W ciszy stadionu. Piłka toczy się dalej

Karol Chowański 'Challenger'

26 kwietnia 2012, 22:07

42 komentarze


Nie rozumiem. Nie rozumiem niedowierzających po forach i facebookach kibiców, nie rozumiem dziennikarzy robiących z wtorkowego awansu Chelsea "Sensację XXI wieku". Wtorkowy scenariusz był dla nas bardzo, bardzo smutny, zdecydowanie należał jednak do scenariuszy realnych. W tej grze porażka zawsze pozostaje ewentualnością. Nie da się wygrywać zawsze. Tym bardziej po tym wszystkim, co wydarzyło się od pierwszego gwizdka arbitra w środę w Londynie. Okoliczności nie są bez znaczenia. Być może zdanie sobie z tego sprawy osuszy choć trochę ocean goryczy, do jakiego wpadło po tym tygodniu zawodu zaskakująco wielu kibiców „Dumy Katalonii”.


Porażka jak inne

Przede wszystkim, to żadna porażka przełomowa. Wyjątkowego nie ma w niej nic. Żadna świadcząca o niesprawiedliwości futbolu. Porażka jak każda. W mojej przytomności ten klub ponosił już i gorsze, i częstsze. Wyolbrzymianie wyniku z wtorku, stawianie go obok jakichś bezzasadnie górnolotnych słów - to nic więcej jak obraza dla finalisty, który zwyciężył w równej walce. Kilka dni temu wygrał po prostu inny styl futbolu niż ten praktykowany przez Barçę, inna filozofia - lecz także w tym przypadku zasadne powinno być określenie, że „inny” nie znaczy „gorszy”. Chelsea zagrała w swojej konwencji, w swoim interesie. O ten sam cel, co rycerze Pepa, ale inaczej. Po swojemu. I, z komfortem wyniku z Londynu, okazała się w tym pojedynku zwycięska.

Nie wahajmy się pogratulować tak, jak to nam gratulowali niektórzy kibice „The Blues” dokładnie trzy lata temu. Taka jest piłka. Demokratyczna. Każdy może przegrać z każdym; czemu zatem przedkładać barceloński rozmach nad angielską efektywność? Nie ma czego kwestionować. Szacunek dla Chelsea, że wykorzystali to, co mieli, bo tym razem Barça tego nie potrafiła. PepTeam porażki najdotkliwszej nie poniósł ani z podopiecznymi Di Matteo, ani z Realem kilka dni wcześniej. Najdotkliwiej przegrała Barcelona z samą sobą - z własnymi słabościami, z niemocą kluczowych graczy, z trapiącymi zespół przez caluteńki sezon kontuzjami, z brakiem właściwszych reakcji trenera w decydujących o wszystkim chwilach. To też ludzie. Doskonały nie jest nikt.

Liga Mistrzów w tym roku nie dla Barçy, ale czas się z tym pogodzić, bo życie toczy się dalej. Na Camp Nou również będzie. Ta drużyna ma jeszcze w tym sezonie finał do zagrania, a w kolejnym wróci bardziej wypoczęta, zdrowsza i silniejsza. Tak, jak silniejsza i bardziej zdeterminowana wracała po ogromnym rozczarowaniu z Interem.

Cegiełki

Nie wiem, w czym inni dostrzegali przyczyny porażki ani dlaczego używali do tego tak pompatycznych słów. Moim zdaniem zadecydowało kilka mniejszych lub większych cegiełek, których mur oddzielił Katalończyków od tegorocznego finału. Kilka logicznych czynników, których efektem jakże smutny nastrój w barcelonismo.

Kto się spodziewał, że najgorszym piłkarzem tego dwumeczu będzie Cesc? Piłkarz znający słabe punkty CFC jak nikt z jego barcelońskich kolegów, okazał się być cieniem siebie samego z kilku występów przeciwko lokalnemu rywalowi w barwach Arsenalu.

Grać z Anglikami nie tylko liliputami w ofensywie, ale także z tyłu, okazało się ogromnym błędem. Odważne było stwierdzenie, że obecność Piqué w wyjściowym składzie na Stamford zmieniłaby losy meczu, ale doskakującym niekiedy rywalom maksymalnie do ramienia Puyolowi, Adriano i Masche w walce o górne piłki pomogłaby bez cienia wątpliwości.

Po tym sezonie chyba ostatecznie aksjomatem dla kibiców Barçy stało się, że Xabi Alonso wielkim piłkarzem jest. Kluczowa postać w systemie gry Realu. W taktyce Chelsea na Barcelonę takim kimś był Raúl Meireles. Szkoda, że nie dostał eliminującej go z rewanżu żółtej kartki, bo miał po temu 2 czy 3 okazje... Nie krytykuję tu decyzji arbitra - dla mnie jako culé po prostu po ludzku szkoda, tak samo jak rozlanego piwa. Bez tego walecznego Portugalczyka, defensywa CFC na pewno byłaby na Camp Nou bardziej dziurawa.

Zamiast zapowiedzi awizujących zaparkowanie na Camp Nou londyńskiego doubledecker’a, bardziej przejmowała mnie rażąca nieskuteczność podopiecznych Pepa w ostatnich meczach. Skoro doskonale zdawali sobie z tego sprawę dziennikarze MD pisząc o „golu potrzebnym od zaraz”, skąd nagle zaskoczenie, że jednej z najtwardszych defensyw w Europie Barcelona nie zdołała zaaplikować goleady? Pod żadnym względem nie był to dla PepTeamu sezon manit, lecz kontuzji i naprzemiennych spadków formy napastników. Po bogatszym w gole marcu, nastał wiatr nieskuteczności. Szału w ofensywie Barcelony nie było już od meczu z Levante. Bezowocne starania na Stamford, potem tylko jedna bramka z Realem i rewanż z Chelsea. http://www.fcBarça.com/41951-gol-potrzebny-od-zaraz.html W żadnych innych czterech meczach z rzędu w tym sezonie piłkarze Guardioli nie zdobyli tak mało bramek (1,25 na mecz), jednocześnie tracąc ich tak wiele (sześć, tj. 1,5 w meczu). Z tego punktu widzenia nie ma żadnego przypadku (ani podstaw do lamentu) w tym, że Barcelona przegrała z Realem i odpadła z Chelsea.

Dostrzec zaś można konsekwencję aktualnej formy drużyny (od tygodni przemęczeni Xavi, Alves i Messi; kłopot z Pedro), możliwości kadrowych (schorzenie Abidala, kontuzje Villi i Afellaya, poniekąd ostatni uraz Sáncheza) i błędów trenera (wystawienie trójki obrońców na oba mecze z drużyną grającą z kontry wrzuciło zespół na miny dwóch zabójczych goli Drogby i Ramiresa; brak Piqué na Stamford Bridge; zbytnie zaufanie młodzieży; nielogiczne i przydługie trwanie w złych decyzjach).

Ogromne znaczenie strategiczne dla losów dwumeczu z Chelsea FC miała też weekendowa porażka z Realem. To nie był mecz osobny, z innej bajki, lecz składowa ciągu meczów podwyższonego ryzyka. Dochodzimy tu do czegoś, co sam sobie nazywam psychologią, socjologią szatni. Efekt domina w ludzkiej głowie - dobry rezultat na Stamford dałby większy komfort w starciu z Realem, a ewentualne zbliżenie się do Madrytu na 1 punkt w lidze dodałaby skrzydeł przed rewanżem z Anglikami. Gdy dostaniesz numer od najładniejszej dziewczyny w klubie, chcesz śpiewać i mógłbyś przenosić góry. Nie ma żadnego powodu, dla którego psychika piłkarza miała się tu różnić. Dlatego próba wygranej z Realem może nie na pół, ale 2/3 gwizdka, okazała się bardziej brzemienna w skutkach niż zakładał w swym minimalistycznym (na Real) planie Guardiola. Paradoksalnie, fizyczny odpoczynek kilku graczy nie dał nic w kontekście tego, że w sobotni wieczór osiadła im w głowach kotwica prestiżowej porażki z Blancos i świadomości przegranej ostatniej szansy na ligę.

Serce mistrza wygrywa mecze czy walki nawet, gdy zawodzą mięśnie. Bezzębność ataków Barcelony w Londynie w połączeniu z decyzjami Guardioli z soboty i ostatecznym rozstrzygnięciu ligi sprawiły, że Barça zatraciła tę mentalność zwycięzców, która cechowała ją w tak wielu decydujących meczach ostatnich lat (niezapomniane Iniestazo, oba finały LM, SE 2009, finał CdR 2009, półfinał KMŚ 2009). Odzyskała ją na kilkadziesiąt minut pierwszej połowy rewanżu we wtorek. Po golu Ramiresa straciła jednak znów. Tym razem już bezpowrotnie do ostatniego gwizdka sędziego. Zmarnowany karny, inne stuprocentowe sytuacje, gol Torresa zamiast wyniku 3:1 - są tego tylko efektem.

Przy tym wszystkim ważniejszy nie był wynik na Camp Nou, lecz rezultat z Londynu. Na tym etapie Ligi Mistrzów, przy tak wymagających rywalach - bramki strzelone lub nie strzelone na wyjeździe mają kolosalne znaczenie. Moim zdaniem Barça przegrała dwumecz przez swą niemoc na Stamford; do braku awansu podchodzę w sposób relatywnie zdroworozsądkowy i spokojny właśnie dlatego, że już wtedy był to dla mnie rezultat cholernie nieprzyjemnie prawdopodobny... Brak zrobienia więcej, by opuścić Stamford Bridge choćby z jednym (!) trafieniem  tym bardziej, że FC Barcelona miała w tej materii palące żywym ogniem doświadczenia z dwumeczu z Interem! Mimo to, nie zdołała zmienić wyniku w Anglii tydzień temu.

Jak się okazuje, nie był to jednak strategiczny błąd wyłącznie Barcelony. Poniewczasie madridismo może to samo powiedzieć na temat ostatnich sekund w Monachium.

Inna sprawa, że londyńczycy w trakcie tego dwumeczu ewidentnie stawali się silniejsi słabościami swego rywala. Niesamowite - równie, co dla mnie pesymistyczne - było oglądanie, jak wiara i zaangażowanie rosły w londyńczykach po wpadkach Barçy. Po zmarnowanej sytuacji Fàbregasa na Stamford; po golu Drogby; po zaskakująco szybkim dla nich samych kontaktowym trafieniu Ramiresa; wreszcie, po zmarnowaniu przez Leo karnego. Wszystko to dawało siłę i energię by przetrwać nawałnicę Barcelony po golu Iniesty i po przerwie. Biegali za dwóch, bronili za trzech i niezłomnie utrzymali wynik grając drugie 45 minut w dziesiątkę, choć wielu drużynom na ich miejscu skończyłoby się paliwo już po godzinie takiej gry. Nie atakowali - ale retoryczne gromy powinny zostać w kieszeni, bo losy awansu wcale ich do tego nie zmuszały.

Taka porażka nie musi boleć

Barça przegrała, ale z drużyną, która pod względem taktycznym i fizycznym rozegrała niesamowity, wielki dwumecz. To zrozumiałe - Di Matteo dał szatni powiew świeżości, a wyposzczona brakiem ugrania czegokolwiek w Europie i starzejąca się drużyna miała po ćwierćfinale świadomość, że to być może ostatni gwizdek na finał LM. Wspomnienia sprzed trzech lat, tragiczny sezon ligowy i aktualny status Barçy jako kontynentalnego hegemona totalnego, z którym zwycięstwo smakowało by szczególnie - tylko dopełniły kolekcji powodów do motywacji. Chelsea bardzo chciała wygrać, miała ku temu powody i było to widać długimi fragmentami obu meczów półfinałowych. Barça odpadła w boju i nie ma co drzeć szat.

Nie ma naiwnych. Piłkarze Di Matteo solennie odrobili zadanie domowe, na pewno oglądali też Gran Derbi. Może nawet całą drużyną u Franka Lamparda w salonie... Słabości Barçy znali (Meireles na Stamford, Cole w rewanżu) i je wykorzystali. Magicy Camp Nou nie dali nam tego wieczora wielkiego zwycięstwa, ale też nie mieli za rywala żadnej przypadkowej drużyny. Nie ma co szukać usprawiedliwień, filozofować jak Busquets po Realu („byliśmy lepsi”) czy Iniesta po wtorku („futbol nie jest sprawiedliwy”). Chelsea wygrała dwumecz, co znaczy, ze była lepsza. Innej interpretacji racjonalnie obronić się nie da.

Doceniam to i choć szczerze nie przepadam za kilkoma graczami Chelsea, nie lubię ich stylu gry, w Anglii jestem od lat zwolennikiem Arsenalu, ten mroczny Abramowicz i w ogóle - to w monachijskim finale trzymał będę kciuki za podopiecznych Di Matteo... Barçy tam nie będzie, ktoś musi wygrać, więc póki Lampard jeszcze nie zardzewiał, niech już będzie to Chelsea.

Swoją drogą, „tymczasowy” trener zdobywający Puchar Europy - czyż nie byłaby to piękna historia? Zupełnie uniwersalnie, pozbawiona klubowych barw.

Nikt nie wygrywa wiecznie, ale po nocy przeważnie przychodzi dzień...

Porażka zdarza sie każdemu, a tu nikt nie przegrał ani przez „rękę Boga”, ani w ostatniej sekundzie, golem ze spalonego czy przez inne, np. kartkowe, kontrowersje sędziowskie. Barcelona jako drużyna, kolektyw, nie dała tym razem rady i ten prosty fakt trzeba, a także z szacunku dla zwycięskiego rywala: wypada, zaakceptować. To nie jest przypadek porażki bolesnej i frustrującej jak liść od życia pod postacią kradzieży komórki - jak było po cynicznym faulu Carvalho na Valdésie w 2005 roku. „Nie-zwykłość” tej przegranej wynika jedynie z jej rangi, ale nie formy. Porażka w boju zaciętym, skrajnie intensywnym, rzetelnie sędziowanym, pasjonującym dla postronnego kibica. Zasnąłem z nią bez problemów, a jeśli ktoś ma je do dziś - życzę by minęły jak najszybciej.

Nie szkodzi dlatego, że już za rok kolejna okazja. Gwarantuje to średnia wieku tej drużyny, jej piłkarska jakość, potencjał indywidualności i zespołowy. Histeria jest w takich chwilach kusząca, ale życie dalej znamionuje ludzi, sportowców prawdziwie dojrzałych. Zamiast definiować na nowo piłkarską niesprawiedliwość, czas uderzyć się w pierś i wyciągnąć wnioski na przyszłość. Dla piłkarzy i - kimkolwiek by on od nowego sezonu nie był - trenera także.

Poza tym, drugiej tak słabej wiosny z kolei, na pewno nie będzie miał Cesc Fàbregas. Oby po letnim okresie przygotowawczym (ostatni spędził przecież w Londynie!) lepiej i harmonijniej wkomponował się w zespół. Spodziewany jest przyjazd Jordiego Alby. Villa z Afellayem powinni wrócić do pełni sił. Decyzja o spędzeniu presezonu w Europie sprawia, że forma zespołu na jesieni zapowiada się obiecująco. Tymczasem przed końcem obecnego, Barça wciąż ma szansę ukończyć go z czterema trofeami. Żaden z pozostałych półfinalistów LM nie miał nawet na to szans. Podobnie jak nikt inny.

Lektura samych nagłówków prasy międzynarodowej z minionego tygodnia pokazuje, że Barça przyzwyczaiła świat do jednego. Mianowicie do tego, że mogą to być „tylko” cztery trofea. A taki status wydaje mi się cenniejszy nawet od obronionej Ligi Mistrzów.

Zresztą, wierzę, że los da jeszcze na to Messiemu, Inieście, Fàbregasowi i spółce ponowną szansę. Wcześniej czy później. Po meczu we wtorek, wrócą do gry silniejsi.

 

REKLAMA

Poleć artykuł

Komentarze (42)

Aby dodawać komentarze, musisz być zalogowany.
Uwaga: Ze względu na ochronę prywatności, komentarze nie ładują się automatycznie. Kliknij przycisk poniżej, aby je wyświetlić.
Załaduj komentarze