FCBparasiempre
Dołączył/a: grudzień 2020
Biała Podlaska
33 obserwujących
0 obserwowanych
Której reprezentacji, do której powołany został zawodnik Barcy, kibicujesz?
Komunikat
Polecający
Ładowanie...
Historia komentarza
Ładowanie...
1
Oto cała prawda o reprezentacji Polski:
10
Czy wiecie że…
1 czerwca 2006 r. otwarto ,,Ciutat Esportiva Joan Gamper”. Ten kompleks sportowy FC Barcelony położony jest w miejscowości Sant Joan Despi, 4,5 kilometra od Camp Nou i zajmuje powierzchnie 136,839 m2. Kosztująca niemal 80 milionów euro baza treningowa składa się między innymi z pięciu pełnometrażowych boisk ale także z hali sportowej i sal treningowych. Regularne zajęcia odbywają tutaj członkowie wszystkich sekcji sportowych Blaugrany. W 2011 r. na terenie centrum utworzono nową La Masie czyli budynek, w którym mieszkają zebrani z całego świata piłkarze juniorskich drużyn FC Barcelony.
@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360
13
Przełomowa debata w „Teatrze Nou”, zwanym również „Teatro Nuevo”:
Kochani cules, 1 czerwca 1923 r., na krótko przed 25-tą rocznicą powstania FC Barcelony, w ,,Teatrze Nou” zorganizowano zgromadzenie ogólne klubu. Zebrani w audytorium socios oczekiwali dymisji całego zarządu. Żeby zapełnić pustke, zaprezentowano cztery kandydatury; jedną z nich był Joan Gamper i to on okazał się zwycięzcą. W ten sposób założyciel klubu rozpoczął sprawowanie nowego mandatu na czele FC Barcelony w trakcie jednego z najbardziej delikatnych momentów w jego historii, z racji przechodzenia na profesjonalne uprawianie futbolu. Tak więc w ,,Teatrze Nou” odbyło się jedno z najważniejszych zgromadzeń w historii Barçy. Profesjonalizacja futbolu spowodowała iż sport ten stał się o wiele bardziej widowiskowy i efektowny ale przyczyniła się również do pojawienia się pierwszych niesnasek między klubami i piłkarzami. Rywalizacja o zawodników stała się chlebem powszednim. Gamper rozczarowany tym że Samitier domagał się podwyżki pensji, był świadomy że klub potrzebuje pieniędzy ażeby skompletować silną drużynę a jednocześnie obserwował jak futbol oddalał się od swej pierwotnej, radosnej natury. Finansowe wymagania charyzmatycznego piłkarza przyczynią się(kilka lat później) do jego odejścia do Realu Madryt.
@1LY0
@Adran360
@Bernard777
@Gary
@Kapitan hawk
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
3
Maja! Jesteś słodsza niż.... miód. Mamy to! Maju... Maju... kochamy cię.....!
6
Właśnie wróciłem z roboty i co widze? Pszczółka Maja(Maja Chwalińska) bardzo dzielnie walczy z jakby nie było gospodynią turnieju i kto wie jak to się skończy? Kto by pomyślał że "jakaś tam" Maja może być lepsza od ukochanej przez nas Iguni Świątek?
No to teraz: Leć pszczółko, leć wysoko ponad kortem....
13
Żywe legendy niemieckiego futbolu:
31 maja 1989 r. urodził się Marco Reus. To wychowanek Borussii Dortmund, z którą związany był przez większość swojej kariery. Mimo że reprezentował również inne kluby, takie jak Rot Weiss Ahlen i Borussia Mönchengladbach, to powrót do Borussii Dortmund w 2012 roku okazał się kluczowym momentem w jego karierze. Jego wzrost wynosi 180 cm a waga około 75 kg, co czyni go wszechstronnym zawodnikiem nowoczesnego typu. Reus jest również znany z zaangażowania w różne inicjatywy charytatywne i społecznościowe, co czyni go nie tylko sportowcem, ale i osobą o szerokich zainteresowaniach poza piłką nożną. Prywatnie, jest żonaty z modelką Scarlett Gartmann, z którą ma córkę. Relacje rodzinne są dla Reusa niezwykle ważne, co wielokrotnie podkreślał w wywiadach. Pomimo swojej popularności, Reus stara się zachować pewien poziom prywatności, choć jego aktywność w mediach społecznościowych, zwłaszcza na Instagramie, pozwala fanom na bliższe poznanie jego codziennego życia. Mimo że jest jedną z największych gwiazd piłki nożnej, Marco Reus pozostaje skromnym człowiekiem, który ceni swoje korzenie i wartości. Marco Reus to niemiecki piłkarz, który zyskał międzynarodową sławę dzięki swoim wyjątkowym umiejętnościom na boisku. Reus jest zawodnikiem grającym na pozycji ofensywnego pomocnika lub skrzydłowego. Od 2012 roku związany był z klubem Borussia Dortmund, gdzie przez wiele lat pełnił rolę kluczowego zawodnika a od 2018 roku kapitana drużyny. Jego dynamiczny styl gry, precyzja i zdolność do tworzenia sytuacji bramkowych uczyniły go jednym z najważniejszych piłkarzy swojego pokolenia. Reus zdobył wiele prestiżowych nagród i wyróżnień, w tym tytuł Piłkarza Roku w Niemczech(2012, 2019). Jego wkład w sukcesy Borussii Dortmund, takie jak zdobycie Pucharu Niemiec(2017, 2021), przyczynił się do jego popularności zarówno w kraju, jak i za granicą. Marco Reus jest również ceniony za swoje występy w reprezentacji Niemiec, z którą uczestniczył w kilku międzynarodowych turniejach, w tym Mistrzostwach Europy 2012 i 2020 oraz Mistrzostwach Świata 2018.
Marco od najmłodszych lat interesował się piłką nożną. Jego kariera rozpoczęła się w małym klubie Post SV Dortmund a w 2006 roku przeniósł się do Rot Weiss Ahlen, gdzie zadebiutował w seniorskiej piłce. Po trzech latach, w 2009 roku, przeszedł do Borussii Mönchengladbach. Tam szybko stał się jednym z kluczowych zawodników, co przyciągnęło uwagę większych klubów. W 2012 roku Reus powrócił do swojego rodzinnego miasta, podpisując kontrakt z Borussią Dortmund. Jego dynamiczny styl gry i zdolność do kreowania sytuacji bramkowych uczyniły go jednym z najważniejszych zawodników drużyny. Niestety, jego kariera była często przerywana przez kontuzje, w tym poważne urazy kolana i mięśni, które wykluczały go z gry na długie miesiące. Mimo to Reus zawsze wracał na boisko z jeszcze większą determinacją. Poza futbolem Marco Reus interesuje się motoryzacją i często bierze udział w różnego rodzaju wydarzeniach związanych z samochodami. Jest także zaangażowany w działalność charytatywną, wspierając różne inicjatywy, w tym te związane z pomocą dzieciom. Jego życie prywatne jest stosunkowo ciche; Reus unika skandali i stara się chronić swoją prywatność, co czyni go jednym z bardziej szanowanych piłkarzy swojego pokolenia.
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
11
Piłkarz, który urodził się w łodzi i podobnie jak jego ojciec zagrał na Mistrzostwach Świata:
Zawsze jest tam, u stóp migającej sygnalizacji świetlnej, tej, która oświetla go w mroku nocy. Jego strój zmienia się w zależności od trzech opcji, jakie oferuje garderoba. Nigdy nie rozstaje się z obciętymi rękawiczkami, spod których wystają jego popękane dłonie, ściskając z siłą przetrwania paczkę starych chusteczek. Jego smutne, pożółkłe spojrzenie odbija się od szyb samochodowych; niewiele serc mięknie na widok tego uśmiechu, który tak ostro kontrastuje z jego wyblakłą gwiazdą. 14 czerwca 1974 roku. Jedenastu piłkarzy ustawiło się przed trybunami dortmundzkiego „Westfalenstadionu”. Na piersi każdego z nich widniał wizerunek groźnego lamparta, otoczonego legendarnym napisem „Léopards Zaïre”, który pokrywał niemal całą żółtą koszulkę. Ten przełomowy strój stanowił zaprzeczenie klasycznego stylu piłki nożnej lat 70-tych i sam w sobie zapowiadał historyczne wydarzenie: po raz pierwszy drużyna z Afryki Subsaharyjskiej rywalizowała w finałach Mistrzostw Świata. Przed nimi trzy mecze, z których każdy pozostawił po sobie serię kultowych obrazów, które zapisały się w annałach Mistrzostw Świata. Ten pierwszy raz uwypuklił piłkarską różnicę między Afryką a resztą świata. Coś, co stopniowo się odwracało z Mistrzostw Świata na Mistrzostwa Świata. Co cztery lata kraje tego wiecznego kontynentu zaczęły szczycić się fizycznym i radosnym stylem gry w piłkę nożną; odważną grą, zdolną przynieść szczęście nie tylko ich ojczyznom, ale także wszystkim tym ludziom, którzy w każdym zakątku globu noszą w sobie smutek z powodu opuszczenia ojczyzny. Przez dziewięćdziesiąt minut ci smutni ludzie czują, że odzyskują dumę. Wśród tych wszystkich pionierów jedno nazwisko wyróżnia się: Mavuba. Nazwisko, które na zawsze związało się z piłką nożną w jednej z najbardziej poruszających historii tej pięknej gry. Ricky Mavuba Mafuila był utalentowanym pomocnikiem, który wyróżniał się w drużynie utworzonej pod rządami dyktatora Mobutu. Dzięki swojemu znakomitemu kontaktowi z piłką zyskał przydomek „Czarny Czarodziej” za umiejętność strzelania goli z rzutów rożnych z zadziwiającą łatwością. Jednak życie prestiżowego afrykańskiego piłkarza w latach 70. bardzo różniło się od dzisiejszego; przeprowadzka do Europy była nie do pomyślenia. Przy odrobinie szczęścia granice jakiegoś kraju protektoratu mogły się otworzyć, oferując skromne życie. Tak było w przypadku Mavuby, który po wygraniu Afrykańskiej Ligi Mistrzów i Pucharu Narodów Afryki przybył do rozwiniętej Angoli aby dokończyć karierę. Tam poznał Teresę i zaplanował swoje życie w tym dotąd spokojnym kraju. Sytuacja wkrótce miała się zmienić; Angola dążyła do wyzwolenia się spod portugalskiego jarzma. Burzliwe czasy rysowały się na horyzoncie. Długo oczekiwana niepodległość przyniosła wybuch jednej z najkrwawszych i najdłużej trwających wojen w historii współczesnej.
Rodzina Mavubów nie widziała lepszego wyjścia niż wsiąść na małą łódkę i wypłynąć. Uznanie i piłkarskie sukcesy „czarodzieja” należały już do innego życia, tego, które zdawało się wypaść za burtę. Obok niego Teresa płakała nieutulenie. Jej łzy mieszały się z wodą zbierającą się w łódce; właśnie urodziła, w jakiejś nieznanej części oceanu, dziecko o niepewnej przyszłości. Ale kręte morze cierpliwie kołysało małą łódkę niczym kołyskę; fale wyznaczały rytm najsłodszej kołysanki, jaką kiedykolwiek śpiewano. Cudownie dziecko dotarło całe i zdrowe do portu w Marsylii. Był rok 1984 i Teresa dokładnie wiedziała, czego chce: będzie miał na imię Río bo w żyłach tego dziecka płynęła woda. „Urodzony na morzu”. To proste a zarazem surowe. Paszport młodego Rio Mavuby podkreśla jego znikomość na świecie. Nikt się nie liczy we Francji, nikt się nie liczy w Afryce. Rio nie należy do nikogo, jest bezpaństwowcem, należy do morza. Río nie wie, gdzie się urodził, poza tym, że na małej łódce. Jego matka zmarła, gdy miał dwa lata a ojciec, gdy miał dwanaście. „Byłem za mały, żeby o tym mówić, chociaż oni prawdopodobnie nawet nie wiedzieli”. Nie pamięta nic z matki a bardzo niewiele z ojca, „popołudni spędzonych razem na kanapie i próbach oglądania meczów piłkarskich w telewizji PPV na Canal Plus”. To ich łączyło(ich miłość do piłki nożnej) i to właśnie pomogło mu przezwyciężyć wszystkie życiowe przeciwności. Kto wie, może chodziło o głębsze odczucie pamięci o ojcu. Mavuba zdołał dostać się do prestiżowej akademii Girondins de Bordeaux, gdzie przełamał wszelkie bariery. W wieku zaledwie 19 lat zadebiutował w pierwszym składzie. Następnie zaczął przyciągać zainteresowanie ze strony Kongo(nowego Zairu), Angoli... i Francji. Walczyli o tego młodego człowieka, który nie czuł przynależności do żadnego narodu. Logika kogoś, kto nie potrafił pojąć koncepcji patriotyzmu, doprowadziła go do wyboru jedynej rzeczy, którą znał. Latem 2004 roku Rio Mavuba zadebiutował z reprezentacją Francji, z jednym małym szczegółem, który wywołał poruszenie we Francji: nie miał francuskiego obywatelstwa. Coś, co zostało rozwiązane dzięki jego nowemu statusowi. „W końcu mam kraj; do tej pory miałem tylko łódź.”
Pod pseudonimem „nowy Makelele” lub „mała Tigana” przybył do Hiszpanii za siedem milionów euro – kwotę, która mogłaby zapobiec wojnie. Villarreal, modny hiszpański klub piłkarski, zapewnił sobie jego usługi. Los chciał, że ten mały chłopiec urodzony na morzu trafił na „okręt podwodny”. Nie miał jednak wielu szans w drużynie prowadzonej przez Pellegriniego i w styczniu wrócił do Francji, by tworzyć historię z Lille. Zdobył mistrzostwo kraju i zapisał się na kartach historii najlepszych stadionów Europy. Szczyt jego kariery i zwrot akcji miały dopiero nadejść. Stało się to 13 maja 2014 roku, kiedy Didier Deschamps umieścił nazwisko Mavuba na liście francuskich piłkarzy powołanych na Mistrzostwa Świata w Brazylii. Czterdzieści lat później piłkarska historia rodziny Mavubów zatoczyła pełne koło, potwierdzając historię pokonywania przeciwności losu, którą trudno było sobie wyobrazić. Z pewnością z nieba jego ojciec obserwował debiut syna na Mistrzostwach Świata bez mrużenia oczu i bez konieczności rozszyfrowywania morza. Ciężko patrzeć na zdjęcia łodzi pełnych Afrykanów przybywających do Europy. To rozdzierające serce. To ludzie, którzy chcą znaleźć lepsze życie w innym kraju i ryzykują wszystko…
@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360
2
Panie Janie Urbanie, daj se pan spokój. Z pustego to i Salamon nie naleje!
3
Patałachy piepszone! I oni jeszcze mają czelność marzyć o mundialu!? Gówno chłopu nie zegarek!
9
@FCBparasiempre
Często mówi się, że gospodarz mistrzostw świata powinien grać w turnieju możliwie jak najdłużej. Chodzi oczywiście o utrzymanie odpowiedniej frekwencji na stadionach i zainteresowania imprezą w kraju. Nie od dziś też wiadomo, że gospodarzom pomagają ściany. I nie chodzi tu tylko o doping własnych kibiców. Wielu z nas pamięta skandaliczne sędziowanie na mistrzostwach w 2002 r. Zastrzeżenia do pracy arbitrów można było mieć już jednak znacznie wcześniej. Jednym z pierwszych meczów, w których pan w czerni wyraźnie sprzyjał gospodarzom, było starcie Włochy – Hiszpania w 1934 r. Turniej organizowany w 1934 r. był pierwszą wielką sportową imprezą, w którą tak wyraźnie wkroczyła polityka. Rządzący Włochami Benito Mussolini chciał za wszelką cenę pokazać Włochy jako kraj mlekiem i miodem płynący. Kiedy w 1932 r. przyznano im organizację, duce powołał specjalną rządową komisję, która miała kontrolować przebieg przygotowań. Stadiony były gotowe na czas, a komunikacja działała bez zarzutu. Wszystko musiało być zapięte na ostatni guzik, a świat miał się przekonać, że włoscy piłkarze są najlepsi na świecie. Prezydentem Włoskiej Federacji Piłkarskiej Mussolini mianował generała Giorgio Vaccaro. Był on niezwykle żywym i rzutkim organizatorem i doskonale orientował się w realiach sportowego życia Włoch. Pilnował, żeby zawodnikom i trenerowi Vittorio Pozzo niczego nie brakowało. Mussolini przed mistrzostwami powiedział Vaccaro, że włoska reprezentacja musi wygrać. Kiedy usłyszał w odpowiedzi, że piłkarze zrobią wszystko, co ich w mocy, rzucił w stronę rozmówcy, że to jest rozkaz. Liczyło się dla niego tylko zwycięstwo i to za wszelką cenę. Pierwszy mecz Włosi grali ze Stanami Zjednoczonymi. Duce kupił bilet tak samo, jak wszyscy inni miłośnicy piłki. Pozdrowił ich, a oni odpowiedzieli owacjami. Amerykanie mimo dojścia do półfinału na mistrzostwach w Urugwaju, nie byli wówczas zbyt silnym rywalem dla Squadra Azzura. Wzmocniona kilkoma „oriundi” drużyna Włoch, nie miała żadnych kłopotów z gośćmi zza oceanu i zdeklasowała ich, wygrywając aż 7:1. W ćwierćfinale starli się jednak z dużo bardziej wymagającym przeciwnikiem. Na ich drodze stanęli walecznie Hiszpanie. Podobnie jak dla Włochów, również dla piłkarzy z Półwyspu Iberyjskiego był to pierwszy występ na mistrzostwach świata. W swoim premierowym występie spotkali się z wirtuozami z Brazylii. Przybysze z Ameryki Południowej dotarli do Włoch statkiem. W trakcie podróży musieli stosować się do pewnych zasad. Nie wolno im było mieszać się z pasażerami pierwszej klasy i nie mogli trenować. Z tego względu część zawodników po piętnastodniowym rejsie miała problem z odzyskaniem właściwej formy fizycznej. Wymęczeni podróżą, mało ruchliwi i źle przygotowani Brazylijczycy nie byli w stanie przeciwstawić się dobrze zorganizowanym Hiszpanom i przegrali 1:3. Hiszpanie zaczynali coraz więcej znaczyć w światowym futbolu. W 1929 r. jako pierwsza drużyna z kontynentu pokonali dumnych Anglików. Rok później zwyciężyli w Bolonii z Włochami 3:2, a w eliminacjach do turnieju rozbili w dwumeczu Portugalię 11:1. Zwycięstwem nad Brazylią potwierdzili swoje duże ambicje. Poza bramkarzem nie mieli w składzie wielkich, międzynarodowych gwiazd. Nadrabiali to jednak zgraniem i zaangażowaniem. Obronę tworzyła para stoperów madryckiego Realu Jacinto Quincoces i Ciriaco Errasti. W środku pola piłki rozdzielali dwaj wybitni zawodnicy Athletic Club: José Muguerza i Leonardo Cilaurren, których uzupełniał Federico Fede Sáiz z Deportivo Alavés. Na środku ataku brylował Isidro Lángara – jeden z najlepszych piłkarzy w historii Realu Oviedo. W zdobywaniu goli wspierali go Luis Regueiro z Realu Madryt i trójka piłkarzy Athletic Club – Ramón de la Fuente Leal, José Iraragorri i Guillermo Gorostiza. Największą gwiazdą zespołu był jednak stojący między słupkami Ricardo Zamora – obok Plánički najlepszy wówczas bramkarz na świecie. Mając zawodnika takiego formatu za sobą, cała defensywa mogła grać dużo pewniej i spokojniej. Nad wszystkim miał czuwać trener Amadeo García de Salazar. Wcześniej prowadził zespół w zaledwie trzech meczach, ale za to wszystkie trzy były zwycięskie.
Włosi od czasu porażki z Hiszpanami w 1930 r. rozegrali 23 mecze i przegrali tylko trzy – dwukrotnie z Austrią i raz z Czechosłowacją. W pokonanym polu potrafili zostawić takie ekipy jak Węgry, Szwajcaria, Francja czy Niemcy. Za sukces należy też uznać remis z Anglią na własnym terenie. Dysponowali naprawdę wspaniałą drużyną i przez wielu fachowców byli uważani za głównych faworytów turnieju. W bramce grał Gianpiero Combi, który przez całą swoją karierę związany był z Juventusem. W defensywie występował duet Eraldo Monzeglio (Bologna) i Luigi Allemandi (Ambrosiana-Inter). W pomocy grali Mario Pizziolo (Fiorentina) i Armando Castellazzi (Ambrosiana-Inter), ale prawdziwą gwiazdą i liderem tej formacji był niezapomniany Luis Monti, który cztery lata wcześniej przed finałem Argentyna – Urugwaj miał otrzymywać wiadomości z pogróżkami. Był jednym z pierwszych „oriundich”, których włoskie korzenie wykorzystano, żeby włączyć ich do kadry. Oprócz niego w Ameryce Południowej urodzili się grający na skrzydłach Enrique Guaita i Raimundo Orsi, który w 1928 r. zdobył z argentyńską reprezentacją srebrne medale w Amsterdamie. Środek ataku był zarezerwowany dla kolejnego wybitnego zawodnika. Był nim Angelo Schiavio, który przez całą karierę reprezentował Bolognę i do dzisiaj jest najskuteczniejszym strzelcem tego klubu. Obok niego występował Giovanni Ferrari z Juventusu i chyba największa gwiazda włoskiego calcio przed wojną – Giuseppe Meazza, który pod względem skuteczności w barwach narodowych, ustępuje tylko Silvio Pioli. Z ławki zespołem dyrygował charyzmatyczny Vittorio Pozzo. 31 maja o godzinie 15:00 belgijski sędzia Louis Baert dał sygnał do rozpoczęcia meczu. 30 tysięcy kibiców zgromadzonych na Stadio Giovanni Berta, który dziś nosi imię Artemio Franchi, oczekiwało kolejnego spokojnego zwycięstwa swoich pupili. Do Hiszpanii docierały relacje radiowe. Tam takiego optymizmu, jak wśród Włochów już nie było. Wierzono, że sukces jest możliwy, ale zdawano sobie sprawę z umiejętności rywali. Zgodnie z oczekiwaniami gospodarze od pierwszych minut ruszyli do ataku. Raz za razem na bramkę Zamory sunęły ataki włoskiej ofensywy. Hiszpanie sprawiali wrażenie jakby trochę onieśmielonych wielkością przeciwnika. Nie zdecydowali się na wymianę ciosów. Woleli się cofnąć pod własną bramkę i skupić się na defensywie. Amadeo García de Salazar doskonale zdawał sobie sprawę z atutów, jakie posiada zespół prowadzony przez Vittorio Pozzo. Grano systemem pucharowym, gdzie przegrywający odpadał. Jedna stracona bramka mogła więc oznaczać przegraną i pożegnanie z turniejem. Nie było więc miejsca na najmniejszy nawet błąd. Włosi miażdżyli rywali, wydawało się, że gole są kwestią czasu, ale mijały minuty, a wynik nie ulegał zmianie. Znakomite zawody rozgrywał Jacinto Quincoces, który doskonale dyrygował formacją obronną Hiszpanów. Cudów dokonywał Ricardo Zamora. Strzeżona przez niego bramka wydawała się zaczarowana. Zawodnicy Squadra Azzura oddali kilkanaście strzałów na bramkę rywali, mieli aż szesnaście rzutów rożnych, ale nie przynosiło to żadnych efektów. Prowadząc nieustanne ataki, zostawiali też coraz więcej miejsca Hiszpanom, którzy wyprowadzili kilka groźnych kontrataków. Jeden z nich, przeprowadzony w 31. minucie, przyniósł im nieoczekiwane prowadzenie. Lider formacji ofensywnej Hiszpanów– Isidro Lángara cały czas był pieczołowicie pilnowany przez Włochów. Wiedzieli o jego nietuzinkowych umiejętnościach, które potwierdził, strzelając pięć bramek Portugalii. Kiedy mijało pół godziny od rozpoczęcia gry, kolejny faul na hiszpańskim napastniku, zakończył się podyktowaniem przez sędziego rzutu wolnego. Odległość do bramki Combiego wynosiła 25 metrów. Sam poszkodowany, odczuwając skutki przewinienia rywala, nie zdecydował się pójść w pole karne, tylko sam wolał podawać piłkę kolegom. Castellati, który go pilnował, wrócił więc pod swoją bramkę, asekurując bramkarza. Nie zrozumiał się jednak do końca z Combim i kiedy Monzeglio przegrał walkę o górną piłkę z Luisem Regueiro, ten mógł spokojnie strzelić obok zdezorientowanego włoskiego golkipera. Szok i niedowierzanie na trybunach. 1:0 dla Hiszpanii. Pojedynek stawał się coraz bardziej zacięty. Gospodarze z jeszcze większą pasją i zaangażowaniem ruszyli do przodu. Hiszpanie coraz rzadziej przekraczali linię środkową boiska. Coraz bardziej skupiali się na utrzymaniu korzystnego rezultatu, ale do końca zostawała jeszcze godzina gry. Oba zespoły powoli zaczynały odczuwać trudy pojedynku. Gra się zaostrzyła. Z porozcinanych nóg lała się krew. Nie zawsze trafiano w piłkę, a uderzenie w kostkę czy łydkę solidnym, ciężkim piłkarskim butem musiało pozostawić ślad.
Do przerwy wynik nie uległ zmianie. Chwilę po wznowieniu gry belgijski sędzia odgwizdał rzut wolny dla Włochów. W pole karne zacentrował Mario Pizziolo. Angelo Schiavio, zamiast na piłce, to skoncentrował się na bramkarzu. Zwyczajnie przytrzymał Zamorę, dzięki czemu Giovanni Ferrari mógł wpakować piłkę do bramki. Kiedy futbolówka zatrzepotała w siatce, kibice nie posiadali się ze szczęścia. Początkowo sędzia nie uznał bramki, ale pod naciskiem Włochów zmienił zdanie. Zamora natychmiast podbiegł do arbitra, wyraźnie sugerując mu, że w tej sytuacji był faulowany. Poparli go oczywiście koledzy z drużyny, a do dyskusji włączyli się też Włosi. Sytuacja stawała się coraz bardziej napięta. Piłkarze się kłócili, a kibice, krzycząc, próbowali wywrzeć presję na Belgu. Ten nie chcąc samotnie podejmować decyzji, wolał skonsultować się ze swoim asystentem. Po chwili wskazał na środek boiska i mecz zaczął się niejako od początku. Hiszpanie wrócili do taktyki z pierwszych minut, która przyniosła im prowadzenie. Włosi nadal nie potrafili znaleźć sposobu na Zamorę. Hiszpan był już mocno poobijany, a mimo to w bramce dokonywał rzeczy niemożliwych. Gospodarze przeważali, ale wynik nie ulegał zmianie. Krótko przed upływem regulaminowego czasu Hiszpanie zdołali przeprowadzić jeszcze jedną szaleńczą akcję a Ramón de la Fuente Leal pokonał Combiego. Okrzyk radości rozległ się w hiszpańskich domach, ale Baert po raz kolejny podjął kontrowersyjną decyzję. Mimo że Hiszpan minął czterech rywali, uznał, że był na pozycji spalonej i bramka nie została zaliczona. Już po mistrzostwach za nieudolne prowadzenie tego meczu, ukarała go jego własna federacja. Hiszpanie mieli dwóch bohaterów. Pierwszym był Zamora a drugim Quincoces, o którym pisano w samych superlatywach: ,,To niemożliwe by opisać jego waleczność. W meczu z Włochami uratował nas od straty trzech bramek. Nie sądzimy, aby ktokolwiek mógł się z nim równać”– pisano w magazynie Campeones. Po raz drugi w historii mistrzostw świata 90 minut nie przyniosło rozstrzygnięcia. W dogrywce poobijani i wyczerpani piłkarze obu drużyn nie byli w stanie zmienić rezultatu. 120-minutowy dreszczowiec dobiegł końca. Regulamin stanowił wówczas, że w takim przypadku konieczne jest powtórzenie meczu. 24 godziny później walka o półfinał zaczęła się od nowa. Na boisko wybiegły te same drużyny, ale nie takie same. W szeregach Włochów zabrakło czterech piłkarzy – Pizziolo, który złamał nogę, Castellaziego, Schiavio i Ferrariego. Zastąpili ich Attilio Ferraris z Romy, Luigi Bertolini i Felice Borel z Juventusu oraz kolejny z „oriundich” Attilio Demaría, który na co dzień występował w Ambrosiana-Inter. Hiszpanie ponieśli jeszcze większe straty i musieli wymienić aż siedmiu zawodników. Ciriaco Errastiego zastąpił w obronie Ramón Zabalo z Barcelony, a w środku zamiast Fede zagrał Simón Lecue z Betisu. Z ataku pozostał jedynie strzelec bramki Luis Regueiro. Na skrzydle zamiast Ramóna de la Fuente Leala wystąpił Martí Ventolrà, który na co dzień reprezentował barwy FC Barcelony, na środku Isidro Lángarę zastąpił Guillermo Campanal z Sevilli, Guillermo Gorostizę zmienił Crisant Bosch z Espanyolu a zamiast José Iraragorriego zagrał Eduardo González Valiño Chacho, który był zawodnikiem Deportivo de La Coruña. Największym osłabieniem był jednak brak Ricardo Zamory w bramce. Poturbowanego bramkarza zastąpił młody Juan José Nogués z Barcelony. Włosi znowu nie mieli zamiaru przebierać w rodakach. Szwajcarski sędzia René Mercet pozwalał naprawdę na dużo. Na bramkę Hiszpanów sunął atak, za atakiem, ale zastępujący Zamorę Nogués spisywał się znakomicie. Musiał jednak skapitulować wobec bezpardonowych ataków gospodarzy. W 11. minucie rzut rożny wykonywał Orsi, a do piłki wyskoczył znakomity Giuseppe Meazza. Wepchnął głową piłkę do siatki, ale niemal stratował przy tym hiszpańskiego bramkarza. Protesty na nic się zdały. Sędzia bramkę uznał. Nie była to jedyna kontrowersyjna decyzja arbitra. Jeszcze w pierwszej połowie nie podyktował dwóch rzutów karnych dla Hiszpanów, a drugiej odsłonie nie uznał im dwóch bramek. Skoro Włosi mieli po swojej stronie arbitra, to trudno było nawiązać równorzędną walkę, tym bardziej że trzech hiszpańskich graczy odniosło kontuzje. Do końca spotkania wynik nie uległ zmianie. Do półfinału awansowali gospodarze, gdzie czekała na nich wspaniała drużyna Austrii. To starcie też przejdzie do historii. Hiszpanie z kolei, mając jedną z najlepszych drużyn w turnieju, musieli się z nim pożegnać. Cztery lata później, kiedy Włosi będą bronić mistrzowskiego tytułu, Hiszpania będzie ogarnięta wojną domową. Kolejny raz na mistrzostwach świata zagrają dopiero szesnaście lat później i to tamten występ przez lata będzie ich najlepszym na mundialach, ale to temat na inną opowieść.
7
Dramatyczny ćwierćfinał we Florencji:
@Adran360
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
@shaun
1
@Adran360 Lubie to za mało powiedziane! Natomiast jeśli chodzi o Copa Sudamericana to mnie już nie pociąga nawet jeśli gra w nim Boca, to już nie ten poziom. No ale zaraz, Sudamericane też transmituje Polsat Sport?
4
@FCBparasiempre
Nie powinniśmy jednak dać się ponieść niemal nierealnym scenariuszom i skupić się na bardziej przewidywalnych faktach: niektórzy Katalończycy również woleliby grać dla Hiszpanii. W zależności od daty przyjęcia FCF do FIFA, zawsze za zgodą RFEF, jej udział w rozgrywkach międzynarodowych rozpocząłby się od mniejszych turniejów. Struktura katalońskiej piłki klubowej wyglądałaby zupełnie inaczej. Obecnie FC Barcelona sprawuje hegemonię, która szkodzi innym katalońskim klubom. Praktycznie je dusi. RCD Espanyol, z wielkiego rywala, który w latach 30. XX wieku walczył o mistrzostwo Katalonii, stał się klubem aspirującym do utrzymania się w krajowej Pierwszej Lidze. Choć kilkukrotnie zdobył Puchar Króla i cieszył się krótkimi, wyjątkowymi okresami sukcesów, od lat 60. XX wieku walczy o utrzymanie w Pierwszej Lidze. Pozostałe katalońskie kluby są w jeszcze gorszej sytuacji. Katalonia, biorąc pod uwagę swój potencjał ludzki i gospodarczy, powinna mieć co najmniej trzy drużyny w Pierwszej Lidze; jednak od kilku lat trzecią drużyną z regionu jest FC Barcelona B. Nie sposób uniknąć porównania z Madrytem, gdzie Real Madryt, który w ostatnich latach również zmonopolizował hegemonię w stolicy, ma za sąsiada konkurencyjny zespół z tytułami krajowymi i międzynarodowymi. Ponadto region Madrytu może pochwalić się dwoma innymi drużynami w Pierwszej Lidze: Rayo Vallecano i Getafe CF. To samo dotyczy Andaluzji, gdzie w Pierwszej Lidze grają cztery kluby, gdzie historyczna dominacja Sevilla FC jest równoważona przez alternatywy, takie jak ich rywale Real Betis w innych okresach, Granada CF w latach 70. i obecnie Málaga CF. Ta ogólna przewaga, jaką oferują kluby Madrytu i Andaluzji nad klubami katalońskimi, nie jest proporcjonalna do potencjału zawodników w tych regionach. Monopol FC Barcelony ogranicza możliwości innych katalońskich drużyn znacznie bardziej niż dominacja Realu Madryt nad drużynami Madrytu lub Sevilli FC nad drużynami Andaluzji. Rozważmy to: ostatni raz, kiedy Katalonia miała trzy drużyny w Pierwszej Lidze, był sezon 2006/07, poprzedni był 1987/88. Musimy cofnąć się do lat 1947/48 i 1948/49, kiedy to Sabadell i Nàstic rywalizowały z Españolem i Barceloną w najwyższej kategorii. W związku z tym w katalońskiej lidze brak dochodów z praw do transmisji, spadek liczby widzów i wynikający z tego brak motywacji do rozgrywek doprowadziłyby do znacznej utraty przez FC Barcelonę pozycji na rzecz rywali. Biorąc pod uwagę wspomnianą utratę statusu symbolu katalońskiej tożsamości – absurdem byłoby organizowanie mozaik z katalońską flagą na Camp Nou przeciwko takim drużynom jak Nàstic czy Hospitalet – FC Barcelona stanęłaby przed poważnymi trudnościami w utrzymaniu dominacji ekonomicznej. Upadek tego potężnego klubu otworzyłby nowe możliwości dla wszystkich rywali. W ten sposób RCD Espanyol, jak już zauważyliśmy, ponownie stałby się głównym rywalem FC Barcelony. Wśród pretendentów pojawiłyby się nowe nazwiska, takie jak CE Sabadell FC, Girona FC i Nàstic … oprócz odrodzenia się historycznych klubów Barcelony, takich jak UE Sants, CE Europa i UE Sant Andreu, a także tych z okolic, takich jak CF Badalona, CE L'Hospitalet i UDA Gremanet. Wszystkie te problemy pogłębiają się z powodu migracji kibiców Barcelony, zniechęconych brakiem intensywności rywalizacji. Obecność tych mniejszych klubów w turniejach międzynarodowych pomogłaby im się rozwijać pod każdym względem. Nie ma wątpliwości, że ten idylliczny obraz katalońskiej piłki nożnej opiera się na obaleniu bardzo złożonej rzeczywistości. Z jednej strony FC Barcelona jest jej czołowym reprezentantem w Hiszpanii i Europie. To klub z setkami tysięcy kibiców i kibiców na całym świecie. Budzi podziw swoimi sukcesami sportowymi. Ale skojarzył swoją nazwę z katalońskim nacjonalizmem, a ta sprawa podważyła jego własną tożsamość. A jeśli propozycja secesjonistyczna osiągnie swój cel polityczny, FC Barcelona definitywnie straci wszystkie te cechy. Prawdziwy dylemat klubu Blaugrana polega na tym, czy potwierdzić obecny kurs i poświęcić się, czy potępić manipulacje i postawić na pierwszym miejscu interesy sportowe i ekonomiczne klubu. FC Barcelona ma większy wpływ niż cała katalońska piłka nożna razem wzięta. Czy powinien z tego zrezygnować jako klub? Istnieje historyczny precedens dla podobnej sytuacji. W 1936 roku, po wybuchu hiszpańskiej wojny domowej, katalońska piłka nożna przeżywała okres naznaczony okolicznościami politycznymi. W sierpniu 1936 roku Generalitat de Catalunya odwołał José Rosicha, przedstawiciela Katalońskiej Federacji Piłkarskiej (FCF) w Hiszpańskiej Federacji Piłkarskiej, wbrew woli Juana Bautisty Roki, który również przez krótki czas pełnił funkcję prezesa federacji regionalnej. 14 dnia tego samego miesiąca do biur FCF przybyła uzbrojona grupa dowodzona przez radnego Barcelony, Ramóna Erolesa. Eroles, działając w imieniu Centralnego Komitetu Milicji Antyfaszystowskich, ogłosił przejęcie Federacji. Od tego momentu FCF podlegała jurysdykcji Katalońskiej Komisji Wychowania Fizycznego i Sportu, a sam Ramón Eroles ogłosił, że obejmuje kierownictwo nad FCF.
W swoich pierwszych wypowiedziach Ramón Eroles głosił potrzebę promowania katalońskiej piłki nożnej niezależnie od hiszpańskiej. W ten sposób chciał wykorzystać zawieszenie rozgrywek krajowych, uzgodnione przez Hiszpańską Federację Piłki Nożnej (RFEF) w październiku 1936 roku. Ponieważ Mistrzostwa Katalonii odbywały się w zwyczajowych terminach, brak Mistrzostw Ligi Narodowej pozostawił cały kalendarz niewypełniony. Podczas gdy z inicjatywy prezesa Valencia FC, Fernándeza Tortajady, kluby walenckie i katalońskie negocjowały organizację rozgrywek międzyregionalnych, Eroles zaproponował różnym organom w ramach Katalońskiej Federacji Piłki Nożnej (FCF) utworzenie Ligi Katalonii z 14 drużynami . Tak rozpoczął się pierwszy poważny konflikt między ideologią secesjonistyczną a interesami zawodowej piłki nożnej w Katalonii.
Sześć klubów zawodowych, przy wsparciu związku zawodowego zawodników, postanowiło rywalizować w Lidze Śródziemnomorskiej, rozgrywkach pomiędzy drużynami z Walencji i Katalonii. To skutecznie odrzuciło pomysł zorganizowania własnej Ligi Katalońskiej . Eroles nadal upierał się, że daty te pokrywają się z barażami o awans do Mistrzostw Katalonii , ale po długich dyskusjach, strajkach zawodników, rezygnacjach, a nawet interwencji sekretarza FEF, Ricardo Cabota – który nic dla Eroles nie znaczył – FCF ostatecznie zezwoliła czterem klubom niebiorącym udziału w barażach o awans na grę z drużynami z Walencji. Było oczywiste, że katalońska piłka nożna wybrała rozwiązanie, które najlepiej odpowiadało jej interesom, ignorując inne względy ideologiczne. Liga Śródziemnomorska, choć daleka od bycia ligą krajową, gwarantowała akceptowalne wpływy z biletów, oprócz rekompensaty finansowej, którą kluby katalońskie uzgodniły z klubami walenckimi za udział. Kluby zapewniły sobie dochody, a zawodnicy pensje. Było oczywiste, że liga regionalna z czternastoma drużynami byłaby finansową katastrofą. Należy zauważyć, że Eroles, ze swoimi lewicowymi poglądami, uważał profesjonalizację sportu za wadę generowaną przez kapitalizm, którą należy wykorzenić. Z tego powodu FC Barcelona i CD Espanyol, wraz z ich profesjonalnymi drużynami, były jego głównymi przeciwnikami. W czasach, gdy przeciwstawianie się komukolwiek oznaczało ryzyko śmierci, zawodowi piłkarze, zorganizowani w związek klasowy, potrafili bronić swojej pozycji z godnością, stawiając solidarność między kolegami z drużyny ponad interesy czysto ideologiczne. Możliwe, że ten brak wsparcia ze strony Serie A dla Ligi Katalońskiej zirytował Erolesa, który musiał zrozumieć i zaakceptować, że prezes Katalońskiej Federacji Piłkarskiej (FCF), jakkolwiek by nie był zwolennikiem lokowania aktywów i antyfaszystą, miał znacznie mniejszą władzę niż dwa najpotężniejsze kluby w regionie. Ten rozdział w katalońskiej zawodowej piłce nożnej zakończył się tournée FC Barcelony po obu Amerykach. Tym samym klub odrzucił propozycję organizacji mistrzostw regionalnych. Oczywiście, wszystkie niezbędne pozwolenia na wyjazd załatwił sekretarz FEF, Ricardo Cabot, ponieważ FCF nie miał jurysdykcji. Tymczasem drużyny z Walencji i Katalonii, motywowane koniecznością finansową, zorganizowały kolejne rozgrywki i ponownie starły się z innymi interesami. Tym razem Granollers SC został wykluczony, nie uczestnicząc w Copa España Libre, które wygrał Levante FC ze znacznym wzmocnieniem ze strony Gimnàstic FC. Kiedy klub Barcelona wrócił z Ameryki pięć miesięcy później, jego skład był już mocno uszczuplony. Zebrane pieniądze, około 12 000 dolarów, zostały zdeponowane w paryskim banku, zapobiegając w ten sposób ich konfiskacie przez rząd republikański lub sam Generalitat. Możliwości rozwoju działalności piłkarskiej zostały ograniczone wyłącznie do Katalonii. W sezonie 1937/38, pozbawiony swoich gwiazd, klub wygrał Campionat de Catalunya z trzypunktową przewagą nad CD Júpiter i FC Badalona, swoimi głównymi rywalami. Poniósł trzy porażki: CD Júpiter 2:0, CD Europa 3:0 i FC Gerona 3:2. CD Espanyol, znacznie słabszy zespół, zajął piąte miejsce. Wiosną 1938 roku Katalońska Federacja Piłkarska (FCF) w końcu doczekała się utworzenia Ligi Katalońskiej z dziesięcioma drużynami (ośmioma z Barcelony lub okolic a także SC Iluro z Mataró i CD Manresa), w której nie brały udziału wszystkie kluby Serie A. Silnie dotknięty wojną, turniej nie miał żadnego znaczenia sportowego ani ekonomicznego a jego celem było jedynie zaprezentowanie wizerunku normalności w katalońskim społeczeństwie, pomimo wojny, i przedłużenie sezonu piłkarskiego. Wreszcie, jesienią 1939 roku, po zakończeniu wojny domowej, Mistrzostwa Katalonii rozegrały swoją ostatnią edycję. RCD Espanyol wygrał zdecydowanie(później zdobywając Puchar Generalísimo) a FC Barcelona zajęła trzecie miejsce, za Gironą FC. Reszta to opowieść na inny raz.
9
@FCBparasiempre
Separatystyczne wyzwanie rzucone przez katalońskie partie nacjonalistyczne społeczeństwu hiszpańskiemu to kolejny rozdział w historii Katalonii. Jego wynik, jakikolwiek by nie był, wykracza poza naszą wiedzę jako analityków piłkarskich. Jednak, tak jak pojawiają się opinie na temat potencjalnych reperkusji w różnych sektorach społeczeństwa, wierzymy, że również w piłce nożnej nastąpią bardzo interesujące zmiany. Pozostaje to jedynie hipotetyczne, ponieważ wydarzenie to jeszcze nie nastąpiło. Ocenimy obecną sytuację i potencjalne konsekwencje ewentualnej secesji politycznej Katalonii. W hipotetycznej Katalonii, utworzonej jako odrębne państwo, Katalońska Federacja Piłkarska ponosiłaby wyłączną odpowiedzialność za piłkę nożną na tym terytorium. Jedną z najbardziej uderzających konsekwencji byłaby całkowita redefinicja FC Barcelony. Jej władze, zwłaszcza w ostatnich latach, podkreślały identyfikację klubu z katalońskimi aspiracjami nacjonalistycznymi, do tego stopnia, że prowadziły do pewnych nieporozumień: zwycięstwa Blaugrany to zwycięstwa Katalonii a Katalończycy powinni wspierać FC Barcelonę, ponieważ reprezentuje ona Katalonię. Ta strategia rzeczywiście się opłaciła, ponieważ kibice Barcelony nigdy nie czuli się tak katalońscy a ich zwycięstwa nad największym rywalem stały się ekstatycznym potwierdzeniem nastrojów antycentralistycznych. Za każdym razem, gdy Barça wygrywa, Katalonia robi kolejny krok w kierunku secesji a przynajmniej tak zaczyna to postrzegać wiele osób. Gdyby jednak doszło do tego rozłamu, FC Barcelona, podmiot zależny od Katalońskiej Federacji Piłkarskiej(FCF), straciłaby swoją wiodącą rolę, ponieważ nie rywalizowałaby już na terytorium wroga a jej nowi rywale byliby równie katalońscy jak oni. Co więcej, biorąc pod uwagę jej siłę i potencjał, stałaby się wrogiem, którego trzeba pokonać: w lidze katalońskiej wszyscy byliby przeciwko FC Barcelonie próbując wygrać za wszelką cenę. Katalońska publiczność nie czułaby już potrzeby wspierania ani masowego świętowania zwycięstw FC Barcelony, ponieważ nie służyłyby one już do potwierdzania żadnej odrębnej tożsamości ani nie miałyby takiej samej wartości sportowej, biorąc pod uwagę, że byłyby odnoszone przeciwko wyraźnie słabszym przeciwnikom. Liga katalońska nie mogłaby również generować przychodów, jakie obecnie generuje La Liga, ponieważ najważniejsze mecze hipotetycznej ekstraklasy, takie jak CE Sabadell – FC Barcelona czy FC Barcelona – FC Girona a także kluczowy mecz FC Barcelona – RCD Espanyol – gdyby klub z Barcelony zachował swoją nazwę? – byłyby wyceniane niżej na rynku międzynarodowym. Krótko mówiąc, FC Barcelona stałaby się klubem, przestałaby być „més que un club” (więcej niż klub ). Niektórzy politycy, pomimo wrodzonej niekompetencji w sporcie, przewidują taki scenariusz i z taką samą łatwością, z jaką składają obietnice, proponują utrzymanie FC Barcelony w lidze hiszpańskiej lub, co jeszcze bardziej nieprawdopodobne, utworzenie ligi iberyjskiej. Ci politycy, nieświadomi lub nieświadomi najmniejszego szacunku dla zasad sportowych, w ten sposób łagodzą obawy przeciętnego kibica Barcelony, który rozumie, że wartość triumfów klubu opiera się na obecnym wysokim poziomie rozgrywek. Odpowiadając na proponowane absurdy w kolejności od najmniej do najbardziej znaczących, aby FC Barcelona mogła utrzymać swoją obecność w lidze, powinna zachować przynależność do RFEF(Królewskiej Hiszpańskiej Federacji Piłkarskiej). Ponieważ odpowiadająca jej federacja regionalna nie jest już częścią RFEF(kluby należą do RFEF poprzez własne federacje regionalne), musiałaby zwrócić się do UEFA o zgodę wraz z odpowiednim uzasadnieniem. Istnieją takie przypadki w Europie, takie jak Derry City w Irlandii(z powodu konfliktu religijnego) lub niektóre kluby walijskie w Anglii(organizacja zawodowej piłki nożnej w Wielkiej Brytanii). Wszystkie te przypadki wiążą się z bardzo specyficznymi okolicznościami i podlegają określonym przepisom. Polityk, który zilustrował tę potencjalną sytuację, porównując ją do sytuacji AS Monaco we Francji, był ignorantem i niekompetentny. AS Monaco jest powiązane z FFF (Francuską Federacją Piłkarską) i dlatego podlega prawu francuskiemu. Jedynym pretekstem, jakiego FC Barcelona mogłaby użyć do afiliacji z RFEF, są względy finansowe, co mogłoby dotyczyć również każdego innego klubu na świecie. Kierując się tymi samymi argumentami, FC Barcelona mogłaby ubiegać się o udział w lidze włoskiej lub francuskiej... co więcej, nikt nie musiałby czekać na wynik konsultacji politycznych: każdy klub na świecie mógłby swobodnie ubiegać się o udział w dowolnej lidze. FIFA z pewnością stłumiłaby ten absurd w zarodku.
Jeszcze bardziej intrygująca jest propozycja utworzenia superligi pomiędzy klubami portugalskimi, hiszpańskimi i katalońskimi. Pomysł nie jest nowy. Krążył w latach 30-tych a nawet 40-tych XX wieku, kiedy obie federacje omawiały turniej iberyjski. To atrakcyjny pomysł; jednakże potencjalna liga iberyjska jest sprzeczna z interesami UEFA. Jednym z osiągnięć Platiniego było rozwiązanie G-14 i włączenie jej do Europejskiego Stowarzyszenia Klubów. To rozwiało widmo ekskluzywnej europejskiej superligi dla najpotężniejszych klubów, poza kontrolą UEFA. Zezwolenie na ligę iberyjską byłoby, analogicznie, zezwoleniem na ligę środkowoeuropejską lub międzybrytyjską... lub(dlaczego nie?) ligę latynoską, obejmującą kluby francuskie i włoskie. Innymi słowy, zaakceptowaniem utworzenia elitarnej superligi. Teraz, gdy federacje narodowe nie istnieją, wróciliśmy do rozmontowanego systemu, w którym kluby mają władzę wyboru ligi, która najbardziej im odpowiada. Oznaczałoby to dewaluację mistrzostw krajowych i utratę kontroli UEFA. A wszyscy wiemy, że nie jest to częścią kalkulacji organu zarządzającego europejską piłką nożną. W każdym razie, decyzja FC Barcelony o nieuczestniczeniu w rzekomo lokalnej lidze jest interpretowana jako gest pogardy wobec innych katalońskich drużyn i odrzucenie poziomu rywalizacji w katalońskiej piłce klubowej. Oczywiste jest, że gigant pokroju FC Barcelona nie przetrwałby w lidze średniej, podobnej do tej na Węgrzech, w Bułgarii czy Norwegii. W ciągu zaledwie kilku lat, wraz z utratą wpływów z transmisji telewizyjnych, klub straciłby swój potencjał a jego dominacja nad lokalnymi rywalami zostałaby ograniczona. W niedalekiej przyszłości FC Barcelona, w najlepszym razie, cieszyłaby się uznaniem podobnym do obecnego Ajaxu lub, z mniejszym powodzeniem, Anderlechtu – historycznych gigantów, które ostatecznie straciły na znaczeniu z powodu gry w mniej konkurencyjnych ligach. Należy przyznać, że zarząd FC Barcelony wykorzystał ruch niepodległościowy do dalszego zacieśnienia więzi ze społeczeństwem katalońskim. Katalońskie partie nacjonalistyczne również wykorzystały FC Barcelonę do szerzenia swojej ideologii niepodległościowej, dzięki jej ogromnej popularności zarówno w kraju, jak i za granicą. Jak dotąd obie strony na tym skorzystały. Jednakże, jeśli dojdzie do secesji Katalonii, FC Barcelona napotka problemy, ponieważ wielkość tej instytucji sportowej nie leży w samej Katalonii, ale w jej sukcesach w hiszpańskiej i europejskiej piłce nożnej. FC Barcelona, która zostałaby zdławiona finansowo w katalońskiej lidze, byłaby zmuszona porzucić swoje najwyższe aspiracje sportowe, te, które obecnie napędzają setki tysięcy kibiców i kibiców na całym świecie. Dlatego też, nie oceniając propozycji secesyjnej jako pozytywnej ani negatywnej, powiemy po prostu, że biorąc pod uwagę obecną strukturę organizacji takiej jak FC Barcelona, państwo katalońskie poza Hiszpanią poważnie zaszkodziłoby interesom sportowym i finansowym klubu. Sytuacja RCD Espanyol, zmarginalizowanego i zapomnianego z powodu secesjonistycznych ideałów, wyglądałaby zupełnie inaczej. Przede wszystkim, w lidze z klubami wyłącznie katalońskimi, klub automatycznie stałby się drugą siłą piłkarską. Co prawda, wpływy z biletów na mecze spadłyby, a utrzymanie najlepszych zawodników byłoby trudne, ale niezależnie od tego, jak bardzo by nie ucierpiał, zawsze byłby mniej dotknięty niż FC Barcelona. Kibice RCD Espanyol nie ucierpieliby tak bardzo jak kibice Barcelony, ponieważ poziom upolitycznienia jest znacznie niższy. Warto pamiętać, że wielu kibiców skromnych katalońskich drużyn to również kibice FC Barcelona. Gdy kataloński nacjonalizm zaniknie, zwłaszcza widząc swoją mniejszą drużynę w najwyższej lidze lokalnej, najbardziej logicznym rozwiązaniem dla nich będzie kibicowanie klubowi najbliższemu ich sercu, czy to Sant Andreu, Gremanet, czy Manresa, na przykład. Kolejnym argumentem przemawiającym na korzyść RCD Espanyol jest niemalże zagwarantowany udział klubu w europejskich turniejach, co w pewnym stopniu zrekompensowałoby spadek przychodów z innych sektorów. W ten sposób, wraz ze znacznym zmniejszeniem różnicy między FC Barceloną a RCD Espanyol, Blanquiazules ponownie staliby się rywalem zdolnym do walki o dominację w hiszpańskiej piłce nożnej. Sytuacja ta jednak nie pociesza, ponieważ warto pamiętać, że Espanyol czterokrotnie w swojej historii zdobył mistrzostwo Hiszpanii, a także dwukrotnie dotarł do finału rozgrywek europejskich. Choć największym przegranym byłaby FC Barcelona, a w mniejszym stopniu RCD Espanyol, należy również zaznaczyć, że katalońska piłka nożna jako całość również by na tym zyskała. Z jednej strony mogliby stworzyć pełną reprezentację narodową, aby rywalizować na arenie międzynarodowej. Jest to żądanie wyrażane w każdym meczu międzynarodowym organizowanym niezależnie przez Katalońską Federację Piłki Nożnej (FCF), meczach zawsze przesiąkniętych silnym komponentem politycznym. Katalońska reprezentacja w pełni zaakceptowałaby kultowy status, który obecnie kojarzy się z FC Barceloną jako reprezentantem Katalonii, sprowadzając go do kwestii czysto sportowych. Łatwo zrozumieć, że dla postawy secesjonistycznej kuszące jest wyobrażenie sobie, którzy piłkarze mogliby znaleźć się w tej katalońskiej kadrze i jaki poziom rywalizacji mogliby osiągnąć. W końcu wielu reprezentantów kraju urodzonych w Katalonii jest członkami reprezentacji Hiszpanii, mistrzami Europy i świata. Przepisy FIFA pozwoliłyby im marzyć jeszcze odważniej, ponieważ wychowankowie mogliby wybrać, którą reprezentację chcą reprezentować: Iniestę, Pedro, Messiego…
7
Jak wyglądałaby katalońska piłka nożna poza RFEF?
@Ogorinho1974
@Safrani
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@Adran360
@1LY0
5
Nie no ja już nie moge patrzeć na Igunie. Serce sie kraje jak sie na to patrzy. Bardzo przykra sprawa...
0
@UriBoyka No powiedzmy...
0
@Malinka Może dlatego że w poprzednich meczach to była swego rodzaju rozgrzewka a teraz to w końcu Wielki Szlem!
3
Jest nowy trener Igi Świątek, jest nowa świerzość w grze... a błędów niewymuszonych Igi coraz więcej i więcej! Ech, bo z dziewczynami nigdy nie wie, oj nie wie sie...
1
@FCBparasiempre
To, że papież Franciszek kibicuje San Lorenzo jest oczywistością. Komu innemu miałby kibicować? Urodził się w grudniu 1936 roku we Flores, „barrio” położonym tuż obok Almagro, gdzie trzy dekady wcześniej ksiądz Lorenzo zakładał tę drużynę. Ojciec przyszłego papieża występował w drużynie koszykarskiej San Lorenzo a on sam jako dziecko chodził na mecze z mamą. Kiedy mówi się że osoba publiczna kibicuje jakiejś drużynie często można podejrzewać że mamy do czynienia raczej z pobieżnym zainteresowaniem albo z zachowaniem na pokaz niż prawdziwą pasją ale w przypadku Franciszka z pewnością jest inaczej. Jeśli wśród tłumu pielgrzymów na placu Świętego Piotra dostrzeże kogoś w koszulce San Lorenzo albo z flagą w barwach zespołu, z pewnością go pozdrowi, jeśli zaś drużyna właśnie wygrała mecz może nawet pokazać wynik na palcach obu dłoni. Na jego audiencjach nie brakuje grup owiniętych w argentyńskie flagi, wyglądających raczej na kibiców niż pątników. Ci, którzy pracują z nim na co dzień, zapytani o jego futbolowego konika podnoszą oczy ku niebu, ponoć mówi o piłce przy każdej okazji. W 2013 roku, kiedy kardynał Bergoglio został wybrany na papieża i przyjął imię Franciszek, San Lorenzo już od sześciu lat niczego nie wygrało(ostatni sukces odniosło w Clauzurze w 2007 roku). Teraz jednak natychmiast zwyciężyło w Aperturze, co robiło tym większe wrażenie że rok wcześniej klub ledwo uniknął degradacji i uginał się pod ciężarem długów. Nowy prezes Lammens zapewnił jednak zespołowi finansowo stabilizacją a trener Juan Antonio Pizzi zaproponował nowy sposób gry. Wkrótce po zdobyciu mistrzostwa Pizzi przeprowadził się jednak do Walencji, co oznaczało że drużyną w walce o Copa Libertadores pokieruje Edgardo Bauza, człowiek, który w 2008 roku wygrał te rozgrywki z urugwajskim Liga de Quito a triumf w Libertadores wiele znaczył dla San Lorenzo, dość powiedzieć że kibice innych drużyn nieustannie tłumaczyli skrót na klubowym herbie nie jako klub Atletico San Lorenzo de Almagro ale jako klub Atletico Sin Libertadores de America, czyli bez Copa Libertadores. Wrażenie że szykuje się coś wyjątkowego pojawiło się w trakcie ostatnich meczów fazy grupowej. Chilijski Union Espaniola był już pewien awansu do dalszych gier a Botafogo miało dwa punkty przewagi nad samym Lorenzo i ekwadorskim Independiente del Valle. Oznaczało to że aby grać dalej Argentyńczycy muszą pokonać u siebie Botafogo i liczyć że Independiente nie wygra w Chile a gdyby zdołało to jednak zrobić, to wtedy San Lorenzo powinno wbić Botafogo o dwa gole więcej niż strzeli drużyna z Ekwadoru. Do przerwy wszystko było pod kontrolą. San Lorenzo prowadziło po golu Villalby a Union i Independiente zremisowały 1:1. W 48 minucie jednak Daniel Angulo zdobył swojego drugiego gola dla Independiente. Pięć minut później Piatti podwyższył prowadzenie San Lorenzo ale do awansu wciąż brakowało mu jednego trafienia. Tymczasem Angulo strzelił po raz kolejny ale Matias Campos odpowiedział golem kontaktowym. Do końca obu meczów pozostawało pół godziny. Fernando Leon z Indepediente zdobył gola samobójczego i w Chile było 3:3, znów wydawało się że San Lorenzo powinno awansować. Kiedy zaś Gustawo Canales podwyższył z rzutu karnego prowadzenie Union na 4:3, sytuacja zrobiła się dosyć bezpieczna. Ale 5 minut później Angulo strzelił swoją czwartą bramkę a potem Junior Sornoza z jedenastki ustalił wynik spotkania na 5:4 dla Independiente. Do końca meczu San Lorenzo pozostawały już tylko dwie minuty, kiedy Piatti doskoczył do drugiej piłki i huknął potężnie pod poprzeczkę. Stadion Nuevo Gasometro eksplodował ale po ostatnim gwizdku nasłuchiwano jeszcze wieści z Chile. Kiedy potwierdziło się że Independiente wygrało tylko jedną bramką, radość z awansu była pełna. „Wszyscy myśleli że jesteśmy martwi tylko zapomnieli nas zabić. Nasz zespół przeszedł już nie jedno ale zawsze była to drużyna wojowników. Zdarza nam się grać słabo ale nawet wtedy nie przestajemy walczyć"- skomentował Piatti.
W innej rundzie San Lorenzo wygrało po rzutach karnych z Gremio a w ćwierćfinale okazało się lepsze od Cruzeiro(w dwumeczu było 2:1). Losowanie półfinałów było dla Argentyńczyków pomyślne: trafili na Bolivar, fatalnie grający na wyjazdach, choć niebezpieczny na własnym terenie, w położonym wśród wysokich gór La Paz. Piłkarze Bauzy załatwili więc sprawę u siebie wygrywając 5:0 i porażka 0:1 w Boliwii nie miała już znaczenia i po raz pierwszy w historii klubu San Lorenzo awansowało do finału Libertadores. Nie było już jednak to samo San Lorenzo, które rozpoczynało rozgrywki. Obiecujący młody napastnik Angel Correa został sprzedany do Atletico Madryt, gdzie zresztą podczas testów medycznych wykryto u niego wadę serca a Piattiego, bohatera fazy grupowej oddano do Montreal Impact akurat pomiędzy dwoma meczami finałowymi. Tak wygląda smutna rzeczywistość argentyńskiej piłki, żaden klub nie jest w stanie zatrzymać swych najlepszych piłkarzy na dłużej. W pierwszym meczu finałowym argentyńska drużyna zremisowała na wyjeździe z paragwajskim Nacionalem 1:1. Spotkanie rewanżowe przebiegało w nerwowej atmosferze a obie drużyny popełniały mnóstwo błędów ale ostatecznie San Lorenzo wygrało po rzucie karnym wykorzystanym przez zażywnego Nestora Ortigozę. Tamtego wieczora nie chodziło jednak o widowisko, tylko o 66-letni dług spłacony wreszcie przez Copa Libertadores drużynie San Lorenzo. „Wiemy że wszystkie argentyńskie kluby mają problemy ekonomiczne ale jesteśmy dumni z tego co osiągnęliśmy. Pokazaliśmy że wcale nie odstajemy od tych Gigantów, których wciskają nam media. Kiedy pierwszy raz rozmawialiśmy z Bauzą powiedział że nie potrzebuje dużych transferów, musi natomiast przygotować drużynę mentalnie na wyzwania związane z grą w Copa Libertadores. Nawet jak grasz sobie ładnie tydzień w tydzień, to w Libertadores nie możesz tracić koncentracji na ułamek sekundy. Robisz jeden błąd i wylatujesz"- mówił Marco Tinelli- wiceprezydent San Lorenzo. Nikt chyba nie radował się z tego sukcesu bardziej od Leandro Romagnolego. Ten staromodny już z pewnością drybler, który budził w Argentynie nostalgię za Złotym Wiekiem pasował do stylu swojej drużyny, chętnie odwołując się do starej szkoły i grającej mniej wertykalny i frenetyczny futbol niż czyni to większość klubów argentyńskich wyznających ideę Marcelo Bielsy. San Lorenzo kibicował od dziecka a kiedy zadebiutował w tym klubie jako 17-latek obiecywał matce że przejdzie wraz z nim do historii. W 2001 roku wygrał Clausure i występował w reprezentacji, która zdobyła Mistrzostwo Świata do lat 20-tu, 3 lata później przeszedł jednak do Vera Cruz a potem Sportingu. Słowa dotrzymał więc dopiero po powrocie do klubu w 2009 roku, kiedy miał już 33 lata. Owacja, jaką kibice zgotowali mu na kilka minut przed końcem, kiedy Bauza(być może właśnie ze względów sentymentalnych) zdjął go z boiska, była z pewnością godna chwili. Tak czy inaczej po zdobyciu 15 tytułów mistrza kraju San Lorenzo zostało w końcu ósmym argentyńskim klubem, który wygrał Copa Libertadores i przestało być definiowane przez owo „Sin Libertadores". „Myślę o radości fanów, o tym co dla nich znaczy to zwycięstwo. Nigdy czegoś podobnego nie przeżyli a my mogliśmy im to teraz ofiarować. Wielu z nich ma 80 czy 90 lat. Czekali na to całe życie"- mówił Romagnoli. Dzień po zwycięstwie w Libertadores delegacja piłkarzy poleciała z Pucharem do Rzymu na spotkanie z papieżem, podobnie zresztą jak w grudniu po wygraniu ligi. „Cieszę się bardzo ale oczywiście nie był to żaden cud"- powiedział Franciszek trzymając z wyraźną dumą puchar. Miesiąc później ogłoszono zawarcie porozumienia z Carrefourem na mocy którego w 2018 roku klub powinien był przeprowadzić się na nowy obiekt, z powrotem w Bodeo, który musiał opuścić w 1979 roku a stadion miał nosić imię papieża.
Radość z sukcesu San Lorenzo przekracza jednak wymiar lokalny, cieszyli się nim nie tylko kibice klubu, który odzyskiwał wreszcie poczucie własnej wartości, naruszone przed laty przez utratę stadionu, lecz podzielały ją szersze kręgi społeczeństwa. Oto mimo wszystkich spowijających argentyńską piłkę mroków i oczywistego kryzysu ekonomicznego tutejsze kluby wciąż potrafiły wygrywać międzynarodowe rozgrywki. „Po pięcioletniej przerwie argentyński zespół znów wygrał Libertadores"- głosiła „La Gaceta The Tucuman" pod nagłówkiem „Narodowa duma". Niezależnie od tej dumy jednak prawdziwym wyznacznikiem poziomu argentyńskiej, czy szerzej: południowoamerykańskiej piłki klubowej były występy San Lorenzo i Estudiantes w klubowych mistrzostwach świata, turnieju, który zastąpi Puchar Interkontynentalny i w którym oprócz drużyn z Europy i Ameryki Południowej uczestniczyły także zespoły z Afryki, Azji a także Ameryki Północnej i Środkowej. W 2009 roku Estudiantes uległo FC Barcelonie po dogrywce dopiero w finale ale w 2014 roku San Lorenzo potrzebowało dogrywki żeby w półfinale poradzić sobie z Auckland City FC a później przegrało z Realem Madryt 0:2 po jednostronnym meczu. Na „El Monumental” płakali nawet dorośli mężczyźni. Pod „Obelisco” z kolei bawili się jak dzieci w strugach deszczu. 19 lat po tym, jak Enzo Francescoli poprowadził River Plate do drugiego zwycięstwa w Copa Libertadores drużyna wygrała te rozgrywki po raz trzeci, stając się też pierwszym zespołem, który zwyciężył i w Sudamericana i w Recopa i w Libertadores. Zresztą jak na drużynę, która przeżyła w tych ostatnich rozgrywkach nie jedną traumę, przyszło jej to zaskakująco łatwo: wyjazdowy mecz z meksykańskim Tigres, w San Nicolas de los Garza zakończył się bezbramkowym remisem a u siebie River wygrało 3:0 dzięki szczupakowi Lucasa Alario tuż przed przerwą, trafieniu Carlosa Andresa Sancheza z karnego i kolejnej główce, tym razem Ramiro Funesa Moriego w drugiej połowie. Radość i emocje były z pewnością szczere, nawet jeśli towarzyszyło im poczucie że najtrudniejszy mecz odbył się dużo wcześniej, w ćwierćfinale, kiedy trzeba było odrabiać straty po porażce u siebie z Cruzeiro 1:0 aby ostatecznie wygrać 3:1. Chociaż w drużynie Marcelo Gallardo zdarzało się grać naprawdę nieźle już w poprzednim sezonie, z grupy wyszła z najgorszym bilansem spośród wszystkich awansujących dalej zespołów, po zaledwie jednym zwycięstwie i z 7-punktową stratą do Tigres. W losowaniu River wpadło na Boca, wygrało u siebie 1:0 a rewanż na „La Bombonerze” został przerwany po tym, jak w przerwie meczu kibice gospodarzy rozpylili w tunelu prowadzącym na murawę gaz pieprzowy, niezbyt satysfakcjonujący sposób wygrywania derbów. „Historię tego klubu tworzą zwycięstwa w takim właśnie stylu"- mówił pomocnik Leonardo Poncio ale prawda wyglądała zupełnie inaczej. Nie był to przecież triumf odniesiony dzięki ofensywnej i pełnej rozmachu grze, lecz raczej wymęczona wygrana. Zapewne tylko najwięksi fundamentaliści przejmowali się stylem, choć warto zauważyć że mówił on wiele na temat tego, jak wyglądają mecze Copa Libertadores w XXI wieku. „Był to mecz stojący na bulwersująco niskim poziomie. Festiwal niecelnych podań(ponad 70 w samej pierwszej połowie) i ostrych wślizgów. Jeśli potraktować to jak wizytówkę, różnica między finałem Copa Libertadores a finałem Ligi Mistrzów jest smutną ilustracją przepaści, która dzieli futbol z obu kontynentów. Chyba tylko najstarsi fani opuszczając El Monumental mogli tonować euforię wspomnieniami z czasów, w których River Plate było uosobieniem arystokratycznego rozmachu ale które z perspektywy 2015 roku wydawały się jedynie wytworem ich fantazji"- pisał Tim Vickery, najlepiej znający się na futbolu z Ameryki Południowej Europejczyk. River świętowało więc tak samo jak San Lorenzo czy Estudiantes ale nikt przytomny nie mógł przecież traktować tych zwycięstw na równi z dawnymi sukcesami Estudiantes w latach 60-tych, Boca i Independiente w 70-tych czy całego szeregu innych argentyńskich klubów, wliczając w to River w latach 80-tych, kiedy Copa Libertadores i Puchar Europy cieszyły się podobną renomą. Międzynarodowe sukcesy argentyńskich drużyn świadczą jedynie o tym że tamtejszy Football klubowy przy wszystkich swoich słabościach nie wygląda aż tak źle jak brazylijski.
4
@FCBparasiempre
Powierzenie Bilardo reprezentacji kraju po tym, jak w 1982 roku wywalczył Campeonato z Estudiantes było dla tego klubu prawdziwym ciosem. Choć w kolejnym roku drużyna zdołała jeszcze wygrać ligę Nacional pod wodzą Eduardo Manery(jednego z tych, którzy trafili do więzienia po finale Pucharu Interkontynentalnego 1969 roku) wkrótce znalazła się na równi pochyłej. W sezonie 1993/94 Estudiantes spadło nawet z Ligi, jednak natychmiast zdołało do niej wrócić, w czym spory udział miał 19-letni Juan Sebastian Veron. W 1996 roku zawodnik ten odszedł wprawdzie do Boca a wkrótce potem wyjechał do Włoch ale 10 lat później wrócił, nadal w pełni sił i wciąż zdolny do rozszczelniania defensywy rywali precyzyjnymi prostopadłymi podaniami. „Chcę pomóc drużynie na nowo zwyciężać w rozgrywkach międzynarodowych"- zapowiadał. Klub był już ponownie na fali wznoszącej ale mimo wszystko ta deklaracja brzmiała hurraoptymistycznie. Inna sprawa że w 2003 roku do zespołu wrócił Bilardo, który dał szansę grupie utalentowanych młodych graczy; wśród nich szczególnie wyróżniali się Jose Sosa i Marcos Angeleri. I chociaż po roku ex selekcjonera już w Estudiantes nie było, następcy mieli na czym budować. Pod Reinaldo Merlo drużyna zajęła czwarte miejsce w Aperturze i Clasurze, później przeszła chwilowy kryzys pod wodzą Burruchagi ale w końcu jej szkoleniowcem został Diego Simeone. Dawny reprezentacyjny pomocnik zbudował zespół odwołujący się do najlepszych tradycji klubu: w dziewiętnastu meczach apertury sezonu 2006/07 jego podopieczni stracili tylko 12 goli. Przed ostatnią kolejką na czele tabeli znajdowało się wprawdzie Boca Juniors ale po przegranej u siebie z Lanus 1:2 straciło trzypunktową przewagę a że Estudiantes zwyciężyło 2:0 z Arsenalem, o mistrzostwie kraju miał zadecydować dodatkowy mecz. Dzięki golom Sosy i Mariano Pavone Estudiantes wygrało to starcie 2:1 i po 23 latach przerwy znów cieszyło się z tytułu. Wspominając o późniejszych sukcesach Diego Simeone z Atletico warto mieć świadomość że to właśnie tamta drużyna z Argentyny ucieleśniała jego ideał futbolu. „Nie zapominajcie o Estudiantes. To był zespół, który miał wszystko co moim zdaniem najlepsze w piłce: praktyczność, zaangażowanie, zbiorowy wysiłek, talent, prostotę"- mówił po latach Cholo. Z Boca Juniors ekipa Simeone wygrała po raz pierwszy od 10 lat. Owszem miała trochę szczęścia(rywale dwukrotnie trafili w słupek) ale piłkarze Simeone potrafili szczęściu pomóc. „Zawsze powtarzałem że poprzeczka i słupek to część boiska. Gdyby ich nie było siatka musiałaby wisieć w powietrzu"- mówił. Z pewnością doświadczenie z tamtego meczu przydało mu się w 2013 roku, kiedy prowadził Atletico w finale Pucharu Króla przeciwko Realowi Madryt, klubowi, którego „Los Colchoneros” nie potrafili pokonać w poprzednich 26 meczach derbowych. „Nie ulega kwestii że są lepsi od nas ale to nie oznacza że wygrają"- przyznawał Argentyńczyk. Było to zdanie bardzo charakterystyczne dla mentalności zawodników Velezu Sarsfield, gdzie zaczynał karierę piłkarską i właśnie dla Estudiantes.
„Myślisz że zdołasz ograć Messiego i Ronaldo?"- usłyszał Simeone od 9-letniego syna po tym, jak powiedział mu że będzie trenerem Atletico. Zadanie wydawało się niewykonalne a jednak ojciec mu sprostał wbijając chłopca w dumę ale też każąc za sobą tęsknić bo im większe odnosił sukcesy w Hiszpanii, tym rzadziej mógł spędzać czas z rodziną w Argentynie. Propozycja z Madrytu również odwoływała się do emocji Simeona. W latach 90-tych Argentyńczyk występował w Atletico przez 3 lata, w rozgrywkach 1995-96 sięgając po mistrzostwo i puchar kraju a w 2003 roku wrócił do stolicy Hiszpanii jeszcze na półtora sezonu. Jakkolwiek jednak był pewny swoich umiejętności trenerskich, to przecież nie mógł się chyba spodziewać tego co osiągnie z tym zespołem. Niezależnie od dobrze udokumentowanej zdolności Atletico do autodestrukcyjnego kabaretu, istniała wszak również bariera finansowa. Wedle opublikowanej w kwietniu 2011 roku przez magazyn „Forbes” listy najbogatszych klubów świata roczne przychody „Rojiblancos” wynosiły 153 miliony dolarów czyli dużo mniej od FC Barcelony(488 milionów) i Realu(537 milionów). Na rok przed powrotem Simeone zarząd musiał sprzedać Sergio Aguero i Dawida De Gee, czym dodatkowo osłabił drużynę, która nawet z nimi zajęła dopiero siódme miejsce w lidze. Kiedy Argentyńczyk został zatrudniony zespół znajdował się na 11 miejscu i tylko cztery punkty nad strefą spadkową a mimo to już w pierwszym roku pracy Simeona zdołał awansować do Ligi Europy. Rok później Atletico było trzecią siłą w Hiszpanii a w sezonie 2013/14 po raz pierwszy od 1996 roku zdobyło mistrzostwo Hiszpanii i tylko sekundy dzieliły „Los Colchoneros” od pokonania Realu w finale Ligi Mistrzów. W kolejnych latach większość europejskich klubów podążała szlakiem wytyczonym przez Pepa Guardiole i Jurgena Kloppa stosując intensywny pressing i błyskawiczne przejścia z obrony do ataku więc przy tych innowatorach piłkarskich styl Simeone wydawał się coraz bardziej staromodny ale i tak zdołał on zapewnić Atletico udział w kolejnym finale Ligi Mistrzów i następne zwycięstwo w La Liga w sezonie 2020/21. Po odejściu z Estudiantes Simeone doprowadził River do wygrania Clauzury w sezonie 2007/08 ale Apertura kolejnych rozgrywek zaczęła się bardzo kiepsko. Po szybkim odpadnięciu z Copa Libertadores i z Copa Sudemericana drużynie trafiła się seria 11 meczów bez zwycięstwa. Kiedy znalazła się na ostatnim miejscu tabeli Simeone podał się do dymisji. Później doprowadził San Lorenzo do udziału w eliminacjach Copa Sudemericana oraz uratował od spadku Catanię i Racing. Jedynym jego niepowodzeniu w roli szkoleniowca pozostaje więc River. „Trenerzy mają lepsze i gorsze chwile. W mojej karierze wszystko potoczyło się błyskawicznie. Zły moment musiał się przydarzyć. Myślę że to doświadczenie z River tylko mnie wzmocniło: zrozumiałem i dzięki niemu że czasami żeby pójść do góry trzeba najpierw upaść"- mówił przyszły trener Atletico. Jednak seria meczów bez wygranej miała swoje konsekwencje, Simeone przyznawał że prowadząc zespół w 14 ze 116 spotkań, które ostatecznie doprowadziły River do spadku z Ligi ponosił część odpowiedzialności za katastrofę. Roberto Perfumo portretował go jako „urodzonego trenera" i tak naprawdę niewiele spośród tych, którzy zachwalali zdolności przywódcze „Cholo” w trakcie kariery piłkarskiej było zdziwionych tym, co osiągnął jako szkoleniowiec. Sam mówił że jego największym problemem jest to że nie umie przestać myśleć o futbolu. „Chodzę do kina we wtorki i czwartki ale jeśli film mnie nudzi, aktorzy się gdzieś rozmywają i znowu widzę piłkarzy: Jak mogę ich poustawiać, jak podwoić krycie na skrzydle?"- opowiadał. Do grających za granicą najlepszych argentyńskich piłkarzy dołączyli więc najlepsi trenerzy a że najwyższy poziom współczesnego futbolu oferują kluby europejskie trudno się dziwić że przyciągnęły także odnoszącego już pierwsze sukcesy w ojczyźnie Simeone. Jak niejeden przed nim szkoleniowiec Atletico wkrótce miał się jednak spotkać ze sceptycyzmem albo wręcz otwartą wrogością wielu Argentyńczyków, niechętnych rodakom, którym powiodło się za granicą. Sam opowiadał o pewnym zdarzeniu z grudnia 2012 roku, kiedy Atletico zajmowało akurat drugie miejsce w tabeli ligi hiszpańskiej. Udzielił wtedy wywiadu jednej z argentyńskich gazet i postanowił jeszcze rzucić na niego okiem z madryckiej oddali, w wersji online. Jak sam mówi popełnił błąd zaglądając do komentarzy. „Na pierwszych dziesięć 8 było okrutnych, jeden człowiek nie mógł się zdecydować czy mnie lubi czy nie a jeden życzył mi śmierci. Zastanawiam się dlaczego Argentyńczycy są tacy niesprawiedliwi? Dlaczego tak się wzajemnie poniżają?" Z pewnością problem nie był nowy ale fakt że tak niewiele piłkarskich talentów w tamtym czasie decydowało się na pozostanie w kraju z pewnością nie sprzyja poprawie sytuacji.
Po odejściu Simeona do River w Estudiantes pracowali Roberto Sensini i Leonardo Estrada; drużyna odpadła z Copa Libertadores na etapie walki o ćwierćfinał a w lidze zajęła trzecie i szóste miejsce. W końcu jednak dość niespodziewane zatrudnienie Alejandro Sabelli pozwoliło klubowi wspiąć się na wyższy poziom. Chodziło wprawdzie o byłego piłkarza Estudiantes ale w wieku 54 lat nie miał żadnych doświadczeń w samodzielnej pracy z piłkarzami a większość kariery trenerskiej spędził asystując Danielowi Passarelli. Po dwóch latach pracy ów zaskakujący wybór zarządu przyniósł jednak klubowi najwięcej sukcesów od czasu gdy drużynę prowadził Zubeldia. Sabella zdawał sobie sprawę ile zawdzięcza swemu najsłynniejszemu piłkarzowi: „Veron to najważniejszy zawodnik w dziejach Estudiantes. Jego decyzja o powrocie do klubu i fakt że na każdym treningu daje przykład młodszym zawodnikom to coś wyjątkowego. Zawiesił poprzeczkę bardzo wysoko a kiedy juniorzy widzieli Jak trenuje musieli myśleć: »Halo, przecież to jest Veron! Facet wygrał wszystko a teraz tak zasuwa! Jakże ja miałbym nie pracować równie ciężko?«. Wywar wielki wpływ na szatnię. Tutaj dorastał i miał swój udział w historii tego klubu jeszcze zanim się urodził ale przeszedł drogę od bycia synem tego Verona do punktu, w którym to o jego ojcu mówiono »tata tego Verona«. Miał wielki talent i rzadko umiejętność czytania gry. Historia argentyńskiej piłki nie zna wielu takich przypadków a przecież muszę jeszcze wspomnieć o duszy Sebastiana bo to ona sprawiała że jego koledzy potrafili czasem grać powyżej swoich umiejętności". Estudian też zakończyło rozgrywki grupowe Copa Liberta zaraz w 2009 roku na drugim miejscu po Cruzeiro. W pierwszym starciu fazy pucharowej drużyna pokonała 3:0 Libertad po golu jasnowłosego Gastona Fernandesa na samym początku spotkania i dwóch trafieniach(jednym z karnego) wszędobylskiego napastnika Mauro Bossellego, którego późniejszy pobyt w Wigan nie okazał się już aż tak udany. Bezbramkowy remis w Paragwaju przypieczętował awans do ćwierćfinału, gdzie dzięki znakomitej postawie obrońców udało się dwukrotnie wygrać 1:0 z Defensorem Sporting. Pierwszy mecz półfinałowy u siebie z Nacionalem zakończył się kolejnym zwycięstwem 1-0 po główce Diego Galvana i choć w Montevideo Estudiantes dało sobie w końcu wbić gola, to dwie bramki Bossellego przypieczętowały awans do finału, Gdzie znów trzeba się było zmierzyć z Cruzeiro. Pierwszy mecz na własnym boisku w La Placie skończył się bezbramkowy remisem a podczas rewanżu w Belo Horizonte to gospodarze wyszli na prowadzenie po strzale Henryka I rykoszecie, który zmylił bramkarza. Była 52 minuta ale 5 minut później operujący w głębi pola Veron uruchomił precyzyjnym podaniem biegnącego po skrzydle bocznego obrońcę Christiana Cellaya. Ten dośrodkował, bramkarz Fabio minął się z piłką i Gaston Fernandez z najbliższej odległości strzelił gola dla Estudiantes. 16 minut później gościu prowadzili już 2:1 po rzucie rożnym Verona i główce Bosellego. Veron dotrzymał obietnicy i podobnie jak ojciec pomógł Estudiantes sięgnąć po Copa Libertadores. „Mój syn wrócił tutaj w 2006 roku z prostą ale niemal niemożliwą do spełnienia ideą: pomoc w drużynie znów wygrać rozgrywki międzynarodowe. Miał wiele ofert ale wybrał klub, o którym nigdy nie zapomniał, jego własny klub. Takie marzenia ma każdy kibic ale on je spełnił"- mówił Juan Ramon Veron. Ślad za tym sukcesem przyszło zwycięstwo w aperturze sezonu 2010/11, później jednak zaczęła się kolejna wyprzedaż i ciągłość sukcesów została zerwana. Żeby następny argentyński zespół wygrał CopaLlibertadores musiało minąć 5 lat.
5
Estudiantes, San Lorenzo, River Plate oraz “Cholo”:
@Adran360
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@MoralnyKarzel
@Ogorinho1974
@Sysia11
1
@Adran360 Nie miałem za bardzo czasu ani siły więc odpisuje dopiera teraz. Słuchaj ja mam Polsat Sort ale zacznijmy od tego tego że transmisje nocne absolutnie mi nie odpowiadają, no chyba że wziąłbym urlop w robocie- to po pierwsze. Natomiast po drugie i co najważniejsze, mój ukochany klub w strefie Conmebol właśnie co dopiero odpadł z rozgrywek a inne mnie nie interesują na tyle żeby zarywać nocki a nawet oglądać retransmisje. Raczej dobrze wiesz o jaki mój klub chodzi........?
12
Pierwszy w dziejach Blaugrany finał najważniejszego z pucharów:
31 maja 1961 r. FC Barcelona po raz pierwszy w historii zagrała w finale Pucharu Europy Mistrzów Klubowych. Dramatyczny pojedynek z Benfica Lisbona zakończył się porażką 2:3. Już w 20 minucie genialny główkarz Sandor Kocsis wyprowadził Barçe na prowadzenie właśnie strzałem głową. Dziesięć minut później Portugalczycy wyrównali a po dwóch kolejnych minutach wyszli na prowadzenie po fatalnym błędzie Ramalletsa. Bramkarz Barçy tak niefortunnie wybijał piłke podbitą wysoko do góry przez swojego obrońcę że wrzucił ją sobie do bramki. W drugiej połowie wynik podwyższył mocnym strzałem z woleja zza pola karnego znakomity Mario Coluna i Blaugranie na nic się zdało jeszcze piękniejsze trafienie Czibora, który huknął z lewej nogi w samo okienko. W drugiej połowie meczu ataku serca doznał siedzący na trybunach prezydent Benfiki Mauricio Vieira de Brito. Takie nerwy nie mogły dziwić. W całym meczu piłkarze Barçy czterokrotnie trafiali w słupek bądź poprzeczke. Legenda głosi iż ten mecz walnie przyczynił się do zmiany przekroju obramowania bramki z prostokątnego na kolisty. Legenda legendą, jednak trzeba przyznać że jak ktoś ma pecha… to mu w drewnianym kościele spadnie cegła na głowę. Przecież wówczas Barça miała naprawdę silną ekipe na czele z genialnym Kubalą, Luisem Suarezem, Sandorem Kocsisem, Evaristo de Macedo czy choćby wspomnianym Ramalletsem. W 1/8 tych rozgrywek Barça odprawiła z kwitkiem sam Real Madrid! No cóż, jak wiemy w futbolu trzeba mieć też dużo szczęścia a na stadionie „Wankdorf” w Bernie ewidentnie go ,,nam” zabrakło.
@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@Kapitan hawk
@Gary
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360
1
Pragnę pogratulować triumfu PSG w Lidze Mistrzów. Pięknie i skutecznie grali od samego początku rozgrywek pod wodzą najlepszego trenera na świecie- Luisa Enrique. Wspaniale byłoby widzieć "Lucho" jeszcze raz w naszej Barcuni...
11
Debiut katalońskich legend:
31 maja 1919 roku, FC Barcelona rozegrała mecz towarzyski na starym boisku „Camp del Carrer Indústria” z reprezentacją złożoną z piłkarzy państw alianckich, które niedawno wygrały I wojnę światową (Francuzów, Belgów i Anglików). Było to bardziej symboliczne wydarzenie niż cokolwiek innego, z mnóstwem machania flagami narodowymi poszczególnych krajów a wynik, zwycięstwo Barcelony 2-0, był akademicki. Jednak było coś w tym meczu, co uczyniło go szczególnie monumentalnym wydarzeniem w historii naszego klubu. Był to pierwszy występ w koszulce Barçy dla Ricardo Zamory, bramkarza-palacza, który przybył do klubu po zdobyciu mistrzostwa Katalonii z Espanyolem. „Divine One” był niezwykłym bramkarzem i to właśnie od jego nazwiska pochodzi nazwa Zamora Trophy, przyznawana do dziś najlepszemu bramkarzowi sezonu. Po trzech latach gry w Barçy Zamora wrócił do Espanyolu i zakończył karierę grając w Realu Madryt. Chociaż kibice przychodzili głównie po Zamorę, pod koniec meczu inny debiutant również sprawił, że zaczęli o nim dyskutować. 17-latek o nazwisku Josep Samitier olśniewał na boisku i zdobył drugiego gola tego dnia wspaniałym strzałem głową z rzutu rożnego. Samitier (1902-1972) był przeznaczony do zostania najbardziej legendarnym piłkarzem FC Barcelony na początku XX wieku i ikoną pierwszej „Złotej Ery” klubu w latach 20. XX wieku. Nie tylko był wspaniałym piłkarzem, ale także emanował charyzmą poza boiskiem, był absolutnym dżentelmenem i nieustannie pasjonował się wszystkim, co dotyczyło Barcelony. Wyprzedzał swoje czasy pod wieloma względami i przyciągał tak wielką publiczność, że mówi się, iż to jego nazwisko było głównym powodem, dla którego klub zmuszony był opuścić „Carrer Indústria” i zbudować większy i lepszy „Camp de Les Corts”. „Sami” pozostał w drużynie do 1932 roku, rozegrał 504 mecze i strzelił niesamowite 361 goli. Z takimi pseudonimami jak „Człowiek Homar” i „Magik” Samitier miał u stóp piłkarskie fantazje. Nie tylko miał tempo i umiejętności, zarówno lewą, jak i prawą nogą, ale słynął również ze swojej niezwykłej zdolności do skakania – co czyniło go niemal niemożliwym do pokonania w powietrzu. W jego sposobie gry było coś anarchicznego i improwizowanego, co sprawiało, że obrońcy drużyny przeciwnej musieli go nieustannie rozszyfrowywać. Mówiąc wprost, był piłkarskim „showmanem” swoich czasów.
Mimo że pierwotnie grał w pomocy, był tak skutecznym strzelcem, że wkrótce zaczął być wystawiany jako środkowy napastnik – strzelał bramki z mocą i precyzją, a często pojawiał się znikąd i strzelał gole głową. Był także członkiem pierwszej reprezentacji Hiszpanii, która pojechała na igrzyska olimpijskie do Antwerpii w 1920 r. (wówczas były to Mistrzostwa Świata) i wróciła ze srebrnym medalem. Wielu uważało go za najlepszego napastnika na świecie swoich czasów. Po tym, jak pomógł Blaugranie zdobyć tytuł mistrza Hiszpanii w jej inauguracyjnym sezonie w 1929 r. oraz zdobył pięć Pucharów Hiszpanii i dwanaście Mistrzostw Katalonii(!), spór z zarządem doprowadził do jego odejścia do Madrytu w 1932 r. Większość lat wojny domowej w Hiszpanii spędził na wygnaniu we Francji, ale w 1944 r. powrócił do Barcelony, tym razem jako menedżer i poprowadził klub do drugiego tytułu mistrzowskiego.
@1LY0
@Adran360
@Bernard777
@Gary
@Kapitan hawk
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
1
Przed nami francusko-angielski finał Ligi Mistrzów i coś mi mówi że jeszcze takiego w historii nie było a skoro tak, to jest to swego rodzaju epokowe wydarzenie. Najlepszy trener świata na tą chwile to Luis Enrique. Najlepszy lewoskrzydłowy świata na tą chwile to Kwarachelia. Ale nie zawsze wygrywają najlepsi, jak kiedyś powiedział Diego Simeone. Tak więc niech niech wygra sport a przedewszystkim duch fairplay.
9
Wielki Ajax po raz trzeci z rzędu!
30 maja 1973 r. Ajax Amsterdam pokonał Juventus Turyn 1:0 w finale Pucharu Mistrzów. Ajax pokonał Juventus przed 89 000 widzów na Belgradzkiej ,,Marakanie”, zdobywając trzeci z rzędu Puchar Europy. Bramka Johnny'ego Repa w piątej minucie wystarczyła, aby zapewnić holenderskiemu gigantowi kolejny tytuł mistrza Europy, bez możliwości zatrzymania Stefana Kovácsa i jego ,,Total Footballers”. ,,Total Football”, w który grał Ajax w latach 70., to system, który przetrwał prawie pięć dekad i nadal inspiruje wielu najlepszych menedżerów współczesnej piłki nożnej. To, co Ajax osiągnął na początku lat 70., było niemalże piłkarskim mistrzostwem – przynajmniej ideologicznie. Na arenie europejskiej strzelili pięć goli i stracili zero w trzech zwycięskich finałach w 1971, '72 i '73. Dziennikarz Berend Scholten twierdzi, że zwycięstwo nad Juventusem w Jugosławii stanowiło „szczyt osiągnięć Ajaxu” na początku lat 70. Pokonując Bianconeri , Ajax Kovácsa pokonał drużynę, w której grali jedni z najlepszych włoskich piłkarzy, z legendarnym Dino Zoffem w bramce, taktycznie bystrym Fabio Capello w pomocy i doświadczonym strzelcem Roberto Bettegą w ataku. Jednakże, jak wyjaśnił David Winner w Brilliant Orange , triumf Ajaxu w 1973 r. stał się źródłem niezadowolenia wśród fanów klubu zaraz po finale. Winner pisze: „Kibice Ajaxu wrócili do domu przygnębieni i niezadowoleni, widząc trzecie z rzędu zwycięstwo swojej drużyny w Pucharze Europy”. To poczucie niezadowolenia ze strony fanów Ajaxu jest głęboko intrygujące. Triumf w 1973 roku był być może zbyt oczywisty w oczach kibiców Ajaxu, a finał był daleki od ekscytującego standardu, jaki de Godenzonen ustanowił w poprzednich latach. Podczas gdy drużyna Kovácsa otrzymała entuzjastyczne uznanie od oglądającego świata, ich manipulacyjny styl gry nie do końca odpowiadał gustom ich własnych kibiców. Stało się tak, ponieważ finał w 1973 roku był prawdopodobnie najnudniejszym z trzech, które wygrał Ajax. W przeciwieństwie do zwycięstw 2-0 w 1971 i 1972 roku nad Panathinaikosem i Interem, styl, w którym klub z Amsterdamu pokonał Juventus, był mniej inspirujący. Poza tym, dlaczego dziedzictwo trzeciego i ostatniego zwycięstwa Ajaxu w Pucharze Europy w erze Total Football jest tak sprzeczne? Jak drużyna Ajaxu, która zrewolucjonizowała grę, mogła nie podobać się własnym ludziom po podbiciu kontynentu? W drodze do finału w Belgradzie Ajax pokonał Bayern Monachium w ćwierćfinale, a Real Madryt w półfinale. Hipnotyzujący występ w drugiej połowie w Amsterdamie podczas pierwszego meczu Ajaxu z Bayernem skutecznie doprowadził drużynę Kovácsa do awansu do następnej rundy, dzięki bramkom Johana Cruyffa, Arie Haana i Gerrie Mührena. W pierwszym meczu półfinałowym z Realem Madryt bramki Hulshoffa i Ruuda Krola dały Ajaxowi niewielką przewagę w Madrycie. Samotny gol Mührena na Bernabèu był kluczowy, wprowadzając de Godenzonen do kolejnego finału. Jednak to sposób ich zwycięstwa w Hiszpanii był szczególnie godny uwagi.
Mühren wszedł do folkloru Ajaxu nie tylko za sprawą ważnego gola na wyjeździe w Madrycie, ale także za swoje niesławne wybryki w drugiej połowie meczu. Kiedy piłkarze Realu Madryt cofnęli się po tym, jak Mühren przejął piłkę na linii środkowej, Holender prowokacyjnie podrzucił piłkę w powietrze i zaczął nią żonglować, zanim pozwolił jej spaść i podał ją do Krola, który nacierał z lewego obrońcy. Notatki zwycięzcy: „Oklaski przetoczyły się jak grzmoty na gigantycznych trybunach”, ilustrując zdumienie tłumu przyzwyczajonego do sukcesu. Kibice Realu Madryt podeszli do Mührena po meczu, aby wyrazić swój podziw dla jego zuchwałych umiejętności. Dla Mührena jego sztuczka była „wyrazem wyższości”. Jego intencją było pokazanie, że Ajax i Real Madryt zamieniły się miejscami, po tym jak hiszpański gigant zdominował europejską piłkę nożną przez tak długi czas w latach 50. Jednak to nie dominująca natura opartego na posiadaniu piłki ofensywnego stylu Ajaxu zachwyciła tamtej nocy świat, ale ich śmiałość z małymi momentami polotu i manipulacji. Mühren odnosi się do swojego niesławnego żonglowania piłką jako do „momentu, w którym Ajax przejął kontrolę”. Pomimo poziomu umiejętności, istniał konflikt co do tego, jaki wizerunek powinien prezentować Ajax. Hulshoff był wściekły na Mührena po incydencie, natychmiast podbiegł do niego, aby go upomnieć. Powiedział Winnerowi w Brilliant Orange: „ Gdyby ktoś mi to zrobił, zabiłbym go”, podkreślając swoje niezadowolenie z tego, co uznał za brak szacunku.
@Szalik
@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@Adran360
8
Zapomniane legendy światowego futbolu:
30 maja 1946 r. urodził się Dragan Džajić. Polska w latach 70-tych miała swojego Kazimierza Deynę, Czechosłowacja nieco wcześniej Josefa Masopusta, ale o nich się dzisiaj doskonale pamięta. Nieco inaczej jest z największą gwiazdą reprezentacji Jugosławii, którą był Dragan Džajić. Ten fantastyczny skrzydłowy przez wiele lat decydował o obliczu Crvenej Zvezdy Belgrad (305 meczów i 113 goli) a przez pewien czas czarował też swoim talentem kibiców francuskiej Bastii (56 gier i 31 goli). Przede wszystkim był jednym z największych asów reprezentacji Jugosławii (85 występów i 23 gole). Do legendy przeszły również jego rzuty wolne. Można nawet znaleźć opinię, według której Džajić miał być najlepszym lewonożnym wykonawcą rzutów wolnych w historii futbolu. ,,Dragan Dżajić to legenda jugosłowiańskiej piłki. Przede wszystkim fenomenalny drybler. Kiedyś BBC zrobiło film, pod tytułem „czarna kobra”, na którym pokazano kilkadziesiąt zwodów Dżajicia w miejscu i w biegu. Był wtedy zupełnie nie do zatrzymania. Gdyby wskazać dziś jakiegoś piłkarza, który prezentowałby namiastkę gry przypominającą to, co robił „Džaja”, to byłby to Arjen Robben. Jego kariera jakoś się rozpłynęła, być może dlatego, że nie było kontynuacji w silnych zagranicznych klubach”– Włodzimierz Szaranowicz.
@Adran360
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
@Szalik
0
@Lionel_Messi10 Żebyś się nie zdziwił i żeby nie było odwrotnie :)