0

Vamos Mehiko!
Vamos a ganar!

10

Niepokonana drużyna, która odpadła z Mistrzostw Świata:

Kamerun 1982 to jedna z najbardziej niesprawiedliwych i osobliwych historii w historii Mistrzostw Świata. Afrykańska reprezentacja rozegrała swój pierwszy Puchar Świata w Hiszpanii, nie przegrała ani jednego meczu a mimo to odpadła w fazie grupowej. Trzy mecze, trzy remisy, zero porażek i poczucie straconej szansy. Historia Kamerunu 1982 rozpoczyna się w bardzo trudnej grupie. Włochy, Polska i Peru były rywalami z dużo większym doświadczeniem międzynarodowym. Kamerun przyjechał jako debiutant, z mniejszym zaangażowaniem i etykietą drużyny niewygodnej, ale niekoniecznie groźnej dla faworytów. Pierwszy mecz zakończył się remisem 0:0 z Peru. Drugi, również 0:0 z Polską. W obu meczach Kamerun zaprezentował organizację, siłę fizyczną i waleczność, co zaskoczyło wielu. Nie byli naiwną drużyną. Wiedzieli, jak zamykać przestrzeń i cierpliwie walczyć. Trzeci mecz z Włochami zakończył się remisem 1:1. Grégoire Mbida strzelił gola dla Kamerunu zaledwie minutę po golu Włochów. Remis sprawił, że Kamerun miał tyle samo punktów co Włochy, ale przegrywał różnicą bramek. Paradoks jest ogromny: Włochy awansowały z fazy grupowej, nie wygrywając ani jednego meczu a następnie zostały mistrzami świata. Kamerun, również niepokonany, odpadł. Mistrzostwa Świata w 1982 roku obfitowały w nietypowe rozgrywki a te są jednymi z najbardziej uderzających. Ta historia nawiązuje do innych druzgocących porażek, takich jak porażka Szkocji w różnych Mistrzostwach Świata czy Algierii w 1982 roku. Historia futbolu świadczy o tym, jak niektóre reprezentacje przekonały się, że samo unikanie porażki nie zawsze wystarczy. Na Mistrzostwach Świata różnica może być tak mała, jak jedna bramka. Kamerun pozostawił po sobie głębokie wrażenie. Thomas N'Kono, który również ma swoją własną historię jako idol z dzieciństwa Buffona był jednym z kluczowych graczy drużyny. Roger Milla był już tam, zanim lata później stał się legendą, jak opowiadaliśmy w artykule „ Roger Milla, emerytowany piłkarz, który zapisał się w historii”.

Osiem lat później Kamerun prawdziwie eksplodował na scenie podczas Italia '90. Pokonali Argentynę w meczu otwarcia, dotarli do ćwierćfinału i stali się jedną z największych niespodzianek turnieju. Ale ta historia nie zaczęła się w próżni. Jej korzenie sięgają Hiszpanii '82. Zespół z 1982 roku pokazał, że Kamerun może rywalizować z drużynami europejskimi i południowoamerykańskimi bez kompleksów. Zespół z 1990 roku dodał ambicje, charyzmę i globalną narrację. Dlatego warto czytać obie historie razem: Kamerun na Italia '90 był eksplozją; Kamerun 1982 był ostrzeżeniem. Jest to również element szerszej ewolucji afrykańskiej piłki nożnej. Maroko przełamało barierę 1/8 finału w 1986 roku, co już omawialiśmy w Maroku 1986. Afryka budowała swoją obecność na Mistrzostwach Świata krok po kroku. Kamerun 1982 zasługuje na pamięć, ponieważ nie wszystkie wspaniałe historie wymagają zwycięstw. Czasami drużyna odciska swoje piętno, udowadniając, że potrafi rywalizować, wytrwać i wyjść niepokonana na scenę, która wydawała się zbyt wielka. Reprezentacja Kamerunu stała się później symbolem afrykańskiej piłki nożnej. Ale zanim nastąpiła eksplozja, pojawiła się ta trzeźwa, twarda, niepokonana i wyeliminowana wersja. Ich historia stanowi przestrogę: w Mistrzostwach Świata sportowa sprawiedliwość nie zawsze idzie w parze z wynikami w tabeli. Kamerun nie przegrał, ale odpadł. Włochy nie wygrały w fazie grupowej, ale zdobyły trofeum. Ta sprzeczność to właśnie ten element, który sprawia, że historia Mistrzostw Świata jest niezapomniana.

@Symson
@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@Kapitan hawk
@Gary
@Bernard777
@Adran360

0

@Nazio_87 Nie! To akurat z internetu.

9

Drużyna, która grała z radością:

Reprezentacja Peru z 1970 roku była jedną z najbardziej ekscytujących na Mistrzostwach Świata w Meksyku. W turnieju zdominowanym przez Brazylię Pelégo, Blanquirroja (peruwiańska reprezentacja) znalazła swoją niszę dzięki Teófilo Cubillasowi, Héctorowi Chumpitazowi oraz radosnemu, ofensywnemu i odważnemu stylowi gry. Nie zdobyli Pucharu, ale pozostawili po sobie trwałe wrażenie. Historia Mistrzostw Świata w Peru w 1970 roku ma również bardzo silny kontekst emocjonalny. Kraj zakwalifikował się do Mistrzostw Świata wkrótce po trzęsieniu ziemi w Ancash, które było tragedią narodową. Na drużynie ciążyła symboliczna odpowiedzialność, która wykraczała daleko poza murawę. Peru rozpoczęło turniej od pamiętnego powrotu przeciwko Bułgarii. Przegrali 0:2 i wygrali 3:2. Następnie pokonali Maroko i przegrali z RFN. Dzięki tym wynikom awansowali do ćwierćfinału. Zespół prowadzony przez Didiego, mistrza świata z Brazylią, miał rozpoznawalny styl gry. Chcieli grać ofensywnie i wykorzystywać umiejętności techniczne swoich zawodników. Cubillas był wschodzącą gwiazdą: młody, elegancki i z talentem do strzelania goli. Mistrzostwa Świata w 1970 roku zapisały się w historii jako jedne z najwspanialszych. W tym kontekście Peru nie zawiodło. W ćwierćfinale czekała na nich Brazylia. I to nie byle jaka Brazylia: drużyna Pelé, Jairzinho, Tostão, Rivelino i Carlosa Alberto, prawdopodobnie najbardziej podziwianego mistrza wszech czasów. Peru przegrało 4:2 ale walczyło dzielnie. Nie spoczęło na laurach ani nie zatraciło swojej tożsamości. Cubillas strzelił gola a peruwiańska drużyna pozostawiła po sobie bardzo dobre wrażenie w starciu z późniejszymi mistrzami. Brazylia znajduje się na liście mistrzów świata ale Meksyk ‘70 również należy do drużyn, które przyczyniły się do uczynienia turnieju bardziej niezapomnianym. Peru było jednym z nich. Teófilo Cubillas stał się symbolem pokolenia. Jego talent do gry w ataku, opanowanie i talent do zdobywania bramek na największych stadionach uczyniły go jednym z najwybitniejszych peruwiańskich piłkarzy wszech czasów. Chumpitaz, kapitan, zapewnił drużynie przywództwo i autorytet w obronie.

Peruwiańska reprezentacja znów miała dobre momenty, ale rok 1970 zachował szczególny aromat ze względu na styl, kontekst i ostatecznego rywala. Mistrzostwa Peru 1970 zasługują na osobne miejsce, ponieważ reprezentują sposób przegranej, który czyni silniejszym. Przegrali z najlepszą drużyną świata, ale grali dobrze, strzelając gole i zostawiając po sobie wyraźny ślad. W futbolu niektóre drużyny narodowe zapamiętuje się bardziej ze względu na urodę niż trofea. Do tej grupy należy również Peru 1970. Był to krótki, emocjonujący i głęboko zapadający w pamięć mecz.

@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani

0

@Bernard777 Czy to było zrobione specjalnie przez szwabów albo Brazylijczyków?

1

Dwie godziny temu kupiłem "Piłke Nożną" a w niej drabinka mundialu i tak: Argentyna z grupy J po wygraniu grupy trafia na drugą ekipe grupy H, gdzie jest Urugwaj i Hiszpania. Kojarzenie takich grup gdzie jest Argentyna i Hiszpania, które potencjalnie wpadają na siebie w 1/16 finału jest co najmniej nie na miejscu! Kto i w jakim celu robi coś takiego? Przeca to ewidentnie byłby przedwczesny finał.......!!

7

Brazylijska „Joga Bonito”:

11 czerwca 1997 r. Paragwaj pokonał Chile 1:0 po golu Acuñii, w meczu otwierającym 38. edycje Copa America. W edycji tej po raz kolejny zmieniono zasady. 12 zespołów podzielonych zostało na 3 grupy. Do kolejnego etapu awansowały dwie najlepsze drużyny z każdej grupy, oraz dwie najlepsze z 3 miejsc. Następnie rozegrane zostały ćwierćfinały, półfinały, finał, oraz mecz o 3 miejsce. Za wygraną przyznawane były 3 punkty a za remis jeden. Boliwia ponownie otrzymała Copa América w 1997 roku. Lokalizacja(a przede wszystkim wysokość) była kluczowa, aby ,,Zieloni” stali się rewelacją rozgrywek, docierając do finału, w którym przegrali z Brazylią. Ronaldo Nazario, jedna z ówczesnych postaci światowego futbolu, został najlepszym zawodnikiem turnieju. Wśród najbardziej zaskakujących wyników w historii Copa América jest pogrom Peru przez Brazylie 7:0 w półfinale tych rozgrywek. Boliwia, która wszystkie swoje mecze rozgrywała na wysokości La Paz, triumfowała we wszystkich trzech meczach grupowych oraz w ćwierćfinale i półfinale. Jednak w meczu finałowym potęga Brazylii, ówczesnych mistrzów świata, wystarczyła, by zwyciężyć 3:1. Obie drużyny zakwalifikowały się do Pucharu Konfederacji. Na podium stanął także gościnnie Meksyk, który pokonał Peru. Gola zdobył Meksykanin Luis Hernández. Brazylia wygrała wszystkie 6 meczów strzelając 22 gole. Najszybszego gola strzelił Brazylijczyk Denílson w wygranym 0:7 meczu z Peru(1 minuta). Mecze rozgrywane były na stadionach w Sucre, La Paz, Oruro, Cochabamba i Santa Cruz. Mecze oglądało łącznie około 510 000 osób(średnio 19 615 na mecz). Najwięcej przyszło na starcie Brazylii z Boliwią (46 000). Najlepszym zawodnikiem turnieju wybrany został Brazylijczyk Luis Nazario de Lima. Najwyższy wynik padł w półfinałowym meczu pomiędzy Peru a Brazylią 0:7. Natomiast Luis Hernández w meczu Meksyk – Kostaryka(1:1), strzelił 2000 gola w historii tegoż turnieju. Finał rozegrano 29 czerwca 1997 roku w La Paz na stadionie „Hernando Silesa”. Brazylia, mierząc się z gospodarzami, zmotywowanymi dopingiem kibiców i atutami wysokości, wiedziała, że mecz nie będzie łatwy. Boliwia rozegrała znakomity turniej i również przyjechała zmotywowana po pokonaniu Meksyku w półfinale. Wynik otworzył Edmundo w 36. minucie, po akcji, w której Brazylia kontrolowała tempo i wykorzystywała luki w boliwijskiej obronie. Boliwia zareagowała szybko, a kilka minut później Erwin Sánchez wyrównał, doprowadzając do remisu przed przerwą. W drugiej połowie brazylijska drużyna zademonstrowała swoją siłę fizyczną i umiejętność adaptacji do wysokości. To właśnie wtedy Ronaldo strzelił drugiego gola w 78. minucie, dając Brazylii prowadzenie i dając jasno do zrozumienia, dlaczego jest już uważany za jednego z najlepszych na świecie. Wreszcie, w 89. minucie, Zé Roberto przypieczętował zwycięstwo trzecią bramką, zamykając mecz zwycięstwem 3:1, które zapewniło Brazylii tytuł mistrzowski. Dzięki zwycięstwu w Copa América w 1997 roku Brazylia zapewniła sobie piąty tytuł Copa América i umocniła swoją dominację w południowoamerykańskiej piłce nożnej. Zwycięstwo to nie tylko oznaczało kolejny tytuł, ale także symbolizowało zdolność tej drużyny – która przeszła drogę od mistrzów świata w USA w 1994 roku do mistrzów z 2002 roku w Korei i Japonii – do adaptacji do ekstremalnych warunków i pokonywania każdego wyzwania.

Ronaldo Nazário był niekwestionowaną gwiazdą Copa América w 1997 roku, strzelając pięć goli i wyróżniając się umiejętnościami, szybkością i siłą. Ten turniej był przełomowy w jego karierze, ugruntowując jego reputację jednego z najlepszych napastników na świecie. Później, pomimo kontuzji, stał się jednym z najlepszych w historii. Triumf Brazylii w Copa América w 1997 roku jest uznawany za jeden z najwspanialszych momentów w historii południowoamerykańskiej piłki nożnej. Zwycięstwo w Boliwii nie tylko pokazało siłę drużyny, ale także umiejętności Mário Zagallo w tworzeniu zbalansowanego składu, w którym zawodnicy idealnie się uzupełniali. Mistrzostwa te pokazały dominację Brazylii na kontynencie i zapowiedziały pokolenie, które po zwycięstwie w Mistrzostwach Świata w 1994 roku ponownie podbiło świat w 2002 roku i dotarło do finału we Francji w 1998 roku.

@Ogorinho1974
@Safrani
@Marusek
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360

3

@FCBparasiempre
Piłkarze zdołali się jeszcze zmobilizować na kolejny mecz, w którym 3:0 wygrali z Club Atlético Lanús, ale porażki poniesione w kolejnych dwóch starciach – z River Plate (2:5) i z Racingiem (1:4) – ostatecznie przekreśliły marzenia o tytule. Zawodnicy i kibice uważali, że zostali obrabowani przez dwóch arbitrów i trudno choć w części nie przyznać im racji. Hirschlowi i jego podopiecznym na pocieszenie pozostał fakt, że zespół strzelił najwięcej bramek w lidze (90), a Arturo Naón został wicekrólem strzelców. Za kulisami mówiło się, że Wielka Piątka, czyli Boca Juniors, Independiente, Racing, River Plate i San Lorenzo, jest zbyt mocna, żeby na stałe jej zagrozić. Nie tylko ze względu na liczebność i gwałtowność stojących za nią kibiców, ale też z uwagi na zaplecze polityczne, dzięki któremu możliwe było wywieranie nacisków na arbitrów. Cytowany wcześniej Guttmann przekonywał jednak, że Hirschl i jego podopieczni też nie byli do końca uczciwi. ,,Miał pewien sławny, albo raczej niesławny trick. Jego piłkarze trenowali z ciężkimi piłkami, takimi jak te używane w Anglii. W tamtych czasach w Ameryce Południowej panował zwyczaj grania piłką gospodarzy w pierwszej połowie i gości w drugiej ale Hirschl wpadł na pewien pomysł: dawał bramkarzowi kolczasty pierścień, żeby przebić piłkę rywali a potem grać już tą cięższą, do której Gimnasia była przyzwyczajona. Mówię wam: to był kawał skurczybyka”– opowiadał Guttmann. Ofensywny styl, jaki prezentował zespół Hirschla, otworzył mu drzwi do największych argentyńskich klubów. W 1934 r. po węgierskiego fachowca zgłosiło się River Plate. Początki nie były jednak łatwe. Zawodnicy lepsze występy przeplatali gorszymi. Potrafili rozbić 6:1 San Lorenzo, żeby miesiąc później ulec Estudiantes La Plata 0:3. Już w drugiej kolejce Hirschl zmierzył się ze swoim byłym klubem, a mecz zakończył się remisem. Pierwszy jego sezon w klubie zakończył się zajęciem przez River trochę rozczarowującego, czwartego miejsca. Węgier nie zrażał się jednak niepowodzeniami i konsekwentnie wcielał w życie swoje pomysły taktyczne. Od początku swojej przygody z Los Millonarios, stopniowo ustawiał defensywę w literę M. Cofnął jednego ze środkowych pomocników do tyłu, tak by pełnił rolę cofniętego rozgrywającego. Piłkarz grający na tej pozycji miał uczestniczyć w grze obronnej, ale jednocześnie od niego miało zaczynać się budowanie akcji, to on miał kreować grę z głębi pola. W drugim sezonie swojego pobytu w River sprowadził do klubu José Maríę Minellę i to jemu powierzył tę rolę. Hirschl odważnie też stawiał na młodych zawodników. To właśnie u niego w 1935 r. w wieku 16 lat zadebiutował Adolfo Pedernera. W tym samym sezonie regularne występy w pierwszej jedenastce notował nastoletni José Manuel Moreno. Obaj już niedługo mieli stanowić o sile ofensywy zespołu. Wielką gwiazdą drużyny był z kolei Bernabé Fereyra, który młodszym kolegom zawsze służył dobrą radą i chętnie dzielił się doświadczeniem. Mieszanka rutyny z młodością przyniosła rezultaty w 1936 r. Sezon był wówczas podzielony na dwa puchary – Copa de Honor Municipalidad de Buenos Aires i Copa Campeonato. Zwycięzcy każdego z nich spotkali się na koniec sezonu w Copa de Oro. W pierwszym z turniejów, który de facto był pierwszą rundą ligowych rozgrywek, River zajęło szóste miejsce. Podopieczni Hirschla prawdziwą klasę pokazali w Copa Campeonato. Przegrali tylko dwa mecze i dzięki serii ośmiu zwycięstw z rzędu zajęli pierwsze miejsce z czteropunktową przewagą nad San Lorezno. Znakomicie spisywał się duet Moreno i Fereyra. Pierwszy z nich był najlepszym strzelcem klubu w Copa de Honor, gdzie zdobył 13 bramek, a drugi imponował skutecznością w Copa Campeonato, strzelając 15 goli w 17 starciach. Swoją dominację potwierdzili 20 grudnia w starciu o Copa de Oro, w którym pokonali San Lorenzo 4:2. Rok później system rozgrywek wrócił do normy i o mistrzostwie decydowała tabela końcowa po dwóch rundach spotkań. River praktycznie nie miało sobie równych. Zespół triumfował w 27 spotkaniach, zremisował cztery, a przegrał w zaledwie trzech. Zawodnicy zdobyli 106 bramek – najwięcej w lidze obok Independiente. Chyba tylko ta drużyna ze wspaniałym Arsenio Erico w składzie mogła nawiązać walkę z maszyną stworzoną przez Hirschla, choć w obu bezpośrednich spotkaniach górą było River. Mając już zapewniony tytuł, postawili kropkę nad i, zwyciężając 3:2 w brzydkim, pełnym awantur meczu z Boca Juniors, rewanżując się tym samym za wcześniejsze porażki. ,,Żadna z drużyn nie wychodziła na murawę tak świetnie przygotowana, jak wybitne River Plate. Żadna z drużyn nie mogła się z nią równać choćby pod względem kondycji fizycznej”– pisano w ,,El Gráfico”, podkreślając rolę Hirschla w sukcesie.

Hirschl stworzył dobrze funkcjonujący mechanizm, który również w przyszłym roku walczył o tytuł. Tym razem jednak lepsi okazali się rywale z Independiente. River przegrał mistrzostwo o dwa punkty, a decydująca jak się później okazało, była porażka 1:2 z Ferro Carril Oeste. Po zdobyciu wicemistrzostwa w 1938 r. Hirschl odszedł z klubu. Wrócił na krótko do Gimnasii, a potem zaczął pracę w Rosario Central. 20 sierpnia 1939 r. jego podopieczni przegrali z River aż 0:6, a Węgier mówił, że tak dobra postawa Los Millonarios to efekt jego pracy. ,,Przybyłem osobiście, by zebrać owoce mojego nauczania. Tych sześć goli strzelili przecież moi chłopcy”– mówił po meczu szkoleniowiec. Później pracował z San Lorenzo, z którym też plasował się w czołówce, a także Banfield. W 1944 r. jego kariera trenerska została dość nagle przerwana. 13 stycznia odbyło się posiedzenie komisji dyscyplinarnej AFA. W protokole zapisano, że prezydent Banfield Forencio Sola usiłował przekupić bramkarza Ferro Carril Oeste Sebastiána Gualco przed meczem Banfield z Ferro. Spotkanie odbyło się we wrześniu i zakończyło się remisem 1:1, a bramkarz ostatecznie w nim nie zagrał. Wśród osób, które miały brać udział w tym procederze, był wymieniony również Hirschl, który zaangażował się w próbę przekupienia zawodnika Gualco kwotą dwóch tysięcy peso. Węgierski szkoleniowiec znalazł się w gronie dziewięciu osób, które skazano za sportową niemoralność i dożywotnio pozbawiono go możliwości prowadzenia jakiejkolwiek działalności w AFA lub w klubach przy niej afiliowanych. Co prawda Generalny Inspektorat Sprawiedliwości 10 maja karę anulował, ale związana z nią niesława pozostała. Warto jednak wspomnieć, że kiedy Hirschl wyjeżdżał z Węgier, to jego ówczesna drużyna Húsos FC była też była zamieszana w ustawianie meczów. Szkoleniowiec wyjechał do Brazylii. Dzięki sukcesom odniesionym w Argentynie cieszył się opinią jednego z najlepszych specjalistów na kontynencie. Znalazł zatrudnienie w Porto Alegre, gdzie na początku 1945 r. został trenerem Cruzeiro de Rio Grande do Sul. Sprowadził do klubu dwóch argentyńskich napastników – Alejandro Lombardiniego i mającego za sobą występy w rzymskim Lazio Enrique Flaminiego. Hirschl odpowiednio poukładał i umotywował zespół. Cruzeiro potrafiło bić się jak równy z równym z innymi wielkimi klubami z miasta – Grêmio i Internacional. W 1947 r. zespół pokonał lokalnych rywali i zwyciężył w premierowych rozgrywkach o Taça Cidade de Porto Alegre. Hirschla jednak już wtedy nie było w klubie. W połowie 1946 r. wykupił swój kontrakt i wyjechał szukać szczęścia do Meksyku. Tam przez dwa lata prowadził Club Deportivo Marte, ale bez szczególnych sukcesów. Po przygodzie w Meksyku na krótko jeszcze zawitał do Gimansii, aż w końcu wiosną 1949 r. objął posadę trenera Peñarolu. Urugwajski klub stawał dopiero na nogi po kilku chudych latach. Poprzednikiem Hirschla był Anglik Randolph Galloway, który usiłował nauczyć piłkarzy gry w systemie WM. Udawało mu się to z różnym skutkiem. Dopiero Hirschl potrafił wszystko odpowiednio poukładać i otworzył Urugwajczykom oczy na wiele nowych aspektów. Na pierwszym prowadzonym przez niego treningu zgromadziło się 1,5 tys. kibiców. Nie zamierzał nikogo skreślać i każdemu chciał dać szansę pokazania się, dlatego też w pierwszych zajęciach wzięli udział również piłkarze rezerw. W sumie ponad 40 zawodników. ,,Tego dnia po raz pierwszy zobaczyłem tablicę. Węgrzy zaprezentowali nowe systemy gry, pokazali nowe formy i kierunki szkolenia, które przyniosły rewolucję”– wspominał Alcides Ghiggia. Po tygodniu od pierwszego treningu przyszła pora na wybranie składu. Kiedy Hirschl wymieniał nazwiska zawodników z obrony i pomocy, nie było większych zaskoczeń. Kiedy jednak trzeba było wskazać prawego skrzydłowego, to spojrzał w kierunku Alcidesa Ghiggi i powiedział do niego, że to on zagra na tej pozycji. Liderzy zespołu próbowali wpłynąć na jego decyzję i starali się argumentować, że w zespole są przecież Julio César Britos i Solito Ortiz, którzy byli reprezentantami kraju, ale Hirschl był nieugięty. Oprócz Ghiggi w ataku mieli zagrać jeszcze Juan Eduardo Hohberg, Omar Óscar Míguez, Juan Alberto Schiaffino i Ernesto Vidal. Już wkrótce każdy kibic w kraju potrafił bez zająknięcia wymienić skład formacji ofensywnej Peñarolu. Prowadzony przez Węgra zespół zdominował rozgrywki. W lidze zdobyli 52 punkty na 54 możliwych. Strzelił najwięcej bramek – 62. Stracili najmniej – tylko 17. Wygrali wszystkie trzy derbowe pojedynki z Nacionalem. Zdobyli pierwsze od czterech lat mistrzostwo. Piłkarze grali bardziej zespołowo, nie wdawali się w niepotrzebne dryblingi, przez które tracili siły, nie bawili się piłką. Na pierwszym miejscu zawsze było dobro drużyny. ,,Hirschl dogadywał się z każdym. Był nie tylko dostępny dla wszystkich, ale był też przyjacielem graczy. To najlepszy trener, jakiego miałem. Najbardziej podobała mi się przyjaźń, jaką natychmiast nawiązał ze wszystkimi graczami. Często z nami żartował”– wspominał Węgra Ghiggia. Piłkarze Peñarolu stanowili trzon urugwajskiej reprezentacji, która w 1950 r. upokorzyła Brazylię. W tym samym roku w lidze musieli jednak uznać wyższość Nacionalu, od którego okazali się gorsi o dwa punkty. Rok później Hirschl i jego chłopcy wrócili na tron, a Węgier opuścił zespół w glorii zwycięzcy po wygaśnięciu kontraktu. Wrócił jeszcze w 1956 r., ale nie na długo.

Nie będzie przesadą, jeśli uznamy, że Hirschl był wizjonerem. Wyprzedzał swoją epokę o całe lata, indywidualizował treningi, doceniał znaczenie odpowiedniej regeneracji. Dysponował znakomitym zmysłem taktycznym i potrafił sprawić, że to, co rysował piłkarzom kredą na tablicy, ci świetnie umieli przełożyć na sytuacje na boisku. Miał nosa do młodych talentów i nie bał się odważnie na nich stawiać. Stworzył podwaliny ,,La Máquiny” w River Plate i to pod jego okiem skrzydła rozwijała ,,Escuadrilla de la muerte”, czyli słynna eskadra śmierci w Peñarolu. Zmarł 23 września 1973 r. w Buenos Aires i to tam jest zdecydowanie bardziej pamiętany niż nad Dunajem. Nie powinno to dziwić, bo to on argentyńską i urugwajską taktykę wprowadził w czasy nowożytne. Nie bez powodu w Ameryce Południowej nazywa się go ,,El Mago”.

7

@FCBparasiempre
Na rozwój futbolu szczególny wpływ miało kilka nacji. Anglicy stworzyli jego podwaliny a w dużej mierze dzięki Francuzom możemy emocjonować się rozgrywkami międzynarodowymi. Swój wkład w rozwój tej dyscypliny wnieśli też Włosi, Niemcy, czy Holendrzy. Nie można jednak zapominać o mniejszych krajach jak Austria czy Węgry. Węgierscy trenerzy z powodzeniem radzili sobie nie tylko u nas w kraju, ale też w wielu innych zakątkach świata. Jednym z nich był Imre Hirschl, który w latach 30-tych i 40-tych XX w. zmienił podejście do futbolu w Argentynie. Hirschl był postacią tyleż ciekawą, co tajemniczą. W jego życiorysie jest sporo nieścisłości i znaków zapytania. Raczej prawdą jest, że urodził się 11 czerwca 1900 roku w Apostag, niewielkiej wsi położonej 80 km na południe od Budapesztu. Nie ma jednak wielu informacji na temat okresu jego dorastania i młodości. Jego córka Gabriela, która pracuje w Buenos Aires jako psychoanalityczka, wspominała, że ojciec rzadko opowiadał o przeszłości. W czasie pierwszej wojny światowej miał wyjechać za braćmi do Palestyny. Tam zataił swój wiek i zaciągnął się do brytyjskiej armii. Po wojnie został na tych terenach i wraz z żydowskimi nacjonalistami walczył z chylącym się ku upadkowi Imperium Osmańskim. Pamiątkami po pobycie na Bliskim Wschodzie miała być blizna na biodrze, będąca wynikiem wybuchu granatu i ślad na nadgarstku pozostawiony przez kulę karabinu. W wielu źródłach znajdziemy informację, że Hirschl jako piłkarz występował w barwach Ferencvárosu. Według niektórych miał być nawet w składzie zespołu podczas tournée po Ameryce Południowej w 1929 r. Niewiele ma to jednak wspólnego z prawdą. Próżno szukać jego nazwiska w relacjach prasowych Nemzeti Sport. Na żadną wzmiankę o nim nie natrafimy też w klubowym muzeum. Wśród wielu prasowych wycinków, które zgromadziła w swojej kolekcji córka Hirschla, można wyczytać, że grał w Athletic Club Budapeszt. Z niektórych z kolei wynika, że był graczem Hakoah Wiedeń i Hakoah Nowy Jork. Pojawiają się też informacje o jego rzekomych związkach z paryskim Racingiem. ,,Studiowałem na uniwersytecie w Budapeszcie, grałem w tamtejszej drużynie i odkryłem, że mam smykałkę do trenerki. Najpierw związałem się z Athletic club Budapeszt. Zanim zadebiutowałem jako trener, przez lata podróżowałem po świecie jako piłkarz, odwiedziłem takie kraje jak Czechosłowacja, Indie, Afryka, Anglia, Francja i Niemcy; byłem też w Paryżu, w tamtejszym Racing Club. To stamtąd przeniosłem się do Stanów Zjednoczonych, gdzie doskonaliłem swój fach w drużynie Hakoah”– mówił w wywiadzie dla ,,La Tribuna” w 1939 r. Jedynym jednak zespołem, w którego archiwach odnajdziemy jego nazwisko, jest budapesztański Húsos FC. Hirschl występował tam w 1920 r., ale na tym informacje o jego zawodniczej karierze się kończą. Inny węgierski trener Béla Guttmann twierdził, że nie powinno to nikogo dziwić, bo głównym zajęciem Hirschla miała być praca w rzeźni. Nie zgadza się z tym jednak córka Hirschla. Wspominała ona, że ojciec potrafił oporządzić krowę i robił znakomite kiełbaski, ale takie umiejętności były w tamtych czasach czymś zupełnie normalnym, a poza tym rodzina Hirschlów była zbyt zamożna, żeby ktokolwiek z nich musiał pracować w rzeźni. Jak więc ten człowiek znikąd znalazł się w Argentynie i stał się jednym z najlepszych szkoleniowców swoich czasów? W dużej mierze przez przypadek. W 1929 r. Hirschl przebywał w Paryżu, gdzie starał się uzyskać amerykańską wizję. Spotkał tam brazylijskiego biznesmena hrabiego Matarazzo. Był on prezesem klubu Palestra Italia, który dzisiaj znamy jako Palmeiras. Hirschl dzięki swojej charyzmie, wiedzy i elokwencji zdołał przekonać Brazylijczyka, żeby ten powierzył mu funkcję trenera. Początkowo Węgier był asystentem Eugenio Medgyesyego, ale sam miał też poprowadzić zespół w dwóch spotkaniach. Latem 1930 r. w São Paulo przebywała żydowska drużyna Hakoah New York. Piłkarze podróżowali po kontynencie amerykańskim, propagując idee usportowionego judaizmu. Wśród zawodników znalazło się kilku Węgrów, w tym słynny później Béla Guttmann. Hirschl dzięki znajomości języka, łatwości nawiązywania kontaktów i posiadanej charyzmie wkrótce dołączył do żydowskiego zespołu. Nie był jednak piłkarzem, ale został masażystą.

,,Powiedział, że byłby wdzięczny, gdyby mógł dołączyć do zespołu jako masażysta, bo ma silne ręce i mocny uchwyt. Postanowiłem sprawdzić go od razu i powiadam wam: miał cholernie dobry masaż”– opowiadał Guttmann. Jego przygoda z Hakoah nie trwała jednak długo. Towarzyszył drużynie przez kolejny miesiąc, ale wkrótce zespołowi zaczęło brakować pieniędzy i, jak relacjonował Guttmann, w Buenos Aires podziękowano Hirschlowi za współpracę. Późniejszy trener Benfiki mówił też, że kiedy już wyjechali z miasta, to jego rodak zaczął rozpowiadać, że w Hakoah był asystentem trenera. Często widywano go z drużyną, więc opowieść brzmiała wiarygodnie. Jonathan Wilson, który w swojej książce „Aniołowie o brudnych twarzach” przybliża postać Hirschla, zaznacza jednak, że raczej nie powinno się ślepo wierzyć relacjom Guttmanna. ,,Guttmann również często zmyślał, ile wlezie, a co ważniejsze: był kimś, kto bez przerwy wchodził z innymi w konflikty i pozwalał, by osobiste antypatie miały wpływ na jego anegdoty”– pisał brytyjski dziennikarz. Hirschl wkrótce znalazł zatrudnienie w klubie Gimnasia y Esgrima La Plata. Przed rozpoczęciem pracy obejrzał trzy mecze zespołu i powiedział włodarzom, że widzi w drużynie potencjał. Nie potrzebował pieniędzy na transfery i obiecał, że w 1933 r. klub będzie walczył o mistrzostwo kraju. Sezon 1932 Gimnasia rozpoczęła pod jego kierownictwem. Początki nie były jednak różowe. Pierwsze trzy spotkania były rozczarowaniem i zakończyły się porażką a rywale zaaplikowali Gimnasii łącznie 12 goli. Po rozegraniu 16 spotkań zespół prowadzony przez Węgra miał na koncie ledwie trzy zwycięstwa. Druga część sezonu była już jednak zdecydowanie lepsza. Gimnasia potrafiła wygrać 4:3 z River Plate, czy rozbić 6:2 Boca Juniors. Rozgrywki zwieńczyli serią siedmiu meczów bez porażki i ostatecznie uplasowali się na siódmym miejscu w tabeli. ,,Moje pierwsze zadanie polegało na postawieniu drużyny na nogi pod względem przygotowania fizycznego. Piłkarze musieli być w dobrej formie. Ażeby osiągnąć ten cel, musiałem rozważyć, jakiego rodzaju ćwiczeń potrzebuje każdy z zawodników i jak ciężko powinien trenować. Nie można wymagać od jedenastu ludzi, by robili dokładnie to samo: dla jednych będzie to w sam raz, dla innych zaś za mało lub zbyt wiele. Intensywność zajęć zależy od ich terminu. Pracujemy ciężej przed rozpoczęciem rozgrywek i lżej w ich trakcie”– mówił o swoich początkach w klubie. Pamiętajmy, że cały czas mowa o początku lat 30-tych ubiegłego wieku. Mało kto wówczas myślał o indywidualizacji treningu, co dziś jest rzeczą niemal powszechną. Hirschl, którego imię w Argentynie zostało ,,zhispanizowane” z Imre na Emérico, wprowadził do treningów elementy amerykańskiej i szwedzkiej gimnastyki, która opiera się na powolnych, harmonijnych ruchach bez użycia przyrządów. Oprócz tego w przygotowaniu biegowym stosował mieszkankę sprintów i biegów długodystansowych, a na zajęciach pojawiały się nawet elementy koszykówki. Niektórym z podstawowych zawodników odpuszczał treningi, a ich przygotowanie meczowe ograniczał się do ciepłych kąpieli i masaży. Hirschl na początku swojej pracy dostał sporo swobody. Jednym z jego warunków było to, że nikt nie będzie mu się wtykał w robotę. Węgier postanowił solidnie zamieszać w składzie. Podstawowi zawodnicy zespołu zostali odstawieni na boczny tor, a w ich miejsce desygnował do gry tych, którzy zwykle byli rezerwowymi. Doszło wtedy do napięć na linii trener – zarząd, bo włodarze uważali, że piłkarze, na których uparcie chciał stawiać szkoleniowiec, są bezużyteczni. Dzięki zapisom w kontrakcie Hirschl postawił jednak na swoim. Tymi beznadziejnymi w opinii zarządu piłkarzami byli Arturo Naón, który do dzisiaj jest najskuteczniejszym strzelcem w historii klubu, prawy łącznik Alberto Palomino, prawy pomocnik Oscar Montañez i bramkarz Atillo Herrera. To oni stworzyli trzon zespołu, który wkrótce zaczęto nazywać El Expreso. Jednak sercem i największą gwiazdą drużyny był José María Minella, który, kiedy został przesunięty z ataku do pomocy, to odmienił pozycję środkowego pomocnika. Kampanię ligową w 1933 r. zespół zaczął z wysokiego c. Piłkarze zwyciężyli w pierwszych pięciu spotkaniach, w których strzelili aż 19 bramek, tracąc przy tym ledwie pięć. Wygrywali mecz za meczem i coraz częściej zaczynano ich wymieniać w gronie faworytów do mistrzostwa. Znakomita postawa drużyny zwróciła uwagę dziennikarzy, którzy starali się odnaleźć przyczyny tak dobrych wyników Gimnasii. ,,To, co dzieje się w Gimnasii, jest zdumiewające. Zawodnicy nie mogą zmienić aż tyle sami z siebie, jego wpływ jest oczywisty”– pisano o Hirschlu w „El Gráfico” w maju 1933 r.

Szkoleniowiec jednak zachowywał dystans do tych pochwał i podkreślał, że dobre wyniki drużyny, to zasługa przede wszystkim znakomitych piłkarzy. ,,Po pierwsze, nie uczę futbolu. Byłoby czymś dziwacznym próbować uczyć futbolu w kraju, gdzie gra się najlepszy futbol. Takich piłkarzy, jak w Argentynie, nie ma nigdzie na świecie. ,,Criollos” mają potencjał i jedyne, co mi pozostaje, to go wykorzystać”– komentował Węgier. Hirschl pozwolił uwierzyć zawodnikom w swoje umiejętności i w to, że są w stanie spełnić swoje marzenia. Dominował nad swoimi podopiecznymi nie tylko z uwagi na swój wzrost (196 cm), ale też dlatego, że piłkarze spijali z jego ust każde słowo. Był znakomitym motywatorem. Wielu, którzy mieli z nim styczność, podkreśla ogromną charyzmę, jaka go otaczała. Córka wspominała, że ojciec w bankach, sklepach czy na dworcach przyciągał uwagę i gromadził wokół siebie ludzi samym tylko sposobem mówienia. ,,Piłkarzom zaoferowałem przyjaźń, więc mogliśmy lepiej dzielić się odpowiedzialnością. Skoro widziałem, że wszystko idzie zgodnie z planem, nie musiałem sięgać po argumenty siłowe. Owszem, nałożyłem kilka kar, ale tylko z początku. Przez kolejne pół roku piłkarze nie zapłacili marnych pięciu peso. ,,Criollo”, o których braku dyscypliny tyle się opowiada, przystosowali się naprawdę łatwo. Wszystko opiera się na jasnym tłumaczeniu i na podchodzeniu do piłkarzy z uczuciem. Jeśli mówisz do nich we właściwy sposób, jest ci o wiele łatwiej”– opowiadał Hirschl. Potrafił wpłynąć na kierownictwo klubu, żeby każdemu zawodnikowi płacono pensję w tej samej wysokości. Miało to pomóc w wytworzeniu w drużynie wspólnego poczucia poświęcenia. Oprócz podstawowego wynagrodzenia wyjściowa jedenastka otrzymywała też pewien procent ze sprzedaży biletów, dzięki czemu piłkarze i trener mogli dużo więcej zarobić. Drużyna grała bardzo dobrze. Zawodnicy imponowali skutecznością i zewsząd zbierali pochwały za miły dla oka, ofensywny styl gry. Po 25. kolejkach mieli na koncie 17 zwycięstw, trzy remisy i pięć porażek. Liderowali stawce z przewagą dwóch punktów nad Boca Juniors. To właśnie z tym zespołem mieli zmierzyć się 24 września. Ewentualne zwycięstwo bardzo by ich przybliżyło do końcowego triumfu i pozwoliłoby odskoczyć rywalom na bezpieczną odległość. Gracze Gimnasii przystępowali do tamtego spotkania w dobrych nastrojach. W poprzedniej kolejce rozbili 7:1 Talleres Remedios de Escalada, a Arturo Naón aż pięciokrotnie wpisał się listę strzelców. Mecz rozpoczął się po myśli podopiecznych Hirschla. Już w 13. minucie wynik spotkania otworzył Ismael Morgada, a dziesięć minut później Juan Echevarrieta podwyższył na 2:0. Boca jednak nie miało zamiaru składać broni i już w 25. minucie Delfín Benítez Cáceres strzelił gola kontaktowego. Do końca pierwszej połowy wynik nie uległ już zmianie. Kilkanaście minut po wznowieniu gry sędzia Angel De Dominicis podyktował bardzo wątpliwego karnego dla gospodarzy, którego wykorzystał Francisco Varallo. Kika minut później arbiter po raz kolejny wystąpił w głównej roli. Miguel Angel Nardini zdobył trzecią bramkę dla Boca, tyle tylko, że zrobił to z pozycji spalonej, ale sędziemu nie przeszkodziło to w uznaniu gola. Piłkarze Gimnasii byli wściekli. Nad występem De Dominicisa pochyliły się władze ligi i usunęły go z grona arbitrów, niejako przyznając rację zawodnikom Gimnasii. Wynik jednak nie został zmieniony. Niepowodzenie zespół Hirschla powetował sobie tydzień później, pokonując 2:1 Independiente. Prawdziwy dramat rozegrał się jednak 8 października. Gimnasia grała wtedy na wyjeździe z San Lorenzo de Almagro. Przy stanie 2:1 dla gospodarzy wydawało się, że sędzia Alberto Rojo Miró przyzna gościom rzut karny. Ostatecznie jednak uznał, że przewinienie miało miejsce przed polem karnym. Kilka chwil później uznał bramkę, którą zdobyli gospodarze, choć piłka, jak przekonywał bramkarz Gimnasii, nie przekroczyła linii bramkowej. Zrozpaczeni zawodnicy w ramach protestu usiedli na murawie, nie mając chęci brać dalej udziału w tym wątpliwej urody widowisku. Gospodarze strzelili jeszcze cztery bramki, zanim Rojo Miró zakończył mecz w 78. minucie.

1

@Marusek Siatkówka akurat mnie interesuje ale tylko mistrzostwa europy i świata. Nie wiem dlaczego ale Liga Narodów mnie nie kręci, zwłaszcza w przededniu mundialu...

1

@Marusek Przepraszam ale nie zawsze mam czas siłe(zwłaszcza świeżo po robocie) i ochote na wcześniejsze wpisy...

1

@Kidd Aaaa... to ta Liga Narodów... Eee tam...
W każdym razie dzięki śliczne za informacje :)

0

@Marusek W jakiej dyscyplinie sportu?
Ps. Bardzo nie lubie jak ktoś pisze nieprecyzyjnie o co konkretnie chodzi?

8


Po raz pierwszy w historii „Copa de La Liga”:

Dokładnie 40 lat temu FC Barcelona rozegrała pierwszy mecz Pucharu Ligi z Realem Betis Sevilla. Rozgrywki Copa de La Liga dla drużyn z ekstraklasy hiszpańskiej organizowane były w latach 1982-86. Pomysłodawcą tych rozgrywek był prezydent Barçy Josep Luis Nuñez, który liczył na dodatkowe pieniądze w klubowej kasie. Rozegrano cztery edycje, w których zwyciężali kolejno: FC Barcelona, Real Valladolid, Real Madryt i ponownie Katalończycy. Grano systemem pucharowym, zawsze rozgrywając cztery rundy i dwumecz finałowy. 11 czerwca 1985 r. Blaugrana przegrała z Betisem 1:0, lecz w rewanżu na Camp Nou okazała się lepsza i wygrała 2:0 po golach Amarilla i Alexanco i sięgnęła po Puchar Ligi. Pod naciskiem większości klubów zrezygnowano z kolejnej edycji z powodu przeładowania kalendarza(w La Liga wprowadzono podział na grupy po zakończeniu sezonu zasadniczego) oraz fiaska finansowego rozgrywek(rewanż z Betisem oglądało zaledwie 20 tys. widzów).

@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360

8

Zapomniane i niedoceniane legendy Katalońskiej Dumy:

11 czerwca 1903 r. w Barcelonie urodził się Vicente Piera Pañella, jeden z najwybitniejszych prawoskrzydłowych w dziejach klubu. Posiadał niebywałe umiejętności, których nie jeden mógł mu pozazdrościć: technika, elegancki styl gry, szybkość, gra głową i perfekcyjne dośrodkowania. Te cechy sprawiły iż Katalończyk był uznawany za idealnego skrzydłowego. Był jednym z filarów Dumy Katalonii lat 20-tych i większość sukcesów z tego okresu jest zasługą właśnie Piery. Z Blaugraną zdobył pierwsze w historii mistrzostwo Hiszpanii(1929), 4 Puchary Króla(1922,1925,1926 i 1928) oraz 10 mistrzostw Katalonii!

@Adran360
@Bernard777
@Gary
@Kapitan hawk
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
@Vivienne

9

Gol Bettegi:

10 czerwca na mundialu w 1978 roku Włosi wygrali z Argentyną 1:0. Akcja, po której strzelili gola zamknęła się w idealnym trójkącie, w którym argentyńscy obrońcy byli bardziej zagubieni niż ślepiec podczas strzelaniny. Antognoni posłał piłkę do Bettegi, ten oddał ją, który odegrał mu piętką w pole karne. Bettega oszukał dwóch obrońców i strzałem z prawej nogi pokonał bramkarza Fillola. Choć nikt tego jeszcze nie wiedział, Włosi rozpoczęli już marsz, który zakończył się 4 lata później zdobyciem mistrzostwa świata.



@Vivienne
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@Kapitan hawk
@Gary
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360

6

@FCBparasiempre
10 czerwca 1962 roku, „Estadio Carlos Dittborn”; Chile – ZSRR.

Przez te wszystkie lata w wielu wywiadach pytano mnie dlaczego postanowiłem zostać pisarzem. Jest to temat, do którego dziennikarze wracają raz za razem, jakby ta informacja była dla nich naprawdę ważna i który przewija się zawsze, kiedy wydaje nową książkę. Kłopot w tym że nigdy nie wiedziałem, jak odpowiedzieć na to pytanie, jako że nie mam w tej sprawie nic do powiedzenia. Nie było konkretnego powodu, z którego wybrałem ten zawód a nie mam wątpliwości że gdyby takowy istniał, byłby zdecydowanie pospolity i nie spełniłby oczekiwań ciekawskich redaktorów, którzy z jakiegoś dziwnego względu zawsze spodziewają się znaleźć w pamięci pisarzy skrzynię pełną wspaniałych i fascynujących anegdot. Ale jako że jestem szczodrym człowiekiem, od pewnego czasu wymyślam różne historię o moich początkach żeby każdy mógł poczuć się ukontentowany. Zazwyczaj korzystam z doświadczeń kolegów po fachu, którzy( w przeciwieństwie do mnie) mogą liczyć na pierwszorzędny materiał bibliograficzny a pośród nich wszystkich chyba najbardziej cenię i najczęściej powielam historię mojego chilijskiego kolegi Luisa Sepulvedy, niech spoczywa w pokoju. Na długo zanim przelał na papier pierwsze słowa, Luis Sepulveda grał w piłkę na pozycji napastnika. Występował w juniorskiej drużynie klubu Unidos Venceremos, Razem Zwyciężymy(Cóż za nazwa, nie mówcie mi że nie brzmi to już jak porządny łyk najlepszej literatury) w rodzinnej dzielnicy „Vivaceta”, w samym sercu Santiago de Chile. Na boisku radził sobie naprawdę dobrze, do tego wręcz stopnia że chciał zostać zawodowym piłkarzem. To było jego marzenie: zarabiać na życie strzelając gole. I znajdował się na dobrej drodze, jego codzienny rytuał polegający na smarowaniu korków tłuszczem do skór(ten szczegół, przyznajmy, także jest niezwykle poetycki) odpłacał mu się boską inspiracją, dzięki której był najlepszym zawodnikiem we wszystkich meczach bez wyjątku. Jednakże pewnej niedzieli, kiedy wybierał się na boisko Sepulveda natknął się na ulicy na ciężarówkę do przeprowadzek. Kilka kroków od jego domu miała zamieszkać jakaś nowa rodzina. Chłopiec zaoferował pomoc dwojgu dorosłym, którzy wyładowywali meble a kiedy przekroczył próg domu, niosąc w cherlawych ramionach mały ogrodowy stolik zobaczył ją. Dziewczyne w swoim wieku, wdzięczną i delikatną, z nieśmiałością wymalowaną na twarzy; najpiękniejszą, jaką kiedykolwiek widział. Jego drużyna przegrała tego dnia, on sam zagrał żałośnie i zarówno jego koledzy, jaki trener wrócili do szatni wściekli. Ale Sepulveda się tym nie przejmował po raz pierwszy inne uczucie Wzięło w nim górę nad futbolem. Chcąc podziękować mu za pomoc, rodzice Glorii, bo tak miała na imię dziewczyna, zaprosili go na przyjęcie urodzinowe córki w następny weekend. I chłopiec, którego życie momentami przybierało formę powieści(ten magiczny szkic, na brak, którego zawsze cierpiała moje), nie mógł myśleć już o niczym innym. Uzbroił się w najlepszy możliwy prezent. Nie łatwo było się zdecydować ale po długich rozmyślaniach oślepiony dusznym światłem, które towarzyszy pierwszym miłością, wykonał ten krok. Zamierzał wręczyć Glorii najcenniejszy przedmiot, jaki przechowywał- fotografię reprezentacji Chile, która rywalizowała na mundialu w 1962 roku, z podpisami wszystkich piłkarzy. Zdobycie ich wymagało od niego prawdziwej Odysei ale nie brakowało żadnego autografu; widniały tu gryzmoły Misaela Escutiego, Jorge Toro, Luisa Eyzaguirre, Lionela Sancheza, Tito Fouilliouxa... A przede wszystkim, wznosząc się nad pozostałymi, jak gdyby tuż długopisu nabrał nagle niespodziewanego błysku, podpis Eladio Rojasa, największego idola Sepulwedy. Autograf Bombardiera z żółtej ziemi był wisienką na torcie tej fotografii, hołdem dla pokolenia, które zdobyły dla Chile brązowy medal mistrzostw świata.

Ów turniej wyrył się w pamięci całego kraju a w jednym z jego kluczowych momentów największą rolę odegrał właśnie Rojas, który w meczu 1/8 finału ze Związkiem Radzieckim strzelił decydującego gola, posyłając piłkę z połowy boiska i umieszczając ją w bramce Lwa Jaszyna. Gol był tak zaskakujący, uderzenie tak potężne że nawet sam „Czarny pająk” nie miał innego wyjścia jak bić brawo, kiedy już się odwrócił i przekonał że piłka imponująco przemierzywszy niebo Ariki zaplątała się w sieci jego bramki. Sepulveda po raz ostatni spojrzał na błyszczący podpis Rojasa w salonie sąsiadów, nabrał powietrze i torując sobie drogę pośród gości, wręczył prezent Glorii ale sekundę później wszystko się zepsuło. - Nie lubię futbolu- wyszeptała delikatnym i zachwycającym głoskiem zobaczywszy zdjęcie. - Ach, nie? A więc co lubisz?- zapytał pokonany. - Lubię poezję. Po tym zdaniu Luis Sepulveda już nigdy nie był taki sam. Nie zobaczy już glorii, podobnie jak nie wejdzie już na plac gry. Zwyczajnie zmieni kierunek. Pewnego dnia w ręce wpadła mu książka Nerudy i od tej pory skończyły się jego marzenie o piłkarskiej karierze, przepadł na zawsze w labiryncie liter. Wiele razy pragnąłem żeby historia Sepulvedy była moja. Jest w niej coś, co mnie porusza a jednocześnie robi na mnie wrażenie, jakby to była konstatacja że nieszkodliwy ból chłopca może zdecydować o przyszłości mężczyzny. Dlatego zazwyczaj ją sobie przywłaszcza, kiedy ktoś pyta. Żeby oddalić się od przeciętności własnych wspomnień. Żeby uwierzyć choćby tylko przez kilka minut, kiedy opowiadam tę historię że ja też miałem małą glorię która stanęła na mojej drodze żeby rzucić mnie niewzruszenie w ogień literatury.

Marcel Beltran.

8

@FCBparasiempre
W roku 1934 na stadiony wkroczyła prawdziwa polityka. Gospodarzem mistrzostw świata były Włochy, gdzie władzę sprawowała faszystowska partia Benito Mussoliniego. Mistrzostwa świata były znakomitą okazja do pokazania światu że pod tymi rządami kraj płynie mlekiem i miodem a włoscy piłkarze są najlepsi na świecie. Włosi szczycą się jedną z najbogatszych kultur futbolowych. Darujmy sobie słynne harpastum, gre rzymskich legionów, mającą rzekomo stanowić pierwowzór współczesnego futbolu ale bieganie po rynku w renesansowej Florencji za okrągłym przedmiotem, mogącym od biedy uchodzić za praprzodka piłki – to już jest coś. Tym bardziej że na te gre mówiono ,,calcio”. Piłka nożna we Włoszech nosi właśnie taką nazwe. Swój pierwszy mecz międzypaństwowy Włosi rozegrali w niedziele, 15 maja 1910 roku w Mediolanie. Pokonali Francje 6:2. Już wtedy piłkarze mieli na sobie niebieskie koszulki bo taka była barwa dynastii sabaudzkiej. Dlatego reprezentacja Włoch nosi popularną nazwe Squadra Azzura, czyli Błękitna Drużyna. W pierwszej reprezentacji znaleźli się zawodnicy m.in. Interu, Milanu, Torino ale i klubów, których dziś już nie ma. Kiedy w roku 1908 Włoska Federacja Piłkarska wprowadziła zakaz występów cudzoziemców w rozgrywkach, część niezadowolonych działaczy Milanu założyła nowy klub, nadając mu prowokacyjną nazwe Internazionale. Kiedy jednak do władzy doszedł pilnujący wartości narodowe Mussolini, w roku 1928 nakazał zmiane nazwy. Inter stał się Ambrosianą, na cześć patrona Mediolanu – świętego Ambrożego. Do starej nazwy klub powrócił dopiero po wojnie. Kiedy Włosi w roku 1932 otrzymali prawo organizacji turnieju, zadbali aby wszystko było zapięte na ostatni guzik. Mussolini musiał pokazać że państwo, na czele którego stoi, funkcjonuje bez zarzutu. Stadiony były gotowe na czas, komunikacja działała sprawnie. Duce zrobił jednak coś więcej. Na prezydenta Włoskiej Federacji Piłkarskiej wyznaczył generała Giorgio Vaccaro, niezwykle rzutkiego organizatora, dobrze zorientowanego w realiach życia sportowego Włoch. Vaccaro pilnował by piłkarzom i trenerowi Pozzo niczego nie brakowało. Czy wyszedł poza te obowiązki? Dziwnym trafem Włochom na tych mistrzostwach wszystko sprzyjało i nie należy tego tłumaczyć banalnym powiedzeniem o pomagających gospodarzom ścianach. Włosi zaczeli turniej od efektownego zwycięstwa nad USA 7:1! Zaczeło się zgodnie z planem ale następny przeciwnik, Hiszpania, był znacznie lepszy. Miał w bramce legendarnego Ricardo Zamore w polu m.in. Quincocesa i Langare – zawodników znanych w całej Europie. Pierwsi gola strzelili Hiszpanie – Luis Regueiro w 31 m. Wyrównał Ferrari w ostatniej minucie przed przerwą, jak twierdzili Hiszpanie, po faulu na bramkarzu. Pojedynek był niezwykle zacięty i brutalny. Krew się lała i kości pękały. Zamora bronił wszystkie strzały i po tym meczu nawet Włosi przyznali że to geniusz bramki. Pierwszy raz w historii mistrzostw świata doszło do dogrywki, która zresztą też nie wyłoniła zwycięzcy. Następnego dnia, na tym samym boisku we Florencji, Włochy i Hiszpania wyszły więc na boisku raz jeszcze ale już w zupełnie innych składach. Kilku piłkarzy doznało kontuzji, musieli ich zastąpić rezerwowi. W drużynie hiszpańskiej na boisku znalazło się zaledwie czterech zawodników z pierwszego meczu. Zamora zagrać nie mógł. Włosi ponieśli mniejsze straty i wygrali 1:0, po strzale Giuseppe Meazzy. Hiszpanie protestowali, uważając że gol padł niezgodnie z przepisami ale szwajcarski sędzia Mercet w ogóle nie chciał z nimi dyskutować. Obiektywni obserwatorzy czuli niesmak, widząc że arbiter pilnuje interesów gospodarzy. Coś było na rzeczy, skoro po mistrzostwach Szwajcarski Związek Piłki Nożnej usunął Merceta ze swoich szeregów, odbierając mu prawa wychodzenia na boisko w roli sędziego. Pomoc pomocą ale przyznać trzeba że Włosi mieli trudną drogę do finału. Jeden mecz więcej to nie tylko zmęczenie poobijanych zawodników ale i mniej czasu na odpoczynek. Już dwa dni po zwycięstwie nad Hiszpanią Włochów czekał kolejny ciężki pojedynek – z Austrią w Mediolanie. To już nie był Wunderteam ale wciąż jeden z faworytów turnieju. Tym razem gospodarzom pomógł nie tylko sędzia Eklind ale i sprzyjająca pogoda. Deszcz, który spadł przed meczem, zamienił boiska w grzęzawisko, na którym oparta na krótkich podaniach po trawie ,,szkoła wiedeńska” była skazana na porażke. Włosi grali długimi podaniami, omijającymi kałuże i po jednym z nich Guaita zdobył jedynego gola meczu. Pozostawał już tylko finał w Rzymie(10.06.1934), na stadionie Narodowej Partii Faszystowskiej, w obecności Mussoliniego. Naprzeciwko Włochów stanęła reprezentacja Czechosłowacji i to nie byle jaka bo składająca się z 8 graczy Slavii i 3 Sparty Praga, w tamtych czasach jednych z najlepszych klubów na świecie. Bramkarzem Czechosłowacji był legendarny František Planička, w ataku grał Nejedly. W okresie międzywojennym Planička i Ricardo Zamora to ekstraklasa światowa, tuż za nimi Rudi Hiden i Gianpiero Combi. Planička bronił zwykle w grubym wełnianym golfie, łagodzącym upadki. Na piersiach miał czeskiego lwa pokaźnych rozmiarów zaś na kolanach ochraniacze. Rękawiczek nie używał, bronił gołymi rękami. Mimo niewielkiego wzrostu jak na bramkarza(173 cm.) wyłapywał lecące pod poprzeczke piłki. Był niezwykle skoczny, nazywano go ,,Mistrzem robinsonad”. Dożył 92 lat, niemal do końca chodził na mecze. Opowiadał jak było przed wojną a jeszcze w wieku 70 lat bronił w meczach pokazowych! Całe życie był wierny Slavii, dla której rozegrał blisko tysiąc meczów! Mimo wielu atrakcyjnych propozycji, nigdy nie opuścił Pragi. ,,Przed finałem z Włochami sędzia Eklind poprosił mnie i kapitana Włochów Combiego do swojej szatni. Powiedział że mamy grać fair bo jest to finał mistrzostw świata, musimy pokazać że przestrzegamy zasad i się szanujemy. Takie dyrdymały, jakie zwykle mówią sędziowie piłkarzom przed meczem. Z szatni wyszliśmy wszyscy razem. My z Combim do swoich żeby razem wyjść na boisko a Eklind na trybuny. Poszedł prosto do loży Mussoliniego żeby się z nim przywitać. Nie wiem czy sam na to wpadł, czy było to uzgodnione ale wszyscy otrzymali sygnał że sędzia, dla którego Duce jest ważniejszy od piłkarzy, może nie być sprawiedliwy.”- wspominał po latach Planička. Czechosłowacja przekonała się o tym po kwadransie gry. Guaita tak ostro zaatakował pomocnika Krčila że od tej pory Czech nie był w stanie grać. Musiał jednak pozostać na boisku, ponieważ ówczesne regulaminy nie przewidywały zmiany zawodników. Włosi mieli praktycznie przewagę jednego gracza. Mało tego, Attilio Ferraris IV sfaulował napastnika Puca tak brutalnie że powinien zostać wyrzucony z boiska. Sędzia faul odgwizdał, lecz Włocha nie ukarał. Lekarz zajmował się Pucem około 10 minut, więc Czesi mieli w polu już tylko 9 zawodników. Mimo tych strat mecz był bardzo wyrównany. Raz przeważali jedni, raz drudzy, obydwaj bramkarze mieli sporo pracy. Gole nie padały aż do 71 minuty. Kiedy tylko Puc wrócił na boisko, zakończył celnym strzałem akcje Sobotki. Zaskoczeni gospodarze na chwile stanęli. Najpierw pozwolili na strzał Nejedlemu, jednak piłka przeleciała nad poprzeczką. Potem, po jego akcji piłke dostał Sobotka. Obrońcy się zagapili, Combi wybiegł w kierunku napastnika, Czech go wyminął i mając przed sobą pustą bramke, trafił w słupek! Czesi załamali ręce. Kiedy sfaulowany obrońca Čtyroky leżał na ziemi a Eklind nie przerwał gry, Schiavio przejął piłke, podał do Orsiego a ten mocno strzelił pod poprzeczke. W 81 minucie Włosi wyrównali na 1:1. Pierwszy raz o tytule mistrza świata decydowała dogrywka. Pięć minut po jej rozpoczęciu Schiavio strzelił z 12 metrów tak mocno że nawet Planička nie mógł odbić piłki. Włosi wygrali 2:1. Czesi zebrali pochwały. Na dworcu w Pradze witały ich tłumy. W nagrodę piłkarze otrzymywali od osób prywatnych i rozmaitych firm zegarki, ubrania, beczki piwa ,,król obuwia” – Jan Antonin Bata wręczył każdemu grubą kopertę z banknotami. Prasa całej Europy pisała o nich jak o ,,moralnych zwycięzcach”. Nasze ,,Raz, Dwa, Trzy” napisało po finale że Szwed Eklind miał ,,włoskie oczy”. ,,Nie mam żadnych pretensji do włoskich piłkarzy. Oni byli bardzo dobrzy, chociaż grali za ostro ale sędziowania nigdy nie zapomnę…”. Kilka dni po finale w rozmowie z wysłannikiem ,,Przeglądu Sportowego” do Pragi, sekretarz generalny Czechosłowackiej Asocjacji Footbalowej, pełniący jednocześnie podczas mundialu funkcje trenera, Karel Petru, tak określił przyczyny porażki: ,,Było to przede wszystkim skutkiem odrębnego klimatu, dalej, innego jedzenia w czasie prawie dwudziestodniowego pobytu we Włoszech; następnie gospodarze postąpili nie bardzo fair, narzucając do finału na arbitra Szeda Eklinda, mającego na sumieniu zajścia na meczu Włochy-Austria”. Czechosłowakom na pociechę został tytuł króla strzelców Oldricha Nejedlyego. Zdobył 5 goli w 4 meczach. Nie wiadomo jak zakończyły by się mistrzostwa, gdyby nie zabiegi generała Vaccaro. Nie ulega jednak wątpliwości że Włochy miały w latach 30-tych jedną z najlepszą reprezentacji na świecie. Wygrywały mistrzostwa dwa razy z rzędu(1934 i 1938). Na Igrzyskach w Berlinie(1936) Włosi również zdobyli złoty medal. Trzeba jednak pamiętać iż w obydwu finałach mistrzostw świata Włochom wydatnie pomagali sędziowie a to pozostawiło wielki niesmak wśród kibiców. Na koniec składy z finału w Rzymie:

Włochy: Gianpiero Combi (c) – Eraldo Monzeglio, Luigi Allemandi - Attilio Ferraris, Luis Monti, Luigi Bertolini - Enrique Guaita, Giuseppe Meazza, Angelo Schiavio, Giovanni Ferrari, Raimundo Orsi

Czechosłowacja: František Plánička (c) – Ladislav Ženíšek, Josef Čtyřoký - Josef Košťálek, Štefan Čambal, Rudolf Krčil - František Junek, František Svoboda, Jiří Sobotka, Oldřich Nejedlý, Antonín Puč

2

@Eto'o9 R10 No cóż, niektóre fakty potrafią się nieco zestarzeć, tak jak i ja :)

8

Żywe postacie futbolu:

10 czerwca 1959 r. urodził się Carlo Acelotti, były włoski piłkarz, a obecnie trener piłkarski, uznawany za jednego z najlepszych i najbardziej utytłanych szkoleniowców na świecie – aktualnie związany z Realem Madryt. W trakcie sportowej kariery zdobywał mistrzostwo Włoch w barwach takich klubów jak m.in. AS Roma czy AC Milan. Z kolei zasiadając na ławce trenerskiej, sięgał m.in. po mistrzostwo Włoch, Anglii, Francji, Niemiec oraz Hiszpanii, trenując AC Milan, Chelsea Londyn, PSG, Bayern Monachium i Real Madryt. Jako szkoleniowiec Królewskich trzykrotnie i jako trener Rossonerich dwukrotnie triumfował w Lidze Mistrzów.

@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani

9

W końcu efektowne zwycięstwo:

10 czerwca 1978 r. reprezentacja Polski pokonała Meksyk 3:1 w trzecim meczu fazy grupowej mundialu w Argentynie. Selekcjoner Jacek Gmoch po spotkaniu z Tunezyjczykami zapowiadał zmiany w zespole. Nie wystawił w składzie Nawałki, Henryka Maculewicza, Szarmacha i Lubańskiego. Po raz pierwszy na mundialu w Argentynie w podstawowej jedenastce wybiegł Boniek. Oprócz niego nieobecnych zastąpili: Żmuda, Wojciech Rudy i Bogdan Masztaler. Meksykanie od początku przejęli inicjatywę i atakowali – groźnie i minimalnie niecelnie głową uderzał Hugo Sánchez. Chwilę później do Jana Tomaszewskiego znów uśmiechnęło się szczęście. Między 23. a 25. minutą kotłowało się pod naszą bramką, „El Tri” bili dwa kornery, w końcu nasz bramkarz pewną interwencją zażegnał niebezpieczeństwo. Polacy powoli opanowywali sytuację na boisku, byli coraz aktywniejsi i pewniejsi siebie. Meksykański bramkarz stanął na wysokości zadania po uderzeniu Andrzeja Iwana. W 43. minucie Soto nie miał już nic do powiedzenia. Po akcji Kazimierza Deyny z Grzegorzem Latą piłka dotarła do Bońka. „Zibi” nie kalkulował, tylko huknął pod poprzeczkę. Golkiper z Meksyku nawet nie drgnął. Polska prowadziła 1:0. Druga połowa rozpoczęła się dość niespodziewanie – gdy Meksykanie wyprowadzili kontratak, nasi obrońcy zdrzemnęli się nieco i Victor Rangel dość przypadkowo pokonał Tomaszewskiego. W 57. minucie przypomniał o sobie Deyna, który przejął piłkę wybitą przez rywali i uderzył mocno z 20. metrów. Futbolówka wpadła w okienko meksykańskiej bramki. Któż wówczas przypuszczał, że był to ostatni gol „Kaki” w koszulce z orłem na piersi?! Polacy przyspieszyli, pod bramką Soto kilka razy zrobiło się gorąco, ale Meksykanie dzielnie walczyli o punkt. Szczęścia próbowali Sánchez i Leonardo Cuéllar, jednak Tomaszewski przerzucał ich strzały nad poprzeczką. Rywale tracili siły i impet. Polacy chcieli dobić przeciwników i ta sztuka udała im się w 83. minucie – po podaniu rezerwowego Lubańskiego piłkę na 30. metrze otrzymał Boniek. Strzelił mocno i zaskakująco, a futbolówka poszybowała tam, gdzie bramkarzowi sięgnąć ją najtrudniej – w okolice „okienka”. „No i kto powiedział, że Boniek nie może grać razem z Deyną?!” – żachnął się na koniec transmisji telewizyjnej legendarny komentator TVP Jan Ciszewski. Było to trzecie w historii spotkanie Polski z Meksykiem i trzecie zwycięskie. Polacy wygrali swoją grupę i awansowali do kolejnej fazy. W drugiej rundzie grało osiem najlepszych drużyn. Polacy trafili do grupy „południowoamerykańskiej” razem z Brazylią, Argentyną i Peru. W pierwszej grupie grały RFN, Włochy, Austria i Holandia.

Polska: Jan Tomaszewski – Antoni Szymanowski, Jerzy Gorgoń, Władysław Żmuda, Wojciech Rudy (85. Henryk Maculewicz) – Henryk Kasperczak, Kazimierz Deyna, Zbigniew Boniek, Bogdan Masztaler – Andrzej Iwan (76. Włodzimierz Lubański), Grzegorz Lato.

Meksyk: Pedro Soto – Ignacio Flores, Carlos Gómez, Rigoberto Cisneros, Arturo Vázquez – Leonardo Cuéllar, Antonio de la Torre, Javier Cárdenas (46. Guillermo Mendizábal) – Cristóbal Ortega, Victor Rangel, Hugo Sánchez.

@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@FcPortoFan1999
@Bernard777
@Adran360

9

Zasłużone postacie futbolu:

10 czerwca 1853 r. w Glasgow urodził się Alexander Watson Hutton, szkocki nauczyciel, działacz piłkarski uważany za "ojca argentyńskiej piłki nożnej". Urodzony w 1853 r. Hutton już jako młody chłopiec stracił oboje rodziców. Później trafił pod opiekę swojej babci, następnie pod szkolną opiekę Daniela Stewarta. W 1881 ukończył filozofię na Uniwersytecie w Edynburskim. W lutym 1882 wyemigrował do Argentyny, gdzie podjął pracę w szkole „Saint Andrew's Scotch”. W 1884 założył szkołę „Buenos Aires English High School”, która uczestniczyła w rozgrywkach klubowych. W 1886 r. urodził mu się syn Arnold, reprezentant Argentyny. 21 lutego 1893 stał się założycielem AFA, którego był prezesem przez trzy lata. Zmarł w 1936 r. i został pochowany na brytyjskim cmentarzu „Chacarita”. Jego imię nosi biblioteka „Argentyńskiego Związku Piłki Nożnej.

@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Kapitan hawk
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Sysia11
@Vivienne

1

@RanDiFCB W jego wypadku nie trzeba specjalnie oglądać jak grał. Wystarczy o nim poczytać i to niewiele żeby dojść do wniosku jakim był geniuszem. Podobnie rzecz ma się z Ernestem Wilimowskim, zdecydowanie najlepszym polskim piłkarzem w historii...

12

To był geniusz, niepowtarzalna legenda! Prawdziwi cules nigdy nie zapominają!

10 czerwca 1927 r. w Budapeszcie urodził się Laszlo Kubala Stecs, Węgierski napastnik, wielka legenda FC Barcelony. Hiszpański odpowiednik jego imienia to Ladislao, natomiast Polski- Włodzisław. Jego matka miała polsko-węgiersko-słowackie korzenie a ojciec należał do mniejszości słowackiej na Węgrzech. Po rozpoczęciu kariery w budapesztańskim Ferencvarosi, przeniósł się do Czechosłowacji w celu uniknięcia służby wojskowej i rozegrał jeden sezon w Slovanie Bratysława. Tam poznał i poślubił Annę Viole Daučik, córkę trenera reprezentacji Czechosłowacji Ferdinanda Daučika. W 1948 r. powrócił na Węgry i grał kilka miesięcy w Vasas Budapeszt. W styczniu 1948 r. uciekł przed komunistami i trafił do Włoch, gdzie zaliczył epizod w drużynie Pro Patria. Podobno miał zgodzić się na udział w towarzyskim meczu z Benfiką w Lizbonie w barwach najsilniejszego wówczas we Włoszech(a być może i na całym świecie) AC Torino, lecz w ostatniej chwili zrezygnował ze względu na chorobę syna. Wszyscy piłkarze Torino wracający z Lizbony zgineli 4 maja 1949 r. w katastrofie lotniczej. W 1950 r. Kubala wszedł w skład drużyny uchodźców z Europy Środkowo-Wschodniej prowadzonej przez wspomnianego przeze mnieFerdinanda Daučika i przybył do Hiszpanii na serie spotkań towarzyskich. Podczas jednego z nich zauważyli go skauci Realu Madryt oraz legendarny Josep Samitier, wyszukujący talenty dla Blaugrany. W międzyczasie do gry wkroczył Real Madryt, który zaoferował Węgrowi kontrakt, lecz Samitier przekonał go do związania się z Barça. 15 czerwca 1950 r. Kubala stał się zawodnikiem FC Barcelony a Ferdinand Daučik objął posade trenera. Węgierski Związek Piłki Nożnej złożył w międzyczasie zażalenie do FIFA ze względu na bezprawną ich zdaniem ucieczkę Kubali a światowa federacja ukarała go rocznym wykluczeniem, przez które nie zagrał w Primera Division aż do 1951 r. Wystąpił jednak w rozgrywkach Copa del Generalismo, które Barça wygrała głównie dzięki niemu. W swoim pierwszym sezonie w La Liga strzelił 26 goli w 19 meczach(!) w tym 7(co jest rekordem klubu w La Liga) ze Sportingiem Gijon i 5 z Celtą Vigo. Tak zaczęła się jego wspaniała kariera w Dumie Katalonii, której pomógł zdobyć 14 pucharów. To był geniusz, jego występy chciały oglądać tłumy i z czasem stadion „Camp de Les Corts” stał się za mały, więc to właśnie osoba Kubali stała się inspiracją dla budowy Camp Nou, stąd też jego pomnik stoi od 2009 r. przed tym stadionem. Przez 10 lat gry w Blaugranie Kubala rozegrał 329 spotkań strzelając 270 goli. Na stulecie klubu Ladislao Kubala został wybrany najlepszym piłkarzem w historii FC Barcelony.

@Vivienne
@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@Adran360

1

@Marusek Wybacz ale to że strzelił "golazo" w El Clasico i 3 czy 4 gole w Lidze Mistrzów nie oznacza wymaganej jakości na taki klub jak Barcunia. Wręcz przeciwnie! Na FC Barceone jest po prostu bardzo słaby a w niektórych meczach grał jak patałach! Wybacz po raz drugi ale ja mu niestety nie mam za co dziękować...

1

@EzioAuditoreDF No to tylko pozazdrościć tobie tak młodego wieku. Ja na tamtym mundialu miałem grubo po 30-tce! Po tym golu miałem nadzieje na rozkwit i mistrzostwo Argentyny ale się wkurwiłem na tych piepszonych szwabów! Zresztą Pekerman też był bardzo zachowawczy Ale w końcu się doczekałem 4 lata temu apogeum niewyobrażalnej radości. Coś obawiam sie że nie uda się obronić mojej kochanej Argentinie mistrzostwa świata ale obym się cudownie pomylił!

8

Zapomniane legendy Blaugrany:

10 czerwca 1912 r. urodził się Enrique Fernandez Viola. Pochodzący z Urugwaju trener FC Barcelony w latach 1947-50 jest jedynym obok Radomira Anticia szkoleniowcem, który prowadził zarówno Barçe, jak i Real i jedynym, który z obiema drużynami sięgał po mistrzostwo Hiszpanii. W latach 1935-36 Viola był napastnikiem Blaugrany i zdobył z nią dwukrotnie mistrzostwo Katalonii.

@1LY0
@Adran360
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani

Media

Sonda

MVP sezonu 2025/26 FC Barcelony jest: