Dziwny przypadek Pepa Guardioli
/Poniższy tekst jest opinią jego autora i nie reprezentuje stanowiska całej redakcji w poruszonym temacie/
„Kto sam, ten nasz najgorszy wróg"*
Mówi się, że czas leczy rany. Z pewnością jednak zdarza się, że niekiedy to właśnie czas te rany rozdrapuje, czy raczej rozdrapujemy je wtedy sami. Z pewnością czas ma wiele niecodziennych właściwości. Istnieją osoby, których te właściwości dotykają bardziej niż innych. Osoby takie, jak Pep Guardiola.
target="_blank">Cofając czas
Wyobraźmy sobie chłopca od podawania piłek, piłkarza, kapitana, trenera rezerw i pierwszej drużyny. Wyobraźmy sobie człowieka, którzy przeszedł przez wszystkie stopnie klubowej kariery. Wyobraźmy sobie człowieka, który przez cztery lata na ławce trenerskiej sięgnął wraz ze swoim ukochanym klubem po 15 tytułów, w tym dwa triumfy w Lidze Mistrzów. A teraz raz jeszcze spójrzmy wstecz, na chłopca od podawania piłek. Przed nim cała przyszłość. Cała przyszłość związana z Barceloną.
Wyprzedzając czas
Wokół Guardioli zawsze można było zauważyć dziwne zawirowania czasowe. Jako piłkarz w pewien sposób wyprzedzał swoje czasy, nie pasował do nich. Odnalazłby się lepiej w futbolu dużo wcześniejszym lub też nieco późniejszym - tym aktualnym. Mówiło się o nim, że jest zbyt wolny, że jest zbyt słaby fizycznie, jak na pozycję barcelońskiej 4. W 2004 roku na łamach The Times Gabriele Marcotti napisał o nim: „Jego umiejętności gry w pomocy stały się przestarzałe [...], nowoczesna gra zamknęła drzwi dla piłkarzy takich, jak Guardiola". Te wątpliwości i przemyślenia podzielał sam Pep, mówiąc: „Teraz futbol jest inny. Gra toczy się na wyższych obrotach i jest bardziej fizyczna. Zawodnicy tacy, jak ja to gatunek wymarły".
Przez zaledwie kilka lat w futbolu zmieniło się jeszcze więcej i styl gry Guardioli znów powrócił do łask. Pomocnik kreatywny, bez szczególnego przyspieszenia ani warunków fizycznych, bez szczególnej bramkostrzelności, jednak z tą unikatową wizją gry, z tą skrupulatnością pracy na całej przestrzeni boiska stał się znowu kanonem. Jako taki najbardziej wyraźnie objawił się w postaci Xaviego Hernándeza, Generała Barcelony, swoistego następcy Guardioli, który pod jego właśnie opieką sięgnął po najwyższe trofea klubowe.
Kwestia pamięci
Nam, ludziom** najłatwiej wychodzi jedno z dwojga: życie tylko teraźniejszością lub bezpieczne zagrzebanie się w przeszłości. Harmonijne połączenie tych dwóch perspektyw przychodzi nam zwykle ze sporym trudem. To z tego powodu tak wielu jest ludzi, którzy potrafią bez najmniejszych wątpliwości zanegować na przykład osiągnięcia Leo Messiego mówiąc, że nigdy nie dorówna on dawnym mistrzom takim, jak Pelé. Jednocześnie często można spotkać się z osobami, dla których historia nie ma żadnego znaczenia ani żadnego odniesienia do naszej aktualnej rzeczywistości.
W sieci takiego myślenia udało nam się też uwikłać Pepa Guardiolę. Bo przecież pamiętamy, że „zawsze" był barcelonistą, zawsze był wewnątrz klubu, więc przyjęcie do wiadomości faktu, że teraz już nie jest wewnątrz i trenuje inną drużynę może się wydawać wręcz niemożliwe. Jednocześnie skoro teraz trenuje inny zespół to może znaczyć, że barcelonistą też już nie jest, że teraz jest przeciwko nam. Łatwo wyciągać wnioski i ferować wyroki przechodząc od jednego punktu do drugiego i tylko nieznacznie go zmieniając. Ale równie łatwo skrzywdzić kogoś w ten sposób.
Obrazy Guardioli - legendy Barcelony i Guardioli - trenera Bayernu Monachium wydają się być wzajemnie niekompatybilne. Do tego stopnia, że w naszej wyobraźni trudno je na siebie nałożyć i uzmysłowić sobie, że to naprawdę jest cały czas ta sama osoba.
target="_blank">„
Ten z nami! Ten przeciw nam!"
Pewnych rzeczy prawdopodobnie nigdy się nie dowiemy. Okoliczności odejścia Pepa z Barcelony były enigmatyczne, jednak w miarę upływu czasu coraz więcej w tej kwestii się klaruje i coraz więcej elementów układanki zostało odkrytych. Prasowe przecieki o konflikcie z zarządem i odmowie sprzedaży kilku z zawodników pierwszego składu nabierają kształtu. Punkt kulminacyjny nastąpił w momencie wczorajszej wypowiedzi Guardioli, który po roku otwarcie przyznał, że istniały nieporozumienia między nim, a zarządem klubu. Staje się to trochę mniej zaskakujące, gdy uświadomimy sobie jaką dozgonną wrogością od pewnego czasu darzą się wzajemnie Sandro Rosell i Joan Laporta. Ich wewnętrzne rozgrywki o przechylenie na swoją stronę szali poparcia środowiska barcelonismo nie pozostają bez echa w klubie i jego najbliższym otoczeniu. Tym razem rykoszetem trafiły w Guardiolę. Pep, „człowiek Laporty", przez Laportę wyniesiony na swoje stanowisko, w klubie zarządzanym teraz przez „ludzi Rosella". To musiało się skończyć iskrami. W tym przypadku posypały się one z około rocznym opóźnieniem względem rzeczywistych wydarzeń, jednak takie sprawy, w ten czy inny sposób w końcu wychodzą na jaw.
Łatwo teraz w Guardioli, Guardioli stojącym na murawie Allianz Arena, ubranym w dres z herbem monachijskiego klubu, dostrzec wroga Barcelony. Łatwo w jego słowach wyrażających pretensje i żal w stosunku do obecnego zarządu doczytać się ataku na klub sam w sobie. Łatwo to zrobić dlatego, że my jesteśmy „wewnątrz", cały czas czujemy się częścią tego klubu, zaś on jest już na „zewnątrz". Łatwo też zapomnieć o bolesnych i niesprawiedliwych wypowiedziach tych, którzy nadal są „wewnątrz". Łatwo przyczepia się ludziom łatki, a kiedy ktoś spokojny i opanowany, zawsze wypowiadający się z dystansem, uczyni to bardziej ostro i emocjonalnie, powodowany wewnętrznymi pobudkami można się wtedy poczuć jakby nagle zaatakowała nas owca. Ja też się tak czułam, gdy przeczytałam kiedyś tę konferencję. Tym razem zmienił się obiekt ataku owcy, zmienia się też jej ocena. W końcu atakuje „nas", nawet jeśli w rzeczywistości tak nie jest. Łatwo mieć to owcy za złe o wiele bardziej niż wilkowi. W końcu po nim niczego innego się nie spodziewamy.
Kwestia perspektywy
Problemy z umiejscowieniem Pepa „wewnątrz" i „na zewnątrz" klubu sprawiają, że trudno ujednolicić oczekiwania, które mają wobec niego kibice Barçy. Jedni z nas wymagają od Guardioli pełnego oddania, nieprzerwanej lojalności wobec klubu, tak jakby nadal był trenerem Barçy. Inni są zdania, że z Barceloną nic już go nie wiąże i wszelkie jego działania mają mieć na celu wyłącznie dobro Bayernu Monachium, a my, kibice, także nie mamy wobec niego żadnych zobowiązań. Żadna z tych wizji nie jest prawdziwa, a przynajmniej żadna z nich nie jest prawdziwa wystarczająco. Pep zawsze będzie związany z Barceloną więzami silniejszymi niż z jakimkolwiek innym klubem, jednocześnie rzeczywiście jego zadaniem jest teraz działanie na rzecz Bayernu. Ale nie powinniśmy poczytywać tego jako wrogości. Guardiola nie jest wrogiem, jest rywalem. Rywalem szczególnym, którego z Barceloną wiążą nici nie do rozerwania i kwestie konfliktów z zarządem nie mają na nie żadnego wpływu. Jednak mimo wszystko - rywalem.
Mówi się czasem, że jeśli dać niektórym palec to odgryzą całą rękę. Gdyby Pep był jednym z „trenerów przechodnich", zmieniających kluby jak rękawiczki, gdyby nie był z Barçą aż tak mocno związany i tak silnie zakotwiczony w mentalności barcelonismo zupełnie inaczej patrzylibyśmy na tę kwestię. Ponieważ on zawsze dawał z siebie wiele, chciałoby się wymagać jeszcze więcej. Wielu trenerów wozi ze sobą po Europie albo i całym świecie swoich stałych współpracowników. Wielu sprowadza do nowego miejsca pracy zawodników z poprzedniego klubu. Nie jest to jakaś odosobniona praktyka, natomiast w oczach kibiców Barcelony staje się niemal zdradą Guardioli. Człowieka, który pociągnął za sobą do nowego miejsca pracy byłych współpracowników, których kontrakty po prostu dobiegły końca. Jeśli już do kogoś musimy mieć pretensje, że tak sprawy się toczą, to równie dobrze możemy je mieć do Torrenta i Plancharta, w końcu to oni „zdradzają" klub opuszczając go. Jeżeli Thiago odejdzie do Bayernu to, abstrahując od jej sensowności w obliczu obsadzenia kadry monachijskiego klubu pomocnikami, będzie to jego suwerenna decyzja. I nie będzie ona bardziej wiarołomna niż byłaby wtedy, gdyby Alcântara udał się na przykład do Manchesteru. „Nikt nie odejdzie dlatego, że go wezwę" - powiedział Guardiola na swojej pierwszej konferencji w barwach Bayernu i słowa nie złamał. Odejściem Thiago martwimy się od długiego czasu, co spowodowane jest jedynie wolą zawodnika i jego wyjątkowo niską klauzulą. Nie jest to żadna nowa i niebezpieczna sytuacja, którą spowodowały nagle demoniczne zakusy Guardioli. Pep w żadnym momencie nie przekroczył płynnej i niejasnej granicy lojalności wobec byłego klubu. To, że jego drużyna dołącza się do wyścigu po Thiago, w kontekście którego wymienia się przecież wiele europejskich klubów, jest naturalnym efektem sytuacji. Sytuacji spowodowanej taką, a nie inną klauzulą odejścia. Jeśli szala przewagi przechyli się na korzyść Bayernu z powodu osoby Guardioli to też trudno mieć do niego pretensje o to, że jest, kim jest. Każdy za własne decyzje powinien odpowiadać sam. Nam pozostaje się pogodzić z jednym, niezależnie od tego jak bardzo byłoby to dla nas bolesne - Pep jest trenerem Bayernu, musi działać na jego korzyść, a sytuacje, gdy interesy Barçy i klubu z Monachium będą sprzeczne z pewnością mogą się zdarzyć. Przyjmijmy je z honorem.
Akcja i reakcja
Trudno nie wspomnieć o tym, że „wybuch" Guardioli nie przyszedł ot tak, sam z siebie. Wywołały go liczne plotki, pogłoski i doniesienia medialne, które sam zainteresowany postanowił w końcu skomentować. Trudno się dziwić, że uczynił to emocjonalnie skoro przyszło mu się odnosić do oskarżeń i dementować jakoby nie odwiedził w szpitalu swojego wieloletniego bliskiego współpracownika, lub też poddawał w wątpliwość jego kompetencje. Takie rzeczy ranią, zwłaszcza, gdy oskarżenia nijak mają się do rzeczywistości. Nie zapominajmy, że każdy ma prawo do obrony. Nie zapominajmy też, że trzecia zasada dynamiki Newtona działa również na ludzi. Każda akcja wywołuje reakcję. Nawet jeśli czasem rozmiary owej reakcji mogą nas zadziwić.
Patrząc wstecz, patrząc w przyszłość
Spróbujmy widzieć Guardiolę takim jakim jest: trenerem Bayernu, legendą Barcelony, kapitanem. Człowiekiem, który płakał ze szczęścia w dniu, w którym jego klub wygrał wszystko. Który przez wiele lat walczył z niesprawiedliwymi oskarżeniami o doping. Który biegł, jak szalony po tym, jak Iniesta strzałem na Stamford Bridge zapewnił Barcelonie bilety do Rzymu. Który powiedział, że jest nam winien jeden puchar Ligi Mistrzów i oddał nam go. Który podnosił w górę pierwszy Puchar Europy w historii klubu. A jeśli w zobaczeniu tego wszystkiego przeszkadza nam herb Bayernu Monachium na bluzie, którą teraz nosi cofnijmy się jeszcze dalej i zobaczmy chłopca od podawania piłek stojącego przy linii. Przed nim jest przyszłość. Przyszłość w Barcelonie, w Bayernie, w... ? Też patrzmy w przyszłość, tak jak on, ale
Komentarze (269)