Arda Turan nie jest bohaterem mojej bajki. I nie zmieni tego nawet fakt, że już niebawem będzie przywdziewał bordowo-granatowy trykot. Nie jestem oddanym adoratorem jego stylu gry oraz boiskowej osobowości. Nie opowiadam się również za podpisywaniem 5-letnich umów z 28-letnimi piłkarzami. Kiedy Turek powoli pakuje manatki i przenosi się na Camp Nou, stolicę Katalonii, ze smętnie zwieszonymi głowami, opuszczają dwaj wychowankowie Barcelony, Martín Montoya i Gerard Deulofeu. Pielęgnowany od lat etos La Masíi ugina się pod ciężarem coraz to pokaźniejszych kwot wydawanych przez Barçę na posiłki z obcych obozów. Ale na dziś, biorąc pod uwagę m.in. świeżo wypieczony tryplet, to Luis Enrique i wspierający go Josep Maria Bartomeu mają po swojej stronie rację.
Przynależę do grupy kibiców romantycznych. Lubię ekscytujące uniesienia i zachwyty nad czymś, co znacząco wykracza poza rezultat sportowy sensu stricto. Hołduję wzniosłym ideom lepionym przez wizjonerskich geniuszy, nierzadko odrzucanych i nierozumianych w swoich czasach. Nadal chciałbym naiwnie wierzyć w utopijne mrzonki wygłaszane przez purystów futbolu, wiernych prastarej idei rywalizacji autorstwa barona Pierre’a de Coubertina.
Ale takiego sportu, takiego futbolu już nie ma. Jak wszystko inne, piłka nożna została wepchnięta w kleiste łapy mamony, celebryckiego przepychu i wszędobylskiej komercjalizacji. Liczy się tu i teraz, bohaterowie dnia dzisiejszego, tylko zwycięzcy. Ów szaleńczo postępujący trend napędzili dodatkowo tajemniczy inwestorzy z Arabii Saudyjskiej, Kataru, Tajlandii, Chin czy Rosji. Wskutek szastania przez nich pieniędzmi rynek piłkarski rozkraczył się w sposób trudny do ogarnięcia. Rozmnażających się turniejów i chętnych do ich wygrania (a więc i zarobienia przy tym kupy szmalu) jest coraz więcej, w związku z czym od lat trwa wariacki wyścig zbrojeń, szydzący z rozsądnych rachunków ekonomicznych. Celują w to zwłaszcza kluby angielskie, z brytyjską matką ziemią mające zresztą coraz mniej wspólnego. Aż dziw bierze, że twory plecione naprędce, „na już i teraz”, mogą zgromadzić wokół siebie identyfikujących się z nimi kibiców. Teoretycznie chodzi przecież o coś więcej - historię, filozofię i tożsamość, szumnie nazywane czasem „etosem”.
Barça moich marzeń
Dlatego tym łatwiej było mi przywiązać się do Barçy, osławionej przecież dumnym hasłem czegoś „więcej niż klub”. W tym miejscu wielokrotnie wspominałem o unikalnych dziejach Barcelony i roli społeczno-politycznej, jaką przed laty odegrała. W zawołaniu „més que un club” mieściła się również wyjątkowa polityka personalno-kadrowa oparta o doskonałe szkolenie młodzieży, chętnie i całymi ławami wprowadzanej do pierwszego zespołu. Największe sukcesy w dziejach Dumy Katalonii podpisywali przecież jej wychowankowie, ukształtowani w duchu lojalnego przywiązania do wpajanych im w La Masíi wartości.
Barça moich marzeń to klub odwołujący się do historii, czerpiący z jej doświadczeń i bogactw. To instytucja wskrzeszająca odtrącone w ostatnich latach zaangażowanie w zachodzące w katalońskiej nacji procesy społeczno-polityczne. Barça moich marzeń to nieprzebrana kopalnia wartości, moralności i etycznych norm, które wpaja się zwłaszcza w procesie kształcenia młodych piłkarzy. Barça moich marzeń to drużyna złożona wyłącznie z zakochanych w niej bez pamięci wychowanków, canteranos pochodzących głównie z Katalonii, w drodze wyjątku także z innych regionów Hiszpanii. Barça moich marzeń to futbol nieskończenie piękny, oparty o bezustanną wymianę setek mikropodań, na małej przestrzeni, przez zawodników znajdujących się w nieustannym ruchu. Ba, niech to będzie nawet jedenastu pomocników, zgraja mikrusów, którą oburęcznym podpisem zatwierdziliby Johan Cruyff i Pep Guardiola, dwie świętości katalońskiego artyzmu. Barça moich marzeń to ściśle określona filozofia, zbiór norm obowiązujących zarówno na boisku, jak i poza nim, panujących we wszystkich grupach, tej najmłodszej i tej najstarszej. Barça moich marzeń wyrzeka się rzecz jasna wielomilionowych transferów, zarabia jedynie na osiąganych sukcesach, a nadwyżkę w dochodach przekazuje na szczytne cele. No i oczywiście, ubrana jest w stroje wolne od sponsorskich logotypów, niezmącone śladowym choćby wpływem ciał obcych.
Ale takiej Barçy nie ma. I prawdopodobnie już nigdy nie będzie. Czas kolejnych transferów i trwającego wyścigu wyborczego to dobry moment na to, aby wybrzmiała wreszcie prawda, o której po cichutku szepcze się od dawna. Otóż urzekające niegdyś „més que un club” to dziś jedynie wydmuszka, pusty slogan, piękny emblemat dawno przebrzmiałej historii. Coś na kształt utopijnej wizji, która zamiast spodziewanej radości może przynieść jedynie melancholijne rozczarowanie. Jakże wymowny jest fakt, że na koszulce ozdobionej olbrzymim logotypem Qatar Airways słynne zawołanie Narcísa de Carrerasa wstydliwie wprasowano na wewnętrzną stronę, i to „czcioneczką” ledwie dostrzegalną gołym okiem. To wypadkowa podjętych przez włodarzy klubu decyzji (więcej m.in. tu i tu), ale także czasów, w jakich przyszło nam żyć. Bo czy pozostając wiernym dawnym ideałom, Barcelonę stać byłoby na sięgnięcie po ciepły jeszcze tryplet? Czy bez pozyskanych w ostatnich latach za sponsorską forsę Daniego Alvesa (35 mln euro), Javiera Mascherano (20 mln), Davida Villę (40 mln), Neymara (ok. 100 mln), Luisa Suáreza (81 mln), Ivana Rakiticia (18 mln) czy Claudio Bravo (12 mln), a wcześniej także Ronaldinho, Deco, Eto’o czy Henry’ego, udałoby się osiągnąć triumfy podpisane przez Franka Rijkaarda, Pepa Guardiolę i Luisa Enrique? A przecież to twórcy najwspanialszych drużyn w historii Blaugrany i całego futbolu, powód do dumy dla wszystkich culés i źródło niewyczerpanej, kibicowskiej radości.
Wynik czy wychowanie?
Niechaj więc w tym miejscu wybrzmi fundamentalne pytanie z pogranicza filozofii, etyki i futbolu - wynik i związane z nim prestiż oraz pieniądze czy wychowanie i sukces rzadszy, ale ciągły podziw, uwielbienie i satysfakcja z realizacji wzniosłych idei? Najlepiej byłoby odnaleźć w tym rozgardiaszu złoty środek, coś na kształt drużyn Guardioli z lat 2009 i 2011, ale w nich również roiło się od obcego, kosztownego kapitału. A przecież nie zawsze klubowa szkółka wypluje tak obfite piłkarskie rzuty jak ten z Xavim, Carlesem Puyolem, Andrésem Iniestą i Víctorem Valdésem czy też ten z Leo Messim, Pedro, Gerardem Piqué czy Sergio Busquetsem. Już wiemy, że miot sygnowany przez Thiago, Rafinhę, Sergiego Roberto, Marca Bartrę, Marca Muniesę, Martína Montoyę czy Bojana nie przyniósł Blaugranie spodziewanych sukcesów. Z różnych powodów, także dlatego, że Barcelona stała się poniekąd ofiarą własnych sukcesów. Ozłoceni wychowankowie zablokowali bowiem drogę do pierwszego zespołu kolejnemu napływowi canteranos. Nie wszystkich zdolnych i dobrze rokujących uda się skusić perspektywą bezterminowego ugniatania ławki rezerwowych lub nawet trybun. Chętnych na cieszących się nienaganną sławą wychowanków Barçy nie brakuje na całym świecie, głównie w Anglii, gdzie pieniądze liczy się zupełnie inaczej.
Na gwałt należy pomyśleć o losie grupy z Álexem Grimaldo, Sergim Samperem, Munirem, Sandro i Adamą Traoré na czele. Na nakreślenie konkretnego planu rozwojowego czekają już także najzdolniejsi aktualnie w grupach młodzieżowych Carles Pérez, Carles Aleñá, Marc Cucurella, Oriol Busquets i Seung-Woo Lee. Należy naprawić błędy, które poskutkowały sankcjami FIFA, a także odwrócić trend opisany przez portal grup14.com.
Całkiem zwyczajny sukces
Wspomnianym powyżej zmianom w piłkarskim DNA Barcelony sprzyjają nie tylko okoliczności zewnętrzne i obiektywne, ale również te płynące z samego jej serca. W niedalekiej przeszłości Sandro Rosell, a teraz także Josep Maria Bartomeu, chcąc zakłócić pamięć i chwałę bohaterów ery Joana Laporty, za wszelką cenę (nawet kosztem regresu nietykalnej dotąd esencji Barçy) dążyli do osiągnięcia spektakularnych sukcesów. Bardziej pewnie w imię własnych, partykularnych interesów, aniżeli w trosce o interes klubu. Kontrowersyjnymi środkami i w skandalicznych momentami oparach absurdu osiągnęli zamierzony efekt. Barcelona ponownie jest zwycięska, już bez swojej unikalnej tożsamości, niepodważalnych wartości i chmary piekielnie zdolnych dzieciaków, ale za to z trypletem w gablocie i sponsorskimi pieniędzmi w sejfie. I to oni mają teraz lepsze karty i silniejsze argumenty.
Dlatego z trudem, ale udaje mi się przełknąć kolejny wielomilionowy transfer. Pewnie można byłoby znaleźć kilku lepszych od Ardy Turana piłkarzy, ale Turek został sprowadzony na Camp Nou na wyraźne życzenie Luisa Enrique - trenera, którego każdą decyzję legitymizuje osiągnięty w poprzednim sezonie sukces. Póki co Lucho należy się bezwzględne zaufanie. I można jedynie przypuszczać, że Guardiola w kontekście wzmocnienia swojej drużyny na Ardę nawet by nie spojrzał, głównie ze względu na piłkarską charakterystykę 28-latka. Ale dziś boiskowy rys Blaugrany jest już inny, co ustaliliśmy przecież dawno temu. Trudno oprzeć się wrażeniu, że wychowanek Galatasaray Stambuł pasuje do Barcelony na modłę Enrique niemal idealnie.
Jeszcze raz - w kontekście transferu Ardy można by zapłakać nad losem Sampera, Rafinhi, całej La Masíi i niedawno wyznawanych wartości. Ale ponownie zadajcie sobie pytanie - wynik czy wychowanie? Tryplet czy romantyczne wizje i podziw świata?
Mateusz Bystrzycki, autor książki „Gerard Piqué. Urodzony na Camp Nou"
Komentarze (133)