FCBparasiempre
Dołączył/a: grudzień 2020
Biała Podlaska
33 obserwujących
0 obserwowanych
Której reprezentacji, do której powołany został zawodnik Barcy, kibicujesz?
Komunikat
Polecający
Ładowanie...
Historia komentarza
Ładowanie...
13
Wybitne legendy futbolu:
7 czerwca 1970 r. urodził się Marcos Evangelista de Moraes znany jako Cafu, brazylijski prawy obrońca. 2-krotny Mistrz Świata-1994 i 2002 ; Wicemistrz Świata z 1998 ; 2-krotny Zdobywca Copa America-1997 i 1999 ; 2-krotny Zdobywca Copa Libertadores-1992 i 1993(z FC São Paulo) ; Zdobywca Ligi Mistrzów-2007(AC Milan) ; Zdobywca Pucharu Zdobywców Pucharów 1995(z Real Saragossa) ; Zdobywca Superpucharu Europy-2003 i 2007(AC Milan) oraz Zdobywca Klubowego Mistrzostwa Świata-2007(AC Milan). Zawodową karierę zaczął w 1988 roku w São Paulo FC. Na początku swojej przygody z piłką pełnił rolę rezerwowego, jednak zbiegiem czasu wywalczył sobie miejsce w podstawowej jedenastce. W 1991 roku zdobył swój pierwszy mistrzowski tytuł. W dwóch kolejnych sezonach triumfował w rozgrywkach Copa Libertadores i Recopa Sudamericana. W 1994 roku został wybrany najlepszym piłkarzem roku w Ameryce Południowej. W barwach São Paulo rozegrał 115 spotkań i strzelił 7 goli. W tym samym roku Cafu postanowił zmienić klub. Został piłkarzem Juventude, lecz po krótkiej przygodzie z tym klubem trafił do hiszpańskiego Realu Saragossa, gdzie sięgnął jedynie po Puchar Zdobywców Pucharów. W 1995 roku Brazylijczyk odszedł do Palmeiras São Paulo. W nowej drużynie nie pograł zbyt długo ponieważ dwa lata później trafił do AS Romy. Na swój pierwszy sukces w ekipie "Giallorossich" musiał czekać do 2000 roku, kiedy to Roma sięgnęła po mistrzostwo kraju. W barwach tego klubu rozegrał 163 spotkania.
W 2003 roku podpisał kontrakt z AC Milanem. Swój pierwszy mecz w barwach "czerwono-czarnych" rozegrał 3 sierpnia tego samego roku w zremisowanym 1:1 meczu z Juventusem. W debiutanckim sezonie w ekipie z San Siro zdobył drugi mistrzowski tytuł, sięgnął po Superpuchar Włoch oraz Superpuchar Europy. W 2005 roku po raz pierwszy zagrał w finale Ligi Mistrzów lecz wówczas Milan przegrał po rzutach karnych z Liverpoolem. W kolejnym sezonie świętował zdobycie aż trzech pucharów - Ligi Mistrzów, Superpucharu Europy i Klubowego Mistrzostwa Świata. 16 maja 2008 roku zapowiedział iż po sezonie zakończy piłkarską karierę. W reprezentacji Brazylii zadebiutował 12 września 1990 roku w przegranym 3:0 meczu z Hiszpanią. W 1994 roku po raz pierwszy wystąpił na mundialu, pełniąc rolę rezerwowego a Brazylijczycy po raz czwarty w historii zdobyli Mistrzostwo Świata. W 1997 roku wygrał w rozgrywkach Copa America oraz Pucharze Konfederacji. Rok później Cafu otrzymał powołanie na kolejne MŚ, jednak tym razem ekipa "Canarinhos" przegrała w finale z reprezentacją Francji 3:0. Brazylijski obrońca wystąpił także na Mistrzostwach Świata 2002 roku zdobywając Puchar Świata oraz na nieudanych Mistrzostwach Świata 2006 roku. Na tych dwóch ostatnich turniejach Cafu był podstawowym piłkarzem swojego zespołu. W drużynie narodowej wystąpił łącznie w 142 spotkaniach i strzelił 5 goli. Po mundialu w 2006 r. wychowanek São Paulo FC zakończył reprezentacyjną karierę. Dla drużyny narodowej rozegrał łącznie 142 spotkania i strzelił pięć goli. Jest rekordzistą kraju pod względem największej ilości występów w reprezentacji Brazylii i jednym z najlepszych prawych obrońców w dziejach futbolu.
@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@Comentateiro
@Adran360
2
@Marusek Zgadza się. My tam po prostu "zdechliśmy"! Tam trzeba było posiedzieć przynajmniej z miesiąc żeby się zaaklimatyzować przed mistrzostwami. Taka wilgotność i taka spiekota to dla Polaków piekło na ziemi. To była główna przyczyna niepowodzenia...
0
@Votrox7 A niby co on ma do Carbajala? Poza tym on jest Brazylijczykiem, więc tym bardziej co ma piernik do wiatraka?
0
@Votrox7 Jaki Antony?
12
Jedyne zwycięstwo i jedyny gol na Mundialu „Mexico 1986”:
Dokładnie 40 lat temu Polska pokonała Portugalie 1:0. „No wreszcie, proszę państwa! Tyle nas to nerwów kosztowało, tak długo czekaliśmy na tę upragnioną bramkę! Wzruszyłem się, ale myślę, że państwo też w polskich domach. No wreszcie, wreszcie. Brawo panie Włodzimierzu, brawo Polacy!”– krzyczał szczęśliwy Dariusz Szpakowski, który relacjonował ten mecz ze stadionu Estadio Universitario w Monterrey. W pierwszym meczu fazy grupowej biało-czerwoni tylko bezbramkowo zremisowali z Marokiem. Jak się później okazało, gol Smolarka z Portugalią pozwolił im wyjść z grupy z trzeciego miejsca. ,,To był mecz o wszystko. Liczyliśmy się, że pierwsze miejsce zajmą Anglicy, a my powalczymy o drugie z Portugalią”– wspominał Dariusz Dziekanowski, który asystował przy tym trafieniu. ,,Znakomicie się zachował. Przyjął piłkę, zagrał po ziemi na dalszy słupek. Co ciekawe, Włodek miał być już zmieniony przez Andrzeja Zgutczyńskiego, ale nie było przerwy w grze i sędzia nie mógł zezwolić na przeprowadzenie zmiany”– zdradził Dziekanowski. Ostatecznie Zgutczyński zmienił go siedem minut później. Na koniec fazy grupowej Anglia pokonała Polskę 3:0 po hat-tricku Gary'ego Linekera a w 1/8 finału Brazylia rozbiła drużynę Antoniego Piechniczka 4:0. Na kolejny występ w mundialu musieliśmy czekać aż do 2002 roku.
@Adran360
@Bernard777
@FcPortoFan1999
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
1
@John_Doe Tak, ja też go widziałem siędzącego na trybunach. To prawda, chłop ma niespotykane zdrowie a Śp. Kazimierz Górski miał nosa żeby go zabrać na mistrzostwa do RFN. Kapitalny obrońca i to jeszcze z tą wadą wzroku! Chyba lepsi od niego byli tylko Szczepaniak, Korynt i Gorgoń. Ta czwórka stoperów to dla mnie najlepsza w historii polskiego futbolu.
11
@FCBparasiempre
Legendami nie zawsze zostają piłkarze, którzy zdobywają liczne trofea, strzelają setki bramek i regularnie trafiają na pierwsze strony gazet. Tacy piłkarze są jednak wyjątkami, bo żeby jeden z nich mógł osiągnąć miano wybitnego, tysiące innych będzie musiało pogodzić się z rolą drugoplanową. Czasem jednak ci drugoplanowi aktorzy też przechodzą do historii. Najlepszym przykładem jest Meksykanin Antonio Carbajal. Urodzony 7 czerwca 1929 r. w stołecznym Mexico City Carbajal już za młodu wyróżniał się skocznością i zwinnością, a więc od zawsze był idealnym kandydatem na bramkarza. Wzrost (180 cm) może i nie był jego atutem, ale przecież w tamtych czasach warunki fizyczne nie były najważniejsze. Zresztą, w Meksyku chyba nigdy nie zwracano większej uwagi na wzrost bramkarzy, o czym świadczy wielka kariera Jorge Camposa. Sam zainteresowany szybko zauważył, że Bóg obdarzył go pewnym talentem, którego nie może zakopać, tylko musi rozwijać. Szybko porzucił więc naukę i skupił się na treningach. Jego ojciec nie potrafił mu tego wybaczyć i nawet kiedy później Antonio grał na mundialu, nie odezwał się do syna nawet słowem. Być może takie podejście jeszcze bardziej motywowało młodego bramkarza, który nie zamierzał się poddawać. Obrał kierunek, w jakim zamierzał podążać i nawet odsunięcie się ojca nie wpłynęło na zmianę kursu. W 1948 roku Carbajal zaczął zbierać pierwsze żniwa swojej determinacji. Młody golkiper znalazł się w kadrze na igrzyska olimpijskie w Londynie, lecz jego rola ograniczyła się do trwania na posterunku, jakim była ławka rezerwowych. Trzeba zaznaczyć, że olimpijska przygoda nie trwała zbyt długo. Już w pierwszym meczu „El Tri” przegrali 3:5 z Koreą Południową i turniej się dla nich zakończył. Dla naszego bohatera był to jednak początek wspaniałej przygody, bo udział w igrzyskach zbiegł się z ofertą z Club España. W tym klubie młodzian bronił zaledwie przez dwa lata, ale to wystarczyło, żeby wypracować sobie świetną reputację. Sława Carbajala szybko zaczęła wychodzić poza granice Meksyku i nie było w tym nic dziwnego, że trener reprezentacji Meksyku(Vial) znalazł dla niego miejsce w kadrze na mistrzostwa świata w 1950 roku. Zanosiło się, że Carbajal będzie rezerwowym, ale w ostatniej chwili pretendenta do miejsca między słupkami „El Tri” dopadła kontuzja. W ten sposób jedna z najbardziej odpowiedzialnych ról w drużynie przypadła 21-letniemu debiutantowi. 24 czerwiec 1950 roku – to wtedy zaczęła się tworzyć ta piękna historia. Na stadionie w Rio de Janeiro naprzeciwko siebie stanęły reprezentacje Brazylii(gospodarza turnieju) i Meksyku. Mecz poprzedziła uroczystość otwarcia a na pierwszy gwizdek sędziego czekało 80 tysięcy zakochanych po uszy w futbolu fanów „Canarinhos”. Jak w tym wszystkim odnajdował się Carbajal, żółtodziób, który dopiero rozpoczynał swoją przygodę z futbolem? Ciężar presji musiał być ogromny, szczególnie dla bramkarza. To tak jakby stać między słupkami ze słoniem na plecach, nie dość, że ciężar ogromny, to jeszcze trzeba uważać, żeby nie potknąć się o trąbę. No i Carbajal się nie potknął, choć puścił cztery bramki a jego zespół nie odpowiedział żadną. Mało tego, w meczu z Jugosławią znów cztery razy wyjmował piłkę z siatki a Szwajcarzy dwukrotnie znaleźli sposób na przechytrzenie stróża świątyni „El Tri”. Mimo dziesięciu bramek straconych nikt nie miał pretensji do bramkarza, nie zarzucano mu, że brakło mu doświadczenia, nie wytykano mu błędów, choć takie też się przydarzyły, jego dokonania przyjęto z umiarkowanym optymizmem. Melodia przyszłości? Tak zapewne myśleli wtedy kibice. Występ na mundialu przyniósł zainteresowanie ze strony silniejszych klubów. Club Leon, który zgłosił się po Carbajala, miał nieco wyższe notowania niż Club España, więc transfer można było potraktować jako sportowy awans. Inna rzecz, że był to transfer wymuszony, bo poprzedni pracodawca Carbajala wycofał się z rozgrywek, ponieważ jego władze nie mogły znaleźć wspólnego języka z działaczami federacji. No cóż, w tamtych czasach takie rzeczy jak poplątane języki decydowały o upadkach czołowych klubów. Antonio już w drugim sezonie zdobył mistrzostwo kraju z Leon, jednocześnie nie oddając miejsca między słupkami w reprezentacji kraju. Z powodzeniem bronił w meczach towarzyskich oraz w spotkaniach eliminacyjnych do mistrzostw świata w 1954 roku. Warto zauważyć, że Carbajal w tych eliminacjach tylko raz przepuścił piłkę do siatki (Tej sztuki dokonał Amerykanin Looby w meczu wygranym przez Meksykanów 3:1). Wydawało się, że nasz dzisiejszy bohater ma pewne miejsce w składzie na mundialu, że trener Vial nie widzi drużyny bez niego i może tak było.
Ostatecznie jednak Vial nie pojechał na mundial, zastąpił go Lopez Herranz, który widział w bramce bardziej doświadczonego Motę. Już po pierwszym meczu (0:5 z Brazylią) tymczasowy szkoleniowiec zmienił zdanie i w pojedynku z Francją postawił na Carbajala. Ten puścił dwie bramki, ale Meksykanie wyrównali a na dwie minuty przed końcem meczu Raymond Kopa celnym strzałem z rzutu karnego pogrzebał marzenia kibiców „El Tri” na korzystny wynik. Powrót do ligowej rzeczywistości okazał się dość przyjemny. W 1956 roku Leon sięgnął po mistrzostwo kraju, rok później przegrał w finale play-off, by w roku, w którym odbywały się kolejne mistrzostwa świata znów sięgnąć po koronę. Nie było więc wątpliwości, że bramki na mundialu musi strzec golkiper najlepszej meksykańskiej drużyny. Na turnieju w Szwecji Carbajal przeżył pewne deja vu. Mecz Meksyku znów poprzedziła uroczystość otwarcia, na trybunach znów ogromne tłumy, tylko rywal nieco inny, choć wcale nie łatwiejszy. Szwecja w owym czasie mogła poszczycić się takimi asami jak Niels Liedholm czy Kurt Hamrin. Jeszcze jedną różnicą był fakt, że tym razem to pełniący funkcję kapitana Carbajal wyprowadzał swoich kolegów na boisko. To jednak niewiele zmieniło, Szwedzi wygrali 3:0, a Meksyk znów musiał liczyć się z pożegnaniem z turniejem już w fazie grupowej. Remis w meczu z Walią nic nie zmienił, bo w ostatnim spotkaniu miejsce w szeregu Latynosom wskazali Węgrzy, pewnie wygrywając 4:0. W ten sposób Meksyk odpadał z turnieju finałowego w fazie grupowej po raz trzeci z rzędu. Kolejne czterolecie nie było już tak udane, jak poprzednie. W latach 1958 – 1962 Club Leon nie zdobył żadnego trofeum. Meksykowi w kwalifikacjach do kolejnego mundialu też się nie wiodło najlepiej, bowiem porażka 0:1 z Kostaryką i bezbramkowy remis z Antylami Holenderskimi można rozpatrywać w kategorii blamażu. Ostatecznie „El Tri” zakwalifikowali się do barażu, w którym rywalem miał być Paragwaj. To właśnie te mecze sprawiły, że historia, którą czytacie, zasługuje na miano legendy. Pierwszy mecz Meksykanie wygrali 1:0, w drugim nie padły bramki. Carbajal zachował więc czyste konto i można powiedzieć, że wybronił sobie czwarty udział w mistrzostwach świata. Przed nim nikt nie dokonał takiej sztuki. Tym razem Meksyk pojechał na mundial z poważnym postanowieniem – wyjść z grupy albo przynajmniej wygrać choć jedno spotkanie. Te plany szybko zweryfikował los, który przydzielił im Hiszpanię, Czechosłowację i, o zgrozo, Brazylię. Potomkowie Inków i Azteków przegrali pierwsze spotkanie z Brazylią 0:2, w drugim ulegli Hiszpanom 0:1, a w trzecim… Czechosłowacy zaskoczyli Carbajala już po 20 sekundach, kiedy to Masek wpakował piłkę do siatki. Potem jednak coś wstąpiło w piłkarzy „El Tri” i po golach Diaza, Del’Aguili i Hernandeza wygrali oni 3:1! Wagę tego zwycięstwa podnosi fakt, że Czechosłowacja została wicemistrzem świata, przegrywając w finale z… Brazylią. Po tym turnieju powoli następował zmierzch kariery Carbajala. Wciąż bezapelacyjnie królował on między słupkami Club Leon, ale w reprezentacji zdarzało się to bardzo rzadko. W 1966 roku Antonio zapowiadał zakończenie swojej niezwykle bogatej kariery, chyba już nawet nie liczył, że selekcjoner reprezentacji kraju powoła go na kolejny turniej. W końcu miał już 37 lat a w Meksyku grali znacznie młodsi i nie mniej utalentowani bramkarze niż on. Jednak w tym miejscu nasz bohater się pomylił. Trener Trellez Campos być może chciał oddać mu hołd, zabierając go na piąty mundial z kolei, choć tym razem tylko w formie rezerwowego. Los znów był wyjątkowo złośliwy, przydzielając Meksykanom Urugwajczyków, Francuzów i Anglików. W meczu z Francją następca Carbajala, Calderon, spisał się bardzo dobrze, przepuszczając jedno uderzenie Haussera, dzięki czemu mecz zakończył się remisem. W drugim spotkaniu poszło mu już nieco gorzej. Po trafieniach Charltona i Hunta Anglia pokonała Meksykanów 2:0, jednocześnie grzebiąc ich marzenia o wyjściu z grupy. To jednak było pretekstem, by w ostatnim spotkaniu z Urugwajem Trellez wystawił w bramce Carbajala! Antonio nie zmarnował szansy, zagrał bardzo dobrze i nie dał się pokonać urugwajskim snajperom. To była wspaniała okazja, żeby pożegnać się z boiskiem i 37-latek postanowił z niej skorzystać. Mecz z Urugwajem był ostatnim w jego profesjonalnej karierze piłkarskiej.
Przez te wszystkie lata nasz dzisiejszy bohater pozostawał piłkarzem Clubu Leon (po odejściu z Clubu Espana, który zrezygnował z udziału w rozgrywkach ligowych). W koszulce tego klubu rozegrał 364 spotkania, zdobywając wszelkie możliwe trofea. Przywiązanie do barw klubowych musi budzić szacunek. Może i Carbajal nie był piłkarzem wybitnym, ale jego charakter, determinacja i długowieczność sprawia, że uważa się go za wybitną postać. Teraz sami powiedzcie, czy historia futbolu musi być pisana wyłącznie przez wybitnych piłkarzy. Antonio Carbajal dokonał rzeczy niezwykłej, uczestniczył w pięciu kolejnych mundialach. Wiele lat później dorówna mu Lothar Matthaus, ale przecież dla Niemców udział na mistrzostwach świata jest czymś normalnym, natomiast dla Meksyku niekoniecznie, szczególnie w tamtych czasach. Fakt, że za czasów Carbajala „El tri” ani razu nie wyszli z grupy, wcale nie umniejsza jego zasług. Zupełnie jak w filmie „Jestem Legendą”– nie ważne, że ci się nie udało, próbowałeś, następcy skorzystają z Twoich doświadczeń i zrobią to dobrze.
Statystyki i osiągnięcia:
Club Leon
2x mistrzostwo Meksyku (1952, 1956)
1x Puchar Meksyku (1958)
1x Superpuchar Meksyku (1956)
9
Herosi Mundialu:
@Szalik
@Safrani
@Ogorinho1974
@MoralnyKarzel
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360
13
Zapomniane legendy brytyjskiego futbolu:
7 czerwca 1938 r. urodził się Ian St. John, napastnik, który w latach 60-tych decydował o obliczu ataku Liverpoolu. Jako dziecko oprócz piłki nożnej wykazywał też talent w boksie, ale obiekcje ze strony matki spowodowały, że skupił się na futbolu. Dorastał w szkockim Motherwell, gdzie już jako nastolatek poznał smak pracy w hucie. W tym czasie występował w różnych drużynach juniorskich i robotniczych aż w 1957 r. podpisał profesjonalny kontrakt z Motherwell F.C. Klub ten był bardzo bliski sercu młokosa, który od dziecka mu kibicował. W 1952 r. jako kibic wybrał się na Hampden Park, gdzie był świadkiem pierwszego triumfu Motherwell w Pucharze Szkocji. Jego ulubieńcy wygrali wówczas 4:0 z Dundee F.C. Młody zawodnik szybko dał się poznać jako bardzo skuteczny napastnik. Wielokrotnie przyprawiał swoją grą o ból głowy boiskowych rywali. Do historii przeszedł jego wyczyn z meczu Pucharu Ligi przeciwko Hibernian F.C. Ian zdobył wówczas hat-tricka, na którego skompletowanie potrzebował zaledwie dwóch i pół minuty. Do dzisiaj wynik ten jest jednym z najszybszych w szkockim futbolu. W tym samym roku zadebiutował w reprezentacji Szkocji. Łącznie w ciągu kilkunastu lat 21 razy przywdziewał narodowe barwy i zdobył dla kraju dziewięć goli. Pierwsze trafienie zaliczył w przegranej 2:3 towarzyskiej potyczce z Polską na Hampden Park w 1960 r. W rodzimej lidze występował do 1961 r. 2 maja za 37,5 tys. funtów przeszedł do Liverpoolu, co stanowiło wówczas klubowy rekord. Przez kilka lat występów dla Motherwell F.C. zdobył 105 goli w 144 meczach. Na dorobek ten składają się trafienia w lidze, Pucharze Szkocji i Pucharze Ligi. Do Anglii ściągnął go legendarny Bill Shankly. Jego Liverpool grał wówczas w Second Division, a sezon 1961/62 zakończył upragnionym awansem do ekstraklasy. Oprócz Rogera Hunta, który był najlepszym strzelcem zespołu, duży udział w sukcesie mieli Ian St. John i Ron Yeats. Obaj w tym samym czasie dołączyli do zespołu, a Shankly po latach przyznał, że ich przyjście było punktem zwrotnym w procesie przekształcania się Liverpoolu w drużynę klasy europejskiej.
Swój pierwszy mecz zaliczył w rozgrywkach Liverpool Senior Cup przeciwko odwiecznemu rywalowi Evertonowi. Mimo porażki 3:4 pokazał się z bardzo dobrej strony, zdobywając wszystkie trzy bramki dla swojej ekipy i zyskując uznanie w oczach kibiców. Swoje nieprzeciętne umiejętności potwierdził także na poziomie First Division. W pierwszym sezonie po powrocie do elity Liverpool uplasował się na ósmym miejscu, ale już rok później St. John z kolegami nie mieli sobie równych w lidze i zdobyli dla klubu pierwsze od kilkunastu lat mistrzostwo. W kolejnym sezonie musieli łączyć grę w lidze z europejskimi pucharami, co na koniec rozgrywek przełożyło się na siódme miejsce w tabeli. W Pucharze Europy dotarli jednak aż do półfinału, gdzie nieznacznie w dwumeczu przegrali z Interem Helenio Herrery. Bardzo dobrze zaprezentowali się w Pucharze Anglii. Zespół dotarł do wielkiego finału, w którym przeciwnikiem Liverpoolu było Leeds United. Kibice na bramki musieli czekać aż do dogrywki, a wynik otworzył w 93. minucie Roger Hunt. Rywale zdołali wyrównać i wydawało się, że starcie zakończy się remisem. Wtedy jednak dał o sobie znać geniusz St. Johna, który swoimi trafieniem głową na trzy minuty przed końcem dał swojemu klubowi wygraną. Dla The Reds był to pierwszy triumf w tych prestiżowych rozgrywkach. Dominację na krajowym podwórku Liverpool potwierdził zdobyciem w 1966 r. kolejnego mistrzostwa Anglii. W maju tego roku z kolei po raz pierwszy wystąpili w finale europejskiego pucharu. Wielki finał Pucharu Zdobywców Pucharów rozgrywano wówczas na Hampden Park, ale znajome otoczenie nie pomogło Ianowi i ostatecznie musiał uznać wyższość Borussii Dortmund, która wygrała po dogrywce. Połowa lat 60. była szczytowym okresem w jego karierze. Choć w Liverpoolu występował jeszcze przez kilka kolejnych lat, to z biegiem czasu był ustawiany coraz głębiej. Wraz z wiekiem zaczęły się też pojawiać problemy kondycyjne i wahania formy. W końcu stracił miejsce w pierwszym zespole i musiał zadowolić się grą w rezerwach. Z klubem rozstał się pod koniec sierpnia 1971 r. W oficjalnych spotkaniach reprezentował jego barwy 426 razy i zdobył w nich 118 goli.
W połowie 1971 r. zdążył jeszcze zaliczyć krótki epizod w południowoafrykańskim Hellenic F.C. Po powrocie do Anglii związał się z Coventry City, ale zabawił tam tylko jeden sezon. Ostatnim jego klubem w zawodniczej karierze było prowadzone przez Ron Yeatsa Tranmere Rovers, gdzie Ian St. John przeszedł na emeryturę w 1973 r.
Jako trener prowadził zespoły Motherwell oraz Portsmouth, ale bez większych sukcesów. Przez pewien czas pracował również jako asystent w Sheffield Wednesday i Coventry City. Po rozstaniu z Sheffield w 1979 r. postanowił sprawdzić się w roli telewizyjnego eksperta. Szło mu na tyle dobrze, że miał nawet swój własny program. Razem z innym byłym piłkarzem Jimmym Greavesem prowadził w latach 1985-1992 magazyn Saint and Greavsie, w którym poruszali bieżące piłkarskie wydarzenia i dyskutowali o ligowych meczach. W 2014 r. poinformowano, że St. John przeszedł operację usunięcia pęcherza i gruczołu krokowego, które były zaatakowane przez nowotwór. Zmarł w marcu 2021 r. po długiej walce z chorobą w wieku 82 lat.
@1LY0
@Adran360
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
1
@kocuur A tak, to prawda. Rzeczywiście brakowało go w tyłach. Co prawda był Veron i Simeone ale widać to nie uchroniło przed stratą goli i porażek...
10
@FCBparasiempre
Zdobywca Copa America-1993; 3-krotny Zdobywca Ligi Mistrzów-1998 i 2000(z Realem Madryt) oraz 2003(z AC Milan); 2-krotny Zdobywca Superpucharu Europy-1998(z Real Madryt) i 2003(z AC Milan); Zdobywca Pucharu Interkontynentalnego-1998(z Realem Madryt)
To są trofea Fernando Carlosa Redondo Neri, który przyszedł na świat 6 czerwca 1969 roku w Buenos Aires. Od dziecka miał tylko jeden cel: zostać profesjonalnym piłkarzem. Jego marzeniem była gra w słynnym Independiente. Tego marzenia, niestety, nigdy nie zrealizował. Trafił do szkółki „Teleres Remedios” a następnie Argentinos Juniors, tej samej, z której wywodzi się wielki Diego Maradona. W międzyczasie grywał w reprezentacji Argentyny U-17, z którą sięgnął po mistrzostwo kontynentu. Świetne warunki fizyczne (186 cm wzrostu) oraz wielka inteligencja na boisku sprawiły, że Redondo grywał głównie na środku pomocy, coraz częściej pełniąc funkcję pivota. W ojczyźnie piłkarz grał przez pięć lat, by 1990 roku, w wieku 21 lat, trafić do Hiszpanii. Stało się tak za sprawą Jorge Solariego, byłego świetnego piłkarza, a od niemal 40 lat trenera. Związki Redondo z rodziną Solari są bardzo mocne, z tej familii pochodzi także jego żona, nasz bohater jest szwagrem Santiago Solariego, innego znakomitego piłkarza argentyńskiego. Wspomniany Jorge, zostając trenerem Tenerife, postanowił ściągnąć do Europy świetnie zapowiadającego się młodzieńca. Fernando z miejsca stał się ważnym ogniwem drużyny, zaczęło się o nim robić głośno w całej Hiszpanii, był obserwowany przez wysłanników wielu czołowych klubów. Po odejściu Solariego trenerem drużyny z Estadio Heliodoro Rodriguez Lopez został inny Argentyńczyk – Jorge Valdano – niegdyś wybitny piłkarz Realu Madryt. Właśnie dwa sezony pod wodzą „Filozofa” były punktem zwrotnym kariery Redondo. Dwa razy z rzędu Teneryfa odbierała Realowi Madryt tytuł mistrza Hiszpanii, wygrywając odpowiednio 3:2 oraz 2:0. Nie od dziś wiadomo, że mieszkańcy wyspy nie są sympatykami „Królewskich”, znacznie większym szacunkiem darzą Dume Katalonii. Dzięki tym dwóm wygranym to właśnie „Duma Katalonii” pod wodzą legendarnego Johana Cruyffa mogła się cieszyć z tytułu mistrza Hiszpanii. Chociaż Fernando nie strzelił gola w żadnym z tych spotkań, to jest powszechnie uważany za głównego architekta tego sukcesu. To właśnie z nim na boisku Tenerife osiągnęła największy sukces w historii klubu, uzyskując prawo gry w Pucharze UEFA. W 1994 roku Valdano dostał propozycję powrotu do Madrytu, tym razem w roli trenera. Argentyńczyk się nie wahał. Wracał przecież do swojego piłkarskiego domu. Nie zapomniał jednak o swoim najlepszym piłkarzu, szybko załatwiając transfer naszego bohatera do stołecznego klubu. W klubie z Wysp Kanaryjskich Redondo rozegrał 103 mecze, strzelił osiem goli. W 1994 roku Real Madryt przechodził trudny okres, klub opuszczali wielcy piłkarze z „Quinta del Buitre”, dwa lata wcześniej odszedł jeden z największych goleadorów w historii – Hugo Sanchez. W dodatku w kraju niepodzielnie panował barceloński „Dream Team”. Z drugiej strony, w 1994 roku w białych barwach zadebiutował Raul Gonzalez a rok później Jose Maria Gutierrez „Guti”. Działacze „Królewskich” nie mieli złudzeń – potrzeba transferów. Wielkim sukcesem prestiżowym był transfer Michaela Laudrupa, wszakże to piłkarz Barcelony, który rok wcześniej miał udział w jednej z największych klęsk Realu w historii. Klasyczna manita w Gran Derbi spędzała sen z powiek kibicom Realu. Jednak sezon 1994/1995 miał być inny, i taki był. Valdano przerwał hiszpańską hegemonię Barcelony a w najważniejszym meczu sezonu po raz kolejny tablica wyników pokazała 5:0, tym razem dla „Los Blancos”. Wróćmy jednak do naszego bohatera. Gdzie jest w tym momencie Fernando? Na boisku oczywiście. Argentyńczyk ma pewne miejsce w składzie, jego inteligencja i kultura sprawiają, że szybko zdobywa sobie autorytet i przyjaźń w mocno przecież zhierarchizowanej szatni Realu. W kolejnych sezonach Redondo gra coraz lepiej, zna go cały świat. W sezonie 1996/1997 „Los Merengues” zdobywają kolejny tytuł mistrzowski, tym razem już pod wodzą Fabio Capello. Real przystąpił do rozgrywek Ligi Mistrzów wyjątkowo zmotywowany. Miał najlepszy skład od wielu lat. Jak się potem okazało, wielkie oczekiwania nie były przesadzone. Real dotarł do finału, gdzie niespodziewanie pokonał Juventus 1:0. Mecz był pojedynkiem dwóch największych środkowych pomocników tamtego okresu. Zinedine Zidane musiał ustąpić Fernando Redondo, który rozgrywał kolejny wielki mecz.
Warto teraz przeskoczyć o dwa lata do przodu, do wydarzenia, które zapewniło Redondo nieśmiertelną sławę. Ćwierćfinał Ligi Mistrzów, mecz z obrońcą trofeum, Manchesterem United, mającym najlepszy skład od kilkudziesięciu lat. Real wygrywa 3:2, wspaniały wynik, jednak nie o tym pisała prasa na całym świcie. Pisała o Argentyńczyku, który niemal w pojedynkę wygrał ten mecz. Redondo był wszędzie, odbierał piłkę, rozgrywał, podawał. Robił wszystko. Ukoronowaniem tego niezwykłego widowiska była akcja, po której padł gol na 3:2. Przenieśmy się do Manchesteru. Podanie na lewym skrzydle dostaje nasz bohater. Zrywa się do biegu, obok niego jest trzech rywali, mija ich jednym zagraniem, zagraniem, które przeszło do historii futbolu. Fernando na pełnym biegu posłał piłkę piętą pomiędzy nogami Henninga Berga, dopadł jej przy linii końcowej, stając twarzą w twarz z innym wybitnym graczem, Royem Keanem. Argentyńczyk pewnie posłał idealną piłkę do wbiegającego środkiem Raula, któremu nie pozostało nic innego, tylko wbić piłkę do pustej bramki. Najbardziej znamiennym faktem jest to, że Fernando skupił na sobie uwagę całej obrony United, Raul spokojnie wbiegł w pole karne, jego obecność została zauważona, gdy miał już piłkę przy nodze. O poziomie, jaki prezentował wówczas Redondo bardzo dobrze świadczą słowa Fergusona: ,,Co ten gracz ma w butach? Magnes?” Pamiętajmy, że sir Alex bardzo rzadko decyduje się na komplementy pod adresem piłkarzy innych zespołów. Real wygrał wówczas Ligę Mistrzów, w pierwszym finale w historii dwóch klubów z tego samego państwa, pokonując Valencią w stosunku 3:0. Kolejne bardzo ważne wydarzenie miało miejsce w czasie dekoracji zwycięzców. Jak wiadomo, puchar w górę wznosi zawsze kapitan, a kapitanem był Redondo. Argentyńczyk zrzekł się tego przywileju na rzecz Manuela Sanchisa, żywej legendy klubu, grającej w nim od niemal 20 lat. Hiszpan wznosił w górę puchar ze łzami w oczach. Iluż współczesnych piłkarzy stać by było na taki gest? Przecież możliwość wzniesienia pucharu Ligi Mistrzów to zaszczyt, którego dostępuje tylko garstka wybrańców. Kibice Realu kochali Fernando a Fernando kochał ich, ale… Ale kilka miesięcy później Argentyńczyka nie było już w klubie. Cios w samo serce „Ultras Sur” zadał Florentino Perez, pozbywając się piłkarza, który otwarcie popierał jego rywala w walce o fotel prezydenta klubu, Lorenzo Sanza. Tego transferu kibice nigdy nie wybaczyli, Fernando był i nadal jest wielkim madridistą a wielkich madridistas się tak nie traktuje. Redondo przeszedł do Milanu, gdzie grał przez dwa sezony, chociaż słowo „grał” jest użyte nieco nad wyrost. Argentyńczyk wybiegł na boisko tylko 16 razy. Przez cały okres gry we Włoszech walczył z kontuzjami. Jednym z pierwszych spotkań, w którym zagrał, było wyjazdowe starcie z Realem w ramach Ligi Mistrzów. Fernando został przywitany długimi owacjami na stojąco. W Milanie Redondo po raz kolejny pokazał klasę. Nie zgodził się przyjmować wynagrodzenia. Argumentował to faktem, że jeśli nie gra, to nie ma prawa do pobierania z tego tytułu pieniędzy. Usilnie starał się też zrzec przekazanego mu przez klub mieszkania i samochodu, tu jednak nic nie wskórał. W roku 2004 Fernando Redondo zakończył karierę piłkarską. Miał wtedy 34 lata, gdyby nie niemal permanentna kontuzja kolana, mógłby grać jeszcze przez dwa – trzy sezony. O ile kariera klubowa Fernando było względnie udana, to reprezentacyjna nie była już taka dobra. Jak na piłkarza tego formatu, rozegrał mało spotkań w drużynie „Albicelestes”, gdyż tylko 29. Strzelił tylko jedną bramkę. Większość z tych występów przypadała na lata 1992-1994, gdy trenerem Argentyńczyków był Alfio „Coco” Basile, trener – legenda rodzimego futbolu. Wcześniej Fernando nie dostawał zbyt wielu szans na grę, będąc skłóconym z trenerem Carlosem Bilardo.
Nasz bohater odmówił wyjazdu na mistrzostwa świata w 1990 roku, argumentując to chęcią dokończenia studiów prawniczych. Inna wersja wydarzeń mówi o braku akceptacji bardzo defensywnego stylu gry reprezentacji. Na mundialu w 1994 roku Redondo był już najważniejszym ogniwem drużyny, jednak kontrowersje związane z pozytywnym wynikiem testu dopingowego Diego Maradony sprawiły, że cały zespół stracił chęć i motywację do gry, odpadając z turnieju po spotkaniu z Rumunami. Jak się okazało, był to ostatni czempionat globu, na którym mieliśmy przyjemność oglądać Redondo. Do Francji nie pojechał, gdyż – jak donoszą media – nie zgodził się na ścięcie swoich długich włosów. Jednak zdrowy rozsądek każe wierzyć trenerowi Passarelli, który przyznał, że odmowa Redondo wiązała się z faktem, że pomocnik nie chciał grać na boku boiska, widząc się tylko w jego centralnej części. Już po zakończeniu kariery Fernando wielokrotnie grywał w meczach charytatywnych i spotkaniach pożegnalnych swoich kolegów z boiska. Regularnie wybierany był do reprezentacji gwiazd światowego futbolu. Grywał z takimi zawodnikami, jak Ruud Gullit, Frank Rijkaard czy Franco Baresi. Mimo uzasadnionej niechęci do Pereza, Redondo zawsze deklarował się jako zagorzały madridista. Niedawno pojawiły się nawet informacje o możliwości objęcia przez niego funkcji dyrektora sportowego, jednak sam zainteresowany zdementował te plotki. Zapewne każdy zna kibicowski zwyczaj obwoływania futbolowych talentów mianem nowego Maradony/Pelego/Beckenbauera etc. Tak samo sprawy mają się z argentyńskimi defensywnymi pomocnikami. Każdy chce być, a jeśli jest wystarczająco dobry, to jest nowym Redondo. W ostatnim czasie najczęściej porównywanym piłkarzem jest Fernando Gago. Presję powiększa fakt, że Gago również grał w Realu Madryt. Obecnie staje się już jednak jasne, że drugiego Redondo z niego nie będzie. Na koniec przychodzi czas na charakterystykę gry naszego bohatera. Zacznijmy od jakże wymownej opinii byłego trenera Realu, Fabio Capello. „Piłkarz taktycznie idealny” to dobry opis umiejętności Fernando. Od Argentyńczyka rozpoczynała się znakomita większość akcji „Królewskich”. Znakomita większość akcji rywali się na nim kończyła. Królestwem Redondo był środek pola, nie widział się i nie miał zamiaru grać w innych rejonach boiska. Miał on niesamowitą, bardzo rzadką umiejętność kontroli tempa i sposobu przeprowadzania akcji. Umiejętność, którą w dzisiejszym futbolu ma chyba tylko Xavi Hernandez a i tak potrzebuje do tego lepszego dnia. Fernando widział wszystko, piłkę rozprowadzał raczej krótkimi podaniami, często niespodziewanymi i wydawałoby się, że niewykonywalnymi. Dysponował świetną, nienaganną techniką, która przywodzi na myśl wyczyny „Boskiego Zizou”, zero niepotrzebnych ruchów, wszystko obliczone na skuteczność. Jak niemal wszyscy wielcy piłkarze „Los Blancos”, Fernando grał bardzo czysto, był boiskowym dżentelmenem, cieszył się szacunkiem piłkarzy i kibiców Realu, a trzeba pamiętać, że nie każdy w tamtym czasie potrafił wpasować się do składu „Los Merengues”. Na koniec warto zadać sobie pytanie, jak wyglądałaby gra Realu, gdyby sprowadzony w 2001 roku Zidane miał za plecami Redondo? Dwaj królowie środka pola w jednej ekipie…
8
Wybitne legendy argentyńskiego futbolu:
@Vivienne
@Sysia11
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@Adran360
14
Wybitne legendy polskiego futbolu:
6 czerwca 1954 r. urodził się Władysław Antoni Żmuda, środkowy obrońca. Kiedy okazało się że w jednym pokoju na mundialu w 1974 r. Kazimierz Górski umieścił Deyne oraz Żmude, pokpiwano w Polsce na temat dialogu, jaki miał się rozegrać między tą dwójką. ,,Cześć”- powiedział jeden. ,,Cześć”- odpowiedział drugi na koniec zgrupowania. Nie wynikało to z braku sympatii. Żmuda pod względem milczkowatości przebijał natomiast wycofanego Deyne. Kiedy jednak wchodził na boisko, odwagi mu nie brakowało. Najlepszym dowodem jego wielkich umiejętności jest fakt że tylko on spośród polskich piłkarzy ma w dorobku udział w 4 mundialach! Grał na MŚ w 1974,1978, 1982 i 1986. Łącznie rozegrał w turniejach tej rangi 21 meczów, co jest najlepszym wynikiem w historii reprezentacji Polski. Na całym świecie Żmuda zajmuje obecnie 4 miejsce za Matthausem, Maldinim i Seelerem. Do 1998 był nawet wiceliderem tej klasyfikacji ex aequo z samym Maradoną. Wraz ze Zdzisławem Kapką byli jedynymi członkami drużyny młodzieżowej(brązowy medal ME U-18 w 1972), których na mundial 2 lata później powołał Górski. Wydawało się jednak że Żmuda jedzie tam tylko po nauke. Przecież na nieprawdopodobieństwo zakrawał fakt, iż miał by on zastąpić jednego z bohaterów eliminacyjnych zmagań, w tym starcia z Anglią na Wembley- Mirosława Bulzackiego. Już samo jego pojawienie się w ostatecznym składzie uważano za niespodziankę. Selekcjonerowi jednak spodobało się zgranie Żmudy z obrońcą Górnika Zabrze- Hentykiem Wieczorkiem. Obchodzący 20 urodziny na tydzień przed startem mundialu, był czwartym najmłodszym zawodnikiem powołanym na te MŚ. Od pierwszego gwizdka jednak nawet na chwile nie zszedł z murawy i z równym spokojem radził sobie z egzotycznymi Haitańczykami, co z gwiazdami Argentyny, Włoch, Szwecji, Jugosławii, Niemiec czy Brazylii.
Razem z Gorgoniem stworzył jeden z najlepszych duetów obronnych na tym mundialu. Dzięki temu Żmuda zdobył nagrodę dla najlepszego młodego piłkarza mistrzostw. Znalazł się też w jedenastce młodzieżowców agencji AP. Młody zawodnik imponował przede wszystkim umiejętnością w grze obronnej jeden na jednego. Bardzo dobrze przeciwstawiał się świetnym technicznie rywalom. Jak twierdzi Stefan Szczepłek, wynikało to z jego… bardzo dużej wady wzroku! Podobno Żmuda nie widział wszystkich trików rywali a swoje spojrzenie koncentrował na piłce, co pomagało mu notować wiele odbiorów w takich pojedynkach z największymi gwiazdami światowej piłki. Razem z reprezentacją Polski zdobył na tym turnieju srebro za 3 miejsce. Sukces ten powtórzył także z kadrą pod wodzą Antoniego Piechniczka w 1982 r. Wtedy jednak wystąpił też w roli… dekorującego. Prezydent FIFA Joao Havelange z powodu urazu stóp poprosił o pomoc w rozdaniu medali prezesa PZPN, Włodzimierza Reczka. Ten wręczył zaś tacke z medalami kapitanowi kadry, którym był wtedy właśnie Żmuda. Obrońca przeszedł się z paterą wzdłuż szpaleru kolegów. Agencja Reutera umiejscowiła go w najlepszej ,,11” turnieju. Tak jak w Niemczech stoper w Hiszpanii grał we wszystkich meczach biało-czerwonych od pierwszej do ostatniej minuty. W ogóle 20 kolejnych meczów reprezentacji Polski na mundialach zaliczył w pełnym wymiarze. Korzystał z niego non-stop również Jacek Gmoch w 1978 r. Kariere mundialową zakończył honorowy występ w końcówce spotkania z Brazylią w 1986 r. Zarazem był to jego 21 mecz na turnieju tej rangi, co w tym czasie stanowiło rekord. Weteran bojów mundialowych budził wówczas wielką ciekawość. Telewizja meksykańska przyjechała nawet złożyć mu gratulacje za udział w czwartych MŚ. „Nie przyjechałem po to, aby bić rekordy. Dla mnie rekordem, który sprawił mi wiele satysfakcji, będzie bardzo dobra gra polskich piłkarzy”- opowiadał Żmuda. Takie wprowadzenie zasłużonego zawodnika do gry przy stanie 0:4 z „Canarinhos” jednak nie wszystkim w kraju się spodobało. ,,Dla mnie osobiście było to żenujące i będąc na miejscu Żmudy, nie skorzystałbym z tej oferty. Tak zasłużony piłkarz nie powinien mieć takiego upokarzającego końca swej reprezentacyjnej kariery”- pisał w felietonie dla ,,Dziennika Łódzkiego” o tej sytuacji Jan Tomaszewski.
Znakomitą karte Żmuda zapisał także w samej Ekstraklasie. Zadebiutował w niej tuż po 18 urodzinach w barwach Gwardii Warszawa, gdzie trafił z Motoru Lublin po medalowych ME juniorów. Razem z nią awansował do finału Pucharu Polski. Tam(już bez jego udziału) Gwardziści przegrali 0:2 z Ruchem Chorzów. Większe sukcesy przyniosły mu czasy gry w Śląsku Wrocław oraz Widzewie Łódź. Z zespołem z Dolnego Śląska zdobył po jednym srebrnym i jednym brązowym medalu a także zapisał na swoim koncie triumf w Pucharze Polski. W czasie gry w tej drużynie zetknął się z innym Władysławem Żmudą- trenerem. Dlatego bardzo często oznaczano go w prasie jako ,,Żmude II”. Potem natrafili na siebie w Widzewie. Z Widzem Łódź zwyciężał w lidze dwukrotnie: w 1981 i 1982 roku. Do tego doszło jedno wicemistrzostwo kraju. Szczególnie znakomicie wypadł w pierwszej z tych edycji. Żmuda wygrał wtedy punktacje ,,Sportu”- ,,Złote Buty”. W tym sezonie też strzelił swojego jedynego gola w historii występów w Ekstraklasie. Duże sukcesy przyniosła mu gra w europejskich pucharach. Razem ze Śląskiem Wrocław awansował do ćwierćfinału Pucharu Zdobywców Pucharów w sezonie 1976/77. Z Widzewem Łódź awansował natomiast do 1/8 finału Puchar UEFA. W tej kampanii właśnie zespół z Łodzi wyeliminował Manchester United a także po wspaniałym boju, Juventus Turyn! Po mundialu w 1982 r. wyjechał do Włoch, gdzie za 320 tysięcy dolarów ściągnął go Hellas Verona. Potem bronił barw US Cremonese i Cosmos Nowy York. W reprezentacji Polski rozegrał w sumie 91 spotkań co obecnie daje mu 9 miejsce w klasyfikacji wszechczasów. Strzelił w tych starciach 2 gole. Poza dwoma medalami z MŚ, wywalczył także wicemistrzostwo olimpijskie. Jest członkiem Klubu Wybitnego Reprezentanta. Rozegrał 79 spotkań w kadrze jako zawodnik klubów Ekstraklasy. Stawia go to na 3 miejscu pod tym względem. Był również pierwszym piłkarzem w historii, który na 3 mundialach reprezentował 3 kluby Ekstraklasy. Nikt też nie zaliczył tylu spotkań na imprezie tej rangi spośród przedstawicieli Ekstraklasy. Po zakończeniu kariery pracował jako trener. Był asystentem Jerzego Engela w reprezentacji, która awansowała na MŚ w 2002 r. oraz Pawła Janasa w kadrze olimpijskiej. Wielokrotnie prowadził też różne drużyny młodzieżowe. Do 2012 r. pełnił funkcje Przewodniczącego Klubu Wybitnego Reprezentanta.
@Adran360
@Bernard777
@FcPortoFan1999
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
0
@Lionel_Messi10 Ale na oficjalnej stronie Eleven nie widnieje ten mecz! O tej porze widnieje mecz Udinese z Milanem...
Więc o co tu chodzi?
6
@FCBparasiempre
Jacek Gmoch, który był już wtedy od ponad roku asystentem Górskiego i szefem banku informacji jeszcze przed meczem mówił że rozmawiał kilkakrotnie z Alfem Ramseyem(a mógł to robić bo jako jedyny w kadrze i sztabie szkoleniowym znał angielski), wie jakie trener Anglii ma problemy i cokolwiek by sir Alf wymyślił, 4-4-2 czy 4-3-3, to niczym nas nie zaskoczy. Ostatecznie Anglicy wybiegli w ustawieniu 4-4-2. Gmoch miał natomiast niespodziankę dla Ramsaya. Wspólnie z Kazimierzem Górskim zdecydowali się na tak zwany ekran defensywny, znany na wyspach jako „defensive screen". Sprowadzało się to do powierzenia Jerzemu Krasce roli pomocnika pilnującego przede wszystkim mistrza świata Martina Petersa ale biegającego przed środkowymi obrońcami, z zadaniem przeszkadzania w rozgrywaniu lub przechwytującego piłkę. Coś w rodzaju „wymiatacza linii środkowej". Na ile to możliwe miał też inicjować akcję z lewej strony. Kraska wywiązał się z tej roli wzorowo, podobnie jak w finale olimpijskim w Monachium, kiedy musiał pilnować jednego z najlepszych Węgrów Lajosa Szucsa a mimo to brał udział w akcjach ofensywnych. Po meczach ligowych 27 maja kadra zebrała się na zgrupowanie w Kamieniu koło Rybnika, w ośrodku, z którego w latach 70-tych korzystała stosunkowo często. Treningi odbywały się rano i po południu. Powstał jednak poważny problem. Włodzimierz Lubański przyjechał na zgrupowanie z kontuzją, której nabawił się na treningu Górnika. Zderzył się z Jerzym Gorgoniem, który przypadkowo trafił go butem w ranę nad kolanem odniesioną w towarzyskim meczu z MSV Duisburg. Rana jeszcze się nie zabliźniła, skóre trzeba było ponownie zszyć i Lubański przez kilka dni nie trenował a on był Lewandowskim tamtych czasów. Oczywiście informacje o kontuzji dotarły do Anglików. Lekarze zdjęli więc piłkarzowi opatrunek a ranę przykryli pudrem żeby jakiś przeciwnik „przypadkiem" go w to miejsce nie trafił uzbrojonym w metalowe kołki butem. Zresztą Lubański grał na własną odpowiedzialność. Polacy wychodzili na mecz przygotowani pod każdym względem. Wiedzieli wszystko o przeciwnikach a najważniejsze że wiedzieli co zrobić aby wytrącić im wszystkie atuty. Bodaj pierwszy raz reprezentacja w meczu o tak wysoką stawke mając przed sobą tak mocnego przeciwnika nie myślała że „jakoś to będzie", nie liczyła na „ułańskie szarże". Wychodziła ze świadomością że może wygrać, ponieważ pod względem organizacji, przygotowania fizycznego i taktyki zrobiono wszystko co trzeba. Kazimierz Górski nie pierwszy raz w ważnym meczu nie bał się postawić na debiutanta. Tym razem był to Krzysztof Rześny, prawy obrońca stali Mielec. Kilkudziesięcio metrowy tunel, który prowadził z szatni na boisko był dość wąski. Tutaj często dochodziło do pierwszej próby sił, kiedy to zawodnicy idąc w ciszy, w której słychać było tylko stuk od metalowych kołków o betonową podłogę, niby przypadkiem dotykali się ramionami prężąc bicepsy. Anglicy byli pewni siebie. Ubrali się w niebieskie spodenki i żółte koszulki, co zdarzyło im się tylko dwukrotnie w historii reprezentacji. Ten żółty kolor, charakterystyczny dla Brazylii miał im dodać wiary w zwycięstwo. Tak to tłumaczył kapitan Bobby Moore. Im bliżej wyjścia z tunelu, tym Anglicy byli głośniejsi, dodawali sobie animuszu bojowymi okrzykami i uderzeniem rękami w plastikową obudowę u wylotu tunelu. Żuli gumę, „Patrzyli na nas jak na kmiotków"- wspomina Kraska. Polacy byli cisi, skoncentrowani, jednak nieco onieśmieleni. W końcu mieli się zmierzyć z legendami, mistrzami świata: Bobby Moorem, Alanem Ballem, Martinem Petersem. Nie byli jednak przerażeni. Pewność siebie Anglików zgasła w miarę zbliżenia się do boiska. Kiedy już na nie wyszli zobaczyli szarą masę 100 000 ludzi, schowanych częściowo wśród Śląskich dymów, skandujących jakieś hasła w nieznanym Anglikom języku, usłyszeli jak śpiewa się polski hymn i miny im zrzedły. Nic dziwnego że angielscy dziennikarze nazwali to miejsce „Kotłem czarownic". Być może wpłynęło to w jakimś stopniu na początek gry.
W siódmej minucie Polacy wywalczyli rzut wolny po lewej stronie na wysokości pola karnego. Robert Gadocha kopnął pod bramkę i po chwili piłka znalazła się w siatce. Ten nieprecyzyjny opis oddaje to, co się wydarzyło. Do dziś nie wiadomo, kogo uznać za zdobywcę gola. Raczej nie Gadochę bo on dośrodkowywał. Najpewniej Jana Banasia, który dotykał piłkę z zamiarem skierowania jej do bramki. Walczący Bobby Moore sugerował że być może piłka odbiła się od niego i nieszczęśliwie wpadła do bramki ale nie był tego pewien. Jakkolwiek było od 7 minuty Polska prowadziła z Anglią 1:0 i mogła grać spokojnie. Przyjęła wariant defensywny żeby zabezpieczyć swoją bramkę. Nawet Kazimierz Deyna cofał się pod nasze pole karne. Ramsey miał później o to pretensje ale jego słowa wynikały z braku argumentów. Polacy grali po prostu mądrze i ostrożnie. W naszym ataku przez 90 minut biegało aż trzech napastników. Nie zamierzaliśmy poprzestać na jednym golu. Sytuacja na podwyższenie wyniku nadarzyła się na początku drugiej połowy. Stało się dokładnie to, co przewidywał Jacek Gmoch, analizując grę Bobiego Moora. Włodek Lubański tak wspominał tamtą sytuację: „Paradoksalnie przerwa w treningach na kilka dni przed meczem dobrze mi zrobiła. Czułem się bardzo dobrze fizycznie i psychicznie. Jacek Gmoch mówił mi jak zachowuje się Bobby Moore, kiedy przyjmuje piłkę. Kiedy ostatni obrońca przekładał sobie piłkę z nogi na nogę i na sekundę stracił nad nią kontrolę, zabrałem mu piłkę i pobiegłem na bramkę ale to się tak mówi. Uciekłem Mooreowi na drugim kroku, ledwo utrzymałem się na nogach, dotknąłem kolanem ziemi. Do bramki miałem około 40 m. Moore już nie mógł mnie dogonić ale z boku biegł drugi obrońca, chyba McFarland. Gdybym nawet chciał podawać biegnącemu z lewej strony Robertowi Gadosze, nie mógłbym tego zrobić bo McFarland przejąłby piłkę. Musiałem strzelać ale między wychodzącym bramkarzem Shiltonem a słupkiem bramki była przestrzeń niewiele szersza od piłki. Musiałem tam trafić z odległości kilkunastu metrów i trafiłem". Nic dwa razy się nie zdarza? 43 lata później, w październiku 2016 roku, w meczu z Danią na Stadionie Narodowym Robert Lewandowski strzelił niemalże identyczną bramkę jak Lubański w Chorzowie. Przebiegł nawet więcej metrów. Otrzymał kopniętą sprzed pola karnego piłkę jeszcze na naszej połowie. Mimo obecności dwóch obrońców udało mu się ją opanować a potem wyprzedził ich, biegł niemalże z nimi na plecach i trafił w wewnętrzną stronę słupka bramki Caspera Schmeichela. To było absolutne mistrzostwo, równe wyczynowi Lubańskiego. Kiedy nałoży się te akcje i bramki na siebie wyglądają jak akcja Leo Messiego w meczu z Getaffe będąca kopią rajdu Diego Maradony w mundialowym spotkaniu z Anglią na Estadio Azteca. Tamten mecz w Chorzowie Polacy wygrali 2:0. Żeby awansować musieli pokonać w rewanżu Walie a potem na Wembley co najmniej zremisować z Anglią i to wszystko zrobili. Cztery potyczki z Anglią i Walią nauczyły ich więcej niż cały turniej olimpijski, co miało znaczenie w następnym roku podczas Mistrzostw Świata. Anglii nie potrafiliśmy jednak pokonać już nigdy, mimo że od roku 1973 spotykaliśmy się z nią 15 razy kompleks był tak wielki że strzelcy goli dla Polski na Wembley stawali się bohaterami. Było ich zaledwie trzech Jan Domarski(co akurat można zrozumieć bo zdobył bodaj najważniejszego gola w historii Polski), Marek Citko i Jerzy Brzęczek. Gol Citki w przegranym meczu miał znaczny wpływ na przyznanie piłkarzowi w plebiscycie TVP tytuł „Sportowca Roku 1996". Piłkarz wyprzedził Mistrzów olimpijskich z Atlanty. Gol Tomasza Frankowskiego na Old Trafford w 1995 roku nie przekonał natomiast Pawła Janasa do powołania tego napastnika do kadry na Mistrzostwa Świata w Niemczech.
Mecz w Chorzowie był wyjątkowy nie tylko dla reprezentacji ale okazał się szczególny dla kilku graczy. Debiutant Krzysztof Rześny, świetny prawy obrońca, dwukrotny mistrz Polski w barwach Stali Mielec jeszcze tylko pięć razy wystąpił w reprezentacji. Starszy o 5 lat od Antoniego Szymanowskiego, nie mógł wygrać z nim rywalizacji. Po zakończeniu kariery w Polsce Rześny wyjechał do Ameryki. Jerzy Kraska nie wiedział że przeciw Anglii wystąpił ostatni raz w reprezentacji. Miał 22 lata, już był mistrzem olimpijskim i najlepszym w kraju specjalistą od czarnej roboty na boisku. Po meczu wyszedł z torbą sportową przed stadion i zastanawiał się w jaki sposób dotrzeć do domu w Warszawie. Nikt się wtedy o reprezentantów nie martwił. Sami przyjeżdżali, sami odjeżdżali, nie wszyscy mieli samochody. Kraska zobaczył autokar z płocką rejestracją, więc pomyślał że zabierze się nim bo w Płocku mieszkali rodzice ale kiedy spojrzał na niezbyt przytomnych z radości kibiców- zrezygnował. Wsiadł w tramwaj, którym dojechał do dworca w Katowicach. Nocny pociąg do Warszawy wypełniali po brzegi inni kibice. Kraska stał więc w korytarzu obok toalety i słuchał wrażeń kibiców. Mówili i o nim ale nikt go nie rozpoznał. Po sześciu godzinach takiej podróży był już w domu. Niecały miesiąc później zagrał w mało znaczącym meczu Warszawa - Poznań. Na twardym boisku stadionu Warty skręcił nogę w kolanie. Postawiono błędną diagnozę, więc leczenie okazało się niewłaściwe. Kurował się wiele miesięcy. Kazimierz Górski chciał go zabrać na Mistrzostwa Świata. Wiosną 1974 roku Kraska znalazł się w reprezentacji, która na stadionie Marymontu rozgrywała kontrolny mecz z Fortuną Duesseldorf. Obok niego w pomocy wystąpili Henryk Kasperczak i Kazimierz Deyna. To była próba przed mundialem. Noga nie wytrzymała, musiał zejść już w ósmej minucie. Wypadł z kadry, więc wszyscy o nim zapomnieli. Grał jeszcze przez kilka lat w lidze, lecz do reprezentacji nie wrócił. Jako trener drugiej drużyny Legii sprowadził na Łazienkowską z Delty Warszawa młodego Roberta Lewandowskiego ale Kraskę z klubu zwolniono a ci, którzy przyszli po nim zwolnili Lewandowskiego. Jan Banaś poleciał jeszcze z kadrą na wakacyjne tournee po Ameryce Północnej i tam zakończył reprezentacyjną karierę. Jest najbardziej poszkodowanym polskim piłkarzem w historii. Swoją grą i golami przyczynił się do awansu Polski na Igrzyska Olimpijskie i na mundial ale w finałach obydwu tych turniejów nie zagrał. W młodości uciekł z kraju mamiony obietnicami mieszkającego w RFN ojca, który nie widział go od 20 lat.Ostatecznie zaopiekowali się nim obcy ludzie. Banaś trenował w 1. FC Koeln ale mecze w Bundeslidze tylko oglądał z trybun bo ciążyła na nim kara dyskwalifikacji. Wrócił więc do Polski, został jednym z najlepszych skrzydłowych, z „błogosławieństwem" Generała Jerzego Ziętka grał w Polonii Bytom a potem Górniku Zabrze. Z tymi klubami i reprezentacją mógł wyjeżdżać wszędzie, z wyjątkiem zachodnich Niemiec a Igrzyska Olimpijskie i Mistrzostwa Świata odbywały się właśnie w tym kraju. Banasiowi przeszły więc koło nosa zaszczyty sportowe, premie finansowe i renta Olimpijska, jaką otrzymali jego koledzy, Mistrzowie z Monachium. Stał się ofiarą polityki. Jego miejsce na prawym skrzydle zajął Grzegorz Lato i tak się zaczęła kariera króla strzelców mundialu w RFN. Z kolei Włodzimierz Lubański nie dotrwał do końca meczu w Chorzowie. 7 minut po akcji zakończonej bramką doznał poważnej kontuzji. Oskarżony o brutalne wejście Roy McFarland w ogóle Polaka nie faulował. Nie wytrzymała wcale nie ta pudrowana noga, tylko druga. Na bieżnię wjechała karetka, dodając meczowi dodatkowych emocji i legendarnych wątków. Lubańskiego zabrano do szpitala ale tam wszyscy zajęci byli oglądaniem meczu w telewizji, więc po doraźnej pomocy wrócił na stadion ale nie na boisko. Powołano specjalne konsylium złożone z profesorów, autorytetów medycyny. Cora noga Lubańskiego stała się sprawą narodową. Leczono go w Polsce i w klinice w Wiedniu, na co wydano specjalną zgodę na poziomie Ministerstwa Górnictwa i Energetyki. Efekty były jednak mizerne bo wcześniej popełniono zbyt dużo błędów. Ostatecznie Lubański nie pojechał na mistrzostwa świata, co z kolei otworzyło drzwi do kadry dla Andrzeja Szarmacha. Może nawet z większym pożytkiem dla reprezentacji? Z takich pytań składa się futbol. Włodek wrócił do reprezentacji po trzech latach i pojechał jeszcze na mundial w Argentynie ale był już innym piłkarzem. Kiedy w roku 1975 wydawano mu zgodę na grę w KSC Lokeren, w uzasadnieniu dla centralnego Ośrodka Sportu władze Górnika napisały: „Ze względu na nieodwracalne schorzenie kolana". To była połowa sukcesu. Kiedy już znalazł się w Belgii, spotkał się z ambasadorem Polski w Brukseli, od którego w Warszawie oczekiwano raportu na temat samego Lokeren, mieszkających tam od wojny Polaków i relacji Lubańskiego z nimi, czyli politycznej aktywności piłkarza. Tym ambasadorem był Stanisław Kociołek, sekretarz partii w Gdańsku w czasie tragicznych wydarzeń w grudniu 1970 roku. Lubański grał wyczynowo do 38 roku życia. „W swoim ostatnim klubie Quimper we Francji, kiedy przechodziłem badania lekarz nie mógł uwierzyć że to moje kolana. Wyszedł z kliszą przed gabinet i spytał: gdzie jest staruszek od tych kolan?. Kiedy wstałem, stwierdził: C'est pas possible. Jeśli ty z takimi kolanami grałeś w piłkę i się nie rozpadły to graj dalej"- opowiadał Włodzimierz Lubański.
Minister spraw zagranicznych Stefan Olszowski w roku 1973 ponownie przyznał reprezentacji nagrode za „rozsławienie imienia Polski Ludowej". Pisanie że piłkarzom na tym zależało byłoby nadużyciem. Od zwycięstwa w Monachium to raczej politykom z każdym kolejnym zwycięstwem reprezentacji zależało na tym żeby ogrzewać się w ogniu jej sławy i popularności.
8
@FCBparasiempre
To było jedyne w historii zwycięstwa nad Anglię. Ważne nie tylko ze względu na pierwsze punkty zdobyte w tamtych eliminacjach do mistrzostw świata. Przede wszystkim dawał sygnał w Europie że reprezentacja Polski, której złoty medal olimpijski w świecie zawodowego futbolu nie miał wysokiej rangi, potrafi wygrać z gigantem. Dla nas oznaczało to pokonanie jeszcze jednej bariery niemożności a wszystko to wpisywało się w jedno z haseł epoki Edwarda Gierka: „Polak potrafi". Piłkarzom było wszystko jedno co mówi pierwszy sekretarz PZPR, oni robili swoje. Środowisko piłkarskie było takie samo jak każde inne: jednym się rządy Gierka podobały, większości nie. Akurat sportowcy nie mogli narzekać bo widzieli korzyści płynące z polityki partii, które stawiała na sport ale nawet jeśli miało się jakieś zastrzeżenie to lepiej było trzymać język za zębami. Przekonali się o tym Krystian Koźniewski, utalentowany napastnik Odry Opole w czasach trenera Antoniego Piechniczka oraz reprezentacji Polski juniorów. Podczas pobytu w sanatorium w Korfantowie skomentował głośno pokazywane w stołówkowym telewizorze przemówienie Edwarda Gierka. Użył argumentów i języka typowych dla milionów Polaków. Znalazł się jednak jakiś donosiciel sygnalista, w wyniku czego Odra nałożyła na Koźniewskiego karę dożywotniej dyskwalifikacji. Tylko za to że wyraził publicznie swoje poglądy polityczne. Później zamieniono tę karę na 5 lat ale utrudniano piłkarzowi leczenie kontuzji. W rezultacie w wieku 24 lat zakończył karierę sportową i został taksówkarzem a wkrótce wyjechał do RFN a miał realne szanse gry nawet w Reprezentacji Polski. To wprawdzie wydarzyło się w roku 1978 ale Gierek choć osłabiony protestami robotniczymi między innymi w Ursusie i Radomiu jeszcze rządził. Kiedy pięć lat wcześniej mieliśmy grać z Anglią, nikt nie mówił o polityce. Może z wyjątkiem okoliczności towarzyszących meczą na Stadionie Śląskim. O miejscu rozgrywania meczu międzypaństwowego decydował PZPN ale wpływ na to miały władze polityczne. W Polsce były dwa porównywalne stadiony: 100-tysięczny Stadion Śląski w Chorzowie i nieco mniejszy ale też gigantyczny Stadion Dziesięciolecia w Warszawie. Ten stołeczny kojarzył się głównie z kolarskim Wyścigiem Pokoju, centralnymi dożynkami i zawodami lekkoatletycznymi a dopiero w trzeciej kolejności z piłką nożną. Gwardia rozgrywała tu mecze ligowe bo do początku lat 60-tych nie miała swojego stadionu. Legia grywała tam dosłownie za karę. Pozostawały jeden czy dwa mecze międzypaństwowe w roku. Stadion Śląski kojarzył się przede wszystkim z futbolem zanim był żużel a dopiero dalej lekka atletyka czy kolarstwo. Magię tej areny stworzyli przede wszystkim piłkarze Górnika Zabrze, rozgrywając tu najważniejsze mecze pucharowe: z Duklą Praga, Dynamem Kijów, Manchesterem United czy AS Romą. Zaczęło się jednak od spotkania ze Związkiem Radzieckim, po którym przyszły mecze z Hiszpanią i Santosem FC. Za każdym razem trybuny gromadziły po 100 000 ludzi. Na obydwu stadionach kibice mieli kłopot z rozróżnieniem zawodników bo z rozłożystych trybun znajdujących się daleko od boiska było słabo widać. Stadion Dziesięciolecia stał na straconej pozycji. Z boiska do szatni szło się tu dobre 5 minut i tyle samo z powrotem, więc odpoczynek w przerwie był utrudniony. Kiedy w roku 1969 ułożono pierwszą w kraju tartanową bieżnię na stadionie Skry, lekka atletyka przeniosła się z Dziesięciolecia właśnie tam. Wiele zawodów odbywało się także przy Łazienkowskiej. Jednak o przewadze Stadionu Śląskiego nad Dziesięciolecia zadecydowało przede wszystkim światło elektryczne. Na Śląskim zainstalowano je w roku 1959. W następnym roku sztuczne oświetlenie otrzymał stadion Wojska Polskiego. Przez kilka lat miały je tylko te dwa stadiony. To nie jest jednak powód do kompleksów. Pierwszy mecz przy świetle elektrycznym na Wembley został rozegrany w listopadzie 1963 roku. Jupitery „wydłużały" dzień i dawały więcej szans w telewizji a to z kolei przyczyniło się do popularyzacji rozgrywek klubowych i meczów międzypaństwowych. Wykluczały też przykre niespodzianki, jakie przy co najmniej dwóch meczach wydarzyły się na Stadionie Dziesięciolecia. Tam, kiedy robiło się ciemno nie można było włączyć świateł, więc tak naprawdę Paweł Janas zgasił je tylko w przenośni.
Wybór Stadionu Śląskiego na miejsce meczu z Anglią był czymś absolutnie naturalnym. On nie miał konkurencji. Tak się jednak złożyło że w roku 1973 Śląsk był najważniejszym regionem w kraju. Zawsze było tak pod względem gospodarczym, od momentu dojścia do władzy Gierka stało się tak też pod względem politycznym. Za Gierkiem do Warszawy przeprowadziło się wielu działaczy partyjnych. Warszawiacy trawestowali żartobliwie komunikat z Dworca Centralnego: „Uwaga, na tor pierwszy wjeżdża pociąg z Katowic. Proszę odsunąć się od stanowisk”. Od 1972 roku w stołecznych sklepach można było kupić coca-colę. Na Śląsku przez pewien czas popularniejsza była Pepsi Cola. Ulica szybko więc stworzyła hasło: „Pepsi piją lepsi". Na stadionach tych podziałów nie było widać ale w latach 70-tych każdy ważniejszy mecz na Stadionie Śląskim rozpoczynał się od apelu spikera, którym przez lata był usłużny dziennikarz sportowy Tadeusz Janik. To on intonował hasło: „Na cześć towarzysza Gierka trzykrotne hip hip hurra!". I ludzie na to odpowiadali, chociaż entuzjazm w ich głosach z każdym rokiem malał. W roku 1973 to wszystko zeszło na dalszy plan. Liczyły się tylko mecze eliminacyjne do Mistrzostw Świata z Walią i Anglią. Oczywiście po wylosowaniu takich przeciwników duch w narodzie zaginął. Porażka 0:2 w pierwszym meczu w Cardiff wzmocniła pesymizm. Walia była przecież tą drużyną, którą(w przeciwieństwie do Anglii) można było pokonać. Dała nam jednak taką lekcję agresywnego futbolu, na jaką żaden z Polaków nie był przygotowany. W tamtych czasach tylko niewielu fachowców odróżniało gre Anglików od Walijczyków, Szkotów i Irlandczyków. Mówiło się „wyspiarze”, rzadziej „Brytyjczycy” na określenie cech wspólnych dla tamtejszego futbolu: gry szybkiej, nieskomplikowanej, opartej na przygotowaniu kondycyjnym, sile fizycznej, walce w powietrzu i technice strzału. W końcu najlepsi Szkoci, Walijczycy i Irlandczycy z obydwu części wyspy i tak spotykali się na co dzień w klubach ligowych Anglii. Przez lata tylko o tym słyszeliśmy a do wyobraźni dochodziła umiarkowana wiedza i zastosowanie, że to Anglii jest ojczyzną futbolu. Od lat 60-tych mogliśmy oglądać to w telewizji. Państwowe Przedsiębiorstwo Totalizator Sportowy przyjmował zakłady tylko na dwie ligi: polską i angielską, więc nazwy klubów z Wysp były w Polsce znane jak inne. Co tydzień telewizyjny magazyn informacyjny „Sportowa niedziela” kończył się dwu-, 3-minutowym starannie zmontowanym przekazem z meczów Ligi Angielskiej. Usunięto z nich wszystkie kiksy, strzały na wiwat a pokazywano tylko to, co najpiękniejsze: celne dośrodkowania ze skrzydeł, atomowe strzały z woleja, parady bramkarzy, walke w powietrzu. Wszystko sprawiało wrażenie, że mamy do czynienia z absolutnymi mistrzami futbolu, których nie sposób pokonać. Oczywiście bardziej dociekliwi zadając sobie pytanie w rodzaju: skoro tak, to dlaczego poza Manchesterem United inna angielska drużyna nie zdobyła Pucharu Europy? Dlaczego poza jednym zwycięskim turniejem o mistrzostwo Anglia przegrywała wszystkie inne i w jakich okolicznościach rok przed meczem z Polską Anglia, z pięcioma mistrzami świata w składzie została upokorzona przez Niemców na Wembley 1:3? Dochodziły do tego naszego własne doświadczenia. Górnik pokonał w przeszłości Tottenham, nim został przez niego fizycznie stłamszony na „White Hart Lane”. Porażka Manchester United w Chorzowie była jedyną, jaką angielska drużyna poniosła w drodze do ostatecznego zwycięstwa w Pucharze Europy.
Reprezentacja Polski w dwóch dotychczasowych starciach z Anglikami też zaprezentowała się stosunkowo nieźle. Pierwszy z tych meczów rozegrano w Liverpoolu 5 stycznia 1966 roku. W Anglii o tej porze gra się w piłkę a w Polsce odpoczywa po Sylwestrze. PZPN przyjął jednak zaproszenie bo gospodarzom mistrzostw świata i „ojczyźnie futbolu" nie wypadało odmówić. Ku powszechnemu zaskoczeniu mecz zakończył się remisem 1:1. Strzelec gola Jerzy Sadek otrzymał podobno ofertę pozostania w Liverpoolu i transferu do Evertonu za niewyobrażalną kwotę 100 000 funtów. Grający na prawej obronie Jacek Gmoch utrzymuje że taką samą propozycją złożył mu Tottenham. 8 zawodników z angielskiego składu pół roku później zostało mistrzami świata. „The Football Association” uznał że Polska jest godnym przeciwnikiem. Chociaż do tej pory nigdy do meczów między obydwoma krajami nie dochodziło, teraz rozegrano dwa w odstępie pół roku. Polska była ostatnim sparing partnerem Anglii przed mistrzostwami świata. W lipcu 1966 roku przegraliśmy wprawdzie na Stadionie Śląskim 0:1, wcale nie była to jednak gra do jednej, polskiej bramki. Trzy tygodnie później Anglia zdobyła Puchar Rimeta. W pierwszej dziesiątce plebiscytu „France Football” Złota Piłka za rok 1972 znalazło się dwóch Polaków i dwóch Anglików. Kazimierz Deyna zajął szóste miejsce a Włodzimierz Lubański siódme, z taką samą liczbą punktów co Bobby Moore i Gordon Banks. To byli jedyni przedstawiciele obydwu krajów wśród 26 nominowanych. Biorąc pod uwagę historię i teraźniejszość, z jednej strony były więc nadzieje, z drugiej uzasadnione obawy. Tym bardziej że nie czekał nas mecz towarzyski, tylko eliminacyjny. Anglia po wojnie brała udział we wszystkich finałach mistrzostw świata a Polska w żadnym. Rozgrywki ligowe w Anglii zakończyły się na początku maja. Liga w Polsce trwała do 24 czerwca. Po porażce pod koniec marca z Walią reprezentacja Polski rozegrała jeszcze dwa mecze kontrolne w maju: z Jugosławię w Warszawie i z Irlandią we Wrocławiu. Wybitny dziennikarz Mieczysław Szymkowiak pisał po tych meczach że Polska ma dziś tylko jednego zawodnika światowego formatu: Włodzimierza Lubańskiego, który strzelił w tych meczach trzy gole. Trudno było nie przyznać mu racji. Irlandia miała z naszego punktu widzenia odgrywać rolę Anglii. Anglicy myśleli podobnie, szukali kogoś grającego podobnie jak Polska i znaleźli Czechosłowację. Na 9 dni przed meczem w Chorzowie zremisowali z nią w Pradze 1:1. Allan Clark strzelił wyrównującego gola 2 minuty przed końcem. Czesi bronili wyniku, podawali sobie piłkę na własnej połowie ale gra na czas nie spodobała się kibicom. Odpowiadając na gwizdy, gospodarze ruszyli więc do jeszcze jednego ataku, stracili piłkę a w konsekwencji i bramkę. Antoni Piątek, wysłannik „Piłki nożnej” na ten mecz pisał że Anglia zagrała słabo, wyliczał konkretne błędy, oceniał poszczególnych zawodników i wysnuł z tego wniosek: Jeśli to nie była zasłona dymna, to przed pojedynkiem w Chorzowie można być optymistą. Wszystkie jego oceny i prognozy sprawdziły się kilka dni później.
12
Jedyne zwycięstwo nad Albionem:
Jak większość z nas wie(a przynajmniej powinna), 6 czerwca 1973 r. reprezentacja Polski pokonała dumnych Anglików 2:0 w eliminacjach do mistrzostw świata w RFN 1974. Jednak nie wszyscy znają kulisy tego sukcesu Śp. Kazimierza Górskiego. Zapraszam więc do odpowiedzi na mój komentarz.
@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@FcPortoFan1999
@Bernard777
@Adran360
13
Jak dotąd ostatni taki triumf naszej Barcuni:
6 czerwca 2015 roku na Olympia Stadion w Berlinie, FC Barcelona pokonała Juventus Turyn 3:1 w finale Champions League! „Ta drużyna jest po prostu niesamowita i dlatego ma apetyt na dwa kolejne trofea przed wakacjami”- powiedział Messi po zdobyciu mistrzostwa kraju a przed finałami Pucharu Króla i Ligi Mistrzów. Skoro tak sądził Argentyńczyk, to oczywiście Blaugrana była faworytem berlińskiego starcia z Juventusem, lecz ekipy z Turynu nikt w stolicy Katalonii nie lekceważył. Między oboma finalistami istniało sporo podobieństw. Przede wszystkim „Stara Dama” też zmieniła latem trenera. Za Antonio Conte przybył Massimiliano Allegri. Zrazu wybór ten nie ucieszył fanów, którzy darzyli byłego trenera Milanu chłodnymi uczuciami. Przystępując do finału obie ekipy miały już zdobyte mistrzostwo kraju oraz krajowy puchar, więc walczyły o potrójną korone. Z uwagą obserwowano Luisa Suareza, gdyż przyszło mu mierzyć się z Patricem Evrą, którego Urugwajczyk obraził rasistowsko jeszcze w meczu Premier League. Na szczęście nie doszło między nimi do niesportowych incydentów. Ciekawe co by się działo, gdyby mógł zagrać pogryziony na mundialu przez ,,El Pistolero” Chiellini? Niestety kilka dni wcześniej defensor doznał kontuzji, co było dla ,,Starej Damy” dużym osłabieniem. ,,Skoro nie zagra Giorgio, to Barça jest faworytem. Z nim szanse na zwycięstwo byłyby równe”- jasno stwierdził Buffon. ,,To finał Ligi Mistrzów a my jesteśmy Barceloną. Nic innego niż zwycięstwo nie wchodzi w gre. Wszystko nam w tym sezonie jak na razie wychodzi, czemu nagle miałoby być inaczej?”- te słowa Rakiticia z przedmeczowej rozmowy z FIFA.com najtrafniej chyba ilustrowały nastroje wśród zawodników i cules Blaugrany. Plan taktyczny na starcie z Juve zdradził w rozmowie z UEFA.com Gerard Pique: ,,Będziemy mieli długo piłke ale najważniejsze jest żeby wysoko zabierać ją rywalowi i szybko docierać do jego bramki. Jakość napastników Juve sprawia też że bardzo ważna będzie koncentracja w grze obronnej”. Luis Enrique borykał się jednak przed meczem z istotnym problemem: niedyspozycją Iniesty. Podatny na stres zawodnik zmagał się z jakimiś nie do końca określonymi dolegliwościami psychosomatycznymi. ,,Lucho” zastanawiał się czy tak rozbitego zawodnika należy wystawić w pierwszym składzie na finał. W odwodzie miał przecież Xaviego ale to sam Xavi rozstrzygnął problem na korzyść kolegi: ,,Do finału pozostawały 2 dni, kiedy powiedziałem Lucho: »Ten gość nie musi nawet trenować. Spokojnie Luis, poradzi sobie w Berlinie«”. No i Lucho nominował Inieste do pierwszego składu. Na początku meczu pozbawiona Chielliniego obrona Juve grała nerwowo, co skończyło się szybką stratą gola. Akcje zaczął Neymar, przekazał piłke Inieście a ten szybko potwierdził diagnozę Xaviego że da rade, zagrywając do stojącego przed pustą bramką Rakiticia, choć mógł sam strzelać. ,,Na te chwile pracowałem całe życie”- wspominał to trafienie Chorwat. W 11 minucie żółtą kartke dostał straszliwie nabuzowany Vidal, co też nie pozostało bez wpływu na przebieg meczu. Po kwadransie Dani Alves mógł podwyższyć na 2:0 ale Buffon utrzymał zespół w grze dzięki jednej z najlepszych interwencji w karierze. Bohaterem pierwszej połowy należało jednak uznać Busquetsa, który ani razu nie stracił w tym czasie piłki.
Po przerwie graczy Juventusu jakby opuściły nerwy. W 55 minucie przeprowadzili przepiękną akcje. Liechsteiner zagrał do Marchisio, który odegrał mu piętą. Szwajcar pomknął do przodu i podał do Teveza a potem było jak w meczu z Realem. Argentyńczyk strzelił, bramkarz hiszpańskiej ekipy obronił ale dobił Morata. Następne minuty należały do Juventusu. W 60 minucie Tevez miał znakomitą okazje, lecz huknął nad poprzeczką a potem sprawy w swoje ręce postanowił wziąć Messi. Przeprowadził indywidualną akcje i zakończył ją uderzeniem, które Buffon wprawdzie obronił ale na miejscu znalazł się Luis Suarez. Było 2:1 a minute później Barça znów nacisnęła. Neymar nawet wbił piłke do siatki ale sędzia anulował gola, dopatrując się zagrania ręką strzelca. W końcówce Włosi atakowali całym zespołem, nadziali się jednak na kontre wykończoną przez Neymara. Brazylijczyk w grudniu 2014 r. mówił w rozmowie z ,,Mundo Deportivo”;,,Moim największym marzeniem jest strzelić dla Barcelony gola dającego zwycięstwo w finale Ligi Mistrzów w 2015 r.”. Ciekawe czy uznał swoje marzenie za spełnione? Chwile potem sędzia zagwizdał po raz ostatni. FC Barcelona znów triumfowała! Luis Enrique po 5 latach wyznał że przed meczem zmagał się z olbrzymim stresem. ,,Nigdy w karierze piłkarskiej ani trenerskiej nie byłem tak zdenerwowany jak wtedy. Nie potrafiłem nad sobą zapanować. Gdybym jeszcze raz miał to przeżywać, to chyba wziąłbym jakieś prochy”- stwierdził. Wyjawił że dopiero trafienie Neymara uwolniło go od napięcia. Z tego powodu już nigdy później nie obejrzał meczu z Juventusem. Finał był tak znakomitym i pasjonującym widowiskiem, jednym z lepszych w historii Ligi Mistrzów że po prostu nie dało się po nim mieć pretensji do pokonanych. ,,Staraliśmy się jak mogliśmy, daliśmy z siebie wszystko ale Barça miała to coś, czego nam zabrakło, choć nie wiem, czym to jest”- powiedział chyba najlepszy tego wieczoru w Juventusie Pogba i była to szczera prawda. Chociaż MVP meczu wybrano Inieste, to chyba jednak najlepszy na boisku był Rakitič. Jeśli ktoś przed meczem się dziwił ze w starciu o taką stawke Xavi znów zasiada na ławce rezerwowych a gra Chorwat, to po ostatnim gwizdku sędziego gratulował Luisowi Enrique konsekwencji. Nikogo nie zdziwiło że Xavi zmienił Inieste a nie Rakiticia. ,,Jestem tu nie po to, by błyszczeć od pierwszego meczu, tylko po to, by ciężko pracować i co dzień stawać się lepszym piłkarzem”- powiedział Chorwat po transferze z FC Sevilli, po czym wcielił ten plan w życie. Sam uważa iż wielka w tym zasługa trenera. ,,Pod względem umiejętności wydobycia z piłkarzy ich potencjału Luis Enrique nie ma sobie równych”- stwierdził.
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
@Vivienne
15
Bezczelny Guruceta:
6 czerwca 1970 r. FC Barcelona została ewidentnie skrzywdzona przez sędziego Gurucete w meczu z Realem Madryt. „Guruceta!”- skandują starsi kibice na Camp Nou podczas kontrowersyjnych decyzji arbitra, mając w pamięci wydarzenia z przed ponad 40 lat. W rewanżowym meczu ¼ Copa del Generalismo Barça grała na własnym boisku z Realem Madryt. W pierwszym spotkaniu arbiter uznał gola dla ,,Krolewskich” po kilkumetrowym spalonym(ostatecznie padł wynik 2:0) co jeszcze bardziej podgrzewało atmosferę przed rewanżem. Do sędziowania desygnowano młodego 28-letniego arbitra Emilio Carlosa Gurucetę. Przy stanie 1:0 dla Blaugrany sędzia odgwizdał rzut karny dla Realu mimo że faul nastąpił niemal 2 metry przed polem karnym. Na boisko z trybun poleciały poduszki a także inne przedmioty. Kapitan Barçy Eladio Silvestre został usunięty z boiska za słowa skierowane do Gurucety: „Jesteś madridistą, nie masz wstydu”. Dziesięć minut przed końcem kibice nie wytrzymali i wbiegli na boisko, gdzie w brutalny sposób spacyfikowała ich policja. FC Barcelona jako klub dostał maksymalną możliwą kare(90 tys. peset), natomiast sędziego zdyskwalifikowano na pół roku. W pierwszym sezonie Gurucety w La Liga aż cztery kluby zażądały aby nie prowadził spotkań z ich udziałem. W 1985 r. po 15 latach Guruceta ponownie poprowadził mecz Blaugrany(,,Nie chcę skończyć kariery zanim wrócę na Camp Nou”- mawiał Guruceta) w Trofeo de Palma ale tym razem nie podyktował karnego na Schusterze i na dodatek usunął Niemca z boiska. Co ciekawe, najlepsi arbitrzy La Liga otrzymują obecnie coroczne wyróżnienie imienia…..Gurucety! Ma to związek z tragiczną śmiercią słynnego arbitra w wypadku samochodowym w lutym 1987 r.
@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@Adran360
@1LY0
12
Feliz cumpleaños panie Albercie!
6 czerwca 1970 r. urodził się Albert Ferrer. Ten prawy obrońca zaczynał karierę w FC Barcelona B, lecz debiut w Primera Division zaliczył w ekipie Teneryfy, do której był wypożyczony w 1990 r. Po powrocie trafił do pierwszego składu Blaugrany i zadomowił się w nim aż na 8 lat, podczas których rozegrał 301 spotkań i strzelił 3 gole. Wraz z Dumą Katalonii pięciokrotnie został mistrzem Hiszpanii(1991, 1992, 1993, 1994, 1998), dwukrotnie zdobył Puchar Króla(1997, 1998) oraz cztery razy wywalczył Superpuchar Hiszpanii(1991, 1992, 1994, 1996). W sezonie 1991/1992 sięgnął po Puchar Europy; w finałowym meczu z Sampdorią zagrał w podstawowym składzie. Ponadto w 1997 roku zdobył Puchar Zdobywców Pucharów a w 1992 i 1997 wywalczył Superpuchar Europy. W 1998 r. odszedł do londyńskiej Chelsea, gdzie po pięciu sezonach zakończył karierę. Był jednym z bohaterów, którzy zdobyli pierwszy Puchar Europy dla FC Barcelona. „Chapi” Ferrer ledwo był w stanie wystąpić w finale rozgrywanym na Wembley w 1992 roku, ponieważ sześć miesięcy wcześniej doznał poważnego urazu więzadeł kolana. Rok 1992 był wyjątkowy dla dzielnego prawego obrońcy Blaugrany. Pomijając kontuzję, Ferrer zdobył złoty medal na igrzyskach olimpijskich w Barcelonie, mistrzostwo ligi (dzięki porażce Realu Madryt na Teneryfie ) i wspomniany Puchar Europy . Był to pierwszy Puchar Europy w gablocie trofeów FC Barcelony i został uczczony w wielkim stylu. Jak sam Chapi Ferrer wspominał w Catalunya Ràdio, w drużynie Barcelony panowała ogromna nerwowość: „Byliśmy bardzo zdenerwowani. Wspomnienie finału przegranego w Sewilli ze Steauą w rzutach karnych było wciąż żywe w pamięci wszystkich. Blaugrane również uważano za faworytów tego dnia i był to ogromny cios. Ja na przykład w Londynie cierpiałem na zapalenie żołądka i jelit z powodu nerwów”. Johan poprosił mnie, żebym zamienił ten mecz w grę 10 na 10. Sampdoria nie miała być łatwym przeciwnikiem. Włoska drużyna mogła pochwalić się składem wspaniałych piłkarzy, którzy mieli za sobą owocne kariery: Lombardo, Vialliego, Pagliucę, Manciniego … i to właśnie ten ostatni był głównym zmartwieniem trenera Barcelony, Johana Cruyffa: „Trener przydzielił mi krycie indywidualne Manciniego. Powiedział mi, żebym gonił go po całym boisku, że muszę zamienić ten mecz w grę 10 na 10”.
Kontuzja więzadła, której doznał Chapi Ferrer, niemal wykluczyła go z tego kluczowego meczu. Zaledwie kilka dni wcześniej otrzymał zgodę lekarzy i bez problemu rozegrał mecz ligowy z RCD Mallorca. Dlatego też obrońca wyszedł w pierwszym składzie w finale, który rozstrzygnął się po golu Koemana z rzutu wolnego w dogrywce: „Kiedy Ronald strzelił gola, byłem najdalej od bramki. Pobiegłem i nawet dotarłem na celebrację przed wszystkimi innymi. Wyobraźcie sobie mój sprint! Dziewięć minut do końca meczu wydawało się wiecznością; naprawdę baliśmy się, że stracimy szansę”. Podczas gdy wszyscy świętowali zdobycie tytułu, ja wciąż byłem zdenerwowany kontrolą antydopingową. Jakby tego było mało, końcowy gwizdek nie przyniósł Ferrerowi spokoju. Piłkarz został skierowany na kontrolę antydopingową: „Podczas gdy wszyscy świętowali ten ważny tytuł, ja wciąż byłem zdenerwowany. Zmuszono mnie do poddania się kontroli antydopingowej, a przecież brałem leki na zapalenie żołądka i jelit. Bałem się, że lekarz nie zapisał mi wszystkich przyjmowanych przeze mnie substancji albo że jakaś substancja może zostać uznana za doping. Myślałem nawet, że przeze mnie odbiorą nam Puchar Europy”. Na szczęście dla Chapi Ferrera i wszystkich kibiców Barcelony, tytuł ten był jak najbardziej uzasadniony i stanowił ukoronowanie Dream Teamu Johana Cruyffa. Drużyna ta zdobyła cztery tytuły mistrzowskie z rzędu, ale przede wszystkim zdobyła pierwszy Puchar Europy, co było ogromną ulgą dla klubu, który desperacko go potrzebował. Po ośmiu sezonach w Barcelonie Albert Ferrer przeniósł się do Anglii, by podpisać kontrakt z Chelsea. Pozostał w londyńskim klubie przez kolejne pięć sezonów, zanim przeszedł na emeryturę. Jego kolekcja trofeów jest godna pozazdroszczenia: pięć tytułów mistrza La Liga, dwa Puchary Króla, cztery Superpuchary Hiszpanii, jeden Puchar Europy, jeden Puchar Zdobywców Pucharów i dwa Superpuchary Europy z Barceloną a także jeden Puchar Anglii, jeden Puchar Ligi i jeden Superpuchar Europy z Chelsea. Oczywiście 39 razy nosił koszulkę reprezentacji Hiszpanii. Brał udział w dwóch Mistrzostwach Świata (1994 i 1998) i zdobył wspomniany złoty medal na Igrzyskach Olimpijskich w Barcelonie w 1992 roku.
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
1
Leć wysoko pszczółko Maju po spełnienie marzeń aż po bramy raju!
6
@FCBparasiempre
Peñarol z minuty na minutę radził sobie coraz lepiej, ale Zamora dzielnie trwał na posterunku. Hiszpanie coraz częściej grali na czas i powoli odliczali już minuty do końcowego gwizdka. Wreszcie jednak na kwadrans przed końcem Urugwajczycy przeprowadzili akcję, która na zawsze zapisała się w pamięci świadków tego widowiska. Urugwajczycy nie potrafili sobie utorować drogi do bramki świetnie broniącego Zamory. W końcu Anselmo ograł dwóch obrońców, przerzucił piłkę do Suffiatiego i ruszył pędem w oczekiwaniu na podanie. Ale w to wszystko wmieszał się Piendibene: poprosił o futbolówkę, dostał ją, minął Urquizú i zbliżył się do bramki rywala. Zamora zobaczył, jak składa się do strzału w krótki róg, i rzucił się w tym kierunku. Tymczasem Piendibene, zamiast huknąć ile sił, posłał piłkę leciutkim uderzeniem w długi róg. Zamora zdołał jeszcze poderwać się na nogi i rzucić w przeciwną stronę, ale jedynie musnął palcami futbolówkę nieuchronnie zmierzającą do siatki – opisywał tamto trafienie Eduardo Galeano w swojej książce „Blaski i cienie futbolu”. Zamora wstał, otrzepał się z kurzu i pogratulował swojemu znakomitemu rywalowi. Rozradowana publiczność skanowała Piendi! Piendi! Peñarol! Peñarol! Peñarol wygrał i w następnym roku wybrał się na tournée po Europie. W ciągu trzech miesięcy stoczyli dziewiętnaście pojedynków. Organizacyjnie sporo było do poprawy i szwankowała skuteczność. Nie bez wpływu na to był pewnie fakt, że w kraju został dochodzący do zdrowia po kontuzji Piendibene. Na fali euforii po zdobyciu drugiego mistrzostwa olimpijskiego zdecydowano o zorganizowaniu meczu o Puchar Serrato. 7 października 1928 r. naprzeciw siebie stanęły zespoły Peñarolu i Nacionalu, w których składzie było jedenastu mistrzów olimpijskich – siedmiu z Nacionalu i czterech z Peñarolu. Los Carboneros przegrali 0:1, a po meczu ogłoszono, że Piendibene nie zagra w zaplanowanym na kolejną niedzielę ligowym pojedynku obu ekip. Dziennikarze i kibice, którzy zgromadzili się tamtego dnia na trybunach Parque Central nie mieli pojęcia, że ostatni raz oglądają Piendibene w akcji. Maestro odszedł w glorii mistrza Urugwaju. W tamtym sezonie Peñarol nie miał sobie równych i z łatwością zwyciężył w lidze. Dla Piendibene był to szósty mistrzowski tytuł. Wcześniej wygrywał w latach 1911, 1918, 1921, 1924 (FUF) i 1926. W sumie w ciągu 20 lat gry dla Peñarolu wystąpił w 506 meczach i strzelił 253 gole. Do dzisiaj ma na koncie najwięcej występów w prestiżowych derbach z Nacionalem, których zaliczył 62 i w których 21 razy wpisywał się na listę strzelców. W drużynie narodowej zagrał w 40 oficjalnych meczach i zdobył 20 bramek. Jeśli doliczymy te nieoficjalne z czasów rozłamu w argentyńskim i urugwajskim futbolu, to bilans będzie wynosił 56 występów i 26 bramek, w tym aż 17 goli, które strzelił Argentynie. Poza boiskiem był raczej wycofany, cichy i dyskretny, ale kiedy pojawiał się na murawie, to nie wahał się strofować i ustawiać kolegów. Świetnie sprawdzał się w roli lidera i potrafił znakomicie zmotywować swoich kolegów do lepszej gry. Był typem zawodnika, przy którym inni wchodzili na wyższy poziom. Nigdy nie krytykował kolegów za popełnione błędy i był pierwszym, który przychodził ich pocieszyć. Znakomicie odnajdywał się w polu karnym rywali. Nie straszne mu były tłok i zamieszanie pod bramką przeciwnika. Kiedy z czasem nieco wyłysiał i przybrał na wadze kilka kilogramów, to właśnie z tych przepychanek uczynił swój dodatkowy atut. Zawsze na pierwszym miejscu stawiał dobro zespołu i odrzucał wszystkie zbyteczne, niepotrzebne i popisowe zagrania. Nigdy nie wyśmiewał się z rywali i zawsze odnosił się do nich z szacunkiem. Wielokrotnie podkreślał, że futbol to gra zespołowa. ,,Stanowczo twierdzę, że możemy i powinniśmy grać zespołowo, bo właśnie zespołowość jest największą zaletą piłki nożnej i dodaje uroku tej pięknej i popularnej dyscyplinie”– mówił.
Przez 20 lat utrzymywał się na szczycie. Z decyzją o zawieszeniu butów na kołku nosił się już wcześniej. Nie do końca zaleczone urazy i tendencja do przybierania na wadze nie sprzyjały utrzymaniu wysokiej formy. Pamiętajmy, że grał w czasach futbolu amatorskiego, więc o jakiejkolwiek profesjonalizacji treningów nie było mowy. To, że mimo tych wszystkich przeciwności tak długo potrafił utrzymać się na szczycie, zasługuje na najwyższe słowa uznania. Jego klasę doceniano też w klubie. Mimo że ciągle był czynnym piłkarzem, to w 1924 r. został mianowany honorowym członkiem klubu. Swoją grą inspirował rzesze młodych urugwajskich adeptów futbolu, a pewnie dla wielu jest wzorem do dzisiaj. José Piendibene po dziś dzień uchodzi za najlepszego środkowego napastnika w historii Urugwaju – co do tego zgodni są wszyscy eksperci! Był symbolem i liderem pierwszego pokolenia zwycięzców, legendarnej generacji „1912” […]. Wysoki, silnie zbudowany, ciemny blondyn o regularnych rysach znamionujących inteligencję i siłę woli – stworzył podwaliny słynnej urugwajskiej szkoły futbolowej, opartej na bezbłędnym panowaniu nad piłką, nienagannej kondycji i sprawności oraz grze pełnej fantazji, łączącej harmonijnie naturalny temperament południowców z chłodną, wyrozumowaną myślą taktyczną. Mieszkanka tych cech miała zapewnić „celestes” na całe dziesięciolecia prymat w światowej piłce. „Maestro” wprowadził w powszechny obieg takie pojęcia jak „cortada” – krótki zwód, „cachetada” – lekkie trzepnięcie piłki, „escoba” – dosłownie miotła, szczotka, cofnięcie piłki pod podeszwą, tak jakby ktoś zamiatał podłogę… Bogactwo techniczne jego repertuaru dosłownie paraliżowało obrońców mających nieszczęście znaleźć się na drodze „Maestro”– barwnie charakteryzował go Tomasz Wołek. Do Peñarolu wracał dwukrotnie w roli trenera. Pierwszy raz 1934 r., a drugi w sezonie 1940/1941. Zmarł 12 listopada 1969 r. w Montevideo w wieku 79 lat. Był piłkarzem kompletnym, który wyróżniał się wizją gry, doskonałymi podaniami, precyzyjnymi strzałami, dryblingiem, grą głową i wspaniałymi piętkami. Śmiało można go uznać za symbol najwcześniejszej, romantycznej epoki południowoamerykańskiego futbolu. Jednym słowem po prostu ,,MAESTRO”.
11
@FCBparasiempre
Lata mijają a wielu znawców urugwajskiego futbolu uważa, że José Antonio Piendibene ciągle jest jednym z najlepszych środkowych napastników, których dał światu ten mały kraj z nad La Platy. Przez 20 lat związany był z Peñarolem i dzisiaj jest jedną z największych legend klubu. Swoją grą i spojrzeniem na piłkę wprowadził ten zespół na wyższy poziom. Imponował znakomitym wyszkoleniem technicznym, zawsze z szacunkiem odnosił się do rywala i praktycznie nigdy nie cieszył się po zdobyciu bramki. Jego grę i wpływ na rozwój futbolu w Urugwaju najlepiej charakteryzuje otrzymany w wieku ledwie 21 lat przydomek „Maestro”. Położone nad wybrzeżem estuarium La Platy „Pocitos” jest dzisiaj ekskluzywną dzielnicą plażową Montevideo. Pod koniec XIX wieku było jednak tylko jednym z wielu biednych osiedli stolicy Urugwaju. Jednakże to właśnie tutaj przyszedł na świat jeden z najlepszych piłkarzy w historii urugwajskiej piłki. José Antonio Piendibene urodził się 5 czerwca 1890 r. Był najmłodszym z ośmiorga dzieci Dona Juana Piendibene i Doñy Rosy Ferrari. Urugwajski futbol był praktycznie jego rówieśnikiem. Na początku XX wieku o jakichkolwiek szkółkach czy zespołach juniorskich nikt nawet nie marzył. Kluby szukały kandydatów do gry w zespołach wprost na ulicach. Wielu ówczesnych urugwajskich piłkarzy zaczynało w drużynach osiedlowych czy ulicznych. Tak samo było z Piendibene. Początek jego piłkarskiej drogi trudno dziś jednoznacznie wskazać, bo pojawiają się różne wersje. Według jednej z nich już jako czternastolatek miał występować w zespole Washington, a w wieku siedemnastu lat miał zadebiutować w trzeciej lidze w barwach drużyny Buenos Aires. Stąd trafił do Interpido i po paru miesiącach sięgnął po niego Peñarol. Inna wersja mówi, że jako junior występował w Huracánie Pocitos i to z tego klubu trafił do Peñarolu. Niezależnie od tego, która z tych wersji jest bliższa prawdzie, to jedno wiemy na pewno – w 1908 r. został zawodnikiem Peñarolu. Przed rozpoczęciem sezonu najważniejsi klubowi działacze siedzieli w kawiarni La Paz na placu Cagancha i zastanawiali się nad przebiegiem nowej ligowej kampanii. Analizowali też raporty członków klubu o utalentowanych chłopakach, których warto byłoby ściągnąć do drużyny. Jednym z tych, którzy obserwowali grających na ulicach Montevideo młodych piłkarzy był José María Rodríguez. Poinformował on kierownictwo klubu, że zna chłopaka, który grał dla Buenos Aires i któremu warto przyjrzeć się bliżej. Działacze wybrali się do Pocitos, gdzie spotkali młodego Piendibene i zaproponowali mu grę dla Peñarolu. Chłopak jednak odmówił i z przykrością stwierdził, że jest już zawodnikiem Buenos Aires. Nie zraziło to klubowej delegacji, która nie miała zamiaru rezygnować z utalentowanego młodzieńca. Wszelkie argumenty, jakimi próbowano przekonać Piendibene do zmiany klubu zdawały się jednak na nic. Chłopak pozostawał niewzruszony. Z pomocą działaczom przyszedł dopiero starszy brat Ángel Piendibene, którego José darzył wielkim szacunkiem i liczył się z jego zdaniem. Delegat zwrócił się do niego niespodziewanie: „Chcę go zabrać do Peñarolu, ale on upiera się, że musi grać dla zespołu z sąsiedztwa”. Ángel spojrzał na swojego brata i spoglądając na jadący w kierunku centrum miasta tramwaj konny, czule dotknął ramienia brata i powiedział: „Potowarzysz temu dżentelmenowi”– opisywał okoliczności dołączenia Piendibene do Peñarolu Luciano Álvarez w swojej książce „Historia de Peñarol”. Tak zaczęła się przygoda Piendibene i Peñarolu, która będzie trwała 20 lat. Po latach piłkarz przyzna, że powodem jego pierwszej odmowy był fakt, że sympatyzował z Nacionalem. Jednak jego przyjaźń z José Maríą Rodríguezem i determinacja działaczy skłoniły go do zmiany zdania a jego sympatie w naturalny sposób się zmieniły. W nowym zespole zadebiutował na krótko przed osiemnastymi urodzinami. 26 kwietnia zagrał w meczu z drużyną Club French i strzelił dwa z sześciu goli swojego zespołu. Grał wówczas jako skrzydłowy, a swoim występem w debiucie z miejsca zdobył sobie uznanie w oczach kibiców. Sympatycy klubu nadali mu wtedy jego pierwszy boiskowy pseudonim. Na cześć innego znakomitego zawodnika Juana Peny zaczęli nazywać Piendibene „Penita”. Szybko stał się powodem do dumy dla całego swojego osiedla a młodzi chłopcy z sąsiedztwa bardzo często o nim rozmawiali i pokazywali na ulicach rodzicom, chcąc być takimi jak on. W 1909 r. do klubu przyszedł pochodzący ze Szkocji John Harley. Piendibene był oczarowany jego grą. Występujący w środku pola Szkot imponował grą głową, znakomicie potrafił się ustawiać i przewidywać boiskowe wydarzenia, dzięki czemu notował bardzo dużo przechwytów. Był też naturalnym liderem i w dużej mierze dzięki niemu Peñarol zmienił swój styl gry. Jak dotąd dominowała gra długimi piłkami, żeby jak najszybciej przedostać się pod bramkę rywali. Harley postulował grę krótkimi, bezpośrednimi podaniami, co wprowadzało na boisku większy spokój i porządek. Dzięki temu umiejętności takich zawodników jak Piendibene mogły zostać w pełni wykorzystane.
„Penita” wkrótce został przesunięty na środek ataku a w 1911 r. był już podstawowym zawodnikiem zespołu. W tamtych czasach gra piątki ofensywnych graczy opierała się głównie na indywidualnych umiejętnościach. Skrzydłowi szaleli przy liniach, wdawali się w dryblingi, ale nie zawsze przynosiło to korzyść drużynie. Środkowi napastnicy bywali często osamotnieni i jeśli sami nie stworzyli sobie korzystnej sytuacji, to mogli raczej zapomnieć o bramkach. Harley i Piendibene stali się katalizatorami zmian w tej formacji. Krótkie, bezpośrednie podania spowodowały, że gra zyskała na płynności i efektywności. Defensorzy drużyn przeciwnych musieli się wówczas mocno napocić, żeby nadążyć za szybko grającymi piłkarzami Peñarolu. Ofensywny kwintet wreszcie zaczął grać zespołowo, co przełożyło się na większą liczbę dogodnych sytuacji. Częściej padały też bramki, co przyciągało na trybuny coraz większe rzesze kibiców. O ile nie brakowało wówczas znakomitych dryblerów, o tyle niewielu decydowało się na kiwanie tuż pod bramką rywala. Piendibene zmienił również to i ochoczo kładł na ziemi bramkarzy rywali, a sztukę dryblingu wyniósł na zupełnie nowy poziom. Dzięki swojej inteligencji był bardzo pojętnym uczniem i zawsze podkreślał zasługi Harleya w rozwoju swojego talentu. Uważał Szkota za wspaniałego nauczyciela i mimo że grali na różnych pozycjach, to bardzo wiele się od niego nauczył. Swój debiutancki sezon w Peñarolu Piendibene z kolegami zakończyli dopiero na siódmym miejscu w tabeli. Rok później było już dużo bliżej końcowego triumfu, ale musieli uznać wyższość Montevideo Wanderers, które wyprzedziło ich o jeden punkt. W 1910 r. lepsi o dwa oczka okazali się piłkarze River Plate F.C. ale w kolejnym sezonie nie było żadnych wątpliwości, który zespół jest najlepszy. Peñarol wygrał dwanaście z czternastu meczów i o dziewięć punktów wyprzedził drugich w tabeli Montevideo Wanderers. Piendibene był czołowym zawodnikiem zespołu a Peñarol wielokrotnie udowadniał, że zawsze gra do końca. Gracze imponowali zaangażowaniem, sercem do walki i niejednokrotnie potrafili odwracać losy meczów. Nie odpuszczali do tego stopnia, że ukuło się powiedzenie że mecz z Peñarolem nie może zostać uznany za zwycięski, dopóki sędzia nie zagwiżdże po raz ostatni. Piendibene wielokrotnie wprawiał w zachwyt kibiców swoimi pięknymi golami. Jednego z najładniejszych zdobył 29 września 1912 r. Peñarol grał wówczas w Copa Competencia ze swoim największym rywalem Nacionalem. Na dziesięć minut przed końcem meczu utrzymywał się rezultat 2:2, ale sędzia wyrzucił wówczas z boiska dwóch graczy Los Carboneros. Grając jedenastu na dziewięciu Nacional od początku dogrywki ruszył do śmiałych ataków. Peñarol zdołał jednak wyprowadzić kontrę, w której wywalczył rzut karny. Jedenastkę na gola zamienił Carlos Scarone i nagle zrobiło się 3:2. Podrażnieni stratą bramki piłkarze Nacionalu znowu rzucili wszystkie siły do ataku. W pewnym momencie piłkę przejął Piendibene. Podniósł głowę do góry i rozejrzał się komu podać, ale żaden z partnerów nie pokazywał się do gry. Ruszył więc sam do przodu, po drodze mijając kolejnych rywali. Żaden nie był w stanie odebrać mu piłki. Wreszcie wpadł w pole karne, wymanewrował bramkarza i skierował piłkę do siatki, zdobywając jednego z najpiękniejszych goli, jakie widziano w Montevideo. Najbardziej znanym z jego przydomków jest Maestro. Zaczęto go tak nazywać po meczu z Alumni Athletic Club z Argentyny. 25 sierpnia 1911 r. Peñarol rozgrywał spotkanie z zespołem z drugiej strony La Platy a Piendibene zagrał jak profesor, mimo że miał wówczas ledwie 21 lat. O obliczu obrony zespołu Alumni decydował wówczas znakomity Jorge Gibson Brown. Piendibene dwukrotnie zdołał wymanewrować defensywę rywali. Pierwszy raz mimo asysty obrońców posłał piłkę tuż nad głową bramkarza Wilsona. Przy drugiej bramce znalazł się w podobnej sytuacji i raz jeszcze pokonał golkipera rywali. Będąc tuż przed Wilsonem, ponownie posłałem piłkę nad jego głową i zdobyłem bramkę. To właśnie wtedy, gdy szalejąca publiczność oklaskiwała gola, podszedł do mnie Jorge Brown i ściskając mi dłoń, powiedział: „Strzeliłeś dwa gole godne mistrza futbolu. Chłopcze, jesteś jak maestro”– wspominał Piendibene. Nasz bohater bardzo szybko zyskał uznanie nie tylko w oczach kibiców i dziennikarzy. Jego klasę doceniali również rywale. Argentyński bramkarz Américo Tesoriere wspominał, że przed meczami z Urugwajem najwięcej zmartwień przysparzał mu właśnie Piendibene.
,,Wiesz dlaczego? Bo jego sposób gry był tak znakomity i wyjątkowy, że bez trudu potrafił nas ośmieszać. Rzucałeś się, próbowałeś sięgnąć piłki, ale uderzał pod takim kątem, że nie byłeś w stanie jej sięgnąć. Gra przeciwko niemu była najwyższym dowodem uznania”– opowiadał Tesoriere. Wszystko, co robił na boisku, przychodziło mu z łatwością i wydawało się dość proste. Jednak kiedy tylko ktoś próbował powtórzyć jego zagrania na treningach, momentalnie przekonywał się, że wcale tak nie jest. Wielu chciało go naśladować, ale żaden nie był w stanie mu dorównać. Mimo że wielu mogło się wydawać, że często ośmiesza rywali, to Piendibene zawsze darzył ich wielkim szacunkiem. Z tego też powodu praktycznie nigdy nie cieszył się po zdobyciu gola. Pierwszy raz błękitną koszulkę drużyny narodowej założył 10 października 1909 r. Miał wówczas 19 lat i 127 dni. W Buenos Aires Urugwaj przegrał jednak z Argentyną 1:3. Na swojego pierwszego gola w reprezentacji musiał poczekać do 29 maja 1910 r. Na rozgrywanym w Buenos Aires turnieju, którego uważa się za prekursora Copa América Urugwaj wygrał z Chile 3:0 a Piendibene otworzył wynik spotkania już w 5. minucie. Sześć lat później do stolicy Argentyny zawitały zespoły Brazylii, Chile i Urugwaju, żeby razem z gospodarzami wziąć udział w pierwszym oficjalnym turnieju o mistrzostwo kontynentu. 2 lipca 1916 r. ,,Urusi” wygrali w pierwszym, historycznym meczu Copa América z Chile 4:0. Piendibene strzelił dwa gole i został autorem pierwszego gola w historii rozgrywek, pokonując w 44. minucie Guerrero. Pozostałe dwa trafienia dołożył inny znakomity gracz Peñarolu Isabelino Gradín. W drugim meczu Urugwaj pokonał 2:1 Brazylię a w decydującym o tytule spotkaniu z Argentyną padł bezbramkowy remis, co oznaczało, że pierwszym mistrzem Ameryki Południowej został Urugwaj. Rok później w Montevideo potwierdzili oni swoją klasę, wygrywając wszystkie mecze. Piendibene jednak cały turniej spędził na ławce i ani razu nie pojawił się na boisku. Podobnie było w 1919 r., kiedy w Rio de Janeiro ,,Urusi” zajęli drugie miejsce. W 1920 r. rywalizacja o miano mistrza Ameryki Południowej przeniosła się do Chile. Piendibene wrócił na środek ataku i już w pierwszym meczu z Argentyną w 10. minucie wpisał się na listę strzelców. Drugie trafienie dołożył w wygranym 6:0 starciu z Brazylią. Wystąpił też w trzecim meczu z Chile, który Urugwaj wygrał 2:1, dzięki czemu po raz kolejny mógł cieszyć się z końcowego triumfu. W 1921 r. też był ważną częścią zespołu, ale w Buenos Aires najlepsi okazali się gospodarze a Piendibene z kolegami musieli się tym razem zadowolić trzecią lokatą. W 1922 r. doszło do rozłamu w urugwajskim futbolu. Peñarol pozostawał poza oficjalnymi, uznawanymi przez FIFA strukturami, dlatego też jego zawodnicy nie mogli brać udziału w meczach kadry. Z tego powodu próżno szukać graczy Peñarolu w składzie reprezentacji, która w 1924 r. w znakomitym stylu sięgnęła po olimpijskie złoto. Piendibene był jednym z wielkich nieobecnych tamtej imprezy. Cztery lata później sam zrezygnował z podróży do Amsterdamu, tłumacząc się swoim nieco zaawansowanym już wiekiem. W lipcu 1926 r. w Urugwaju gościł Español Barcelona. Największą gwiazdą zespołu był znakomity bramkarz Ricardo Zamora. 14 lipca goście z Hiszpanii pokonali 1:0 zespół Nacionalu, który w składzie miał kilku mistrzów olimpijskich. Cztery dni później zaplanowano spotkanie z Peñarolem. Zawodnicy Los Carboneros byli bardzo zmotywowani i chcieli za wszelką cenę pokazać, że wcale nie są gorsi od tych, którzy w Paryżu oczarowali swoją grą Europę. Poza tym bronili honoru urugwajskiego futbolu, a kibice liczyli, że wezmą rewanż na gościach z Barcelony. 18 lipca na Parque Central próżno było szukać wolnych miejsc i wszyscy czekali na pojedynek Piendibene z Zamorą. ,,Zamora wiedział, jak wyjść z bramki jak skrócić kąt, był odważny i potrafił zachować spokój. To przede wszystkim. Ponadto czuł ogromne zaufanie i pewność siebie, co dawało mu dużą przewagę”– komplementował Zamorę Piendibene. Mecz zgodnie z oczekiwaniami był bardzo wyrównany. Żadna ze stron nie była w stanie stworzyć sobie przewagi i pierwsza połowa zakończyła się bezbramkowym remisem. W czasie przerwy Piendibene przez kilka minut siedział w milczeniu na ławce. W końcu jednak wstał i zwrócił się do kolegów: ,,Sposób, w jaki gramy, nie da nam wygranej. Musimy wrócić do naszej najlepszej gry i sprawić, żebyśmy znów mieli kontrolę nad piłką. To nasza główna zaleta”– mówił.
8
„Maestro” z Montevideo:
@Adran360
@Bernard777
@Gary
@Kapitan hawk
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
@Vivienne
11
Po raz pierwszy z Brazylią, jak równy z równym:
5 czerwca 1938 r. reprezentacja Polski rozegrała z Brazylią pierwszy w swojej historii mecz i to na mistrzostwach świata. Nikt nie miał pojęcia jak będzie przebiegał ten mecz. Brazylia była pierwszym przeciwnikiem z Ameryki Południowej, znane były w Polsce nazwiska jej najlepszych graczy z Leonidasem na czele, wiedziano że wszyscy są świetni technicznie ale czy są do pokonania? Na igrzyskach w Berlinie Polacy zobaczyli jak wygląda wielki turniej, więc nie jechali na mundial przestraszeni. W niedziele 5 czerwca po południu reprezentacja Polski wybiegła w następującym składzie: Madejski, Szczepaniak(kapitan), Gałecki, Góra, Dytko, Nyc, Piec, Piątek, Scherfke, Wilimowski, Wodarz. Mecz na Stade de la Meinau przeszedł do historii nie tylko Polski ale i mistrzostw świata. Remis 4:4 po 90 minutach, dogrywka, 11 goli, rywalizacja Leonidasa z Wilimowskim, 6:5 dla Brazylii- wszystko to decydowało o atrakcyjności. Na stadionie zebrało się około 15 tys. widzów. Było wśród nich wielu Polaków ale niezorganizowanych i rozproszonych po trybunach, więc ich doping był mało słyszalny. ,,Start Brazylijczyków był tak mocny że beznadziejny wydawał się wszelki wysiłek. Pierwszy gol dla Brazylii padł w 18 minucie i trzeba przyznać ze był on dojrzałym owocem zdecydowanej supremacji. Toteż nawet gdy Scherfke wyrównał po 5 minutach z karnego, za faul na Wilimowskim, który miał wszelkie szanse ulokować piłke w siatce, nie wierzyło się by mogło to skończyć się dobrze. Wprawdzie atak nasz miał kilka zrywów, wprawdzie pod bramką niebieskich piłkarzy tworzyły się niebezpieczne ogniska, jednak wyczuwało się że naszym brak sił, zdecydowania i pewności by je należycie wyzyskać. W ataku nie szło tak jak można było tego oczekiwać a ponieważ pomoc i obrona nie mogły wytrzymać nacisku, więc dwa załamania przyniosły utrate dalszych dwóch goli. Szczególnie trzeci był bolesny. Padł niemal w momencie gwizdu, zwiastującego zakończenie pierwszej połowy.
O ile wolno było wierzyć w wyrównanie przy 1:2, to 1:3 zdawało się przekreślać wszelkie nadzieje. Tymczasem zmieniła się pogoda. Z zachmurzonego nieba zaczęły już pod koniec pierwszej połowy padać pierwsze krople, które później zmieniły się w solidną ulewe. Wiedzieliśmy że Brazylijczycy boją się deszczu że obawiają się go jak najgroźniejszego przeciwnika. Liczyliśmy jedynie na zahamowanie tempa, które tak bardzo dało nam się we znaki”- pisał ,,Przegląd Sportowy”. Na drugą połowe Polacy wyszli całkiem odmienieni. Impet Brazylijczyków osłabiło coraz cięższe, mokre boisko ale i coraz lepsza, bardziej zespołowa gra polskiej drużyny, w której zresztą i tak nie wszyscy zagrali na swoim normalnym poziomie. Dotyczy to zwłaszcza Piątka, Pieca i bojaźliwego Wodarza. Coraz lepiej grał Scherfke, świetnie w środku boiska Dytko ale głównie to był mecz genialnego Wilimowskiego. W ciągu 6 minut po przerwie strzelił 2 gole, doprowadzając do remisu 3:3. Peracio odpowiedział golem na 4:3- strzelił z daleka, mokra piłka uderzyła w poprzeczke, w plecy Madejskiego i wpadła do bramki. Polacy się nie załamali, Wilimowski trafił w słupek. Piec nie trafił do pustej bramki. Deszcz ciągle padał. Na minute przed końcem na przebój zdecydował się Leonard Piątek. Minął dwóch Brazylijczyków, strzelił, w tłoku piłka odbiła się od Scherfkego, trafiła pod nogi Wilimowskiego, który nie zmarnował takiej okazji i wyrównał na 4:4! Przed dogrywką piłkarze poszli do szatni a Brazylijczycy zarzucali sędziemu że przedłużył mecz, dzięki czemu Polacy wyrównali. Nadzieje oparte na tym iż Brazylijczycy załamią się a na błocie nie będą w stanie przeprowadzić składnych akcji, spełzły na niczym. Już w 3 minucie dogrywki Leonidas strzelił 5 gola a 6 minut przed końcem szóstego. Zerwał się jeszcze raz Wilimowski, zdobywając niemal w ostatniej chwili piątego gola dla Polski a swojego czwartego. Żaden inny piłkarz na mistrzostwach świata nie dokonał przed nim(i długo po nim) takiej sztuki. Wilimowski dopiero kilkanaście dni po turnieju kończył 22 lata, był więc młodszy niż najlepszy polski napastnik w przededniu mistrzostw Europy 2012 Robert Lewandowski. O przegraną nikt nie miał pretensji. Porażka oznaczała jednak wyeliminowanie z turnieju.
@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@FcPortoFan1999
@Bernard777
@Adran360
11
Przełomowa data w dziejach Dumy Katalonii:
5 czerwca 2008 r. Josep Guardiola podpisał kontrakt na prowadzenie pierwszego zespołu FC Barcelony. Decyzja Joana Laporty o zatrudnieniu byłej gwiazdy wydawała się zaskakująca. Jedynym doświadczeniem trenerskim Guardioli było prowadzenie Barçy B, którą objął rok wcześniej i z którą wywalczył awans z czwartej do trzeciej ligi hiszpańskiej. Wśród potencjalnych następców Franka Rijkaarda wymieniało się Michaela Laudrupa a nawet Jose Mourinho ale ostatecznie zdecydowano się na 37-letniego Katalończyka, który podpisał dwuletnią umowę. Jak się okazało pan Laporta miał bardzo dobrego nosa. Swoją drogą bardzo ciekawe jak by to się potoczyło gdyby Laporta zdecydował się jednak zatrudnić Mourinho…?
@Adran360
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
1
@Destroyer_of_Worlds No nie wiem, tylko pytam?
5
Dokładnie za tydzień rozpoczynamy najwspanialsze święto futbolu. Szkoda tylko że większość meczów jest w nocy a nawet nad ranem, no ale prawdopodobnie od 6 lipca wezme urlop, więc można będzie odsypiać w dzień te nocki. W związku z mundialem ma do was pytanie: Czy pan Święcicki i pan Chabiniak będą komentowali jakieś mecze w TVP?
21
Hiszpania wycofała się z Mistrzostw Europy w 1960 roku, mimo że była zdecydowanym faworytem:
Hiszpania była faworytem do wygrania Mistrzostw Europy w 1960 roku, pierwszych w historii, oficjalnie nazywanych wówczas Pucharem Narodów Europy. Turniej ten wzorowany był na prestiżowym Copa América, rozgrywanym w obu Amerykach od 1916 roku. Aby zorganizować takie wydarzenie UEFA musiała zarejestrować się na dwa lata przed obchodami fazy finałowej turnieju, która miała się odbyć między 4 a 10 lipca 1960 roku we francuskich miastach Marsylii i Paryżu, zaś finał miał się odbyć na „Parc des Princes”. Pomimo wyraźnego zakazu wydanego przez rząd generała Franco różnym federacjom sportowym, dotyczącego nieuczestniczenia w żadnych wydarzeniach, w których brał udział ZSRR, prezes Hiszpańskiej Federacji Piłki Nożnej, Alfonso de la Fuente, zarejestrował drużynę narodową. W mistrzostwach nie wzięła udziału żadna drużyna brytyjska, podobnie jak Niemcy Zachodnie i Włochy. Hiszpania była zdecydowanym faworytem do wygrania turnieju, w którym uczestniczyły również Węgry, Polska, Dania, Czechosłowacja, Rumunia, Turcja, Norwegia, Austria, Grecja, Niemcy Wschodnie, Portugalia, Jugosławia, Bułgaria, gospodarze – Francja i… ZSRR. Zdecydowanie faworytem była drużyna hiszpańska, której skład był znacznie lepszy od składu pozostałych kandydatów: Węgrów, Związku Radzieckiego i gospodarzy, Francji, prowadzonej przez strzelca gola Fontaine'a. Hiszpania mogła pochwalić się w swoich szeregach dwoma najlepszymi piłkarzami na świecie swoich czasów: Di Stefano i Kubalą. Co więcej, w jej składzie znalazł się również zawodnik, który w 1960 roku zdobył Złotą Piłkę Galicyjczyk Luis Suárez oraz Paco Gento, który był niemal jednogłośnie uważany za najlepszego lewoskrzydłowego w Europie. Na dodatek drużyna mogła pochwalić się bramkarzem najwyższej klasy, takim jak Ramallets oraz innymi niezwykle utalentowanymi zawodnikami, takimi jak del Sol i Collar. Co więcej, ich dominacja na poziomie klubowym była absolutna. Real Madryt zdobył w tym samym sezonie swój piąty Puchar Europy a FC Barcelona zdobyła Puchar Miast Targowych, później Puchar UEFA a teraz Ligę Europy. Hiszpania była bez wątpienia drużyną, którą trzeba było pokonać na Mistrzostwach Europy w 1960 roku i, na papierze, znacznie przewyższała pozostałe uczestniczące drużyny. W losowaniu Hiszpania została sparowana z Polską w 1/8 finału. Mecz nie odbył się bez walki a hiszpańska drużyna wygrała 4:2 w Warszawie a następnie zapewniła sobie awans do kolejnej rundy w Madrycie, pokonując 3:0 – wynik, który nie odzwierciedlał prawdziwych zasług hiszpańskiej drużyny, która mogła wygrać znacznie większą przewagą, ale została powstrzymana przez fenomenalną grę polskiego bramkarza Stefaniszyna. Jednak poważny problem pojawił się, gdy w ćwierćfinale, który miał rozstrzygnąć o awansie do półfinału we Francji, Hiszpania zmierzyła się z ZSRR. Franco jednoznacznie zakazał udziału hiszpańskich reprezentacji narodowych w jakichkolwiek rozgrywkach, w których rywalizowały drużyny radzieckie; nawet hiszpańskie paszporty tamtych czasów zawierały wizę, która wyraźnie stwierdzała, że „paszport ten jest ważny we wszystkich krajach świata z wyjątkiem Rosji i jej państw satelickich” (odnosząc się wyłącznie do pozostałych republik byłego ZSRR).
Mimo to hiszpański trener Helenio Herrera ogłosił skład na dwumecz i zebrał drużynę, aby przygotować się do meczu, który(jak byli przekonani piłkarze) ostatecznie się odbędzie: Ramallets, Gracia, Segarra, Vergés i Eulogio Martínez z Barcelony, Pachín, Marquitos, Gento, del Sol, Herrera i Di Stefano z Realu Madryt, Rivilla, Collar i Peiró z Atlético Madryt, Carmelo i Garay z Athletic Bilbao, Vicente z Espanyolu i Pereda z Sevilli. Pierwszy problem pojawił się w związku z nieposłuszeństwem prezesa Hiszpańskiej Federacji Piłkarskiej , który zarejestrował drużynę narodową na Mistrzostwa Europy w 1960 r., w których uczestniczył ZSRR. Mecze te, będąc rozgrywane zarówno u siebie, jak i na wyjeździe, wiązały się z powiewaniem flagi radzieckiej na hiszpańskim stadionie, na którym rozgrywano mecz (prawdopodobnie na Bernabéu), a także odegraniem hymnu ZSRR. Było to uznane za niedopuszczalną zniewagę przez najbardziej radykalną część rządu frankistowskiego. Mimo to, Delegat Krajowy ds. Sportu, José Antonio Elola i Prezydent Federacji Alfonso de la Fuente próbowali przekonać Ministra Prezydium, Admirała Carrero Blanco i samego generała Francisco Franco o szansie, jaką dla Hiszpanii stanowi pokonanie „wrogiej” drużyny, nie tylko w kategoriach sportowych a także o ogromnych szansach, jakie niesie ze sobą zdobycie tytułu Mistrza Europy, co z kolei miałoby pozytywny wpływ na propagandę reżimu i kraju. Carrero Blanco od początku był niechętny ale Franco zdecydował się zwołać Radę Ministrów w celu omówienia tej kwestii. Pięć dni przed pierwszym meczem, zaplanowanym na 29 maja, spotkanie odbyło się w Barcelonie. Po przedstawieniu różnych argumentów za i przeciw rozegraniu meczu, ministrowie zagłosowali przez podniesienie ręki. Głos „nie” zwyciężył. Hiszpańska drużyna pozostała skoncentrowana, przekonana, że w końcu znajdzie rozwiązanie; nawet Di Stefano i Luis Suárez udzielili osobnych wywiadów, ograniczonych do kwestii czysto piłkarskich, jakby mecz miał się w ogóle odbyć.
Hiszpańska Federacja Piłki Nożnej i sama UEFA próbowały negocjować z Carrero Blanco porozumienie, aby mecz mógł się w końcu odbyć. Porozumienia nie osiągnięto, a dzień wcześniej, w dniu, w którym piłkarze mieli wyjechać do Moskwy, każdy z nich wrócił do swoich rodzinnych miast. Hiszpania ostatecznie nie wzięła udziału w wojnie i zwyciężył ZSRR, choć rewanż nastąpił cztery lata później. Hiszpania nie wzięła udziału w meczu, tracąc tym samym szansę na zdobycie Mistrzostw Europy w 1960 roku, w których była zdecydowanym faworytem. Później UEFA próbowała znaleźć inny termin meczu i uzgodnić, że nie będzie hymnów narodowych ani flag ale było za późno; Radziecka Federacja Piłkarska odmówiła dalszych negocjacji. Reprezentacja Hiszpanii nie stawiła się na boisku i to „Sborna” zagrała w półfinale, gdzie pokonała Czechosłowację 3:0 a w finale, na wypełnionym po brzegi „Parc des Princes” pokonała Jugosławię 2:1, zostając mistrzami pierwszej edycji Mistrzostw Europy. Tymczasem w Hiszpanii prezes Hiszpańskiej Federacji Piłkarskiej, Alfonso de la Fuente, został odwołany a jego miejsce zajął Benito Pico. Jak na ironię, cztery lata później, przy niezmienionej sytuacji politycznej w obu krajach, Hiszpania wzięła udział w Mistrzostwach Europy w 1964 roku wystawiając znacznie słabszą drużynę niż w 1960 roku i ostatecznie zdobywając tytuł pokonując ZSRR. Takie są kaprysy piłki nożnej i polityki.
@1LY0
@Adran360
@Bernard777
@Gary
@Kapitan hawk
@Lionel_Messi10
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
@Vivienne
3
Tak jest!! Y8=@ć te putinowską blać! Ma za swoje!
Maja ty jesteś najsłodsza ze wszystkich pszczółek!