Kochany Iniesta - część II
Poniższy tekst jest tłumaczeniem artykułu Ramona Besy i Luisa Martína w El Pais. Miłej lektury.
Jest najbardziej kochanym piłkarzem w Hiszpanii. Nagradzany na wszystkich stadionach za bramkę w finale Pucharu Świata. Teraz z Barçą będzie walczył o europejski tron. Oto historia zwykłego chłopaka, który stał się idolem.
Część I dostępna jest tutaj. [KLIK!]
Nagroda Eroski, dla najlepszego gracza turnieju Brunete obejmowała wizytę w parku rozrywki Port Aventura (popularny park rozrywki - przyp. red.) w Tarragonie. José Antonio Iniesta odwiedził - wraz z synem - również La Masíę gdzie rozmawiał z Tortem i Benaigesem.
"Widzieliśmy obiekty i boiska. Ludzie, którzy rozmawiali z moim tatą, Oriol Tort, Albert Benaiges i Joan Martínez Vilaseca byli tacy mili, zrobili na nas bardzo dobre wrażenie, więc bardzo trudno było powiedzieć ‘nie'. Ale byłem bardzo młody, więc również powiedzieli nam, że rozdzielenie z rodziną będzie dramatyczne, możemy więc wrócić w przyszłym roku. Drzwi do La Masíi były otwarte i zdecydowaliśmy się wrócić do domu."
Idea była taka, by nie wracać do Barcelony, przynajmniej w tym samym roku, ale to zdanie - "pociąg przejeżdża obok Ciebie tylko raz w życiu" - utkwiło w umyśle młodziutkiego Andrésa. Kilka tygodni później, tuż przed rozpoczęciem roku szkolnego, Andrés postanowił zostać jedną z tych 99 osób z La Manczy, które przeprowadziły się do Katalonii w 1996 roku, aby spełnić swe marzenia.
"Bardzo dużo o tym myślałem, rozmawiałem z moimi rodzicami i powiedziałem: 'Chcę jechać.' Gdy to powiedziałem to byłem przekonany, że zrobię to za wszelką cenę. To mój sposób bycia, takie wartości wyznaję. Wiem, że gdy podejmuję decyzję to będzie to dla mnie dobre, nawet jeśli wiem, że będzie kosztowało mnie to bardzo dużo, nie spoglądam wstecz. Bardzo podobne jest w życiu i w sporcie. Kiedy dołączyłem do pierwszego zespołu nie grałem zbyt wiele, ale byłem przekonany, że będę triumfować i spełnią się moje marzenia. Mówiło się o transferach, ale wolałem być tu i grać choćby tylko pięć minut, ponieważ byłem przekonany, że dzięki ciężkiej pracy i entuzjazmowi spełnię je. Więc kiedy mój ojciec powiedział: ‘Jedziemy', wiedziałem że nie ma już odwrotu."
Podróż do Barcelony była piekłem. W ciemnoniebieskim Fordzie Orionie, tym samym, w którym podjął decyzję, że odmieni swe życie. Nigdy nie wyobrażał sobie, gdzie go to zaprowadzi. Ford Orion był w drodze do Barcelony, z rodzicami, dziadkiem i chłopakiem - który marzył o tym by zostać piłkarzem, ale nie mógł przestać płakać - na pokładzie.
"Zatrzymaliśmy się w Tortosie na obiad. Nikt nie jadł. Matka płakała, ojciec nie był głodny, mój dziadek próbował podnieść mnie na duchu, ale również nie mogłem jeść. Nie mogłem nawet patrzeć na jedzenie. Pierwsze wspomnienie La Masíi mam takie: Joan Farres, dyrektor. Przedstawił mnie José, bramkarzowi młodzieżowemu, który miał ponad 190 cm wzrostu, a on pokazał mi obiekt La Masíi. Spojrzałem na niego i pomyślałem, "o mój Boże". Zaczęliśmy kolację. Nie mogłam przestać płakać. Następnego dnia poszedłem do szkoły, rodzice zaprowadzili mnie tam i powiedzieli, "będziemy tutaj czekać na Ciebie, gdy wrócisz'. Kiedy wyszedłem ze szkoły, już ich nie było. To był najlepszy sposób, aby nie przedłużać agonii. Później ciągle płakałem, ale gdyby zostali, to byłoby znacznie gorzej."
Te rozstania bez pożegnań powtarzały się, co dwa tygodnie. Rodzice przyjeżdżali w sobotę, by zobaczyć swe dziecko, a zostawiali je w niedzielę wieczorem w La Masíi, mówiąc mu: "Jutro wrócimy, aby zaprowadzić cię do szkoły", a Andrés wiedział, że następnego dnia pójdzie do szkoły sam. Na weekendy, gdy rodzice nie mogli przyjechać, Benaiges zabierał go do własnego domu i próbował rozweselić Iniestę wspólnym oglądaniem filmów, meczu piłki nożnej, czy spacerem i rozmową, aż do niedzieli wieczór. A potem znowu Andrés płakał, płakał bo był dzieckiem, które czuło się samotne w domu pełnym nastolatków, którzy już się znali, włączając w to pewnego Víctora Valdésa.
"Teraz w La Masíi jest wielu bardzo młodych chłopców, ale wtedy tylko ja i Troiteiro byliśmy dziećmi. Víctor opiekował się nami, zachowywał się w stosunku do nas wspaniale. Troiteiro był bardzo dobry, ale istnieje wiele okoliczności, nad którymi nie masz kontroli, każdy z nas ma swoją historię i swoje chwile. Nie ziściło się jego marzenie, o grze dla Barcelony, ale wciąż żyje w świecie piłki nożnej (teraz jest zawodnikiem FC Burgos)."
"Iniesta zachował swoją mentalność", mówi Benaiges. "Poznałem naprawdę wielu dobrych piłkarzy, w tym 19-latków, którzy nie przetrwali nawet dwóch tygodni w La Masíi, byli tak bardzo stęsknieni za swoim domem. Andrés był idealny dla Barcelony, ze względu na swą technikę i inteligencję - dziś gra tak samo, jak wtedy kiedy był dzieckiem - ale nie wiem, czy ja bym wytrwał. Jego uratowała psychika. Dostosował się i mu się udało."
Jeszcze nie tak dawno, w klubie słychać było wątpliwości co do zawodnika. Wśród sponsorów również. Nie był częścią niezwykłego pokolenia, grupy Ceska, Messiego i Piqué, nie miał również wpływowego trenera, który mógłby mu pomóc. Llorenç Serra Ferrer i Louis van Gaal nie zdobyli tytułów, ani nie udało im się zaskarbić miłości kibiców. Dopiero Frank Rijkaard dał mu miejsce na ławce. Iniesta przetrwał - pomimo urazów i bardzo ograniczonego czasu spędzanego na boisku - bo udało mu się ocalić marzenia. Decydujący dla jego kariery byli również fizjoterapeuci, Raul Martínez i Emilio Ricart.
Warto jednak pamiętać, że miał kilka znakomitych momentów, jak wówczas gdy strzelił gola, na Stamford Bridge, a Barcelona awansowała do finału Ligi Mistrzów w Rzymie. Całe barcelonismo patrzyło na jego prawą nogę, ze względu na jakość uderzenia oraz dlatego, że ziścił się sen. Prawdopodobnie każdy potrzebuje takich szczególnych chwil, by poczuć, że wielkie rzeczy są możliwe. Czasem Iniesta, po prostu, takie chwile czuje. Tak jest na boisku i poza nim. Poczuł również TEN moment, gdy trafiał do bramki w finale Pucharu Świata. Wiedział, że Puchar zdobędzie Hiszpania. Był o tym przekonany. To szczególne "teraz albo nigdy", dla trenera, dla zawodników, tych wszystkich uczuć, bo grał. Miał bardzo trudny sezon i wiedział, że nie będzie lepszego momentu, aby powrócić i odnaleźć samego siebie.
"Znowu poczułem się jak piłkarz, znowu byłem szczęśliwy. Puchar Świata uwolnił mnie od strasznego roku, na poziomie osobistym. Bardzo cierpiałem dla tych kilku chwil chwały".
Wycierpiał wiele, ale ostatecznie osiągnął cel. Chciał zmienić się na lepsze, zdobyć zaufanie i iść dalej.
Część trzecia wkrótce.
[źródło: TotalBarca/ElPais]
Jest najbardziej kochanym piłkarzem w Hiszpanii. Nagradzany na wszystkich stadionach za bramkę w finale Pucharu Świata. Teraz z Barçą będzie walczył o europejski tron. Oto historia zwykłego chłopaka, który stał się idolem.
Część I dostępna jest tutaj. [KLIK!]
Nagroda Eroski, dla najlepszego gracza turnieju Brunete obejmowała wizytę w parku rozrywki Port Aventura (popularny park rozrywki - przyp. red.) w Tarragonie. José Antonio Iniesta odwiedził - wraz z synem - również La Masíę gdzie rozmawiał z Tortem i Benaigesem.
"Widzieliśmy obiekty i boiska. Ludzie, którzy rozmawiali z moim tatą, Oriol Tort, Albert Benaiges i Joan Martínez Vilaseca byli tacy mili, zrobili na nas bardzo dobre wrażenie, więc bardzo trudno było powiedzieć ‘nie'. Ale byłem bardzo młody, więc również powiedzieli nam, że rozdzielenie z rodziną będzie dramatyczne, możemy więc wrócić w przyszłym roku. Drzwi do La Masíi były otwarte i zdecydowaliśmy się wrócić do domu."
Idea była taka, by nie wracać do Barcelony, przynajmniej w tym samym roku, ale to zdanie - "pociąg przejeżdża obok Ciebie tylko raz w życiu" - utkwiło w umyśle młodziutkiego Andrésa. Kilka tygodni później, tuż przed rozpoczęciem roku szkolnego, Andrés postanowił zostać jedną z tych 99 osób z La Manczy, które przeprowadziły się do Katalonii w 1996 roku, aby spełnić swe marzenia.
"Bardzo dużo o tym myślałem, rozmawiałem z moimi rodzicami i powiedziałem: 'Chcę jechać.' Gdy to powiedziałem to byłem przekonany, że zrobię to za wszelką cenę. To mój sposób bycia, takie wartości wyznaję. Wiem, że gdy podejmuję decyzję to będzie to dla mnie dobre, nawet jeśli wiem, że będzie kosztowało mnie to bardzo dużo, nie spoglądam wstecz. Bardzo podobne jest w życiu i w sporcie. Kiedy dołączyłem do pierwszego zespołu nie grałem zbyt wiele, ale byłem przekonany, że będę triumfować i spełnią się moje marzenia. Mówiło się o transferach, ale wolałem być tu i grać choćby tylko pięć minut, ponieważ byłem przekonany, że dzięki ciężkiej pracy i entuzjazmowi spełnię je. Więc kiedy mój ojciec powiedział: ‘Jedziemy', wiedziałem że nie ma już odwrotu."
Podróż do Barcelony była piekłem. W ciemnoniebieskim Fordzie Orionie, tym samym, w którym podjął decyzję, że odmieni swe życie. Nigdy nie wyobrażał sobie, gdzie go to zaprowadzi. Ford Orion był w drodze do Barcelony, z rodzicami, dziadkiem i chłopakiem - który marzył o tym by zostać piłkarzem, ale nie mógł przestać płakać - na pokładzie.
"Zatrzymaliśmy się w Tortosie na obiad. Nikt nie jadł. Matka płakała, ojciec nie był głodny, mój dziadek próbował podnieść mnie na duchu, ale również nie mogłem jeść. Nie mogłem nawet patrzeć na jedzenie. Pierwsze wspomnienie La Masíi mam takie: Joan Farres, dyrektor. Przedstawił mnie José, bramkarzowi młodzieżowemu, który miał ponad 190 cm wzrostu, a on pokazał mi obiekt La Masíi. Spojrzałem na niego i pomyślałem, "o mój Boże". Zaczęliśmy kolację. Nie mogłam przestać płakać. Następnego dnia poszedłem do szkoły, rodzice zaprowadzili mnie tam i powiedzieli, "będziemy tutaj czekać na Ciebie, gdy wrócisz'. Kiedy wyszedłem ze szkoły, już ich nie było. To był najlepszy sposób, aby nie przedłużać agonii. Później ciągle płakałem, ale gdyby zostali, to byłoby znacznie gorzej."
Te rozstania bez pożegnań powtarzały się, co dwa tygodnie. Rodzice przyjeżdżali w sobotę, by zobaczyć swe dziecko, a zostawiali je w niedzielę wieczorem w La Masíi, mówiąc mu: "Jutro wrócimy, aby zaprowadzić cię do szkoły", a Andrés wiedział, że następnego dnia pójdzie do szkoły sam. Na weekendy, gdy rodzice nie mogli przyjechać, Benaiges zabierał go do własnego domu i próbował rozweselić Iniestę wspólnym oglądaniem filmów, meczu piłki nożnej, czy spacerem i rozmową, aż do niedzieli wieczór. A potem znowu Andrés płakał, płakał bo był dzieckiem, które czuło się samotne w domu pełnym nastolatków, którzy już się znali, włączając w to pewnego Víctora Valdésa.
"Teraz w La Masíi jest wielu bardzo młodych chłopców, ale wtedy tylko ja i Troiteiro byliśmy dziećmi. Víctor opiekował się nami, zachowywał się w stosunku do nas wspaniale. Troiteiro był bardzo dobry, ale istnieje wiele okoliczności, nad którymi nie masz kontroli, każdy z nas ma swoją historię i swoje chwile. Nie ziściło się jego marzenie, o grze dla Barcelony, ale wciąż żyje w świecie piłki nożnej (teraz jest zawodnikiem FC Burgos)."
"Iniesta zachował swoją mentalność", mówi Benaiges. "Poznałem naprawdę wielu dobrych piłkarzy, w tym 19-latków, którzy nie przetrwali nawet dwóch tygodni w La Masíi, byli tak bardzo stęsknieni za swoim domem. Andrés był idealny dla Barcelony, ze względu na swą technikę i inteligencję - dziś gra tak samo, jak wtedy kiedy był dzieckiem - ale nie wiem, czy ja bym wytrwał. Jego uratowała psychika. Dostosował się i mu się udało."
Jeszcze nie tak dawno, w klubie słychać było wątpliwości co do zawodnika. Wśród sponsorów również. Nie był częścią niezwykłego pokolenia, grupy Ceska, Messiego i Piqué, nie miał również wpływowego trenera, który mógłby mu pomóc. Llorenç Serra Ferrer i Louis van Gaal nie zdobyli tytułów, ani nie udało im się zaskarbić miłości kibiców. Dopiero Frank Rijkaard dał mu miejsce na ławce. Iniesta przetrwał - pomimo urazów i bardzo ograniczonego czasu spędzanego na boisku - bo udało mu się ocalić marzenia. Decydujący dla jego kariery byli również fizjoterapeuci, Raul Martínez i Emilio Ricart.
Warto jednak pamiętać, że miał kilka znakomitych momentów, jak wówczas gdy strzelił gola, na Stamford Bridge, a Barcelona awansowała do finału Ligi Mistrzów w Rzymie. Całe barcelonismo patrzyło na jego prawą nogę, ze względu na jakość uderzenia oraz dlatego, że ziścił się sen. Prawdopodobnie każdy potrzebuje takich szczególnych chwil, by poczuć, że wielkie rzeczy są możliwe. Czasem Iniesta, po prostu, takie chwile czuje. Tak jest na boisku i poza nim. Poczuł również TEN moment, gdy trafiał do bramki w finale Pucharu Świata. Wiedział, że Puchar zdobędzie Hiszpania. Był o tym przekonany. To szczególne "teraz albo nigdy", dla trenera, dla zawodników, tych wszystkich uczuć, bo grał. Miał bardzo trudny sezon i wiedział, że nie będzie lepszego momentu, aby powrócić i odnaleźć samego siebie.
"Znowu poczułem się jak piłkarz, znowu byłem szczęśliwy. Puchar Świata uwolnił mnie od strasznego roku, na poziomie osobistym. Bardzo cierpiałem dla tych kilku chwil chwały".
Wycierpiał wiele, ale ostatecznie osiągnął cel. Chciał zmienić się na lepsze, zdobyć zaufanie i iść dalej.
Część trzecia wkrótce.
[źródło: TotalBarca/ElPais]
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
Poleć artykuł
Komentarze (12)