Jedną z wielu wspaniałych rzeczy w pisaniu na temat fantastycznej ery Barcelony była próba dotrzymania kroku swoimi superlatywami ich piłkarskim osiągnięciom. Czy to jako zespół, czy też jako indywidualności, wytworzyli nową jakość, dla opisania której ludzie wciąż szukają przymiotników i porównań.
Na przykład, po ostatniej magicznej nocy, jaką zafundował nam Xavi w Lidze Mistrzów, zapytałem Daniego Alvesa, do bólu bezpośrednio: „Co jest w nim takiego, że wykonuje podania, na które nikt oprócz niego by nie wpadł?" Brazylijczyk odpowiedział od razu, bardzo mądrze, jakby rozmyślał nad tą kwestią od miesięcy: „Ty i ja żyjemy na tej samej planecie... Ale Xavi jest z innego świata". Podobnie, gdy poprosiłem Gerarda Piqué, by opisał Andrésa Iniestę, stworzył on taką oto perełkę: „Sądzę, że ktoś trącił go kiedyś magiczną różdżką, żeby udzielić mu mocy strzelania wyjątkowych bramek w ważnych momentach".
W ostatnich dniach to Leo Messi jest tym, który coraz częściej przyciąga takie kwieciste porównania. Nic w tym dziwnego. Agent Josép Maria Minguella rzekł kiedyś: „Sądzę, że Messi przybył z cudownej planety, tej na której powstają wyjątkowi ludzie, tacy jak skrzypkowie, architekci czy lekarze - po prostu wybrańcy".
W tym tygodniu to Piqué, który zna Messiego od dziesięciu lat, i powinien, przynajmniej teoretycznie, być już uodpornionym na na uczucie podziwu, jakie Argentyńczyk potrafi wywoływać, stworzył nową złotą myśl. Stoper, aktualny mistrz świata, wracający wreszcie po kontuzji, który wystąpił w wygranym 3:1 meczu z Saragossą, powiedział: „Cristiano Ronaldo jest najlepszy ze wszystkich zwykłych śmiertelników. Ale widzę Leo dzień w dzień, i on jest tak dobry, jakby był istotą pozaziemską".
Trener Saragossy, Manolo Jiménez wypowiedział się mniej poetycko, ale równoważnie w kwestii znaczenia, kiedy powiedział, że sobotni mecz wygrała drużyna, która miała w składzie Messiego. Dziesiątka Barçy strzeliła dublet, każda z tych bramek była pięknem samym w sobie. Messi wykonał też kolejny elektryzujący sprint i drybling, który dał trafienie Alexowi Songowi. Zważywszy na to, że zarówno Atlético, które zawita na Camp Nou w grudniu, jaki i Real Madryt wygrały, były to trzy życiodajne punkty dla zespołu Tito Vilanovy. Ale produktem ubocznym tego meczu było jeszcze więcej danych statystycznych wskazujących na to, jak wyjątkowy jest Messi.
Zostawiając Pelego w tyle, Argentyńczyk znajduje się o sześć trafień (mając do rozegrania maksymalnie siedem spotkań), aby zostać graczem, który strzelił najwięcej bramek w roku kalendarzowym, w całej historii piłki nożnej. Aktualnym rekordzistą jest legenda Bayernu i reprezentacji Niemiec, naprawdę "niszczycielski" zawodnik, Gerd Müller. W 1972 roku strzelił on 85 goli dla swojego klubu i reprezentacji, ale Messi cały czas się do niego zbliża.
Podobnie, Argentyńczyk pobił już rekord swojego rodaka, potężnego Alfredo Di Stéfano, będąc strzelcem, który zdobył najwięcej dubletów w La Liga. Di Stéfano miał ich 54, Messi w sobotnią noc zdobył 55.
Po wtorkowym meczu ze Spartakiem na wyjeździe, Barcelonę czekają spotkania z Levante, Alavés, Athletikiem, Benficą, Betisem, Atlético i Valladolidem, z których Alavés, Athletic, Benfica i Atlético zagrają na Camp Nou. Szczerze mówiąc, jeśli Messiemu uda się zostać najlepszym goleadorem w jednym roku kalendarzowym, i, co jeszcze trudniejsze, jeśli dokona tego przed własnymi fanami, w barcelońskim Les Corts, gdzie jego geniusz został rozpoznany, wychowany i teraz osiąga swoją dojrzałość, będzie to moment wart swojej ceny.
Jest jeszcze jedna fraza, która, jak sądzę, pomaga ucieleśnić i wytłumaczyć erę sukcesów Barçy, dającą tyle radości zarówno jej kibicom, jak i neutralnym fanom futbolu, odkąd Pep Guardiola objął ten zespół latem 2008 roku. Dani Alves powiedział mi kiedyś, że piłka nożna nie jest dla wielkich ludzi, którzy potrafią szybko biegać, wysoko skakać, i mocno odpychać przeciwnika. Futbol jest dla „bystrych facetów", tak właśnie powiedział mi Dani, nawet jeśli nie mają oni dobrych warunków fizycznych, jak on sam, Xavi, Messi, Iniésta, Alba, Pedro i tak dalej.
Jeśli spojrzeć na Messiego i to, co zdołał osiągnąć w ciągu ostatnich kilku tygodni, wyprzedzając Pele i Di Stéfano, zbliżając się do Müllera, a do tego, wyrównując rekord strzelecki Altafiniego w europejskich pucharach, strzelając w nich 14 bramek w sezonie, czego nie dokonano przez pół wieku, zaczynamy rozumieć, dlaczego nawet najdłużej utrzymujące się rekordy w końcu padają. Pele ustanowił swój w 1959 roku, Altafini w 1963, Müller w 1972, zaś Di Stéfano zakończył karierę w 1966. To tak, jakby ktoś zburzył Partenon i Koloseum, ale wybudował na ich miejsce coś jeszcze piękniejszego.
Co więcej, zastanawiając się nad argumentem Alvesa, dochodzę do wniosku, że maksymalny wzrost jaki Pele, Altafini, Di Stéfano, Müller kiedykolwiek uzyskali, stając na samych koniuszkach palców stóp, tak, że aż poczuli skurcze w ich podeszwach, nie przekroczył 180 cm. Każdy z nich był wyjątkowy na swój sposób, to bezsprzeczne, ale trenerzy i skauci dopiero zaczynają w pełni rozumieć, że dotyczy to talentu, precyzji podania, techniki, wizji i inteligencji, a nie siły, wzrostu i kontroli piłki, w której drugie dotknięcie jest równoznaczne z odbiorem. Jeśli nie uda im się to w czasach Lionela Messiego - nie dokonają tego nigdy.
Komentarze (22)