Podsumowanie lutego: drużyna i bramka
Po wyczerpującym rewanżu z Arsenalem i emocjonującej potyczce z Sevillą przychodzi właściwy moment na Podsumowanie lutego. Na początek prezentujemy Wam przypomnienie wszystkich występów Barçy i szczegółowy opis poczynań bramkarzy. Miłej lektury!
Autor: Szafarz
Edycja: challenger
Podsumowanie lutego: drużyna
Jedno z najbardziej charakterystycznych miejsc na mapie Europy: Półwysep Iberyjski. "Península Ibèrica" w języku katalońskim, bo właśnie Katalonia interesuje nas szczególnie. Konkretniej: Barcelona. Tu mieści się siedziba i arena walki jednego z najwspanialszych klubów piłki nożnej na świecie - sławne Camp Nou. To wokół jego zielonego dywanu murawy blisko stutysięczny tłum z dumą podziwia dokonania odzianych w bordowo-granatowe barwy piłkarzy FC Barcelony.
Czas leci szybko - szczególnie, gdy niesie tak wyjątkowe chwile, jak to, co stadion ten obserwuje ostatnio. To dlatego trudno momentami uwierzyć, że saga Barçy Guardioli trwa już trzeci sezon! Choć plan taktyczny jest bardzo dobrze znany, a styl gry analizują wszyscy koneserzy piłki nożnej - Pep i jego podopieczni nie mają najmniejszej ochoty spuścić z tonu. Luty był kolejnym krokiem na drodze po kolejne trofea.
Naturalną konsekwencją zachwycających statystyk strzeleckich i ciągów zwycięstw, są jednak zauważalne wahania formy poszczególnych zawodników, jak i całej drużyny. Niemożliwością jest grać na maksimum przez 10 miesięcy z rzędu. Z tego powodu oczy wszystkich kibiców FC Barcelony - a także innych drużyn La Liga - ze szczególną uwagą śledziły dokonania Katalończyków na tym właśnie etapie sezonu. Po wspaniałym rozpoczęciu roku 2011, zadyszka przed trudami marca i kwietnia nie byłaby dla nikogo zaskoczeniem. Mało tego, patrząc w karty statystyków i historyków futbolu na oba poprzednie sezony Pepa, właśnie w lutym Blaugrana traciła najwięcej punktów notując najbardziej widoczny spadek efektywności oraz... efektowności.
Świadomi tego są tak trenerzy, jak i piłkarze Barçy. Znając skalę naturalnych ograniczeń, robią zatem wszystko, by trudy lutego nie wpłynęły znacząco na końcowy układ tabeli ligowej ani nie zniweczyły nadziei na sukces w rozgrywkach pucharowych. Rok temu na tym etapie sezonu Barça zakończyła już przygodę w jednych z nich, tym razem kontynuowała walkę na wszystkich frontach.
Po pierwszym meczu zakończonym okazałym zwycięstwem 5:0, FC Barcelona Barça rozpoczynała luty od teoretycznie formalnego, półfinałowego rewanżu z Almeríą w Pucharze Króla. Mecz ten - wbrew obawom tych, którzy przypominali porażkę w wyjazdowym meczu pucharowym z Betisem Sevilla - wypadł nadspodziewanie dobrze. Barcelona, grająca ciekawym składem z Busquetsem i Milito w obronie, Mascherano, Keitą i Thiago w linii pomocy oraz Nolito, Affelayem i Bojanem w ataku, pewnie pokonała gospodarzy 3:0. Jak pamiętacie, zarówno otwierająca wynik spotkania bramka Adriano (zdobyta po efektownym solowym rajdzie), jak i gol Affelaya silnym uderzeniem na długi słupek były pierwszymi bramkami dla obu tych zawodników w barwach Barçy. Dokładając do tego trafienie Thiago głową, piłkarze Dumy Katalonii zgodnie z oczekiwaniami cules postawili kropkę nad "i" pewnie zajmując miejsce w finale Pucharu Króla. Wszyscy kibice piłki nożnej oraz zwolennicy wielkich emocji ostrzą już sobie zęby na ów finał, w którym FC Barcelona zmierzy się z Realem Madryt.
Z kolei w lidze hiszpańskiej sytuacja musi podobać się wszystkim, którzy ciepło myślą o Messim i spółce. Barcelona rozpoczynała luty jako lider La Liga z 58 punktami i nie oddała tego prowadzenia na koniec miesiąca.
Miała przed sobą garść ciężkich wyzwań. Wyjazdowe mecze czekały lidera ze Sportingiem Gijon i Mallorką. Wizytę na Camp Nou mieli złożyć bramkostrzelni i zawsze zmobilizowani na pojedynki z Barceloną piłkarze Atlético Madryt, po czym szykował się kolejny pasjonujący pojedynek z jednym z częstszych przeciwników Barçy w ostatnich latach: Athletikiem Bilbao.
Obawy o wyniki, prognozy układu tabeli i kalkulacje zwycięstw przeprowadzane przez kibiców i dziennikarzy były najróżniejsze. Ile głów tyle opinii. Los tymczasem, jak to los, okazał nieprzewidywalny. Najważniejsze, że borykająca się z lekkim ‘zmęczeniem materiału' Barcelona na 12 możliwych punktów uzyskała 10. Biorąc pod uwagę klasę rywali i względnie napięty grafik (6 meczów w 4 tygodnie), należy to uznać za znakomity wynik.
Miesiąc ligowy zaczął się od efektownego zwycięstwa nad Atlético. Nieprzewidywalność fortuny przejawiła się oczywiście tydzień później - w tym, że Barça straciła punkty nie z drużyną Forlána czy walecznymi lokatorami San Mames, ale ze skazywanym raczej na porażkę Sportingiem Gijon. Mecz ten, rozgrywany bezpośrednio po przerwie reprezentacyjnej (co nie pozostało bez wpływu na dyspozycję podopiecznych Guardioli), był jednym z najsłabszych w tym sezonie w wykonaniu Barcelony. Dość powiedzieć, że wyrównująca bramka Villi padła dopiero na 10 minut przed końcem, a przebieg meczu wcale jej nie zapowiadał.
Komplety punktów zdobyte w pozostałych meczach, pozwalają jednak z optymizmem podsumować luty z ligowego punktu widzenia. Na zdecydowaną pochwałę zasłużyła dwójka Villa - Messi. Mimo słabszej formy, "cięższych nóg" i większej ilości strat niż zwykle, duet napastników zapewniał punkty drużynie, a pod koniec miesiąca coraz lepiej spisywał się Pedro. Wystarczy przypomnieć sobie strzelców bramek w kolejnych lutowych meczach: hat-trick Messiego z Atlético; gol Villi w Gijon; po jednej bramce obu napastników w meczu z Bilbao i to samo powtórzone w starciu z Mallorką (gdzie ostatnie trafienie dołożył Pedro). W pewnym sensie zbiegło się to w czasie z mniej okazałą niż zwykle postawą dwójki kreatywnych pomocników Barçy, Xaviego i Iniesty.
Ponadto, spośród spotkań ligowych, nikt inny nie zdobywał bramek dla Barçy - przez co uzupełniona wspomnianym pojedynczym trafieniem Pedro skuteczność Messiego i Villi zasługuje na tym okazalsze brawa.
Bilans bramek Barcelony w lidze hiszpańskiej na koniec lutego to 9 bramek strzelonych i 2 stracone. "Pep Team" kończy miesiąc z 68 oczkami na koncie, co na tle jeszcze bardziej niestabilnej formy drugiego w tabeli Realu Madryt, pozwoliło uzyskać 7 punktów przewagi nad głównym rywalem do ligowego triumfu.
Prócz ciężkich bojów na krajowym podwórku, luty niósł ze sobą powrót Ligi Mistrzów. W drugiej rundzie FC Barcelona wylosowała ciężkiego i jednocześnie bardzo interesującego przeciwnika, grający kombinacyjną piłkę rodzynek Premiership z londyńskiego The Emirates Stadium. Losowanie odbyło się już kilka ładnych miesięcy wcześniej, toteż z nadchodzącym pojedynkiem zdążyły oswoić się nie tylko drużyny, ale przede wszystkim kibice. Emocje gęstniały już na tygodnie przed meczem i nie dziwiło to nikogo - szykował się w końcu pojedynek drużyn uznawanych przez wielu za grające najładniejszy futbol na kontynencie.
Było z góry wiadomym, że o powtórzenie wyniku z zeszłego roku, kiedy Barça spotkała londyńczyków na etapie ćwierćfinału, będzie niezwykle trudno. Angielski klub w tym roku twardo walczy o mistrzostwo Anglii i stał się jeszcze groźniejszy niż wcześniej. Zbliżona do katalońskiej filozofia kreatywnego futbolu w połączeniu z angielskim stylem gry i dalekimi podaniami ze skrzydeł na rosłych napastników dała Arsenalowi argumenty, za pomocą których planowali wziąć odwet za zeszłoroczne odpadnięcie z Ligi Mistrzów.
Rozegrana 16. lutego 2011 pierwsza odsłona tego dwumeczu była widowiskiem pasjonującym. Barcelona, mimo niesprzyjających trybun, twardej walki i skutecznej obrony Arsenalu, zdołała narzucić swój styl gry już od pierwszych minut. Wymienność pozycji, ruchliwość, szybkie podania, błyskawiczne akcje i precyzyjne przerzuty sprawiały wrażenie, że Barcelona pewnie zmierza po bramkę otwierającą wynik. Odpowiedzialna gra obronna Arsenalu sprawiła jednak, że piłkarzom i fanom Barçy przyszło na to czekać długo. Wspaniałym prostopadłym podaniem Messi uruchomił Villę, który umieścił piłkę w bramce strzelając między nogami Wojtka Szczęsnego. Kilka dogodnych okazji miał Messi, a jedną z nich była prawidłowo strzelona bramka, niesłusznie nieuznana przez sędziego. Druga odsłona spotkania była dla Barcelony znacznie mniej pomyślna. Zmotywowany Arsenal po twardej walce w drugiej połowie wykorzystał swą broń przeciw Barcelonie. Po 2 szybkich kontratakach Van Persie oraz Arszawin w ostatnim kwadransie wyprowadzili swą drużynę na prowadzenie, a ostatnie starania Barçy o zmianę rezultatu nie powiodły się. Epicki pojedynek w Londynie skończył się zwycięstwem gospodarzy 2:1.
Graczom i kibicom Barcelony pozostał po tym wspaniałym meczu gorzki niedosyt. Dobry wynik był w zasięgu ręki, ale niewykorzystane wcześniej sytuacje zemściły się w końcowej fazie meczu. To jednak dwumecz, a strzelona na wyjeździe bramka jest w dwumeczach Ligi Mistrzów na wagę złota. Ze świadomością tego faktu gracze Barçy opuszczali Londyn, a cierpliwość kibiców obu klubów znów wystawiona została na próbę, w oczekiwaniu na marcowy rewanż...
Podsumowanie lutego: bramka
Víctor Valdés: ocena: 4,67 ; na boisku: 270 min., żółte kartki: 1
José Manuel Pinto: ocena: 6.00; na boisku: 270 min. żółte kartki: 1
Zestawienia
UD Almería (wyjazd), 2. lutego 2011: José Pinto - wygrana 0:3
Atlético Madryt (dom), 5. lutego 2011: Víctor Valdés - wygrana 3:0
Sporting Gijón (wyjazd), 12. lutego 2011: Víctor Valdés - remis 1:1
Arsenal Londyn (wyjazd), 16. lutego 2011: Víctor Valdés - przegrana 1:2
Athletic Bilbao (dom), 20. lutego 2011: José Pinto - wygrana 2:1
RCD Mallorca (wyjazd), 26. lutego 2011: José Pinto - wygrana 0:3
W związku z kontuzją Víctora Valdésa mieliśmy okazję - dość rzadką, trzeba przyznać - oglądać rezerwowego bramkarza także w pojedynkach ligowych. Pinto nie zawiódł i choć Athletic Club ani Mallorca nigdy nie są dla Barçy łatwymi przeciwnikami, to Katalończycy po każdym z tych meczów mogli dopisać sobie komplet punktów.
W całym lutym Barcelona straciła jedynie 4 bramki. Świadczy to dobrze o postawie całej formacji obronnej, ale akcentuje także wysoki poziom umiejętności bramkarzy. Jedynym poważniejszym wyjątkiem jest tu londyńska wpadka Valdésa. Komplet wyników lutego należy jednak pozytywnie ocenić formę bramkarzy Barçy. Idealnie równo rozdzieleni minutami na boisku, obaj spędzili na nim po 4,5 godziny.
Valdés: Bramkarze FC Barcelona mają ciężkie zadanie. Nie interweniują często, jednakże cały czas muszą być skupieni, bo zależnie od formy kolegów z ataku jedna interwencja może decydować o wyniku meczu. Poza tym często uczestniczą w rozgrywaniu piłki na własnej połowie oraz wspierają obrońców w wychodzeniu spod presingu przeciwnika tak, by unikać wybijania jej za linię autową. Víctor wywiązuje się z tych zadań w sposób znakomity i luty był kolejnym tego przykładem.
Nie sposób jednak przeoczyć jego wielkiego błędu w meczu z Arsenalem, gdy źle zachował się przy strzale Van Persiego. Wygoniony pod samą linię końcową Holender huknął jak z armaty trafiając przy krótkim słupku, obok zupełnie zdezorientowanego takim obrotem spraw Valdésa. Druga bramka "Kanonierów" padła po szybkim kontrataku i zasłonięty Valdés znów nie miał wiele do powiedzenia. Konta wychowanka nie poprawia również mecz w Gijon - choć przy straconej bramce nie popisali się Milito do spółki z Piqué, to jedyna groźniejsza akcja rywali zmusiła podstawowego bramkarza Barçy do wyciągania piłki z siatki... Luty w wykonaniu Valdésa z pewnością mógł być lepszy.
Pinto: José Manuel zyskuje coraz więcej oddanych kibiców i znacznie częściej jest doceniany przez media. Nadzwyczaj często pokazujący się w tym sezonie od strony komika (warto poszukać kilku zdjęć z treningów) i ekscentryka (fryzura w strączki i słynne "gwizdki Pinto"), drugi bramkarz Barçy pokazał w lutym, że jest dobrym fachowcem i w pełni zasługuje na trykot z herbem FCB na piersi. Kilka dobrych interwencji, solidna średnia ocena oraz ewidentna praca (choć wciąż jeszcze nie wolna od mankamentów) nad grą nogami i inicjowaniem gry zespołu uspokoiły tych fanów "Dumy Katalonii", którzy w kontekście kontuzji Valdésa obawiali się, czy jego zmiennik stanie na wysokości zadania. Solidny rezerwowy, który zawsze wspiera kolegów z ławki i nigdy nie skarży się na rzadkie występy, w pełni podołał odpowiedzialności pierwszego bramkarza.
Jedna stracona bramka w trzech meczach, w dodatku po strzale z rzutu karnego z takim przeciwnikiem, jak Bilbao - to znakomity wynik. Brawo, Pinto!
Autor: Szafarz
Edycja: challenger
Podsumowanie lutego: drużyna
Jedno z najbardziej charakterystycznych miejsc na mapie Europy: Półwysep Iberyjski. "Península Ibèrica" w języku katalońskim, bo właśnie Katalonia interesuje nas szczególnie. Konkretniej: Barcelona. Tu mieści się siedziba i arena walki jednego z najwspanialszych klubów piłki nożnej na świecie - sławne Camp Nou. To wokół jego zielonego dywanu murawy blisko stutysięczny tłum z dumą podziwia dokonania odzianych w bordowo-granatowe barwy piłkarzy FC Barcelony.
Czas leci szybko - szczególnie, gdy niesie tak wyjątkowe chwile, jak to, co stadion ten obserwuje ostatnio. To dlatego trudno momentami uwierzyć, że saga Barçy Guardioli trwa już trzeci sezon! Choć plan taktyczny jest bardzo dobrze znany, a styl gry analizują wszyscy koneserzy piłki nożnej - Pep i jego podopieczni nie mają najmniejszej ochoty spuścić z tonu. Luty był kolejnym krokiem na drodze po kolejne trofea.
Naturalną konsekwencją zachwycających statystyk strzeleckich i ciągów zwycięstw, są jednak zauważalne wahania formy poszczególnych zawodników, jak i całej drużyny. Niemożliwością jest grać na maksimum przez 10 miesięcy z rzędu. Z tego powodu oczy wszystkich kibiców FC Barcelony - a także innych drużyn La Liga - ze szczególną uwagą śledziły dokonania Katalończyków na tym właśnie etapie sezonu. Po wspaniałym rozpoczęciu roku 2011, zadyszka przed trudami marca i kwietnia nie byłaby dla nikogo zaskoczeniem. Mało tego, patrząc w karty statystyków i historyków futbolu na oba poprzednie sezony Pepa, właśnie w lutym Blaugrana traciła najwięcej punktów notując najbardziej widoczny spadek efektywności oraz... efektowności.
Świadomi tego są tak trenerzy, jak i piłkarze Barçy. Znając skalę naturalnych ograniczeń, robią zatem wszystko, by trudy lutego nie wpłynęły znacząco na końcowy układ tabeli ligowej ani nie zniweczyły nadziei na sukces w rozgrywkach pucharowych. Rok temu na tym etapie sezonu Barça zakończyła już przygodę w jednych z nich, tym razem kontynuowała walkę na wszystkich frontach.
Po pierwszym meczu zakończonym okazałym zwycięstwem 5:0, FC Barcelona Barça rozpoczynała luty od teoretycznie formalnego, półfinałowego rewanżu z Almeríą w Pucharze Króla. Mecz ten - wbrew obawom tych, którzy przypominali porażkę w wyjazdowym meczu pucharowym z Betisem Sevilla - wypadł nadspodziewanie dobrze. Barcelona, grająca ciekawym składem z Busquetsem i Milito w obronie, Mascherano, Keitą i Thiago w linii pomocy oraz Nolito, Affelayem i Bojanem w ataku, pewnie pokonała gospodarzy 3:0. Jak pamiętacie, zarówno otwierająca wynik spotkania bramka Adriano (zdobyta po efektownym solowym rajdzie), jak i gol Affelaya silnym uderzeniem na długi słupek były pierwszymi bramkami dla obu tych zawodników w barwach Barçy. Dokładając do tego trafienie Thiago głową, piłkarze Dumy Katalonii zgodnie z oczekiwaniami cules postawili kropkę nad "i" pewnie zajmując miejsce w finale Pucharu Króla. Wszyscy kibice piłki nożnej oraz zwolennicy wielkich emocji ostrzą już sobie zęby na ów finał, w którym FC Barcelona zmierzy się z Realem Madryt.
Z kolei w lidze hiszpańskiej sytuacja musi podobać się wszystkim, którzy ciepło myślą o Messim i spółce. Barcelona rozpoczynała luty jako lider La Liga z 58 punktami i nie oddała tego prowadzenia na koniec miesiąca.
Miała przed sobą garść ciężkich wyzwań. Wyjazdowe mecze czekały lidera ze Sportingiem Gijon i Mallorką. Wizytę na Camp Nou mieli złożyć bramkostrzelni i zawsze zmobilizowani na pojedynki z Barceloną piłkarze Atlético Madryt, po czym szykował się kolejny pasjonujący pojedynek z jednym z częstszych przeciwników Barçy w ostatnich latach: Athletikiem Bilbao.
Obawy o wyniki, prognozy układu tabeli i kalkulacje zwycięstw przeprowadzane przez kibiców i dziennikarzy były najróżniejsze. Ile głów tyle opinii. Los tymczasem, jak to los, okazał nieprzewidywalny. Najważniejsze, że borykająca się z lekkim ‘zmęczeniem materiału' Barcelona na 12 możliwych punktów uzyskała 10. Biorąc pod uwagę klasę rywali i względnie napięty grafik (6 meczów w 4 tygodnie), należy to uznać za znakomity wynik.
Miesiąc ligowy zaczął się od efektownego zwycięstwa nad Atlético. Nieprzewidywalność fortuny przejawiła się oczywiście tydzień później - w tym, że Barça straciła punkty nie z drużyną Forlána czy walecznymi lokatorami San Mames, ale ze skazywanym raczej na porażkę Sportingiem Gijon. Mecz ten, rozgrywany bezpośrednio po przerwie reprezentacyjnej (co nie pozostało bez wpływu na dyspozycję podopiecznych Guardioli), był jednym z najsłabszych w tym sezonie w wykonaniu Barcelony. Dość powiedzieć, że wyrównująca bramka Villi padła dopiero na 10 minut przed końcem, a przebieg meczu wcale jej nie zapowiadał.
Komplety punktów zdobyte w pozostałych meczach, pozwalają jednak z optymizmem podsumować luty z ligowego punktu widzenia. Na zdecydowaną pochwałę zasłużyła dwójka Villa - Messi. Mimo słabszej formy, "cięższych nóg" i większej ilości strat niż zwykle, duet napastników zapewniał punkty drużynie, a pod koniec miesiąca coraz lepiej spisywał się Pedro. Wystarczy przypomnieć sobie strzelców bramek w kolejnych lutowych meczach: hat-trick Messiego z Atlético; gol Villi w Gijon; po jednej bramce obu napastników w meczu z Bilbao i to samo powtórzone w starciu z Mallorką (gdzie ostatnie trafienie dołożył Pedro). W pewnym sensie zbiegło się to w czasie z mniej okazałą niż zwykle postawą dwójki kreatywnych pomocników Barçy, Xaviego i Iniesty.
Ponadto, spośród spotkań ligowych, nikt inny nie zdobywał bramek dla Barçy - przez co uzupełniona wspomnianym pojedynczym trafieniem Pedro skuteczność Messiego i Villi zasługuje na tym okazalsze brawa.
Bilans bramek Barcelony w lidze hiszpańskiej na koniec lutego to 9 bramek strzelonych i 2 stracone. "Pep Team" kończy miesiąc z 68 oczkami na koncie, co na tle jeszcze bardziej niestabilnej formy drugiego w tabeli Realu Madryt, pozwoliło uzyskać 7 punktów przewagi nad głównym rywalem do ligowego triumfu.
Prócz ciężkich bojów na krajowym podwórku, luty niósł ze sobą powrót Ligi Mistrzów. W drugiej rundzie FC Barcelona wylosowała ciężkiego i jednocześnie bardzo interesującego przeciwnika, grający kombinacyjną piłkę rodzynek Premiership z londyńskiego The Emirates Stadium. Losowanie odbyło się już kilka ładnych miesięcy wcześniej, toteż z nadchodzącym pojedynkiem zdążyły oswoić się nie tylko drużyny, ale przede wszystkim kibice. Emocje gęstniały już na tygodnie przed meczem i nie dziwiło to nikogo - szykował się w końcu pojedynek drużyn uznawanych przez wielu za grające najładniejszy futbol na kontynencie.
Było z góry wiadomym, że o powtórzenie wyniku z zeszłego roku, kiedy Barça spotkała londyńczyków na etapie ćwierćfinału, będzie niezwykle trudno. Angielski klub w tym roku twardo walczy o mistrzostwo Anglii i stał się jeszcze groźniejszy niż wcześniej. Zbliżona do katalońskiej filozofia kreatywnego futbolu w połączeniu z angielskim stylem gry i dalekimi podaniami ze skrzydeł na rosłych napastników dała Arsenalowi argumenty, za pomocą których planowali wziąć odwet za zeszłoroczne odpadnięcie z Ligi Mistrzów.
Rozegrana 16. lutego 2011 pierwsza odsłona tego dwumeczu była widowiskiem pasjonującym. Barcelona, mimo niesprzyjających trybun, twardej walki i skutecznej obrony Arsenalu, zdołała narzucić swój styl gry już od pierwszych minut. Wymienność pozycji, ruchliwość, szybkie podania, błyskawiczne akcje i precyzyjne przerzuty sprawiały wrażenie, że Barcelona pewnie zmierza po bramkę otwierającą wynik. Odpowiedzialna gra obronna Arsenalu sprawiła jednak, że piłkarzom i fanom Barçy przyszło na to czekać długo. Wspaniałym prostopadłym podaniem Messi uruchomił Villę, który umieścił piłkę w bramce strzelając między nogami Wojtka Szczęsnego. Kilka dogodnych okazji miał Messi, a jedną z nich była prawidłowo strzelona bramka, niesłusznie nieuznana przez sędziego. Druga odsłona spotkania była dla Barcelony znacznie mniej pomyślna. Zmotywowany Arsenal po twardej walce w drugiej połowie wykorzystał swą broń przeciw Barcelonie. Po 2 szybkich kontratakach Van Persie oraz Arszawin w ostatnim kwadransie wyprowadzili swą drużynę na prowadzenie, a ostatnie starania Barçy o zmianę rezultatu nie powiodły się. Epicki pojedynek w Londynie skończył się zwycięstwem gospodarzy 2:1.
Graczom i kibicom Barcelony pozostał po tym wspaniałym meczu gorzki niedosyt. Dobry wynik był w zasięgu ręki, ale niewykorzystane wcześniej sytuacje zemściły się w końcowej fazie meczu. To jednak dwumecz, a strzelona na wyjeździe bramka jest w dwumeczach Ligi Mistrzów na wagę złota. Ze świadomością tego faktu gracze Barçy opuszczali Londyn, a cierpliwość kibiców obu klubów znów wystawiona została na próbę, w oczekiwaniu na marcowy rewanż...
Podsumowanie lutego: bramka
Víctor Valdés: ocena: 4,67 ; na boisku: 270 min., żółte kartki: 1
José Manuel Pinto: ocena: 6.00; na boisku: 270 min. żółte kartki: 1
Zestawienia
UD Almería (wyjazd), 2. lutego 2011: José Pinto - wygrana 0:3
Atlético Madryt (dom), 5. lutego 2011: Víctor Valdés - wygrana 3:0
Sporting Gijón (wyjazd), 12. lutego 2011: Víctor Valdés - remis 1:1
Arsenal Londyn (wyjazd), 16. lutego 2011: Víctor Valdés - przegrana 1:2
Athletic Bilbao (dom), 20. lutego 2011: José Pinto - wygrana 2:1
RCD Mallorca (wyjazd), 26. lutego 2011: José Pinto - wygrana 0:3
W związku z kontuzją Víctora Valdésa mieliśmy okazję - dość rzadką, trzeba przyznać - oglądać rezerwowego bramkarza także w pojedynkach ligowych. Pinto nie zawiódł i choć Athletic Club ani Mallorca nigdy nie są dla Barçy łatwymi przeciwnikami, to Katalończycy po każdym z tych meczów mogli dopisać sobie komplet punktów.
W całym lutym Barcelona straciła jedynie 4 bramki. Świadczy to dobrze o postawie całej formacji obronnej, ale akcentuje także wysoki poziom umiejętności bramkarzy. Jedynym poważniejszym wyjątkiem jest tu londyńska wpadka Valdésa. Komplet wyników lutego należy jednak pozytywnie ocenić formę bramkarzy Barçy. Idealnie równo rozdzieleni minutami na boisku, obaj spędzili na nim po 4,5 godziny.
Valdés: Bramkarze FC Barcelona mają ciężkie zadanie. Nie interweniują często, jednakże cały czas muszą być skupieni, bo zależnie od formy kolegów z ataku jedna interwencja może decydować o wyniku meczu. Poza tym często uczestniczą w rozgrywaniu piłki na własnej połowie oraz wspierają obrońców w wychodzeniu spod presingu przeciwnika tak, by unikać wybijania jej za linię autową. Víctor wywiązuje się z tych zadań w sposób znakomity i luty był kolejnym tego przykładem.
Nie sposób jednak przeoczyć jego wielkiego błędu w meczu z Arsenalem, gdy źle zachował się przy strzale Van Persiego. Wygoniony pod samą linię końcową Holender huknął jak z armaty trafiając przy krótkim słupku, obok zupełnie zdezorientowanego takim obrotem spraw Valdésa. Druga bramka "Kanonierów" padła po szybkim kontrataku i zasłonięty Valdés znów nie miał wiele do powiedzenia. Konta wychowanka nie poprawia również mecz w Gijon - choć przy straconej bramce nie popisali się Milito do spółki z Piqué, to jedyna groźniejsza akcja rywali zmusiła podstawowego bramkarza Barçy do wyciągania piłki z siatki... Luty w wykonaniu Valdésa z pewnością mógł być lepszy.
Pinto: José Manuel zyskuje coraz więcej oddanych kibiców i znacznie częściej jest doceniany przez media. Nadzwyczaj często pokazujący się w tym sezonie od strony komika (warto poszukać kilku zdjęć z treningów) i ekscentryka (fryzura w strączki i słynne "gwizdki Pinto"), drugi bramkarz Barçy pokazał w lutym, że jest dobrym fachowcem i w pełni zasługuje na trykot z herbem FCB na piersi. Kilka dobrych interwencji, solidna średnia ocena oraz ewidentna praca (choć wciąż jeszcze nie wolna od mankamentów) nad grą nogami i inicjowaniem gry zespołu uspokoiły tych fanów "Dumy Katalonii", którzy w kontekście kontuzji Valdésa obawiali się, czy jego zmiennik stanie na wysokości zadania. Solidny rezerwowy, który zawsze wspiera kolegów z ławki i nigdy nie skarży się na rzadkie występy, w pełni podołał odpowiedzialności pierwszego bramkarza.
Jedna stracona bramka w trzech meczach, w dodatku po strzale z rzutu karnego z takim przeciwnikiem, jak Bilbao - to znakomity wynik. Brawo, Pinto!
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
Poleć artykuł
Komentarze (0)