9

Kempes i Rensenbrink:
25 czerwca 1978 roku, Estadio Monumental; Argentyna-Holandia.

Kiedy na Estadio Monumental Daniel Alberto Passarella odbiera puchar świata z rąk prezydenta Argentyny Generała Jorge Rafaela Videli, tysiące kilometrów dalej siedzący w małym pokoju Yoichi Takahashi chwyta kartkę i ołówek. Kilkoma pociągnięciami szkicuje twarz swojego nowego idola: Mario Alberto Kempesa. „Marzenie mistrza". Po obejrzeniu wielu meczów na mundialu Yoichi przestał się uważać już tylko za fana baseballu. Cieszyła go gra Kempesa, plastyczność Johana Cruijffa, gole Roberto Dinamite i parady Ramona Quirogi. „Futbol to jego pasja". Kiedy kończy postać Kempesa, bierze drugą kartkę i zaczyna szkicować holenderskiego napastnika Roba Rensenbrinka. „Magowie piłki". Później chwyta oba rysunki, podchodzi do okna i przykłada je do szyby. Twarz, którą widzi przypomina mu twarz dziecka o wielkich oczach i nastroszonych włosach. Wyobraża go sobie z dziesiątką na plecach i opaską kapitana na ramieniu a także jego największego rywala: niepokalanego bramkarza, który skrywa swój wzrok pod daszkiem czapki. „Publiczność szaleje, oglądając grę obydwu". Kolejne miesiące Yoichi spędza zamknięty w pokoju. Rysuje spłaszczone piłki, efekt potężnych strzałów, takich jak uderzenia Nelinho. „Biegną z piłką przy nodze i nikt nie zdoła ich zatrzymać". Kilometrowe bramki, tak długie że zmuszają bramkarzy do fruwania, jak robił to Ubaldo Fillol. Wreszcie, po wykonaniu tysięcy rysunków nakreślił ostateczne rysy tego chłopca o wielkich oczach i nastroszonych włosach. Ma coś z Astro Boya. Cechy klasycznego bohatera i kocha piłkę ponad wszystko. W głowie pojawia mu się imię i nazwisko: Tsubasa Ozora. „Kapitan Tsubasa- mówi na głos. - Dla kibiców nie ma nikogo lepszego". Po zapełnieniu szkicami wielu koszy na śmieci Yoichi kończy pierwszą Mangę o kapitanie Tsubasie. Seria odnosi sukces w jego kraju a lata później także poza Japonią. „Grają tylko po to żeby wygrać ale zawsze uczciwie". Tsubasa Ozora staje się idolem całego nowego pokolenia, który marzy o grze z dziesiątką na plecach. „Tsubasa i Genzo, magowie piłki". Miliony dzieci uczą się grać w piłkę z telewizora. Miliony dzieci biegają razem z Tsubasą, w razie gdyby w którymś momencie zagrał do nich na ścianę. Nieważne że są na niekończącym się boisku: Tsubasa nauczy je że bieg po marzenie może trwać całą wieczność ale ostatecznie zawsze wpadnie gol, który zmienia wszystko w ciągu sekundy. „Od pierwszego do ostatniego piłkarza, zaczynając od trenera, wszyscy muszą znać swoje zadania żeby wyjść na boisko po zwycięstwo". Spod ołówka Yoichiego Takahashiego wychodzą dryblingi Tsubasy, parady Genzo, idealne podanie Taro Misakiego, podwinięte rękawy Kojiro Hyugi, wierność Takeshiego Sawady, odwaga Ryo Ishizakiego, ogromne serce Chikaru Matsuyamy, umięśnione nogi Hiroshiego Jito, akrobatyczne uderzenia bliźniaków Tachibana oraz lekcje Roberto Hongo między kolejnymi pociągnięciami z piersiówki. Trzeba szanować piłkę jak najlepszego przyjaciela. Tylko ci zawodnicy, którzy będą ją szanować zyskają jej szacunek. „Duma z walki na śmierć i życie o twoje barwy, twoje miasto, twój kraj jest bezgraniczna, jest czymś wyjątkowym...".
Miguel Angel Ortiz
@Sysia11
@Ogorinho1974
@MoralnyKarzel
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@Adran360

7

@FCBparasiempre
25 czerwca 1995 r. „Gigante de Arroyito”; Rosario Central – San Lorenzo.
Znowu jest sam w Paryżu. W 1981 roku jednego z tamtych smutnych dni na wygnaniu płakał jak dziecko, kiedy San Lorenzo spadło z Ligi. tej nocy Osvaldo Soriano może nie powstrzymać radości. W swoim mieszkaniu przy Chateau Rouge skacze, krzyczy, rzucaj się na łóżko. „Ciklon" został mistrzem po 21 latach! Nie może oderwać się od telefonu. Słucha śpiewów po drugiej stronie słuchawki. Główka Gallego Gonzaleza sprawiła że stał się cud. Czuje że tam jest, 11 000 km dalej, jako jeden z wielu w stadach „kruków”, które udały się do Rosario. Otwiera okno i ogłasza wszem wobec, chociaż w tym mieście nikt go nie rozumie: „San Lorenzo mistrz, kurwaaaa!" Sąsiedzi się skarżą, jest 2 w nocy. Dalej krzyczy w pustkę, opętany, ekstatyczny, za dawne czasy, za nowe, za San Filippo, za Pampe Biaggio. „Jak mam teraz świętować ten tytuł? Z kim mam dzielić radość?", pyta sam siebie. Nikt nie przeszedł ulicą, kawiarnia na rogu jest zamknięta. Nie powinien palić ale wyjmuje jedno ze swoich najlepszych kubańskich cygar, nie powinien palić ale nalewa sobie kilkuletnia whisky. Powoli ogarnia go wspaniałe uczucie spełnienia. „San Lorenzo mistrz, kurwa”, nie przestaje sobie powtarzać. Jedna szklanka, później następna i rozszalałe serce Osvaldo Soriano uspokaja się w samotności Paryża. Głowę opiera o ścianie, otępienie po whisky zmusza go do zamknięcia oczu. Widzi boisko z ubitej ziemi. Wie, że znajduje się na jakimś pustkowiu w Patagonii. Słyszy marsz, który jest coraz bardziej przybiera na sile. Za jednym ze wzgórz otaczających pole dostrzega czerwoną flage ze swastyką na środku. Pod nią maszeruje drużynę piłkarską, idealnie umundurowaną, wszyscy w surowej czerni. Włóczy się nie widząc nikogo aż nagle spotyka mężczyznę, który jest oprócz kapelusza nosi przy pasku rewolwer dużego kalibru. „Wie pan, to finał mundialu z 1942 roku. Ci Niemcy już tacy są, na każdym mecz muszą przyjechać z godzinnym wyprzedzeniem. - Słucham? Pyta Soriano. - Nazywam się William Brett Cassidy, jestem kowbojem i sędzią piłkarskim. Moje uszanowanie - mówi wyciągając do niego ręke. I wtedy dając się ponieść potokowi słów Cassidy zaczyna mu opowiadać historię nieznanego mundialu. Mówi o robotnikach budujących tamę w Barda del Medio, z których wielu to uchodźcy z Europy i o tym, jak uzgodniono zorganizowanie mistrzostw świata w miejsce turnieju odwołanego z powodu wojny. Sędzia informuje go o niektórych uczestnikach mundialu: włoskich antyfaszystach, robotnikach Guarani, argentyńskich poszukiwaczach złota i oczywiście elektrotechnikach z III Rzeszy, którzy instalują pierwszą linię telefoniczną łączącą Pacyfik z Atlantykiem. Soriano słucha go uważnie: „Ale co to za mundial?”, zastanawia się. Niemcy rozgrzewają się ze scholastycznym rygorem, recytując akapity z Heideggera. Ponieważ zobligowani są do trzymania uniesionej ręki przy każdej przemowie kapitana, momentami trudno im przyjąć piłke na klatke piersiową. Wygrali wszystkie mecze, w których rywalizują w rywalizacji, niszcząc systemy obronne i bezbłędnie wykonując rzuty karne. Ze względu na imperatyw kategoryczny i patriotyczny wystąpił zmiana systemu WM na H, ustawienie, które ich trener stara się utrzymać przez cały mecz. Dzisiaj w finale nikt nie ma wątpliwości, że bardzo szybko przechylą szale zwycięstwa na swoją korzyść.
Publiczność zaczyna przebywać i zajmować miejsca wokół placu gry. William Brett Cassidy kieruje się na oznaczony butelką burbona środek boiska. Niemcy się niecierpliwią, pragnął jak najszybciej przekazać Führerowi informację o zwycięstwie żeby podnieść morale wojsk na froncie wschodnim. Zbliża się jednak godzina rozpoczęcia meczu a ich rywale wciąż się nie zjawiają aż wreszcie nad jednym ze wzgórz rozbrzmiewa delikatna melodia wiatru. Drużyna Mapuczy ma tę przewagę że jest prawowitym gospodarzem turnieju. Awansowała do finału po tym, jak pewnie pokonała angielskich robotników budujących linię kolejową ich widowiskowa gra przez niektórych określana mianem magicznej nie przejmuje się taktykami ani rezultatami. Wygrywali mecze, nawet nie dotykając piłki prowadząc ją jedynie swoim śpiewem. Stale atakując jak nikt inny ucieleśniają idee futbolu jako widowiska, przy której obstaje ich trener szczupły i melancholijny dżentelmen z długimi wąsami, który właśnie usiadł obok niego. - Peregrino Fernandez, trener piłkarski- mówi. - Miło mi trenerze- odpowiada Soriano. Nie ma czasu na nic więcej ponieważ sędzia odgwizduje początek meczu. Wśród publiczności grupa spawaczy z Ligurii śpiewa międzynarodówkę, na co natychmiast odpowiadają chilijscy ewangelicy swoją cuecą. Broń błyszczy złowrogo Patagonii. Na placu gry Niemcy atakują frontalnie. Beztroscy ma płucze nie przestają zaś patrzeć w niebo. Piłkarze III Rzeszy dominują ale nie są w stanie trafić do bramki przeciwników. Cassidy chce odgwizdać dla nich pięć rzutów karnych, spłacić dług, zatrzymać tych Indian, wyrzucić ich, aresztować ale ktoś ukradł rewolwer. Wtem niebo ciemnieje. Raptowna burza wyładowuje się złowieszczo i w mgnieniu oka zamienia boisko w bagno. „Nie ma nic piękniejszego niż nurkowanie w błocie", myśli Soriano. Buty Niemców grzęzną, podczas gdy ma pucze tańczą z zadziwiającą lekkością. Peregrino Fernandez oklaskuje piękno i skuteczność swojej drużyny. Z Barda del Medio nikt nie skontaktuje się przez telefon z Adolfem Hitlerem. Nikt nie zadzwoni do Führera z Patagonii ponieważ napastnik lokalnego zespołu prowadząc piłkę między obiema stopami przygotowuje się do tego aby posłać ją na drugą stronę linii bramkowej... Z silnym bólem szyi Osvaldo Soriano dostrzega pierwsze promienie wschodzącego słońca. Z jego twarzy wciąż nie schodzi błogi uśmiech. „Ale z ciebie głupiec Cassidy". Budzi się i znowu szepcze tę samą litanię: „San Lorenzo mistrz, kurwa". Coś mu podpowiada że to będzie jego ostatni tytuł i chcę znowu płakać, znowu skakać ale w tym mieszkaniu nie ma z kim dzielić radości. Po 21 latach „Ciklon” znowu jest najlepszy. Chociaż jego płuca nie dają już rady musi zejść pięć pięter w budynku bez windy żeby komuś o tym powiedzieć. Po przejściu przez ulicę wyczerpany wchodzi do kawiarni przy Rue Dejean, Gdzie w każdy poniedziałek jest śniadanie. - Gordo powiedz mi do czego można porównać zdobycie mistrzostwa? - pyta go kelner pochodzący z Tandil. - słuchaj: to tak, jakby suchy i ciepły szampan spływał przez gardło. Takie łaskotanie - odpowiada Soriano.
David Garcia Cames.

5

@FCBparasiempre
Mundial w Argentynie zwiększył w świecie zainteresowanie piłkarzami z tego kraju. Dziś grają w większości najlepszych klubów i lig europejskich. Nie ma futbolu bez transferów zawodników. Dziś motywem migracji są przede wszystkim pieniądze. Dawniej znaczenie miały także związki rodzinne i polityka. Gdyby Ferenc Puskas nie uciekł z komunistycznych Węgier, nie byłoby wielkiego Realu lat 50-tych. Podobną role w FC Barcelonie odgrywał Ladislao Kubala, który w roku 1949 przekroczył granice węgiersko-austriacką zagrzebany pod śmieciami w ciężarówce. Mistrzostwa świata w Argentynie przybliżyły nieco futbol tego kraju Europie i otworzyły szerzej drzwi tutejszego rynku. W 22-osobowej kadrze gospodarzy znalazł się tylko jeden piłkarz grający w klubie zagranicznym a mianowicie Mario Kempes z CF Valencia. Po mundialu Argentyńczycy stali się wyjątkowo atrakcyjnym towarem. Sensacją było kupienie przez londyński Tottenham Hotspur od razu dwóch argentyńskich pomocników: Osvaldo Ardilesa i Julio Ricardo Villi. Od tej pory zwiększyła się frekwencja na meczach Tottenhamu a jego kibice ułożyli nawet piosenke, w której Ardiles nie tyle śpiewa, co mówi trzy słowa a wszystko to w okresie napiętych stosunków pomiędzy Londynem a Buenos Aires. Nawet wojna o Falklandy/Malwiny nie zmieniła stosunku kibiców do obydwu Argentyńczyków, chociaż Ardiles opuścił wówczas Anglie na kilka miesięcy. Dziś obydwaj mają miejsce w Hali Sławy Tottenhamu. Wróćmy jednak do roku 1978, gdzie Argentyna była jednym z faworytów mistrzostw świata. Brało się to z klasy jej najlepszych zawodników, wyników w meczach towarzyskich oraz faktu że przystępowała do turnieju jako jego gospodarz. Nie wzięto pod uwagę że ta przewaga może być jeszcze większa, gdyż u schyłku XX wieku powtórzone zostaną działania charakterystyczne dla państw totalitarnych. W roku 1934 sędziowie prowadzili mecze Włochów tak, żeby zadowolony był Benito Mussolini. W roku 1978 Argentyną rządziła junta wojskowa generała Jorge Videli, głucha na wszelkie wołania o demokracje. Więzienia zapełniały tysiące ludzi, wielu z nich nigdy nie wróciło do domu; ba! Nie znaleziono nawet ich grobów. Lista tzw. ,,desaparecidos”(znikniętych) zawiera ponad 8 tysięcy nazwisk przeciwników junty. Wiele krajów potępiało te działania ale żaden z nich nie wycofał swojej reprezentacji z mundialu. Tylko Johan Cruyff odmówił wyjazdu do Argentyny, w proteście przeciw rządom junty, chociaż wydaje się że ktoś taką ideologie do jego absencji w mundialu dodał. Ostatni mecz w barwach ,Oranje” Cruyff rozegrał bowiem w marcu 1977 roku, czyli ponad rok przed mistrzostwami. Już podczas turnieju piłkarze Szwecji wzięli udział w manifestacji na placu w Buenos Aires, wspólnie z matkami aresztowanych przez junte synów oraz żonami i wdowami po bojownikach o demokracje. W sportowym świecie Szwecji taka reakcja była naturalna. Pomoc piłkarzom argentyńskim widoczna była od pierwszego meczu, ledwo wygranego z Węgrami 2:1 dzięki bramce Bertoniego na 6 minut przed końcem. Na ten mecz czekał cały kraj, miejsce w loży honorowej zajeli członkowie zarządu. Videla na stadion przychodził zawsze w dwurzędowym garniturze. Zresztą wyglądał w nim jak w mundurze, w którym było mu bardziej do twarzy. Portugalski sędzia patrzył przez palce na faule gospodarzy, z czym Węgrzy nie mogli się pogodzić. Dwaj najlepsi: Torocsik i Nyilasi ukarani zostali czerwonymi kartkami. W następnym meczu z Francja szwajcarski sędzia przyznał Argentyńczykom rzut karny po przewinieniu, którego nikt poza nim nie widział. W drugiej rundzie gospodarze pokonali 2:0 Polske ale sędzia nie miał nic wspólnego z tym że Kazimierz Deyna nie wykorzystał rzutu karnego. Poirytowany trener Gmoch powiedział tylko że nikt nie odbierze tytułu mistrza świata Argentynie na jej boisku. Słowa polskiego trenera przypomniały się tydzień później. Po bezbramkowym remisie z Brazylią i wygranej tej drużyny z Polską 3:1, Argentyna potrzebowała zwycięstwa nad Peru różnicą czterech goli. Wychodząc na boisko dobrze o tym wiedziała, ponieważ jej mecz rozpoczynał się godzine po zakończeniu meczu Polska-Brazylia. Tak to sobie organizatorzy wymyślili, co zresztą oprotestowano ale bez żadnych konsekwencji. Dopiero w przyszłości, chcąc uniknąć tego rodzaju sytuacji i podejrzeń, FIFA postanowi że ostatnie mecze w grupie będą się rozpoczynały o tej samej porze.

Argentyńczycy grali wtedy do jednej bramki. Peru w ogóle nie stawiało oporu. Prezentowało się zdecydowanie poniżej możliwości, jakby pogodzone z porażką jeszcze przed pierwszym gwizdkiem, chociaż miało kilka gwiazd z Cubillasem i Chumpitazem na czele. Wynik 6:0 dawał Argentynie awans do ścisłego finału i śmierdział na kilometr. Już po mistrzostwach okazało się że Argentyna udzieliła Peru wysokiej pożyczki, wysłała zboże i podpisała umowę o pomocy wojskowej. Wszystko to w połączeniu z wynikiem na boisku, uznane zostało za dziwne nawet przez ekspertów do spraw południowoamerykańskich. Przypomniano przy okazji historie sprzed czterech lat, kiedy to Argentyńczycy rzekomo proponowali Polakom kwote około 20 tysięcy dolarów za pokonanie Włochów w ostatnim mecze fazy grupowej mundialu w RFN. Polska wtedy wygrała a Argentyna pozostała w turnieju i podobno jeden z polskich piłkarzy te pieniądze wziął. Piłkarz się wyparł, koledzy mieli mu za złe że się nie podzielił a wszystko to świadczyło o atmosferze nieufności i podejrzeń towarzyszących meczom nawet na najwyższym poziomie. Jakkolwiek by było, Argentyna znalazła się w finale, gdzie czekała na nią Holandia, prowadzona przez słynnego austriackiego trenera Ernsta Happela, którego imię nosi teraz narodowy stadion na Praterze w Wiedniu. Już bez Cruyffa i Wima van Hanegema ale z wszystkimi pozostałymi zawodnikami, którzy dotarli do finału cztery lata wcześniej. Jednak mecz z RFN w Monachium był(w porównaniu z finałem na Estadio Monumental) szczytem ,,savoir-vivre’u”. Problemy zaczęły się jeszcze przed pierwszym gwizdkiem. Holendrzy wybiegli na boisko pierwsi ale musieli czekać na swoich przeciwników około 5 minut. Argentyńczycy zresztą zachowywali się podobnie w większości meczów. Niech pierwsi wyjdą przeciwnicy, czekają, denerwują się, narażają na gwizdy trybun. W zestawie sposobów na uzyskanie wyższości nad rywalem znalazły się nawet dość opięte spodenki z krótkimi nogawkami, mające ukazać nie tylko umięśnione uda ale sprawić wrażenie że nogi w krótkich spodenkach są dłuższe. Kiedy wreszcie drużyna Cesara Luisa Menottiego wyszła na boisko, kapitan Passarella zwrócił uwagę włoskiemu sędziemu że napastnik van de Kerkhof nosi na ręku gips a to jest zabronione. Mówiący po hiszpańsku Neeskens tłumaczył Argentyńczykom że van de Kerkhof złamał ręke w jednym z poprzednich meczów, ma tzw. miękki gips, nie stanowiący żadnego zagrożenia ani niebezpieczeństwa. Najlepszy dowód że sędziowie już wcześniej pozwalali mu na gre. Targi trwały około 10 minut. W tym czasie zawodnicy obydwu drużyn truchtali po boisku, jednak o koncentracji nie mogło być mowy. Zwłaszcza wśród Holendrów nieprzygotowanych na taką sytuacje. Rozgrzewke obliczoną na początek meczu o określonej godzinie też diabli wzięli. Argentyńczycy byli na to gotowi, gdyż to oni wywołali całe zamieszanie. Ostatecznie van de Kerkhof zmienił opatrunek na inny i mecz mógł się rozpocząć. Stał na wysokim poziomie i był bardzo wyrównany. Pierwszego gola strzelił przed przerwą Mario Kempes. Wbiegł między środkowych obrońców i upadając strzelił z okolic punktu karnego obok wychodzącego z bramki Jongbloeda. Wyrównał strzałem głową Nanninga, wykorzystując świetne dośrodkowanie van de Kerkhofa z prawej strony. Do końca meczu pozostawało w tym momencie 8 minut. W ostatniej minucie Rensenbrink trafił w słupek. Dziesięć centymetrów w prawo i mistrzami zostaliby Holendrzy. W dogrywce na boisku panowali Argentyńczycy. Pomarańczowi nagle stracili siły, nie stać ich było na żadną groźną akcje. Kempes, król strzelców turnieju, ponownie po dynamicznej akcji, w której piłka odbijała się od jego nóg i ciał przeciwników, dał swojej drużynie prowadzenie. Trzeci gol(Bertoniego) rozwiał wszelkie wątpliwości. Mecz kończył się na boisku zasłanym małymi skrawkami papieru, którymi publiczność na każdym stadionie obsypywała piłkarzy- to cecha charakterystyczna tamtego mundialu. Jeden wielki karnawał.

Puchar Świata wręczał generał Videla, ściskając wszystkich swoich zawodników. Oni nie mieli wyjścia, może zresztą niektórym te gesty nie przeszkadzały. Trener Menotti wykazał daleko idący dystans a Holendrzy w ogóle generała zlekceważyli. Niezależnie od wątpliwości dotyczących czystości gry, Argentyńczycy mieli bardzo dobrą drużynę a Menotti znalazł się na liście najlepszych szkoleniowców w historii futbolu. Był nowym typem trenera nieograniczającego swoich zainteresowań do boiska. Czytał książki, chodził do teatru, miał sprecyzowane poglądy polityczne, bliskie lewicy. Wysoki, przystojny, z włosami do ramion i papierosem w ręku należał do najbardziej rozpoznawalnych postaci futbolu lat 70-tych i 80-tych. Nazywano go ,,El Flaco”(Chudy). Rok po mundialu Menotti zdobył jeszcze jeden tytuł mistrza świata, z reprezentacją Argentyny do lat 20. Powołał do niej 19-letniego chłopca, którego kibice chcieli widzieć nawet w reprezentacji seniorów na mundialu. Menotti nie poddał się presji, mówiąc że chłopak nie jest jeszcze przygotowany do gry ze starszymi od siebie. Umiejętności piłkarskich starczało mu aż nadto, jednak gorzej było z mentalnością. Może trener miał racje? Ten chłopiec nazywał się Diego Armando Maradona…

13

Lepiej późno niż wcale:
25 czerwca 2007 r. na Camp Nou odbyła się prezentacja Thierry’ego Henry’ego. Francuz miał trafić do FC Barcelony już rok wcześniej po finale Ligi Mistrzów Barçy z Arsenalem, lecz ostatecznie transfer nie wypalił. Dopiero w wieku 30 lat, za kwote 24 milionów euro przywdział trykot Blaugrany. Wiele obiecywano sobie po ataku Messi-Henry-Eto’o-Ronaldinho. Lecz kontuzje sprawiły że wspólnie grali ze sobą rzadko a Barça zakończyła sezon bez żadnego trofeum(2007/08). Francuz nie był tym samym zawodnikiem, który przez 8 lat czarował w barwach ,,Kanonierów”. Miał jednak przebłyski, w szczególności w sezonie 2008/09 gdy Blaugrana sięgnęła po tryplet a ostatecznie po sekstet. Łącznie dla Dumy Katalonii zdobył 49 goli w 121 meczach.
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@martusiaaaa
@Ogorinho1974
@Safrani
@Vivienne

3

@arasz1819 Ja doskonale pamiętam Kopke ale 30 lat temu nie kibicowałem Barcuni i też tej historii nie znałem, dopóki nie przeczytałem jej w książce...

13

Masz ci babo placka:
Dokładnie 30 lat temu Andreas Köpke pozował w koszulce FC Barcelony. Bramkarz reprezentacji Niemiec potwierdził transfer(,,Nie ma wątpliwości, jestem w Barçy”) i obiecał że na oficjalnej prezentacji będzie mówił po hiszpańsku. 4 lipca okazało się iż Blaugrana zdecydowała się na pozyskanie Vitora Baii. W kontrakcie Köpke istniała klauzula że FC Barcelona może jednostronnie odstąpić od umowy jeżeli dokumenty bramkarza nie dotrą na czas do klubu. Powodem zerwania kontraktu było również weto VFB Suttgart, który miał podpisaną wstępną umowę z Köpke i groził Blaugranie że odda sprawę do sądu. Koniec końców niemiecki golkiper trafił do Olimpique Marsylia.
@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360

10

Zgromadzenie ogólne w ,,Palau de la Musica”:

Ten modernistyczny budynek zaprojektowany przez Lluisa Domenecha stał się siedzibą Chóru Catala założonego w 1891 roku przez Lluisa Milleta i Amadeu Vivesa, którego łączyły silne więzi z FC Barceloną. Wszak nie bez kozery klub korzystał z jego imponującego audytorium w 1922 roku, kiedy zwołane zostało bardzo ważne zgromadzenie ogólne socios. W Pałacu Muzyki odbywały się różnorakie wydarzenia, takie jak spektakle teatralne i muzyczne czy koncerty a także zebrania i spotkania wielu instytucji krajowych. I tak 25 czerwca 1922 r. Blaugrana zorganizowała w tym wspaniałym audytorium swoje zgromadzenie ogólne. Ponad 2 tysiące sympatyków szczelnie wypełniło całą przestrzeń. Na początku zebrania jeden z socio, Eduard Farreras zaproponował złożenie hołdu Joanowi Gamperowi w uznaniu jego zasług na czele klubu. W swej przemowie założyciel FC Barcelony wyraził wdzięczność ale odmówił przyjęcia hołdu. Mimo wszystko dyrekcja wobec błagań zagorzałych kibiców postanowiła umieścić dwie tablice upamiętniające inauguracje nowego stadionu Camp de Les Corts. Zgromadzenie zakończyło się zatwierdzeniem Gampera jako prezydenta FC Barcelony, który w ten sposób rozpoczynał swoją czwartą kadencje, trwającą do 29 czerwca 1923 roku.
@Adran360
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@martusiaaaa
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
@Vivienne

2

@FcPortoFan1999 No cóż, "Nic nie może wiecznie trwać": utwór skomponowany przez wybitnego Romualdo Lipko, do tekstu Andrzeja Mogielnickiego. Oczywiście w wykonaniu Anny Szmeterling

9

@FCBparasiempre
W styczniu 2015 roku Juan Roman Riquelme zakończył piłkarską karierę a dzisiaj obchodzi swoje 48 urodziny. Przez całe swoje futbolowe życie dzielił kibiców na dwa obozy: jedni go kochali i uważali za niedocenionego geniusza, drudzy, za przereklamowanego boiskowego lenia. Nigdy nie dowiemy się, która strona w tym sporze miała rację. Wśród miłośników tej dyscypliny, mit Riquelme będzie żył wiecznie. Problem z Argentyńczykiem jest taki, że w dzisiejszych czasach wielkość zawodnika ocenia się na podstawie jego występów w Europie. Tam, mimo całkiem udanej przygody w Villarreal, poniósł klęskę. W Boca Juniors jednak, gdzie spędził większą część swojej kariery, jest żywą legendą i ulubieńcem publiczności. Więc jaki właściwie jest Riquelme? Odbiór tego piłkarza tak naprawdę zależy od tego, jakimi zasadami kierujemy się przy oglądaniu futbolu. Nie ma wątpliwości, że był postacią nietuzinkową, która jednym zagraniem potrafiła odmienić losy spotkania. Z piłką Argentyńczyk potrafił zrobić wszystko, pod warunkiem, że mu się chciało. A że nie zawsze tak było, to wielu ludzi najzwyczajniej irytował. Przyjrzyjmy się bliżej jego sylwetce, aby choć spróbować go ocenić. Jedno jest pewne – wraz z odejściem Riquelme, nazywanym ostatnią klasyczną „dziesiątką” w historii tego sportu, w niepamięć odeszła romantyczna strona piłki nożnej. Zmysł piłkarski Riquelme pozwala zapamiętać dyscyplinę o nazwie futbol na wieki… to zawodnik z ery, gdy życie toczyło się wolnym tempem, kiedy wynosiliśmy krzesła na podwórko i graliśmy swobodnie z sąsiadami – Jorge Valdano Jeżeli przychodzisz na świat dzień przed zdobyciem przez Argentynę Pucharu Świata w 1978 roku, to z góry jesteś skazany na zostanie piłkarzem. Tym bardziej, kiedy po tobie, w rodzinie pojawia się jeszcze dziesięcioro dzieci, a twoje nieprzeciętne umiejętności są w stanie zapewnić im lepszy byt. Tak właśnie było w przypadku Juana. „Romanem” zaczęła określać go jego matka, która w taki sposób starała się zdobyć jego atencję. To imię widniało także na jego koszulkach w Boca Juniors i Villarreal. W Argentynie każdy młody zawodnik, obdarzony techniką i wspaniałą wizją gry, prędzej czy później zacznie być porównywany do Diego Maradony. Riquelme długo nie musiał na to czekać – pierwsze piłkarskie kroki stawiał w Argentinos Juniors, czyli w miejscu, gdzie zaczynał również autor „boskiej ręki”. Juan nigdy jednak nie był taki jak Diego. Różniły ich charaktery i style gry. Innym miano „drugiego Maradony” mogłoby ciążyć przez całą karierę. Riquelme jednak wiedział, że jest po prostu inny. Unikalny. ,,Piłka dała mi wszystko. Tak jak lalka dla małej dziewczynki, tak dla mnie najlepszą zabawką jaką kiedykolwiek miałem, albo mogłem mieć, był futbol. Człowiek, który go wymyślił jest prawdziwym bohaterem”- wspominał Juan. Nie można wymarzyć sobie lepszego startu do profesjonalnego futbolu niż nauka w Akademii Argentinos. Maradona, Sergio Batista, Fernando Redondo – oni przeszli podobną drogę. Nieśmiały Roman zaczął pokazywać na boisku swój potencjał, a kiedy zgłosiło się po niego samo River Plate, zaprezentował zalążek swojego charakteru – jako odwieczny fan Boca Juniors, odrzucił ofertę ich największego rywala. Do swojego ukochanego klubu przeniósł się za 800 tysięcy dolarów w 1995 roku. W Boca spędził, z przerwami, w sumie piętnaście lat. Niektórzy uważają, że nigdy nie powinien był opuszczać Buenos Aires. W argentyńskiej Primera Division zadebiutował 10 października 1996 roku a dwa tygodnie później zdobył swoją premierową bramkę, pokonując bramkarza Huracanu. Miał wówczas osiemnaście lat. Pierwszą, sześcioletnią przygodę z Boca, Riquelme okrasił trzema ligowymi tytułami (1998, 1999 i 2000), dwoma triumfami w Copa Libertadores (2000 i 2001) oraz Pucharem Interkontynentalnym (2001). Nie trzeba dodawać, że odegrał on kluczową rolę w tych sukcesach – jego podania, kontrola piłki i magia ujawniająca się w każdym zagraniu sprawiły, że trybuny La Bombonera go pokochały. Oczywiście z wzajemnością. Riquelme musiał czuć, że jest kochany. Wówczas wznosił się na wyżyny swoich umiejętności. Jedyne, czego wymagał, to budowanie zespołu wokół jego osoby. Potrzebował też zawodników, którzy na boisku wykonają całą brudną robotę za niego, aby on mógł błyszczeć w najważniejszych momentach spotkania. Jego zmysł do ofensywnej gry był prawdziwym darem, ale niechęć do pracy w obronie – przekleństwem, które miało mu przeszkodzić w zrobieniu kariery na miarę talentu. Przez sześć sezonów w 194 występach strzelił 44 bramki dla Boca. Wynik, jak na ofensywnego gracza, może nie jest oszałamiający, ale jemu nigdy nie zależało na zdobywaniu goli. Chciał mieć na boisku władzę, kontrolować mecz i stwarzać innym okazje do trafień. Strzelał rzadko, ale za to efektownie – z przebiegu całej kariery pamiętamy go przede wszystkim z fenomenalnych uderzeń z dystansu, sprytnych technicznych strzałów i efektownych rzutów wolnych. W momencie, gdy był już najjaśniejszą gwiazdą Boca i zapewnił sobie solidną pozycję w kadrze Argentyny, poczuł, że Buenos Aires staje się dla niego za ciasne. Przyszedł czas na Europę.

W październiku 2002 roku zgłosiła się po niego Barcelona, która obserwowała go od dłuższego czasu. Transfer na Camp Nou zgrał się w czasie z osobistym dramatem Juana – został wówczas porwany jego brat Cristian. Ostatecznie udało się wynegocjować jego uwolnienie i Argentyńczyk zapłacił okup. Później wspominał, że porwanie brata było jednym z głównych powodów opuszczenia Ameryki Południowej. Około 10 milionów euro kosztował Barcelonę transfer Riquelme. Patrząc na dzisiejsze realia, ta kwota może wzbudzać śmiech. W stolicy Katalonii jednak mogli później dojść do wniosku, że Argentyńczyk nie był wart nawet połowy tej ceny. ,,Riquelme bardziej niż graczem stał się symbolem sporu ideologicznego” – Jonathan Wilson. Wydawałoby się, że Juan trafił w idealne dla siebie miejsce – do Barcelony, gdzie efektowną i ofensywną piłkę ludzie mają we krwi. Nie wiadomo, co by było, gdyby w tamtym czasie trafił na innego szkoleniowca. Pech chciał, że na Camp Nou przyszło mu współpracować z Louisem Van Gaalem, który posiadał równie ciężki charakter, co bohater artykułu. Holenderski szkoleniowiec bardzo marginalizował pozycję Argentyńczyka w składzie, dając do zrozumienia, że nie do końca pasuje do jego koncepcji. Jeżeli już wystawiał go do gry, to najczęściej posyłał na skrzydło, gdzie Riquelme, zazwyczaj poruszający się jednostajnym tempem, nie mógł pokazać tego, co u niego najlepsze. Wchodził głównie z ławki albo występował w Copa del Rey – nie był więc wiodącym zawodnikiem, co nie mogło się dla niego dobrze skończyć. Jego ego nie wytrzymywało wśród rezerwowych. Musiał zmienić otoczenie. Sen o Barcelonie skończył się, zanim na dobre się zaczął. Pomocną dłoń w 2003 roku wyciągnął po niego inny hiszpański klub, Villarreal. Benito Floro, ówczesny menedżer Żółtej Łodzi Podwodnej, aż podskoczył na wieść o możliwości ściągnięcia Argentyńczyka do siebie. Obie strony były zadowolone z tego kroku – Benito znalazł wymarzonego ofensywnego pomocnika, a Riquelme znów stał się zawodnikiem, wokół którego budowano drużynę. Jak pokazał czas – była to słuszna decyzja. Do Villarreal został początkowo wypożyczony, jednak kiedy Barcelona sprowadziła na Camp Nou Ronaldinho, wykorzystując w ten sposób limit obcokrajowców w kadrze, dni Juana były policzone. W 2003 roku wypożyczono go na dwa lata, aby w 2005 sprzedać ostatecznie. Riquelme błyszczał zarówno przed transferem definitywnym, jak i po nim. Pierwszy sezon na stadionie El Madrigal przyozdobił tryumfem w Pucharze Intertoto (2003). Wkrótce potem spotkał tam dwie najważniejsze osoby w swojej europejskiej przygodzie – trenera Manuela Pellegriniego oraz napastnika Diego Forlana, sprowadzonego w 2004 roku z Manchesteru United. Obaj przybyli do Villarreal w tym samym momencie. Efektowna współpraca powyższej trójki rozpoczęła się od ponownego zwycięstwa Żółtej Łodzi Podwodnej w Pucharze Intertoto. Największe sukcesy były jednak dopiero przed nimi. Zabójczy ofensywny duet stworzony przez Pellegriniego, dał Villarreal trzecie miejsce w ligowej tabeli na zakończenie sezonu 2004/2005. Był to najlepszy wynik w historii tego klubu. Juanowi wówczas udało się zdobyć 15 bramek w 35 występach w La Liga, co jest dla niego osobistym rekordem. Współpraca z Forlanem układała się doskonale. ,,Na boisku szybko złapaliśmy kontakt. Obaj w poprzednich klubach mieliśmy gorsze okresy ale ożyliśmy w Villarreal pod wodzą Pellegriniego, który znał nas z Argentyny, gdzie pracował w San Lorenzo i River Plate. Riquelme przewidywał moje ruchy i dawał mi piłki, o których marzy każdy napastnik. Po jego podaniach strzeliłem mnóstwo goli” – Diego Forlan. Chilijski szkoleniowiec przekazał batutę Riquelme, aby ten z boiska kierował drużyną. W swoim najlepszym okresie był bezsprzecznie czołowym rozgrywającym na świecie, co potwierdzały także mecze Villarreal w Lidze Mistrzów w sezonie 2005/2006. „Żółta Łódź Podwodna” najpierw w efektowny sposób wygrała swoją grupę, wyprzedzając w tabeli Benfikę, Lille oraz Manchester United, a następnie doszła aż do półfinału rozgrywek, bijąc po drodze Glasgow Rangers czy Inter Mediolan. Patrząc na dzisiejsze rozstrzygnięcia Champions League, trudno uwierzyć, że tak prowincjonalny klub w skali europejskiej, zdołał dojść aż tak daleko. A wynik mógł być jeszcze lepszy – półfinałowy dwumecz Arsenal wygrał dzięki zwycięstwu 1:0 na Highbury w pierwszym spotkaniu. W rewanżu na El Madrigal gospodarze byli stroną przeważającą i w 90 minucie starcia mieli doskonałą szansę na doprowadzenie do dogrywki. Rzutu karnego nie strzelił jednak… Juan Roman Riquelme.

Nawet najwięksi artyści czasem się mylą. Chociaż już przed uderzeniem, patrząc na twarz Argentyńczyka, można było zgadnąć, że ta „jedenastka” nie potoczy się po jego myśli. Jens Lehmann w bramce Arsenalu okazał się za duży. Villarreal odpadł z rozgrywek, a Riquelme długo po tym rzucie karnym nie mógł dojść do siebie. To też był początek jego końca w hiszpańskim zespole. ,,Nikogo nie zabiłem. Po prostu nie strzeliłem karnego. To był jeden z najsmutniejszych momentów w mojej karierze i będę go pamiętał zawsze”- tak mówił nasz bohater. Zanim Juan zaczął sprawiać problemy na El Madrigal, pojechał z Argentyną na mistrzostwa świata do Niemiec w 2006 roku i to jako największa gwiazda. Tam miał podwójną motywację, ponieważ mundial w Korei Południowej i Japonii ominął go z powodu porwania brata. Dwa zwycięstwa i remis dały Albicelestes wyjście z grupy. Riquelme w tych spotkaniach zanotował dwie asysty i zdobył nagrodę zawodnika meczu za efektowną wygraną z Serbią i Czarnogórą aż 6:0. W 1/8 finału zaliczył ostatnie podanie przy trafieniu Hernana Crespo (zwycięstwo 2:1 po dogrywce z Meksykiem), a w ćwierćfinale asystował przy golu Roberto Ayali w starciu z Niemcami. Został jednak zdjęty z boiska w końcówce meczu, a chwilę po tym gospodarze wyrównali, by ostatecznie zwyciężyć w konkursie rzutów karnych. Argentyna odpadła z turnieju, a najbardziej skrytykowany za postawę w starciu z niemiecką ekipą został właśnie Riquelme. Później sam stwierdził, że kiedy drużyna przegrywa, to zawsze on jest temu winny. Tak to już bywa – od wirtuozów wymagamy najwięcej. To był jednak zdecydowanie najlepszy okres Juana w kadrze, z której odszedł na dobre w 2011 roku. Pellegrini dalej próbował ustawiać zespół pod swojego pupila, jednak w sezonie 2006/2007 Riquelme przestał mu się odpłacać. Wyglądało to tak, jakby Argentyńczyk stracił motywację do grania po powrocie z mundialu. Wewnątrz siebie czuł, że chyba przyszła pora na zmianę środowiska. Na El Madrigal był przez kibiców kochany, a od trenera dostawał wszystko, na co miał ochotę – trenował, kiedy chciał, każdy przymykał oko na jego kolejne „kontuzje” czy słabe występy, dostał wolne, aby lecieć do ojczyzny… Riquelme miał ciężki charakter i mimo że posiadał równocześnie wspaniałe umiejętności, to budowanie drużyny wokół niego zaczynało być za bardzo ryzykowne. Powrót w zimie do Boca Juniors wydawał się idealną opcją. Po pięciu burzliwych latach Juan wracał do domu. Ponowne przybycie do Buenos Aires nie miało polegać na odcinaniu kuponów. Riquelme miał dwadzieścia dziewięć lat – był zatem w idealnym wieku, aby swoją obecnością odcisnąć piętno na argentyńskiej lidze, tym bardziej, że jego umiejętności nikt nie podważał. W Boca znów mógł poczuć się jak Bóg. Jego druga przygoda z ,,Azul y Oro” to kolejne puchary: dwukrotnie wygrał ligę (2008 oraz 2011), a także Copa Libertadores (2007), Recopa Sudamericana (2008) oraz Copa Argentina (2011-12). Spotkał się tam z legendarnym Martinem Palermo, który dla Boca zdobył w sumie ponad 230 goli i był równie wielką gwiazdą. Między oboma panami panował nieustanny konflikt. W czasie spotkania z Arsenalem de Sarandi, Riquelme w efektowny sposób wymanewrował całą defensywę rywali, dzięki czemu znalazł się w sytuacji sam na sam z golkiperem. Miał przed sobą całą bramkę, ale zdecydował się na podanie do Palermo, któremu pozostało tylko wtoczenie piłki do siatki. Kibice mogli wówczas zobaczyć następujący obrazek: Juan pobiegł świętować gola, a po chwili dołączyła do niego połowa drużyny. Taki właśnie był – sprawiał, że inni piłkarze wyglądali przy nim na lepszych. Później miał powiedzieć do Palermo: „Każdy może strzelać takie bramki”. Konflikt z Martinem? Juan znowu był ponad to, podobnie jak z porównaniami do Maradony. Po powrocie do Boca, zdobył 48 goli w 187 występach. Na zawsze stał się idolem fanów, którzy widzieli w nim ostatniego z „fantasistas”, prawdziwych rozgrywających. Przed piłkarskim końcem przeszedł jeszcze do Argentinos Juniors, w styczniu 2015 zawieszając ostatecznie buty na kołku i wspaniałą klamrą zamykając swoją karierę. „Dzień, w którym przestanę kochać futbol, będzie dniem, kiedy odejdę i pójdę do mojej matki na herbatę”.

Jonathan Wilson, brytyjski historyk futbolu, pisze, że Argentyńczycy jednocześnie ubóstwiają i gardzą Riquelme. Jest coś w nim takiego, że nie można przejść obojętnie. Dla niektórych Juan był definicją prawdziwej piłki: magicznej, fantazyjnej, przyciągającej wzrok, sztuki dla sztuki, futebol d’arte, jakby to powiedzieli Brazylijczycy. Dla takich piłkarzy zapełniają się stadiony. Nie mamy wątpliwości, że umiejętności posiadał ogromne, ale w naprawdę wspaniałej karierze przeszkodził mu jego charakter i zbyt duże ego. Może jednak na tym też polega jego wielkość że w piłkę grał na własnych zasadach. Historia Riquelme to tak naprawdę zderzenie klasycznego piłkarza z nowoczesną rzeczywistością, która go pochłonęła, zmieliła, a następnie wypluła. W dzisiejszym świecie futbolu – dynamicznym, fizycznym – nie ma już miejsca dla tego typu artysty. Czy Juan urodził się o jedną czy dwie dekady za późno? Jak zauważa Wilson, trudno we współczesnej grze znaleźć miejsce dla zawodnika, który nie pracuje w defensywie, nie walczy za wszelką cenę o piłkę, a swój kunszt opiera głównie na genialnej wyobraźni. Europa go odrzuciła, ale ten nietuzinkowy styl zapewnił mu nieśmiertelność na boiskach argentyńskich, w ojczyźnie Maradony. W Ameryce Południowej długo czekali na następcę ,,Boskiego” Diego, aż w końcu doczekali się Leo Messiego. Drugiego Riquelme mogą szukać jeszcze dłużej ale na pewno go już nie znajdą. Juan zawiesił buty na kołku, zabierając ze sobą ostatnie wspomnienia piłkarskiego romantyzmu. ,,Futebol d’arte” już nie wróci.

6

1

@Symson Jednak trzeba pamiętać że tak genialny napastnik jakim był Just Fontaine, tylko dwóm bardzo słabym reprezentacjom strzelał gole(Paragwajowi i Szkocji w fazie grupowej). Pozostałe gole strzelał bardzo wymagającym przeciwnikom(choćby Brazylii) a trzeba pamiętać że w meczu o 3 miejsce zaliczył "karete" przeciwko broniącemu tytuł mistrza świata RFN! To właśnie świadczy, jakim wybitnym był napastnikiem........

9

@FCBparasiempre
Wyniszczająca II Wojna Światowa zabiła mundialowe rozgrywki na 12 lat. Kiedy wojenny pył opadał na dobre, FIFA postanowiła wrócić do tradycji zapoczątkowanej w 1930 roku i ponownie zorganizować największy i najbardziej interesujący turniej piłkarski na świecie. Prawo do organizacji mistrzostw otrzymała Brazylia. Kraj bezgranicznie zakochany w futbolu znakomicie bawił się podczas zawodów, jednak po ostatnim gwizdku czempionatu pogrążył się w długą żałobę. Żałobę, która w niektórych kręgach trwa do dziś. To, że Brazylijczycy kochają futbol, jest bardziej oczywiste niż fakt, że Ziemia kręci się wokół Słońca, woda przybiera kształt naczynia, w którym się znajduje, a kilogram słomy waży tyle samo co kilogram miedzi. Nie będzie wielką przesadą, jeśli stwierdzę, że w Brazylii obowiązuje politeizm. Bardzo mocno wierzy się jednocześnie w dwa bóstwa – Jezusa Chrystusa i piłkę nożną. W 1945 roku zakończyła się II Wojna Światowa. Najbardziej ucierpiała w niej Europa, będąca w wielu miejscach jedną wielką ruiną. FIFA obawiała się, że wiele drużyn nie dotrze na mistrzowski turniej, tłumacząc, że ich kraj podnosi się z kolan po najtragiczniejszej wojnie w historii ludzkości. Jednak już w 1946 roku postanowiła, że gospodarzem kolejnego Mundialu będzie Brazylia. Latynosi przedstawili bliźniaczą ofertę do złożonej przez siebie przed 1942 rokiem, gdy o czempionat, który ostatecznie nie doszedł do skutku, konkurowali z Niemcami. Państwo naszych zachodnich sąsiadów, jednych z głównych prowodyrów dramatu XX wieku, było zniszczone na tyle, że nie było mowy o kandydowaniu na gospodarza tak wielkiej imprezy świeżo po wojnie. Oprócz tego, wraz z Japonią, dostało zakaz startowania w eliminacjach. Brazylijczycy zaproponowali rozegranie turnieju w 1949 roku, jednak FIFA chciała kontynuować czteroletnie przerwy między rozgrywkami. Pewny start w Mistrzostwach Świata miała Brazylia, jako gospodarz, i Włochy, jako aktualny mistrz. Do obsadzenia było jeszcze 14 miejsc i 32 chętnych. Europę podzielono na sześć grup. Zgodnie ze standardami poprzednich turniejów, kraje podzielono, plus minus, geograficznie. Co warte odnotowania, w pierwszej z grup rywalizowała Anglia, która bez problemu zdobyła Mistrzostwo Państw Brytyjskich i z pierwszego miejsca wywalczyła awans. Kraje zza żelaznej kurtyny, w tym m. in. Czechosłowacja, Węgry, Związek Radziecki, zrezygnowały z uczestnictwa w kwalifikacjach. Państwa obu Ameryk zostały rozmieszczone w trzech grupach. W dwóch z nich meczów nie rozegrano, co było efektem rezygnacji Argentyny, Ekwadoru i Peru. Ostatnią, dziesiątą grupę eliminacyjną, tworzyły Burma (Mjanma), Indonezja, Filipiny i Indie, jednak i tutaj nie rozegrano ani jednego meczu. Pierwsza trójka wycofała się z kwalifikacji, zatem w Ameryce Południowej miały zameldować się Indie. Możliwość udziału w turnieju, obok Brazylii i Włoch, wywalczyły ekipy: Boliwii, Chile, Paragwaju, Urugwaju, Meksyku, Stanów Zjednoczonych, Anglii, Hiszpanii, Szkocji, Szwecji, Szwajcarii, Szkocji, Jugosławii i Indii. Niedługo po zakończeniu eliminacji doszło jednak do lekkiego przetasowania uczestników. Szkoci unieśli się dumą, tłumacząc, że skoro w swojej grupie zajęli dopiero drugie miejsce (za Anglią), nie mogą brać udziału w zawodach. Odpadli także Jugosłowianie, których przerosły koszty podróży za ocean. W ich miejsce próbowano zaprosić inne drużyny, z czego skorzystali jedynie Francuzi. Ostatecznie do rozgrywek miało przystąpić 15 krajów. Miało, ale! Już po podziale na grupy, z turnieju zrezygnowały Indie (zbyt wysokie koszty podróży, poza tym piłkarzom zabroniono grać na bosaka) i Francja (zbyt duże odległości między stadionami). Na tym koniec tasowań, oficjalnie – w Mistrzostwach Świata w 1950 roku udział wzięło 13 zespołów. Organizatorzy postanowili wprowadzić innowacyjność w rozgrywkach, układając je w niespotykanej wcześniej formie. Zespoły zostały podzielone na cztery grupy, w których standardowo każdy grał z każdym. Do pierwszego zbioru wylosowano Brazylię, Szwajcarię, Jugosławię i Meksyk, a do drugiego Anglię, Hiszpanię, Chile i USA. Wspomniane nieco wcześniej rezygnacje spowodowały, że w grupie trzeciej grały trzy (Włochy, Szwecja, Paragwaj), a w grupie czwartej tylko dwa zespoły (Urugwaj i Boliwia). Zwycięzca każdej z nich uzyskiwał awans do fazy finałowej. W praktyce była to 4-drużynowa grupa i również tutaj każdy miał grać z każdym. Teoretycznie istniało dość duże ryzyko, że nowego Mistrza Świata poznamy przed zakończeniem turnieju. Drużyny rozgrywały swoje spotkania na sześciu stadionach. Brazylijczycy, lubiący wyolbrzymiać swoje zasługi i pokazywać swoją wyższość, zaplanowali, że jeden z obiektów będzie tak gigantyczny, że wkrótce stanie się równie wielkim symbolem Rio de Janeiro jak Pomnik Chrystusa Odkupiciela. Do pracy zaangażowano 10 tys. robotników. W takich okolicznościach powstawała Maracana, jeden z najbardziej okazałych i legendarnych stadionów w historii piłki nożnej. Oficjalnie miała zapewnić rozrywkę 183 tysiącom kibiców. Rozgrywki pierwszej fazy grupowej począwszy od meczu Brazylia-Meksyk(24 czerwca) zostały zdominowane przez zdecydowanych faworytów, choć nie zabrakło turboniespodzianki czy wręcz sensacji. Anglia, od lat uważająca się za najlepszą ekipę we wszechświecie, przegrała ze Stanami Zjednoczonymi 0:1. Taki sam wynik osiągnęła z Hiszpanią i z grupy nie wyszła. Na pole walki w drugiej rundzie stanęły drużyny Brazylii, Hiszpanii, Szwecji i Urugwaju. Aby ustalić kolejność gier, ciągnięto losy. Po dwóch kolejkach tej fazy szansę na końcowy triumf zachowały tylko dwie drużyny, obie z Ameryki Południowej. Los chciał, że zmierzyły się w decydującym starciu na Maracanie. Gospodarze szli jak tajfun, pokonując po drodze Szwecję (7:1) i Hiszpanię (6:1). Co warte podkreślenia, w tych dwóch spotkaniach trener Flavio Costa ustawił swoich piłkarzy w systemie W-M, co, jak widać, przyniosło bardzo dobre efekty. Ich finałowi oponenci męczyli się w tym czasie niemiłosiernie, remisując z Hiszpanią (2:2) i pokonując rzutem na taśmę Szwecję (3:2). Nic więc dziwnego, że zdecydowanym faworytem “finału” byli Brazylijczycy. Dziwi jednak atmosfera ostatnich dni, godzin i minut przed spotkaniem.
Cały kraj żył mistrzostwami. Zainteresowanie rosło z meczu na mecz, osiągając zenit 16. lipca 1950 roku. Już od rana można było zaopatrzyć się w gazetę O Mundo, mającą na okładce zdjęcie swoich ulubieńców z napisem: “Oto Mistrzowie Świata”. Obdulio Varela, fenomenalny kapitan Urugwajczyków, wykupił wszystkie egzemplarze dostępne w hotelowym kiosku i rozłożył je starannie w łazience, tytułem do góry. Zwołał całą drużynę, wygłosił motywujące przemówienie, a na koniec nakazał wszystkim oddać mocz na leżącą makulaturę. Radio i telewizja niemal non stop gloryfikowały sukces Canarinhos. Sukces, który przecież jeszcze nie nadszedł. Kilka minut przed meczem na murawie pojawił się gubernator Rio de Janeiro, Angelo Mendes de Moraes, stanął na środku murawy i w obecności tysięcy kibiców, reporterów z wielu zakątków globu i przede wszystkim Urugwajczyków, pogratulował swoim piłkarzom mistrzowskiego tytułu. O godzinie 15:00 obie jedenastki wybiegły na murawę największego obiektu piłkarskiego na świecie. Gospodarzom do sięgnięcia po mistrzostwo wystarczył remis, Urugwajczycy musieli wygrać. Organizatorzy sprzedali dokładnie 173 850 biletów, ale na stadion wdarło się co najmniej kilkanaście tysięcy osób bez wejściówek. Oficjalna liczba – 199,854 kibiców – nigdy nie została pobita i wszystko wskazuje na to, że już na zawsze będzie rekordem publiczności na meczu piłkarskim. Wrzawa na stadionie była nie do opisania. Dwieście tysięcy par wrogo nastawionych oczu spowodowały, że pod gośćmi ugięły się nogi. Jeden z nich, Julio Perez, tak bardzo stresował się zaistniałymi okolicznościami, że podczas grania hymnów państwowych zsikał się w spodenki. Od pierwszego gwizdka usilnie chcieli udowodnić, że w piłce nie rozdaje się nagród przed udowodnieniem swojej wyższości na murawie. Bardzo dobry manewr zastosował trener Juan Lopez. Obserwując wcześniejsze potyczki Canarinhos doszedł do wniosku, że skoro największe problemy sprawiła im Szwajcaria, musi uszeregować swoją drużynę w takim samym ustawieniu. No i oczywiście przeszedł od myśli do czynu. Jego podopieczni zagrali w nietypowej formacji 1-3-3-3. Przynosiła dobre efekty już od pierwszych minuty. Brazylijczycy nie byli w stanie grać z takim polotem jak w dwóch poprzednich starciach, w których wbili rywalom aż 13 bramek. Co prawda mądra gra nie uchroniła Urusów przed utratą gola, gdy w 47. minucie Friaca popisał się lekkim, mierzonym strzałem, ale waleczni przybysze znad La Platy nie poddali się. Nie poddali się, choć w najbliższej okolicy tylko 0,005% osób wierzyło w ich zwycięstwo. Tak, tylko oni sami. Odpowiedzialność za wynik przejął na swoje barki kapitan Varela. W 66. minucie zagrał na prawo do Ghiggii, ten pociągnął skrzydłem, spojrzał na pole karne i odegrał do Schiaffino, a ten wyrównał stan meczu. Pierwszy raz tego dnia na Maracanie nastała cisza, a w szeregach Canarinhos niebywała konsternacja. Niespełna kwadrans później doszło niemal do kopii akcji bramkowej. Ghiggia postanowił wykończyć ją samodzielnie, czym zupełnie zaskoczył Barbosę, który dał sobie wbić gola w krótki róg swojej bramki. W tym momencie, najprawdopodobniej pierwszy raz w historii, około 30 osób (piłkarze, rezerwowi i sztab Urugwaju) było głośniejszych od dwustu tysięcy przeciwników. Brazylijczyków nie było stać na podniesienie się z kolan. Przegrali 1:2. Złota Nike trafiła do Urugwaju. Opuszczaniu stadionu przez kibiców również towarzyszyła głucha cisza. Słychać było jedynie szuranie butów. Wszyscy w zadumie udali się prosto do swoich domów. Po drodze ucierpiało jedynie popiersie gubernatora Rio, tego samego, który dwie godziny wcześniej gratulował mistrzom świata, którzy mistrzami nie zostali. Brazylia okryła się wielką żałobą. Od następnego dnia rozpoczęło się poszukiwanie winnych. Trafiło na trzech czarnoskórych piłkarzy reprezentacji Brazylii – Bigodę, Juvenala Amarijo i Moacira Barbosę. Najbardziej ucierpiał Barbosa, zdecydowanie najlepszy bramkarz turnieju. Canarinhos nigdy wcześniej i nigdy później nie mieli golkipera o takiej klasie sportowej. Po Maracanazo był jednak skończony. Przez całe życie wytykano go palcami, niejednokrotnie słyszał na ulicy, że to ten, przez którego płakała cała Brazylia. Latynosi, skłonni do wierzenia w przesądy, stwierdzili, że ciemnoskóry bramkarz stanowi złym fatum, zatem przez niemal pół wieku od finału w świątyni reprezentacji narodowej stali tylko i wyłącznie biali zawodnicy. Dopiero w 1999 roku do kadry trafił Dida. Barbosa oddałby wszystko, by móc cofnąć czas i złamać sobie nogę tuż przed pierwszym Mundialem po II Wojnie Światowej. Szukał wielu sposobów, by pozbyć się złych duchów z Maracany. W 1963 roku zaprosił swoich znajomych na ognisko i grilla. Ogień pochłonął drewniane obramowanie bramki, na którą gole strzelali Urugwajczycy. Nie pomogło. W 1993 roku chciał odwiedzić reprezentację Brazylii przed eliminacyjnym meczem do Mistrzostw Świata 1994. Nie został wpuszczony na teren obiektu, ponieważ obawiano się, że znowu przyniesie pecha. Komentarz Barbosy nie pozostawia wątpliwości, że przez długie lata był więźniem swojego sumienia i wrogiem publicznym numer jeden: ,,W Brazylii najwyższy wymiar kary za najcięższe przestępstwa to 30 lat. Moja kara trwa już 43 lata”. Czarnoskóry golkiper nie był jedynym fatum, z którym Brazylijczycy chcieli się uporać. Nieszczęścia szukali także w jednolitych, białych koszulkach swoich piłkarzy. W związku z tym zorganizowano konkurs na nowe trykoty reprezentacyjne. Wymogiem było użycie w nich czterech kolorów Brazylii – zielonego (lasy Amazonii), żółtego (złoto i inne bogactwa kraju), niebieskiego (kolor nocnego nieba w Rio) i jedynie symbolicznej ilości białego (gwiazdozbiory). Zwyciężył projekt 19-letniego Aldyra Garcii. Obowiązuje do dziś, a żółte koszulki Canarinhos są najpopularniejszym strojem sportowym na świecie. Zizinho, jedna z gwiazd ówczesnej reprezentacji Brazylii, jako jeden z nielicznych zachował zdrowy rozsądek i próbował szukać racjonalnych przyczyn porażki. Znalazł je m. in. w ustawieniu W-M, który, jego zdaniem, totalnie nie zdał egzaminu. Miał żal do swojego trenera, że ten w trakcie turnieju kombinował z formacjami. Za kluczowego zawodnika finału uznał Obdulio Varelę, o którym powiedział: ,,Pomiatał nami jak bezdomnymi psami.”
Porażkę podsumował słowami: ,,W Brazylii bycie wicemistrzem jest do kitu. Już lepiej przegrać przed finałem.” Z racji faktu, że od początku dziejów w ludzkich głowach bardziej pozostają spektakularne porażki niż niespodziewane zwycięstwa, wielkich piłkarzy Urugwaju z finału z Maracany częściej wspomina się w Brazylii niż w ich ojczyźnie. Wspomniany Varela w nagrodę za wygranie Mundialu dostał w Montevideo… 19-letniego forda. Nacieszył się nim jedynie tydzień, bo po tym czasie został skradziony. Alcides Ghiggia, zdobywca decydującego gola, był tak znudzony ciągłymi telefonami od brazylijskich dziennikarzy, że za rozmowę ze sobą żądał pieniędzy. Trochę ich nazbierał, bowiem był najdłużej żyjącym piłkarzem spośród wszystkich bohaterów południowoamerykańskiego starcia. Duch Maracany nie opuszczał go nawet w dniu śmierci – 16. lipca 2015 roku – dokładnie 65 lat po pamiętnym meczu. Za życia powtarzał: ,,Tylko trzy osoby zdołały uciszyć Maracanę – Frank Sinatra, Jan Paweł II i ja.” Brazylijczycy nigdy nie zapomną wydarzeń z Maracany z 1950 roku. Porażka jest rozpamiętywana na wiele sposobów, powstało na jej temat wiele książek. Swego czasu w kraju kawy i słońca dużą popularnością cieszył się film o finale, w którym zmieniono bieg wydarzeń. Sfingowano, że to gospodarze zdobyli pierwsze w swojej historii Mistrzostwo Świata. Widzowie czuli zapewne wielki żal na napisach końcowych, gdy uświadamiali sobie, że film nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. Finałową klęskę najtrafniej, oczywiście z perspektywy Brazylijczyków, podsumował brazylijski mistrz pióra, dziennikarz, dramatopisarz i powieściopisarz, Nelson Rodrigues: ,,Każdy kraj ma swoją niepowetowaną narodową katastrofę na kształt Hiroszimy. Naszą katastrofą, naszą Hiroszimą, była przegrana z Urugwajem w 1950 roku.”

8

Wspaniałe acz zapomniane legendy FC Barcelony:
24 czerwca 1907 r. urodził się Angel Arocha Guillen, legendarny hiszpański snajper. Jest pierwszym piłkarzem z Teneryfy grającym w reprezentacji Hiszpanii. Zadebiutował w CD Tenerife w wieku 15 lat a wiosną 1927 roku został przeniesiony do FC Barcelony. Arocha w FC Barcelonie występował przez sześć sezonów, zdobywając Puchar Króla(1928) i mistrzostwo Hiszpanii(1929). Z Barçą rozegrał 210 meczów, w których strzelił 203 gole! Z Barcelony przeniósł się do Atlético Madryt, awansował do pierwszej ligi z ,,Los Colchoneros, ale wojna domowa przerwała jego sportową karierę... i życie. Zginął na froncie Balaguer(Lleida). Ángel Arocha jest pierwszą legendą kanaryjskiej piłki nożnej. W czasach, gdy dominowała tradycja ustna, jego wczesna dojrzałość, transfer do FC Barcelony, gole, tytuły i obecność w hiszpańskiej drużynie uczyniły z niego legendę. Jego przedwczesna śmierć w wojnie domowej, w wieku 31 lat, wyniosła jego postać do kategorii legendy ale już był bohaterem za życia. W archiwach gazet i w pamięci starszyzny zachowało się jego przyjęcie w doku Santa Cruz de Tenerife, kiedy latem 1929 roku drużyna Barçy, która właśnie wygrała pierwszą ligę, zatrzymała się w podróży do Ameryki Południowej i ,,Arochita” został porwany przez tłum, który oklaskiwał go w siedzibie CD Tenerife, na „Calle del Clavel”. W kwietniu 1927 roku gazeta La Furia z Teneryfy ogłosiła, że Arocha może podpisać kontrakt z FC Barcelona „w miejsce Paulino Alcántary”. Zrobi to kilka tygodni później za pensję w wysokości 750 peset miesięcznie. 1 maja 1927 roku zadebiutował w barwach Blaugrany w meczu towarzyskim przeciwko Martinencowi i strzelił zwycięskiego gola(1:0) dla drużyny rezerw Barçy, która następnego dnia zagrała w Copa del Rey. 3 lipca 1927 roku wziął udział w wielkim pożegnalnym meczu Paulino Alcántary z udziałem 30 000 widzów na „Camp de Les Corts”. Po drodze był mecz towarzyski, w którym Barça zaprezentowała wybitnych napastników: Pierę, Samitiera, Arochę, Alcántarę i Sagi-Barbę. W następnym sezonie 1927/28 FC Barcelona została mistrzem Katalonii, pokonując CE Europa 1:0 w meczu barażowym, ze znakomitym Arochą w składzie. Tytuł pozwolił Blaugranie zagrać w Copa del Rey, rozgrywkach, w których napastnik z Teneryfy zdobywa 8 goli w 10 rozegranych meczach. Wśród nich trzy mecze w finale przeciwko Realowi Sociedad na El Sardinero. Pierwsze dwa zakończyły się remisem 1:1 a miesiąc później rozegrano drugi ,,tie-break”, w którym Arocha wiódł prym „strzelając Eizaguirre z bliskiej odległości”. Pierwsze z tych trzech starć jest ważną częścią historii klubu: zostało rozegrane w niesławnym bagnie i w deszczu a czasami Barça grała dziewięcioma zawodnikami po kontuzjach Samitiera i węgierskiego bramkarza Plattko, który w pierwszej części meczu opuścił mecz z rozcięciem na czole, z którego obficie krwawił. Ponieważ zmiany były zabronione, Arocha stanął na… bramkę, aż pod koniec drugiej połowy Plattko powrócił po założeniu sześciu szwów i zastrzyku przeciw tężcowi. W następnym roku rozegrano pierwsze Mistrzostwa Ligi Narodowej, w których uczestniczyło tylko dziesięć drużyn (cztery Baskijskie, trzy Katalońskie, dwóch z Madrytu i Racing de Santander), co wymusiło awans do Copa del Rey, w którym Barça odpadła w półfinałach. Po drodze Arocha strzelił dziewięć goli w ośmiu meczach. We wszystkich meczach, w których grał jako zawodnik Barçy, uzbierał 60 meczów i 49 goli, co dało mu liczbę, która uczyniła go najlepszym strzelcem Barçy przez dekadę, dopóki Josép Escolá nie odebrał mu tego wyróżnienia w marcu 1943 roku, ale po rozegraniu 72 meczów. W Pucharze Hiszpanii, rozgrywkach, w których zdobył 30 goli w swoich 33 meczach jako zawodnik Barçy, również zapisał się w historii klubu. W jednym starciu strzelił 5(!) goli Realowi Sociedad a w kolejnym powtórzył wynik przeciwko Deportivo! Choć grał w 1932 roku w finale tzw. ,,Pucharu Republik” przeciwko Baskom: de Lafuente, Iraragorri, Bata, Chirri i Gorostizie, co oznaczałoby łańcuch czterech kolejnych tytułów, Arocha nie może dopisać do swojego dorobku nowej nagrody. Ponadto w tym decydującym starciu z drużyną baskijską został kontuzjowany po 20 minutach gry z nadwyrężeniem lewego kolana, resztę gry grając kolanem trzymanym przez drewniane listwy i jako lewy skrzydłowy w poszukiwaniu gola.
@Vivienne
@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@martusiaaaa
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Bernard777
@Adran360

16

Feliz cumpleaños panie Lionelu Messi, po stokroć feliz cumpleaños! Naturalnie z okazji 39 urodzin! Z całego barcelońskiego serca dziękujemy ci za wszystko coś uczynił Blaugranie i wszystkim cules na całym świecie! Pamięć o tobie przenigdy nie zgaśnie…!
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
@Sysia11

6

@FCBparasiempre
Z pewnością Zidane wypracował sobie miejsce w gronie legend. W superlatywach wypowiadali się o nim między innymi Pele, Platini, Beckenbauer, Lippi, ale również Beckham Xavi, Ibrahimowic, czy Ronaldinho. Prawdopodobnie większość piłkarzy i obserwatorów jest zgodna, że Zidane był jednym z największych piłkarzy na świecie. Jego talent i zapał do pracy nad samym sobą stały się swojego rodzaju symbolem i wskazówką dla wielu piłkarzy młodego pokolenia. Jednym z jego kluczowych zagrań była Ruletka, nazywana również Obrotem Marsylskim. Zidane zasłynął nie z fizyczności a ze świetnej techniki, a wielu wielkich piłkarzy do dziś zazdrości Francuzowi sposobu poruszania się po boisku. Jak każda wielka osobistość, tak też Zidane jest swojego rodzaju symbolem popkultury. Współpracował z wieloma firmami, takimi jak chociażby Adidas, Lego czy Audi. Jego umowy sponsorskie i wartość marketingowa stawiają go w gronie najlepiej zarabiających i najbardziej wartościowych wizerunków w piłce nożnej. Był on również przedmiotem wielu publikacji i filmów. Uderzenie głową wymierzone Materazziemu było źródłem wielu parodii. Do jednej z najciekawszych inicjatyw związanych z Zizou był projekt filmu dokumentalnego „Zidane: A 21 Century Portrait” w ramach którego 17 kamer śledziło wyłącznie Zidane’a podczas jednego z meczów ligowych. Następnie zmontowano z tego materiał, który pozwala spojrzeć na mecz z i na samego zawodnika z niespotykanej dotąd perspektywy. Najlepszym podsumowaniem sylwetki Zidane’a są jego sukcesy. Nie sposób wymienić wszystkich nagród, którymi został uhonorowany Zizou, jednak puchary reprezentacyjne, klubowe oraz wyróżnienia indywidualne są z pewnością pewnym wyznacznikiem jego jakości. Takie tytuły jak Złota Piłka, Gracz Roku Fifa, Najlepszy Gracz Ligi Mistrzów czy Lig, w których występował, a także MVP Mistrzostw Europy są marzeniem każdego piłkarza. Marzeniem, które jak udowodnił Zinedine Zidane, każdy ma szansę spełnić – wystarczy ciężka praca i twardy charakter. Pochodzenie nie ma znaczenia.
Osiągnięcia
Osiągnięcia klubowe:
Bordeaux
1 x Puchar Intertoto UEFA: 1995
1 x Finał Pucharu UEFA: 1995/96
Juventus
2 x Mistrzostwo Włoch: 1996/97, 1997/98
1 x Superpuchar Włoch: 1997
1 x Superpuchar Europy UEFA: 1996
1 x Puchar Interkontynentalny: 1996
2 x Puchar Intertoto UEFA: 1999
2 x Finał Ligi Mistrzów UEFA: 1996/97, 1997/98
Real Madryt
1 x Mistrzostwo Hiszpanii: 2002/03
2 x Superpuchar Hiszpanii: 2001, 2003
1 x Liga Mistrzów UEFA: 2001/02
1 x Superpuchar Europy UEFA: 2002
1 x Puchar Interkontynentalny: 2002
2 x Finał Pucharu Króla: 2001/02, 2003/04
Osiągnięcia reprezentacyjne
1 x Mistrzostwo świata: 1998
1 x Mistrzostwo Europy: 2000
1 x Wicemistrzostwo świata: 2006
Osiągnięcia indywidualne
Piłkarz Roku FIFA (pierwsze miejsce): 1998, 2000, 2003
Piłkarz Roku FIFA (drugie miejsce): 2006
Piłkarz Roku FIFA (trzecie miejsce): 1997, 2002
Złota Piłka (pierwsze miejsce): 1998
Złota Piłka (drugie miejsce): 2000
Złota Piłka (trzecie miejsce): 1997
Onze d’Or (pierwsze miejsce): 1998, 2000, 2001
Onze d’Or (drugie miejsce): 1997, 2002, 2003
Onze d’Or (trzecie miejsce): 1999
Młody gracz roku Ligue 1: 1994
Gracz roku Ligue 1: 1996
Obcokrajowiec roku Serie A: 1997, 2001
UEFA Club Football Awards, najlepszy pomocnik: 1997/1998
Piłkarz roku według World Soccer (pierwsze miejsce): 1998
Najlepszy piłkarz Europy według El Pais: 1998, 2001, 2002, 2003
Jedenastka Roku według ESM: 1998, 2002, 2003, 2004
Drużyna marzeń FIFA: 1998, 2006
Kawaler (Chevalier) Orderu Legii Honorowej: 1998[92][93]
Wybrany do listy 100 najlepszych piłkarzy XX wieku według World Soccer: 1999
Piłkarz roku według World Soccer (drugie miejsce): 2000
Drużyna marzeń UEFA EURO 2000
Najlepszy piłkarz mistrzostw Europy: 2000
Piłkarz roku Serie A: 2001
Drużyna Roku UEFA: 2001, 2002, 2003
Najlepszy piłkarz sezonu według UEFA: 2002
Premio Don Balón (Najlepszy Obcokrajowiec): 2002
Drużyna marzeń UEFA EURO 2004
FIFA 100: 2004
UEFA Golden Jubilee Poll (najlepszy europejski gracz ostatnich 50 lat): 2004
Pierwsze miejsce w głosowaniu internautów z okazji 50-lecia UEFA: 2004
FIFPro World XI: 2005, 2006
Najlepszy zawodnik mistrzostw świata (Złota piłka): 2006
Najlepszy rozgrywający według IFFHS: 2006
algierski Narodowy Order Zasługi (klasy Athir): 2006[94][95]
Golden Foot „All time”: 2008
Marca Leyenda: 2008
Oficer (Officier) Orderu Legii Honorowej: 2008/09[96]
Piłkarz dekady według ESPN: 2009
Piłkarz dekady według Sports Illustrated: 2009
Piłkarz dekady według Fox Sports: 2009
Piłkarz dekady według Don Balón: 2010
Laureus World Sports Awards: 2011
Miejsce w drużynie wszech czasów według World Soccer: 2013
Osiągnięcia Trenerskie:
Real Madryt
Mistrzostwo Hiszpanii: 2016/17, 2019/20
Superpuchar Hiszpanii: 2017, 2020
Liga Mistrzów UEFA: 2015/16, 2016/17, 2017/18
Superpuchar Europy UEFA: 2016, 2017
Klubowe mistrzostwo świata: 2016, 2017
Indywidualne
Trener miesiąca La Liga: kwiecień 2016, maj 2017
Francuski menadżer roku: 2016, 2017
Trener roku według Onze d’Or: 2016/17, 2017/18
Trener roku FIFA: 2017
Trener roku FIFA – drugie miejsce: 2016, 2018
Klubowy trener roku według IFFHS: 2017, 2018
Klubowy trener roku według IFFHS – drugie miejsce: 2016
Drużyna roku według IFFHS: 2017
Trener roku plebiscytu World Soccer: 2017
Trener roku plebiscytu World Soccer – drugie miejsce: 2018
Trener roku według Globe Soccer Awards: 2017

11

@FCBparasiempre
Zdaniem wielu Zinedine Zidane jest piłkarzem, który obok Scholesa był według wielu największym wirtuozem środka pola na przełomie wieków. Jego wpływ na drużyny, w których występował był tak ogromny, że bez niego traciły swój charakter i nie były zdolne do dominacji nad przeciwnikiem. Zinedine Zidane urodził się 23 czerwca 1972 roku w Marsylii. Był synem algierskich imigrantów, którzy swoje korzenie wywodzili z plemion Berberów. To prawdopodobnie Berberskie korzenie spowodowały migrację jego rodziny do Francji. Potomkowie ludności Berberyjskiej czuli silną potrzebę autonomii a ich ocena jako obywateli drugiej kategorii po Arabach nasilała migrację zwłaszcza na tereny Francji. Istotne były również nasilające się napięcia wewnątrz regionu i start wojny algierskiej, przed której rozpoczęciem rodzice Zidane’a wyruszyli do Francji. Ludność Berberyjska wniosła ogromny wkład w kulturę francuską, a Zinedine Zidane nie jest jedynym znanym sukcesorem tej grupy etnicznej. Przykładem wagi, jaką przykładali jego rodzice do swojego pochodzenia, było drugie imię Zidane’a – Yazid, które jest tradycyjnym imieniem ludności Berberyjskiej. Wczesne dzieciństwo Zinedine spędził w biednej dzielnicy Marsylii – La Castellane, która była zasiedlona głównie przez kolorowych imigrantów. Miał czworo starszego rodzeństwa, jednak zaradność jego rodziców pozwoliła im żyć na względnie dobrym poziomie, zwłaszcza w kontekście sąsiedztwa, które słynęło z wysokiego wskaźnika przestępczości i bezrobocia. Możliwe, że szybkie skierowanie zainteresowań młodego chłopca ku piłce nożnej zagwarantowało mu uniknięcie problemów z prawem w przyszłości. Już w wieku 4 lat Zizou biegał wraz z innymi dzieciakami z sąsiedztwa za piłką. W wieku 5 lat był stałym bywalcem Place Tartane, które było głównym skwerem pomiędzy blokami. Jego ulubieńcami w tym czasie byli piłkarze Marsylii – Sliskovic, Francescoli oraz Jean-Pierre Papin. Zaangażowanie i miłość do piłki szybko zaczęła procentować. Z wielu publikacji na temat Zizou można wyczytać opinie na temat czasu jaki poświęcał na grę w piłkę. Podobno nic innego nie liczyło się dla młodzieńca, który grał w szkole i poza nią, angażując w to każdą wolną chwilę. Nie dziwi więc, że w wieku 10 lat Zidane zdobył pierwszy piłkarski angaż do lokalnego klubu z US Saint-Henri. Po półtora roku zainteresowała się nim drużyna SO Septemes-les Vallons, gdzie spędził kolejne 2 i pół roku. Był to bardzo ważny czas dla młodzieńca, który mógł popracować nad rozwojem dynamiki i fizyczności – techniki mu nie brakowało. To właśnie ta ostatnia cecha zwróciła uwagę Jeana Varrauda – skauta i trenera AS Cannes, który po 3-dniowym obozie treningowym CREPS, zarekomendował go dyrektorowi sportowemu tej drużyny na testy. Początkowo Zidane miał spędzić w AS Cannes 6 tygodni, podczas których musiał udowodnić swoją wartość. Pomimo braków fizycznych szybko zaimponował sztabowi trenerskiemu, który postanowił zaufać umiejętnościom Zizou. Dzięki temu w wieku 14 lat opuścił on internat, który dzielił razem z 20 innymi młodzieńcami i wraz z rodziną przeniósł się do Cannes. Sam zawodnik po wielu latach przyznał, że przenosiny do Cannes pozwoliły mu znaleźć równowagę i zagwarantowały rozwój. Niewielu zdaje sobie sprawę jak wielką pracę w rozwój zawodnika i jego przyszłe losy włożył sztab trenerski AS Cannes. Trener Jean Varraud w swoich wywiadach mówił, jak bardzo skupiał się na Zizou, aby ten mógł się rozwinąć. Pomimo niespotykanego kunsztu technicznego Zidane miał wiele problemów, które blokowały możliwość rozwoju. O ile braki fizyczne były łatwe do nadrobienia, o tyle charakter zawodnika był ciężkim orzechem do zgryzienia dla sztabu trenerskiego. Pochodzenie Zinédine’a kształtowało w nim wiele cech, które nie były cenione. Wśród nich można wymienić przede wszystkim porywczość, która była ogromnym problemem. Varraud przyznał, że po raz pierwszy bardziej skupiał się nad rozwojem mentalnym zawodnika, aniżeli pracą nad jego umiejętnościami piłkarskimi. Nie było łatwo przekuć ciężki charakter zawodnika w zaletę, czego przykładem może być chociażby sytuacja, w której pobił on swojego przeciwnika, gdy ten śmiał się z jego pochodzenia. Zidane często uciekał się do stosowania przemocy i nie potrafił kontrolować złości. Tym bardziej należy docenić znaczenie czasu spędzonego w AS Cannes, kiedy to Zizou z introwertyka nie mającego przekonania do własnych umiejętności, często uciekającego się do przemocy, rozwinął się do roli potencjalnego lidera mającego duży wpływ na otoczenie. Opinia osoby małomównej i skromnej po za boiskiem utrzymała się zresztą do końca kariery, natomiast późniejsza opinia Platiniego na temat umiejętności przywódczych Zizou jest najlepszą możliwą rekomendacją i pochwałą pracy, jaką wykonał Varraud i jego sztab. Mimo to nie wszystkie demony otaczające Zizou udało się wyeliminować, o czym trochę później.
Piłkarski debiut Zidane odnotował 18 maja 1989 roku, gdy w wieku 16 lat wystąpił przeciwko Nantes. Na pierwsze trafienie musiał czekać blisko półtora roku. Gol ten dał zwycięstwo 2:1 nad Nantes. Jako ciekawostkę można dodać, że po tym meczu Zizou otrzymał od prezesa klubu samochód – było to spełnienie złożonej wcześniej obietnicy, która mówiła o takim podarunku po pierwszym trafieniu w barwach klubu. Mniej więcej od tego momentu było wiadomo, że AS Cannes jest jedynie przystankiem w karierze Zidane’a. Jego wyjątkowa technika zwróciła uwagę wielu obserwatorów, a świetne wyniki AS Cannes dodatkowo zagwarantowały rozgłos piłkarzowi. W 1992 roku piłkarz przeniósł się do Girondins de Bordeaux, w którym spędził 4 lata pełne sukcesów. Ciekawostką jest, że pod koniec przygody z Bordeaux Zidane był łączony z Newcastle i Blackburn Rovers. Niestety zapały ówczesnego menadżera Blackburn – Kenny’ego Dalglisha zgasił prezes Jack Walker, który stwierdził: ,,Po co nam Zidane, przecież mamy Tima Sherwooda”. Świetna technika nie była wystarczającą rekomendacją dla działaczy angielskich klubów, którzy wciąż skupiali się na aspektach fizycznych w poszukiwaniach potencjalnych gwiazd ligi. Między innymi z tego powodu, pomimo zdobycia nagrody dla najlepszego piłkarza Ligue 1, Zizou zamiast do Anglii przeniósł się do Włoch. Transfer do świeżo upieczonego zwycięzcy Ligi Mistrzów – Juventusu był kolejnym dowodem tego, że Varraud nie mylił się co do potencjału Zizou. Dołączenie do najlepszego klubu Europy, grającego w najlepszej i najbardziej wymagającej ówcześnie ligi na świecie był prawdziwym testem dla Zizou. Początkowo Zidane nie spełniał pokładanych w nim oczekiwań. Istotne było ustawienie, w jakim przyszło grać Francuzowi o algierskich korzeniach. Zinedine występował na pozycji defensywnego pomocnika, co wyraźnie nie pasowało piłkarzowi. Jego zapędy ofensywne, kreatywność i technika nie zdawały rezultatu w grze defensywnej. Nie potrafił on odbierać piłki i początkowo zniechęcił do siebie kibiców. Dopiero przesunięcie do przodu i większa swoboda w rozgrywaniu akcji przywróciły blask Zidane’a. Kosztujący w 1996 roku 3,2 miliona dolarów zawodnik zaczął spłacać poświęcone pieniądze i zaufanie. Według danych Transfermarkt Zidane w 192 występach zaliczył 29 trafień i 9 asyst, udowadniając swoją wartość piłkarską. Lata spędzone we Włoszech były pełne sukcesów, jednak prawdziwą popularność dawały mu występy w reprezentacji. Po dwóch wielkich turniejach reprezentacyjnych – mistrzostwach świata w 1998 i mistrzostwach Europy w 2000 roku cały świat zwrócił oczy ku dalszym losom Zizou. Stało się niemal pewne, że Francuz opuści Juventus. Piłkarz idealnie wkomponowywał się w wizję Florentino Pereza, składającego obietnicę budowy Galaktycznego zespołu w stolicy Hiszpanii. Jedną z ciekawszych historii jest informacja na temat propozycji gry w Realu, którą otrzymał Zizou. Podobno podczas jednej z uroczystych kolacji, na których był zarówno Zidane jak i Perez, ten drugi zamierzał porozmawiać z piłkarzem. Gdy stało się oczywiste, że plan prywatnej i nieoficjalnej rozmowy nie powiedzie się, prezes Realu napisał na serwetce pytanie dotyczące przenosin Zidane’a do Realu. Zizou odpisał na tej samej serwetce krótkie, ale wymowne „YES”. Zgoda Zizou była jedynym, czego potrzebował Real, aby pozyskać jednego z najlepszych piłkarzy globu. W 2001 roku 29-letni Zidane został oficjalnie przedstawiony w barwach Realu Madryt, a suma 150 milionów lirów (około 75 milionów dolarów) stała się rekordem transferowym do czasu transferu Cristiano Ronaldo. Mówi się, że Zinedine Zidane spłacił swój transfer cudownym trafieniem w finale Ligi Mistrzów przeciwko Bayerowi Leverkusen w 2002 roku. Z pewnością można przyznać, że pomimo niewielu trofeów zdobytych w trykocie Realu, kwota transferu była niczym, wobec wartości medialnej, jaką niósł za sobą francuski pomocnik. W swoich 227 występach dla Królewskich Zidane strzelił 49 bramek i zanotował 34 asysty. Karierę zakończył z honorami godnymi prawdziwej legendy. Po 5 latach regularnej gry w barwach Realu 80 tysięcy fanów przygotowało oprawę na trybunach, której sercem był ogromny baner z napisem „Thanks for the magic”. Pomimo zakończenia kariery sportowej Zizou wciąż współpracuje z Realem i okazjonalnie występuje w meczach charytatywnych.
Gdy myślę o Zizou mam przed oczami nie tylko jego występy klubowe, ale przede wszystkim grę w reprezentacji. Nie pamiętam drugiego zawodnika, który był tak istotny dla drużyny narodowej. Najlepszym tego dowodem były turnieje, w ramach których Zizou prowadził Francję do największych sukcesów. Nie bez powodu mówi się o Francji dwóch pokoleń – Platiniego i Zidane’a. Porównań oczywiście nie może zabraknąć z uwagi na podobieństwa piłkarskie. Mimo to w mojej opinii najważniejsze są analogie mentalne. Cała Francja i świat oszalały, gdy w 1998 roku niewidoczny cały turniej Zinedine Zidane poprowadził reprezentację do zwycięstwa w finale. To, co niemożliwe stało się faktem, i Francja pokonała wielką Brazylię 3:0 po 2 trafieniach głową Zidane’a. Paradoksalnie sam piłkarz wcześniej wielokrotnie przyznawał, że ten element jest jego najsłabszą stroną i nie potrafi odnaleźć się w grze w powietrzu. Dwa trafienia w finale były jego jedynymi w turnieju, mimo to został on uznany za jednego z najlepszych piłkarzy mistrzostw. Dwa lata później pomocnik poprowadził drużynę do kolejnego sukcesu. Jego cudowne trafienie z rzutu wolnego w półfinale z Hiszpanią, czy złoty gol strzelony w 117 minucie dogrywki przeciwko Portugalii w półfinale, otworzyły Francji drogę do finału. Zinedine Zidane został uznany za najlepszego zawodnika turnieju. Gdy wydawało się, że nic nie zatrzyma Francji w drodze do kolejnych tryumfów przyszedł kryzys w 2002 roku. Źródłem kryzysu była między innymi kontuzja, której nabawił się Zidane w meczu kontrolnym przed turniejem. Absencja mózgu drużyny całkowicie rozbiła reprezentację trójkolorowych, którzy odpadli z turnieju nie strzelając żadnej bramki. Nawet powrót nie do końca wyleczonego Zizou w ostatnim meczu fazy grupowej nie uratowała reprezentacji przed blamażem. Kolejny turniej w Portugalii również nie przywrócił kadrze dawnego blasku, mimo to znów mogliśmy być świadkami jak ogromne znaczenie dla drużyny miał Zidane. W meczu otwierającym przygodę Francuzów na mistrzostwach występ Zidane’a był niepewny. Dopiero wizja porażki z prowadzącymi do przerwy 0:1 Anglikami sprawiła, że Zidane wziął sprawy w swoje ręce. Zizou strzelił cudownego gola z rzutu wolnego, by 2 minuty później dobić Anglików golem z rzutu karnego – oba trafienia miały miejsce w doliczonym czasie gry. Pomimo pierwszego miejsca w grupie Francja odpadła w ćwierćfinale z późniejszym tryumfatorem turnieju – drużyną Grecji. Całą Francję obiegła również informacja o zakończeniu kariery przez Zidane’a. Kolejne lata były ciężkim okresem dla Les Bleus. Wizja kolejnego trudnego turnieju przekonała Zidane’a do powrotu. Był to prawdziwy strzał w dziesiątkę. Pomimo swojego wieku Zizou znów poprowadził drużynę do finału, w którym otworzył wynik meczu. Niestety Francja przegrała mecz po rzutach karnych, a ostatnią akcją w karierze Zidane’a był cios głową wymierzony Materazziemu. Krytyka, która spadła na Zizou była ogromna, jednak nie umniejsza zasług pomocnika. W 108 występach w barwach narodowych strzelił 31 bramek. W początkowej części opisu sylwetki Zidane’a wspomniałem o demonach, z jakimi walczył zawodnik. Jak każdy wybitny piłkarz, tak też Zizou miał swoje ciemne strony. Ostatnio wiele mówi się o kazusie Suareza. Niewielu jednak pamięta, że legendarna „główka” Zidane’a w finale mistrzostw świata nie była jego pierwszym tego typu wybrykiem. Jeszcze w czasach gry w Juventusie Zidane również zaatakował innego zawodnika głową. Miało to miejsce 14 października 2000 roku w meczu przeciwko Hamburger SV. Zidane został zawieszony na 5 meczów, chociaż początkowo mówiło się nawet o rocznym zawieszeniu. Niezależne opinie mówią, że ten incydent pozbawił go szans na otrzymanie Złotej Piłki, do której był niemal pewnym kandydatem. O porywczym charakterze i niezrozumiałych zachowaniach świadczą jego liczne wykluczenia. W swojej karierze był łącznie wykluczany 14 razy. Oprócz tego otrzymał on ponad 50 żółtych kartek. Podczas mistrzostw świata w 1998 roku Zidane z premedytacją nadepną na leżącego zawodnika Arabii Saudyjskiej, co również skutkowało wykluczeniem. Ocena charakteru Zizou nie jest łatwa. Z jednej strony mamy obraz introwertyka stroniącego od mediów, skrytego i zamkniętego w sobie. Próżno szukać o piłkarzu informacji o poza boiskowych aferach czy skandalach w życiu osobistym. Z drugiej strony widzimy przywódcę o silnym charakterze, z którym liczyli się nie tylko zawodnicy o niższej klasie, ale również gwiazdy światowego formatu. Plamą na wizerunku rzutują z pewnością jego ciężki i porywczy charakter na boisku. Jego korzenie i dzieciństwo w trudnej dzielnicy nie są bez znaczenia dla jego decyzji boiskowych, licznych – często brutalnych – fauli, oraz braku pokory i rozsądku przed prowokacjami. Doskonale wykorzystał to Materazzi. Mimo to nie sposób nie wspomnieć o działalności filantropijnej, jakimi są między innymi występy w meczach charytatywnych, wspieranie akcji przeciw AIDS, Organizacji Narodów Zjednoczonych, UNICEF czy wielu innych. Oprócz akcji globalnych Zidane prywatnie sponsoruje klub piłkarski, w którym rozpoczynał swoją przygodę z piłką. Dzięki temu wspiera lokalną społeczność i umożliwia młodym chłopcom grę w piłkę. Zidane spełnia się w roli męża i ojca. Swoją żonę spotkał jeszcze w czasach gry w Cannes w 1988 roku, ma z nią 4 synów, którym wpaja miłość do futbolu. Sam siebie określa jako niepraktykującego muzułmanina.

4

Co za jołop z tego Ronaldo! Paszoł won mnie z telewizora

14

To był niezapomniany mundial polskiej reprezentacji:
23 czerwca 1974 r. Polska pokonuje Włochy 2:1 w fazie grupowej mistrzostw świata w RFN. Włosi przyjechali na mundial w roli wicemistrzów świata i najlepszej europejskiej drużyny 1973 roku. A wrócili jak niepyszni do domu już po trzech meczach grupowych. Zadecydowała o tym porażka z drużyną Kazimierza Górskiego po kapitalnych golach Andrzeja Szarmacha i Kazimierza Deyny. Strzał kapitana biało-czerwonych był tak silny, że pękł mu... but. Polacy zagrali na luzie, gdyż już wcześniej zapewnili sobie awans do kolejnej fazy turnieju. Na luzie, ale bez taryfy ulgowej dla rywala. I wyszedł z tego jeden z najlepszych i najbardziej pamiętnych meczów w historii polskiego futbolu. ,,Atutem Polaków jest ich niewymuszoność. Naprawdę myślą szybko, kiedy chodzi o znalezienie właściwej pozycji, aby przygotować się do strzelenia gola. W Stuttgarcie wydawało się, że z trójkolorowych barw Italii wypłukana zostanie zieleń. Pozostała tylko biel i czerwień – barwy Polaków- „DIE WELT”.
@Adran360
@Bernard777
@FcPortoFan1999
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani

13

Panie i Panowie, entuzjaści futbolu, dzisiaj przypada rocznica urodzin bardzo wyjątkowego piłkarza, bez wątpienia najlepszego w dziejach polskiego futbolu. Otóż 23 czerwca 1916 r. w Katowicach urodził się Ernest Otton Wilimowski, geniusz polskiego futbolu. Sam o sobie mówił, że jest Górnoślązakiem. Nie zmienia to faktu, że ten region po I Wojnie Światowej został przyłączony do Polski a Wilimowski grał w polskiej lidze i w polskiej reprezentacji, i to jak grał! Pomimo że wystawiany był na pozycji lewego łącznika(więc nominalnie za napastnikami) zasłynął z niebotycznej wręcz skuteczności. W polskiej lidze strzelił dla Ruchu Hajduki Wielkie aż 112 goli w zaledwie 86 meczach! Dla porównania lider klubu 100, Erenst Pohl do strzelenia 186 goli potrzebował aż 264 meczy. Natomiast w reprezentacji Polski w 22 spotkaniach zdobył 21 goli a więc też znakomita średnia. Kiedy Wilimowski miał 17 lat, przeszedł z 1.FC Katowice do Ruchu Wielkie Hajduki i od tej pory zaczęła się kariera, jakiej jeszcze polskie boiska nie widziały. Już w trzecim meczu ligowym z krakowskim Podgórzem strzelił 5 goli! Jeszcze w tym samym roku przed 18 urodzinami zadebiutował w reprezentacji Polski. Do legendy przeszły jego wyczyny na Mistrzostwach Świata w 1938 roku, kiedy to w meczu z Brazylią strzelił aż 4 gole, jako pierwszy zawodnik na MŚ, doprowadzając bramkarza „Canarinhos” do furii, a naszej drużynie zapewniając wyrównaną walkę do samego końca (wynik 5:6 po dogrywce). Nie mniej spektakularnym wyczynem „Ezi” popisał się na kilka dni przed wybuchem II Wojny Światowej, kiedy to 27 sierpnia 1939 roku polska reprezentacja pokonała bardzo silną ekipę węgierską(wówczas wicemistrzów świata) 4:2, a on sam strzelił 3 gole, a czwartego wypracował. W polskiej lidze dokonał rzeczy niewyobrażalnej i nieosiągalnej dla nikogo aż do dziś, w czasie meczu z Union-Touring Łódź(12:1), strzelił aż 10 goli! Głównie dzięki niemu Ruch zdobywał w tym okresie czterokrotnie tytuł mistrza Polski (1934, 35, 36 i 38 rok). Po latach niemiecki kapitan mistrzów świata Fritz Walter powie o Wilimowskim: ,,To napastnik, który strzela więcej goli niż ma okazji”. Nic dodać, nic ująć. Niestety jego przekleństwem stała się II Wojna Światowa. Ernest Wilimowski podpisał volkslistę i wyjechał w głąb III Rzeszy. Tam kontynuował swoją karierę i dalej zadziwiał skutecznością – w 8 meczach w reprezentacji Niemiec zdobył 13 goli! Nie zmienia to jednak faktu, że w komunistycznej Polsce był traktowany jako renegat i zdrajca. Jednak im więcej czasu upływa od tych wydarzeń, tym mniej czarno-biała zaczyna być postać Ernesta Wilimowskiego. Trzeba pamiętać o specyfice Górnego Śląska, regionu mającego bardzo silne związki nie tylko z Polską, ale głównie właśnie z Niemcami i dodatkowo mocne tendencje autonomiczne.
Warto wiedzieć, że np. na Śląsku w czasie wojny można było grać w piłkę, a sam rząd RP na uchodźstwie namawiał Ślązaków do podpisywania volkslist, żeby się maskować. Polski trener reprezentacji Józef Kałuża nie widział nic złego w tym, że wielu Ślązaków grało (czy starało się o grę) w reprezentacji Niemiec. Udało się tylko Wilimowskiemu. Co więcej, na początku wojny Wilimowski musiał ukrywać się przed Niemcami. Jednym z notabli NSDAP na Śląsku była osoba, która nienawidziła go za to, że w 1934 roku przeszedł z FC Kattowitz do będącego symbolem polskości Ruchu Wielkie Hajduki. Po wybuchu wojny Wilimowski jednak wrócił do FC Kattowitz, gdzie grali praktycznie sami Ślązacy – Ruch został zlikwidowany. Zmieniał później kluby jeden po drugim, strzelał mnóstwo goli i trafił do reprezentacji Niemiec. I podobno udało mu się tam zdobyć respekt trenera i piłkarzy. Najlepszy występ w tej drużynie zanotował w Bernie przeciwko silnym wówczas Szwajcarom – Niemcy wygrali 5:3, a Wilimowski strzelił 4 gole. Trafił jeszcze raz, główką po rzucie rożnym, ale sędzia… dopatrzył się spalonego. Co ciekawe wielkim entuzjastą talentu Ernesta Wilimowskiego był inny Ślązak, Gerard Cieślik. Już jako kilkunastoletni chłopak podziwiał go na treningach i meczach, również tych w reprezentacji Niemiec (np. podczas meczu z Rumunią rozegranym w 1942 roku). Osoby, które znały Wilimowskiego podkreślają jego całkowitą apolityczność i to, że on zawsze był przede wszystkim piłkarzem. Interesowała go wyłącznie gra w piłkę. Taka postawa była nie do zaakceptowania przez wielu Polaków po wojnie. Według nich Wilimowski okazał się oportunistą i świadomie wyrzekł się Polski. Zapominają one jednak, że Wilimowski czuł się przede wszystkim Ślązakiem, grając zarówno dla Polski, jak i dla Niemiec. Po wojnie Ernest Wilimowski został w Niemczech, do Polski nie miał po co wracać. Grywał jeszcze do 1959 roku, potem osiadł w Karlsruhe. Odmówił pracy w Niemieckim Związku Piłkarskim.
@Symson
@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@Gary
@Bernard777
@FcPortoFan1999
@Adran360

12

Blaugrana ratuje sezon zdobyciem Pucharu Hiszpanii:
23 czerwca 1963 r. FC Barcelona zdobywa 13-sty w historii Puchar Hiszpanii. Sezon 1962/63 nie należał do najlepszych w historii klubu. Kubala stracił posade trenera po przegranym finale Pucharu Miast Targowych i słabej postawie Barçy w La Liga, gdzie Katalończycy skończyli rozgrywki na 6 miejscu. W Pucharze Hiszpanii już od 1/16 finału Blaugrana męczyła się z każdym przeciwnikiem, z Elche i Valencią musiała nawet rozegrać dodatkowe trzecie spotkanie na neutralnym terenie. W finale rozgrywanym na Camp Nou, Barça pokonała prowadzony przez Cesara Rodrigueza, Real Zaragoza 3:1. Finał okazał się najłatwiejszy ze wszystkich a Cesar Rodriguez w kolejnym sezonie został trenerem Barçy. Gole dla Blaugrany strzelali: Jesus Pereda(9 minuta), Sandor Kocsis(18 minuta) oraz Jose Antonio Zaldua(59 minuta). Skład Barçy: Sadurni, Eladio, Olivella, Gracia (Szalay), Maranon (Fuste), Goyvaerts, Zaballa (Cubilla), Pereda (Re), Zaldua, Kocsis, Cubilla (Vicente).
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani

13

Legendy Blaugrany:
23 czerwca 1938 r. w Medina de Pomar urodził się Jesús María Pereda Ruiz de Temiño, był hiszpańskim pomocnikiem. Lepiej znany pod pseudonimem ,,Chus Pereda” lub ,,Txus Pereda”, ten baskijski gracz grał w FC Barcelonie w latach 60-tych. Był reprezentantem Hiszpanii i wziął udział w Euro 1964, które wygrał jednocześnie z tytułem najlepszego strzelca. Grał także w sześciu innych klubach, w tym w Realu Madryt i Sevilla FC. Po przejściu na emeryturę trenował kilka drużyn młodzieżowych a także drużynę Katalonii. Urodzony w Medina de Pomar w prowincji Burgos Pereda dorastał w Balmaseda i został kapitanem prowincjonalnej drużyny U-16. Debiutował w SD Indautxu w Bilbao, gdy Athletic Bilbao odmówił zatrudnienia go ze względu na jego miejsce urodzenia. Następnie postanawia dołączyć do Realu Madryt. Tam wygrał La Liga w 1958 roku, choć rozegrał tam tylko dwa mecze. Następnie udał się na rok do Realu Valladolid, gdzie wygrał Ligę 2, zanim przeszedł na dwa sezony do Sevilla FC. W 1961 przeszedł do Blaugrany, gdzie w ośmiu sezonach rozegrał 231 meczów, zdobywając 107 goli we wszystkich rozgrywkach, dwukrotnie zdobywając Puchar Hiszpanii w 1963 i 1968 roku. Następnie odszedł z FC Barcelony do CE Sabadell a następnie zakończył karierę w RCD Mallorca. Pereda rozegrał 15 meczów dla Hiszpanii, strzelając sześć goli pomiędzy 1960 i 1968 roku. W tym okresie wygrał Euro 1964 rozgrywane w Hiszpanii, strzelając gola w półfinale z Węgrami i gola w finale przeciwko ZSRR. Swoimi dwoma golami zdobył tytuł najlepszego strzelca rozgrywek. Pereda zmarł 27 września 2011 r. w Barcelonie.
@Vivienne
@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@martusiaaaa
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@Adran360

13

Kryjówka:
Był 23 czerwca 1925 r., zaledwie dwadzieścia cztery godziny przed zamknięciem klubu na sześć miesięcy z powodu wygwizdania hiszpańskiego hymnu narodowego na stadionie „Camp de Les Corts”. Dzień wcześniej anonimowy pracownik, działając z własnej inicjatywy, wziął na siebie zabezpieczenie wszystkiego, co uznał za najważniejsze, na wszelki wypadek. W pudełkach zakupionych w sklepie tytoniowym obok budynku klubowego na „Plaça Teatre” schował dwie maszyny do pisania, maszynę do drukowania kart członkowskich, kilka trofeów, proporczyków oraz dzienniki protokołów i zapisów członkowskich. Wszystko to zostało przeniesione na parter budynku nr. 21 „Carrer Aribau”, dawnego biura klubu w latach 1919-1921 i ukryte w ciemnym pomieszczeniu, w którym warzywniak przechowywał swoje towary. Sześć miesięcy później, gdy klub mógł wznowić działalność, wszystko wróciło na swoje miejsce. Żaden członek zarządu nie zauważył, co się stało. Taka dalekowzroczność! Mężczyzna najwyraźniej domyślił się, że sprawy staną się nieciekawe, biorąc pod uwagę zachowanie klubu i działania dyktatury.
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani

10

@FCBparasiempre
W historii mundiali było tylko dwóch piłkarzy, o których można powiedzieć że zdobyli Puchar Świata w pojedynke. Diego Maradona dokonał tego jak nikt inny. Pele w roku 1958 zaczynał turniej jako rezerwowy a 4 lata później doznał kontuzji i nie wziął udziału w czterech z sześciu meczów Brazylii, z finałem włącznie. Wtedy piłkarzem, bez którego Canarinhos prawdopodobnie nie wywalczyli by tytułu, był genialny Garrincha. Nigdy wcześniej żaden zawodnik zwycięskiej reprezentacji nie miał na nią tak dużego wpływu jak on. Garrincha stał się pierwszym piłkarzem, na którym spoczęła odpowiedzialność za losy całej jedenastki. Tym bardziej że na mundialu w Chile Brazylia musiała sobie dawać rade bez Pelego. Niemal ćwierć wieku później Diego Maradona, w jeszcze bardziej imponującym stylu zdobył Puchar Świata dla Argentyny. Strzelił 5 goli w 7 meczach, które rozegrał od pierwszej do ostatniej minuty. Trener go nie oszczędzał. Argentyna należała do faworytów, co od roku 1978 stanowiło już norme. Podobnie było 4 lata wcześniej na mundialu w Hiszpanii ale wtedy Maradona nie wytrzymał presji. Po brutalnym faulu, jakiego się dopuścił w meczu z Brazylią, wyleciał z czerwoną kartką z boiska a broniąca tytuły Argentyna nie dotarła nawet do strefy medalowej. Burza jaka wtedy przeszła przez kraj, zmiotła z posady noszonego do niedawna na rękach trenera Cesara Luisa Menottiego i wyrzuciła z kadry większość uczestników hiszpańskiego mundialu. Do kolejnego, w Meksyku, dotrwali tylko Maradona, Valdano, Olarticoechea, Pumpido i Passarella, który jednak nie opuszczał ławki rezerwowych. Historie drugiego meksykańskiego mundialu można opisywać, wyliczając kolejne akcje i gole Diego Maradony oraz faule na nim ale potrzebne jest krótkie wprowadzenie. Kim był Diego udający się do Meksyku? Miał 26 lat i od mniej więcej dziesięciu cieszył się opinią najbardziej utalentowanego piłkarza na świecie. O takich pisze się że są ,,graczami kompletnymi” lub że potrafią wszystko. Był żonglerem, przy którym cyrkowi poskramiacze piłki powinni czuć wstyd. Kiedy nagrywał reklamowy film dla Pumy, spełnił oczekiwania producenta już przy pierwszej próbie ale ekipa zdjęciowa, zafascynowana umiejętnościami piłkarza, nie chciała się z nim rozstać. Szukała więc dziury w całym, prosząc: ,,Zagraj to jeszcze raz, Diego”. I Maradona znowu podbijał piłke stopami, udami, głową, ramionami, nogami, piersiami – czym tylko się dało, robiąc z tego prostego dla niego zajęcia rodzaj seansu dla stojących z otwartymi ustami operatorów, dźwiękowców i ludzi trzymających lampy. Na boisku zachowywał się tak samo, mimo iż setki obrońców na całym świecie, zazwyczaj wyższych od niego o głowe, usiłowały obrzydzić mu gre. Zawsze trzymał piłke przy nodze a w biegu na 3 metry – bo taki dystans jest dla napastnika najważniejszy – zostawiał ich o metr z tyłu. Jeśli nawet obrońca dorównywał mu szybkością to gubiły go zwody Maradony. Strzelał i podawał jak nikt inny. Zdobywał gole nawet po strzałach głową, chociaż akurat głowe miał najsłabszą. Po mundialu w Hiszpanii FC Barcelona kupiła go z Boca Juniors za 10 mln dolarów ale nie spodobało mu się w Katalonii. Na jego żądanie prezydent klubu zwolnił znanego niemieckiego trenera Udo Lattka i zastąpił go Cesar Luis Menotti. Wspólnie zdobyli Puchar Króla. W Barcelonie zachorował na żółtaczke a w meczu z Athletic Bilbao obrońca Andoni Goikoetxea złamał mu noge. Od tamtej pory nazywano go ,,Rzeźnikiem Maradony” bądź ,,Rzeźnikiem z Bilbao”, omijali go wszyscy napastnicy Primera Division. Diego leżał przez 3 miesiące z nogą na wyciągu. Nie ufał lekarzom klubowym, więc sprowadził z Mediolanu swojego Rubena Olive, byłego lekarza kadry Argentyny, powiernika piłkarzy. Kiedy Maradone zabolała głowa, dzwonił do Mediolanu, dr. Oliva wsiadał w samolot i leciał do Katalonii żeby podać piłkarzowi pastylke. Lekarz nie uchronił go jednak przed narkotykami. Maradona zaczął je brać w Barcelonie, uciekając w ten sposób przed prawdziwymi i urojonymi problemami. Źle się czuł, więc propozycja przejścia do Napoli spadła mu jak z nieba. W roku 1984 Napoli kupiło go za 12 mln dolarów. Prawdopodobnie na tę kwote złożyły się w znacznym stopniu pieniądze neapolitańskiej mafii – camorry. Zresztą większość poszła od razu na pokrycie długów menadżera piłkarza, jego przyjaciela z dzieciństwa – Jorge Cyterszpillera.
W prezentacji Maradony na stadionie San Paolo wzięło udział 80 tys. ludzi! Kiedy już wyszedł na boisko w błękitnej koszulce z numerem 10, pokazywał gre, jakiej jeszcze w Neapolu nie widziano. Był królem Neapolu. Od prezesa klubu otrzymał w prezencie czarne ferrari F40, jedyny taki egzemplarz na świecie. Kiedy Maradona jechał na mundial do Meksyku, był u szczytu sławy i popularności. W dodatku zarabiał rocznie około 10 milionów dolarów! Ciężar odpowiedzialności za wynik Argentyny spadał niemal wyłącznie na jego barki. To było niezwykle trudne do udźwignięcia ale Maradona, prosty chłopak bez wykształcenia, imponujący wszystkim ale nie mogący rozmawiać o niczym poza futbolem, sprostał temu zadaniu. Argentyna zaczynała turniej od meczu z Koreą południową. Maradone ścigało po boisku po dwóch a bywało nawet że i trzech przeciwników naraz. Kopali go, szczypali, trzymali za koszulke i osiągnęli tyle że nie strzelił gola ale dzięki jego podaniom zrobili to partnerzy Diego i Argentyna wygrała 3:1. W drugim meczu było znacznie trudniej. Naprzeciwko Argentyńczyków stanęli mistrzowie świata – Włosi. Oni znali Maradone z Serie A a on ich. Nie było już wprawdzie obrońcy Claudio Gentilego, który 4 lata wcześniej rozdarł Diego koszulke na piersiach i usiłował zdjąć mu spodenki ale grali godni jego następcy. Wystarczyła jednak chwila nieuwagi i Maradona kopnął piłke do bramki w sytuacji, w której żaden inny napastnik nie pomyślałby nawet że tak można. Argentyna-Włochy 1:1. Trzeci mecz, z Bułgarią, przypominał nieco ten pierwszy. Bułgarzy, podobnie jak wcześniej Koreańczycy, koncentrowali się głównie na obrzydzaniu życia Maradonie, więc znowu gole strzelali jego koledzy. Argentyna-Bułgaria 2:0. W drugiej rundzie Argentyna trafiła na bardzo dobry Urugwaj ze słynnym Francescolim, który był wzorem młodego Zidane’a. Do tego stopnia, że swojemu pierwszemu synowi, na cześć Urugwajczyka, dał na imie Enzo ale Francescoli nie pomógł. Z trudem bo z trudem ale Argentyna zwyciężyła 1:0 a powinna 2:0 bo – nie wiedzieć dlaczego – sędzia nie uznał gola zdobytego przez Diego prawidłowo. Tak się przynajmniej wszystkim zdawało. Następne spotkanie z Anglią było czymś więcej niż zwykłym meczem, w którym chodzi tylko o awans do czwórki najlepszych na świecie. Futbolowe stosunki Anglii z Argentyną nigdy nie były dobre(i chyba prędko nie będą) a kilka faktów z boiska i polityki sprawiło że o szacunku nie mogło być mowy. Podczas mundialu w Chile Anglia wygrała z Argentyną 3:1 i nikt do nikogo nie miał pretensji. Cztery lata później, na mistrzostwach w Anglii, gospodarze pokonali Argentyńczyków 1:0 ale w atmosferze skandalu. Niemiecki sędzia nie wiadomo za co wyrzucił z boiska argentyńskiego kapitana Antonio Rattina, ułatwiając Anglikom gre. Poczucie niesprawiedliwości objęło nie tylko Buenos Aires. W kwietniu roku 1982 argentyńska armia zajęła leżące na południowym Atlantyku wyspy Falklandy, nazywane w Argentynie Malwinami. Należały do Wielkiej Brytanii ale stanowiły przedmiot sporu między obydwoma państwami. Londyn nie pozostał bierny, wojna trwała blisko 3 miesiące i pochłonęła prawie tysiąc ofiar. Wyspy pozostały przy Wielkiej Brytanii ale stosunki między obydwoma krajami nacechowane były wzajemną wrogością. Kiedy więc w roku 1986 na Estadio Azteca wychodziły reprezentacje Anglii i Argentyny, miliony kibiców w obu krajach(a zwłaszcza w Argentynie, która przegrała wojne) widziały piłkarzy w żołnierskich mundurach a nie piłkarskich koszulkach a na wojnie robi się wszystko żeby wygrać. Ali Bennaceur, pierwszy Tunezyjczyk w roli sędziego głównego mistrzostw świata, dobrze wywiązywał się ze swojej roli, chociaż nie ustrzegł się błędu w 51 minucie, przy stanie 0:0. ,,El Pelusa” minął przed polem karnym trzech angielskich piłkarzy i podał na prawą strone do Valdano. Wyprzedził go obrońca Hodge. Odbił piłka tak że poleciała w strone bramkarza Schiltona. Maradona to przewidział. Po swojej akcji nie zatrzymał się, tylko pobiegł w kierunku bramkarza i kiedy ten wyciągnął ręce żeby złapać piłka, Argentyńczyk go uprzedził. Wyskoczył ponad pół metra w góre(Shilton prawie nie oderwał się od ziemi), podniósł lewą ręke, uderzył piłke, która wpadła do bramki. Mecz oglądało prawie 115 tysięcy ludzi i większość miała wątpliwości. Dziennikarze na miejscach prasowych mieli je na pewno. Tyle że nikt nie był w stanie ich rozwiać. Maradona skakał na ogół wyżej od swoich przeciwników ale przy wzroście 167 centymetrów nie mógł wzbić się na tyle wysoko aby mieć głowe ponad rękami Shiltona. Nic więc dziwnego iż kiedy arbiter wskazał na środek boiska, angielski bramkarz podbiegł do sędziego liniowego, mówiąc i pokazując że Maradona pomógł sobie ręką ale liniowy też mógł tego nie zauważyć. Wszystko działo się tak szybko że trudno się było zorientować, tym bardziej że w chwili wyskoku Maradona trzymał ręke przy głowie. Spytano go więc wprost, czy strzelił gola ręką. Był bardzo religijny, przed każdym meczem żegnał się, wznosząc głowe ku niebu, odpowiedział więc wymijająco: ,,To była ręka Boga”. Wiadomo jaki przekaz skierowany do milionów Argentyńczyków niosło to zdanie. Bóg jest po naszej stronie i odpłaca się za te wszystkie angielskie niegodziwości. Mineło jednak kilka tygodni, emocje opadły, więc Maradona przekuł pomoc boską na swój geniusz. ,,Jaka tam ręka Boga. To była ręka Diego. To coś takiego jak gwizdnąć Anglikowi portfel”. Po latach przyznał się do oszustwa i za nie przeprosił.
W tym meczu w ciągu 5 minut wydarzyły się dwie sytuacje wciąż wzbudzające emocje. Po nieuczciwie zdobytym golu padł drugi, uznany za najpiękniejszy w XX wieku. Boski Diego otrzymał piłke na swojej połowie, kilkanaście metrów za linią środkową po prawej stronie i rozpoczął rajd trwający zaledwie 12 sekund. Przeniósł nas w tym czasie w inny świat. Wstawaliśmy ze swoich miejsc i siadaliśmy, otwieraliśmy usta i łapaliśmy się za głowe a na koniec prawie 115 tysięcy ludzi na Estadio Azteca śmiało się od ucha do ucha, krzycząc: Niemożliwe, impossibile! Maradona z piłką przy nodze zdemolował całą lige angielską. Najpierw minął Reida, potem Hadge’a, po nim Sansoma i Fenwicka. Terry Buther też nie dal mu rady a Shilton patrzył na to wszystko czekając na egzekucje i nie wiedział co robić? -stać, rzucić się pod nogi Argentyńczyka, sprowokować go do jakiegoś ruchu? Wybrał wybieg aż za pole bramkowe, co nie było dobrą decyzją bo odsłonił bramke. Po około 50 metrowym rajdzie Maradona dotarł do narożnika pola bramkowego i z około 6 metrów kopnął piłke do bramki, w której już nie było nikogo. Czegoś takiego na mistrzostwach świata jeszcze nikt nie widział. Do końca meczu pozostawało ponad pół godziny. Po dwóch takich ciosach Anglicy wstali z desek. Na ostatni kwadrans trener Robson wprowadził na boisko skrzydłowego Barnesa. Argentyńczycy nie mogli go zatrzymać. Lineker, król strzelców tamtego mundialu zdobył gola na 1:2 i niewiele brakowało a wbiłby drugiego. Ostatecznie Argentyna zwyciężyła 2:1. Może Anglicy pogodziliby się z porażka, gdyby nie ,,ręka Boga”. Szczególne emocje nadal towarzyszyły więc meczom Anglia-Argentyna. Na mundialu we Francji sfaulowany David Beckham, leżąc na trawie, kopnął Diego Simeone i został ukarany czerwoną kartką. Duńskiego sędziego, który podjął tę decyzje oskarżono o sprzyjanie Argentyńczykom. Podczas mistrzostw świata w Korei i Japonii włoski arbiter Pierluigi Collina nie wiadomo dlaczego uznawany za najlepszego na świecie, przyznał Anglikom rzut karny po bardzo wątpliwym faulu. Beckham jedenastke wykorzystał a po meczu dał sędziemu swoją koszulke. Anglicy wygrali mecz 1:0. Teraz, w Argentynie gromy spadły na Colline. W Meksyku Argentyna łatwo pokonała w półfinale Belgie 2:0 a Boski Diego znów strzelał gole nieosiągalne dla zwykłego piłkarza. Belgijski bramkarz Pfaff, jeden z najlepszych na świecie, po meczu pierwszy biegł z gratulacjami do Argentyńczyka. Wtedy wszyscy mieli świadomość że zatrzymanie go przekracza możliwości bramkarzy, obrońców i całych drużyn. W finale mogli to zrobić tylko Niemcy trenowani przez Beckenbauera. Choć grali(jak zwykle) tyleż dobrze, co szczęśliwie, zawsze byli groźni. Mimo że mistrzostwa rozgrywano na półkuli zachodniej, w czwórce najlepszych znalazły się 3 reprezentacje europejskie: RFN, Francja i Belgia. Honoru Ameryki Południowej broniła Argentyna. Nic więc dziwnego że od kiedy pojawiła się na boisku, towarzyszyło jej hasło skandowane przez około stu tysięcy widzów: ,,Ar-gen-tina – America Latina! Lub ,,Argentina Campeon!”. Wszystko układało się po myśli tych kibiców. W 23 minucie, po rzucie wolnym Burruchagi, obrońca Brown strzelił głową gola dającego Argentynie prowadzenie. ,,El Pelusa” nie był tym razem tak błyskotliwy jak we wcześniejszych meczach ale Beckenbauer wystawił przeciw niemu Lothara Matthäusa. 25-letni Niemiec, młodszy od Maradony o niecały rok, uczepił się go, ograniczając znacznie jego ruchy. Robił to dobrze i nawet nie faulował w jakiś budzący sprzeciw sposób ale 10 minut po przerwie nie zapobiegł podaniu Maradony do Enrique. Teoretycznie, w środku boiska to niczym nie groziło, lecz po kilku metrach przebytych z piłką Enrique podał ja do Valdano. Niemieccy obrońcy cofali się, zamiast atakować i skrzydłowy biegł sam na niemiecką bramke. Harald Schumacher wybiegł, Valdano tak podkręcił piłke że ominęła bramkarza i zatrzymał a się w siatce. W 56 minucie Argentyna prowadziła 2:0. Tak jak z Anglią. Wtedy straciła gola ale wygrała 2:1. Niemcy okazali się skuteczniejsi. Jeszcze w przerwie Beckenbauer zastąpił napastnika Allofsa dynamicznym Völlerem. Kilka minut po stracie drugiego gola za pomocnika Maghata wprowadził na boisko Dietera Hoeneβa. Odbijała się od niego większość Argentyńczyków. Kwadrans przed końcem Brehme podał z rzutu rożnego na pole karne. Völler uderzył piłke głową w kierunku bramki a stojący między obrońcami Rummenigge z pięciu metrów wpakował piłke do siatki. O takich sytuacjach mówi się ,,bramka kontaktowa”. Drużyna, która ja zdobywa nabiera wiary i sił a druga przechodzi chwile załamania. To właśnie działo się z Niemcami i Argentyńczykami. 7 minut po tym golu sytuacja się powtórzyła. Rzut rożny znowu wykonywał Brehme. Tym razem w polu karnym podanie przedłużył Eder a stojący 5 metrów przed bramką Völler strzelił głową tak mocno że piłka przeleciała między rękami bramkarza Pumpido. 2:2 i 8 minut do końca. Teraz stadion zwątpił. Jeszcze rozlegało się: ,,Ar-gen-tina! America Latina! Ale już ciszej. Więcej ludzi wolało się modlić. Wiadomo jak grają Niemcy w końcówkach meczów a oni właśnie złapali przeciwnika za gardło i wtedy stało cię coś dziwnego. Zamiast wzmocnić atak, Niemcy stanęli. Może zmęczył ich upał, może czekali na dogrywke. Oni sami nie wiedzieli ale kilkanaście minut ataków zakończonych dwoma golami odebrało im dużo sił.
Wystarczyło jedno dotknięcie piłki przez Maradone żeby wszystko, co wydarzyło się przez 10 ostatnich minut, przestało mieć znaczenie. Boski Diego stał w kole, tuz za linią środkową boiska, nawet tu pilnowany przez 3 rywali. Kiedy otrzymał piłke natychmiast kopnął ją do skrzydłowego Burruchagi, który(niczym sprinter w sztafecie) już biegł w kierunku bramki przewidując że za chwile dostanie piłke od Diego. Zaskoczeni niemieccy obrońcy widzieli już tylko jego plecy. ,,A ja biegłem z piłką przy nodze, tysiące myśli kłębiły się w mojej głowie, wiedziałem że od tej akcji zależy, czy Argentyna zostanie mistrzem świata. Nie widziałem bramki tylko żółty sweter Schumachera i wiedziałem że musze kopnąć piłke tak aby przeleciała obok tego swetra”- wspominał Burruchaga. Tak też zrobił. Tylko Briegel usiłował go dogonić ale nie dał rady. Wydawało się że Burruchaga zbyt daleko wypuścił sobie piłke ale Schumacher się nie zorientował, za długo czekał w bramce a potem już było za późno. W 85 minucie Argentyna prowadziła 3:2 i Niemcy wiedzieli że tym razem przegrali. Gdyby mundial w Meksyku zakończył się inaczej, byłoby to wyjątkowo niesprawiedliwe. Diego Maradona zdecydowanie przewyższał wszystkich innych piłkarzy świata, jego partnerzy tworzyli jedną z najlepszych reprezentacji w historii mundiali. Grali skutecznie i pięknie dla oka. Z siedmiu meczów wygrali sześć, jeden zremisowali, nie przegrali żadnego. Nie każdy mistrz świata kończył mundial z takim bilansem. Albicelestes zdobyli Puchar Świata w zupełnie innych okolicznościach niż 8 lat wcześniej. Tym razem nikt nie podejrzewał jej o korumpowanie sędziów i przeciwników. Inna też była sytuacja w kraju. W roku 1978 szef junty, generał Videla przypisywał zasługi piłkarzy także sobie. Teraz prezydentem Argentyny był wybrany w demokratycznych wyborach Raul Alfonsin. Wpuścił reprezentacje do swojego pałacu w Buenos Aires i stąd Diego Maradona pokazywał zgromadzonym pod balkonem rodakom Puchar Świata. Składy historycznego finału:
Argentyna: Pumpido – Brown, Cuciuffo, Ruggeri, Batista, Burruchaga (Trobbiani), Maradona, Enrique, Giusti, Olarticoechea, Valdano
RFN: Schumacher – Briegel, Brehme, Förster, Jakobs, Eder, Matthäus, Magath (D. Hoeness), Berthold, Rummenigge, Allofs (Völler)

13

W końcu wygrywamy i to jak!
22 czerwca 1982 r. Polska pokonała Peru 5:1 w swoim trzecim meczu na mundialu España 1982. Po dwóch bezbramkowych remisach z Włochami i Kamerunem Polacy musieli pokonać Peruwiańczyków, by awansować z grupy. Każdy inny wynik oznaczał koniec udziału Biało-Czerwonych w mistrzostwach i powrót do kraju. Do przerwy utrzymywał się bezbramkowy remis, co prawda w pierwszej połowie Zbigniew Boniek strzelił gola ale sędzia Lamberto Rubio Vazquez z Meksyku gola nie uznał dopatrując się pozycji spalonej Włodzimierza Smolarka. Po przerwie Polacy zagrali jednak koncertowo. Najpierw w 55 min. gola zdobył Włodzimierz Smolarek, w 58 m.in. podwyższył prowadzenie Grzegorz Lato, w 61 min. na listę strzelców wpisał się Zbigniew Boniek, w 68 min. Czwartą bramkę dla Polski zdobył Andrzej Buncol, natomiast w 76 min. piątego gola dla Biało-Czerwonych zdobył Włodzimierz Ciołek, który na boisko wszedł trzy minuty wcześniej zmieniając Włodzimierza Smolarka. Honorowego gola dla rywali zdobył w 83 min. meczu La Rosa i Polska rozgromiła Peru 5:1. Zwycięstwo z Peru nie tylko dało Polakom awans z pierwszego miejsca w grupie, ale także było początkiem drogi po drugi w historii naszej reprezentacji medal piłkarskich mistrzostw świata. Na mundialu w Hiszpanii Polacy zajęli trzecie miejsce i zdobyli srebrne medale (za zdobycie drugiego miejsca wręczano wówczas medale pozłacane, a za zajęcie czwartego - brązowe). Warto podkreślić, że ten ogromny sukces i jak na razie ostatni naszej pierwszej reprezentacji piłkarskiej został odniesiony w trudnych czasach. W Polsce wciąż obowiązywał stan wojenny wprowadzony 13 grudnia 1981 r.
Mnie osobiście nie dotykał stan wojenny, gdyż byłem dzieckiem ale najważniejsze jest to że ten mecz z Peru był moim trzecim oglądanym meczem naszej reprezentacji jaki pamiętam(pierwszy z Włochami) i to dość dobrze pamiętam, zwłaszcza drugą połowe, gdzie w końcu rozwiązał się worek z golami…
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani

3

Leo Messi SUPERSTAR!!!
A więc koszulka przyniosła mi szczęście...

Media

Sonda

Której reprezentacji, do której powołany został zawodnik Barcy, kibicujesz?