Kibice Barcelony i Realu Madryt mają dziś kolejne święto. Mecz nad mecze, który czeka nas wieczorem na Bernabéu to wydarzenie, przy którym bledną wszystkie inne derbowe pojedynki na całym świecie. O skali zjawiska śwadczy fakt, że na każdej długości i szerokości geograficznej świata fani będą mogli obejrzeć starcie gigantów.
Tak się złożyło, że w 2011 i 2012 roku rozegranych zostało aż 13 Klasyków. Kto spodziewałby się, że dwaj odwieczni rywale tak często będą mierzyć się ze sobą w różnych rozgrywkach? Przyjście José Mourinho do Madrytu i jego nie zawsze sportowe zachowanie podgrzało atmosferę do tego stopnia, że w pewnym momencie atmosfera derbowych pojedynków była tak gęsta, że o stan psychiczny swoich kadrowiczów, całkiem słusznie zresztą, obawiał się Vicente del Bosque. Teraz na szczęście jest dużo lepiej i nie ma tylu negatywnych emocji, choć piłkarze Barçy mimochodem podkreślają, że mają nadzieję, iż nie powtórzy się to, co zdarzyło się w poprzednich Klasykach.
Real jest osłabiony. Bez Casillasa, Ramosa, Pepe, Coentrão i Di Maríi wybiegnie na boisko walczyć o jak najlepszy wynik przed rewanżem, choć Mourinho musi zdawać sobie sprawę, że szanse jego drużyny są ograniczone. Królewscy podnieśli się co prawda po upadku, jaki zaliczyli w końcówce zeszłego roku, ale pojedynek z Barçą to inny kaliber niż stłuczenie Celty Vigo, Valencii czy Getafe. Piętnastopunktowa strata w ligowej tabeli nie jest może odzwierciedleniem różnicy w jakości obu drużyn, ale fakt, że Barça zagra w najsilniejszym składzie musi spędzać sen z powiek trenerowi Realu.
Jordi Roura zapowiada, że braki kadrowe gospodarzy nie będą miały żadnego znaczenia. Warto przypomnieć, że w ostatnim Gran Derbi to Barcelona była w podobnej sytuacji (w obronie zagrali wówczas Montoya, Mascherano, Adriano i Alba), ale udało jej się zremisować 2:2, a w końcówce była wyraźnie lepsza i mogła wygrać. Coś w tym jest, że derby to derby i dodatkowa motywacja nie jest tu potrzebna. Osłabiony czy nie, Real ma wystarczająco dużo atutów, aby zrobić krzywdę faworyzowanej Barcelonie.
Faworyzowanej dlatego, że stawiają na nią bukmacherzy. Katalończycy są zresztą również faworytem do końcowego triumfu w Pucharze Króla, bo za ich zwycięstwo płaci się najmniej. Z drugiej strony, Barça niemal zawsze jest faworytem, a jak wiadomo, faworyt nie zawsze wygrywa. Wszyscy pamiętamy, jak ćwierćfinałowa rywalizacja z Realem przebiegała rok temu. W Madrycie drużyna Pepa Guardioli wygrała 2:1, w rewanżu na Camp Nou prowadziła już 2:0, ale dała sobie wbić dwie bramki i była o krok od stracenia trzeciej. Wtedy po raz pierwszy widziałem katalońskich kibiców, którym zajrzał w oczy prawdziwy strach. Po końcowym gwizdku odetchnęli z ulgą, która później jeszcze długo unosiła się nad stadionem.
Co ciekawe, Barcelona lepiej ostatnio grała z Realem na Bernabéu niż na własnym boisku. W ostatnich pięciu latach i ośmiu meczach rozegranych w Madrycie, doznała tylko jednej porażki (w 2012 roku w Superpucharze). Dziś Katalończycy są największym faworytem od dobrych kilku spotkań, bo mimo że Real potrafi w końcu przeciwstawić się tiki-tace, w erze Mourinho jeszcze nigdy nie przystępował do derbów tak osłabiony. Barça musi to wykorzystać. Musi zagrać w Madrycie o zwycięstwo. Iniesta w życiowej formie, bijący strzeleckie rekordy Messi, odrodzony Pedro czy Xavi będący jak wino, to nasze dzisiejsze atuty. Jeśli każdy z nich da swój koncert, rywale zejdą z boiska pokonani.
Komentarze (840)