0

@shinthps De la Fuente to nie jest Alfa i Omega, to po pierwsze. Po drugie Ferran ewidentnie nie strzela goli w reprezentacji a tego właśnie wymaga się od napastnika na poziomie reprezentacji, to po drugie. Wreszcie po trzecie mam prawo wyrazić swoją opinie tutaj, jak zresztą wszyscy a moja subiektywna opinia brzmi: precz z patałachem w reprezentacji Hiszpanii i FC Barcelony!!!

11

Piłkarze zatarci w historii:

27 lipca 1952 r. urodził się Robin Friday. Jeden z najbardziej utalentowanych graczy tamtych czasów w Anglii. Jego kariera zakończyła się w wieku 25 lat. Nie mówimy tutaj jednak o jakimś dramatycznych urazie, który zakończył wielkie marzenia o futbolowych salonach. George’a Besta i jego historię zna każdy, a kto nie, ten powinien się wstydzić. Możecie sobie wyobrazić zatem, że po murawach biegał ktoś, kto szkodził sobie bardziej niż legenda Manchesteru United? Mówiąc wprost, Friday chlał i palił ponad wszelkie normy. Do tego dochodzi wieczne obżarstwo i ciągłe kombinowanie z narkotykami. Gdyby ktoś potrzebował zasadniczej wiedzy na temat ciężkich używek, to Robin był żywym leksykonem. Większość swojej piłkarskiej kariery spędził w Reading, w którym uznawany jest za jednego z piłkarzy wszechczasów. W 121 spotkaniach zdobył 46 goli, lecz odznaczała go boiskowa inteligencja i technika. Niestety tego pierwszego brakowało mu zdecydowanie w życiu prywatnym. Pod koniec swojej piłkarskiej kariery został sprzedany do Cardiff, przez coraz bardziej rosnący problem z narkotykami. Nikt w Reading nie chciał go już widzieć. Jak wspomniano wcześniej, piłkarski rozdział zakończył jako 25-latek, który przypominał wrak człowieka. Zmarł w wieku 38 lat na skutek ataku serca.
@1LY0
@Adran360
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani

0

@Bogan Nie no, nikt nie postuluje ale subiektywnie to ja go wogóle nie wpuściłbym na boisku na takim poziomie jak reprezentaja i FC Barcelona!

1

@shinthps Jeden, jedyny raz mu się udało, jak ślepej kurze ziarnko, strzelić z 5 metrów i teraz będzie ktoś mnie przekonywał że załuguje na pierwszy skład reprezentacji i FC Barcelony? Niedoczekanie patałachowi!

1

@marcin62 Bo wspierać to trzeba piłkarza, który zasługuje na to a on według mnie nie zasługuje zarówno na gre w reprezentacji, jak i na gre dla nanaszej kochanej Barcunii. tyle w temacie!

2

"Eric García: To nie przypadek, że gola, który dał Hiszpanii mistrzostwo świata, strzelił właśnie Ferran". Ten patałach strzelił jedynego gola na turnieju i to niby nie jest przypadek? A co to niby jest do kuźwy nędzy!!? Norma regularnie strzelającego napastnika reprezentacji Hiszpanii??? Panie Garcia co pan kuźwa bredzisz za głupoty!

0

@martusiaaaa Tak czułem że to chalierna chińszczyzna. W takim razie bardzo bym prosił nie używać więcej tej chińszczyzny

1

@AssisMoreira To ja już zdecydowanie wole bigos, choć sam to go jeszcze nie robiłem. A skąd ta cholerna nazwa wrapy?

0

@martusiaaaa Aha. A skąd taka nazwa? Pewnie znowu to po ,,chińsku"?

1

@martusiaaaa "wrapy"?? a co to do cholery? jeśli można wiedzieć?

10

Cules wspominają, cules pamiętają!
Debiut ,,Ronniego” w barwach Blaugrany:

27 lipca 2003 r. Ronaldo de Assis Moreira(znany jako Ronaldinho Gaucho) zadebiutował w pierwszej drużynie FC Barcelony. Zdarzenie to miało miejsce w meczu towarzyskim z Juventusem Turyn zakończone remisem 2:2, jak również rzutami karnymi wygranymi przez Barçe 6:5, w ramach tourne po Stanach Zjednoczonych. Ronaldinho pojawił się na murawie od 46 minuty a w serii rzutów karnych wykorzystał swoją ,,jedenastke” na remis 4:4. Decydujące o zwycięstwie trafienie na 6:5 zaliczył Carles Puyol.
@Vivienne
@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@martusiaaaa
@Lionel_Messi10
@Gary
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360

12

Ciekawostki klubowe Blaugrany:

27 lipca 1999 r. nadawanie rozpoczęła Barça TV. Oficjalna klubowa telewizja wystartowała jako Canal Barça(obecną nazwę wprowadzono w 2004 r.). Dostępna jest w języku katalońskim, hiszpańskim oraz angielskim. Kanał dostępny jest za darmo w telewizji naziemnej na terenie Katalonii oraz na hiszpańskiej platformie satelitarnej. Za granicą można go oglądać z reguły w postaci bloków programowych dostępnych w kanałach sportowych.
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani

1

@Ogorinho1974 No powiedzmy że się staram. Dzięki śliczne Panie kolego :)

4

@FCBparasiempre
Raczej nie zaskakuje że gol zdobyty po długiej wymianie podań najbardziej prawdopodobny był w przypadku reprezentacji Brazylii- 32% goli tej drużyny padło po sześciu lub więcej podaniach. Na drugim miejscu tego zestawienia znalazły się Niemcy z 25% goli strzelonych po długich akcjach(fakt że do tamtej pory te dwa zespoły sięgnęły po sześć tytułów w 13 rozegranych mundialach także mógł być argumentem na korzyść futbolu opartego na byciu przy piłce). Co niemal niewiarygodne żaden z 10 branych pod uwagę goli Holandii nie pochodził z akcji składającej się z przynajmniej sześciu podań. Tutaj zaczyna zapalać się czerwona lampka: dlaczego wzięto pod uwagę tylko 10 goli Holendrów? W samych Mistrzostwach Świata 1974 zaliczyli ich 15. To nie tylko mała próbka ale jeszcze przebrana(wyodrębniliśmy 109 meczów ze wszystkich analizowanych) a nigdzie w „The Winning Formula" zasady selekcji nie zostały wyjaśnione. Nawet zakładając że Hughes nie miał złych zamiarów, jest co najmniej winny zidentyfikowania symptomów a nie przyczyny. „Pierwszym celem(twierdzi przedstawiając swoje wnioski) jest dostosować się do ofensywnej tercji boiska częściej niż robi to przeciwnik a celem ostatecznym jest oddanie minimum 10 celnych strzałów na bramkę w każdym meczu. Jeśli proponowane przez nas strategie zostaną przyjęte a cele taktyczne osiągnięte, szanse na wygraną są nadzwyczaj wysokie- ponad 85%. Szanse na uniknięcie porażki są nawet większe. Nie odnotowaliśmy ani jednego meczu, w którym drużyna oddawałby 10 celnych strzałów i przegrała". Owszem ale czy działo się tak z powodu strzałów? Czy po prostu był to wynik naturalnej dominacji jednej ze stron? Czy drużyny wygrywają mecze bo oddają strzały, czy oddają strzały bo wygrywają mecze? Hughes miał jednak rację pod pewnym względem bo promował grę pressingiem. Chapman i Herrera odnieśli wielki sukces nakazując swoim drużynom ustawianie się głęboko, lecz we współczesnej piłce prawie wszystkie najlepsze drużyny stosują pressing. „Drużyna może strzelić więcej goli(twierdził Hughes) jeśli zwiększy liczbę sytuacji, w których odzyskuje piłkę w ofensywnej tercji boiska". Jego statystyki wykazują że 52% goli zostało zdobytych, gdy zespół pozyskał piłkę właśnie w tej tercji(w przypadku odbioru piłki w tercji defensywnej wynik ten spadał do 18%) akcje rozpoczęte po odzyskaniu piłki w tercji ofensywnej mają 7 razy większe szanse powodzenia niż zainicjowane blisko własnej bramki. Te liczby są z pewnością zafałszowane przez okazje, kiedy atak załamuje się w ofensywnej tercji a bezpańska piłka trafia do drużyny atakującej, choć skuteczność pressingu także w takim przypadku jest tak czy inaczej uderzająca. Rzecz jasna pressing daje również tę przewagę że pozwala zdusić atak rywala, nim ten jeszcze na dobre się zacznie. To stanowiło kość niezgody między Taylorem a Reepem. Pressing to akcja, która pomaga drużynie wygrać mecz a dostarczenie piłki w strefie zagrożenia jest rezultatem tych akcji.

4

@FCBparasiempre
Dwie pierwsze książki Hughesa, wydana w 1973 roku „Futbol: Tactics and Teamwork" oraz „Soccer Tactics and Skills" z 1980 są praktycznymi poradnikami, zapewniającymi wskazówki, jak na przykład radzić sobie z rzutami rożnymi zagrywanymi na krótki słupek albo jak blisko przeciwnika powinien podchodzić kryjący go zawodnik. Są to prace ogólne i mają podobną treść, choć druga z tych pozycji nieco bardziej koncentruje się na indywidualności gracza. Hughes nie promuje w nich żadnej konkretnej filozofii gry: książki są być może nieco zbyt pragmatyczne ale generalnie nie ma im czego zarzucić. Krótko po wydaniu drugiej z nich w roku 1981 lub 1982 Taylor zorganizował u siebie w domu spotkanie Hughesa i Reepa bo(jeśli wierzyć listowi, który ten ostatni napisał w 1993 roku do norweskiego trenera Agila Olsena) Hughes chciał by Reep nauczył jego sekretarkę Mandy Primus swojej techniki scenografowania. Analityk początkowo był chętny do pomocy, stał się jednak podejrzliwy, kiedy Hughes opublikował artykuł, w którym sugerował że obaj razem pracowali. Co gorsza Reep twierdził w tym liście(Choć ciężko o pewność, na ile jest to wiarygodne) że Hughes wyjawił również część sekretów w stylu gry Watfordu, których ani Reep, ani klub nie chcieli upubliczniać. Wydaje się że dowód na wpływy Reepa pojawia się w serii wykładów Hughesa z 1984 roku. W jednym z nich stwierdził: „Przez ostatnie dwa lata angielska Federacja usiłowała wynieść szkolenie na nowy, bardziej celowy oraz, miejmy nadzieję bardziej efektywny poziom. By osiągnąć te cele i założenie FA zaangażowała się mocno w studia nad analizą działań meczowych". Tego ostatniego określenia- „analiza działań meczowych"- Reep używał od lat 50. Nie pojawia się ono w dwóch pierwszych książkach Hughesa. To dziwnie pretensjonalny termin, w którym Reep(co dla niego charakterystyczne) używa trzech słów tam, gdzie wystarczyłoby dwa. Wydaje się mało prawdopodobne żeby Hughes wpadł na nie bez wcześniejszego słuchania lub czytania Reepa. Ten był z pewnością zirytowany. Hughes zmienił tę frazę na bardziej oczywistą, którą mógł zastosować na początku i opuścił słowo „działań", zostawiając samą „analizę meczu". Reep najeżył się jeszcze bardziej, gdy Richard Bate, główny trener Notts County na odbywającym się w 1987 roku w Liverpoolu forum Nauka i Football zaprezentował coś, co było w praktyce przeglądem teorii Reepa a w podziękowaniach za pomoc wymienił Hughesa. We wstępie do książki „Winning Formula" ten ostatni chętnie podkreśla że sam doszedł do wniosków, który prezentuje. „Moje doświadczenia z analizą meczów- pisał- zaczęły się w styczniu 1964 roku, kiedy dołączyłem do zespołu angielskiej federacji. W głównej siedzibie FA przy Lancaster Gate znajdowała się biblioteka filmów na 16-milimetrowej taśmie z finałami Pucharu Anglii i meczami międzynarodowymi. Pomiędzy 1964 a 1967 rokiem obejrzałem wszystkie te mecze i wyodrębniłem wszystkie gole. Następnie przeanalizowałem je dokładniej by ustalić, jaki czynnik jest kluczowy przy strzelaniu goli i wygrywaniu spotkań. Rezultaty tych analiz zdało się zauważyć w sposobie gry wszystkich drużyn reprezentacyjnych, które prowadziłem w latach 1964-1974 w sumie w 77 meczach. Wnioski z tych doświadczeń przedstawiłem w 1973 roku w książce pod tytułem „Football: Tactis and Teamwork" oraz w cyklu 11 filmów pod tym samym tytułem". Cóż, być może takie podejście przynosiło rezultaty ale dzieło Hughesa jest ubogie w statystyki i nie propaguje żadnej spójnej filozofii gry. Trudno być pewnym czegokolwiek, choć łatwo dostrzec, dlaczego Reep był podejrzliwy. Jak zauważa Oyvind Larsson, norweski nauczyciel akademicki, „zalecany styl gry zmienił się natychmiastowo, od dość ogólnego do opartego przede wszystkim na penetrowaniu linii przeciwnika". Hughes był przeciętnym, pragmatycznym trenerem, który stał się " gorliwcem", jak określił go Howard Wilkinson, jego następca w roli dyrektora technicznego FA.

Istnieją pewne różnice w terminologii i danych(Hughes określa liczbę podań na pięć lub mniej a nie na trzy), lecz Reep w swoim liście do Olsena twierdzi że wynika to z tego iż Hughes nie był świadomy części przeprowadzonych przez niego obliczeń. „Od tego czasu kontynuowano pracę nad analizą meczów piłkarskich - ciągną Hughes- Na początku 1982 roku miałem przyjemność spotkać wspaniałego człowieka Charlesa Reepa, który przez 30 lat analizował mecze z powodzeniem doradzając licznym drużynom ligowym". Hughes twierdzi że zaczął wtedy studiować mecze przy pomocy Primus, wykorzystując jej zdolności scenograficzne. „Sama w sobie metoda analizy, którą opracowałem 20 lat temu jest w rzeczywistości inna niż Reepa. Doszliśmy do naszych przemyśleń na temat piłkarskiej strategii innymi drogami, nie było między nami rozbieżności jeśli chodzi o najważniejsze wnioski". Wyraźna rozbieżność pojawiła się jednak pomiędzy trzema zainteresowanymi: Taylor zaprzeczał Hughesowi, który zaprzeczył Reepowi, który winił Hughesa. Reep i Taylor uważali że Hughes wykorzystał ich pomysły dla swoich celów zyskując reputację, sprzedając książki i wideo. Być może to typowa opowieść o zakulisowych wojenkach niemożności opatrzenia znakiem patentowym idei ale cała sytuacja skutkowała również tym że gdy w 1990 roku Taylor został zatrudniony jako selekcjoner reprezentacji Anglii, jego relacje z Hughesem uniemożliwiały im współpracę. Nie pomogła im wściekłość tego ostatniego po porażce z Kellym w walce o sukcesję po Crokerze w roli dyrektora wykonawczego FA w 1989 roku. 4 sierpnia 1980 roku Reep napisał do Taylora wyjaśniając swoją teorię że " wszystkie gole to efekt losowości w ramach prawdopodobieństwa". W tym samym miesiącu spotkali się w Exeter na dwie godziny, po czym ten pierwszy napisał artykuł opublikowany w szkockim piłkarskim magazynie " The Punter": „Ilekroć Taylor zechce zadzwonić do mnie by omówić szczegóły jakiegoś aspektu stylu gry będę z nim rozmawiać tak długo, jak tylko zapragnie. W rzeczywistości mieliśmy kilka bardzo długich dyskusji, w trakcie których zostało poruszonych mnóstwo tematów i nie ma potrzeby spotykania się po raz kolejny osobiście". Reep nie widział żadnego meczu Watfordu w tamtym sezonie ale(jak mówi) spotkał się z Taylorem 11 marca 1981 roku w swoim domu w Plymouth. Po otrzymaniu raportów od Richarda Pollarda(kibica Watfordu, który współtworzył z nim wcześniejszy artykuł) Reep doszedł do wniosku że tylko jeden gol na 5 jest efektem akcji składających się z więcej niż trzech podań. Innymi słowy gole Watfordu wpasowywały się we wzorzec, który Reep prezentował przez 30 lat- 80 % goli pochodzi z akcji składających się z trzech lub mniej podań(to rzecz jasna nadal mniej niż 91,5% akcji, które, jak wskazywał składały się z trzech lub mniej podań). Inna ze stałych Reepa także się potwierdziła: żeby zdobyć gola potrzebnych było około 9 strzałów. Przekonany o tym, prowadził statystykę, jak wiele goli Watford i jego rywale zdobywali „w zapasie" lub „na krechę", gdy więc drużyna oddała 90 strzałów oczekiwano że padnie 10 goli; Jeśli udało jej się zdobyć tylko 8, miała dwa gole „w zapasie" a zsumowani rywale cztery gole „na krechę", Reep uznał że może się to wyrównać w jednym meczu i napisał do Taylora że z tego względu powinien nastawić zespół ofensywnie.

Rzecz jasna to absurd. Przypuszczalnie Taylor sam doszedłby do wniosku że aby odrobić cztery gole straty jego zespół musi atakować. Tak też zrobił a Watford wygrał po 90 minutach 5:1 i dorzucił jeszcze dwa gole w dogrywce. „Oczarowywała mnie myśl(pisał Rep) że po raz pierwszy jedna z moich drużyn spróbowała wykorzystać sytuację liczbową, dotyczącą goli " w zapasie" i " na krechę”. Zadziałało to doskonale, choć oczywiście trzeba dodać że losowość wyświadczyła nam wielką przysługę. Jak można się było spodziewać losowość ukarała nas w kolejnym meczu przegranym 1:2". W ten oto sposób ujawnił się brak matematycznych podstaw w badaniach Reepa. „losowość" nie jest bóstwem na bazie jakiejś kosmicznej równowagi. Jest po prostu losowa. Jeśli rzuci się monetą 100 razy i przy pierwszych 99 wypadnie orzeł, szanse na to że za setnym razem wypadnie reszka nadal wynoszą 50%. Jeśli naprawdę istnieje(a nie istnieje) szansa że gol pada po jednym strzale na dziewięć, niezależnie od okoliczności nadal wynosi ona 1 do 9, niezależnie od tego czy napastnik trafił do siatki przy ostatnich 9 uderzeniach, czy spudłował w ostatnich stu. Oczywiście zakładamy że moneta nie jest oszukana. Jeśli wciąż ląduje na orle to prawdopodobnie dlatego że jest niewyważona; jeżeli napastnik wciąż marnuje sytuację to prawdopodobnie nie jest zbyt dobry. Niezależnie od tego przed sezonem 1981/82 Taylor zdecydował się zatrudnić jednego z kursantów Reepa, Simona Hartleya absolwenta archeologii z Uniwersytetu Lancaster, którego zaintrygowały pomysły Reepa, gdy pewnego dnia zobaczył go robiącego notatki w Plymouth. Reep nie rozmawiał w tym sezonie z Taylorem przez telefon ale napisał do niego trzy listy, w jednym z nich zajmując się brakiem goli strzelonych przez Watford z prawego skrzydła i sugerując, choć nie odkrywając się w pełni, jak według niego powinni grać skrzydłowi. Gdy Watford w tym sezonie awansował drużyna zdobyła 93,4% goli po akcjach składających się z trzech lub mniej podań. Reep ocenia że to „znakomicie", choć jeśli liczba akcji składających się z trzech lub mniej podań pozostaje na poziomie 91,5%, to wynik tylko minimalnie lepszy niż można by się spodziewać, gdyby liczba podań w akcji nie robiła różnicy. Zważywszy że Watford świadomie stosował bezpośredni styl gry w przypadku tej drużyny zwiększało się prawdopodobieństwo akcji zbudowanej z trzech lub mniejszej liczby podań. Innymi słowy nawet w tym przypadku nie widać wielu dowodów na większą efektywność gry bezpośredniej. Reep twierdzi że on i Hartley dostali po 6000 £ premii, lecz potem pokłócił się z Taylorem o wynagrodzenie w następnym sezonie. Według Taylora poróżnili się o drugorzędną statystyczną koncepcje. Reep miał obsesję na punkcie „piłek osiągających", czyli zagrań w ostatnią tercje boiska. Watford posyłał ich średnio 156 na mecz, choć 6 lutego 1982 w wygranym 1:0 spotkaniu z Chelsea zanotował rekordowe 202 takie zagrania(co później przebiło Cambridge United Johna Becka zaliczając 219 tego typu podań). Wolves Stana Cullisa notowali ich średnio 180 a Reep nalegał by Taylor spróbował doprowadzić Watford do tego poziomu. Ten ostatni stwierdził że główną siłą jego zespołu jest regularne zdobywanie piłki w ostatniej tercji boiska a tych system Reepa nie zalicza do „piłek osiągających", i zasugerował że dane powinny to odzwierciedlać. Analityk odmówił wprowadzenia tej zmiany i choć Hartley pozostał na kolejny sezon jego osobiste związki z Watfordem się skończyły. Taylor opowiadał: „Dla Reepa istniało wszystko albo nic. Nie było miejsca na kompromis".

Choć Reep mógł go nie lubić, to Hughes , jako dyrektor edukacji i szkolenia w angielskiej federacji w latach 1983-1994 sprawił że jego zasady a przynajmniej ich wersja wyłożona przez Hughesa w " The Winning Formula", czczono na najwyższym stopniu hierarchii. Wydanie książki sponsorowało, co nie przyśniłoby się nawet z satyrykom, przedsiębiorstwo „British Aerospace". „Strategia gry bezpośredniej( twierdzi Hughes we wstępie) jest dużo bardziej pożądana niż styl oparty na posiadaniu piłki. Fakty są nie do obalenia a do wody przytłaczające". Niektórzy mogliby wskazać że wyniki reprezentacji Anglii, który sposób gry ukształtowała w dużym stopniu właśnie ta filozofia obalają te fakty ale uważano że zawodzą piłkarze a nie statystyki. Zauważywszy że średnia liczba goli na mecz na Mistrzostwach Świata spadła z 5,4 w 1954 roku do 2,5 z 1986 roku, Hughes niemal natychmiast przedstawia wniosek że „piłka nożna nie jest tak dobra jak kiedyś". Zatrważa że człowiek, który zyskał autorytet dzięki rzekomemu użyciu rozsądku i logiki mógł sobie pozwolić na taki wyskok. Ocena jakości piłki nożnej jest z konieczności subiektywna a zdarzają się przecież słabe dreszczowce, zakończone wynikiem 3:4(ekscytacje i jakość to nie synonimy), podobnie jak doskonałe bywają spotkania, w których nie padają gole. Jeśli same gole byłyby wyznacznikiem świetnego widowiska, tysiące ludzi ustawiałoby się w kolejkach aby oglądać mecze dzieci z podstawówki. Przyczyna mniejszej liczby goli, ciągnął Hughes, „leży nie tyle w nowych, skutecznych strategiach obronnych ile w nieprzemyślanej strategii ataku opartej na byciu przy piłce". Z pewnością teraz, jak zauważył Chapman i jak pokaże rzut oka na statystyki z dowolnej książki Premier League, niekoniecznie istnieje korelacja między dłuższym utrzymywaniem się przy piłce a wygrywaniem meczów ale nie oznacza to zarazem że samo bycie przy piłce jest czymś złym. Jednak Hughes używając ponownie słowa „przytłaczający" twierdzi iż „faktem jest że im dłużej drużynie zajmie budowanie ataku, kiedy jest przy piłce, tym więcej czasu ma zespół broniący na dojście do siebie, przegrupowanie się i reorganizację". W „The Winning Formula" Hughes użył jako dowodu 109 meczów z lat 1966-1986, w których padły 202 gole. Nie jest to, jak widać wielka próbka, zwłaszcza jeśli ktoś opiera na niej twierdzenie że " jeśli chodzi o taktykę, światowa piłka szła w złym kierunku przez większość część ostatnich 30 lat". Kusi także by zwrócić uwagę na fakt że gdy Hughes uskarża się na Mistrzostwa Świata,które przyniosły 2,5 gola na mecz, średnia goli w meczach z jego próbki wyniosła tylko 1,85. Wyniki te wciąż są jednak intrygujące i(prawdopodobnie by zamknąć usta tym, którzy jak Taylor twierdzili że bezpośrednia piłka jest nieefektywna na najwyższym poziomie) zostały przefiltrowane by uwzględnić tylko drużyny z sukcesami: Liverpool, reprezentacje Anglii do lat 16 i do lat 21 oraz mecze mistrzostw świata i Europy z udziałem Argentyny, Brazylii, Anglii, Holandii, Włoch i RFN. Z 202 goli strzelonych przez te drużyny 53 padły z sytuacji, w których nie odnotowano żadnego podania, w 29 akcjach bramkowych wykonano jedno podanie, w 35- 2 a w 26- 3. W sumie 87% goli zostało strzelonych po pięciu lub mniej podaniach a mniej niż 3% goli było efektem akcji składających się z 10 lub więcej podań(jeśli statystyka Reepa, według której 91,5% wszystkich akcji składa się z trzech lub mniejszej liczby podań jest prawdziwa, nadal nie jest to reklama bezpośredniej gry). Teraz pojawia się kwestia, jak wiele z goli strzelonych po akcjach z trzema lub mniej podaniami jest efektem zamieszania powstałego po zatrzymaniu ataku. Hughes spodziewał się tego pytania i przedstawił swoje dane z poczuciem nieuzasadnionego triumfu. Z 19 goli nie poprzedzonych żadnym podaniem(czyli po karnych, bezpośrednio z rzutów wolnych albo po dobitkach, po odbiorze lub niecelnym podaniu rywala), strzelonych w 16 meczach reprezentacji Anglii analizowanych przez Hughesa tylko 12 było efektem akcji składający się z trzech podań lub mniej(63%), znacznie mniej niż wzorcowe 91,5% Reepa. Powstaje więc pytanie nie o to czy Hughes się mylił ale o to, w jaki sposób doszedł do tak daleko idących wniosków.

4

@FCBparasiempre
W drużynie Forest to John Robertson, powolny ale utalentowany skrzydłowy, którego Clough wyciągnął z niebytu, przejął rolę Hintona kreując grę z lewego skrzydła a Gary Birtles przetrzymywał piłkę, dopóki na pozycji nie wyszli Tony Woodckoc albo Trevor Francis. Brak ruchliwości Robertsona nadrabiał na prawej stronie pomocy Martin O'Neill, który schodził do środka, co pozwalało dwóm centralnym pomocnikom(zwykle Janowi McGovernowi oraz Ianowi Bowyerowi) zbiegać na lewe skrzydło by je asekurować. Szerokie pole gry na prawej stronie zapewniał wtedy obiegający prawy obrońca Viv Anderson. Nawet jeśli Clough unikał zagadnień taktycznych, to kiedy było to konieczne dawał zawodnikom indywidualne instrukcje, jak choćby w rewanżowym meczu Pucharu Europy w sezonie 1978/79 z Liverpoolem, gdy Nottingham bronił zaliczki 2:0 z pierwszego meczu. „Kilka minut przed tym, jak wyszliśmy z szatni gości, kierownik od niechcenia powiedział mi że będę grać jako dodatkowy prawy obrońca ustawiony bezpośrednio przed Vivem Andersonem - wspomina w autobiografii Archie Gemmil, kolejny z pomocników w zespole Clougha. - Szef wyjaśnił krótko że Steve Heighway i Ray Kennedy dostają mnóstwo piłek i lubią atakować prawą flanką Liverpoolu, więc chciał żebyśmy z Vivem mieli tę strefę pod kontrolą". Było to proste i minimalistyczne rozwiązanie zakorzenione w podstawowej teorii Clougha że to na zawodnikach(dobranych tak by tworzyli jednolitą całość) spoczywa największa odpowiedzialność na boisku. Podstawowa strategia Clougha pozostawała jednak zawsze ta sama: 4-4-2 z jednym skrzydłowym ustawionym szeroko i wysoko a drugim wschodzącym do środka oraz(co najważniejsze) otrzymywaniem się przy piłce. Liverpool i Forest opowiadały się za opartą na kontrolowaniu piłki grał podaniami, Lecz w tym samym czasie w angielskim futbolu istniał nurt, który poszedł w przeciwnym kierunku, faworyzując „wysokooktanowy" styl, ochoczo deprecjonowany jako „kopnij i biegnij". To dzięki niemu sukcesy odniosły Watford i Wimbledon, małe kluby, które nauczyły się jak osiągać wyniki ponad stan. Miało to jednak też szkodliwe skutki bo ich styl zaczęła promować angielska federacja Gdy Charles Hughes został dyrektorem technicznym FA, tamtejsza piłka znalazła się w rękach fundamentalisty, człowieka, który według Briana Glanville'a „zatruł źródła angielskiego futbolu". Hughes nadal ma wielu obrońców ale nawet jeśli ocena Glanville'a jest słuszna nie powinno się deprecjonować osiągnięć Watfordu i Wimbledonu a przynajmniej nie należy tego robić krytykując ich za to że grały bezpośredni sposób. W angielskiej piłce lata 70-te pamięta się jako czasy indywidualistów w stylu Alana Hudsona, Franka Worthongtona i Stana Bowlesa, którzy nie wpisywali się w coraz bardziej usystematyzowane schematy, modne od czasu sukcesu Ramseya na Mistrzostwach Świata. Pod względem historycznym jednak istotniejszym elementem tej dekady było rozpowszechnienie się pressingu. Pressing miał w Anglii niespodziewane źródło: jako pierwszy zaczął stosować go młody manager Graham Taylor, który zaczął karierę w Lincoln City a następnie osiągnął oszałamiający(Zwłaszcza biorąc pod uwagę zasoby) sukces w Watfordzie. Niepowodzenie Anglii w kwalifikacjach do Mistrzostw Świata w 1994 roku i kalumnie, jakie na niego po tym spadły zniszczyły mu reputację ale w późnych latach 70. należał do najbardziej radykalnych trenerów w kraju. Byli tacy, którzy lekceważyli go nazywając handlarzem długimi piłkami ale jak zauważył sam Taylor a także Stan Cullis i całe mnóstwo trenerów w przeszłości, z Herbertem Chapmanem włącznie, drużyna nie może odnieść sukcesu, jeśli ogranicza się tylko do wykopywania piłki do przodu bez określonego celu. " Kiedy długa piłka staje się długim podaniem?- pytał Taylor. Wielu trenerów odnosiło sukcesy po nie do końca wyśmienitej karierze piłkarskiej, w rzeczy samej, wydaje się że dla prawdziwego rewolucjonisty to niemal warunek konieczny, lecz Taylor chyba od samego początku wiedział że jego przyszłość leży w trenowaniu a nie grze na boisku. „Miałem zamiar zostać w szkole, zdać egzamin końcowy i być nauczycielem- opowiadał. - Odszedłem po przedostatniej klasie by zostać piłkarzem ale nadal interesowałem się własną edukacją w wystarczającym stopniu by zdobyć licencję trenerską, co udało mi się kiedy miałem 21 lat. Zawsze dużo czytałem w poszukiwaniu nowych idei". Jednym z podchwyconych przez niego pomysłów była gra pressingiem, którego możliwości stały się dla niego jasne, kiedy w wewnętrznym magazynie trenerskim federacji piłkarskiej przeczytał serię artykułów o Wiktorze Masłowie.

Taylor spędził 4 lata w Grimsby Town a potem przeniósł się do Lincoln City. Stał się pełnoprawnym trenerem w wieku 27 lat(najmłodszym, który tego dokonał) a po kontuzji biodra zakończył karierę piłkarską i mając 28 lat, w 1977 roku objął stery managerskie. 4 lata później doprowadził Lincoln do zwycięstwa w Fort Division, ustanawiając przy okazji rekord największej liczby punktów i zwycięstw oraz najmniejszej liczby porażek. Prawdziwy przełom nastąpił jednak, gdy Elton John zatrudnił go w roli managera Watfordu w 1977 roku. Taylorowi zaoferowano 5-letni kontrakt, jednak zanim podpisał umowę zapytał prezesa, jakie są jego oczekiwania. Watford był wtedy czwartoligowcem- opowiada Taylor. - Wcześniej w całej swojej historii spędził tylko trzy lata na drugim poziomie ligowym. Myślałem więc że będzie chciał awansu do Second Division. Stwierdził jednak że chce żebyśmy grali w europejskich pucharach. Artysta będący wówczas u szczytu kariery oferował mi pięcioletni kontrakt i życzył sobie by wprowadzić Watford do pucharów i pięć lat później w nich graliśmy". Nawet przy nieprzewidywalnych standardach lat 70-tych wzlot Watfordu był czymś nadzwyczajnym. Zespół wywalczył awans w 1978 roku, następnie w 1979 i ponownie w 1982. Kolejny sezon zakończył jako wicemistrz Anglii a rok później przegrał w finale krajowego pucharu. Taylor przyznaje że jego Watford miał swoje ograniczenia ale za to nie przepraszał. „Nasz styl bazował na pressingu, gdziekolwiek znajdowała się piłka- wyjaśniał. - Nawet jeśli prawy obrońca rywali miał ją głęboko na własnej połowie, nadal pressowaliśmy. Graliśmy w szybkim tempie, co oznaczało że musieliśmy być wyjątkowo przygotowani fizycznie. Co robią zawodnicy, kiedy wynik jest bezbramkowy i zostają 3-4 minuty do końca? Zagrywają do przodu. Według mnie zaczynają wtedy szukać piłki. Jeśli jednak mogą tak grać w ostatnich kilku minutach, dlaczego nie mieliby tego robić od początku meczu? Z bardzo dobrze przygotowanym kondycyjnie składem próbowaliśmy tak grać, o to co zrobiliśmy. Zawsze atakowaliśmy bo wiedziałem że nie awansujemy do europejskich pucharów, tylko się broniąc". W przypadku drużyny Taylora hokejowe wyniki były normą: w kolejnych sezonach Watford zremisował 4:4 u siebie z Evertonem, po czym przegrał z nim 4:5. Dwa razy pokonał Notts County 5:3 i zwyciężył z Sunderland 8:0. W sezonie 1982/83 drużyna Taylora przegrała na wyjeździe z Norwich 1:6 i w Pucharze Ligi z Nottingham Forest 3:7. Trzech ostatnich meczach rozgrywek 1984/85 Watford pokonał Tottenham i Manchester United po 5:1 po czym przegrał na boisku Liverpoolu 3:4. Był to szaleńczy i bezrefleksyjny sposób gry ale ogólnie rzecz biorąc działał. Pomiędzy sezonami 1982/83 a 1986/87, po którym Taylor odszedł do Aston Villi, Watford nigdy nie skończył rozgrywek niżej niż na 12 miejscu, co patrząc na renomę klubu wydaje się niezwykłym rezultatem. Ustawienie okazało się mniej istotne od sposobu gry. Wyjściowym było 4-4-2 ale przy przesuwających się do przodu bocznych obrońcach i z grającymi wysoko klasycznymi skrzydłowymi ustawienie przypominało 4-2-4 Brazylii z 1958 roku a w sezonie 1982/83 zdarzało się im zagrać w 3-4-3. „Ponieważ wciąż przesuwaliśmy się do przodu przeciwnik wciąż się cofał- mówił Taylor. - Boczni pomocnicy musieli albo iść za nimi i dostać wsparcie z tyłu albo odpuścić. Ciągle zmuszaliśmy rywali do zadawania sobie pytań. Kiedy awansujesz coraz wyżej można oczekiwać że przeciwnicy opracują sposób, jak sobie z tobą radzić ale często tak się nie działo".

Esteci byli zbulwersowani, Taylor jednak upierał się że oburzenie wynikało przede wszystkim z ignorancji i snobizmu. „Mnóstwo z tych którzy narzekają na długie piłki patrzy tylko na klub i zawodnika- mówił. - Gdyby tak zagrał Glenn Hddle uznano by to za długie podanie ale ponieważ zrobił to Ian Bolton, nazywano to długą piłką bo grał w Watfordzie, był środkowy obrońcą, który czasem występował w pomocy i nikt o nim nie słyszał. Hoddle był znacznie lepszym zawodnikiem, choć jeśli chodzi o celność długich podań zdecydowanie stawiam na Boltona". Zdaniem purystów sprawy zmierzały w jeszcze gorszą stronę. Apologeci Wimbledonu mówią o ich wzlocie jako o baśni, choć akurat w tej wyraźnie brakowało magii. Ich historia, jak pisał Stephen Crabtree w książce „The Dons", mogłaby wydawać się równie naciągana, jak gdyby pojawiła się w "Royu z Rovers", sukces osiągnięto przy niewielkim wsparciu finansowym, żałosnym dopingu, kartoflisku zamiast boiska i dzięki nieznanym zawodnikom". Być może tak było, gdy dostali się do Fourth Division w 1977 roku. Pod wodzą Dario Gradiego, który zdobył rozgłos dzięki wprowadzeniu grającego podaniami Grimsby, Wimbledon awansował na trzeci poziom rozgrywkowy. Natychmiast spadł a Gradi w lutym 1981 roku odszedł do Crystal Palace. Z nowym managerem Dave'em Bassetem, „The Dons” pewnie awansowali i od razu znowu spadli. Kolejny sezon w czwartej lidze okazał się jednak przełomowy. Początek był obiecujący, lecz gdy w listopadzie wyniki się pogorszyły Bassett zmienił podejście. „Zaczęliśmy sezon grając z Libero, co działało dobrze- mówił w lutym. - Teraz jednak dokonaliśmy zmian by odzyskiwać piłkę wyżej, co odpowiada drużynie". Na uwagi że zespół ogląda się okropnie Bassett reagował lekceważąco. „To zależy co uważasz za atrakcyjne- mówił. - W meczach naszej drużyny kibice mogą oglądać więcej sytuacji podbramkowych niż w spotkaniach z udziałem wielu innych, który oglądałem w tym sezonie. Nazywaj to, jak chcesz. Jesteśmy tu po to aby wygrywać mecze i zdobyć awans". „Sytuacje podbramkowe", jak się okazuje są ostatnią deską ratunku dla trenerów, którzy usiłują usprawiedliwić mechaniczny, odpychający futbol. Wimbledonowi zapewne by wybaczone, gdyby chodziło tylko o mało skomplikowane zagrania do przodu ale od samego początku w ich stylu było coś paskudnego. Tydzień po zwycięstwie 3:1 na wyjeździe nad Stockport County w klubowym programie przegrani w poruszeniu pytali „dlaczego Wimbledon musi uciekać się do tak wielu nieczystych wejść i grania na czas. Małe szanse że ktoś zatrzyma ich na drodze do osiągnięcia celu, w którym wydaje się awans za wszelką cenę". Niezależnie od sukcesów nie przyciągali tłumów. „Próbowaliśmy wszystkiego by zaserwować dobry futbol, lecz apatia Wimbledonu i okolic jest niewiarygodna"- mówił Bassett. Tyle że rzecz jasna nie serwowali dobrego futbolu, lecz zwycięski styl a to niekoniecznie to samo. Być może w rozpaczy trenera było coś z samousprawiedliwienia: jeśli kibice tak czy inaczej nie przyjdą na mecz, czemu mielibyśmy nie grać posępnego i mało błyskotliwego antyfutbolu? Gole mogły się zgadzać, była to jednak piłka pozbawiona emocji, odarta z piękna.

Oglądało ich się okropnie, Wimbledon przemykał jednak przez kolejne poziomy rozrywkowe, zmiatając przy okazji zdezorientowanych przeciwników. „Byli jak uczniowie goniący wszyscy za piłką w tym samym czasie"- powiedział Nigel Batch bramkarz Grimsby Town, po remisie 1:1 na "Plough Lane" w 1984 roku. Byli jak drugie wcielenie Watfordu, tylko jeszcze gorsi co jasno wyłożył John Vinnicombe z " Brighton Evening Argus", opisując ich jako " Watford dla ubogich, gdzie ofensywna czwórka ustawia się jak nacierająca kawaleria, ścigając wystrzeliwane z głębi długie podania". W 1987 roku Wimbledon finiszował na szóstym miejscu w pierwszej lidze a po tym, jak Bobby Gold zastąpił w Dave Bassetta zespół zdobył rok później Puchar Anglii. " Wimbledon nie gra- jęczał manager Coventry City George Curtis. - Gdy tylko mają piłkę po prostu ją wybijają". Być może to odrobinę niesprawiedliwa opinia, gdyż przynajmniej kopali piłki w kierunku Johna Fashanu, bezczelnego i niezgrabnego, choć skutecznego adresata a Denis Wise przy swoich wszystkich wadach był utalentowany, niemniej podziwiali ich tylko nieliczni. Gracze Wimbledonu bawili się tym, jak są niepopularni, prezentowali ostentacyjne obrzędy inicjacyjne(które w dużej części składały się z niszczenia strojów) i rozkoszowali się brutalną fizycznością prezentowanego przez siebie futbolu. Kluczowym elementem zwycięstwa nad Liverpoolem na Wembley w 1988 roku był potworny faul Vinniego Jonesa na Stevie McMahonie w pierwszej minucie. Piłkarzy „The Reds” ogarnęło po nim przerażenie... Jak wszyscy najeżeni outsajderzy Wimbledon uznawał że jest niepopularny z powodu „buffonerii" establichmentu, lecz liczba widzów mówi coś innego. To była piłka, której nikt nie chciał oglądać. Być może budżet dyktował im styl gry ale nie tłumaczył przebijającego się przezeń bandytyzmu. Ich styl nie był pragmatyczny tylko nihilistyczny. Taylor natomiast był po prostu rozsądny akceptował ograniczenia swojego systemu i za każdym razem spodziewał się że jego drużyna zostanie rozgryziona. Kiedy przeniósł się do Aston Villi pozostał wprawdzie przy bezpośredniej grze, lecz wzbogacił ją o nowe elementy. Tony Daley mógłby się odnaleźć w Wimbledonie z tamtych czasów, choć trudno tam sobie wyobrazić tak ułożonego zawodnika jak Gordon Cowans. Dopiero w europejskich pucharach Taylor i jego Watford zaczęli spotykać znajdujących odpowiedź na bezpośredni styl rywali, z jakimi szkoleniowiec spodziewał się zmierzyć znacznie wcześniej. „Graliśmy z drużynami przygotowanymi, gotowymi na ustawianie się głęboko, grę krótkimi podaniami, utrzymywanie się przy piłce i punktowaniem nas, mającymi przy tym kibiców, którzy nie domagali się by wywalać piłkę do przodu"- wyjaśniał. Odrobili straty z przegranego 1:3 meczu z Kaiserslautern wygrywając 3:0 na "Vicarage Road” w pierwszej rundzie pucharu UEFA i pokonali Lewskiego Sofia w drugiej, zostali jednak z łatwością ograni przez Spartę Praga w trzeciej, ulegając w dwumaczu 2:7. „To było starcie mężczyzn z chłopcami- powiedział Taylor. - Kiedy oddałeś im piłkę już jej nie odzyskiwałeś". Na tym właśnie polega problem bezpośredniego stylu gry opartego na pressingu. Wszystko idzie świetnie, dopóki nie masz przed sobą zespołu wystarczająco dobrego technicznie by utrzymać się przy piłce nawet pod naciskiem. Niedostatki tego stylu stają się jeszcze bardziej widoczne, jak wskazuje Taylor, kiedy warunki klimatyczne powodują że nie da się utrzymać wysokiego tempa gry i sprawiają że ciągły pressing staje się niewykonalny. Ta oczywistość pomaga nieco wyjaśnić ciągłe występy reprezentacji Anglii poniżej oczekiwań na wielkich turniejach, które niemal bez wyjątku są rozgrywane przy znacznie wyższych temperaturach niż te do których Brytyjczycy przywykli u siebie. Szukając możliwości poszerzenia wiedzy Taylor prowadził długie rozmowy ze Stanem Cullisem i jego kapitanem w drużynie w latach 50-tych Billym Wrightem. Ich wpływ na sposób myślenia Taylora jest wyraźny i bezdyskusyjny, lecz poza tym trenera Watfordu zaczęto łączyć z Charlesem Hughesem a to nie było już tak celne. Taylor odrzucał wszystkie tego typu stwierdzenia sugerując przy tym że jeśli coś jest w ogóle na rzeczy, to chodzi o krótki okres, kiedy był trenerem reprezentacji do lat 18 a Hughes pełnił funkcję szefa szkolenia młodzieży, do tego zaś wpływ ten był raczej odwrotny do zamierzonego. To w tym punkcie relacje między Taylorem, Hughesem i Charlesem Reepem stają się skomplikowane.

7

@FCBparasiempre
Postęp często zaczyna się od porażki. Gol Chrisa Lawlera w przegranym 1:2 pierwszym meczu na Maracanie dawał Liverpoolowi nadzieję na pokonanie Crveny Zvezdy Belgrad w rewanżu i awans do ćwierćfinału Pucharu Europy, lecz na „Anfield” dowodzeni przez Miljanicia goście doskonale grali z kontry i w ten sposób dzięki Lazareviciowi i Jankoviciovi zdobyli dwa gole a dwu mecz ostatecznie wygrali 4:2. Następnego dnia 7 listopada 1973 roku, w ciasnym pokoju bez okien tuż przy korytarzu prowadzącym do szatni Anfield 6 mężczyzn wprawiło w ruch zmianę stylu, która miała doprowadzić angielskie kluby do dominacji w Europie w końcówce lat 70-tych i na początku 80-tych "Boot-room"(pod taką nazwą to pomieszczenie przeszło do historii) nie było oczywistym miejscem do przeprowadzenia rewolucji: małe, z nędzną wykładziną i wiszącymi po jednej stronie hakami na buty piłkarskie, udekorowane zdjęciami drużyny i kalendarzami z fotkami toples. Joe Fagan trener pierwszego zespołu w czasach Billa Shankly'ego zainicjował tradycję po meczowych dyskusji, zaopatrując pokój w skrzynki piwa, dostarczane przez prezesa Guinness Exports, dla którego prowadził niegdyś drużynę pracowniczą w pobliskim Runcorn. Początkowo spotykał się tylko z Bobem Paisleyem, w tamtych czasach klubowym fizjoterapeutą ale stopniowo zaczęli do nich wpadać także inni członkowie sztabu. "W boot-roomie" toczyły się dyskusje dotyczące szerszego zakresu spraw niż na zebraniach zarządu- mówił Paisley. - To, co się tam działo zostawało w tych czterech ścianach. To miejsce miało jakąś mistyczną aurę". Do „boot-roomu” zapraszono menadżerów przeciwnych drużyn, którzy mieli ochotę podzielić się informacjami i opiniami o zawodnikach, bywał tam też Elton John, gdy pełnił funkcję prezesa Watfordu. Legenda głosi że kiedy zaproponowano mu drinka poprosił o Pink Gin, lecz dostał piwo... Stopniowo znaczenie boot-roomu rosło, w praktyce pomieszczenie stawało się archiwum, gdzie trenerzy mogli sięgnąć do ksiąg, w których notowano szczegóły treningów, taktyki i meczów. W książce „Winners and Losers: The Business Strategy of football”, ekonomista Stefan Szymański i konsultant biznesowy Tim Kuypers twierdzę że sukces Liverpoolu w latach 70. i 80. wynikał ze struktury organizacyjnej klubu, której boot-room był kluczowym elementem. Pisali: "Boot-room sprawiał wrażenie czegoś w stylu bazy danych klubu, nie tylko samych faktów i liczb ale archiwum ducha drużyny, jego charakteru i filozofii". W listopadzie 1973 roku na większość sukcesów trzeba było jednak jeszcze poczekać a Liverpool znajdował się w impasie. Crvena Zvezda półfinalista Pucharu Europy w 1970 roku była solidnym zespołem, nie ma co do tego wątpliwości ale sposób, w jaki zwyciężyła w dwumeczu z Anglikami wywoływał wrażenie że to bardziej efekt wyraźnej słabości Liverpoolu niż zwykłego wahania formy. Zwołano więc zebranie. Do Shankly'ego, Fagana i Paisleya w boot-roomie dołączyli trener rezerwy Roni Moran, szef szkolenia młodzieży Tom Sanders i główny trener Raben Bennett, posępny, trzymający dyscyplinę Szkot, znany ze zwyczaju mówienia kontuzjowanym piłkarzom by rozetrzeć ból drucianą szczotką albo wędzonym śledziem. To nie były typowe rozmowy kryzysowe, choć dyskutowano o kwestiach fundamentalnych: Dlaczego FC Liverpool nie potrafi przełożyć krajowej dominacji na rozgrywki międzynarodowe? Mimo słabszego niż oczekiwano wyniku w Europie, fakt że problem został w ogóle dostrzeżony, świadczył o perfekcjonizmie Shankly'ego. Koniec końców w poprzednim sezonie Liverpool zdobył Puchar UEFA pokonując w finałowym dwumeczu Borussie Mönchengladbach 3.2. W latach poprzedzających ten sukces „The Reds” odpadli jednak z rozgrywek z zespołami typu Ferencfaros, Athletic Bilbao czy Wiktoria Setubal. Choć nie były to ekipy „kelnerów" , do Europejskiej śmietanki było im równie daleko.

Jeśli triumf w pucharze UEFA sugerował że Liverpool znalazł rozwiązanie, porażka z Crveną Zvezdą stanowczo wyprowadziła z tego błędu. „To dobry zespół- powiedział Shankly o rywalach- nawet jeśli nasi kibice nie zapłacili by za oglądanie ich gry". Niemniej sposób, w jaki Jugosłowiańska drużyna potrafiła utrzymywać się przy piłce i wyprowadzać z równowagi rywali był dla Liverpoolu ważną lekcją. Paisley mówił: „Zorientowaliśmy się że nie ma sensu odzyskiwać piłki, jeśli potem kończysz pod własną bramką. Czołowe Europejskiej drużyny nauczyły nas, w jaki sposób efektywnie wychodzić z obrony. Szybkość tych akcji nakręcało pierwsze podanie. Musieliśmy się nauczyć, jak być tak cierpliwym i jak myśleć od razu o następnych dwóch, trzech zagraniach, kiedy mieliśmy piłkę". Boot-room zdecydował że czasy staromodnego stopera w środku pola minęły, że trzeba mieć w drużynie obrońców, którzy potrafią rozgrywać. Lary Lloyd, środkowy defensywy w dokładnie tym typie, który uznali za wymarły(choć później zaliczył niespodziewany renesans w Nottingham Forest) zerwał ścięgno w udzie a Phil Thompson, nominalny pomocnik został wycofany do partnerowania Hughesowi na środku obrony. „Europejskie drużyny pokazały że budowanie gry od tyłu to jedyny sposób - wyjaśniał Shankly. - Zaczęło się to w Europie a my zaadaptowaliśmy owe rozwiązanie w Liverpoolu, gdzie nasz system zawsze opierał się na kolektywie. Kiedy Feel Thompson zaczął partnerować Hughesowi, system stał się bardziej płynny i być może nie tak łatwy do przejrzenia. Był to schemat, który utrwalił się w następnych latach, w taki sposób grali Thompson i Alan Hansen. Zorientowaliśmy się że nie da rady strzelić gola za każdym razem, kiedy mamy piłkę. Nauczyliśmy się tego od drużyn z Europy, od Latynosów. Kiedy oni wyprowadzali piłkę od tyłu, grali w małych grupach. Ustawienie rywali się zmienia, tak samo jak ich pozycje. Dzięki temu dla takich zawodników jak Ray Kennedy i Terry McDermott, którzy grali w Liverpoolu po moim odejściu pojawia się miejsce aby przedrzeć się między przeciwnikami i dostać ostatnie podanie. Jest to więc zabawa w kotka i myszkę, czeka się aż pojawi się wolne miejsce a potem zagrywa się w nie prostopadłą piłkę. To proste i efektywne. Także widzowie potrzebują czasu by się do tego przyzwyczaić". Shankly nie był wielkim taktykiem, miał w zwyczaju pozostawiać ten element Paisleyowi i tego typu zagadnienia tak go nudziły że kiedy poszedł na tygodniowy kurs trenerski w Lilleshall, odpuścił sobie zajęcia we wtorek, lecz od momentu przejścia do Liverpoolu wyraźnie wiedział, w jakim chce grać styl. Artykuł w „Liverpool Echo” z grudnia 1959 roku głosił: "Shankly jest apostołem gry kontynentalnej. Uważa że zawodnik bez piłki jest równie istotny jak gracz, który mają u stóp. Kontynentalny styl gry nie jest dla leniwych. Celem Shankly'ego będą penetrujące akcje ofensywne, za pomocą których zawodnicy z kontynentu przenikają przez szczelną według brytyjskich standardów obronę. Shankly sprawi że piłkarze nauczą się gasić piłkę i przemieszczać ją jednym ruchem, sprawi że zostaną mistrzami w operowaniu piłką". Być może była to przesada ale z pewnością Shankly wierzył w wartość panowania nad piłką niemal równie głęboko co Jimmy Hogan. Na boisku treningowym „Melwood” postawił cztery tworzące kwadrat tablice. W środku stawał zawodnik, który miał opanować piłki nadlatujące z czterech stron albo uderzyć z pierwszej. Shankly opowiadał: „Głównym celem jest przede wszystkim to żeby każdy kontrolował piłkę i opanował podstawy futbolu. Chodzi o kontrolowanie i utrzymywanie się przy futbolówce, kontrolowanie i utrzymywanie i tak przez cały czas. Na tyłach szukasz kogoś, kto może natychmiast opanować piłkę i zagrać do przodu. To zapewnia więcej miejsca i daje czas na oddech. Jeśli się ociągasz, rywale wycofają się za linię piłki. To bardzo prosty a równocześnie bardzo ekonomiczny sposób gry. W Liverpoolu nie kazaliśmy nikomu wbiegać na ziemię niczyją, ruszać z piłką z własnej połowy w kierunku połowy rywala. Nie popieraliśmy tego. To nonsens. Jeśli dostajesz w naszej drużynie piłkę, chcesz mieć opcję, chcesz mieć wybór, chcesz mieć przynajmniej dwóch zawodników, którym mógłbyś zagrać, może trzech, może więcej. Dostać piłkę, szybko podać, potem piłka leci ode mnie do kogoś innego i kręci się dalej. Możesz nie przedostać się bardzo daleko, jednak ustawienie przeciwnika się zmienia. Ostatecznie ktoś się przedrze".

Zespół, który zdobył mistrzostwo w 1964 roku grał konwencjonalne ustawieniu „WM” ale Shankly był przygotowany na wprowadzenie zmian. W kolejnym sezonie Liverpool zmierzył się z Anderlechtem w drugiej rundzie Pucharu Europy, tuż po towarzyskim meczu Anglii z Belgią, która miała w składzie aż siedmiu piłkarzy klubu z Brukseli. Shankly oglądał mecz na Wembley i rozpoznał zagrożenie, jakie stwarzali w ofensywie tacy zawodnicy jak Van Himst i Jef Jurion. To wskutek decyzji trenera Liverpool wystąpił w tym meczu w czerwonych spodenkach, po raz pierwszy w historii "The Reds" zagrali wtedy w jednym kolorze, co skupiło najwięcej uwagi ale równie istotny okazał się manewr z wycofaniem łącznika aby użyć Tommiego Smitha w roli dodatkowego środkowego obrońcy, co było wczesnym przykładem gry czwórką w defensywie. Sugerowało to elastyczność, świadomość że istnieje nie tylko angielski sposób gry, lecz Paisley przyznał: „Nasze podejście było nieco szaleńcze. Traktowaliśmy każdy mecz jak wojnę. Siła brytyjskiego futbolu leży w walce o posiadanie, choć gracze z kontynentu nam to odebrali, ucząc się, w jaki sposób można przejąć piłkę". Była to usterka, którą skorygowała rewolucja z października 1973 roku a po tym jak w 1974 roku Paisley zastąpił Shankly'ego, Liverpool miał odznaczać się cierpliwą grą podaniami. Zawiodło to „The Reds” do czterech pucharów Europy w latach 1977-1984 a dzięki podobnemu podejściu trofeum to dwukrotnie zdobyło Nottingham Forest pod wodzą Briana Clougha". Clough był wybornym strzelcem w Middlesbrough i Sunderlandzie, do dziś pozostaje zawodnikiem, który najszybciej zdobył 250 goli w angielskich ligach ale musiał skończyć karierę wskutek kontuzji, jakiej doznał w drugi dzień Świąt Bożego Narodzenia 1962 roku. W trakcie rekonwalescencji popadł w alkoholizm, lecz po tym jak zaimponował prowadząc w niższej lidze Hartlepool United, został zatrudniony przez wówczas drugoligowe Derby County. Wraz z asystentem Peterem Taylorem doprowadził zespół do awansu w drugim sezonie a następnie do sensacyjnego tytułu mistrzowskiego i półfinału Pucharu Europy rok później. Jednak po kolejnym półroczu nie było ich już w klubie. Clough, którego przez całą karierę irytowali zwierzchnicy pokłócił się z prezesem Longsonem i zrezygnował ze stanowiska. Wrócił do Brighton, wtedy czwartoligowego a potem przeżył katastrofalny, 44-dniowy okres pracy w Leeds, gdzie zastąpił swojego wielkiego rywala Dona Reviego. Niezaakceptowany przez graczy, większość czasu spędził na kłótniach a po odejściu przez ponad rok trzymał się z dala od futbolu, nim przejął Nottingham Forest. Tak jak Derby, był to prowincjonalny zespół drugoligowy, który nigdy nie wygrał ligi. W swoim drugim sezonie w klubie Clough poprowadził drużynę do awansu a w trzecim zdobył mistrzostwo. Co jeszcze bardziej zdumiewające, w kolejnym Nottingham wywalczył Puchar Europy a rok później go obronił. Do dziś pozostaje jedynym klubem, który ma na koncie więcej trofeów europejskich niż mistrzostw we własnym kraju. Nawet w latach 80-tych, kiedy wyczerpały się pieniądze Clough utrzymywał Forest w krajowej czołówce a gra zespołu charakteryzowała się staranną i cierpliwą wymianą podań. Twierdził: „Drużyna rozkwita tylko wtedy, kiedy ma piłkę. Kwiaty potrzebują deszczu- to niezbędny składnik a zdrowy rozsądek podpowiada że głównym składnikiem piłki nożnej jest sama piłka". Talent opuścił go dopiero wtedy, gdy przestał na dobre radzić sobie z alkoholizmem, cieniem ciągnącym się za nim przez całą trenerską karierę. Nottingham spadł z Ligi w jego ostatnim sezonie w roli managera klubu 1992/93 i jednocześnie pierwszym sezonie w erze Premier League, jakby w Nowym Świecie nie było miejsca dla takiego indywidualisty.

Clough jest jednym z zaledwie czterech trenerów, którzy sięgnęli w Anglii po tytuł ligowy z dwoma różnymi klubami(pozostałymi są Tom Watson, który zrobił to z Sunderlandem i Liverpoolem, Herbert Chapman z Huddersfield i Arsenalem oraz Kenny Dalglish z Liverpoolem i Blackbern Rovers) a miarą jego geniuszu jest to że gdy obejmował swoje zespoły były one drugoligowcami i na ten poziom po jego kadencjach powracały. Wydawać by się mogło że samą siłą swojej osobowości z prowincjonalnych zespołów tworzył Mistrzów. Był jednym z pierwszych trenerów, którzy zrozumieli potęgę mediów i ją wykorzystywali. Jego akcent rodem z Teesside, przeciąganiem samogłosek, uczynił go wdzięcznym obiektem dla parodystów i satyryków. Rozkoszował się uwagą, szlifując powiedzonka i wykorzystując je w odpowiednich momentach zawsze rozdmuchując swoją wielkość. „Nie od razu Rzym zbudowano(powiedział pewnego razu) ale akurat tym nie ja się przejmowałem". Był przynajmniej w Wielkiej Brytanii pierwszym menadżerem celebrytą. Publika podziwiała jego zarozumialstwo i cięte riposty, lecz za tą maską ukrywała się ciemna strona. Z biegiem czasu, gdy pił coraz więcej maska i twarz stopiły się w jedno i Clough człowiek stał się Cloughem osobowością, karykaturą samego siebie, kimś kto stara się utrzymać swoje demony w bezpiecznej odległości. „Jeśli znasz go i osobiście i zawodowo, odkryjesz sprzeczność charakteru- pisał pracujący z Cloughem przez kilka lat dziennikarz Duncan Hamilton w dodatku do gazety „Nottingham Evening Post", wydanym z okazji przejścia szkoleniowca na emeryturę. - Przypominał matrioszkę. Miał osobowość na pokaz, był jednak zdeterminowany by zachować prywatność. Był ekstrawertykiem ze zmysłem do graniczącej z przesadą teatralności, który jednak nie lubił wystąpień publicznych. Potrafił być trudnym typem, gderliwy, zawziętym, napuszonym, cholerycznym i niepotrzebnie opryskliwym ale mógł też być pełen współczucia, wyrozumiały, czarujący, nad wyraz chojny i umiał schodzić z drogi by nikomu nie przeszkadzać. Niekiedy potrafił być tym wszystkim w ciągu godziny". Jedyną stałą jego osobowości, niemal do samego końca był piłkarski geniusz. Clough zawsze gardził tym, co określał mianem „piłkarzyków rozstawionych na filcowym boisku", lecz twierdzenie że zupełnie ignorował taktykę to absurd. Był mistrzem strategii, wprawnym w kupowaniu zawodników, których umiejętności uzupełniały się w takim stopniu że nie potrzebowali wydumanych indywidualnych instrukcji. O jego skuteczności świadczy fakt że wielu zawodników sprawiających świetne wrażenie w Forest po sprzedaży zawodziło. Nie żeby Clough kiedykolwiek z tym dyskutował. Trzymał się twardo prostolinijnej tradycji brytyjskiego antyintelektualizmu, do czego przyczyniło się to że nie udało mu się zdać egzaminu dla jedenastolatków i zapewnić sobie miejsce w lokalnym gimnazjum a do jego wizerunku pasowały drwiny z tych, którzy próbowali objaśniać piłkę w nieco bardziej skomplikowanej terminologii. Starszy o 9 lat Revie, który urodził się w Middlesbrough, kilka kilometrów od Clougha, zbierał dokładne informacje o przeciwnikach i przygotowywał pakiety danych dla swoich graczy. Dla Clougha był typowym przykładem przemądrzalca, który psuje piękno piłki bo w podejrzany sposób ją komplikuje. Jego system był prosty i przez lata ledwo się zmienił. O drużynie Derby Taylor mówił: „Nie trzeba było długo wyjaśniać, jak mają grać. Do O'Hare'a mówiło się: „Patrz O'Hare. Musisz być gotowy, kiedy on zagra ci piłkę" a do Hintona mówiliśmy jedynie: „Ustawiaj się szeroko". Pomocnik Alan Durban wspomina że powiedziano mu iż jest odpowiedzialny za swoją strefę boiska i doradzono żeby się jej trzymał i ubezpieczył prawego obrońcę, zamiast biegać po całym boisku w poszukiwaniu chwały.

7

0

@Safrani Rok temu również zapowiadałęś transfery na miare europejskich pucharów i wszyscy wiemy jak to się skończyło, tak więc na tą chwile nie będe się wypowiadał o rokowaniach, dopóki nie zobacze jak wygląda ta gra naszego kochanego Widzewa...

14

Legendy niemieckiego futbolu:

26 lipca 1953 roku urodził się niemiecki trener piłki nożnej, menedżer i były piłkarz Wolfgang Felix Magath. Matka Magatha, Helene, była uchodźczynią z Prus Wschodnich a jego ojciec Felix, żołnierzem amerykańskim, który przybył z Portoryko i stacjonował w Niemczech. Magath dorastał bez ojca, gdyż w 1954 roku wrócił do ojczyzny. Dopiero w wieku 15 lat Magath nawiązał pierwszy kontakt listowy z ojcem i w tym samym roku jako swoje imię wybrał imię ojca. Magath już w wieku siedmiu lat grał w piłkę nożną w swoim rodzinnym klubie, w wieku jedenastu lat przeniósł się do Aschaffenburga a w wieku 21 lat Magath grał już w drużynie Saarbrücken w drugiej Bundeslidze. Dwa lata później podpisał z nim kontrakt Hamburger SV. Felix Magath szybko zapewnił sobie stałe miejsce w środku pola. Pierwszym wydarzeniem w karierze piłkarza było zdobycie Pucharu Europy w 1983 roku. 46 goli dla HSV w ciągu dziewięciu lat uczyniło Felixa Magatha jednym z najpopularniejszych piłkarzy Bundesligi, zdobył trzy tytuły mistrzowskie a w latach 1982 i 1986 został z reprezentacją wicemistrzem świata. Po zakończeniu aktywnej kariery piłkarskiej Magath został w 1995 roku trenerem HSV. Następnie uplasowały się 1. FC Nürnberg, Werder Brema, Eintracht Frankfurt i VfB Stuttgart, z których ten ostatni Magath doprowadził do tytułu wicemistrza Niemiec w 2003 roku a tym samym do Ligi Mistrzów po raz pierwszy w historii klubu. Sukces, który umożliwił mu przejście do FC Bayern. W latach 2005 i 2006 Magath zdobył z reprezentacją Monachium puchar i mistrzostwo. Jednak w 2007 roku Magath odszedł po słabym początku drugiej połowy sezonu. Sukces szybko jednak wrócił: Magath niespodziewanie został mistrzem Niemiec z VfL Wolfsburg w 2009 roku. Po krótkim „objeździe” do FC Schalke 04 Magath wrócił do Wolfsburga w 2011 roku i udało mu się wyciągnąć drużynę z dołu tabeli. W 2012 roku Magath opuścił Bundesligę i przeniósł się do międzynarodowych klubów, był trenerem w Fulham FC oraz w chińskim klubie pierwszej ligi Shandong Luneng do 2017 roku. Od 2020 roku Magath pracował jako konsultant i kierownik działu we frankońskiej firmie poligraficznej Flyeralarm. W marcu 2022 roku ogłoszono powrót Magatha do Bundesligi w roli szkoleniowca Herthy Berlin.
@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360

11

Zamienił stryjek siekierke na kijek!

26 lipca 2009 r. doszło na linii Mediolan-Barcelona do transferowej wymiany Samuela Eto’o na Zlatana Ibrahimovicia. W ten sposób dobiegła końca jedna z najdłuższych sag transferowych w klubowej historii. Blaugrana zapłaciła Interowi za szwedzkiego napastnika 40 mln euro, w pakiecie oddając Eto’o, któremu pozostawał rok do końca kontraktu. Osobiście największy żal jaki mam do Guardioli to właśnie pozbycie się wówczas jednego z najlepszych napastników świata, jakim z pewnością była ,,Czarna perła” z Kamerunu. Przecież to głównie jemu i Messiemu zawdzięczamy wywalczenie dwóch pucharów Champions League.
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@Lionel_Messi10
@martusiaaaa
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
@Vivienne

0

@Maker0 Nie dziwi mnie to wcale, gdyż był to wówczas jeden z najlepszych skrzydłowych świata, jeśli nie najlepszy...

12

Pożegnalny list Overmarsa:

26 lipca 2004 r. holenderski skrzydłowy we wzruszający sposób pożegnał się z fanami Blaugrany, kończąc jednocześnie piłkarską karierę: ,,Kochani barceloniści, gra w tym klubie była moim marzeniem od dziecka i to marzenie stało się rzeczywistością cztery lata temu. Motywem odejścia jest fakt że fizycznie nie jestem już przygotowany do gry na wysokim poziomie wymaganym w FC Barcelonie. Po długim czasie rozmyślań o przyszłości podjąłem bolesną decyzje o zakończeniu kariery profesjonalnej. Z tego powodu i ze względu na szacunek, jakim darzę FC Barcelone i jej socios zrezygnowałem z ostatniego roku kontraktu, nie oczekując niczego w zamian, uważam że tak było uczciwie. Jestem pewien iż FC Barcelona rozpoczyna nową ere sukcesów i dlatego życzę wszystkiego najlepszego moim kolegom, sztabowi technicznemu, zarządowi i przede wszystkim socios, bo zawsze mnie wspieraliście”.
@Szalik
@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@Adran360

1

@Adran360 Ano rzeczywiście przednia asysta. Tylko ta muzyka w tle strasznie mnie wkurza czemuś...

0

@Munio I ja również przyłączam się do tych podziękowań :)

11

Debiuty żywych legend FC Barcelony:


26 lipca 2002 r. w towarzyskim meczu z Grenoble Foot 38(przegranym przez Blaugrane 1:0) zadebiutował w pierwszej drużynie Victor Valdes. 20-letni wówczas bramkarz zastąpił w drugiej połowie Roberta Enke.


26 lipca 2007 r. Thierry Henry zadebiutował w barwach FC Barcelony. Debiut przypadł na towarzyski mecz z Dundee United wygrany 1:0. Debiut dla Francuza okazał się wymarzony ponieważ Henry wchodząc na boisko po przerwie strzelił zwycięskiego gola w ostatniej minucie meczu.
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani

9

Prezentacja Alexisa w FC Barcelonie:

25 lipca 2011 r. odbyła się prezentacja Alexisa Sancheza. Urodzony w 1988 r. Alexis zaczynał karierę w Club de Deportes Cobreola, skąd w 2006 r. kupiło go włoskie Udinese. Włosi wypożyczali go kolejno do chilijskiego Colo Colo i argentyńskiego River Plate, więc na swój debiut we Włoskiej Serie A Sanchez musiał czekać aż do 2008 r. Trzy udane sezony w Udinese zaowocowały transferem do Barçy, która zapłaciła 26 milionów euro i dodatkowe 11 milionów w postaci zmiennych. ,,Przyszedłem uczyć się od najlepszych”- przekonywał Alexis na swojej pierwszej konferencji prasowej w roli piłkarza Blaugrany. Prezentacja i tradycyjna sesja zdjęciowa nie odbyła się na Camp Nou, lecz w Ciutat Esportiva Joan Gamper.
@Vivienne
@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@martusiaaaa
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@Adran360

1

@Ogorinho1974 No niestety taka kolej życia. Co niektórzy napiszą na tej stronie od czasu do czasu że się postarzeli bo przekroczyli 40-tke a nawet i 30-tke! A jam już dwie piątki z przodu i generalnie nie narzekam na świat.......

13

Towarzyskie tournée:

25 lipca 1962 r. FC Barcelona pokonała Deportivo Cali 3:2 w meczu towarzyskim w ramach tournée po Ameryce Południowej. Hattrickiem popisał się Sandor Kocsis.
@1LY0
@Adran360
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
@Vivienne

10

@FCBparasiempre
,,Bóg podarował mi to wszystko i mogę Mu tylko podziękować”-Ronaldo de Assis Moreira. ,, Ronnie'’ jest szczęśliwy, to widać a jego uśmiech od dawna nie był tak radosny. Zresztą każdy na jego miejscu czułby się jak w niebie. Właśnie wygrał Copa Libertadores i przeszedł do historii. Ma już w swojej kolekcji puchar najbardziej prestiżowych rozgrywek Ameryki Południowej oraz tryumf w europejskiej Champions League. Przed nim osiągnęło to tylko pięciu piłkarzy: Cafu, Dida, Rocke Junior, Carlos Tevez i Walter Samuel. To dla większości niemożliwe do spełnienia marzenie, z którego ,,Dinho” mógł się cieszyć po długim okresie posuchy. ,, Mówili że jestem skończony, mówili że jestem skończony, mówili że jestem skończony"- powtarzał raz za razem z entuzjazmem. 12 miesięcy od przyjścia do Atletico Mineiro, kiedy prawie wszyscy stwierdzili że nic już z niego nie będzie, Gaucho pojednał się z futbolem. Owszem, nie grał na poziomie sprzed kilku lat ale nie zatracił swego daru do wymyślania niemożliwych zagrań, do zaskakiwania i decydowanie o losach meczów. Wciąż jest najlepszym przedstawicielem ,, joga bonito", chociaż akurat tego wieczoru zabrakło mu inspiracji. Na stadionie „Mineirao” w Belo Horizonte 24 lipca 2013 roku, podczas rewanżu w finale z paragwajską Olimpią Asuncion, prezentował się dość niepozornie ale jego drużyna po raz pierwszy w historii wygrała Copa Libertadores, w znacznej mierze dzięki niemu. Bilans jego występów w całych rozgrywkach był ewidentnie pozytywny. Jest piłkarzem z największą liczbą asyst i strzelił w sumie cztery gole, niektóre z nich godne zapamiętania, jak wspaniały strzał pod poprzeczkę w spotkaniu z Arsenalem de Sarandi w fazie grupowej. ,,Komu oddasz koszulkę, w której dzisiaj grałeś?"- pytał „Ronniego” argentyński dziennikarz chwilę przed wzniesieniem pucharu. ,,To jest dla mojej mamy. Zawsze wręczałem jej koszulki ze wszystkich finałów"- odpowiada bez wahania Ronaldinho. Jest to hołd wdzięcznego syna złożony matce, która jest dla niego źródłem inspiracji i oczywiście jego fanem nr 1. Przed rokiem, po odejściu z Flamengo, piłkarz był bliski zawieszenia butów na kołku, aby móc opiekować się Migueliną, która właśnie przeszła operację usunięcia nowotworu. Chciał zrekompensować jej trud, jaki podejmowała w trakcie całej jego kariery. Jednak przerwa między pobytem we ,,Fla” i w Atletico Mineiro trwała tylko 4 dni. Dino chciał nadal grać w piłkę i(jak sam przyznał) wsparcie kibiców Atletico dało mu wystarczającą siłę by nie rezygnować. „Było naprawdę trudno ale oni byli obok mnie. Kiedy zachorowała moja matka, przynieśli na stadion transparent z jej wizerunkiem. Ściskali mnie"- wyjaśniał jakiś czas później. To wsparcie w momencie gdy wydawało się że wszyscy się od niego odwrócili, rekompensuje znaczną obniżkę pensji(mówi się że zamiast 500 000 zarabiał 140 000 euro miesięcznie), na którą Ronaldinho się zgadza by włożyć biało-czarną koszulkę. 4 czerwca 2012 roku Roni dołącza do nowej drużyny. Jest już po rozpoczęciu sezonu. Jego przeprowadzka do Belo Horizonte w znacznej mierze wynika z Przyjaźni łączącej jego brata Roberto z Cucą, trenerem Atletico. Znają się z czasów Gremio, , gdy grali w zespole który w 1989 roku zdobył Puchar Brazylii. 9 czerwca gaucho debiutuje w oficjalnym meczu przeciwko Palmeirasowi. Atletico wygrywa ten mecz 1:0 a gola strzela Jo, chociaż występ Dino pozostawia bardzo dobre wrażenie. Swojego pierwszego gola w nowym klubie zdobywa 15 dni później w meczu z Nautico, które kończy się wynikiem 5:1 dla biało-czarnych. W następnych tygodniach drużyna z Belo Horizonte zostaje liderem rozgrywek o mistrzostwo Brazylii w czym spora zasługa Ronaldinho. Po raz pierwszy od bardzo dawna staje na wysokości zadania i spełnia pokładane w nim nadzieję. Trasa pisze tylko o jego występach na boisku; kontrowersje i plotki na temat jego życia prywatnego schodzą Na drugi plan. Zmiana zachowania jest radykalna, lecz do czasu a konkretnie do 12 sierpnia. Ronie znalazł się poza kadrą na mecz z Vasco da Gama, za karę, ponieważ poróżnił się z Aleksandre Kalilem, prezydentem Atletico. Powód? Na spotkaniu z piłkarzami szef klubu ogłosił że od tej pory drużyna będzie zaczynać zgrupowanie dwa dni przed meczem aby uniknąć roztargnienia i nocnych wyjść. Obwieszczenie zaowocowało ostrą kłótnią z „Ronnim”, która zakończyła się czasowym odsunięciem piłkarza od zespołu. To zdarzenie wywołuje alarm: czyżby miał to być koniec idylli? Obawa że pomocnik obniży formę jak w poprzednich sezonach jest nieuniknione, jednak tym razem Ronie nie rozczarowuje. Polemika kończy się niemal tak szybko jak się zaczęła i w meczu z Botafogo. 20 sierpnia Gaucho znów wybiega na murawę. Jest to mecz w pewnym sensie nostalgiczny, jako że Ronaldinho spotyka się na boisku ze starym przyjacielem, kolegą z Milanu a teraz przeciwnikiem Clarensem Seedorfem. Biało-czarni wygrywają 3:1 a „Ronnie” jest całkowicie zaangażowany stara się pomóc swojej drużynie w wygraniu rozgrywek ligowych, których liderem jest Fluminense, mające sporą przewagę nad resztą stawki. Piłkarz jest bohaterem niezapomnianych chwil, jak wtedy, gdy strzela trzy gole w meczu z Figueirense 7 października(ostateczny wynik to 6:0). Pierwszy z nich, w 11 minucie jest spektakularny. Ronaldinho nie zatrzymując się oddaje strzał spoza pola karnego a piłka ląduje pod poprzeczką. Wszyscy wskakują na niego by celebrować to trafianie a on nie może ukryć łez. Wskazuje na niebo. To Ronaldinho jakiego wszyscy znają i kochają, ten, który znowu pozwala marzyć. Chociaż kilka dni później mistrzem zostaje w Fluminense, to Gaucho zdobywa złotą piłkę dla najlepszego brazylijskiego piłkarza 2012 roku.


W Atletico czuję się dobrze i 28 listopada przedłuża kontrakt o kolejny rok. Czeka na niego jeden z najbardziej owocnych sezonów w karierze ale wcześniej pojawia się inna niespodzianka. Scolari powołuje go do reprezentacji. Były piłkarz FC Barcelony udaje się do Londynu aby 6 lutego rozegrać tam towarzyskie spotkanie z Anglią. ,, Mam za sobą dobry sezon, dlatego wierzyłem że może się to zdarzyć. Bardzo się cieszę że stało się to rzeczywistością"- mówił podczas spotkania z dziennikarzami. Mecz nie jest jednak bułką z masłem. Brazylia przegrywa 1:2 a Ronaldinho nie wykorzystuje rzutu karnego. Uzyskuje natomiast potwierdzenie że ma jeszcze szansę wystąpić na Mistrzostwach Świata w 2014 roku. Tymczasem sezon przebiega znakomicie. W Copa Libertadores Atletico kroczy od zwycięstwa do zwycięstwa. 8 marca jest liderem swojej grupy, ma pięć punktów przewagi nad drugą drużynę FC São Paulo. Piłkarze z Belo Horizonte dwukrotnie urządzają goleady argentyńskiemu Arsenalowi de Sarandi. Zarówno w pierwszym meczu w Buenos Aires, jak i w rewanżu brazylijski zespół gromi rywala 5:2! Ronaldinho odgrywa decydującą rolę podobnie jak w następnym meczu reprezentacji. 7 kwietnia ,,Canarinhos” pokonują Boliwie 4:0 a ,,Dinho” jest kluczową postacią przy trzech pierwszych trafieniach, chociaż sam gola nie strzela. W maju szczęście go opuszcza. Pomimo dobrego poziomu gry Gaucho Scolari nie powołuje go do kadry na Puchar Konfederacji. Ronie nie kryje rozczarowania ale zapewnia że ten krok do tyłu tylko go zmotywuje by otrzymać powołanie w przyszłości. Tymczasem w Copa Libertadores Atletico cierpi męki w ćwierćfinale. Na stadionie Tijuany w ostatnich momentach meczu udaje mu się doprowadzić do wyrównania 2:2. Rewanż na „Mineirão” też kończy się egonicznym remisem 1:1 ale cel został osiągnięty: drużyna awansowała do półfinału. Tutaj przeciwnikiem był argentyński Newell’s Old Boys. 7 lipca Brazylijczycy przegrywają w Rosario 0:2; mecz od początku do końca został zdominowany przez rywali. Ronaldinho ustawiony był za bardzo z przodu a Atletico zostawiło Argentyńczykom zbyt wiele miejsca. Cztery dni później brazylijska drużyna na własnym stadionie walczy o przetrwanie. Zawodnicy wiedzą że nie są faworytami i muszą wywrócić zakłady do góry nogami i udaje im się. Zaledwie 2 minuty od rozpoczęcia meczu Bernard strzela na 1:0 po podaniu Gaucho. Tablica wyników nie zmienia się przez resztę meczu aż szczęśliwym trafem Guillerme, który właśnie wszedł na boisko wykorzystuje błąd obrońcy Newell’s i prawą nogą spoza pola karnego strzela na 2:0. Trwa 5 minuta doliczonego czasu gry. O awansie do finału decydują rzuty karne. Ronaldinho wykorzystuje swoją jedenastkę i strzela na 3:2. Następny w kolejce jest Maxi Rodriguez ale Viktor, bramkarz Atletico czyta mu w myślach i wykonuje fantastyczną paradę. Jego drużyna nie posiada się z radości. Piłkarze z Belo Horizonte powalczą o Copa Libertadores z paragwajską Olimpią Asuncion. Zbiegiem okoliczności dwumeczowy finał będzie miał przebieg(a zwłaszcza zakończenie) bardzo podobny do tego, co działo się w półfinale. Pierwszy mecz odbywa się na stadionie Manuel Ferreira w Asuncion, gdzie gospodarze spokojnie wygrywają 2:0. Podopieczni trenera Cuki znów nie mogą zawieźć przed własną publicznością jeśli chcą zdobyć najbardziej pożądane trofeum w Ameryce Południowej. Pokazuje że nie będzie łatwo. Olimpia tworzy mur obronny nie do pokonania, Atletico zderza się z nim raz za razem ale gospodarze naciskają i pressing zaczyna przenosić efekty. W doliczonym czasie gry pierwszej połowy Jo udaje się znaleźć miejsce i strzela na 1:0. W drugiej części drużyna Ronaldinho fizycznie jest mocniejsze od Olimpii, chociaż na wyrównanie w dwumeczu trzeba czekać aż do ostatnich 4 minut meczu, kiedy strzał głową oddaje Leonardo Silva. W dogrywce tablica wyników pozostaje bez zmian, mimo że Atletico gra z przewagą jednego zawodnika i znowu rzuty karne zdecydują na którą stronę przechyli się szala zwycięstwa...? Udało się! Ronaldinho i jego koledzy triumfują. ,,To jest trofeum, którego mi brakowało"- mówi Roni po meczu. Wisienkę na torcie kładzie 200 dziennikarzy sportowych z regionu, którzy przed zakończeniem roku przyznają mu tytuł piłkarskiego króla Ameryki. Gaucho dostaje 156 głosów, prawie dwa razy więcej niż drugi sklasyfikowany zawodnik i triumfator w dwóch poprzednich latach- Neymar Junior. W szeregach Atletico Mineiro Roni znów poczuł zapach sukcesu i, co jeszcze ważniejsze, osiągnął pewną stabilizację. W Belo Horizonte grał od dwóch lat ale nawet jego pożegnanie odbywa się spokojnie. Podczas konferencji prasowej pod koniec lipca 2014 roku nie podaje konkretnych powodów dla których postanowił rozwiązać kontrakt za porozumieniem stron i w przyjacielskiej atmosferze, chociaż przyjmuje się za pewnik że w znacznej mierze wynika to z jego niezadowolenia z poczynań nowego trenera Lewira Culpiego. Tym razem Ronaldinho odszedł z wysoko podniesioną głową i trzema trofeami w kieszeni: Copa Libertadores, Recopa Sudamericana i mistrzostwo stanu Minas Gerais. ,,Ten klub funkcjonował bardzo dobrze! ,,Galo” zawsze będzie w moim sercu”- podsumował „Ronni”.

Media

Sonda

Kto powinien wygrać Złotą Piłkę 2026?