W ciszy stadionu. Odpowiedzialność
Gdy na pewnym etapie swego życia dziecko zostaje uczniem, pełnej odpowiedzialności za niego nie ponoszą już rodzice. Ich jurysdykcja i wpływ na cokolwiek kończy się za progiem - domu lub samochodu. Dochodzi tu do bardzo interesującej sztafety. Sztafety zaufania. Rodzice przekazują pałeczkę odpowiedzialności za swojego potomka szeroko pojętej instytucji "szkoły" - nauczycielom na czele z wychowawcą, pani pedagog (podczas swej przeduniwersyteckiej kariery nie spotkałem nigdy "pana pedagoga":), dyrektor/-owi (tu już było trochę większe urozmaicenie), a nawet woźnym (bo któż inny ścigał za pierwszą puszkę za rogiem:).
Wpływ rodziców na to, co dzieje się za murami podstawówki, gimnazjum czy liceum jest praktycznie żaden. Jednak rodzice wielu uczniów w swej naiwności uzurpują sobie prawo do zmiany tego porządku (słabe oceny, towarzyska alienacja pociechy lub najbardziej drastyczny z przykładów, czyli regularne gnębienie w najróżniejszej postaci), zarówno poprzez ingerencję własną, jak i np. zachęcanie dziecka do użycia obosiecznego Miecza Skarżenia. Takie przykłady zdarzają się względnie często. Niestety, tym gorzej dla delikwenta. Rzeczywistość bywa czasem brutalna - a w tym przypadku bywa wyjątkowo. Gdyż wszelkie próby ingerencji w hermetyczne środowisko klasy, jej porządek i system kastowy, kończą się mało skutecznie i mało pozytywnie. Nawet nie dla rodziców, co byłoby przynajmniej sprawiedliwe; lecz dla samego dziecka - rodzice po wizycie u dyrektora wrócą do pracy, przed klasowym pechowcem (bo nie zawsze powód nadania statusu klasowego pariasa jest od danej jednostki zależny) kolejny dzień w szkole... Tu otwiera się przestrzeń do ingerencji belfrów, którzy chroniąc słabszych uczniów wywiązują się z roli wychowawczej, jaką ich zawód pełni w społeczeństwie. Bo całe społeczeństwo obdarza pracowników szkolnictwa kredytem zaufania. Wyrzucenie kogoś ze szkoły, nagana, uwagi - narzędzi jest kilka. Wszystkie służą spłacie tego kredytu zaufania, otrzymywanego przez "szkołę" od każdego rodzica. A skoro tak, to nauczyciele powinni chronić każdego ucznia przed dyskryminacją w klasie, przed siniakami - tymi widocznymi gołym okiem i tymi, które zasiądą w psychice. Dobry nauczyciel to taki, który nie pozwala na szkolno-klasowe dyskryminowanie kogokolwiek. Dobry nauczyciel to nauczyciel odpowiedzialny.
Podobnie, jak dobrym sędzią piłkarskim jest tylko ten, który gwiżdżąc, przewiduje konsekwencje swoich boiskowych decyzji. Futbolowy arbiter również ma pracę opartą na kredycie zaufania. Obdarzają go nim zawodnicy. Ich rodziny. Obdarzają go władze klubów. Obdarzają trenerzy, fani i sponsorzy. Bo muszą polegać na tym, że przepisy piłki nożnej i ich reprezentant w czarnym wdzianku nie pozwolą na przypadki futbolowego bandytyzmu, nie narażą żadnego z piłkarzy na kontuzję, nie zamienią piłkarskiego meczu w mecz rugby lub starcie bliższe swą bezpośredniością i rozmachem ringowi MMA niż futbolowej murawie. Sędzia piłkarski nie tylko hasa po boisku zarabiając pieniądze, mierząc czas gry, odgwizdując spalone i złe wybicie z autu. Każdy arbiter, nieważne czy pracuje w Premiership czy w polskiej okręgówce jest przede wszystkim odpowiedzialny za zawodników, którym sędziuje mecz. Jest jedynym gwarantem uchronienia ich od długotrwałych urazów, od niemożności wykonywania własnego zawodu. Jest policjantem i polisą ubezpieczeniową w jednym.
Sędziowie, którzy gwizdali przez kilka ostatnich kolejek ligowych FC Barcelonie nie wywiązali się z kredytu zaufania, jaki otrzymali od piłkarzy wspólnie wychodzących z nimi na boisko. W wielu decyzjach sędziowskich z poprzednich meczów Barçy nie było choćby cienia odpowiedzialności za to, co może wydarzyć się na boisku. "Gra się tak, jak przeciwnik pozwala". To prawda. Ale nawet w osiedlowym turnieju ważniejsze dla losów meczu jest, że "gra się tak, jak pozwala sędzia". A sędziowie pozwalają przeciwnikom FC Barcelony na wiele. Chyba na zbyt wiele i zbyt często, by uważny obserwator uznał to za przypadek, indywidualną niekompetencję sędziego/sędziów czy wyjątkową danego wieczoru przychylność dla gospodarzy (w meczach, gdy jedenastka Guardioli gra na wyjeździe).
Mało przekonujące? Wystarczy podczas któregokolwiek meczu Barçy od grudnia porównać, w jakich sytuacjach kartki dostawali zawodnicy z Camp Nou, a kiedy karani byli zawodnicy drużyny przeciwnej. Zaryzykowałbym nawet tezę, że FCB sędziowie gwiżdżą, gdy muszą, gdy faul jest tak ewidentny, że nawet dziecko dałoby rzut wolny lub kartkę. Przeciwko Barcelonie sędziowie gwiżdżą najczęściej wtedy, gdy tylko mogą. To nie tylko mało odpowiedzialne ze strony arbitrów. To mało sprawiedliwe dla losów tytułu Mistrza Hiszpanii. Nie jest to zjawiskiem wytłumaczalnym paragrafami, nie mam na to statystyki. Czasem jednak szeroko otwarte oczy i umiejętność łączenia faktów pozwalają na wnioski, do których nie prowadzi żadna ze statystyk. Tym bardziej, że kartek przeciwnicy FC Barcelony łapią więcej od Blaugrany nawet mimo wielkoduszności sędziów.
Bo w ostatnich tygodniach zbyt wiele było fauli, które mogły zakończyć się długotrwałą kontuzją Messiego, Eto'o, Iniesty czy Xaviego. Zbyt wiele przykładów boiskowego chamstwa wobec zawodników katalońskiego Klubu. To, że grają oni na poziomie technicznym nieosiągalnym dla większości piłkarzy w naturalny sposób rodzi zazdrość i boiskową frustrację u zawodników Espanyolu, Almerii czy Getafe. To oczywiste, też gram w piłkę, nie jestem Henry'm, więc też zazdroszczę innym kunsztu. Tylko, że zachowuję te odczucia dla siebie, nie uważam, że chęć uniknięcia porażki wyrosła na agresji i zawiści daje mi prawo, by zniszczyć komuś zdrowie. Równocześnie rozumiem jednak ten sposób myślenia - uzasadniający "zwycięstwo za wszelką cenę". Zbyt wiele akcji Barçy można zatrzymać tylko faulem. W końcu nikt nie lubi przegrywać po 1-6, 1-7 czy 0-8.
To wybór. Decyzja. Faulować można tak, by jedynie zapobiec stracie bramki. Można też sfaulować tak, żeby złamać nogę. Świadomie. Celowo. Dlatego po każdym faulu, który potencjalnie jest niebezpieczny dla zdrowia zawodnika, sędzia musi zareagować. Pokazać jedno "żółtko", potem drugie. Inaczej obrońcy "czytają" pobłażliwość sędziego, wyłączają hamulce. Boisko rządzi się swoimi prawami - ciśnienie i wola zwycięstwa robią swoje. Więc obrońcy grają tak, jak pozwala sędzia - gdy "można", faulując z uśmiechem na ustach raz i znowu, i mocniej, i brutalniej. Taki zawodnik po którymś wejściu faul może dostanie żółtą kartkę, może nie. Ale sędzia pokazał za pierwszym razem, że "dzisiaj tak można". Tymczasem zdrowiu Messiego zagraża każde kopnięcie w kostkę, każde śmignięcie po Achillesach, każde wejście centralnie w piszczele. Sędziowie pozwalają na takie zagrania w każdym meczu. Podczas gdy powinni zagrania grożące kontuzją eliminować natychmiast, nie pozwalać na eskalację, nie dopuścić do brutalnej gry, nie wykreować swymi decyzjami kontuzjami. Bo "puszczanie" sytuacji spornych rodzi kontuzje. Bezpośrednio zachęca obrońców do kolejnych fauli. Dzieje się tak na tyle często, że można to uznać za regułę. Bo taka gra jest bardziej skuteczna niż jakakolwiek taktyka. Przy biernej postawie sędziego taka gra zwyczajnie się opłaca. Grzechem nie skorzystać.
Osobiście, mam tylko nadzieję, że sędziowie opamiętają się prędzej niż skończy się to naprawdę poważnym urazem. Bo już każdy w Europie wie, jak wygrać z Barceloną. Kopiąc po kostkach, grając agresywnie, nie pozwalać rozwinąć skrzydeł za wszelką cenę. Skoro po każdym faulu do rzutu wolnego podejdzie Dani Alves i zaatakuje kibiców na koronie stadionu.
Sędzia jest na boisku po to, by chronić piłkarzy. Nawet jeśli skutkiem tego, co drugi mecz kończyłby się usuwaniem z boiska po 1-2 zawodników przeciwników Barçy i rozstrzygnięciem losów tytułu we wczesnym marcu. Bo tak powinni reagować sędziowie, tak powinna zareagować Liga, tak już dawno powinien skończyć się pościg Realu Madryt. Bo sędziowie powinni być odpowiedzialni za wszystkich piłkarzy. Przepisy mówią, że po każdym ataku na zawodnika bez piłki, sędzia zobowiązany jest pokazać agresorowi czerwoną kartkę. Tak samo jak z wejściem od tyłu bez orientacji na piłkę. Więc gdzie były te czerwone kartki w wielu ostatnich meczach FC Barcelony? I gdzie były kartki żółte, których powinno być w omawianym okresie co najmniej o połowę więcej.
Znamienna jest tu sytuacja z minionej soboty na Estadio Mestalla, gdy Carlos Marchena skosił Iniestę w zemście za nieodgwizdany przez sędziego faul sprzed kilku chwil. Na boisku nie ma miejsca na wendetę w jakiejkolwiek postaci; tym bardziej, że obrońca Valencii wielokrotnie powtórzył słownie i na kilka sposobów zobrazował sędziemu, dlaczego sfaulował swojego przeciwnika. Zachowanie to zasługiwałoby na czerwoną kartkę nawet w "twardej" lidze angielskiej. Tymczasem Marchena w najlepsze krytykował nawet kartkę żółtą.
Nie wszyscy nauczyciele są dobrymi nauczycielami. Ten sam wniosek jest równie zasadny wobec sędziów. Tyle, że małymi bokserskimi dramatami w szkolnych toaletach nie entuzjazmuje się cały świat, bo to w dzisiejszych czasach nudne i mało medialne. Inaczej ma się rzecz w przypadku piłki nożnej. Szczególnie pod koniec sezonu. Gdy ważą się losy tytułów. Ogląda każdy fan piękna tego sportu. Ogląda cały świat.
A jeśli ogląda, to może myśli oglądając. Zastanawia się, analizuje. Oczywiście, że nie każdy. Piłka nożna jest jak parlament w demokratycznym państwie albo McDonald's w państwie jakimkolwiek. Otwarty na wszystkich. Tak samo jest z futbolem: sportem, który oglądają wszystkie warstwy społeczne; naprawdę interesująca potrafi być skala społecznej stratyfikacji osób siedzących na meczu swojej drużyny w jednym rzędzie. Faktem bezspornym jest zatem, iż piłkę oglądają ludzie inteligentni do spółki z inteligentnymi alternatywnie, równie entuzjastycznie dopingując swoją drużynę, ramię w ramię śpiewając nawet czasem na stadionie. Tym samym, jestem pewien, że wielu kibiców w postępowaniu hiszpańskich sędziów wobec graczy FC Barcelony zobaczy przypadek. Ja dostrzegam styl gry. Regularność. Metodykę. Akceptowaną przez sędziów, widocznie akceptowaną przez Ligę. Daleki jestem od tworzenia sensacji XXI wieku. Ale Realowi nie gratuluję serii zwycięstw, nie gratuluję kunsztu Casillasa, nie gratuluję intuicji Juande Ramosa. Realowi gratuluję Ligi zorientowanej bardziej na biznes i trzymanie fanów w niepewności po ostatnią kolejkę walki o tytuł, zamiast reorientacji na sport. Czysty i wolny od moich domysłów. Komercjalizacja sportu nie może usprawiedliwiać wszystkiego, a szczególnie niesprawiedliwego traktowania jednej z drużyn. A raczej: traktowania jej przeciwników ulgowo tylko dlatego, że nie grają z nikim innym.
Wierzę jednak, że FC Barcelona będzie ponad tym. Że niezrażeni tą sytuacją piłkarze wciąż będą bardziej liczyć na siebie samych niż na sędziów - jak jest to od grudnia. Bo passa Realu się skończy. Oby kiedyś wreszcie skończyły się wszystkie... Zaś na miejscu Messiego po którymś z rzędu nieprzypadkowym kopnięciu w ścięgna i braku właściwej reakcji arbitra nie awanturowałbym się. Nie wściekał. Wstałbym, jeśli bym mógł, spokojnie kierując się do szatni. Zanim ktoś złamie mi karierę... Brzmi znajomo? Paralela z La Romareda, 2006 rok. I słusznie. Bo skala tego zjawiska już dawno przechyliła szalę. Gra faul nie może urosnąć do rangi taktyki. Zejście z boiska ścieżką, którą wydeptał Samuel Eto'o w Saragossie, nie nosiłoby nawet cienia przesady. Tamto wydarzenie i skandaliczna pobłażliwość sędziów wobec adwersarzy Barçy dzisiaj mają bowiem ze sobą więcej wspólnego niż mogłoby się wydawać; w równym stopniu będąc zamachem na godność piłkarzy.
Wpływ rodziców na to, co dzieje się za murami podstawówki, gimnazjum czy liceum jest praktycznie żaden. Jednak rodzice wielu uczniów w swej naiwności uzurpują sobie prawo do zmiany tego porządku (słabe oceny, towarzyska alienacja pociechy lub najbardziej drastyczny z przykładów, czyli regularne gnębienie w najróżniejszej postaci), zarówno poprzez ingerencję własną, jak i np. zachęcanie dziecka do użycia obosiecznego Miecza Skarżenia. Takie przykłady zdarzają się względnie często. Niestety, tym gorzej dla delikwenta. Rzeczywistość bywa czasem brutalna - a w tym przypadku bywa wyjątkowo. Gdyż wszelkie próby ingerencji w hermetyczne środowisko klasy, jej porządek i system kastowy, kończą się mało skutecznie i mało pozytywnie. Nawet nie dla rodziców, co byłoby przynajmniej sprawiedliwe; lecz dla samego dziecka - rodzice po wizycie u dyrektora wrócą do pracy, przed klasowym pechowcem (bo nie zawsze powód nadania statusu klasowego pariasa jest od danej jednostki zależny) kolejny dzień w szkole... Tu otwiera się przestrzeń do ingerencji belfrów, którzy chroniąc słabszych uczniów wywiązują się z roli wychowawczej, jaką ich zawód pełni w społeczeństwie. Bo całe społeczeństwo obdarza pracowników szkolnictwa kredytem zaufania. Wyrzucenie kogoś ze szkoły, nagana, uwagi - narzędzi jest kilka. Wszystkie służą spłacie tego kredytu zaufania, otrzymywanego przez "szkołę" od każdego rodzica. A skoro tak, to nauczyciele powinni chronić każdego ucznia przed dyskryminacją w klasie, przed siniakami - tymi widocznymi gołym okiem i tymi, które zasiądą w psychice. Dobry nauczyciel to taki, który nie pozwala na szkolno-klasowe dyskryminowanie kogokolwiek. Dobry nauczyciel to nauczyciel odpowiedzialny.
Podobnie, jak dobrym sędzią piłkarskim jest tylko ten, który gwiżdżąc, przewiduje konsekwencje swoich boiskowych decyzji. Futbolowy arbiter również ma pracę opartą na kredycie zaufania. Obdarzają go nim zawodnicy. Ich rodziny. Obdarzają go władze klubów. Obdarzają trenerzy, fani i sponsorzy. Bo muszą polegać na tym, że przepisy piłki nożnej i ich reprezentant w czarnym wdzianku nie pozwolą na przypadki futbolowego bandytyzmu, nie narażą żadnego z piłkarzy na kontuzję, nie zamienią piłkarskiego meczu w mecz rugby lub starcie bliższe swą bezpośredniością i rozmachem ringowi MMA niż futbolowej murawie. Sędzia piłkarski nie tylko hasa po boisku zarabiając pieniądze, mierząc czas gry, odgwizdując spalone i złe wybicie z autu. Każdy arbiter, nieważne czy pracuje w Premiership czy w polskiej okręgówce jest przede wszystkim odpowiedzialny za zawodników, którym sędziuje mecz. Jest jedynym gwarantem uchronienia ich od długotrwałych urazów, od niemożności wykonywania własnego zawodu. Jest policjantem i polisą ubezpieczeniową w jednym.
Sędziowie, którzy gwizdali przez kilka ostatnich kolejek ligowych FC Barcelonie nie wywiązali się z kredytu zaufania, jaki otrzymali od piłkarzy wspólnie wychodzących z nimi na boisko. W wielu decyzjach sędziowskich z poprzednich meczów Barçy nie było choćby cienia odpowiedzialności za to, co może wydarzyć się na boisku. "Gra się tak, jak przeciwnik pozwala". To prawda. Ale nawet w osiedlowym turnieju ważniejsze dla losów meczu jest, że "gra się tak, jak pozwala sędzia". A sędziowie pozwalają przeciwnikom FC Barcelony na wiele. Chyba na zbyt wiele i zbyt często, by uważny obserwator uznał to za przypadek, indywidualną niekompetencję sędziego/sędziów czy wyjątkową danego wieczoru przychylność dla gospodarzy (w meczach, gdy jedenastka Guardioli gra na wyjeździe).
Mało przekonujące? Wystarczy podczas któregokolwiek meczu Barçy od grudnia porównać, w jakich sytuacjach kartki dostawali zawodnicy z Camp Nou, a kiedy karani byli zawodnicy drużyny przeciwnej. Zaryzykowałbym nawet tezę, że FCB sędziowie gwiżdżą, gdy muszą, gdy faul jest tak ewidentny, że nawet dziecko dałoby rzut wolny lub kartkę. Przeciwko Barcelonie sędziowie gwiżdżą najczęściej wtedy, gdy tylko mogą. To nie tylko mało odpowiedzialne ze strony arbitrów. To mało sprawiedliwe dla losów tytułu Mistrza Hiszpanii. Nie jest to zjawiskiem wytłumaczalnym paragrafami, nie mam na to statystyki. Czasem jednak szeroko otwarte oczy i umiejętność łączenia faktów pozwalają na wnioski, do których nie prowadzi żadna ze statystyk. Tym bardziej, że kartek przeciwnicy FC Barcelony łapią więcej od Blaugrany nawet mimo wielkoduszności sędziów.
Bo w ostatnich tygodniach zbyt wiele było fauli, które mogły zakończyć się długotrwałą kontuzją Messiego, Eto'o, Iniesty czy Xaviego. Zbyt wiele przykładów boiskowego chamstwa wobec zawodników katalońskiego Klubu. To, że grają oni na poziomie technicznym nieosiągalnym dla większości piłkarzy w naturalny sposób rodzi zazdrość i boiskową frustrację u zawodników Espanyolu, Almerii czy Getafe. To oczywiste, też gram w piłkę, nie jestem Henry'm, więc też zazdroszczę innym kunsztu. Tylko, że zachowuję te odczucia dla siebie, nie uważam, że chęć uniknięcia porażki wyrosła na agresji i zawiści daje mi prawo, by zniszczyć komuś zdrowie. Równocześnie rozumiem jednak ten sposób myślenia - uzasadniający "zwycięstwo za wszelką cenę". Zbyt wiele akcji Barçy można zatrzymać tylko faulem. W końcu nikt nie lubi przegrywać po 1-6, 1-7 czy 0-8.
To wybór. Decyzja. Faulować można tak, by jedynie zapobiec stracie bramki. Można też sfaulować tak, żeby złamać nogę. Świadomie. Celowo. Dlatego po każdym faulu, który potencjalnie jest niebezpieczny dla zdrowia zawodnika, sędzia musi zareagować. Pokazać jedno "żółtko", potem drugie. Inaczej obrońcy "czytają" pobłażliwość sędziego, wyłączają hamulce. Boisko rządzi się swoimi prawami - ciśnienie i wola zwycięstwa robią swoje. Więc obrońcy grają tak, jak pozwala sędzia - gdy "można", faulując z uśmiechem na ustach raz i znowu, i mocniej, i brutalniej. Taki zawodnik po którymś wejściu faul może dostanie żółtą kartkę, może nie. Ale sędzia pokazał za pierwszym razem, że "dzisiaj tak można". Tymczasem zdrowiu Messiego zagraża każde kopnięcie w kostkę, każde śmignięcie po Achillesach, każde wejście centralnie w piszczele. Sędziowie pozwalają na takie zagrania w każdym meczu. Podczas gdy powinni zagrania grożące kontuzją eliminować natychmiast, nie pozwalać na eskalację, nie dopuścić do brutalnej gry, nie wykreować swymi decyzjami kontuzjami. Bo "puszczanie" sytuacji spornych rodzi kontuzje. Bezpośrednio zachęca obrońców do kolejnych fauli. Dzieje się tak na tyle często, że można to uznać za regułę. Bo taka gra jest bardziej skuteczna niż jakakolwiek taktyka. Przy biernej postawie sędziego taka gra zwyczajnie się opłaca. Grzechem nie skorzystać.
Osobiście, mam tylko nadzieję, że sędziowie opamiętają się prędzej niż skończy się to naprawdę poważnym urazem. Bo już każdy w Europie wie, jak wygrać z Barceloną. Kopiąc po kostkach, grając agresywnie, nie pozwalać rozwinąć skrzydeł za wszelką cenę. Skoro po każdym faulu do rzutu wolnego podejdzie Dani Alves i zaatakuje kibiców na koronie stadionu.
Sędzia jest na boisku po to, by chronić piłkarzy. Nawet jeśli skutkiem tego, co drugi mecz kończyłby się usuwaniem z boiska po 1-2 zawodników przeciwników Barçy i rozstrzygnięciem losów tytułu we wczesnym marcu. Bo tak powinni reagować sędziowie, tak powinna zareagować Liga, tak już dawno powinien skończyć się pościg Realu Madryt. Bo sędziowie powinni być odpowiedzialni za wszystkich piłkarzy. Przepisy mówią, że po każdym ataku na zawodnika bez piłki, sędzia zobowiązany jest pokazać agresorowi czerwoną kartkę. Tak samo jak z wejściem od tyłu bez orientacji na piłkę. Więc gdzie były te czerwone kartki w wielu ostatnich meczach FC Barcelony? I gdzie były kartki żółte, których powinno być w omawianym okresie co najmniej o połowę więcej.
Znamienna jest tu sytuacja z minionej soboty na Estadio Mestalla, gdy Carlos Marchena skosił Iniestę w zemście za nieodgwizdany przez sędziego faul sprzed kilku chwil. Na boisku nie ma miejsca na wendetę w jakiejkolwiek postaci; tym bardziej, że obrońca Valencii wielokrotnie powtórzył słownie i na kilka sposobów zobrazował sędziemu, dlaczego sfaulował swojego przeciwnika. Zachowanie to zasługiwałoby na czerwoną kartkę nawet w "twardej" lidze angielskiej. Tymczasem Marchena w najlepsze krytykował nawet kartkę żółtą.
Nie wszyscy nauczyciele są dobrymi nauczycielami. Ten sam wniosek jest równie zasadny wobec sędziów. Tyle, że małymi bokserskimi dramatami w szkolnych toaletach nie entuzjazmuje się cały świat, bo to w dzisiejszych czasach nudne i mało medialne. Inaczej ma się rzecz w przypadku piłki nożnej. Szczególnie pod koniec sezonu. Gdy ważą się losy tytułów. Ogląda każdy fan piękna tego sportu. Ogląda cały świat.
A jeśli ogląda, to może myśli oglądając. Zastanawia się, analizuje. Oczywiście, że nie każdy. Piłka nożna jest jak parlament w demokratycznym państwie albo McDonald's w państwie jakimkolwiek. Otwarty na wszystkich. Tak samo jest z futbolem: sportem, który oglądają wszystkie warstwy społeczne; naprawdę interesująca potrafi być skala społecznej stratyfikacji osób siedzących na meczu swojej drużyny w jednym rzędzie. Faktem bezspornym jest zatem, iż piłkę oglądają ludzie inteligentni do spółki z inteligentnymi alternatywnie, równie entuzjastycznie dopingując swoją drużynę, ramię w ramię śpiewając nawet czasem na stadionie. Tym samym, jestem pewien, że wielu kibiców w postępowaniu hiszpańskich sędziów wobec graczy FC Barcelony zobaczy przypadek. Ja dostrzegam styl gry. Regularność. Metodykę. Akceptowaną przez sędziów, widocznie akceptowaną przez Ligę. Daleki jestem od tworzenia sensacji XXI wieku. Ale Realowi nie gratuluję serii zwycięstw, nie gratuluję kunsztu Casillasa, nie gratuluję intuicji Juande Ramosa. Realowi gratuluję Ligi zorientowanej bardziej na biznes i trzymanie fanów w niepewności po ostatnią kolejkę walki o tytuł, zamiast reorientacji na sport. Czysty i wolny od moich domysłów. Komercjalizacja sportu nie może usprawiedliwiać wszystkiego, a szczególnie niesprawiedliwego traktowania jednej z drużyn. A raczej: traktowania jej przeciwników ulgowo tylko dlatego, że nie grają z nikim innym.
Wierzę jednak, że FC Barcelona będzie ponad tym. Że niezrażeni tą sytuacją piłkarze wciąż będą bardziej liczyć na siebie samych niż na sędziów - jak jest to od grudnia. Bo passa Realu się skończy. Oby kiedyś wreszcie skończyły się wszystkie... Zaś na miejscu Messiego po którymś z rzędu nieprzypadkowym kopnięciu w ścięgna i braku właściwej reakcji arbitra nie awanturowałbym się. Nie wściekał. Wstałbym, jeśli bym mógł, spokojnie kierując się do szatni. Zanim ktoś złamie mi karierę... Brzmi znajomo? Paralela z La Romareda, 2006 rok. I słusznie. Bo skala tego zjawiska już dawno przechyliła szalę. Gra faul nie może urosnąć do rangi taktyki. Zejście z boiska ścieżką, którą wydeptał Samuel Eto'o w Saragossie, nie nosiłoby nawet cienia przesady. Tamto wydarzenie i skandaliczna pobłażliwość sędziów wobec adwersarzy Barçy dzisiaj mają bowiem ze sobą więcej wspólnego niż mogłoby się wydawać; w równym stopniu będąc zamachem na godność piłkarzy.
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
Poleć artykuł
Komentarze (0)