Nadzieja umiera ostatnia...
Po ostatnim meczu z Getafe nie byłem smutny czy przybity. Byłem wku******. Nie dlatego, że przegraliśmy mecz, którego teoretycznie przegrać się nie dało. Rozumiem, że nie zawsze można wygrywać i nawet taki zespół jak Barça może mieć chwile załamania. Rozumiem zmęczenie długim sezonem, coraz gorszą wydolność, ale nie mogłem przeboleć postawy podopiecznych Franka Rijkaarda, którzy na boisku stali jak wryci nie wiedząc, co się dzieje.
Pierwszy gol, drugi - zero reakcji. Źle było już po pierwszej połowie, ale chyba nikt z nas nie spodziewał się, że w drugiej będzie jeszcze gorzej. Chwilę po wejściu na boisku w grze Barçy widać było agresję. 'Mister' zbluzgał nasze gwiazdy? Niemożliwe. Jak się okazało całkiem niezła postawa naszych ulubieńców trwała tylko parę minut. Później było już katastrofalnie...
Getafe napierało z każdą minutą coraz bardziej. Niesieni dopingiem swoich kibiców, co rusz stwarzali zagrożenie pod bramką Alberta Jorquery, który w pojedynkę walczył na Estadio Coliseum Alfonso Perez. Nie miał wsparcia ze strony partnerów, którzy byli ośmieszani przez armię Bernda Schustera. A Barça? A Ronnie? A Eto'o? Nie wiedzieli, co, gdzie i jak.
Zero walki. Zero ambicji. Zero zaangażowania. Chcieli wygrać mecz na stojąco, nie pocąc się i nie brudząc butów, które kosztują połowę średniej wypłaty w naszym kraju. Spoglądałem w monitor i nie mogłem uwierzyć w to, co widzę. To nie była Barça, która grała efektownie, i zarazem cholernie efektywnie. To nie był ten zespół, który swoją grą wprawiał w zdumienie nawet kibiców znienawidzonego Realu Madyt. To był kompletnie inny team, ten nie godzień noszenia herbu tak wspaniałego klubu na piersi.
Pamiętacie lata bez sukcesów? Na pewno tak. Wtedy wszyscy ubolewaliśmy nad tym, iż na szczycie był inny klub, ale Katalończycy zawsze, w każdym meczu walczyli i pokazywali ofensywny futbol. Teraz po wspaniałym sezonie 05/06 przyszedł słabszy, w którym zdecydowanie zbyt wiele nam obiecano. Zamiast 7 pucharów może nie być żadnego, a forma piłkarzy jest daleka od ideału. Mecz z Getafe dobitnie udowodnił, iż niektórym zawodnikom po prostu się nie chciało. Dość mam już oglądania gwiazd w reklamach, kampaniach reklamowych czy innych gówien, które mają tylko na celu powiększenie i tak już ogromnej fortuny. Drużyna przede wszystkim. Na pierwszym miejscu powinny być treningi, mecze, zespół, dzięki któremu osiąga się wielkie sukcesy. Tymczasem w czwartek było inaczej. Ronnie i spółka zagrali żałośnie, najgorszy mecz za czasów Franka Rijkaarda. Miałem dość. Nie mogłem dłużej patrzeć na zawodników, którym nie chciało się nawet biegać by wywalczyć awans do finału Copa del Rey. Wyżyłem się w jednym z artykułów, byłem bardzo zdenerwowany postawą ulubieńców. Pytam... Co to ku*** miało być? Gracie dla najwspanialszego klubu na świecie! Nie zawsze musicie wygrywać, bo to niemożliwe, ale wymagam walki, zaangażowania, poświęcenia. Czy to naprawdę tak wiele? Wiecie jak się czułem? Wydymany. Jak Ronaldinho na jednym ze zdjęć zamieszczonych na El Mundo Deportivo.
Wczoraj miałem mieszane uczucia. Z jednej strony zdenerwowanie, bo w frajerski sposób straciliśmy gola, punkty i pozycję lidera na rzecz Realu Madryt (tfu!). Kląłem ile wlezie, zresztą jak zawsze, taki mam wybuchowy charakter. Nie chciałem pisać pomeczówki, bo później sam musiałbym się zbanować. Domyślcie się czemu.
Po jakimś czasie wszedłem na ‘Sport' by zobaczyć, co na konferencji prasowej powiedział Frank Rijkaard. Zobaczyłem zdjęcie. Załamany Puyol w objęciach Rijkaarda, który ma łzy w oczach. Dopiero wtedy zrozumiałem, że także oni cierpią. Nigdy nie widziałem takiej miny naszego kapitana. Zawsze imponował wspaniałą grą godną lidera zespołu, twardy niczym skała, defensor kompletny. Wczoraj nawet on się załamał. Z ciekawości zacząłem przeglądać galerię z meczu i widziałem kolejnych podłamanych piłkarzy.
Thuram ze spuszczoną głową, Deco zakrywający twarz dłońmi spoglądający w niebo z niedowierzaniem, Valdés, Iniesta i w końcu Puyol... tonęli w objęciach nie mniej przybitego Rijkaarda. Zespół nie mógł uwierzyć w to, co się stało, a przecież zwycięstwo było tak blisko...
Przeglądając te wszystkie zdjęcia zacząłem rozumieć jak bardzo cierpią także piłkarze, którym ostatni czasy nic nie wychodzi. Wielka jak tsunami, fala krytyki jaka spłynęła na klub po meczu z Getafe miała być mobilizacją, ale jeszcze bardziej zwiększyła presję. Kolejna wpada i wielka załamka. Mistrzowski tytuł coraz bardziej się oddala, a od zespołu powoli zaczynają odsuwać się nawet kibice, którzy mają dość kolejnych zawodów.
Coraz więcej ludzi zaczyna się odwracać od Barçy, co powoduje, iż w głowach zawodników pojawia się strach, a i wiara w końcowy sukces zaczyna powoli zanikać. Po wczorajszym meczu zostali wygwizdani i pożegnani białymi chusteczkami. Nigdy bym się nie spodziewał, że to zaboli aż tak bardzo. Niektórzy fani już zaczynają wątpić, iż uda się zdobyć tytuł Campeonato. Takiej wiary nie mogą stracić piłkarze, bo wtedy nie będzie już, o co walczyć. Dopiero teraz ci prawdziwi Cules pokażą swoja wartość wspierają zespół. Nie możemy opuścić Puyola i spółki w tak trudnym momencie, nie teraz. Tak źle, nie było od dawna i ten kryzys musimy przejść razem, nawzajem się wspierając. Rijkaard, Laporta i reszta proszą o jedność i wsparcie. Jesteśmy im to winni za wspaniałe sukcesy z dwóch poprzednich sezonów.
Powinniśmy się zjednoczyć i wspólnie wspomóc klub i graczy, których kochamy, dla których poświęcamy tak wiele czasu. I już nawet nieważne czy zdobędziemy ten gówniany tytuł czy nie. Zespół jest w poważnym dołku i my, kibice powinniśmy zrobić wszystko by sami zawodnicy ponownie uwierzyli w swoje umiejętności i poczuli, że mają, dla kogo grać. Dla najwierniejszych fanów, którzy będą z nimi na dobre i na złe. Jak jedna wielka rodzina. Pamiętajmy, że nadzieja umiera ostatnia... By na koniec sezonu chóralnie, zjednoczeni, ponownie zaśpiewać... "Madrid cabròn saluda al campeon!"
Dla nas Barça i tak zawsze będzie najlepsza na świecie...
Visca el Barça!
Pierwszy gol, drugi - zero reakcji. Źle było już po pierwszej połowie, ale chyba nikt z nas nie spodziewał się, że w drugiej będzie jeszcze gorzej. Chwilę po wejściu na boisku w grze Barçy widać było agresję. 'Mister' zbluzgał nasze gwiazdy? Niemożliwe. Jak się okazało całkiem niezła postawa naszych ulubieńców trwała tylko parę minut. Później było już katastrofalnie...
Getafe napierało z każdą minutą coraz bardziej. Niesieni dopingiem swoich kibiców, co rusz stwarzali zagrożenie pod bramką Alberta Jorquery, który w pojedynkę walczył na Estadio Coliseum Alfonso Perez. Nie miał wsparcia ze strony partnerów, którzy byli ośmieszani przez armię Bernda Schustera. A Barça? A Ronnie? A Eto'o? Nie wiedzieli, co, gdzie i jak.
Zero walki. Zero ambicji. Zero zaangażowania. Chcieli wygrać mecz na stojąco, nie pocąc się i nie brudząc butów, które kosztują połowę średniej wypłaty w naszym kraju. Spoglądałem w monitor i nie mogłem uwierzyć w to, co widzę. To nie była Barça, która grała efektownie, i zarazem cholernie efektywnie. To nie był ten zespół, który swoją grą wprawiał w zdumienie nawet kibiców znienawidzonego Realu Madyt. To był kompletnie inny team, ten nie godzień noszenia herbu tak wspaniałego klubu na piersi.
Pamiętacie lata bez sukcesów? Na pewno tak. Wtedy wszyscy ubolewaliśmy nad tym, iż na szczycie był inny klub, ale Katalończycy zawsze, w każdym meczu walczyli i pokazywali ofensywny futbol. Teraz po wspaniałym sezonie 05/06 przyszedł słabszy, w którym zdecydowanie zbyt wiele nam obiecano. Zamiast 7 pucharów może nie być żadnego, a forma piłkarzy jest daleka od ideału. Mecz z Getafe dobitnie udowodnił, iż niektórym zawodnikom po prostu się nie chciało. Dość mam już oglądania gwiazd w reklamach, kampaniach reklamowych czy innych gówien, które mają tylko na celu powiększenie i tak już ogromnej fortuny. Drużyna przede wszystkim. Na pierwszym miejscu powinny być treningi, mecze, zespół, dzięki któremu osiąga się wielkie sukcesy. Tymczasem w czwartek było inaczej. Ronnie i spółka zagrali żałośnie, najgorszy mecz za czasów Franka Rijkaarda. Miałem dość. Nie mogłem dłużej patrzeć na zawodników, którym nie chciało się nawet biegać by wywalczyć awans do finału Copa del Rey. Wyżyłem się w jednym z artykułów, byłem bardzo zdenerwowany postawą ulubieńców. Pytam... Co to ku*** miało być? Gracie dla najwspanialszego klubu na świecie! Nie zawsze musicie wygrywać, bo to niemożliwe, ale wymagam walki, zaangażowania, poświęcenia. Czy to naprawdę tak wiele? Wiecie jak się czułem? Wydymany. Jak Ronaldinho na jednym ze zdjęć zamieszczonych na El Mundo Deportivo.
Wczoraj miałem mieszane uczucia. Z jednej strony zdenerwowanie, bo w frajerski sposób straciliśmy gola, punkty i pozycję lidera na rzecz Realu Madryt (tfu!). Kląłem ile wlezie, zresztą jak zawsze, taki mam wybuchowy charakter. Nie chciałem pisać pomeczówki, bo później sam musiałbym się zbanować. Domyślcie się czemu.
Po jakimś czasie wszedłem na ‘Sport' by zobaczyć, co na konferencji prasowej powiedział Frank Rijkaard. Zobaczyłem zdjęcie. Załamany Puyol w objęciach Rijkaarda, który ma łzy w oczach. Dopiero wtedy zrozumiałem, że także oni cierpią. Nigdy nie widziałem takiej miny naszego kapitana. Zawsze imponował wspaniałą grą godną lidera zespołu, twardy niczym skała, defensor kompletny. Wczoraj nawet on się załamał. Z ciekawości zacząłem przeglądać galerię z meczu i widziałem kolejnych podłamanych piłkarzy.
Thuram ze spuszczoną głową, Deco zakrywający twarz dłońmi spoglądający w niebo z niedowierzaniem, Valdés, Iniesta i w końcu Puyol... tonęli w objęciach nie mniej przybitego Rijkaarda. Zespół nie mógł uwierzyć w to, co się stało, a przecież zwycięstwo było tak blisko...
Przeglądając te wszystkie zdjęcia zacząłem rozumieć jak bardzo cierpią także piłkarze, którym ostatni czasy nic nie wychodzi. Wielka jak tsunami, fala krytyki jaka spłynęła na klub po meczu z Getafe miała być mobilizacją, ale jeszcze bardziej zwiększyła presję. Kolejna wpada i wielka załamka. Mistrzowski tytuł coraz bardziej się oddala, a od zespołu powoli zaczynają odsuwać się nawet kibice, którzy mają dość kolejnych zawodów.
Coraz więcej ludzi zaczyna się odwracać od Barçy, co powoduje, iż w głowach zawodników pojawia się strach, a i wiara w końcowy sukces zaczyna powoli zanikać. Po wczorajszym meczu zostali wygwizdani i pożegnani białymi chusteczkami. Nigdy bym się nie spodziewał, że to zaboli aż tak bardzo. Niektórzy fani już zaczynają wątpić, iż uda się zdobyć tytuł Campeonato. Takiej wiary nie mogą stracić piłkarze, bo wtedy nie będzie już, o co walczyć. Dopiero teraz ci prawdziwi Cules pokażą swoja wartość wspierają zespół. Nie możemy opuścić Puyola i spółki w tak trudnym momencie, nie teraz. Tak źle, nie było od dawna i ten kryzys musimy przejść razem, nawzajem się wspierając. Rijkaard, Laporta i reszta proszą o jedność i wsparcie. Jesteśmy im to winni za wspaniałe sukcesy z dwóch poprzednich sezonów.
Powinniśmy się zjednoczyć i wspólnie wspomóc klub i graczy, których kochamy, dla których poświęcamy tak wiele czasu. I już nawet nieważne czy zdobędziemy ten gówniany tytuł czy nie. Zespół jest w poważnym dołku i my, kibice powinniśmy zrobić wszystko by sami zawodnicy ponownie uwierzyli w swoje umiejętności i poczuli, że mają, dla kogo grać. Dla najwierniejszych fanów, którzy będą z nimi na dobre i na złe. Jak jedna wielka rodzina. Pamiętajmy, że nadzieja umiera ostatnia... By na koniec sezonu chóralnie, zjednoczeni, ponownie zaśpiewać... "Madrid cabròn saluda al campeon!"
Dla nas Barça i tak zawsze będzie najlepsza na świecie...
Visca el Barça!
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
Poleć artykuł
Komentarze (0)