3

@FcPortoFan1999 Panie! ale pan to chwalipięta jesteś :)
Wszystkie naj naj naj i czego tylko sobie zapragniesz :)
Panie! Ja to bym chciał mieć choćby jeszcze 47 lat! W związku z tym trocha ci zazdraszczam :)

4

@FCBparasiempre
Tę fazę rozgrywek inaugurowaliśmy meczem z Belgią. Na kilkanaście godzin przed tym starciem Zbigniew Boniek gorączkował. Na murawę Camp Nou wyszedł po zażyciu aspiryny. Nie przeszkodziło mu to jednak w pokazaniu światu, że nie bez przyczyny będzie w przyszłości nazywany we Włoszech określeniem bello di notte (piękność nocy). Wśród blasku jupiterów to jego gwiazda zabłysnęła najjaśniej, czego efektem był hat-trick, zapewniający naszej ekipie zwycięstwo 3:0. W drugim grupowym starciu Belgia uległa ZSRR 0:1, przez co stało się jasne, że zwycięzca bezpośredniego spotkania Polska – ZSRR zostanie półfinalistą mundialu. Biało-Czerwoni byli w lepszej sytuacji, bo im awans dawał nawet remis. Stąd główny cel Piechniczka przekazany zawodnikom – przede wszystkim nie stracić gola. Nie trzeba chyba podkreślać, jak wielki wymiar polityczny miał ten mecz. W trakcie całego turnieju cenzura dbała o to, by przekaz telewizyjny miał opóźnienie, by polskie społeczeństwo nie widziało transparentów Solidarności, widocznych na każdym spotkaniu. W boju o półfinał opóźnienie było największe, kilkuminutowe. Na trybunach barcelońskiego giganta pojawiło się kilka tysięcy kartek z napisem “Solidarność” i dwie duże flagi, widoczne w przekazach telewizyjnych na całym świecie. Na całym świecie oprócz Polski. Kiedy tylko hiszpański realizator pokazywał ujęcia z widocznymi emblematami związku, w naszym kraju pokazywane były ujęcia z innych meczów. Komiczne były kadry z widokiem kibiców brazylijskich czy włoskich, obecnych rzekomo na meczu Polski z ZSRR. Piłkarze tymczasem stanęli na wysokości zadania, remisując bezbramkowo z Wielkim Bratem i zapewniając sobie medale Mistrzostw Świata. Zwycięski remis miał swoje ofiary. Boniek został ukarany swoją drugą żółtą kartką w turnieju, przez co wiadome było, że nie wystąpi w półfinale. Do dzisiaj nie wiadomo, dlaczego sędzia Bob Valentine wyciągnął z kieszeni kartonik. W pamięci polskich kibiców pozostały tańce przy chorągiewce autorstwa Włodzimierza Smolarka. Nasz zawodnik pod koniec starcia zbiegał w narożnik boiska i umiejętnie zastawiał piłkę, kradnąc tym samym bardzo cenne sekundy. Zwycięzcami pozostałych grup zostały ekipy RFN, Francji i Włoch. Nam o wielki finał przyszło mierzyć się z Italią. Przed meczem ciężko było wskazać faworyta. Polacy bardzo narzekali na panujące upały, a przez to, że w swoim hotelu nie mieli klimatyzacji, chłodzili się spędzając cały dzień w basenie i wannach. Przedmeczowa noc dla większości była niemal nieprzespana. W walce ze skwarem zawodnicy moczyli prześcieradła w zimnej wodzie i zawijali się w nie, tworząc swego rodzaju kokon. Niestety, były to jedynie doraźne środki. Co kilkadziesiąt minut musieli się budzić i powtarzać cały proces. Największą boiskową niewiadomą było to, kto zastąpi Bońka. Naturalnym wyborem wydawał się Andrzej Szarmach, jednak nie było tajemnicą, że na linii napastnik – trener zdecydowanie nie było chemii. W swojej biografii ,,Diabeł nie anioł” Szarmach wspomniał słowa selekcjonera wypowiedziane tuż po przyjeździe do Hiszpanii: „Andrzej, chcę, żebyś wiedział, że przyjechałeś tu na mistrzostwa za zasługi dla polskiej piłki. Ale u mnie grać już nie będziesz”. Piechniczek dotrzymał słowa i na półfinał wysłał Diabła na trybuny. Po latach wszyscy podkreślają, że był to wielki błąd. To samo przyznał sam selekcjoner. Szarmach miał patent na Włochów, w czterech występach przeciwko tej drużynie zdobył dwa gole. Abstrahując od historii, był najzwyczajniej w świecie znakomitym napastnikiem. Selekcjoner do gry o wielki finał desygnował Włodzimierza Ciołka a Grzegorza Latę wystawił na “dziewiątce”. Nie przyniosło to pożądanych efektów. Katem naszej ekipy okazał się fenomenalny Paolo Rossi, którego dwie bramki zapewniły Italii zwycięstwo 2:0. Po spotkaniu jego koszulkę zdobył Paweł Janas. Gdy rok później wyjechał do Auxerre, spotkał w klubie chłopaka marzącego o trykocie włoskiej gwiazdy. Janas z bólem serca przekazał mu swoją zdobycz z półfinału. Tym chłopakiem był Eric Cantona. Znakomity przebieg miało drugie spotkanie półfinałowe między RFN a Francją. Zostało jednak przyćmione przez starcie Battistona i Schumachera. Niemiecki bramkarz wyszedł poza pole karne do piłki, do której nie miał prawa dojść i na pełnym biegu z impetem wszedł biodrem w twarz swojego rywala. Francuz przez kilka minut nie dawał oznak życia. Jego koledzy obawiali się najgorszego, że nie żyje. Schumacher tuż po spotkaniu nie wyraził ani odrobiny skruchy, mówiąc w rozmowie z przedstawicielami prasy i telewizji: „Jeśli stracił zęby, to zapłacę za koronki”. Finalnie Battiston stracił trzy zęby, miał wstrząs mózgu, złamaną szczękę i uszkodzone kręgi szyjne. Co szokujące, niemiecki bramkarz nie otrzymał za swoje przewinienie żadnej kary. Regulaminowe 90 minut przyniosło remis 1:1. Po 10 minutach dogrywki Francuzi prowadzili 3:1. Niemcy zdołali doprowadzić do remisu 3:3. W serii rzutów karnych, pierwszej w historii mundialowych rozgrywek, Six i Bossis zostali zastopowani przez Schumachera. Tym samym golkiper poprowadził swoją drużynę do wielkiego finału, choć nie powinno być go w tym momencie na boisku. Wrogo nastawioną do siebie publikę skomentował słowami: „Najlepiej gram wtedy, kiedy wszyscy dookoła mnie nienawidzą”. Battistona przeprosił dopiero rok później. We Francji stał się wrogiem publicznym, niektórzy domniemywali nawet, że jest esesmanem. Na wielu stadionach w całej Europie, nawet w Niemczech, pamiętano jego przewinienie. Często witano go salwą gwizd, która powtarzała się przy jego każdym kontakcie z piłką. Nie ma co się dziwić, że po takim półfinale Francuzi przystąpili do starcia o trzecie miejsce wyraźnie podłamani. Piechniczek desygnował do gry Szarmacha, komunikując przed meczem, że dla napastnika Auxerre będzie to ostatni występ w reprezentacji. Nasz znakomity snajper w 40. minucie odpowiedział na gola Girarda, doprowadzając do remisu 1:1. Nie wykazywał większej euforii. W jego głowie buzowała sportowa złość na Piechniczka. „Wszyscy widzieli jak się “cieszyłem” po zdobyciu bramki. Strzeliłem, bo zależało mi na zwycięstwie”. Pod koniec pierwszej połowy na 2:1 trafił Majewski. W szatni Waldemar Matysik, jeden z najbardziej eksploatowanych polskich zawodników, ogłosił, że nie nadaje się do gry i poprosił o zmianę. Inni piłkarze zaczęli protestować, mając pretensję do swojego kolegi. Jego niedyspozycja nie była żartem. Zawodnik doznał silnego odwodnienia i miał wyraźne niedobory elektrolitów, witamin i minerałów. Po mundialu dochodził do siebie przez ponad dwa lata, lecząc się m. in. neurologicznie i psychiatrycznie. W meczu z Francją zastąpił go Roman Wójcicki. Pierwsza minuta drugiej odsłony przyniosła Biało-Czerwonym gola Kupcewicza. Przeciwników stać było jedynie na kontaktowe trafienie Couriola. Dzięki zwycięstwu 3:2 Polska po raz drugi została trzecią drużyną świata. W trakcie ceremonii medalowej doszło do lekkiego zgrzytu. Medale naszym zawodnikom miał wręczać prezes PZPN, Włodzimierz Reczek. Podczas spacerów po słonecznej Hiszpanii doznał poparzeń stóp, przez co na małym finale zjawił się w klapkach. Nie chciał w takim uniformie pokazywać się na murawie, zatem Joao Havelange złożył paterę na ręce Żmudy, a ten rozdał je swoim kolegom. Mecz o złoto padł łupem Włochów, którzy pewnie pokonali RFN 3:1. Jedną z bramek zdobył Rossi, czym przypieczętował koronę króla strzelców. Piłkarze z Półwyspu Apenińskiego idealnie zobrazowali zasadę, że mężczyznę poznaje się nie po tym jak zaczyna, ale po tym jak kończy. Po pierwszej rundzie byli bardzo krytykowani, bo przeszli ją bez zwycięstwa, zaliczając trzy remisy z Polską, Peru i Kamerunem. Rozpędzali się z meczu na mecz, wygrywając grupę śmierci z Argentyną i Brazylią, a następnie odprawiając z kwitkiem Polaków i Niemców. Kilka dni po wielkim finale cały świat obiegło zdjęcie, które niewątpliwie zalicza się do jednego z najlepszych w historii mundiali. Na pokładzie włoskiego samolotu w karty grali Dino Zoff, Franco Causio, trener Enzo Bearzot i prezydent Włoch Sandro Pertini. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że na stole stał zdobyty kilkanaście godzin wcześniej Puchar Świata. Całość wygląda fantastycznie, tak, jakby piłkarskie trofeum było stawką karcianej rozrywki. I Polacy mieli swój epizod związany z samolotem. Tuż po wzbiciu się w powietrze pilot zawrócił na lotnisko, bo z powodu usterki nie schowały się koła w maszynie. Nasza kadra musiała oczekiwać przez kilka godzin na samolot zastępczy, wprawiając się w tym czasie w dobry humor przy rozmaitych trunkach. Na Okęciu, pomimo późnych godzin nocnych, witała ich rzesza kibiców, śpiewając: „Już za cztery lata, już za cztery lata, Polska będzie Mistrzem Świata”. Osiągnięcie piłkarzy dało polskiemu społeczeństwu wielkiego kopa w walce o swoją wolność. Pokazało, że przy pomocy wiary, zawziętości i niezłomnego charakteru można przenosić góry. Od sukcesu zawodników Antoniego Piechniczka minęło już prawie 36 lat. Na kolejny wciąż czekamy.

5

@FCBparasiempre
Hiszpania od dawna ubiegała się o zorganizowanie największej imprezy piłkarskiej na świecie. Ostatecznie w 1966 roku FIFA ogłosiła, że za 16 lat mundial zostanie rozegrany na Półwyspie Iberyjskim. Przez ponad ćwierć wieku przygotowywano drogi, lotniska i stadiony. Wydaje się, że największym zmartwieniem międzynarodowej federacji była liczba uczestników. Już od dawna pojawiały się głosy, by powiększyć finałowy skład. Przeciwnicy argumentowali, że nie można tak zrobić, bo przez pięćdziesiąt lat system z 16 drużynami znakomicie zdawał egzamin i jest już swego rodzaju tradycją. Zwolennicy natomiast przekonywali, że wraz ze wzrostem liczby zespołów wzrosną przychody z biletów, praw telewizyjnych itp. Poza tym, w trakcie kampanii przed wyborami prezydenta FIFA, Joao Havelange złożył krajom słabiej rozwiniętym piłkarsko obietnicę, że będzie naciskał na zwiększenie mundialowej stawki, czym solidnie zapracował na ich głosy. Ostateczna decyzja zapadła dopiero w maju 1979 roku na posiedzeniu Komitetu Wykonawczego FIFA w Zurychu. Postanowiono wówczas, że w 12. edycji Mistrzostw Świata wezmą udział 24 zespoły. Zmiany wprowadzono także w eliminacjach. W końcu piłkarskie władze poszły po rozum do głowy i w przypadku równej liczby punktów drużyny nie musiały rozgrywać dodatkowego meczu barażowego, tylko liczył się bilans bramek. Do walki o 22 miejsca (dwa, standardowo, zarezerwowano dla gospodarza i aktualnego mistrza) wystartowało 105 drużyn narodowych. Wśród nich Polska. W tym momencie warto poświęcić dłuższą chwilę, by zobrazować, w jakich okolicznościach przyszło naszym piłkarzom mierzyć się w eliminacjach do hiszpańskiego turnieju. Przez długie lata polskie społeczeństwo wyrażało swój przeciw skierowany w kierunku panującego komunizmu. W 1980 roku bardzo pogorszyła się kondycja gospodarcza naszego kraju, w związku z czym nasiliły się strajki robotnicze. We wrześniu protestujący w wielu miastach zostali zrzeszeni pod jednym sztandarem, świeżo powstałym Niezależnym Samorządnym Związkiem Zawodowym „Solidarność”. Jego twarzą został Lech Wałęsa. Dwa miesiące później doszło do wydarzeń, które zmieniły losy polskiej piłki. W przededniu wylotu do Rzymu na tydzień przygotowawczy przed pierwszym meczem eliminacyjnym z Maltą, zawodnicy dostali wolne od trenera Ryszarda Kuleszy. Niektórzy wykorzystali tę okazję w celu rozluźnienia się przy piwie lub wódce. Następnego dnia zespół dotarł na Okęcie, skąd miał wylecieć do Włoch. Obecni na miejscu dziennikarze zauważyli, że reprezentacyjny bramkarz, Józef Młynarczyk, jest “wczorajszy”. Szybko wywęszyli skandal i uruchomili swoje kamery. Następnie selekcjoner Ryszard Kulesza, będąc pod presją mediów, włodarzy PZPN i przedstawicieli rządu, zadecydował, że Młynarczyk nie może polecieć z zespołem. W jego obronie szybko stanęli Władysław Żmuda, Stanisław Terlecki i Zbigniew Boniek, grożąc, że bez swojego golkipera nie wsiądą do samolotu. Ich akcja okazała się na tyle skuteczna, że już kilka godzin później kadra w komplecie wylądowała w Rzymie. Na miejscu reprezentacja udała się na spotkanie z Janem Pawłem II. Boniek poprosił o modlitwę w intencji sukcesu w eliminacjach i na samym mundialu, na co papież odpowiedział: „Synku, Pan Bóg z piłką nie ma nic wspólnego”. W kraju nie cichły echa Afery na Okęciu. Cała czwórka zamieszanych w nią piłkarzy została zmuszona do powrotu do Polski. Biało-Czerwoni bez Bońka, Młynarczyka, Terleckiego i Żmudy pokonała Maltę 2:0. Na kilka dni przed świętami Bożego Narodzenia rozpoczęła się w Warszawie swoista rozprawa sądowa w temacie wydarzeń ze stołecznego lotniska. Sprawa nabrała wymiaru politycznego. Oskarżeni piłkarze wyglądają na kadrach z posiedzenia tak, jakby byli skazywani za ciężkie przestępstwo. A rozchodziło się przecież o wypicie kilku kieliszków za dużo. PZPN zadecydował, że w konsekwencji wydarzeń z Okęcia nakłada na Bońka i Terleckiego karę roku, na Żmudę i Młynarczyka ośmiu, a na Smolarka dwóch miesięcy bezwzględnej dyskwalifikacji. Dodatkowo Młynarczyk dostał dwuletni zakaz gry w reprezentacji. Oprócz tego z kadrą pożegnał się Ryszard Kulesza. Jego następcą został Antoni Piechniczek. Kadra pod jego wodzą pewnie przeszła eliminacje. Los, oprócz Malty, przydzielił nam do grupy reprezentację NRD. Na Stadionie Śląskim dwa punkty naszym piłkarzom zapewnił gol Buncola, dzięki czemu na rewanż do Lipska wybrali się po przypieczętowanie awansu. Piechniczek zabrał ze sobą nie tylko piłkarzy, ale także własnych kucharzy, jedzenie i picie. Wszystko w obawie przed ewentualnymi zagrywkami Niemców ze wschodu. Przypuszczano, że polscy zawodnicy mogą zostać przez nich podtruci, przez co słabiej poradzą sobie na boisku. Ze swoim prowiantem poradzili sobie wspaniale. Dwa trafienia Smolarka i jedno Szarmacha zapewniło Polsce zwycięstwo 3:2 i trzeci z rzędu awans na piłkarskie Mistrzostwa Świata. Swoje panowanie w grupie Biało-Czerwoni udowodnili w ostatnim starciu kwalifikacji, gromiąc we Wrocławiu Maltę 6:0. Ponadto Piechniczek bardzo przyczynił się do przywrócenia do zespołu Bońka, Młynarczyka i Żmudy. Terlecki nie wyraził skruchy za swoje zachowanie z Okęcia, zatem PZPN nie anulował jego kary. Z orzełkiem na piersi nie wystąpił już nigdy. Polacy żyli tym awansem i z wielkimi nadziejami patrzyli na czerwiec 1982 roku. Wcześniej socjalistyczne władze zadały im kolejny potężny cios, który nie mógł nie odbić się także na reprezentacji. 13 grudnia 1981 roku generał Wojciech Jaruzelski wprowadził w kraju stan wojenny, rozpoczynając regularną walkę władzy ze społeczeństwem. W momencie rozpoczęły się masowe zatrzymania zagorzałych przeciwników ustroju, cenzura kontrolowała radio, prasę i telewizję, ukrócono możliwość korzystania z telefonów, wprowadzono godzinę milicyjną. Przykładów ograniczeń praw i wolności było oczywiście znacznie więcej. Udział piłkarzy Antoniego Piechniczka na hiszpańskim turnieju stanął pod dużym znakiem zapytania. Wszyscy zawodnicy z tamtych czasów zgodnie wspominają, że selekcjoner prowadził ich twardą ręką, stawiając mocny nacisk na przygotowanie fizyczne, motoryczne i kondycyjne. Gonił ich po górach, po swojej rodzinnej Wiśle i trenował w surowych warunkach, nie do wyobrażenia w dzisiejszych czasach. Żadna drużyna narodowa nie chciała grać meczów kontrolnych z przeciwnikiem, którego kraj jest w stanie wojny. W związku z tym Polacy mierzyli się z zespołami ligowymi. Na zgrupowaniu w Hiszpanii pokonali m. in. Athletic Bilbao 4:1 i Celtę Vigo 5:1. Trener Piechniczek mówił o sparingach w filmie ,,Mundial. Gra o wszystko”: „Waliliśmy ich jak w kaczy kuper i nabieraliśmy pewności siebie”. Piłkarze nie komentowali publicznie sytuacji w państwie. Doskonale zdawali sobie sprawę, że wszystko może być wykorzystane przeciwko nim. W każdej chwili komunistyczne władze mogły podjąć decyzję o wycofaniu drużyny z Mistrzostw Świata. Dla Polaków ich milczenie było jednak jasnym znakiem, że stoją po stronie społeczeństwa. Na ostatnie zgrupowanie przed turniejem Biało-Czerwoni udali się do niemieckiego Murrhardt, siedziby naszej ekipy na czempionacie w 1974 roku. Podczas hiszpańskiej eskapady stacjonowali w Santa Cruz. Kiedy trener i piłkarze zobaczyli boisko treningowe, ręce im opadły. Bardziej przypominało wyschnięte pobojowisko niż teren, na którym mieli przygotować się do najważniejszych meczów w ich życiu. Nie było innej możliwości niż znalezienie obiektów zastępczych. Te zostały odnalezione w Courel i Vilaboi. Naszej kadrze towarzyszyło kilkunastu współpracowników Służb Bezpieczeństwa, monitorujących każde zachowanie piłkarzy. Mundial 1982 rozegrano w dniach 13 czerwca – 11 lipca. Wśród finalistów, obok Hiszpanii, Argentyny i Polski, znaleźli się: Anglia, Austria, Belgia, Czechosłowacja, Francja, Irlandia Północna, Jugosławia, RFN, Szkocja, Węgry, Włochy, ZSRR, Brazylia, Chile, Peru, Algieria, Kamerun, Honduras, Salwador, Kuwejt i Nowa Zelandia. Jak widać, doszło nieco egzotyki. Jednocześnie zabrakło stałych gości, jak np. Meksyk, Szwecja, Urugwaj i przede wszystkim Holandia. 24-zespołową gromadkę gościło aż 17 stadionów w 14 miastach: Alicante, Barcelonie (Camp Nou i Estadio de Sarria), Bilbao, Elche, Gijon, La Corunie, Madrycie (Santiago Bernabeu i Vicente Calderon), Maladze, Oviedo, Saragossie, Sewilli (Benito Villamarin i Sanchez Pizjuan), Valladolid, Vigo i Walencji. W związku ze zwiększeniem liczby uczestników, konieczne było przemeblowanie rozgrywek. W pierwszej fazie dokonano podziału na sześć czterozespołowych grup, z których awans wywalczyły po dwie najlepsze drużyny. Te następnie były dzielone na cztery grupy trzyzespołowe a ich zwycięzcy spotykali się w półfinałach. Pierwsza runda prezentowała się następująco:

Grupa 1: Kamerun, Peru, Polska, Włochy

Grupa 2: Algieria, Austria, Chile, RFN

Grupa 3: Argentyna, Belgia, Salwador, Węgry

Grupa 4: Anglia, Czechosłowacja, Francja, Kuwejt

Grupa 5: Hiszpania, Honduras, Irlandia Północna, Jugosławia

Grupa 6: Brazylia, Nowa Zelandia, Szkocja, ZSRR

Polacy rozpoczęli od dwóch bezbramkowych remisów. O ile oczko ze starcia z Włochami potraktowano jako zdobycz, o tyle podział punktów z Kamerunem uznano za wielką porażkę. W Polsce zaczęto wątpić w drużynę narodową. Najbardziej dostało się Bońkowi. Zawodnik Widzewa był już dogadany na transfer do Juventusu i zarzucano mu, że skoro ma już na horyzoncie możliwość dobrego zarobku na Półwyspie Apenińskim, nie zależy mu na dobrych występach w kadrze. Trener Piechniczek słyszał od dziennikarzy głosy: „Antek, jeśli masz jaja, usadź Bońka na ławce”. Przypuszczano, że mecz z Peru będzie naszym ostatnim meczem w Hiszpanii. O braku wiary nawet w najbliższym otoczeniu kadry bardzo dobrze świadczą słowa Pawła Janasa, który w rozmowie z Pawłem Czado, przeprowadzonej na potrzeby znakomitej książki ,,Piechniczek. Tego nie wie nikt”, wspominał: „Przed meczem z Peru wszyscy działacze byli już spakowani. Nakupili nawet egzotycznych owoców na prezenty do Polski. Potem musieli się rozpakować a my te owoce jedliśmy”. Jedli, bo w meczu z Peru, zwłaszcza w drugiej połowie, zaprezentowali popis swoich umiejętności. Od 55′ do 76′ zaaplikowali rywalom 5 goli! Swoje trafienie zaliczył również Boniek, dzięki czemu mógł podbiec pod trybunę prasową, unieść w górę zaciśniętą pięść i wykrzyczeć: „A teraz pocałujcie mnie wszyscy w dupę”. Były prezes Polskiego Związku Piłki Nożnej miał również udział przy bramkach Laty i Buncola. Swoje gole zdobyli także Smolarek i Ciołek. Pewne zwycięstwo 5:1 zapewniło naszym zawodnikom pierwsze miejsce w tabeli i awans do drugiej rundy rozgrywek. Można powiedzieć, że pozostałych grupach faworyci nie zawiedli. W jednej z nich doszło do zdarzenia, które na zawsze zmieniły przepisy rozgrywania ostatniej kolejki fazy grupowej na wielkich piłkarskich turniejach. Stało się to za sprawą piłkarzy RFN i Austrii. Ich bezpośrednie starcie zamykało rozgrywki grupy 2. Dzień wcześniej Algieria pokonała Chile 3:2 i oczekiwała na wynik dwóch europejskich drużyn. Wiadome było, że jeśli Niemcy wygrają, zrównają się punktami z Austrią i Algierią, a wówczas o awansie będzie decydować bilans bramkowy. Najlepszym wynikiem dla dwóch krajów niemieckojęzycznych było jednobramkowe zwycięstwo Zachodnich Niemiec. Dawał on bowiem jednym i drugim promocję do następnej fazy turnieju. Już w 10. minucie wynik 1:0 widniał na tablicy świetlnej i najprościej rzecz ujmując, w tym momencie mecz się zakończył. Reszta nie miała nic wspólnego z futbolem. Ekipy nie miały zamiaru zrobić sobie żadnej krzywdy. Zgromadzeni na trybunach kibice nie kryli zażenowania. Niemiecki komentator, Eberhard Stanjek, nazwał rzeczy po imieniu: „To, co tutaj się dzieje, to hańba, która nie ma nic wspólnego z piłką nożną. Możecie mówić, co chcecie, ale nic nie usprawiedliwia tego zachowania”. Jego vis a vis z Austrii, Robert Seeger, od 60. minuty aż do końca “spektaklu” siedział w absolutnej ciszy, nie wypowiadając ani jednego słowa. FIFA zajęła się tym meczem, goszczącym w nomenklaturze mundiali jako Hańba w Gijon, i postanowiła, że od tej pory spotkania ostatniej kolejki fazy grupowej będą rozgrywane równolegle. Z pierwszej rundy mundialu warto odnotować dwie ciekawostki. Pierwsza dotyczy spotkania Węgrów z Salwadorem. Nasi bratankowie jako jedyni w dziejach Mistrzostw Świata zdołali w jednym spotkaniu wykręcić dwucyfrowy wynik, wygrywając 10:1. Dla Madziarzy zapisanie na kartach futbolu okazało się jedynie nagrodą pocieszenia, bowiem nie zdołali wywalczyć awansu do kolejnej fazy rozgrywek. Drugie niecodzienne zdarzenie miało miejsce w starciu Francji z Kuwejtem. W 78′ Francuzi strzelili gola na 4:1. Zdaniem ławki rezerwowych Kuwejtu gol nie powinien zostać uznany, więc wybiegli na boisko z pretensjami do arbitra. Wraz z nimi do rozjemcy udał się prezes piłkarskiej federacji Kuwejtu, szejk Fahad Al-Ahmed Al-Jaber Al-Sabah. Po niemal 10-minutowej przerwie ukraiński arbiter, Myrosław Stupar anulował bramkę, zapewniając sobie jednocześnie wilczy bilet na sędziowanie na najwyższym poziomie. FIFA uznała jego ugięcie jako element słabości, jaki nie powinien się przydarzyć sędziemu na meczu takiej rangi. Druga runda hiszpańskiego turnieju prezentowała się następująco:

Grupa A: Belgia, Polska, ZSRR

Grupa B: Anglia, Hiszpania, RFN

Grupa C: Argentyna, Brazylia, Włochy

Grupa D: Austria, Francja, Irlandia Północna

10

Entliczek, pentliczek, co zrobi Piechniczek? Tego nie wie nikt!

Reprezentacja Polski dwa razy sięgnęła po srebrny medal piłkarskich Mistrzostw Świata. O ile szeroko gloryfikujemy bohaterów z 1974 roku, o tyle piłkarzy Antoniego Piechniczka stawiamy nieco w cieniu. Bardzo niesłusznie. Napięta sytuacja w Polsce(stan wojenny, protesty, represje, łapanki) niemal do samego końca stawiały pod znakiem zapytania udział Biało-Czerwonych w hiszpańskim mundialu. O kulisach światowego czempionatu z 1982 roku i o tym, w jaki sposób nasi zawodnicy pokonywali kolejne przeszkody na swojej drodze i jaką nadzieję wlewali w serca milionów Polaków, przeczytacie w odpowiedzi na komentarz.

@Adran360
@Bernard777
@FcPortoFan1999
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani

8

@FCBparasiempre
Po Mundialu w 1950 roku płakała cała Brazylia. Turniej organizowany w Kraju Kawy zakończył się nieoczekiwaną klęską z Urugwajem. Ludzie umierali po zawałach, atakach serca, inni popełniali samobójstwa. 64 lata później piłkarze w kanarkowych koszulkach mogli przepędzić złe duchy i wyrównać porachunki z przeszłości. Swoistą próbą generalną przed brazylijskimi Mistrzostwami Świata miał być Puchar Konfederacji rozegrany w czerwcu 2013 roku. Turniej przeobraził się w swoistą wojenkę domową. W sumie ponad dwa miliony Brazylijczyków wyszło na ulice, by protestować przeciwko przyszłorocznemu czempionatowi. Źle ubrałem swoje myśli w słowa, wytłumaczę to nieco szerzej. Marzeniem niemal wszystkich Brazylijczyków są wielkie piłkarskie rozgrywki na terenie ich państwa. Doskonale wiemy, że dla nich piłka nożna jest drugim, po Jezusie Chrystusie, bóstwem. Pojmują futbol jak religię. Ludzie protestowali więc nie przeciwko samemu mundialowi, a stylowi i pompie, z jaką miał zostać zorganizowany. Na transparentach można było dojrzeć napisy: „Mistrzostwa nie uczą”, „Nie chcemy mistrzostw, chcemy metra”, „Japonio, weź nasz futbol w zamian za twoją edukację”, „Ile szkół zmieści się na Mane Garrincha?”. Rząd obiecał, że organizacja turnieju podniesie standard życia, Brazylia zaliczy skok gospodarczy, a jego pochodną będą nowe szpitale, infrastruktura, lepsze zarobki. Tymczasem postawiono jedynie na pokazówkę, co obywatele dosadnie zrozumieli właśnie podczas Pucharu Konfederacji. Władze ubzdurały sobie m.in., że jedną z aren piłkarskich zmagań będzie Arena da Amazônia w Manaus, mieście położonym w sercu Amazonii, gdzie piłka nożna występuje co najwyżej na czwartym poziomie rozgrywkowym, a na mecze przychodzi maksymalnie po kilkaset osób. Równie niepoważnym pomysłem były stadiony w Cuiabie i Natalu, miastach z piłką, kolejno, trzecio- i drugoligową. Stadiony ochrzczono terminem „białych słoni” (elefante blanco), rzeczy równie pięknych, co bezużytecznych. Niczym figurka z porcelany. Protestujący skandowali, że rządzący mają naprawdę bezlitosne poczucie humoru, że stawiają stadiony w dżungli, podczas gdy ponad 15 mln Brazylijczyków musi przeżyć za 30$ miesięcznie. Bardzo mocny i emocjonalny film wyświetlała w swoim kinie Carla Dauden, jedna ze strajkujących. W jednym z jego fragmentów padały słowa: „Mundial będzie kosztował trzydzieści miliardów dolarów, więcej niż poprzednie trzy mundiale łącznie. Proszę mi zatem powiedzieć: kraj, gdzie analfabetyzm może osiągać 21 procent, a średnia wynosi 10 procent; kraj, który zajmuje osiemdziesiąte piąte miejsce w klasyfikacji wskaźnika rozwoju społecznego na świecie; kraj, w którym trzynaście milionów ludzi każdego dnia cierpi głód, z których mnóstwo umiera w oczekiwaniu na leczenie… Potrzebują państwo więcej danych?”. Finalnie czempionat pochłonął 14,5 mld dolarów, co i tak jest astronomiczną sumą. Z protestującymi solidaryzowali się aktywni zawodnicy, jak choćby Dani Alves, Fred, David Luiz i Hulk oraz byłe gwiazdy Kanarków, Rivaldo i Romario. Ten drugi po karierze piłkarskiej zajął się polityką. Ich wielkim oponentem był Pele, co jednak wcale nie dziwi. Król futbolu od dawna tańczył tak, jak zagrała mu FIFA. Do strajkujących zwracał się słowami: „Zapomnijmy o niesnaskach i skupmy się tylko na reprezentacji. Musimy pomścić klęskę z 1950 roku”. Neymar napisał na swoim facebooku: „Jest mi smutno, gdy patrzę na to, co dzieje się w Brazylii. Liczyłem na to, że nigdy nie dojdzie do wyjścia na ulice, żeby uzyskać lepsze środki transportu, poprawę służby zdrowia, edukacji i bezpieczeństwa. Wszystko to jest OBOWIĄZKIEM rządu. Kocham swój kraj, ale ja też chcę Brazylii bardziej sprawiedliwej, bezpieczniejszej, zdrowszej i UCZCIWSZEJ!”.

,,Caps lock” użyty przy pisaniu słowa “uczciwszej” był pstryczkiem w kierunku ogólnie panującej korupcji i kolesiostwu, które były widoczne gołym okiem przy organizacji czempionatu. Jednym z pracowników biorących udział w przygotowaniu imprezy był Gabriel Jesus. W 2014 roku malował chodniki, dziś zarabia miliony w Manchesterze City. Mieszkańcy dzielnicy, w której pracował przed ośmioma laty, przygotowują wielki mural z jego podobizną. W eliminacjach do brazylijskich Mistrzostw Świata wzięły udział 202 drużyny. Rozbitą po zupełnie nieudanym Euro 2012 reprezentację Polski przejął Waldemar Fornalik. Niestety, w zespole nadal nie było chemii, piłkarze nie nadawali na tych samych falach. Efektem było dopiero czwarte miejsce w grupie z Anglią, Ukrainą, Czarnogórą, Mołdawią i San Marino. Po uszach najbardziej obrywał Robert Lewandowski, który, cytując klasyka, w Borussii umie strzelać, a w kadrze to mu się nie chce! Życie pokazało, że te słowa były nad wyraz przesadzone. Biało-Czerwoni nie mogli zatem skorzystać z brazylijskiej gościnności, bardzo chwalonej przez ekipy z wywalczonym awansem. A były to: Iran, Korea Południowa, Japonia, Australia, Wybrzeże Kości Słoniowej, Kamerun, Nigeria, Ghana, Algieria, Argentyna, Kolumbia, Chile, Ekwador, Stany Zjednoczone, Kostaryka, Honduras, Belgia, Włochy, Niemcy, Holandia, Szwajcaria, Rosja, Bośnia i Hercegowina, Anglia, Hiszpania, Chorwacja, Francja, Grecja, Portugalia, Meksyk, Urugwaj. Zostały podzielone, zgodnie z systemem rozgrywek obowiązującym od 1998 roku, na osiem czterozespołowych grup:

Grupa A: Brazylia, Chorwacja, Kamerun Meksyk

Grupa B: Australia, Chile, Hiszpania, Holandia

Grupa C: Grecja, Japonia, Kolumbia, Wybrzeże Kości Słoniowej

Grupa D: Anglia, Kostaryka, Urugwaj, Włochy

Grupa E: Francja, Ekwador, Honduras, Szwajcaria

Grupa F: Argentyna, Bośnia i Hercegowina, Iran, Nigeria

Grupa G: Ghana, Niemcy, Portugalia, Stany Zjednoczone

Grupa H: Algieria, Belgia, Korea Południowa, Rosja

Mecze rozgrywano w dniach 12 czerwca – 13 lipca 2014 roku na dwunastu imponujących, jednak bardzo przepłaconych stadionach w dwunastu miastach: Rio de Janeiro, Brasília, Sao Paulo, Fortaleza, Belo Horizonte, Salvador, Recife, Porto Alegre, Cuiabá, Manaus, Natal i Curitiba. Mundial zainaugurowały ekipy Brazylii i Chorwacji. Już na otwarcie byliśmy świadkami historycznej rzeczy. W 11. minucie na listę strzelców wpisał się Marcelo. Defensor Realu Madryt nie uszczęśliwił ponad 62-tysięcznej publiczności w Sao Paulo. Trafił do własnej bramki. Nigdy wcześniej mundialowego worka z bramkami nie otworzyło trafienie samobójcze. Pomimo słabego początku, gospodarze zdołali z nawiązką odrobić straty. Do zwycięstwa prowadził ich kapitan Neymar, autor dwóch goli. Trzeciego dorzucił Oscar. Canarinhos zdołali wyjść z grupy z pierwszego miejsca, ale nie zachwycali swoją grą. Awans wywalczył również Meksyk. Najważniejszym i najbardziej zaskakującym wydarzeniem w grupie B było odpadnięcie Hiszpanii, obrońców mistrzowskiego tytułu. Marzenia piłkarzy z Półwyspu Iberyjskiego o ponownym triumfie pogrzebali już w pierwszym starciu Holendrzy, deklasując ekipę Del Bosque aż 5:1. Louis van Gaal przygotował młodą, autorską, niedoświadczoną ekipę, od której nikt niczego nie wymagał. W starciu z wielkimi Hiszpanami zaimponowali przede wszystkim w grze w defensywie. W ofensywie nie do powstrzymania byli weterani. Arjen Robben i Robin van Persie ustrzelili po dublecie, piątą bramkę zdobył De Vrij. Latający Holender na długo pozostanie jednym z najpiękniejszych obrazków w dziejach światowego czempionatu. Po tak mocnym początku Oranje z kompletem zwycięstw wygrali grupowe zmagania. Za ich plecami zameldowali się waleczni Chilijczycy. W grupie C rządziła i dzieliła Kolumbia. Los Cafeteros, osłabieni brakiem swojej największej gwiazdy, Radamela Falcao, byli dyrygowani przez Jamesa Rodrigueza. Trzy zwycięstwa zapewniły im awans do 1/8 finału. Na ostatnie pięć minut starcia z Japonią na boisku zameldował się Faryd Mondragón. Był to swoisty prezent otrzymany od trenera Pekermana. Golkiper trzy dni wcześniej obchodził bowiem swoje urodziny. 43. urodziny, dzięki czemu stał się najstarszym uczestnikiem w historii światowych rozgrywek. Jego wynik może niebawem wyśrubować ponad 45-letni bramkarz Egiptu, Essam El Hadary. Drugie miejsce zajęła Grecja. Anglia, Kostaryka, Urugwaj, Włochy – wybuchowa mieszanka w grupie D, zgodnie uznanej za grupę śmierci. Awans miał się rozstrzygnąć między byłymi Mistrzami Świata. Kostaryka, uchodząca za Kopciuszka i atakująca poniekąd z drugiego rzędu, nieoczekiwanie pokonała na początek Urugwaj 3:1. Koniec niespodzianek? Skądże. Zwycięstwo 1:0 z Włochami i bezbramkowy remis z Anglią zapewnił jej promocję do kolejnej fazy rozgrywek. Brytyjczycy zakończyli swój udział z zaledwie jednym zdobytym punktem. Wszystkie rozstrzygnięcia w tym gronie przyćmiło wydarzenie ze starcia Włochów z Urugwajem. Stawką było wyjście z grupy. W zamieszaniu podbramkowym w 79. minucie Luis Suarez ugryzł w ramię Giorgio Chielliniego. Sędzia tego nie zauważył, więc nie ukarał zawodnika, ale kamery telewizyjne z łatwością wychwyciły zdarzenie. Dwie minuty później Diego Godin trafił do siatki Buffona, dzięki czemu Urusi wygrali 1:0, a Włosi zaczęli pakować się w drogę do domu. Dla Suareza mecz się nie zakończył. FIFA doskonale wiedziała, że nie był to pierwszy taki wybryk krewkiego napastnika. Wcześniej ofiarami jego wampirzych ekscesów padli Otman Bakkal i Branislav Ivanović. Wymierzyła więc bardzo surową karę: „Urugwajczyk Luis Suarez został zawieszony na 9 meczów i wykluczony z jakiejkolwiek piłkarskiej działalności na okres czterech miesięcy”. W swojej książce ,,Przekraczając granice” snajper tłumaczy, że doskonale zdaje sobie sprawę, że zrobił źle i w zasadzie nie znajduje wytłumaczenia na swoje zachowanie. Trzeba zgodzić się z nim w dwóch kwestiach. Po pierwsze, incydent z Włochami przybrał miano mega afery, zupełnie niesłusznie. Przez jej wymiar El Pistolero stał się dla wielu kibiców wampirem, a nie jednym z najlepszych strzelców w historii. Po drugie, Suarez de facto nie zrobił Chielliniemu żadnej krzywdy. Ileż znamy przypadków, gdy boiskowi rywale łamią przeciwnikom nogi, nieraz kończąc ich kariery lub zostawiając na ich psychice dożywotni strach przed bezpośrednimi starciami? O nich nie mówi się tak wiele jak o akcji z Natalu. Jestem pewien, że Marcin Wasilewski wolałby zostać ugryziony przez Witsela, a nie pozbawiony gry na długie miesiące. Bez niespodzianek obyło się w grupach E i F. Z tej pierwszej w grze pozostali Francuzi i Szwajcarzy. W starciu Hondurasu ze Szwajcarią (0:3) padł jedyny turniejowy hat-trick. Jego autorem został Xherdan Shaqiri. Z tej drugiej awans wywalczyły Argentyna i Nigeria.

Premierowy mecz grupy G był tytułowany jako starcie tytanów. Niemcy nie pozostawili Portugalczykom żadnych złudzeń i wygrali aż 4:0. W drugim starciu naszych zachodnich sąsiadów ponownie, tak jak cztery lata wcześniej doszło do pojedynku między braćmi Boateng. Tym razem Kevin-Prince i Jerome podzielili się punktami. Piłkarze Joachima Loewa zremisowali z Ghaną 2:2. Co ciekawe, przed ostatnią serią gier każda z drużyn miała jeszcze szanse na awans. Z takiego obrotu sprawy skrzętnie skorzystali zawodnicy z Afryki. Postawili swojej piłkarskiej federacji ultimatum, że jeśli nie otrzymają 3 mln dolarów w gotówce, odpuszczą starcie z Portugalią. Pieniądze dotarły rządowym samolotem, Czarne Gwiazdy podzieliły między sobą łup, ale mecz przegrały 1:2. Obie ekipy musiały opuścić turniej. W najmniej interesującej grupie H awans wywalczyły reprezentacje Belgii i Algierii. Faza 1/8 finału skojarzyła ze sobą Kolumbię i Urugwaj (2:0), Francję i Nigerię (2:0), Holandię i Meksyk (2:1), Kostarykę i Grecję (1:1, k. 5:3), Argentynę i Szwajcarię (1:0), Belgię i USA (2:1 pd.), Niemcy i Algierię oraz Brazylię i Chile. O tych dwóch ostatnich spotkaniach warto napisać nieco więcej. Zdecydowanym faworytem meczu Niemców z Algierią byli oczywiście Europejczycy. Bardzo zaskoczyła ich postawa walecznych przeciwników, w regulaminowych 90 minutach nie padła żadna bramka. Co zaskakujące, najwięcej pracy miał golkiper pewniaków, Manuel Neuer. Co prawda nie był zmuszony do spektakularnych robinsonad na linii bramkowej, jednak przez bardzo wysokie ustawienie swojej drużyny musiał przejmować rolę ostatniego obrońcy. Częściej niż w polu karnym widzieliśmy go poza nim. Jego interwencje zapierały dech w piersiach. Były znacznie bardziej widowiskowe i skuteczne od tych prezentowanych 24 lata wcześniej przez prekursora dalekich bramkarskich podróży – René Higuity. Niemcy, podbudowani znakomitą postawą swojego bramkarza, zdołali w dogrywce strzelić dwa gole, na które w ostatniej akcji meczu odpowiedział Djabou. Szalony przebieg miało starcie Brazylii z Chile. Po pierwszej połowie na tablicach świetlnych widniał wynik 1:1. Gole strzelali David Luiz i Alexis Sanchez. W drugiej odsłonie dogodnych sytuacji nie brakowało, ale zabrakło rozstrzygnięcia. W dogrywce lepsi byli Chilijczycy. W bramce gospodarzy dobrze spisywał się Julio Cesar. Wszyscy myśleli już o dogrywce, gdy na 17. metrze piłkę otrzymał rezerwowy Pinilla i oddał soczysty strzał. Kiedy piłka leciała w kierunku bramki, serca brazylijskich piłkarzy i kibiców zamarły. Wiadome było, że Cesar nie będzie w stanie jej zatrzymać. Z pomocą przyszła poprzeczka. Szczęście nie opuszczało Canarinhos także w konkursie rzutów karnych. Pomimo dwóch pudeł zdołali wygrać 3:2 i awansować do ćwierćfinału. Po kilku dniach niedoszły bohater ostatniej akcji, Mauricio Pinilla, zaprezentował nowy tatuaż. Dziara obrazowała chwilę, w której napastnik trafił w obramowanie bramki. Pod nią pojawił się napis: Jeden centymetr od chwały. Po wyczerpującym, ponad dwugodzinnym boju z Chile, Brazylijczyków czekał najtrudniejszy z dotychczasowych sprawdzianów. Na ich drodze stanęła drużyna prezentująca najpiękniejszy futbol na turnieju, Kolumbia. Jeśli Canarinhos myśleli o strefie medalowej, musieli wznieść się na wyżyny swoich możliwości. Udało się. Rozegrali najlepszy mecz i wygrali 2:1. Sprawy w swoje ręce wzięli defensorzy, Thiago Silva i David Luiz. Honorowe trafienie było dziełem fenomenalnego Jamesa, trafiającego w każdym swoim brazylijskim występie, za każdym razem prezentując wybitne umiejętności techniczne. Tym razem skutecznie wykorzystał rzut karny. Tuż przed oddaniem strzału na jego ramieniu przysiadł zielony intruz, solidnych rozmiarów świerszcz, tworząc z piłkarzem jeden z najbardziej rozpoznawalnych duetów tego czempionatu. Pokonanie Kolumbii nie obyło się bez ofiar. Przed półfinałem wykartkował się Thiago Silva, a na kilka minut przed ostatnim gwizdkiem Neymar starł się z Zunigą. Kolano i ręce oponenta z impetem zatrzymały się na jego plecach. Z płaczem opuszczał boisko. Diagnoza? Pęknięty trzeci kręg. W tym momencie zakończył swój udział na Mundialu. Lekarze mówili, że i tak miał sporo szczęścia, bo naprawdę mało zabrakło do paraliżu kończyn dolnych, przez który już nigdy nie mógłby chodzić.

Holandia tymczasem podejmowała czarnego konia rozgrywek, Kostarykę. Keylor Navas i jego blok obronny znakomicie powstrzymywał bardzo ofensywnie ustawionych Oranje. Nie dali sobie strzelić gola przez 120 długich minut. Sami również nie zdołali ukąsić rywala, zatem awans do najlepszej czwórki rozgrywek musiały rozstrzygnąć rzuty karne. Chwilę wcześniej, już w doliczonym czasie dogrywki, van Gaal zastosował mistrzowski manewr. Ściągnął z boiska Jaspera Cillessena, bardzo solidnego bramkarza, którego piętą achillesową było stopowanie uderzeń z wapna. Rozzłoszczonego tą decyzją szkoleniowca golkipera zastąpił Tim Krul. Ówczesny zawodnik Newcastle United okazał się bohaterem potyczki, broniąc uderzenia Bryana Ruiza i Míchaela Umany. Holendrzy wygrali wojnę nerwów 4:3. Argentyńczycy i Niemcy solidarnie, po 1:0, wygrali swoje mecze z Belgią i Francją. Van Gaal mógł zastosować manewr z ćwierćfinału także w półfinale. Po 120 minutach boju z Argentyną znów utrzymywał się bezbramkowy remis, jednak tym razem Krul pozostał na ławce rezerwowych. Cillessen bardzo przeżył poprzednie zastąpienie go przez kolegę z numerem “23”. Poczuł się urażony i poniekąd znieważony przez trenera. Ten przed jedenastkami z Argentyną wykorzystał limit zmian, a w stosunku do ówczesnego bramkarza Ajaksu pomyślał zapewne: ok, zatem teraz wyzwól w sobie sportową złość i udowodnij, że rzeczywiście można na ciebie liczyć w takich sytuacjach. Messi i spółka byli nieomylni, zachowali stuprocentową skuteczność. Pomylili się natomiast Vlaar i Sneijder, dzięki czemu to Argentyna awansowała do wielkiego finału. Holandii pozostał mecz pocieszenia o trzecie miejsce. Przed rozpoczęciem brazylijskiego turnieju najlepszym mundialowym strzelcem w historii był Ronaldo, mający na koncie 15 trafień. Legendarny napastnik doskonale zdawał sobie sprawę, że po jego piętach depcze Miroslav Klose, posiadacz 14 goli. Na kilka dni przed startem piłkarskich zmagań Il Fenomeno udzielił wywiadu, w którym bez hamulców stwierdził: „Kiedy reprezentacja Niemiec będzie wychodzić na boisko, wszystkie swoje siły skupię przeciwko niej a zwłaszcza przeciwko Miro Klose. Mógłby doznać jakiejś kontuzji”. Jak to mówią, możesz mieć wszystko ale klasy nie kupisz. Klasę pokazali za to nasi zachodni sąsiedzi. Klose zrównał się w liczbie bramek z Ronaldo już w grupowym starciu przeciwko Ghanie. Na półfinał wyszedł w pierwszym składzie. Canarinhos żywiołowo wykonali swój hymn narodowy w “obecności” kontuzjowanego Neymara. Odśpiewanie pieśni patriotycznej było jedynym koncertem zaprezentowanym tego wieczoru przez Brazylijczyków. Później wielki koncert grali już tylko Niemcy. W ciągu 18 minut, od 11. do 29. minuty, aż pięciokrotnie znaleźli sposób na umieszczenie piłki w siatce Julio Cesara. Jak łatwo się domyśleć, trafił i Klose, po czym przejął od Ronaldo koszulkę lidera klasyfikacji strzelców wszech czasów. W drugiej połowie podopieczni Loewa spuścili z tonu, co i tak nie przeszkodziło im w zdobyciu dwóch goli autorstwa Schurrle. Na otarcie łez trafił Oscar. 1:7 u siebie, w półfinale najważniejszego piłkarskiego turnieju na świecie. Jednym słowem, dramat. Dramat trwał w najlepsze także w meczu o trzecie miejsce. Holendrzy wygrali gładko 3:0. Wielki finał, jak przystało na mecz tej rangi, znowu nie był porywającym widowiskiem. Więcej z gry i lepsze sytuacje mieli Argentyńczycy, jednak z ich przewagi nic nie wynikało. 0:0 po 90 minutach gry oznaczało dogrywkę. W 113. minucie dwaj rezerwowi, Schurrle i Goetze przeprowadzili najważniejszą akcję turnieju, zapewniając swojej ojczyźnie czwarty tytuł Mistrza Świata. Tym samym po raz pierwszy ekipa z Europy sięgnęła po trofeum na amerykańskiej ziemi.

11

Niemcy zatańczyli w Brazylii Sambe:

Mistrzostwa Świata 2014. Czy Brazylijczycy, po uszy zakochani w piłce nożnej, cieszyli się z organizacji turnieju? Czym w mundialowych kronikach zasłynął Marcelo? Za sprawą którego zawodnika Latający Holender nie kojarzy się już jedynie ze statkiem? Dlaczego wgryzienie się Suareza w ramię Chielliniego nie powinno być odbierane aż tak negatywnie? Kogo od chwały dzielił zaledwie centymetr? Kto przeprowadził jedną z najważniejszych zmian w historii futbolu? Komu “gruby” Ronaldo życzył jak najgorzej? Jak ćwierćfinałowa kontuzja Neymara zapoczątkowała największą piłkarską tragedię w Brazylii od 1950 roku? Tego wszystkiego dowiecie się w odpowiedzi na mój komentarz.
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani

9

@FCBparasiempre
W historii piłkarskich mistrzostw świata znajdziemy wiele dramatycznych spotkań. Niespodziewane zwroty akcji, wspaniałe bramki, czy indywidualne popisy zawodników na długo zapadają kibicom w pamięć. Podobnie jest z hitami, które obfitują w wiele ostrych, czy nierzadko wręcz brutalnych starć. W wielu turniejach sympatycy futbolu byli świadkami pojedynków, które przeszły do historii jako „bitwy”. Bitwa o Norymbergę z 2006 r., bitwa o Santiago z 1962 r., czy bitwa o Berno z 1954 r. to najsłynniejsze z nich. Również przed wojną zawodnicy nie przebierali w środkach, żeby przechylić szalę zwycięstwa na swoją korzyść. Do historii przeszło spotkanie Brazylii z Czechosłowacją z 1938 r., które określa się jako bitwę o Bordeaux. Dla Brazylii był to trzeci występ w mistrzostwach świata. Podczas turniejów w Urugwaju i Włoszech kończyli swój udział na pierwszej rundzie. Tym razem miało być jednak inaczej. Kiedy piłkarze pojechali do Francji, cały kraj ogarnął niespotykany wcześniej entuzjazm. Według dziennikarzy liderami zespołu mieli być Domingos da Guia i Leônidas da Silva. Pierwszy trzymał w ryzach formację obronną a Alex Bellos pisał o nim, że miał taki spokój i siłę charakteru, że potrafił dryblingiem wyjść nawet z najgorszej sytuacji. Drugi był błyskotliwym środkowym napastnikiem, a o jego technice, kociej zwinności i zaskakujących strzałach krążyły już legendy. Dzięki swoim akrobatycznym popisom w polu karnym rywali zyskał przezwisko człowiek guma. Nasi południowi sąsiedzi jechali do Francji jako wicemistrzowie świata. We Włoszech dali rady pokonać jedenastki gospodarzy, która wspierana była przez szwedzkiego sędziego Eklinda. Mimo porażki po powrocie witały ich tysiące kibiców. Reprezentacja była oparta o piłkarzy praskich Sparty i Slavii, jedynie paru zawodników występowało w innych klubach. Niekwestionowaną gwiazdą był František Plánička, którego obok Ricardo Zamory i Rudiego Hidena zestawiano jako jednego z najlepszych bramkarzy lat 30. Nie bał się ryzyka i często odważnie rzucał się pod nogi napastników. Dzięki swojej zwinności zyskał przydomek kot z Pragi. W ataku brylował król strzelców poprzednich mistrzostw Oldřich Nejedlý, a wspierał go Antonín Puč, który jest najskuteczniejszym strzelcem w historii reprezentacji Czechosłowacji. W drodze do ćwierćfinału Brazylijczycy musieli wcześniej uporać się z Polską. Mecz przeszedł do historii. Wynik 6:5 przez wiele lat był rekordem w liczbie strzelonych bramek w jednym meczu. Osiągniecie Wilimowskiego, który strzelił cztery gole, wyrównał dopiero 28 lat później Eusébio. Do legendy przeszedł też występ Leônidasa, który miał podobno grać… na bosaka, ale to oczywiście nieprawda. Chociaż chciał i odrzucił nawet buty w kierunku ławki rezerwowych, jednak Ivan Eklind nie pozwolił mu na kontynuowanie gry. Prawdą jest natomiast, że gola strzelił bosą nogą, gdyż chwilę wcześniej jego but ugrzązł w błotnistej murawie. Szerzej o tamtym spotkaniu pisał Bartek Matulewicz w tym miejscu. Również Czechosłowacy nie zdołali rozstrzygnąć swojego pierwszego meczu na francuskich mistrzostwach w ciągu 90 minut. W Le Havre na stadionie Cavee Verte mierzyli się z Holendrami, którzy nie należeli wtedy do gigantów europejskiego futbolu. Mimo to po ostatnim gwizdku utrzymywał się bezbramkowy remis. Dopiero w dogrywce Josef Košťálek po zamieszaniu w polu karnym zdołał pokonać Adriaana van Male. Holendrzy zerwali się do kontrataków, ale Plánička był tego dnia świetnie dysponowany. Podbudowani strzeleniem pierwszej bramki gracze Czechosłowacji jeszcze dwukrotnie trafili do siatki rywali i spotkanie zakończyło się ich wyraźnym zwycięstwem. 40 tys. zgromadzonych na trybunach kibiców przyszło na Stade du Parc Lescure w Bordeaux, żeby oglądać wielkie widowisko. Naprzeciw siebie stanęli przecież finezyjni i znakomici technicznie Brazylijczycy, którzy wielu oczarowali swoją grą w meczu z Polską i jedna z najlepszych drużyn świata – Czechosłowacja. Płonne niestety były ich nadzieje. Mecz zapewne na długo pozostał w ich pamięci, ale bynajmniej nie z powodów sportowych.

Pewni siebie Brazylijczycy spodziewali się dość łatwej przeprawy. Sądzili, że skoro potrafili wygrać w takich okolicznościach z Polską, to poradzą sobie też z naszymi południowymi sąsiadami. Tymczasem Czechosłowacy od początku grali bardzo uważnie i ostrożnie, nie pozwalali wirtuozom z Ameryki Południowej na zbyt wiele. Być może niespodziewane trudności w rozegraniu piłki sprawiły, że ekipa Brazylii zaczęła tracić opanowanie i coraz trudniej było im utrzymać nerwy na wodzy. Pierwszym, który nie wytrzymał był Zezé Procópio. Po około kwadransie gry, za bezmyślne kopnięcie w brzuch Oldřicha Nejedlego, sędzia Pál von Hertzka z Węgier wyrzucił go z boiska. Od tej chwili gra się zaostrzyła, choć wcześniej też nie brakowało fauli. Pierwsi przepisy przekroczyli co prawda Czesi, ale było to w normalnej, sportowej walce, bez złośliwości. Co chwilę ktoś zwijał się z bólu na murawie. Raz jedni, raz drudzy, częściej faulowali jednak przybysze zza oceanu. „Przegląd Sportowy” określił mecz mianem mordowni i pisał, że Brazylijczycy pokazali „pazurki”. Dziennikarze w pomeczowych relacjach nie mogli się nadziwić, co stało się z naszymi niedawnymi rywalami, którzy przecież w walce z Polską starali się być dżentelmenami. Przewaga była po stronie Brazylijczyków. Znakomite zawody rozgrywał znowu Leônidas, na skrzydle świetnie dysponowany był Lopes, a Domingos da Guia stanowił w obronie mur nie do przejścia. Za wszelką cenę chcieli zdobyć bramkę i nie przebierali w środkach. Wreszcie ich starania przyniosły skutek. W 30. minucie gry Leônidas świetnie przyjął piłkę tuż przed polem karnym, zwiódł defensywę i strzelił nie do obrony. Plánička nie próbował nawet interweniować. Brazylia grała w osłabieniu, ale prowadziła. Powinna raczej uspokoić grę i kontrolować jej przebieg. Gorący południowy temperament znów jednak dał o sobie znać. Jeszcze przed końcem pierwszej odsłony Machado w ordynarny sposób kopnął Jana Říhę. Czech nie pozostał dłużny i po wymianie ciosów obaj musieli udać się do szatni. Na początku drugiej połowy tego wątpliwej urody spektaklu przewaga zarysowała się po stronie Czechosłowaków. Nie potrafili jej jednak udokumentować. Atak ich był powolny i nieskuteczny, popełniali proste błędy. Brakowało kogoś, kto potrafiłby wziąć ciężar gry na siebie i swoimi indywidualnymi umiejętnościami przechylić szalę zwycięstwa. Szczęście uśmiechnęło się do nich w 65 minucie. Po zagraniu piłki ręką w polu karnym Brazylii rzut karny na bramkę zamienił Nejedlý. Wkrótce potem czechosłowacki snajper po jednym z ostrych starć musiał opuścić boisko. Jak się później okazało, złamał on nogę i ta kontuzja praktycznie zakończyła jego międzynarodową karierę. Siły się wyrównały. Obie drużyny musiały radzić sobie w dziewiątkę. Brazylijczycy byli szybsi, lepsi technicznie i przeważali w środku pola, gdzie świetnie radził sobie kapitan Martim. W dogrywce role się odwróciły. Więcej sił zachowali nasi sąsiedzi. Brazylia grała jednak na czas i wyraźnie dążyła do utrzymania wyniku, który oznaczał powtórzenie meczu. Cel osiągnęli. Spotkanie zakończyło się wynikiem 1:1. Bitwa o Bordeaux zakończyła się usunięciem z boiska trzech piłkarzy, co było swoistym rekordem mistrzostw. Lekkich urazów doznali Leônidas i Perácio. W starciu z tym drugim wielkiego pecha miał Plánička. W końcówce odważnie rzucił się Brazylijczykowi pod nogi, ale w chwilę później zwijał się z bólu. Dzięki zabiegom medycznym zdołał wrócić na boisko i obronił jeszcze parę groźnych strzałów. Wydawało się, że niedyspozycja była tylko chwilowa, ale wieczorne prześwietlenie potwierdziło najgorsze obawy. Okazało się, że czeski bramkarz złamał rękę i turniej właśnie się dla niego zakończył. To był jego ostatni, 73. występ w narodowych barwach. Oprócz połamanych Plánički i Nejedlego, do grona kontuzjowanych w ekipie Czechosłowacji dołączył Josef Košťálek, który doznał poważnego urazu żołądka. To była prawdziwa rzeźnia, jak pisano w prasie.

Do powtórzonego meczu doszło dwa dni później. Brazylijczycy wymienili prawie cały skład. Zostawili tylko Leônidasa i bramkarza Waltera. Byli tak pewni zwycięstwa, że większość z nich jeszcze przed rozpoczęciem spotkania udała się do Marsylii, gdzie miał odbyć się półfinał, w którym czekali już Włosi. Czesi przeprowadzili sześć zmian. W bramce zagrał Karel Burkert, który godnie zastąpił kota z Pragi. W ataku miejsce Nejedlego zajął Vlastimil Kopecký. To właśnie on wyprowadził europejski zespół na prowadzenie. Niedługo później doznał kontuzji i musiał opuścić boisko. Wrócił co prawda po przerwie, ale wtedy już rywale zaczynali kontrolować przebieg gry. Na drugą odsłonę reprezentanci Brazylii wyszli niesamowicie zdeterminowani. Grali znakomicie. Tuż przed upływem godziny gry wyrównał niezawodny Leônidas. Czechosłowacy zerwali się jeszcze do ataku i przeprowadzili akcję, po której wydawało się, że znowu wyjdą na prowadzenie. Strzelał Karel Senecký, którego po pierwszym meczu w trybie pilnym ściągnięto z Pragi, a piłkę z linii… albo już zza linii, o czym nie sposób dziś rozsądzić, zdołał wygarnąć Walter. Faktem jest jednak, że sędzia Georges Capdeville gola nie uznał. Wynik strzałem głową ustalił w 62. minucie Roberto. Brazylijczycy mogli szykować się do półfinałowego występu. Grając bez Leônidasa, musieli jednak uznać wyższość Włochów, którzy zmierzali po drugi tytuł mistrza świata. W meczu o trzecie miejsce Brazylia zdołała jednak pokonać Szwecję i po raz pierwszy tak wyraźnie zaznaczyła swoją obecność na mistrzostwach świata. Już wtedy mieli w składzie wielkie gwiazdy, które w kraju chciały podziwiać dziesiątki tysięcy kibiców. Nie tworzyli jednak jeszcze drużyny, odstawali od europejskich drużyn pod względem taktycznym, a na dodatek, o czym dobitnie przekonali się Czesi, grali bardzo brutalnie. Nasi południowi sąsiedzi marzenia o sferze medalowej musieli odłożyć do 1962 r. Tam po raz kolejny mieli okazję spotkać się z… Brazylią ale to już temat na inną opowieść.

12

Żywe legendy rodzimego futbolu:

12 czerwca 1971 r. w Słupsku urodził się Tomasz Iwan, pomocnik. Klubową karierę rozpoczynał w Jantarze Ustka(1988 r.) Na najwyższym poziomie rozgrywkowym debiutował w Olimpii Poznań. W sezonie 1991/92 trafił do ŁKS-u Łódź. Rok później wrócił do Wielkopolski. Grał w poznańskiej Warcie. W 1994 r. Tomasz Iwan podpisał kontrakt z holenderską Rodą JC Kerkrade. Dobre występy zaowocowały transferem do Feyenoordu Rotterdam. Największe sukcesy Tomasz Iwan odnosił jednak z PSV Eindhoven. W klubie z południowej Holandii grał przez 4 sezony (1997-2001). Dwukrotnie zdobywał z drużyną mistrzostwo kraju. Od 2001 r. występował w klubach austriackich (Austria Wiedeń, Admira Wacker Mödling). W 2005 roku wrócił do Polski. Grał w Lechu Poznań. Z powodu kontuzji, po sezonie zakończył karierę. Tomasz Iwan debiutował w kadrze meczem Polska - Francja(Paryż, 1:1). Wraz z kolegami, wywalczył awans na mundial 2002, w Korei i Japonii. Decyzją trenera Jerzego Engela, nie znalazł się w kadrze na MŚ w Azji. Jego nieobecność w kadrze na Mistrzostwa Świata w Korei i Japonii zszokowała nawet samych reprezentantów Polski, którzy protestowali u trenera Engela i bezskutecznie domagali się powołania swojego kolegi. Kolegi, który wystąpił w pięciu meczach eliminacyjnych i był ważną częścią grupy odpowiedzialnej za atmosferę w zespole. Na brak powołania urażony Iwan odpowiedział rezygnacją z dalszej gry w narodowych barwach. Iwan rozegrał w biało-czerwonych barwach 40 spotkań, strzelając 4 gole.

@Adran360
@Bernard777
@FcPortoFan1999
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani

9

Pierwsza sensacja w pierwszym w historii sezonie ligowym:

12 czerwca 1927 r. Warta Poznań poległa na własnym stadionie z Ruchem Wielkie Hajduki 1:4! Zwycięstwo Ruchu nad Wartą na jej boisku było dużą sensacją, nawet biorąc pod uwagę iż poznaniacy zagrali w osłabieniu(Spoida był chory, Śmiglak odsługujący powinność wojskową). Na błotnistym, fatalnym boisku Ruch wygrał zasłużenie. Śląski klub uznawany początkowo za jeden z najsłabszych w ligowej rywalizacji, pozostawał niepokonany od początku maja, notując już siódmy kolejny mecz bez porażki. Zarazem czwarte z rzędu zwycięstwo Ruchu na wyjeździe to rekord, który nie został pobity aż do końca sezonu. Dało to zaskakujący awans z ostatniego miejsca w tabeli, jakie Ruch zajmował w końcu kwietnia, na wysoką piątą lokate w połowie czerwca. Zadziwiająca metamorfoza zaskoczyła wszystkich. Z pozycji outsajdera rozgrywek ,,Niebiescy” stali się nagle jednym z czołowych zespołów ekstraklasy.
@Safrani
@Ogorinho1974
@NeroTFP1
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@Adran360

1

@Adran360 Nie chodzi mi o prawa autorskie tylko ogólnie o te pojebane iksy...
Ale jak ktoś lubi to ja już nie mam na to wpływu....

10

Debiut wyjątkowej legendy FC Barcelony:

12 czerwca 1958 r. w barwach Dumy Katalonii zadebiutował genialny węgierski napastnik Sandor Kocsis. Debiut przypadł na towarzyski mecz z SC Preußen Münster, wygrany przez FC Barcelone 5:2. Co prawda przeciwnik nie był z najwyższej półki, jednak Kocsis zdołał strzelić 2 gole w tym meczu a więc debiut należy uznać za całkowicie udany.

@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani

1

@Adran360 Te iksy czy inne czortowiny to jest c*****a totalna! W dupie mam takie gówno...!!!

0

@Hosh P*******ć te durnoty!

10

„Copa Martini Rossi”:

12 czerwca 1949 r. FC Barcelona pokonała FC Porto 3:1 w meczu o Puchar Martini Rossi. To było piłkarskie trofeum, którym ta sama firma handlowa nagradzała zwycięzcę kilku meczów towarzyskich organizowanych przez FC Barcelone w latach 40. i 50., w których Barça mierzyła się z wieloma znanymi europejskimi klubami. Spotkania odbywały się na legendarnym stadionie „Camp de Les Corts” w Barcelonie, zazwyczaj jako mecz kończący sezon, aby oddać hołd piłkarzom przechodzącym na emeryturę. W tym wypadku hołd został oddany legendarnemu Josepowi Escoli. Zwycięzca tych meczów otrzymywał puchar ufundowany przez włoską firmę produkującą napoje Martini Rossi.

@Vivienne
@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@Kapitan hawk
@Gary
@Bernard777
@Adran360

1

Kto i po cholere skojarzył argentyńską grupe(J) z hiszpańską(H) po wyjściu z grupy!? Przecież to absurd! Niemal skandal!

10

Ciężkie czasy reżimu:

12 czerwca 1940 r. ustalono pierwszy statut FC Barcelony po wojnie domowej. Po raz pierwszy klub przyjął nazwę hiszpańską(Club de Futbol Barcelona) a nowym prezydentem został Frankista Enrique Piñeyro Queralt, który nie posiadał karty socio i nigdy nie był na żadnym meczu piłki nożnej. Artykuł nr. 3 statutu przewidywał że na koszulce znajdą się ,,dwa czerwone paski na żółtym tle” zamiast flagi Katalońskiej. Inny z punktów mówił że klub może zostać w każdej chwili rozwiązany, lecz leży to w gestii Hiszpańskiego Związku Piłki Nożnej.

@1LY0
@Adran360
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani

0

Vamos Mehiko!
Vamos a ganar!

11

Niepokonana drużyna, która odpadła z Mistrzostw Świata:

Kamerun 1982 to jedna z najbardziej niesprawiedliwych i osobliwych historii w historii Mistrzostw Świata. Afrykańska reprezentacja rozegrała swój pierwszy Puchar Świata w Hiszpanii, nie przegrała ani jednego meczu a mimo to odpadła w fazie grupowej. Trzy mecze, trzy remisy, zero porażek i poczucie straconej szansy. Historia Kamerunu 1982 rozpoczyna się w bardzo trudnej grupie. Włochy, Polska i Peru były rywalami z dużo większym doświadczeniem międzynarodowym. Kamerun przyjechał jako debiutant, z mniejszym zaangażowaniem i etykietą drużyny niewygodnej, ale niekoniecznie groźnej dla faworytów. Pierwszy mecz zakończył się remisem 0:0 z Peru. Drugi, również 0:0 z Polską. W obu meczach Kamerun zaprezentował organizację, siłę fizyczną i waleczność, co zaskoczyło wielu. Nie byli naiwną drużyną. Wiedzieli, jak zamykać przestrzeń i cierpliwie walczyć. Trzeci mecz z Włochami zakończył się remisem 1:1. Grégoire Mbida strzelił gola dla Kamerunu zaledwie minutę po golu Włochów. Remis sprawił, że Kamerun miał tyle samo punktów co Włochy, ale przegrywał różnicą bramek. Paradoks jest ogromny: Włochy awansowały z fazy grupowej, nie wygrywając ani jednego meczu a następnie zostały mistrzami świata. Kamerun, również niepokonany, odpadł. Mistrzostwa Świata w 1982 roku obfitowały w nietypowe rozgrywki a te są jednymi z najbardziej uderzających. Ta historia nawiązuje do innych druzgocących porażek, takich jak porażka Szkocji w różnych Mistrzostwach Świata czy Algierii w 1982 roku. Historia futbolu świadczy o tym, jak niektóre reprezentacje przekonały się, że samo unikanie porażki nie zawsze wystarczy. Na Mistrzostwach Świata różnica może być tak mała, jak jedna bramka. Kamerun pozostawił po sobie głębokie wrażenie. Thomas N'Kono, który również ma swoją własną historię jako idol z dzieciństwa Buffona był jednym z kluczowych graczy drużyny. Roger Milla był już tam, zanim lata później stał się legendą, jak opowiadaliśmy w artykule „ Roger Milla, emerytowany piłkarz, który zapisał się w historii”.

Osiem lat później Kamerun prawdziwie eksplodował na scenie podczas Italia '90. Pokonali Argentynę w meczu otwarcia, dotarli do ćwierćfinału i stali się jedną z największych niespodzianek turnieju. Ale ta historia nie zaczęła się w próżni. Jej korzenie sięgają Hiszpanii '82. Zespół z 1982 roku pokazał, że Kamerun może rywalizować z drużynami europejskimi i południowoamerykańskimi bez kompleksów. Zespół z 1990 roku dodał ambicje, charyzmę i globalną narrację. Dlatego warto czytać obie historie razem: Kamerun na Italia '90 był eksplozją; Kamerun 1982 był ostrzeżeniem. Jest to również element szerszej ewolucji afrykańskiej piłki nożnej. Maroko przełamało barierę 1/8 finału w 1986 roku, co już omawialiśmy w Maroku 1986. Afryka budowała swoją obecność na Mistrzostwach Świata krok po kroku. Kamerun 1982 zasługuje na pamięć, ponieważ nie wszystkie wspaniałe historie wymagają zwycięstw. Czasami drużyna odciska swoje piętno, udowadniając, że potrafi rywalizować, wytrwać i wyjść niepokonana na scenę, która wydawała się zbyt wielka. Reprezentacja Kamerunu stała się później symbolem afrykańskiej piłki nożnej. Ale zanim nastąpiła eksplozja, pojawiła się ta trzeźwa, twarda, niepokonana i wyeliminowana wersja. Ich historia stanowi przestrogę: w Mistrzostwach Świata sportowa sprawiedliwość nie zawsze idzie w parze z wynikami w tabeli. Kamerun nie przegrał, ale odpadł. Włochy nie wygrały w fazie grupowej, ale zdobyły trofeum. Ta sprzeczność to właśnie ten element, który sprawia, że historia Mistrzostw Świata jest niezapomniana.

@Symson
@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@Kapitan hawk
@Gary
@Bernard777
@Adran360

0

@Nazio_87 Nie! To akurat z internetu.

9

Drużyna, która grała z radością:

Reprezentacja Peru z 1970 roku była jedną z najbardziej ekscytujących na Mistrzostwach Świata w Meksyku. W turnieju zdominowanym przez Brazylię Pelégo, Blanquirroja (peruwiańska reprezentacja) znalazła swoją niszę dzięki Teófilo Cubillasowi, Héctorowi Chumpitazowi oraz radosnemu, ofensywnemu i odważnemu stylowi gry. Nie zdobyli Pucharu, ale pozostawili po sobie trwałe wrażenie. Historia Mistrzostw Świata w Peru w 1970 roku ma również bardzo silny kontekst emocjonalny. Kraj zakwalifikował się do Mistrzostw Świata wkrótce po trzęsieniu ziemi w Ancash, które było tragedią narodową. Na drużynie ciążyła symboliczna odpowiedzialność, która wykraczała daleko poza murawę. Peru rozpoczęło turniej od pamiętnego powrotu przeciwko Bułgarii. Przegrali 0:2 i wygrali 3:2. Następnie pokonali Maroko i przegrali z RFN. Dzięki tym wynikom awansowali do ćwierćfinału. Zespół prowadzony przez Didiego, mistrza świata z Brazylią, miał rozpoznawalny styl gry. Chcieli grać ofensywnie i wykorzystywać umiejętności techniczne swoich zawodników. Cubillas był wschodzącą gwiazdą: młody, elegancki i z talentem do strzelania goli. Mistrzostwa Świata w 1970 roku zapisały się w historii jako jedne z najwspanialszych. W tym kontekście Peru nie zawiodło. W ćwierćfinale czekała na nich Brazylia. I to nie byle jaka Brazylia: drużyna Pelé, Jairzinho, Tostão, Rivelino i Carlosa Alberto, prawdopodobnie najbardziej podziwianego mistrza wszech czasów. Peru przegrało 4:2 ale walczyło dzielnie. Nie spoczęło na laurach ani nie zatraciło swojej tożsamości. Cubillas strzelił gola a peruwiańska drużyna pozostawiła po sobie bardzo dobre wrażenie w starciu z późniejszymi mistrzami. Brazylia znajduje się na liście mistrzów świata ale Meksyk ‘70 również należy do drużyn, które przyczyniły się do uczynienia turnieju bardziej niezapomnianym. Peru było jednym z nich. Teófilo Cubillas stał się symbolem pokolenia. Jego talent do gry w ataku, opanowanie i talent do zdobywania bramek na największych stadionach uczyniły go jednym z najwybitniejszych peruwiańskich piłkarzy wszech czasów. Chumpitaz, kapitan, zapewnił drużynie przywództwo i autorytet w obronie.

Peruwiańska reprezentacja znów miała dobre momenty, ale rok 1970 zachował szczególny aromat ze względu na styl, kontekst i ostatecznego rywala. Mistrzostwa Peru 1970 zasługują na osobne miejsce, ponieważ reprezentują sposób przegranej, który czyni silniejszym. Przegrali z najlepszą drużyną świata, ale grali dobrze, strzelając gole i zostawiając po sobie wyraźny ślad. W futbolu niektóre drużyny narodowe zapamiętuje się bardziej ze względu na urodę niż trofea. Do tej grupy należy również Peru 1970. Był to krótki, emocjonujący i głęboko zapadający w pamięć mecz.

@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani

0

@Bernard777 Czy to było zrobione specjalnie przez szwabów albo Brazylijczyków?

1

Dwie godziny temu kupiłem "Piłke Nożną" a w niej drabinka mundialu i tak: Argentyna z grupy J po wygraniu grupy trafia na drugą ekipe grupy H, gdzie jest Urugwaj i Hiszpania. Kojarzenie takich grup gdzie jest Argentyna i Hiszpania, które potencjalnie wpadają na siebie w 1/16 finału jest co najmniej nie na miejscu! Kto i w jakim celu robi coś takiego? Przeca to ewidentnie byłby przedwczesny finał.......!!

9

Brazylijska „Joga Bonito”:

11 czerwca 1997 r. Paragwaj pokonał Chile 1:0 po golu Acuñii, w meczu otwierającym 38. edycje Copa America. W edycji tej po raz kolejny zmieniono zasady. 12 zespołów podzielonych zostało na 3 grupy. Do kolejnego etapu awansowały dwie najlepsze drużyny z każdej grupy, oraz dwie najlepsze z 3 miejsc. Następnie rozegrane zostały ćwierćfinały, półfinały, finał, oraz mecz o 3 miejsce. Za wygraną przyznawane były 3 punkty a za remis jeden. Boliwia ponownie otrzymała Copa América w 1997 roku. Lokalizacja(a przede wszystkim wysokość) była kluczowa, aby ,,Zieloni” stali się rewelacją rozgrywek, docierając do finału, w którym przegrali z Brazylią. Ronaldo Nazario, jedna z ówczesnych postaci światowego futbolu, został najlepszym zawodnikiem turnieju. Wśród najbardziej zaskakujących wyników w historii Copa América jest pogrom Peru przez Brazylie 7:0 w półfinale tych rozgrywek. Boliwia, która wszystkie swoje mecze rozgrywała na wysokości La Paz, triumfowała we wszystkich trzech meczach grupowych oraz w ćwierćfinale i półfinale. Jednak w meczu finałowym potęga Brazylii, ówczesnych mistrzów świata, wystarczyła, by zwyciężyć 3:1. Obie drużyny zakwalifikowały się do Pucharu Konfederacji. Na podium stanął także gościnnie Meksyk, który pokonał Peru. Gola zdobył Meksykanin Luis Hernández. Brazylia wygrała wszystkie 6 meczów strzelając 22 gole. Najszybszego gola strzelił Brazylijczyk Denílson w wygranym 0:7 meczu z Peru(1 minuta). Mecze rozgrywane były na stadionach w Sucre, La Paz, Oruro, Cochabamba i Santa Cruz. Mecze oglądało łącznie około 510 000 osób(średnio 19 615 na mecz). Najwięcej przyszło na starcie Brazylii z Boliwią (46 000). Najlepszym zawodnikiem turnieju wybrany został Brazylijczyk Luis Nazario de Lima. Najwyższy wynik padł w półfinałowym meczu pomiędzy Peru a Brazylią 0:7. Natomiast Luis Hernández w meczu Meksyk – Kostaryka(1:1), strzelił 2000 gola w historii tegoż turnieju. Finał rozegrano 29 czerwca 1997 roku w La Paz na stadionie „Hernando Silesa”. Brazylia, mierząc się z gospodarzami, zmotywowanymi dopingiem kibiców i atutami wysokości, wiedziała, że mecz nie będzie łatwy. Boliwia rozegrała znakomity turniej i również przyjechała zmotywowana po pokonaniu Meksyku w półfinale. Wynik otworzył Edmundo w 36. minucie, po akcji, w której Brazylia kontrolowała tempo i wykorzystywała luki w boliwijskiej obronie. Boliwia zareagowała szybko, a kilka minut później Erwin Sánchez wyrównał, doprowadzając do remisu przed przerwą. W drugiej połowie brazylijska drużyna zademonstrowała swoją siłę fizyczną i umiejętność adaptacji do wysokości. To właśnie wtedy Ronaldo strzelił drugiego gola w 78. minucie, dając Brazylii prowadzenie i dając jasno do zrozumienia, dlaczego jest już uważany za jednego z najlepszych na świecie. Wreszcie, w 89. minucie, Zé Roberto przypieczętował zwycięstwo trzecią bramką, zamykając mecz zwycięstwem 3:1, które zapewniło Brazylii tytuł mistrzowski. Dzięki zwycięstwu w Copa América w 1997 roku Brazylia zapewniła sobie piąty tytuł Copa América i umocniła swoją dominację w południowoamerykańskiej piłce nożnej. Zwycięstwo to nie tylko oznaczało kolejny tytuł, ale także symbolizowało zdolność tej drużyny – która przeszła drogę od mistrzów świata w USA w 1994 roku do mistrzów z 2002 roku w Korei i Japonii – do adaptacji do ekstremalnych warunków i pokonywania każdego wyzwania.

Ronaldo Nazário był niekwestionowaną gwiazdą Copa América w 1997 roku, strzelając pięć goli i wyróżniając się umiejętnościami, szybkością i siłą. Ten turniej był przełomowy w jego karierze, ugruntowując jego reputację jednego z najlepszych napastników na świecie. Później, pomimo kontuzji, stał się jednym z najlepszych w historii. Triumf Brazylii w Copa América w 1997 roku jest uznawany za jeden z najwspanialszych momentów w historii południowoamerykańskiej piłki nożnej. Zwycięstwo w Boliwii nie tylko pokazało siłę drużyny, ale także umiejętności Mário Zagallo w tworzeniu zbalansowanego składu, w którym zawodnicy idealnie się uzupełniali. Mistrzostwa te pokazały dominację Brazylii na kontynencie i zapowiedziały pokolenie, które po zwycięstwie w Mistrzostwach Świata w 1994 roku ponownie podbiło świat w 2002 roku i dotarło do finału we Francji w 1998 roku.

@Ogorinho1974
@Safrani
@Marusek
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360

4

@FCBparasiempre
Piłkarze zdołali się jeszcze zmobilizować na kolejny mecz, w którym 3:0 wygrali z Club Atlético Lanús, ale porażki poniesione w kolejnych dwóch starciach – z River Plate (2:5) i z Racingiem (1:4) – ostatecznie przekreśliły marzenia o tytule. Zawodnicy i kibice uważali, że zostali obrabowani przez dwóch arbitrów i trudno choć w części nie przyznać im racji. Hirschlowi i jego podopiecznym na pocieszenie pozostał fakt, że zespół strzelił najwięcej bramek w lidze (90), a Arturo Naón został wicekrólem strzelców. Za kulisami mówiło się, że Wielka Piątka, czyli Boca Juniors, Independiente, Racing, River Plate i San Lorenzo, jest zbyt mocna, żeby na stałe jej zagrozić. Nie tylko ze względu na liczebność i gwałtowność stojących za nią kibiców, ale też z uwagi na zaplecze polityczne, dzięki któremu możliwe było wywieranie nacisków na arbitrów. Cytowany wcześniej Guttmann przekonywał jednak, że Hirschl i jego podopieczni też nie byli do końca uczciwi. ,,Miał pewien sławny, albo raczej niesławny trick. Jego piłkarze trenowali z ciężkimi piłkami, takimi jak te używane w Anglii. W tamtych czasach w Ameryce Południowej panował zwyczaj grania piłką gospodarzy w pierwszej połowie i gości w drugiej ale Hirschl wpadł na pewien pomysł: dawał bramkarzowi kolczasty pierścień, żeby przebić piłkę rywali a potem grać już tą cięższą, do której Gimnasia była przyzwyczajona. Mówię wam: to był kawał skurczybyka”– opowiadał Guttmann. Ofensywny styl, jaki prezentował zespół Hirschla, otworzył mu drzwi do największych argentyńskich klubów. W 1934 r. po węgierskiego fachowca zgłosiło się River Plate. Początki nie były jednak łatwe. Zawodnicy lepsze występy przeplatali gorszymi. Potrafili rozbić 6:1 San Lorenzo, żeby miesiąc później ulec Estudiantes La Plata 0:3. Już w drugiej kolejce Hirschl zmierzył się ze swoim byłym klubem, a mecz zakończył się remisem. Pierwszy jego sezon w klubie zakończył się zajęciem przez River trochę rozczarowującego, czwartego miejsca. Węgier nie zrażał się jednak niepowodzeniami i konsekwentnie wcielał w życie swoje pomysły taktyczne. Od początku swojej przygody z Los Millonarios, stopniowo ustawiał defensywę w literę M. Cofnął jednego ze środkowych pomocników do tyłu, tak by pełnił rolę cofniętego rozgrywającego. Piłkarz grający na tej pozycji miał uczestniczyć w grze obronnej, ale jednocześnie od niego miało zaczynać się budowanie akcji, to on miał kreować grę z głębi pola. W drugim sezonie swojego pobytu w River sprowadził do klubu José Maríę Minellę i to jemu powierzył tę rolę. Hirschl odważnie też stawiał na młodych zawodników. To właśnie u niego w 1935 r. w wieku 16 lat zadebiutował Adolfo Pedernera. W tym samym sezonie regularne występy w pierwszej jedenastce notował nastoletni José Manuel Moreno. Obaj już niedługo mieli stanowić o sile ofensywy zespołu. Wielką gwiazdą drużyny był z kolei Bernabé Fereyra, który młodszym kolegom zawsze służył dobrą radą i chętnie dzielił się doświadczeniem. Mieszanka rutyny z młodością przyniosła rezultaty w 1936 r. Sezon był wówczas podzielony na dwa puchary – Copa de Honor Municipalidad de Buenos Aires i Copa Campeonato. Zwycięzcy każdego z nich spotkali się na koniec sezonu w Copa de Oro. W pierwszym z turniejów, który de facto był pierwszą rundą ligowych rozgrywek, River zajęło szóste miejsce. Podopieczni Hirschla prawdziwą klasę pokazali w Copa Campeonato. Przegrali tylko dwa mecze i dzięki serii ośmiu zwycięstw z rzędu zajęli pierwsze miejsce z czteropunktową przewagą nad San Lorezno. Znakomicie spisywał się duet Moreno i Fereyra. Pierwszy z nich był najlepszym strzelcem klubu w Copa de Honor, gdzie zdobył 13 bramek, a drugi imponował skutecznością w Copa Campeonato, strzelając 15 goli w 17 starciach. Swoją dominację potwierdzili 20 grudnia w starciu o Copa de Oro, w którym pokonali San Lorenzo 4:2. Rok później system rozgrywek wrócił do normy i o mistrzostwie decydowała tabela końcowa po dwóch rundach spotkań. River praktycznie nie miało sobie równych. Zespół triumfował w 27 spotkaniach, zremisował cztery, a przegrał w zaledwie trzech. Zawodnicy zdobyli 106 bramek – najwięcej w lidze obok Independiente. Chyba tylko ta drużyna ze wspaniałym Arsenio Erico w składzie mogła nawiązać walkę z maszyną stworzoną przez Hirschla, choć w obu bezpośrednich spotkaniach górą było River. Mając już zapewniony tytuł, postawili kropkę nad i, zwyciężając 3:2 w brzydkim, pełnym awantur meczu z Boca Juniors, rewanżując się tym samym za wcześniejsze porażki. ,,Żadna z drużyn nie wychodziła na murawę tak świetnie przygotowana, jak wybitne River Plate. Żadna z drużyn nie mogła się z nią równać choćby pod względem kondycji fizycznej”– pisano w ,,El Gráfico”, podkreślając rolę Hirschla w sukcesie.

Hirschl stworzył dobrze funkcjonujący mechanizm, który również w przyszłym roku walczył o tytuł. Tym razem jednak lepsi okazali się rywale z Independiente. River przegrał mistrzostwo o dwa punkty, a decydująca jak się później okazało, była porażka 1:2 z Ferro Carril Oeste. Po zdobyciu wicemistrzostwa w 1938 r. Hirschl odszedł z klubu. Wrócił na krótko do Gimnasii, a potem zaczął pracę w Rosario Central. 20 sierpnia 1939 r. jego podopieczni przegrali z River aż 0:6, a Węgier mówił, że tak dobra postawa Los Millonarios to efekt jego pracy. ,,Przybyłem osobiście, by zebrać owoce mojego nauczania. Tych sześć goli strzelili przecież moi chłopcy”– mówił po meczu szkoleniowiec. Później pracował z San Lorenzo, z którym też plasował się w czołówce, a także Banfield. W 1944 r. jego kariera trenerska została dość nagle przerwana. 13 stycznia odbyło się posiedzenie komisji dyscyplinarnej AFA. W protokole zapisano, że prezydent Banfield Forencio Sola usiłował przekupić bramkarza Ferro Carril Oeste Sebastiána Gualco przed meczem Banfield z Ferro. Spotkanie odbyło się we wrześniu i zakończyło się remisem 1:1, a bramkarz ostatecznie w nim nie zagrał. Wśród osób, które miały brać udział w tym procederze, był wymieniony również Hirschl, który zaangażował się w próbę przekupienia zawodnika Gualco kwotą dwóch tysięcy peso. Węgierski szkoleniowiec znalazł się w gronie dziewięciu osób, które skazano za sportową niemoralność i dożywotnio pozbawiono go możliwości prowadzenia jakiejkolwiek działalności w AFA lub w klubach przy niej afiliowanych. Co prawda Generalny Inspektorat Sprawiedliwości 10 maja karę anulował, ale związana z nią niesława pozostała. Warto jednak wspomnieć, że kiedy Hirschl wyjeżdżał z Węgier, to jego ówczesna drużyna Húsos FC była też była zamieszana w ustawianie meczów. Szkoleniowiec wyjechał do Brazylii. Dzięki sukcesom odniesionym w Argentynie cieszył się opinią jednego z najlepszych specjalistów na kontynencie. Znalazł zatrudnienie w Porto Alegre, gdzie na początku 1945 r. został trenerem Cruzeiro de Rio Grande do Sul. Sprowadził do klubu dwóch argentyńskich napastników – Alejandro Lombardiniego i mającego za sobą występy w rzymskim Lazio Enrique Flaminiego. Hirschl odpowiednio poukładał i umotywował zespół. Cruzeiro potrafiło bić się jak równy z równym z innymi wielkimi klubami z miasta – Grêmio i Internacional. W 1947 r. zespół pokonał lokalnych rywali i zwyciężył w premierowych rozgrywkach o Taça Cidade de Porto Alegre. Hirschla jednak już wtedy nie było w klubie. W połowie 1946 r. wykupił swój kontrakt i wyjechał szukać szczęścia do Meksyku. Tam przez dwa lata prowadził Club Deportivo Marte, ale bez szczególnych sukcesów. Po przygodzie w Meksyku na krótko jeszcze zawitał do Gimansii, aż w końcu wiosną 1949 r. objął posadę trenera Peñarolu. Urugwajski klub stawał dopiero na nogi po kilku chudych latach. Poprzednikiem Hirschla był Anglik Randolph Galloway, który usiłował nauczyć piłkarzy gry w systemie WM. Udawało mu się to z różnym skutkiem. Dopiero Hirschl potrafił wszystko odpowiednio poukładać i otworzył Urugwajczykom oczy na wiele nowych aspektów. Na pierwszym prowadzonym przez niego treningu zgromadziło się 1,5 tys. kibiców. Nie zamierzał nikogo skreślać i każdemu chciał dać szansę pokazania się, dlatego też w pierwszych zajęciach wzięli udział również piłkarze rezerw. W sumie ponad 40 zawodników. ,,Tego dnia po raz pierwszy zobaczyłem tablicę. Węgrzy zaprezentowali nowe systemy gry, pokazali nowe formy i kierunki szkolenia, które przyniosły rewolucję”– wspominał Alcides Ghiggia. Po tygodniu od pierwszego treningu przyszła pora na wybranie składu. Kiedy Hirschl wymieniał nazwiska zawodników z obrony i pomocy, nie było większych zaskoczeń. Kiedy jednak trzeba było wskazać prawego skrzydłowego, to spojrzał w kierunku Alcidesa Ghiggi i powiedział do niego, że to on zagra na tej pozycji. Liderzy zespołu próbowali wpłynąć na jego decyzję i starali się argumentować, że w zespole są przecież Julio César Britos i Solito Ortiz, którzy byli reprezentantami kraju, ale Hirschl był nieugięty. Oprócz Ghiggi w ataku mieli zagrać jeszcze Juan Eduardo Hohberg, Omar Óscar Míguez, Juan Alberto Schiaffino i Ernesto Vidal. Już wkrótce każdy kibic w kraju potrafił bez zająknięcia wymienić skład formacji ofensywnej Peñarolu. Prowadzony przez Węgra zespół zdominował rozgrywki. W lidze zdobyli 52 punkty na 54 możliwych. Strzelił najwięcej bramek – 62. Stracili najmniej – tylko 17. Wygrali wszystkie trzy derbowe pojedynki z Nacionalem. Zdobyli pierwsze od czterech lat mistrzostwo. Piłkarze grali bardziej zespołowo, nie wdawali się w niepotrzebne dryblingi, przez które tracili siły, nie bawili się piłką. Na pierwszym miejscu zawsze było dobro drużyny. ,,Hirschl dogadywał się z każdym. Był nie tylko dostępny dla wszystkich, ale był też przyjacielem graczy. To najlepszy trener, jakiego miałem. Najbardziej podobała mi się przyjaźń, jaką natychmiast nawiązał ze wszystkimi graczami. Często z nami żartował”– wspominał Węgra Ghiggia. Piłkarze Peñarolu stanowili trzon urugwajskiej reprezentacji, która w 1950 r. upokorzyła Brazylię. W tym samym roku w lidze musieli jednak uznać wyższość Nacionalu, od którego okazali się gorsi o dwa punkty. Rok później Hirschl i jego chłopcy wrócili na tron, a Węgier opuścił zespół w glorii zwycięzcy po wygaśnięciu kontraktu. Wrócił jeszcze w 1956 r., ale nie na długo.

Nie będzie przesadą, jeśli uznamy, że Hirschl był wizjonerem. Wyprzedzał swoją epokę o całe lata, indywidualizował treningi, doceniał znaczenie odpowiedniej regeneracji. Dysponował znakomitym zmysłem taktycznym i potrafił sprawić, że to, co rysował piłkarzom kredą na tablicy, ci świetnie umieli przełożyć na sytuacje na boisku. Miał nosa do młodych talentów i nie bał się odważnie na nich stawiać. Stworzył podwaliny ,,La Máquiny” w River Plate i to pod jego okiem skrzydła rozwijała ,,Escuadrilla de la muerte”, czyli słynna eskadra śmierci w Peñarolu. Zmarł 23 września 1973 r. w Buenos Aires i to tam jest zdecydowanie bardziej pamiętany niż nad Dunajem. Nie powinno to dziwić, bo to on argentyńską i urugwajską taktykę wprowadził w czasy nowożytne. Nie bez powodu w Ameryce Południowej nazywa się go ,,El Mago”.

8

@FCBparasiempre
Na rozwój futbolu szczególny wpływ miało kilka nacji. Anglicy stworzyli jego podwaliny a w dużej mierze dzięki Francuzom możemy emocjonować się rozgrywkami międzynarodowymi. Swój wkład w rozwój tej dyscypliny wnieśli też Włosi, Niemcy, czy Holendrzy. Nie można jednak zapominać o mniejszych krajach jak Austria czy Węgry. Węgierscy trenerzy z powodzeniem radzili sobie nie tylko u nas w kraju, ale też w wielu innych zakątkach świata. Jednym z nich był Imre Hirschl, który w latach 30-tych i 40-tych XX w. zmienił podejście do futbolu w Argentynie. Hirschl był postacią tyleż ciekawą, co tajemniczą. W jego życiorysie jest sporo nieścisłości i znaków zapytania. Raczej prawdą jest, że urodził się 11 czerwca 1900 roku w Apostag, niewielkiej wsi położonej 80 km na południe od Budapesztu. Nie ma jednak wielu informacji na temat okresu jego dorastania i młodości. Jego córka Gabriela, która pracuje w Buenos Aires jako psychoanalityczka, wspominała, że ojciec rzadko opowiadał o przeszłości. W czasie pierwszej wojny światowej miał wyjechać za braćmi do Palestyny. Tam zataił swój wiek i zaciągnął się do brytyjskiej armii. Po wojnie został na tych terenach i wraz z żydowskimi nacjonalistami walczył z chylącym się ku upadkowi Imperium Osmańskim. Pamiątkami po pobycie na Bliskim Wschodzie miała być blizna na biodrze, będąca wynikiem wybuchu granatu i ślad na nadgarstku pozostawiony przez kulę karabinu. W wielu źródłach znajdziemy informację, że Hirschl jako piłkarz występował w barwach Ferencvárosu. Według niektórych miał być nawet w składzie zespołu podczas tournée po Ameryce Południowej w 1929 r. Niewiele ma to jednak wspólnego z prawdą. Próżno szukać jego nazwiska w relacjach prasowych Nemzeti Sport. Na żadną wzmiankę o nim nie natrafimy też w klubowym muzeum. Wśród wielu prasowych wycinków, które zgromadziła w swojej kolekcji córka Hirschla, można wyczytać, że grał w Athletic Club Budapeszt. Z niektórych z kolei wynika, że był graczem Hakoah Wiedeń i Hakoah Nowy Jork. Pojawiają się też informacje o jego rzekomych związkach z paryskim Racingiem. ,,Studiowałem na uniwersytecie w Budapeszcie, grałem w tamtejszej drużynie i odkryłem, że mam smykałkę do trenerki. Najpierw związałem się z Athletic club Budapeszt. Zanim zadebiutowałem jako trener, przez lata podróżowałem po świecie jako piłkarz, odwiedziłem takie kraje jak Czechosłowacja, Indie, Afryka, Anglia, Francja i Niemcy; byłem też w Paryżu, w tamtejszym Racing Club. To stamtąd przeniosłem się do Stanów Zjednoczonych, gdzie doskonaliłem swój fach w drużynie Hakoah”– mówił w wywiadzie dla ,,La Tribuna” w 1939 r. Jedynym jednak zespołem, w którego archiwach odnajdziemy jego nazwisko, jest budapesztański Húsos FC. Hirschl występował tam w 1920 r., ale na tym informacje o jego zawodniczej karierze się kończą. Inny węgierski trener Béla Guttmann twierdził, że nie powinno to nikogo dziwić, bo głównym zajęciem Hirschla miała być praca w rzeźni. Nie zgadza się z tym jednak córka Hirschla. Wspominała ona, że ojciec potrafił oporządzić krowę i robił znakomite kiełbaski, ale takie umiejętności były w tamtych czasach czymś zupełnie normalnym, a poza tym rodzina Hirschlów była zbyt zamożna, żeby ktokolwiek z nich musiał pracować w rzeźni. Jak więc ten człowiek znikąd znalazł się w Argentynie i stał się jednym z najlepszych szkoleniowców swoich czasów? W dużej mierze przez przypadek. W 1929 r. Hirschl przebywał w Paryżu, gdzie starał się uzyskać amerykańską wizję. Spotkał tam brazylijskiego biznesmena hrabiego Matarazzo. Był on prezesem klubu Palestra Italia, który dzisiaj znamy jako Palmeiras. Hirschl dzięki swojej charyzmie, wiedzy i elokwencji zdołał przekonać Brazylijczyka, żeby ten powierzył mu funkcję trenera. Początkowo Węgier był asystentem Eugenio Medgyesyego, ale sam miał też poprowadzić zespół w dwóch spotkaniach. Latem 1930 r. w São Paulo przebywała żydowska drużyna Hakoah New York. Piłkarze podróżowali po kontynencie amerykańskim, propagując idee usportowionego judaizmu. Wśród zawodników znalazło się kilku Węgrów, w tym słynny później Béla Guttmann. Hirschl dzięki znajomości języka, łatwości nawiązywania kontaktów i posiadanej charyzmie wkrótce dołączył do żydowskiego zespołu. Nie był jednak piłkarzem, ale został masażystą.

,,Powiedział, że byłby wdzięczny, gdyby mógł dołączyć do zespołu jako masażysta, bo ma silne ręce i mocny uchwyt. Postanowiłem sprawdzić go od razu i powiadam wam: miał cholernie dobry masaż”– opowiadał Guttmann. Jego przygoda z Hakoah nie trwała jednak długo. Towarzyszył drużynie przez kolejny miesiąc, ale wkrótce zespołowi zaczęło brakować pieniędzy i, jak relacjonował Guttmann, w Buenos Aires podziękowano Hirschlowi za współpracę. Późniejszy trener Benfiki mówił też, że kiedy już wyjechali z miasta, to jego rodak zaczął rozpowiadać, że w Hakoah był asystentem trenera. Często widywano go z drużyną, więc opowieść brzmiała wiarygodnie. Jonathan Wilson, który w swojej książce „Aniołowie o brudnych twarzach” przybliża postać Hirschla, zaznacza jednak, że raczej nie powinno się ślepo wierzyć relacjom Guttmanna. ,,Guttmann również często zmyślał, ile wlezie, a co ważniejsze: był kimś, kto bez przerwy wchodził z innymi w konflikty i pozwalał, by osobiste antypatie miały wpływ na jego anegdoty”– pisał brytyjski dziennikarz. Hirschl wkrótce znalazł zatrudnienie w klubie Gimnasia y Esgrima La Plata. Przed rozpoczęciem pracy obejrzał trzy mecze zespołu i powiedział włodarzom, że widzi w drużynie potencjał. Nie potrzebował pieniędzy na transfery i obiecał, że w 1933 r. klub będzie walczył o mistrzostwo kraju. Sezon 1932 Gimnasia rozpoczęła pod jego kierownictwem. Początki nie były jednak różowe. Pierwsze trzy spotkania były rozczarowaniem i zakończyły się porażką a rywale zaaplikowali Gimnasii łącznie 12 goli. Po rozegraniu 16 spotkań zespół prowadzony przez Węgra miał na koncie ledwie trzy zwycięstwa. Druga część sezonu była już jednak zdecydowanie lepsza. Gimnasia potrafiła wygrać 4:3 z River Plate, czy rozbić 6:2 Boca Juniors. Rozgrywki zwieńczyli serią siedmiu meczów bez porażki i ostatecznie uplasowali się na siódmym miejscu w tabeli. ,,Moje pierwsze zadanie polegało na postawieniu drużyny na nogi pod względem przygotowania fizycznego. Piłkarze musieli być w dobrej formie. Ażeby osiągnąć ten cel, musiałem rozważyć, jakiego rodzaju ćwiczeń potrzebuje każdy z zawodników i jak ciężko powinien trenować. Nie można wymagać od jedenastu ludzi, by robili dokładnie to samo: dla jednych będzie to w sam raz, dla innych zaś za mało lub zbyt wiele. Intensywność zajęć zależy od ich terminu. Pracujemy ciężej przed rozpoczęciem rozgrywek i lżej w ich trakcie”– mówił o swoich początkach w klubie. Pamiętajmy, że cały czas mowa o początku lat 30-tych ubiegłego wieku. Mało kto wówczas myślał o indywidualizacji treningu, co dziś jest rzeczą niemal powszechną. Hirschl, którego imię w Argentynie zostało ,,zhispanizowane” z Imre na Emérico, wprowadził do treningów elementy amerykańskiej i szwedzkiej gimnastyki, która opiera się na powolnych, harmonijnych ruchach bez użycia przyrządów. Oprócz tego w przygotowaniu biegowym stosował mieszkankę sprintów i biegów długodystansowych, a na zajęciach pojawiały się nawet elementy koszykówki. Niektórym z podstawowych zawodników odpuszczał treningi, a ich przygotowanie meczowe ograniczał się do ciepłych kąpieli i masaży. Hirschl na początku swojej pracy dostał sporo swobody. Jednym z jego warunków było to, że nikt nie będzie mu się wtykał w robotę. Węgier postanowił solidnie zamieszać w składzie. Podstawowi zawodnicy zespołu zostali odstawieni na boczny tor, a w ich miejsce desygnował do gry tych, którzy zwykle byli rezerwowymi. Doszło wtedy do napięć na linii trener – zarząd, bo włodarze uważali, że piłkarze, na których uparcie chciał stawiać szkoleniowiec, są bezużyteczni. Dzięki zapisom w kontrakcie Hirschl postawił jednak na swoim. Tymi beznadziejnymi w opinii zarządu piłkarzami byli Arturo Naón, który do dzisiaj jest najskuteczniejszym strzelcem w historii klubu, prawy łącznik Alberto Palomino, prawy pomocnik Oscar Montañez i bramkarz Atillo Herrera. To oni stworzyli trzon zespołu, który wkrótce zaczęto nazywać El Expreso. Jednak sercem i największą gwiazdą drużyny był José María Minella, który, kiedy został przesunięty z ataku do pomocy, to odmienił pozycję środkowego pomocnika. Kampanię ligową w 1933 r. zespół zaczął z wysokiego c. Piłkarze zwyciężyli w pierwszych pięciu spotkaniach, w których strzelili aż 19 bramek, tracąc przy tym ledwie pięć. Wygrywali mecz za meczem i coraz częściej zaczynano ich wymieniać w gronie faworytów do mistrzostwa. Znakomita postawa drużyny zwróciła uwagę dziennikarzy, którzy starali się odnaleźć przyczyny tak dobrych wyników Gimnasii. ,,To, co dzieje się w Gimnasii, jest zdumiewające. Zawodnicy nie mogą zmienić aż tyle sami z siebie, jego wpływ jest oczywisty”– pisano o Hirschlu w „El Gráfico” w maju 1933 r.

Szkoleniowiec jednak zachowywał dystans do tych pochwał i podkreślał, że dobre wyniki drużyny, to zasługa przede wszystkim znakomitych piłkarzy. ,,Po pierwsze, nie uczę futbolu. Byłoby czymś dziwacznym próbować uczyć futbolu w kraju, gdzie gra się najlepszy futbol. Takich piłkarzy, jak w Argentynie, nie ma nigdzie na świecie. ,,Criollos” mają potencjał i jedyne, co mi pozostaje, to go wykorzystać”– komentował Węgier. Hirschl pozwolił uwierzyć zawodnikom w swoje umiejętności i w to, że są w stanie spełnić swoje marzenia. Dominował nad swoimi podopiecznymi nie tylko z uwagi na swój wzrost (196 cm), ale też dlatego, że piłkarze spijali z jego ust każde słowo. Był znakomitym motywatorem. Wielu, którzy mieli z nim styczność, podkreśla ogromną charyzmę, jaka go otaczała. Córka wspominała, że ojciec w bankach, sklepach czy na dworcach przyciągał uwagę i gromadził wokół siebie ludzi samym tylko sposobem mówienia. ,,Piłkarzom zaoferowałem przyjaźń, więc mogliśmy lepiej dzielić się odpowiedzialnością. Skoro widziałem, że wszystko idzie zgodnie z planem, nie musiałem sięgać po argumenty siłowe. Owszem, nałożyłem kilka kar, ale tylko z początku. Przez kolejne pół roku piłkarze nie zapłacili marnych pięciu peso. ,,Criollo”, o których braku dyscypliny tyle się opowiada, przystosowali się naprawdę łatwo. Wszystko opiera się na jasnym tłumaczeniu i na podchodzeniu do piłkarzy z uczuciem. Jeśli mówisz do nich we właściwy sposób, jest ci o wiele łatwiej”– opowiadał Hirschl. Potrafił wpłynąć na kierownictwo klubu, żeby każdemu zawodnikowi płacono pensję w tej samej wysokości. Miało to pomóc w wytworzeniu w drużynie wspólnego poczucia poświęcenia. Oprócz podstawowego wynagrodzenia wyjściowa jedenastka otrzymywała też pewien procent ze sprzedaży biletów, dzięki czemu piłkarze i trener mogli dużo więcej zarobić. Drużyna grała bardzo dobrze. Zawodnicy imponowali skutecznością i zewsząd zbierali pochwały za miły dla oka, ofensywny styl gry. Po 25. kolejkach mieli na koncie 17 zwycięstw, trzy remisy i pięć porażek. Liderowali stawce z przewagą dwóch punktów nad Boca Juniors. To właśnie z tym zespołem mieli zmierzyć się 24 września. Ewentualne zwycięstwo bardzo by ich przybliżyło do końcowego triumfu i pozwoliłoby odskoczyć rywalom na bezpieczną odległość. Gracze Gimnasii przystępowali do tamtego spotkania w dobrych nastrojach. W poprzedniej kolejce rozbili 7:1 Talleres Remedios de Escalada, a Arturo Naón aż pięciokrotnie wpisał się listę strzelców. Mecz rozpoczął się po myśli podopiecznych Hirschla. Już w 13. minucie wynik spotkania otworzył Ismael Morgada, a dziesięć minut później Juan Echevarrieta podwyższył na 2:0. Boca jednak nie miało zamiaru składać broni i już w 25. minucie Delfín Benítez Cáceres strzelił gola kontaktowego. Do końca pierwszej połowy wynik nie uległ już zmianie. Kilkanaście minut po wznowieniu gry sędzia Angel De Dominicis podyktował bardzo wątpliwego karnego dla gospodarzy, którego wykorzystał Francisco Varallo. Kika minut później arbiter po raz kolejny wystąpił w głównej roli. Miguel Angel Nardini zdobył trzecią bramkę dla Boca, tyle tylko, że zrobił to z pozycji spalonej, ale sędziemu nie przeszkodziło to w uznaniu gola. Piłkarze Gimnasii byli wściekli. Nad występem De Dominicisa pochyliły się władze ligi i usunęły go z grona arbitrów, niejako przyznając rację zawodnikom Gimnasii. Wynik jednak nie został zmieniony. Niepowodzenie zespół Hirschla powetował sobie tydzień później, pokonując 2:1 Independiente. Prawdziwy dramat rozegrał się jednak 8 października. Gimnasia grała wtedy na wyjeździe z San Lorenzo de Almagro. Przy stanie 2:1 dla gospodarzy wydawało się, że sędzia Alberto Rojo Miró przyzna gościom rzut karny. Ostatecznie jednak uznał, że przewinienie miało miejsce przed polem karnym. Kilka chwil później uznał bramkę, którą zdobyli gospodarze, choć piłka, jak przekonywał bramkarz Gimnasii, nie przekroczyła linii bramkowej. Zrozpaczeni zawodnicy w ramach protestu usiedli na murawie, nie mając chęci brać dalej udziału w tym wątpliwej urody widowisku. Gospodarze strzelili jeszcze cztery bramki, zanim Rojo Miró zakończył mecz w 78. minucie.

1

@Marusek Siatkówka akurat mnie interesuje ale tylko mistrzostwa europy i świata. Nie wiem dlaczego ale Liga Narodów mnie nie kręci, zwłaszcza w przededniu mundialu...

1

@Marusek Przepraszam ale nie zawsze mam czas siłe(zwłaszcza świeżo po robocie) i ochote na wcześniejsze wpisy...

1

@Kidd Aaaa... to ta Liga Narodów... Eee tam...
W każdym razie dzięki śliczne za informacje :)

Media

Sonda

Której reprezentacji, do której powołany został zawodnik Barcy, kibicujesz?