczasowych błędów i zaniedbań. Jest jeszcze na to wystarczająco dużo czasu.

PS. Murawa? Tak, słyszałem. Ale to jest FC Barcelona. Bądźmy poważni i takie wytłumaczenia zostawmy innym.

REKLAMA

Poleć artykuł

Komentarze (90)

Aby dodawać komentarze, musisz być zalogowany.
Uwaga: Ze względu na ochronę prywatności, komentarze nie ładują się automatycznie. Kliknij przycisk poniżej, aby je wyświetlić.
Załaduj komentarze