FCBparasiempre
Dołączył/a: grudzień 2020
Biała Podlaska
33 obserwujących
0 obserwowanych
Której reprezentacji, do której powołany został zawodnik Barcy, kibicujesz?
Komunikat
Polecający
Ładowanie...
Historia komentarza
Ładowanie...
2
@Bernard777 No przecież doskonale o tym wiem!!! Ja miałbym nie wiedzieć!!? No nie nerwuj mienia! Mały chochlik: nie "Parterze" tylko "Praterze"
8
El Clasico w „Torneo de Campeones”:
27 maja 1928 r. FC Barcelona zremisowała na „Camp de Les Corts” z Realem Madrid 2:2 w przedostatnim meczu tzw. Turnieju Mistrzów. Gole dla Blaugrany zdobyli: Ramon Parera oraz Angel Arocha. Ten turniej był preludium, swego rodzaju rozgrzewką do powstania Primera Division. Równocześnie z tym turniejem rozgrywana była „Liga Profesional de Clubs de Football”. Znacznie więcej o tych turniejach opisze przy okazji ostatniego meczu Barçy w Turnieju Mistrzów(3 czerwca).
@1LY0
@Adran360
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
8
@FCBparasiempre
Dokładnie 22 lat temu FC Porto po raz pierwszy wygrało Lige Mistrzów. Finał z 2004 roku po raz pierwszy oglądano w 200 krajach. Mecz, na którego zwycięzcę czekała premia w wysokości 6,6 miliona euro (dla przegranego przewidziano 3,3) był traktowany jako starcie dwóch najzdolniejszych trenerów Europy młodego pokolenia (Mourinho miał 41 lat a Deschamp 35). Co ciekawe obaj marzyli o posadzie w Chelsea i rozmawiali z Romanem Abramowiczem, który jednak już kilka tygodni przed decydującym starciem ostatecznie postawił na Mourinho, choć to Deschamp jako ex zawodnik Chelsea był faworytem dziennikarzy. Największym zmartwieniem francuskiego szkoleniowca była kontuzja kostki doznana przez Morientesa w ligowym meczu z Rennes. Może trener as Monaco za bardzo troszczył się o stan swojego Asa, który ostatecznie zagrał i to przez całe spotkanie, choć wiele zespołowi nie pomógł, przez co zaniedbał inne aspekty? Na przykład kwestią mobilizacji zawodników, którzy już byli dogadani z innymi klubami: Rothena, Guily'ego, Prso i Ibarry. Monako uważane przez kibiców za faworyta przygotowywało się do meczu w ponurej atmosferze, gdyż książę Albert nie rozwiązał jednak problemów finansowych i istniało duże prawdopodobieństwo że finał będzie naprawdę ostatnim tangiem tej ekipy. Sam Deschamp dostał propozycję przedłużenia umowy ale z mniejszą pensję kropkę późniejszy „The Special One" w ostatnich dniach przed finałem zdecydował się na strategię głaskania podopiecznych. „Moi zawodnicy już przeszli do historii. Rzadko się zdarza by tak skromny klub dochodził do finału" - prawił. Na ostatniej odprawie (jak wspominał po latach Nuno Valente) „powiedział że stajemy przed okazją naszego życia i po prostu musimy ją wykorzystać. Dodał że mamy dobry plan taktyczny i jesteśmy właściwie przygotowani do tego meczu". W meczu finałowym spodziewano się zażartej walki i małej liczby goli, tymczasem uważana za bardziej defensywną jedenastka FC Porto całkowicie dominowała i zwyciężyła bardzo łatwo. Po Liverpoolu sięgnęła po Puchar Europy rok po zdobyciu Pucharu UEFA. Może smokom pomogła zdecydowana przewaga ich kibiców? W Porto oczywiście wszystkie przyznane tej ekipie bilety rozeszły się bardzo szybko, w Monte Carlo zaś był z tym kłopot. Tak więc wejściówki nabyli miejscowi dzięki czemu, jak potem policzono, na same kiełbaski wydano w trakcie finału pół miliona euro. Na pewno zaś korzystną okolicznością dla Portugalczyków była kontuzja Ludovica Giuly'ego w 23 minucie. „To zmieniło bieg meczu i pozwoliło nam grać w piłkę tak jak lubimy"- cytuje Barkley Mourinho, dodając od siebie że chodziło oczywiście o nastawienie na kontry. Porto bynajmniej nie zagrało Wielkiego meczu. Oddało trzy strzały na bramkę Monaco i trzy razy ją zdobyło. Golkiper Flavio Roma nie miał dobrego dnia. Prowadzenie mocno przypadkowym strzałem dał portugalskiej ekipie młody Brazylijczyk Carlos Alberto, który dołączył do zespołu przed startem sezonu. W 2017 roku w wywiadzie dla strony maifutebol.pt wspomniał swoją pierwszą rozmowę z Mourinho: „Zapytał mnie przy wszystkich z jakim numerem chcę grać. Odpowiedziałem że z dziesiątką. To mu się spodobało, powiedział że taka odwaga dowodzi mentalności zwycięzcy ale zadecydował że na razie będą jednak grał z 19 tyle mam lat". Poznawszy w ten sposób nowego zawodnika i zorientowawszy się że chłopak nie ma kompleksów, Mourinho nie wahał się posyłać go do boju w najważniejszych meczach. Drugi gol był autorem Deco a lider Smoków uzyskał go sprytnym strzałem po świetnej akcji z Alejniczewem, który przed chwilą pojawił się na boisku. „Zaczerpnąłem powietrze i odseparowałem się od wszystkiego, byłem tylko ja, bramkarz i środkowi obrońcy. Strzeliłem jakbym grał z przyjaciółmi w parku. Gdybym pomyślał o tym wszystkim co działo się wokół mnie, o tym że był to rozstrzygający gol w finale Ligi Mistrzów, najnormalniejszą reakcją byłoby uderzenie z całej siły"- opowiadał po meczu. Trzeciego gola wbił Alejniczew, świetnie wyprowadzający kontry Porto w końcówce. Odkąd dowiedział się przed meczem że żaden Rosjanin nie wygrał jeszcze Ligi Mistrzów, miał olbrzymią chęć pojawić się na placu i przyczynić się do triumfu a potem, jak Szewczenko przed rokiem, zawieźć puchar do swego kraju i pokazać go rodakom. Zanim Mourinho wpuścił zniecierpliwionego Rosjanina, przez dobrych kilka minut tłumaczył mu przy linii bocznej, z użyciem notesu i długopisu, po co wchodzi, co ma zrobić na boisku. „Gola strzeliłem zupełnie przypadkowo. Chciałem uderzyć piłkę gdzie indziej, tam gdzie rzucił się bramkarz ale zeszła mi z nogi"- wyznał po meczu dziennikarzom zawodnik będący już wyraźnie pod dobrą datą.
Najlepsi na boisku byli obrońcy Porto, z liderem formacji Jorge Costa na czele, którzy całkowicie zdominowali napastników Monako. Tak znakomity jeszcze niedawno Morientes, mówiąc po piłkarsku nie zrobił sztyche a zespół z Księstwa nie oddał ani jednego celnego strzału. Gracze Monaco mieli jednak kilka razy pretensje do sędziów o, jakżeby inaczej, sygnalizowanie spalonych w stykowych sytuacjach. W sumie zostali złapani na ofsajdzie aż 12 razy, z czego co najmniej trzy razy arbitrzy podjęli błędne decyzje, pozbawiające wicemistrzów Francji dogodnych sytuacji bramkowych. Może nie były to drobiazgi ale tak czy owak wynik był sprawiedliwy. „Bardziej niż Porto wygrało, Monaco przegrało ten finał"- powiedział wysłannikowi „Piłki nożnej” znaleziony na trybunie prasowej Peter Schmeichel. Zgadzał się z nim Deco: „Monako ułatwiło nam zadanie. Widzowie byli rozczarowani, gdyż spodziewali się większych emocji. To już jednak nie mój problem". Jose Mourinho widział inaczej nie tylko sam mecz finałowy ale i całą mistrzowską kampanię. „Nie było przypadków w naszym zwycięstwie, nie jest też ono wynikiem słabości rywali. Może nie mieliśmy najdroższych piłkarzy ale mieliśmy najlepszy zespół. Czasami trener myśli sobie że skoro ma wspaniałych futbolistów to nie musi wymyślać skomplikowanej taktyki. Jednak w prowadzeniu drużyny najważniejszą rolę odgrywa filozofia gry”- powiedział po meczu Portugalczyk. Innymi słowy wygrał przede wszystkim on. Barkley cytuje inną jego wypowiedź: „Prywatnie był to dla mnie trudny wieczór, ponieważ przepełniały mnie sprzeczne uczucia. Wiedziałem że odchodzę z zespołu". Może dlatego Mourinho nie towarzyszył piłkarzom, gdy Alejniczew, Deco(wybrany MVP finału) przyznawszy że teraz mają zamiar przez tydzień imprezować, natychmiast wcielili ten plan w życie, co sprawiło że najłatwiej wygrany Puchar Ligi Mistrzów w historii był też trofeum najmocniej opitym. „Moich podopiecznych zobaczyłem dopiero po trzech miesiącach, kiedy przyjechali na Stanford Bridge na Ligę Mistrzów"- powiedział szkoleniowiec zwycięskiej ekipy. Nazwiska triumfatorów Ligi Mistrzów z 2004 roku może poza Deco, który dokonał wielkich rzeczy w FC Barcelonie, wielu kibiców już zapomniało. Tamto zwycięstwo jak chyba żadne inne traktowane jest przede wszystkim jako dzieło trenera. Kariera Jose Mourinho, tłumacza a potem asystenta i szefa banku informacji Bobby’ego Robsona w Sportingu, Porto i FC Barcelonie, gdzie został także by pracować z Louisem Van Haalem, jest doprawdy fascynująca. Pierwszą samodzielną posadę dostał niebawem w Benfice, w której jednak popracował tylko przez kilka miesięcy. Potem było Uniao Leiria, z którym zajął piątą (najwyższą w historii tego klubu) pozycję na mecie rozgrywek ligowych. Do Benfiki wracać nie chciał, za to gdy w styczniu 2002 roku dostał propozycję objęcia FC Porto poleciał tam jak na skrzydłach. Mimo że skład Smoków był wtedy naprawdę słaby, zadeklarował że za rok zdobędzie z tą drużyną mistrzostwo kraju. Z miejsca zajął się tworzeniem nowej ekipy, która miała składać się z ambitnych, młodych portugalskich piłkarzy. Jego pierwszymi transferami byli Maniche, Paulo Ferreira i Nuno Valente a z Uniao wyciągnął Brazylijczyka Derleya. Wszyscy oni dostawali kontrakty motywacyjne czyli uzależniające wysokość pensji od osiągnięć zespołu. W sezonie 2002/03 Porto nie tylko zdobyło zapowiadane mistrzostwa Portugalii ale sięgnęło też po Puchar UEFA, w finałowym meczu pokonując Celtic. Mourinho nagle stał się gwiazdą. Zdecydował się on, nie ma licznych ofert z zagranicy pozostać jednak w Porto. Cox w „Geigen pressing i tiki-tace przytacza słowa trenera, które świadczą o tym że przed startem Ligi Mistrzów wcale nie był pewny siebie: „Możemy osiągnąć coś fajnego ale chyba nie jesteśmy w stanie wygrać Ligi Mistrzów". Gdy rok później przedstawił się londyńskim dziennikarzom jako nowy manager Chelsea prawił już całkiem inaczej: „Zostaniemy mistrzami, gdyż mamy najlepszych graczy i (Wybaczcie jeśli zabrzmi to arogancko) najlepszego managera... Proszę nie myślcie że jestem arogancki, gdyż to nieprawda. Uważam że jestem wyjątkowy (The Special One). Jestem mistrzem. Interesuje mnie tylko zwycięstwo. Chciałbym podtrzymać wspaniałą passę a nie czekać na kolejne triumfy aż do 2010 roku". Przyznajmy jednak że po tym, jak w dwa lata wywalczył z FC Porto 6 trofeów, rzeczywiście miał prawo lekko odlecieć. Jak w istocie rzeczy grało Porto w sezonie 2004? Czy Mourinho spełnił obietnicę, którą złożył, gdy obejmował zespół? Według Coxa zapowiadał wtedy: „Obiecuję że będę grał ofensywnie. Obiecuję że każdego dnia będziemy pracowali nad atakami na bramkę rywala aż dopracujemy doskonale systematyczny i automatyczny model gry. Gdy to osiągniemy obiecuję wam ofensywną piłkę a zanim to nastąpi, zamierzam atakować z rozwagą". Za kadencji Mou Porto stosowało rozmaite strategie gry, zależnie od rywala i warunków meczowych. Wtedy nikt z pewnością nie mówił o Portugalczyku jako mistrzu defensywy, choć czasami, jak w meczu z Deportivo u siebie korzystał on z furtki, którą sam sobie zostawił mówiąc: ,, a zanim to nastąpi...". Mourinho jawi się Coxowi jako w pewnym sensie finalny produkt portugalskiej szkoły rozumienia futbolu ukształtowanej nie na boiskach treningowych, leczy w uniwersyteckich salach. To w Porto bowiem narodziła się mityczna dziś periodyzacja taktyczna autorstwa Wiktora Frade, profesora na tamtejszym Uniwersytecie, w której głównym założeniem było to, by trening fizyczny, techniczny, taktyczny i praca nad strefą mentalną odbywały się razem a każde ćwiczenie na treningu zawierało te cztery elementy. Mourinho zaś okazał się jej wiernym akolitą.
Trening u Mou był zawsze starannie zaplanowany, trwał albo 90 minut albo 120, gdy w najbliższym spotkaniu mogła zdarzyć się dogrywka. Piłkarze musieli zakładać ochraniacze, gdyż mieli grać równie ostro jak podczas meczu. Cox w ogóle przypisuje Mourinho i jego metodzie mnóstwo nowatorstwa: ,, FC Porto zakładało agresywny pressing pod polem karnym rywala I grało wysoko ustawioną linią obrony. Kwartet obrońców doskonale się rozumie i potrafił wyjść do przodu, by złapać rywala na spalonym". Do tego zespół Mourinho po fazie intensywnego naciskania rywala odpoczywał z piłką przy nodze. Są na to dowody. Tylko w dwóch meczach fazy grupowej oraz w finale FC Porto miało krócej piłkę niż rywale. W swojej istocie nie był to bynajmniej futbol nowatorski a schemat taktyczny podejrzanie mocno przypomniał to, co przed rokiem prezentował triumfator z San Siro. Tak jak u Carlo Ancelottiego boczni pomocnicy portugalskiej drużyny byli takimi tylko w teorii, gdyż Alejniczew i Maniche w niewielkim stopniu udzielali się w grze przy linii bocznej. Bardzo agresywnie i regularnie atakowali natomiast obaj boczni obrońcy a mianowicie Nuno Valente i Paulo Ferreira. Nastawienie obu spokojnie można było porównać do nastawienia Roberto Carlosa w Realu. Także przechodzenie z 4-3-3 na 4-2-3-1 nie jawiło się jako nic niezwykłego. Chyba najrzadziej spotykane w owym czasie było permanentne rozbieganie się obu napastników na boki. Podsumowując: gdy FC Porto wygrało Ligę Mistrzów w 2004 roku wokół Jose Mourinho i jego futbolowych wizji zrobiło się bardzo głośno. Dziś z perspektywy czasu trzeba jednak stwierdzić że niczego wielkiego nie wymyślił. Stare pomysły ubrał w nowe szaty i przedstawiał jako swoje wynalazki. Może największym jego wkładem w rozwój futbolu jest odpowiednie docenienie rangi „mind games”, z których zasłynął, czyli bawienia się i manipulowania psychiką oraz umysłami piłkarzy a także dziennikarzy, tak by ci robili co chce i osiągali stan potrzebny do wygrywania. Szczerze mówiąc to The Special One wszystkich nas wówczas zaczarował nawet nie tym, jak grało jego Porto ale tym, jak o tym opowiadał i ten stan u wielu piłkarzy, kibiców oraz dziennikarzy wciąż trwa.
4
”Wejście smoka”:
@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@FcPortoFan1999
@Bernard777
@Adran360
2
@Ogorinho1974 No to wyobrażam sobie tę radość. Ja to ogólnie byłem w szoku z tego jak to się wszystko potoczyło i zakończyło ale generalnie byłem zadowolony że szwaby przegrały! Oczywiście mecz oglądałem w lesie na telewizorze...
8
@FCBparasiempre
26 maja 1999 r. Manchester United pokonał Bayern Monachium 2:1. Jeden z najbardziej ekscytujących finałów Ligi Mistrzów rozegrały drużyny, które przystępowały do rozgrywek jako wicemistrzowie swoich krajów ale za to jakie! W sezonie 1997/98 Manchester United zajął drugie miejsce w Premiership za Arsenalem a Bayern Monachium został wicemistrzem Bundesligi; wyprzedził go Kaiserslautern. Arsenal nie przebrnął przez faze grupową Ligi Mistrzów a Kaiserslautern odpadł w ćwierćfinale właśnie z Bayernem. Kiedy pod koniec maja 1999 roku Manchester Utd i Bayern udawały się na finał do Barcelony, były świeżo po zdobyciu kolejnych tytułów mistrzowskich. Manchester triumfował też w rozgrywkach o Puchar Anglii. Aby to skomplikować jeszcze bardziej należy dodać iż obydwie drużyny spotkały się w fazie grupowej LM, w której znalazła się też FC Barcelona. Trudno o efektowniejszą ,,grupe śmierci”, tym bardziej że Blaugranie szczególnie zależało na zwycięstwach, ponieważ UEFA wyznaczyła na miejsce finału stadion Camp Nou a w roku 1999 klub obchodził setną rocznice swoich urodzin. Jednak nie udało się, mimo iż w klubie grali m.in. Rivaldo, Figo, Luis Enrique, Cocu czy wreszcie Guardiola. Trenował ich Luis van Gaal. W kadrze był też kończący powoli karierę Miguel Nadal, który przyprowadzał na mecze i treningi 13-letniego bratanka; chłopaczek był drobny ale bardzo sprawny i wujek miał nadzieje że zrobi z niego piłkarza. Dzieciak bardzo lubił piłke, jednak wolał inny sport, któremu oddał się całkowicie. Nazywał się Rafael Nadal i potem został najlepszym tenisistą na świecie. Bayern zajął w tej grupie pierwsze miejsce a Manchester drugie. Mecz pomiędzy nimi w Monachium zakończył się remisem 2:2. Elber dał prowadzenie Niemcom w 11 minucie. York wyrównał w 30. a Scholes strzelił drugiego gola w 49 minucie. Wyrównującego gola dla gospodarzy zdobył samobójczym strzałem Sheringham w 90 minucie, co jest dość istotne w kontekście wydarzeń w finale. Rewanż na Old Trafford również zakończył się remisem, po golach Keane’a i Salihamidżicia. Obydwie drużyny prezentowały więc taki sam poziom i obydwie grały tez do końca. W ćwierćfinale Bayern rozbił Kaiserslautern 2:0 i 4:0 a w półfinale wyeliminował Dynamo kijów. Manchester Utd w ćwierćfinale pokonał Inter 2:0 i 1:1 a Scholes zdobył wyrównującego gola na San Siro w 88 minucie. W półfinale Anglicy wyeliminowali drugą włoską drużynę, Juventus, z Zidanem,Deschampem, i Davidsem, po bardzo trudnych meczach. Na Old Trafford przegrywali do ostatniej minuty 0:1 ale w doliczonym czasie Giggs wyrównał. W rewanżu Juventus po 10 minutach prowadził 2:0, jednak Manchester zwarł szyki i wyrównał jeszcze przed przerwą a na 6 minut przed końcem Andy Cole zdobył zwycięskiego gola. Alex Ferguson nazwał pierwszą połowe w wykonaniu Manchesteru ,,najlepszymi 45 minutami w karierze trenerskiej”. Obydwa kluby miały znakomitych trenerów. 50-letni Ottmar Hitzfeld zdobył z Borussią Puchar Mistrzów i 2 tytuły mistrza Niemiec a z Grasshoppers Zurych trzykrotnie mistrzostwo Szwajcarii. 58-letni Alex Fergusson już w roku 1999 był jednym z najsłynniejszych trenerów świata. Zdobył z Aberdeen FC 3 tytuły mistrza i Puchar Szkocji ale przede wszystkim Puchar Zdobywców Pucharów. W finale mały szkocki klub pokonał Real Madryt, trenowany przez di Stefano.
Menedżerem Manchesteru został w listopadzie 1986 r. Pobił już rekord Matta Busby’ego, który pełnił funkcje menedżera Manchesteru nieprzerwanie w latach 1945-69. Czerwone Diabły pod wodzą Fergusona wygrały dwukrotnie Lige Mistrzów, Puchar Zdobywców Pucharów, Klubowe Mistrzostwo Świata, 13 tytułów mistrza Anglii oraz 5-krotnie Puchar Anglii. Finał Ligi Mistrzów na Camp Nou nie miał faworyta. W Manchesterze nie mógł zagrać kluczowy zawodnik a mianowicie Roy Keane, ukarany kartką w półfinale oraz Paul Scholes. Ferguson przestawił więc Beckhama z prawego skrzydła na środek a Giggsa z lewego skrzydła na prawe. Peter Schmaichel zapowiedział iż finał będzie jego ostatnim występem w barwach Manchesteru, któremu służył przez 9 lat. Kiedy kończyła się zwyczajowa odprawa kilka godzin przed meczem, Ferguson zwrócił się do piłkarzy jakby od niechcenia: „Aha, wiecie że dzisiaj jest 90-ta rocznica urodzin Matta Busby’ego i wypadałoby to jakoś uczcić. Chyba nie chcecie k…a żeby dziadek przekręcił się w grobie.” Bayern też miał problem bo z powodu kontuzji nie mógł wystąpić Francuz Lizarazu oraz znakomity strzelec Giovane Elber. W 6 minucie, po faulu Ronny’ego Johnsena na Carstenie Janckerze, Mario Basler z rzutu wolnego z około 18 metrów zdobyl dla Bayernu prowadzenie. Niemcom od tej pory grało się łatwiej a w drugiej połowie osiągnęli przewagę. Pierwszą zmiane zrobił Ferguson; na ostatnie 25 minut wprowadził napastnika Sheringhama w miejsce Blomqvista. Zareagował na to Hitzfeld zmieniając Zicklera na Scholla. Kilka minut później Scholl trafił w słupek a po strzale nożycami Janckera piłka odbiła się od poprzeczki. Hitzfeld był przekonany że ma zwycięstwo w kieszeni i na 10 minut przed końcem zdjął z boiska Matthäusa, człowieka ważnego w każdej drużynie i w każdej sytuacji. Jeszcze dobrze Matthäus nie usiadł na ławce, kiedy Ferguson zmienił Andy’ego Cole’a na innego napastnika, Ole Gunnara Solskjera, o którym dziennikarze na całym świecie pisali z upodobaniem: ,,morderca o twarzy dziecka”. Podejście Niemców do każdego meczu najlepiej określił Gary Lineker: ,,Piłka nożna to taka gra, w której udział bierze 22 piłkarzy a na końcu i tak zawsze wygrywają Niemcy”. Manchester jednak się nie załamał. W przerwie Ferguson powiedział podobno do swoich piłkarzy w szatni: ,,Po tym meczu Puchar Europy będzie od was zaledwie o 6 stóp i jeśli przegramy, to nie będziecie go mogli nawet dotknąć. Dla wielu z was będzie to najbliżej, na ile kiedykolwiek uda wam się do niego zbliżyć. No więc wychodźcie k…a na boisku i nie ważcie się wracać, jeśli nie dacie z siebie wszystkiego”. Prowadząc 1:0 i chcąc zyskać kilkanaście sekund, Hitzfeld w 89 minucie przeprowadził zmiane: Salihamidżić wszedł na miejsce Baslera. Stadion wrzał, jedni się cieszyli z niemal pewnego zwycięstwa Bawarczyków, inni wciąż dopingowali Anglików. Kiedy sędzia techniczny podniósł tablice informującą iż mecz będzie trwał 3 minuty dłużej, Bayern wciąż prowadził 1:0. Anglicy nie przestawali jednak atakować i wywalczyli rzut rożny. W polu karnym Niemców znalazła się cała jedenastka United, włącznie z Schmaichelem. Z rogu podawał Beckham, piłke wybijał Effenberg ale ledwie za linie pola karnego. Giggs natychmiast kopnął w kierunku bramki. Piłka leciała nisko nad ziemią a stojący na linii strzału Sheringham zmienił nieco kierunek jej lotu. Nawet gdyby tego nie zrobił, piłka i tak prawdopodobnie wpadłaby do bramki a więc 1:1. Załamanych Niemców sędzia Pierluigi Collina zachęcał do wstania z boiska i kontynuowania gry. Po kolejnym ataku piłke na korner wybił Kuffour. Ponownie do narożnej chorągiewki podbiegł Beckham i kopnął piłke pod bramke, jak chwile wcześniej. Sheringham uderzył piłke głową wprost na noge Solskjera. Norweg kopnął ja tak że wpadła pod poprzeczkę, mimo że w bramce oprócz Kahna stało jeszcze dwóch obrońców. W chwile później Collina zakończył mecz. Trzy minuty wstrząsnęły stadionem, który już wiele widział, Anglią, Niemcami, całym światem, wziąwszy pod uwagę liczbę kibiców Manchesteru na wszystkich kontynentach. To było coś nieprawdopodobnego, Manchester zdobył Puchar Mistrzów po raz drugi. Piłkarze tańczyli obok leżących na trawie i płaczących Niemców, których teraz było żal. Kuffour nie chciał zejść z boiska, trzeba go było uspokajać. Bobby Charlton na trybunie honorowej ukradkiem wycierał łzy. Hitzfeld już wygrywał Lige Mistrzów z Borussią i dokona tego ponownie z Bayernem 2 lata po ,,czarnej nocy” na Camp Nou. Wspaniały trener, który tym razem miał wyjątkowego pecha. Niemcom coś podobnego przydarzy się jeszcze raz, w półfinale mistrzostw świata na swoich boiskach w 2006. W meczu z Włochami przy stanie 0:0, w dogrywce Włosi wbili im 2 gole i Niemcy już się nie podnieśli. W takich sytuacjach to częściej Niemcy sprawiali przykrość przeciwnikom. W 90 rocznice urodzin Matt Busby nie przekręcił się w grobie. Kilkanaście dni po finale Alex Ferguson otrzymał z rąk królowej Elżbiety tytuł szlachecki i od tej pory jest k…a, sir!
5
,,Cud” w Barcelonie:
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
8
@FCBparasiempre
Na niwie futbolowej obaj mieli ten sam cel - zostać największym magnatem Europejskiej piłki. Dlatego potyczka ich drużyn była dla nich tak bardzo prestiżowa. Gdy Tapie zapowiedział piłkarzom Premium w wysokości 200 000 dolarów na głowę za wygranie meczu, Berlusconi od razu podbił stawkę. Za faworyta uważano Milan i to pomimo kiepskiej postawy tej drużyny na ligowym finiszu, która jednak nie mogła pozbawić zespołu tytułu mistrza Włoch. Mediolańczycy mieli de facto scudetto w garści już na półmetku rozgrywek odsadziwszy Inter na 8 punktów (za zwycięstwo przyznawano wtedy dwa punkty). ,,Rossonerii” śpiewająco, z kompletem zwycięstw przeszli też przez fazę grupową Ligi Mistrzów a ponadto napędzała ich żądza zemsty wobec UEFA za wykluczenie klubu z europejskich rozgrywek w sezonie 1991/92. Warto przypomnieć okoliczności tego wydarzenia. Otóż piłkarze Milanu za podszeptem kogoś ,, z góry" postanowili przed czasem opuścić boisko podczas spotkania z om, w proteście przeciwko decyzjom sędziego. To tylko dodawało smaczków finałowej rywalizacji. Milan na początku lat 90 to była prawdziwie Galaktyczna drużyna. Szatnia pełna gwiazd stanowiła zresztą dla młodego wówczas trenera Fabio Capello wielki kłopot. Żalił się mediom że częściej niż trenerem przychodzi mu być psychologiem, gdyż co chwila musi jakiemuś gwiazdorowi komunikować że nie wystąpi w danym meczu. ,, Nie można narażać gwiazd na częste, przymusowe przerwy w karierze"- stwierdził pewnego razu tłumacząc dlaczego tak mocno rotuje składem w Lidze Mistrzów. Do finału zagrało w niej aż 23 piłkarzy. Tak więc często zdarzało się że Włoch posyłał do boju 11 nieoptymalną, tylko wykoncypowaną. Miał w kadrze aż sześciu obcokrajowców, gdyż do słynnego tercetu Holendrów dokupiono mu latem 1992 roku oprócz Papina także Dejana Sawicevicia, Zvonimir Boban zaś wrócił z Bari a przecież cały czas obowiązywał limit trzech zawodników z zagranicy na boisku. Do tego doszło jeszcze dwóch najzdolniejszych włoskich piłkarzy młodego pokolenia: Lentini oraz Eranio. Trzeba jednak zauważyć że Cappello żonglował swymi asami znakomicie, żaden z nich nie mógł czuć się zbytnio pokrzywdzony. Szkoleniowiec Milanu nie miał zresztą innego wyjścia niż prowadzić z ręczną politykę personalną, wszak jego Boss jasno powiedział co sądzi o oskarżeniach że wpakował do tego barszczu zbyt wiele grzybów: ,,To sprawa trenera żeby w drużynie nie było kwasów". Swoją drogą Capello miał do swego ,,cappo” równie nabożny stosunek jak Goethals do swojego. Gdy Milan nie przegrał 41 kolejnego meczu w lidze i pobił rekord Fiorentiny rzekł: ,,Ten sukces dedykujemy naszemu prezydentowi". W zespole z Lombardii w finale nie mogli zagrać Ruud Gullit, Dejan Sawicevič i Zvonimir Boban, co tylko ułatwiło trenerowi ustalenie składu. Mimo to Papin zajął miejsce zaledwie na ławce rezerwowych. Co do Gullita, plotkowano że wcale nie był kontuzjowany, lecz decyzję o odsunięciu go od gry podjął sam Silvio Berlusconi, gdyż zawodnik nie chciał przyjąć zaproponowanych mu warunków przedłużenia kontraktu. Zresztą nie tylko on, także Frank Rijkaard nosił się z zamiarem opuszczenia klubu. Miląc znajdował się w centrum uwagi ale zawodnicy om mieli przekonanie że to oni wygrają. ,,Przegraliśmy finał 2 lata temu, choć byliśmy lepsi, teraz Bóg musi nam go oddać. Po tylu trudnościach na drodze nie możemy doznać kolejnej porażki"- tak można streścić kilka przedmeczowych wypowiedzi Abediego Pele dla francuskich mediów. Koledzy zaś musieli ufać gwieździe zespołu. Zaproponowany przez Goethalsa skład Olympique został zatwierdzony przez Tapiego. Nie wiadomo czy prezydent wprowadził do tym razem jakieś zmiany, w trakcie meczu natomiast kilka razy sięgał po krótkofalówkę a w tym samym czasie na ławce podnosił ją któryś z członków sztabu. Czy Tapie domagał się korekty taktyki w trakcie meczu i żądał zmian personalnych? Nie wiemy, na pewno jednak nie pytał trenerów o samopoczucie... Początek meczu zdecydowanie należał do ekipy z Włoch. Milan przyciskał marsylię, lecz Marco van Basten i Daniele Massaro zmarnowali dogodne okazje. W zespole z Francji największą ochotę do walki i prowadzenie ataków przejawiał po jego Szarży w ostatniej minucie gry przed przerwą francuski zespół wywalczy rzut rożny, gdyż dośrodkowanie gańczyka w ostatniej chwili zablokował wcześniej prześcignięty przezeń Paulo Maldini. Sam Pele dokładnie zacentrował na głowę Bazyla Bolliego, który mocne uderzeniem umieścił piłkę w siatce. To był dopiero drugi gol stracony przez Milan w tej edycji Ligi Mistrzów ale właśnie to trafienie przesądziło o porażce Włochów. Aedi Pele zdradził po latach kulisy zdobycia Tego gola w wywiadzie dla „Sport-avenir.com”: ,,Zauważyłem że przy rzutach rożnych drużyna Milanu ustawia się dosyć głęboko. Dlatego wieczorem w pokoju hotelowym powiedziałem do Bolly’ego i Anglomy żeby przy każdym kornerze dla nas jeden z nich atakował bliższy słupek A ja tam spróbuję dograć". W przerwie na stadionie olimpijskim rządzili kibice Milanu, lekceważący to, co się stało. Wielki Milan nie mógł przecież w taki sposób wypuścić z rąk trofeum. Równo z rozpoczynającym drugą odsłonę spotkania gwizdkiem sędziego istotnie zaczął się szturm Van Bastena i kolegów. Na boisku zameldował się Papin, przywitany przez kibiców om straszliwymi gwizdami i okrzykami zdrajca. Zaraz po wejściu mógł wyrównać ale i jego zawiodła skuteczność. Z każdą minutą napór mediolańczyków słabo, podobnie jak doping ich kibiców, tymczasem coraz głośniejsi byli fani OM, którzy zaczynali wierzyć że marzenie może się ziścić. W końcu sędzia zakończył zawody. ,,Zagraliśmy kompletny mecz. To było zwycięstwo nasze, piłkarzy ale zarazem wielki sukces z całej Francji"- skomentował po latach Rudi Voller w rozmowie z rp-online.de.
Pozostaje pytanie dlaczego w końcówce wyraźnie więcej sił mieli zawodnicy mistrza Francji, którzy dzięki temu pewnie doholowali zwycięstwo do końca? Oto co na ten temat powiedział w 2006 roku w wywiadzie dla ,,L'Equipe" ich pomocnik Jean Jacques Eydelie: ,, Przed finałem Kazano nam ustawić się w rządku i każdy dostał zastrzyk. Odmówił tylko Rudi Voller. Podczas gry czułem niezwykłą suchość w ustach. Moje ciało reagowało inaczej niż zwykle". Czy om wygrało mecz, bo jego piłkarzom podano doping? Czy może, jak tłumaczono w klubie były to wyłącznie dozwolone środki? Żaden z pozostałych zawodników nie potwierdził rewelacji kolegi. ,,To co mówi Eydelie jest całkowicie niewiarygodne. Nie przypominam sobie widoku któregokolwiek piłkarza OM dostającego podejrzany zastrzyk"- powiedział Völler. „Nasze zwycięstwo w Monachium było absolutnie czyste"- stwierdził Marcel Desailly. ,,Mieliśmy tak silny skład że nie było potrzeby się dopingować"- dodał asystent trenera Goethalsa Jean Fernandez. No właśnie, jak silny skład posiadała Francuska drużyna? Wielu kibiców OM uważa że o wiele mocniejsza była ekipa z 1991 roku, ta, która przegrała finał z Crveną Zvezdą. Najlepiej znający zagadnienie, gdyż najdłużej grający w klubie obrońca Eric de Meco po latach powiedział tak: ,,Najmocniejsza to była drużyna z 1990 roku, która z Pucharu Europy odpadła w półfinale po meczu z Benfiką i golu strzelonym dla niej ręką przez watę. Enzo Francescoli, Chris Waddle, Karl-Heinz Forster, Moser, Manu Amoros! Cóż to była za moc!". No ale zespołowi temu zabrakło szczęścia i determinacji a ekip jest 1993 roku- nie. Obraz odbierający trofeum piłkarzy OM i smutno siedzących w kącie boiska graczy Milanu utkwił w pamięci wielu obserwatorów. Sytuacja wzbudziła pewne zażenowanie, UEFA zaczęła więc rozmyślać nad tym by za nim zwycięzcy odbiorą puchar, wręczać pokonanym medale za dotarcie do finału, co było bardzo ludzkim pomysłem, który niebawem wprowadzono w życie. W Monachium graczy Marsylii oraz Bernarda Tapiego opanowało szaleństwo. Wspólna noc była bardzo długa. Na imprezie zabrakło tylko jednego człowieka- trenera Goethalsa. On świętował największy sukces w karierze po swojemu: wypalając na balkonie hotelowego pokoju kilka papierosów, które przez całe życie były najwierniejszym druhem. ,,Gdy następnie jego dnia wróciliśmy do Marsylii od wczoraj kibiców"- opowiadał po latach rudy Voller. Piłkarze nie mogli się do nich przyłączyć, gdyż niebawem czekał ich kolejny arcyważny mecz. Wielka feta odbyła się na Stade Velodrom 3 dni później, 29 maja. Tak się złożyło że Olimpic grał tego dnia w lidze z depczącym mu po piętach PSG. Miał dwa punkty przewagi, więc zwycięstwo przesądzało sprawę tytułu mistrzowskiego. Kibice chcieli świętować podwójnie i otrzymali ku temu okazję, bo choć goście wyszli na prowadzenie w Siódmej minucie Marsylia wygrała 3:1. Nikogo nie obchodziło że mecz był brzydki czy pełen fauli. Bohaterowie zostali nagrodzeni, choć nie poszło gładko, ponieważ kibice ze stolicy nie zamierzali, oczywiście klaskać wielkiemu rywalowi. Rzucali na boisko race a ostatecznie pobili się z policją. To była chyba jedyna w historii Ligi Mistrzów feta Zwycięzców przebiegająca w takiej atmosferze. Fabian Bartez powiedział jednak po niej: ,, granie w takim klubie jak Olympic Marsylia, z takimi kibicami, to najwspanialsza rzecz jaka możesz spotkać piłkarza". Bernard Tapie też wypinał pierś do orderów. Nawet jeśli już nie ingerował w zwycięską taktykę i w skład (albo robił to w umiarkowanym stopniu) to przecież Olimpiq był jego tworem, powstał i funkcjonował za jego pieniądze ,,To był po prostu klub należący do jednego człowieka, który podejmował tam wszystkie ważne decyzje"- powiedział po latach Angloma. Od 1986 roku ta pije, nie licząc się z pieniędzmi, kupował wszystkich tych znakomitych piłkarzy, którzy umknęli uwagę szefów klubów potężnych wtedy serie A. Zatrudniał wybitnych trenerów, przed Goethalsem jego zespół prowadzili między innymi Michelle Hidalgo oraz Franz Beckenbauer. Nie zrezygnował z marzeń o triumfie ani po porażce w Bari, ani po wyeliminowaniu w kolejnej edycji 1991-92 przez Spartę Praga jeszcze przed fazą grupową. Zemścił się jednak za to ostatnie na piłkarzach w charakterystyczny dla siebie sposób: przez cały następny sezon dostawali wypłaty z opóźnieniem. Gdy latem 1992 roku Milan zagiął parol na gwiazdę zespołu Jean Pierre Papina, nie zatrzymywał napastnika na siłę, lecz sprzedał go sprowadzając w zamian dwóch kapitalnych atakujących: Vollera oraz Boksicia. Pierwsze zdobycie Pucharu Europy przez klub z kraju pomysłodawców europejskich rozgrywek traktował jako swoje powołanie, dziejową misję. Gdy wyczarterowany samolot ze zdobywcami i trofeum na pokładzie lądował w Marsylii, Tapie przeżył być może najszczęśliwszy dzień życia. Nie wiedział jeszcze wtedy że wejście na szczyt skończy się upadkiem. Cytując Bułhakowa: ,,Annuszka już wylała olej". Pięć dni przed starciem z Milanem Marsylia rozgrywała ligowy mecz z Valencienneem. Do końca sezonu pozostały trzy kolejki, zespół literował w tabeli lig 1 i miał cztery punkty przewagi na PSG. W poprzedniej serii OM wysoko pokonał Lille, tymczasem rywal znajdował się w strefie spadkowej, dostał ostatnio lanie od Nantes i wyglądał na słabowitego. Federacja piłkarska, chcąc pomóc marsylczykom przed finałowym starciem z Milanem wyznaczyła potyczkę na piątek. Co podkusiło Tapiego żeby kupować akurat ten mecz? Takie działanie ocierało się o absurd. Magnat wyszedł jednak z założenia że trzeba wspomóc piłkarzy, który głowy będą już zaprzątnięte meczem w Monachium. Poprzez swoich ludzi dotarł więc do kilku zawodników Valenciennes i zapłacił im by Nie stawiali przesadnego oporu jego pupilom ale Boksić strzelił gola w 21 minucie a potem zaczął się kabaret, jak w meczu z Brugge (ale wtedy nikomu niczego nie udowodniono; być może ten mecz z belgami tak rozzuchwalił Tapiego?). Po kilku dniach jednego z graczy Valenciennes, obrońcę i Jackuesa Glassmanna ruszyło sumienie (albo zmotywowało go coś innego) i zawodnik ujawnił całą sprawę. Jego rewelacje potwierdził kapitan zespołu Christopher Robert, który przyznał że to do niego zgłosił się z propozycją korupcyjną jeden z graczy om - Jean Jacques Eydelie. Afera z początku śmieszne, wkrótce stała się poważna. UEFA zaczęła naciskać by ją wyjaśnić. Sama wzięła pod lupę mecz om z... CSKA (6:0), gdyż trener Rosjan Kostyliew doniósł że próbowano go przekupić ale Europejska Federacja niczego nie wytropiła. Dopiero po kilku latach o złożonej i im propozycji korupcyjnej donieśli trener Glasgow Rangers Walter Smith oraz piłkarz Mark Hatelley. Być może więc OM przebyło nieuczciwie całą drogę do finału Ligi Mistrzów.
Niewykluczone że Francja w 1993 roku dłużej i zacieklej broniła swej chluby ale przecież za kilka lat miał się tam odbyć mundial, więc skaza na wizerunku kraju była i jej niepotrzebna. Om szybciutko zaczęto wykluczać z kolejnych rozgrywek sezonów 1993 94: Puchar Francji (Ostatecznie w nim zagrał), superpucharu Europy i pucharu interkontynentalnego. W końcu klub został wyrzucony także z Ligi Mistrzów. Czołowi zawodnicy natychmiast zgłosili chęć rozwiązania kontraktów. Tapie krzyczę o włoskiej mafii, która chce Zemsty za odebranie serię a Pucharu Europy ale nikt go już nie słuchał. Tak upadło jego imperium. Sam szef najpierw zasłaniał się menadżerem OM Barnesem ale ostatecznie okazało się że od początku o wszystkim wiedział. W końcu w 1996 roku, w wieku 53 lat Bernard Tapie trafił do więzienia. Znalazł się w nim w ciekawych okolicznościach. Gdy otrzymał wyrok 24 miesięcy pozbawienia wolności, z czego 16 w zawieszeniu, nie udało się go osadzić za kratkami, gdyż adwokaci potrafili go wybronić ale chcąc złożyć odwołanie musiał pozwolić się zamknąć chociaż na jeden dzień, gdyż tak stanowi francuskie prawo. Tak więc udał się w wyznaczone miejsce do paryskiego więzienia La Sante, lecz sąd kasacyjny nie znalazł podstaw do wszczęcia postępowania odwoławczego i biznesmen pozostał w celi. Niebawem jednak adwokaci podjęli starania zmierzające do tego by ich klient był wolny w dzień a w zakładzie zamkniętym spędzał tylko noce. Ostatecznie to w tym trybie odbył karę. Mecz z PSG był przedostatnim w karierze Goethalsa. Po ostatnim ligowym meczu sezonu z Toulouse zmęczony szkoleniowiec odszedł na emeryturę (by jeszcze na chwilę wrócić z niej w 1995 roku i objąć Anderlecht). Jako futbolista grał na bramce. Jako trener przez wiele lat przysparzał chwały belgijskiemu futbolowi, pracując w tym że Anderlechcie oraz standardzie Liege, wówczas czołowych ekip Europy. Za granicą przed objęciem Marsylii w 1991 roku prowadził Bordeaux, Sao Paulo FC, Vitorię ponownie Bordeaux. Z reprezentacją Czerwonych Diabłów dotarł do najlepszej czwórki Mistrzostw Europy w 1972 roku. Uchodził on za mistrza taktyki, Nazywano go nawet z tego powodu naukowcem a ponieważ często wygrywał z silniejszymi, także czasami czarodziejem. Wolał jednak raczej bronić niż atakować kropkę to on wprowadzał do Europejskiego futbolu nowinki służące po prawie gry defensywnej: agresywny pressing i strefowe krycie. Właśnie tymi elementami imponował grający najczęściej w ustawieniu 5-2-3 zespół (choć akurat na finał Belg wybrał inny system: 4 3 1 2). Przez wiele lat nikt nie stosował potem 1 z tych ustawień, odeszło ono w zapomnienie, po wielu latach zostało jednak odkurzone przez reprezentację Kostaryki na mundialu w 2014 roku, która właśnie dzięki oryginalnej taktyce wyszła z grupy, mimo że Rywalizowała w niej z Anglią, Włochami i Urugwajem, po czym dotarła do ćwierćfinałów imprezy. Jego dziedzictwo nie zostało więc całkowicie zaprzepaszczone. Wkładem om w rozwój futbolu było udowodnienie jak świetnie rezultaty może przynieść wdrożenie defensywnych rygorów do zespołu składającego się z wybitnych futbolistów. Taka idea była też bliska Bernardowi Tapiemu, który w 2018 roku powiedział: ,, część zawodników woli mecz przegrany 3-4, w którym strzeli trzy gole, niż zwycięstwo 1:0 bez swojego udziału. Tymczasem piłka nożna opiera się poświęceniu dla innych. Jeśli w zespole nie ma altruizmu jest on skazany na porażkę". W istocie rzeczy wszyscy trenerzy silnych zespołów stawiający na defensywę, w tym Jose Mourinho są uczniami Goethelsa ale oczywiście dziś nikt do takiego źródła inspiracji nie zamierza się przyznawać. Goathels dostał dożywotni zakaz pracy trenerskiej w Belgii, więc jeśli temida nie okazała się całkiem ślepa nie był o niczym nie wiedzącym niewiniątkiem. Tapie doskonale wiedział kogo zatrudniał. Po aferze w Belgii trenera nie dopadły Zresztą wyrzuty sumienia. Po krótkim epizodzie w Guimaraes objął posadę dyrektora sportowego w drugoligowym Racingu Yet z rodzinnej Brukseli. Oczywiście był de facto trenerem tego zespołu, który ekspresowo wywalczył awans do ekstraklasy. W Marsylii dostał od prezydenta Tapiego zespół z mnóstwem gwiazd. Nie ze wszystkimi udało mu się dogadać. Tylko rok wytrzymał z nim Eric Cantone. Gdy pewnego razu piłkarz powiedział że nie podoba mu się rola rezerwowego i nie zasiądzie na ławce trener polecił mu zająć miejsce rząd za nią gracze bardzo go cenili. ,, szanuję go oczywiście ze względu na wiek ale także doświadczenie i klasą trenerską. Dopiero on zrobił z nas stuprocentową ekipę"- powiedział Basile Boli. Goethals wygrał Ligę Mistrzów mając 72 lata. Do dziś nie dokonał tego nikt starszy.
7
„Les Olympiens” zdobywają najcenniejszy puchar w cieniu korupcji:
Pierwszy w dziejach finał Ligi Mistrzów pomiędzy Olympique Marsylia a AC Milan był starciem Tapiego z Berlusconim, dwóch ludzi o bardzo podobnej drodze życiowej, związanej z show-biznesem, wielkimi interesami i polityką oraz o równie okazałych ambicjach. O kulisach tego finału zapraszam do odpowiedzi na mój komentarz.
@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360
10
Derby Chorzowa:
W czwartek 26 maja 1938 r. w święto Wniebowstąpienia Pańskiego a więc w dzień wolny od pracy na stadionie w Wielkich Hajdukach stanęły naprzeciwko siebie drużyny Ruchu i AKS-u. W mecz 6-tej kolejki ligowej lepiej weszli piłkarze z Chorzowa i pierwsze 10 minut przebiegało pod ich dyktandem. Niebiescy stopniowo jednak zaczęli przejmować kontrolę nad wydarzeniami na boisku. Pierwszego gola dla Ruchu w 21 minucie spotkania strzelił głową Peterek wykorzystując doskonałą centrę Kruka. Jak napisał dziennikarz „Śląskiego Kurjera Porannego": „Peterek strzelił bramkę, która nadawałaby się na taśmę filmu olimpijskiego”. Kilka minut później po dwójkowej akcji z Wodarzem do siatki trafił Wilmowski i wynik brzmiał 2:0 dla Ruchu. W 35 minucie w zamieszaniu podbramkowym najprzytomniej odnalazł się ponownie ,,Ezi" podwyższając prowadzenie Niebieskich na 3.0. Według prasy ten zabójczy kwadrans doskonałej gry gospodarze wykorzystali w 100%. zamieniając swoje sytuacje na gole. Potem znów do głosu doszli goście z Chorzowa. Pierwszą bramkę dla „zielono-białych" z rzutu karnego po faulu Broma zdobył Leonard Piątek i wynik do przerwy brzmiał 3:1. Komentatorzy pisali o bardzo wysokim poziomie obydwu zespołów, przy czym AKS grał a Ruch strzelał gole. W drugiej części spotkania początkowo zaatakowali Niebiescy chcąc ,, zamknąć ten mecz". Jednak zryw gospodarzy trwał tylko kilka minut, w tym czasie dwukrotnie Wilmowski niepokoił bramkarza AKS-u. Później napór drużyny gości stawał się coraz większy. Niebiescy słabli z każdą minutą ale bronili się z dużą determinacją i szczęściem. Doszło do sytuacji że nawet Wilimowski cofnął się do linii pomocy pilnując Piątka. Na kwadrans przed końcem drugiego gola strzelił właśnie Piątek. Wynik 3:2 pomimo frontalnych ataków gości nie uległ już zmianie i Ruch wygrał derby. Po tym zwycięstwie Ruch umocnił się na pozycji lidera rozgrywek ligowych mając dwa punkty przewagi nad drugą w tabeli Warszawianką.
@Adran360
@Bernard777
@FcPortoFan1999
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@NeroTFP1
@Ogorinho1974
@Safrani
0
@Bernard777 No masz ci babo placka! Jeszcze tylko tego pojebanego AI mi brakuje do szczęścia........!
11
W pogoni za historycznym mistrzostwem:
26 maja 1929 r. FC Barcelona zdecydowanie pokonuje Atletico Madryt 4:0 na „Estadio Montjuïc” w 14 kolejce Primera Division, umacniając się na prowadzeniu z dwupunktową przewagą nad Realem Madrid. Blaugrana już do końca rozgrywek nie odda prowadzenia, czego efektem było pierwsze w historii mistrzostwo Hiszpanii! Gole przeciwko Atletico strzelali: Josep Sastre(10 m.), Josep Samitier(43 i 61 m.) oraz niemiecki prawy obrońca Emil Walter(47 m.).
@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@Kapitan hawk
@Gary
@Bernard777
@Adran360
@1LY0
0
@Bernard777 Specjalnie wszyscy polecieli na koniec świata żeby promować jakieś piwo? Bardzo dziwne...
0
@Bernard777 To jest wogóle prawdziwe zdjęcie!? Bo jestem potężnie zaskoczony że oni razem się spotkali... no właśnie gdzie, po co i na co???
2
@ranger3120 Był taki klub ale kruciutko! https://en.wikipedia.org/wiki/Club_Espa%C3%B1ol_de_Madrid
12
Wiekopomny triumf w Copa Del Rey:
26 maja 1910 roku FC Barcelona pokonała na „Estadio Tiro del Pichon” Espanyol de Madrid 3:2 w finale Pucharu Króla i po raz pierwszy w dziejach sięgnęła po ten puchar. Gole zdobywali: Charles Wallace, Carles Commamala i Jose Rodriguez dla Blaugrany oraz dwa Buylla dla Espanyolu. Ekipa Blaugrany wystawiła w tamtym finale następujący skład: Sola, Bru, Peris, Grau, Forns, Jose Rodriguez, bracia Wallace i Commamala a także Amechazurra, który był pierwszym zawodowym piłkarzem klubu. Po powrocie do Barcelony drużyna została powitana przez rozentuzjazmowany tłum, który zgromadził się na przystanku przy „Passeig de Gracia” żeby zobaczyć swoich mistrzów. Następnie piłkarze, szefowie klubu i władze miasta pojechali do „Cafe Torino” aby wygłosić tam tradycyjne przemowy i świętować zwycięstwo jak należy przy kieliszku wina. Wśród przybyłych na celebracje zwracała uwagę obecność najważniejszej osoby klubu, ówczesnego prezydenta Otto Gmelina, znanego jako „Wielki Otto” ze względu na potężną sylwetke.
@1LY0
@Adran360
@Bernard777
@Gary
@Kapitan hawk
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
0
@adi7adi8 A to szkoda że nie później troszke bo ja w robocie bede. Ale dzięki za informacje.
10
@FCBparasiempre
25 maja 1967 na Estádio Nacional w Lizbonie CELTIC Glasgow pokonuje INTER Mediolan 2:1(0:1) w finale Pucharu Mistrzów. Dzisiaj drużyny walczące o triumf w Lidze Mistrzów to zbiory najlepszych piłkarzy z całego świata. Był jednak piękny czas, kiedy to grupa kolegów z osiedla potrafiła pokonać wszystkich. W 1967 r. Puchar Europejskich Mistrzów Klubowych wywalczył Celtic Glasgow a wszyscy ówcześni zawodnicy „The Bhoys” urodzili się w promieniu 30 mil od Glasgow. Tę wspaniałą drużynę trenował Jock Stein i przeszła ona do historii jako „Lwy z Lizbony”, ponieważ właśnie w słonecznej Portugalii Celtic FC pokonał w finale Pucharu Mistrzów Inter Mediolan. Każdego wieczora tuż przed snem, klęcząc przed figurką Matki Boskiej, razem z bratem modliłem się o zdrowie dla mamy i taty, dla Grana McKenny oraz dla Grana McCabe’a a także dla wszystkich naszych ciotek i wujków. „Módlcie się także za Jocka Steina” – przypominał nam ojciec. Kilka lat później było u nas kilku wujków i ksiądz, który tłumaczył, dlaczego Jock Stein powinien zostać świętym. Co prawda nie był katolikiem ale w 1967 r. za jego sprawą stał się cud – pisał w „The Guardian” szkocki dziennikarz Kevin McKenna. „Lwy z Lizbony” (Lisbon Lions) to zwycięzcy finału Pucharu Europejskich Mistrzów Klubowych, który odbył się na Stadionie Narodowym w Lizbonie 25 maja 1967 r. Celtic Glasgow pokonał tego dnia Inter Mediolan 2:1, zdobywając jako pierwszy klub z północy kontynentu najcenniejsze klubowe trofeum. Było to zwieńczenie najlepszego sezonu w 130-letniej historii „The Bhoys”. Celtic FC w sezonie 1966/1967 zdobył mistrzostwo, Puchar Szkocji, Puchar Ligi Szkockiej, no i przede wszystkim Puchar Europy. Dokonała tego drużyna będąca mieszanką rutyny z młodością, prowadzona przez legendę szkockiej piłki Jocka Steina. Jego „Lwy z Lizbony” już kilka lat przed erą Ajaxu Amsterdam i genialnego Rinusa Michelsa prezentowały futbol totalny. ,,To niemożliwe, nikt tak nie gra, w zespole szkockim jest ośmiu napastników!” – krzyczał szwajcarski komentator w drugiej połowie finałowego meczu z Interem. Jednocześnie był to zespół złożony z chłopaków niemal z jednego osiedla, wszyscy poza Bobbym Lennoxem urodzili się w promieniu 10 mil od stadionu Celtic Park. Zresztą nawet i sam Lennox pochodził z miasteczka Saltcoasts, leżącego zaledwie 30 mil od największego szkockiego miasta (jako jedyny nie-glasgowczyk określał sam siebie mianem outsidera). Historia „Lwów z Lizbony” to coś niemożliwego w erze modern football, dlatego ma w sobie tyle romantyzmu. Zwłaszcza że była to naprawdę świetna drużyna. Celtic Football Club został oficjalnie założony 6 listopada 1887 r. przez irlandzkich imigrantów w Glasgow. Celem miała być walka z biedą wśród miejscowych Irlandczyków, a zaczęło się to wszystko w sali katolickiego kościoła św. Marii (katolicyzm od samego początku był jednym z symboli „The Bhoys”). Na klubowym herbie widnieje jednak rok 1888, ponieważ dokładnie 28 maja tego roku „Celtowie” zagrali pierwszy oficjalny mecz. Ich rywalem – a to niespodzianka! – byli Glasgow Rangers. Pierwsze Old Firm Derby zakończyły się zwycięstwem Celticu 5:2. Już w 1889 r. „The Bhoys” dotarli do finału Pucharu Szkocji, w 1892 r. zdobyli to trofeum, a po roku dorzucili do tego pierwszy tytuł mistrza Szkocji. Wystarczyło więc zaledwie kilka lat istnienia, aby Celtic stał się czołowym klubem w kraju. W 1964 r. klub po raz pierwszy pokazał się na arenie międzynarodowej, docierając do półfinału Pucharu Zdobywców Pucharów (zlikwidowany w 1999 r.). Po imponującym zwycięstwie u siebie z MTK Budapeszt 3:0, na wyjeździe „Celtowie” roztrwonili przewagę i przegrali aż 0:4. Była to jednak zapowiedź złotej ery Celticu, która miała się zacząć wraz z przyjściem trenera Jocka Steina. Oficjalnie został on ogłoszony menedżerem Celticu 31 stycznia 1965 r. Umówił się jednak z władzami klubu, że pozostanie w Hibernanie, dopóki nie znajdą tam jego następcy. Ostatecznie więc zawitał na dobrze sobie znany Celtic Park w marcu, zastępując pracującego tam od 20 lat Jimmy’ego McGrory’ego (ten w uznaniu zasług otrzymał posadę dyrektora PR). Jock Stein urodził się 5 października 1922 r. w Hamilton oddalonym o 12 mil od Glasgow i był zawodnikiem Celtic FC w latach 1951-1956. Przychodził z walijskiego Llanelli AFC raczej jako uzupełnienie, ale udało mu się wywalczyć stałe miejsce na środku obrony, z czasem zasłużył nawet na opaskę kapitana. Karierę musiał zakończyć w wieku 34 lat z powodu uciążliwej kontuzji kostki.
Przydzielono mu do trenowania drużyny juniorskie oraz rezerwy. Po nieco ponad trzech latach takiej pracy postanowił rozpocząć działalność na własną rękę i przeszedł do Dunfermline Athletic. W momencie rozpoczęcia pracy (14 marca 1960 r.) miał zaledwie dwa punkty przewagi nad ostatnią drużyną w tabeli. Utrzymał zespół w najwyższej klasie rozgrywkowej, a już w następnym sezonie wywalczył Puchar Szkocji. Dało to prawo gry w Pucharze Zdobywców Pucharów, gdzie w sezonie 1961/1962 Dunfermline dotarł do ćwierćfinału. Te osiągnięcia poskutkowały ofertą z Hibernianu Edynburg, do którego Jock Stein przeniósł się w marcu 1964 r. (to był ulubiony przez Steina miesiąc do zmian miejsca pracy). Przez rok pobytu w stolicy Szkocji zdołał wygrać Summer Cup czy pokonać w meczu towarzyskim Real Madryt. To wystarczyło, aby dostać ofertę z Celticu i w marcu 1965 r. Jock Stein rozpoczął swoją najpiękniejszą życiową przygodę. Jego następcą w Hibernianie został Bob Shankly, starszy brat legendarnego Billa. Do dzisiaj Stein pozostaje najlepszym menedżerem Hibernianiu w historii, w ciągu roku jego pracy współczynnik zwycięstw drużyny wynosił 62%. Zatrudnienie Jocka Steina na stanowisku pierwszego trenera Celtic FC było przełamaniem swego rodzaju tabu, ponieważ był on pierwszym protestanckim menedżerem w historii klubu. Zastał drużyną przygotowującą się do rozegrania półfinałów Pucharu Szkocji. Udzielił swoim nowym podopiecznym wskazówek taktycznych na poziomie, z jakim wcześniej nie mieli do czynienia. Rozprawili się w półfinale z Motherwell, a w finale pokonali Dunfermline. Po dwóch miesiącach pracy na Celtic Park Jock Stein miał już swój pierwszy „skalp” – „The Bhoys” wygrali Puchar po raz pierwszy od jedenastu lat. W przerwie letniej ściągnął najlepszego strzelca Motherwell Joe McBride’a. W pierwszym pełnym sezonie pod wodzą Steina (1965/1966) „The Bhoys” zdobyli Puchar Ligi Szkockiej i dotarli do półfinału Pucharu Zdobywców Pucharów. Byli bardzo bliscy historycznego występu w finale europejskich rozgrywek – przegrali w dwumeczu z Liverpoolem 1:2, a w meczu na Anfield sędzia nie uznał dającej „Celtom” awans bramki Bobby’ego Lennoxa (wątpliwy spalony). Co się jednak odwlecze… Potem Celtic przegrał w finale Pucharu Szkocji z Rangersami, ale powetował to sobie w lidze, zdobywając pierwsze od dwunastu latu mistrzostwo Szkocji. Imponujące pasmo sukcesów w ciągu zaledwie dwóch lat, ale najlepsze dopiero się zbliżało. Przed startem sezonu 1966/1967 Jock Stein właśnie tak powiedział do swoich piłkarzy. Faktycznie, był to najbardziej magiczny, cudowny i niezapomniany sezon w historii klubu z katolickiej części Glasgow. Mistrzostwo, Puchar Szkocji, Puchar Ligi Szkockiej, Glasgow Cup i Puchar Europy – w drodze do tych trofeów „The Bhoys” strzelili łącznie 196 goli. Już letnie mecze towarzyskie zapowiadały coś wielkiego – Celtic pokonał m.in. Manchester United 4:1 (tzw. „dzieci Busby’ego”, które w 1968 r. zdobyły Puchar Europy) oraz 1:0 Real Madryt na Estadio Santiago Bernabéu. Ligę ekipa Jocka Steina rozpoczęła od fenomenalnej serii ośmiu kolejnych zwycięstw. Dopiero w dziewiątej kolejce rozpędzonych „Celtów” na ich boisku powstrzymała drużyna St Mirren, remisując 1:1 (5 listopada 1966 r.). W tym czasie Jock Stein i spółka mieli już na koncie pierwszy triumf – 29 października w finale Pucharu Ligi Szkockiej pokonali Glasgow Rangers 1:0 po golu Bobby’ego Lennoxa. Spotkanie na Hampden Park oglądało 94,5 tys. widzów. Wpadkę z 5 listopada z St Mirren „The Bhoys” szybko sobie powetowali zwycięstwem w finale Pucharu Glasgow (7 listopada) nad Patrick Thistle FC 4:0 (znowu na Hampden Park, tym razem jednak „tylko” 31 tys. widzów – mniejsza ranga rozgrywek i rywala). Oprócz finalistów udział w Glasgow Cup brały jeszcze Queens Park FC oraz oczywiście Rangersi. Potem przyszła seria trzech kolejnych ligowych zwycięstw, bezbramkowy remis w Kilmarnock i znowu dwie wygrane. Jedynie w okresie świątecznym „Celtów” dopadła lekka zadyszka – w wigilię zremisowali z Aberdeen 1:1, a w sylwestra 1966 po raz pierwszy przegrali w lidze (2:3 na wyjeździe z Dundee United). Był to tylko wypadek przy pracy, ponieważ w 13 kolejnych meczach Celtic wygrał aż 12 razy, notując w międzyczasie jeden remis. Chłopcom Jocka Steina wyraźnie jednak nie leżały Aberdeen i Dundee United, ponieważ w rewanżach padły niemal identyczne wyniki – bezbramkowy remis z Aberdeen (19 kwietnia) i porażka 2:3 z Dundee na Celtic Park (3 maja). To sprawiło, że w przedostatniej kolejce (6 maja – Old Firm Derby) Rangersi wciąż mieli szansę na prześcignięcie rywala z katolickiej części Glasgow. Padł jednak remis 2:2 i „Celtowie” mogli świętować kolejne mistrzostwo Szkocji. Tytuł przypieczętowany na Ibrox Park smakował szczególnie. Był to już czwarty „skalp” Jocka Steina i spółki, bo 29 kwietnia w finale Pucharu Szkocji pokonali Aberdeen 2:0 (z którym nie mogli sobie poradzić w lidze) po dwóch bramkach Williego Wallace’a. Sezon wspaniały, ale każde z tych czterech trofeów Celtic zdobywał już wielokrotnie. Jednak o wyjątkowości sezonu 1966/1967 stanowi Puchar Europejskich Mistrzów Klubowych.
„The Bhoys” mogli wystartować w tych rozgrywkach dzięki pierwszemu od dwunastu lat tytułowi mistrza Szkocji, a stało się to już w pierwszym pełnym sezonie pracy Jocka Steina. Do Lizbony wiodła jednak dość długa droga. W pierwszej rundzie Celtowie trafili na FC Zurich. 28 września 1966 r. zwyciężyli na Celtic Park 2:0 po golach Gemmella i McBride’a. W rewanżu 5 października (dzień 44. urodzin Jocka Steina) Gemell trafił dwa razy, jednego gola dołożył Stevie Chalmers i Celtic pewnie przeszedł do kolejnej rundy. Przejście Szwajcarów okazało się bułką z masłem, a w drugiej czekał zespół FC Nantes, mistrz Francji. Rywal był jednak słabszy niż sądzono i sprawa rozstrzygnęła się już praktycznie w pierwszym meczu, wygranym przez „Celtów” na wyjeździe 3:1. 30 listopada 1966 r. w Nantes bramki strzelali McBride, Lennox i Chalmers. Identycznym wynikiem zakończył się rewanż w Glasgow, rozegrany 7 grudnia (Johnstone, Chalmers, Lennox). Kolejne mecze odbyły się dopiero w marcu następnego roku. Tu zaczęły się schody, bo 1 marca 1967 r. w Nowym Sadzie Celtic przegrał z Vojvodiną 0:1. Jock Stein bał się tego meczu. Rok wcześniej oglądał bowiem inny, w którym Partizan Belgrad grał z Manchesterem United na tyle skutecznie, by wyeliminować go z rozgrywek. Teraz Vojvodina była mistrzem i ona stanęła na drodze Szkotów. Jej podstawowym atutem miał okazać się bramkarz Ilija Pantelič. Ale nie tylko on. Zespół z Nowego Sadu wygrał 1:0 i miał prawo jechać na rewanż w niezłych nastrojach. Serbowie w Glasgow musieli się jednak zmierzyć nie tylko z rywalem, ale także z 70-tysięcznią widownią na Celtic Park. 8 marca 1967 r. gospodarze wyrównali stan rywalizacji w 58. minucie po golu Steviego Chalmersa. Kiedy zanosiło się na dogrywkę, awans dał w ostatniej minucie meczu stoper Billy McNeill po dośrodkowaniu z rzutu rożnego Charliego Gallaghera. Na drodze do finału stała potem już tylko jedna drużyna – praska Dukla. Półfinał Pucharu Mistrzów był jednak przekleństwem Brytyjczyków. Do tej pory na tym szczeblu zespoły w Wysp grały aż osiem razy i nigdy nie dotarły do finału. W pierwszym meczu w Glasgow (12 kwietnia) gospodarze zwyciężyli 3:1 po dwóch golach Williego Wallace’a i jednym Jimmy’ego Johnstone’a. W rewanżu 25 kwietnia mistrzowie Czechosłowacji wcale jednak nie stali na straconej pozycji, poczynaniami zespołu z Dukli kierował wciąż będący w wysokiej formie 36-letni wicemistrz świata z 1962 r. Josef Masopust. Bohaterem okazał się jednak starszy o cztery miesiące bramkarz „Celtów” Ronnie Simpson, który zachował czyste konto. Bezbramkowy remis w pełni satysfakcjonował Szkotów. To był w ogóle magiczny czas dla weterana, który pomiędzy dwoma meczami z Duklą zadebiutował w reprezentacji Szkocji. I co to był za debiut – Szkocja pokonała na Wembley aktualnych mistrzów świata 3:2! Skład Anglików w tym meczu (15 kwietnia 1967 r.) był niemal identyczny jak w finale MŚ z Niemcami Zachodnimi, jedynie Jimmy Greaves zastąpił Rogera Hunta. Pod koniec kwietnia „The Boys” zapewnili sobie jeszcze Puchar Szkocji, na początku maja przypieczętowali mistrzostwo, więc całe swoje siły mogli skupić na finale Pucharu Mistrzów. O ile droga do finału była stosunkowo łatwa (raczej żaden z wyeliminowanych klubów nigdy nie należał do potentatów europejskiej piłki), o tyle w finale czekał wielki Inter Mediolan pod wodzą Helenio Herrery, triumfator PEMK z 1964 i 1965 roku. Jedenaście edycji rozgrywek o Puchar Mistrzów i tyleż zwycięstw drużyn z południa kontynentu! Posrebrzane trofeum nie opuszczało dwóch półwyspów i tylko trzech miast. Jak nie Półwysep Iberyjski, to Apeniński. Jak nie Madryt – to Lizbona. Jak nie Lizbona – to Mediolan. I tylko cztery kluby – sześciokrotnie Real, po dwa razy Benfica oraz Inter i raz Milan. Drużyna z północnych Włoch miała też dużo trudniejszą drogę do finału w Lizbonie. Początek dość lekki, bo w pierwszej rundzie wyeliminowali Torpedo Moskwa. Było to klasyczne zwycięstwo w preferowanym przez Inter stylu catenaccio – 1:0 u siebie po samobójczej bramce Woronina i dające awans 0:0 na wyjeździe. Czyli zgodnie z podobną filozofią, wyznawaną wiele lat później np. przez José Mourinho – przede wszystkim nie stracić bramki, a z przodu zawsze coś wpadnie (choćby po samobójczym trafieniu rywala). Dużo bardziej przekonujące było zwycięstwo w 1/8 finału z Vasasem Budapeszt (2:1 w Mediolanie i 2:0 w stolicy Węgier). Jednak w ćwierćfinale na podopiecznych Helenio Herrery czekała przeszkoda najtrudniejsza z możliwych. Real Madryt w 1966 r. wygrał PEMK po raz szósty i stawał do rozprawy z triumfatorem z dwóch poprzednich lat. Był to także rewanż za półfinał sprzed roku, kiedy to górą okazał się Real. W pierwszym meczu w Mediolanie Inter wygrał 1:0. Taktyka na rewanż była więc prosta: „zaryglować” bramkę, a z przodu może coś wpadnie. I tak też się stało – w 23. minucie trafił do siatki gospodarzy Renato Cappellini (strzelec gola także w pierwszym spotkaniu) a „Królewskich” pogrążył w 57. minucie ich własny obrońca Zoco, strzelając „samobója”. Była to dopiero druga porażka Realu na własnym stadionie w europejskich pucharach (wcześniej w 1962 r. wygrał tam 1:0 Juventus), ale pierwsza decydująca o odpadnięciu.
W półfinale Włosi musieli się zmierzyć z CSKA Sofia. Bułgarzy w 1/8 wyeliminowali mistrza Polski Górnika Zabrze (4:0 w Sofii i 0:3 w Zabrzu; Górnik prowadził już do przerwy 3:0 a po zmianie stron karnego nie wykorzystał Ernest Pohl), w ćwierćfinale byli górą w starciu z Linfield Belfast (2:2 w Irlandii Północnej i 1:0 w Sofii). Byli prawdziwą rewelacją tej edycji Pucharu Mistrzów i o mały włos nie dotarli do finału. Po remisie 1:1 w Mediolanie dokładnie taki sam wynik padł w Sofii. Dopiero w trzecim meczu na „neutralnym” stadionie w Bolonii (wybór tego miejsca nie był zbyt fortunny) Włosi zapewnili sobie awans do finału po bramce niezawodnego Renato Cappelliniego w 12. minucie. Potem zastawili słynny „rygiel” i udało się „dowieźć” 1:0 do końca meczu. Krąży legenda, że paragwajski trener Juventusu Heriberto Herrera (zbieżność nazwisk z Helenio przypadkowa) przed finałem zaprosił do Turynu Jocka Steina, aby dokładnie wyjaśnić mu sposób gry Interu. Nawet i bez tego trener „Celtów” wiedział jednak, czego może się spodziewać. Mimo tego został zaskoczony. Pierwsze minuty meczu finałowego należały zdecydowanie do zawodników z Półwyspu Apenińskiego. Już w 7. minucie James Craig sfaulował w polu karnym Renato Cappelliniego, a legendarny Sandro Mazzola pewnie wykorzystał jedenastkę. Spotkanie ułożyło się więc dla Interu wyśmienicie i mógł on przyjąć ulubioną taktykę – „rygiel”, utrzymywanie piłki na własnej połowie i sporadyczne kontry. Wyszło jednak na to, że Inter objął prowadzenie zbyt wcześnie. Świetnie przygotowany fizycznie Celtic stosował – używając dzisiejszej terminologii – wysoki pressing, i z każdą minutą Szkoci coraz bardziej tłamsili rywala. Szybko też neutralna publiczność portugalska (Włochów i Szkotów było po ok. 12 tysięcy) opowiedziała się po stronie Wyspiarzy, ponieważ ich ofensywny styl był po prostu przyjemniejszy dla oka. Inter dzielnie bronił się do 63 minuty. Wtedy Tommy Gemmel uderzył z linii pola karnego w „same widły”, a strzegący bramki Interu Giuliano Sarti nawet się nie ruszył. Napór Celticu rósł i druga bramka wisiała w powietrzu. Inter padł ostatecznie w 84. minucie – Stevie Chalmers zmienił kierunek lotu piłki wstrzelonej w pole karne i znalazła ona drogę do siatki. Pozostawało jeszcze sześć minut na odrobienie strat, ale Inter nie był już w stanie nic zrobić. Puchar trafił w ręce niesamowitych chłopaków z Glasgow. Ponieważ rok wcześniej Real wywalczył puchar na własność, UEFA ufundowała nowy, nieco inny, ten sam, o który walczy się do dziś. I właśnie ten puchar odebrał z rąk prezydenta UEFA, Szwajcara Gustava Wiederkehra i prezydenta Portugalii America Thomaza – Billy McNeill, jako kapitan pierwszej zwycięskiej drużyny z Wysp Brytyjskich. Dwa tygodnie później Celtic zaproszony został przez Real Madryt do rozegrania na Estadio Bernabeu pokazowego meczu na cześć żegnającego się z boiskiem Alfreda di Stefano. Ówczesny trener Liverpoolu Bill Shankly (autor wielu słynnych cytatów), starszy o dziewięć lat od Jocka Steina, powiedział do niego po finale w Lizbonie: „Jock, teraz jesteś nieśmiertelny!”. W następnym sezonie Celtic wywalczył mistrzostwo i Puchar Ligi Szkockiej, potem znowu ugrał potrójną koronę. W 1970 r. „The Boys” jeszcze raz dotarli do finału Pucharu Europy, ale tym razem musieli uznać wyższość nowej jakości w europejskim futbolu – holenderskiego futbolu totalnego. Przegrali z Feyenoordem Rotterdam 1:2. Jock Stein prowadził „Celtów” do 1978 r. Następnie zaliczył krótki epizod w Leeds United i przejął obowiązki selekcjonera reprezentacji Szkocji, którą poprowadził w finałach MŚ w Hiszpanii w 1982 r. Umarł tak jak żył – 10 września 1985 r. dostał zawału serca podczas meczu wyjazdowego z Walią w eliminacjach MŚ. Na śmierć swojego mistrza patrzył bezradnie Alex Ferguson, zdolny szkocki trener młodszego pokolenia i ówczesny asystent Jocka Steina. Celtic FC zdobył po 1967 r. wiele tytułów, w 2003 r. dotarł nawet do finału Pucharu UEFA, jednak żadna drużyna nie może się równać z „Lwami z Lizbony” Jocka Steina. Razem z nim na nieśmiertelność zasłużyła cała jedenastka, która 25 maja 1967 r. zdobyła najcenniejsze klubowe trofeum.
7
Mecze, które wstrząsnęły światem:
@Safrani
@shaun
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@Kapitan hawk
@Gary
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360
0
@FcPortoFan1999 No własnie kiedy i o której godzinie najbardziej mnie interesuje.......?
0
Z kim zagra nasza Igunia w drugiej rundzie French Open? Kiedy i o której godzinie? Może ktoś wie?
9
@FCBparasiempre
25 maja 1912 r. urodził się wybitny napastnik Isidro Langara. Isidro był postacią absolutnie wyjątkową. Podczas gdy większość zawodników wyjeżdżało z Ameryki Południowej do Europy, on postąpił odwrotnie. Urodzony w miejscowości Pasaia zawodnik zaczynał i kończył swoją karierę w Realu Oviedo (142 mecze i 165 goli!), lecz wojna domowa w Hiszpanii skłoniła go do wyjazdu za ocean. Tam Langara przez cztery lata zakładał koszulkę argentyńskiego San Lorenzo de Almagro (121 meczów i 110 goli) oraz meksykańskiego Real Club España(68 występów i 105 goli). Fenomenalną skuteczność potwierdził również w kadrze Hiszpanii (12 gier i 17 goli!) oraz w reprezentacji Kraju Basków (osiem gier i 17 trafień). ,,Jako piłkarz Isidro Langara wsławił się jako doskonały atleta oraz jako autor „niemożliwych goli”, które często zdobywał po strzałach z dystansu. Jednym z pamiętnych jego występów był pojedynek otwierający sezon 1933/34, kiedy jego Oviedo wygrało z FC Barceloną 7:3! Tego dnia Langara strzelił dwa gole ze stałych fragmentów z odległości około 50 metrów! Zauważył to bramkarz Espanyolu, Lazaro Florenza, jednak kilka tygodni później i on stał się ofiarą podobnego rzutu wolnego, wykonywanego przez Langarę. Jego doskonałe warunki fizyczne zostały też zauważone przez kolegów z drużyny CA San Lorenzo del Almagro, kiedy na pierwszym treningu mieli oni zapytać, czy Langara jest piłkarzem, czy może zapaśnikiem. W San Lorenzo również został zapamiętany ze względu na ekstremalnie silne strzały, oddawane bardzo często z dużego dystansu”– czytamy w wikipedii. 18 kwietnia 1948 roku Isidro Lángara grał na stadionie „La Corredera” w León w meczu Pucharu Generalísimo, w którym jego drużyna, Real Oviedo, zmierzyła się z gospodarzami, Cultural y Deportiva Leonesa. Był to ostatni mecz prawdziwej legendy piłki nożnej, której postać została uratowana od zapomnienia przez różne media po zakończeniu sezonu 2010/11 i pobiciu rekordu Cristiano Ronaldo w liczbie goli strzelonych w jednym sezonie La Liga. Ronaldo pobił rekord należący wcześniej do Zarry i Hugo Sáncheza, ale nie udało mu się tego samego dokonać, strzelając trzy gole(słynne „hat tricki” ) w trzech kolejnych meczach, wyczyn Lángary dokonał w 9., 10. i 11. kolejce sezonu 1934/35, strzelając odpowiednio trzy gole Atlético Madryt, trzy Valencii i cztery Espanyolowi. Mimo upływu czasu, Lángara ustanowił pewne rekordy, które nadal dobrze wytrzymują porównanie z obecnymi a niektóre z nich wydają się wręcz trudne do pobicia. Tamtego popołudnia, które ostatecznie oznaczało jego pożegnanie, było prawdziwym odzwierciedleniem tego, co robił przez całą swoją sportową karierę: strzelał gole, jako że był autorem 2 z 4 bramek zdobytych przez drużynę Oviedo a dwie kolejne spośród wielu, z których teraz, ponad sześćdziesiąt lat później, mogłyby być nie lada odkryciem dla młodych fanów, nieświadomych wyczynów piłkarzy z innych czasów, którzy dziś byliby medialnymi „gwiazdami”. Piłkarska historia Lángary rozpoczęła się pod koniec 1930 roku, kiedy to, za pośrednictwem ówczesnych „pośredników”, do dyrektorów Realu Oviedo dotarła wieść o młodym mężczyźnie z Tolosy, który zaczynał przyciągać uwagę lokalnej piłki nożnej niezwykłą siłą, z jaką uderzał piłkę. Zorganizowano dla niego proces w stolicy Księstwa, aby zweryfikować te twierdzenia. Ten chłopak, który, jak prawie wszyscy w tamtych czasach, łączył pracę z grą w piłkę nożną w swojej wiosce i okolicach, marząc od dzieciństwa o dorównaniu bohaterom z Antwerpii, nazywał się Isidro Lángara Galarraga i urodził się 15 maja 1912 roku w Pasajes Ancho (Guipúzcoa). Podróżując do Asturii, natychmiast udowodnił, że jego strzał jest przerażający. Jeden z bramkarzy niebieskiej drużyny powiedział, że uderzał z dużo większą siłą niż Félix Sesúmaga, ówczesny pierwowzór napastnika. Trener Oviedo, Irlandczyk Patricio O'Connell, potrzebował zaledwie kilku minut, aby zarekomendować jego zakontraktowanie, stwierdzając, że jest on „nieoszlifowanym diamentem ”. Lángara szybko spełnił pokładane w nim nadzieje; wręcz przeciwnie, 18-latek, który zadziwił wszystkich podczas próby, jaką przeszedł, zadebiutował oficjalnie zaledwie kilka dni później, robiąc to, co miał robić przez resztę swojego sportowego życia: strzelając gole. 7 grudnia 1930 roku rozgrywki Second Division rozpoczęły się meczem Realu Oviedo z Athletic Madryt, zakończonym wynikiem 4:1, po dwóch golach naszego bohatera. Jego pierwszy sezon zakończył się zdobyciem 15 bramek w 18 meczach ligowych w 2. lidze, pomimo nacisków ze strony dyrektorów, którzy naciskali na niego, aby nie grał na pozycji środkowego napastnika (pozycja zajmowana przez mieszkańca Wysp Kanaryjskich o nazwisku Álamo, dla którego wolał tę pozycję). Stało się tak wbrew opinii pana O'Connella, co było głównym powodem, dla którego Irlandczyk nie kontynuował trenowania drużyny w kolejnym sezonie. Pomimo odejścia O'Connella, zdrowy rozsądek wziął górę i w sezonie 1931/32, swoim pierwszym od początku, Lángara został środkowym napastnikiem drużyny, ugruntowując swoją pozycję, nawet na szczeblu krajowym. Oprócz strzelenia 22 bramek w 16 meczach ligowych (oraz wielu innych w Mistrzostwach Regionalnych i turnieju pucharowym), mając zaledwie 19 lat i grając tylko w Drugiej Lidze, zaliczył swój pierwszy występ w reprezentacji. Choć prawdą jest, że ówczesny zwyczaj włączenia lokalnego zawodnika do kadry mógł odegrać pewną rolę, biorąc pod uwagę, że Oviedo gościło jedyny mecz naszej reprezentacji w tym roku (24 kwietnia 1932), fakt, że trener José María Mateos wybrał Lángarę, gdy w drużynie Oviedo grali inni zawodnicy o większym talencie i większym nazwisku w świecie piłki nożnej (jak napastnicy Gallart i Galé, odpowiednio z Espanyolu i Realu Madryt), jest dobrym przykładem szumu, jaki rodowity Gipuzkoa już wzbudził swoją strzelecką wirtuozerią i przerażającymi strzałami, których obawiali się bramkarze drużyny przeciwnej. I oczywiście, strzelił gola w swoim debiucie w reprezentacji.
W tamtym sezonie drużyna z Oviedo była o krok od awansu do 1. ligi, co udało jej się osiągnąć dopiero w sezonie 1932/33, więc spodziewano się, że wpływ zawodnika z Lángara, który ponownie osiągnął więcej niż imponujące wyniki strzeleckie (24 gole w 18 rozegranych meczach ligowych), będzie znacznie większy. Jego nieobecność w reprezentacji w czterech meczach po debiucie, rozegranych między kwietniem a majem 1933 roku, na rzecz Elícegui (który, podobnie jak on, grał w drugiej lidze w Athletic Madryt), wywołała ożywioną debatę na temat tego, kto powinien zająć to miejsce w reprezentacji. We wrześniu 1933 roku zorganizowano nawet mecz towarzyski w Oviedo pomiędzy ich klubami, gdzie rywalizacja między Oviedo a Atlético Madryt zeszła na dalszy plan w starciu Lángary z Elícegui. Tego popołudnia padło osiem goli, a obaj zawodnicy byli jedynymi strzelcami, choć bilans bramkowy był daleki od równowagi: Lángara 7 - Elícegui 1. W Pierwszej Lidze, skuteczność Lángary w strzelaniu goli była niezwykła, przewyższając nawet oczekiwania. The Blues stworzyli potężną linię ataku, nazywaną „Electric ”, w której Casuco, Gallart, Herrerita i Emilín zapewniali doskonałe wsparcie, pozwalając napastnikowi osiągać znakomite wyniki. W sezonie 1933/34, oprócz strzelenia 24 goli w 8 meczach Mistrzostw Regionalnych i 9 w 6 meczach Pucharu, jego 27 bramek w 18 meczach ligowych Pierwszej Ligi zapewniło mu pierwsze miejsce w klasyfikacji strzelców. Z tak imponującymi statystykami, drzwi do reprezentacji narodowej praktycznie stanęły przed nim otworem, a pod wodzą Amadeo Garcíi Salazara, Lángara nie zawiódł w kluczowych meczach, które czekały Hiszpanię. W eliminacjach do Mistrzostw Świata 1934 we Włoszech, Hiszpania walczyła o miejsce z Portugalią: pierwszy mecz, rozegrany na hiszpańskiej ziemi (11 marca 1934 roku), zakończył się wynikiem 9:0 a Lángara strzelił pięć z tych bramek. W rewanżu, tydzień później, Hiszpania wygrała 2:1, a Lángara ponownie strzeliła obie bramki. Ten młody człowiek, który miał wkrótce skończyć 22 lata, miał szansę zaistnieć na arenie międzynarodowej. Jednak Mussolini nagle przerwał passę Hiszpanii, a wraz z nią Isidro Lángary. Po debiucie na Mistrzostwach Świata 27 maja w Genui, gdzie Lángara strzeliła dwa gole i wygrała 3:1 z Brazylią, cztery dni później w meczu z Włochami we Florencji belgijski sędzia Baert gwałtownie przekreślił nadzieje hiszpańskiej drużyny, pomimo ich lepszej gry na boisku. Po remisie 1:1, szwajcarski sędzia Mercet przypieczętował zwycięstwo w powtórce, tym razem bez Lángary, który, podobnie jak jego koledzy z drużyny Zamora, Ciriaco, Fede, Lafuente, Iraragorri i Gorostiza, doznał kontuzji w poprzednim meczu, który przerodził się w zaciętą walkę, kończącą się skromnym zwycięstwem Włochów nad bohaterską reprezentacją Hiszpanii. Przyjęcie w Hiszpanii bohaterów, którzy ulegli naciskom Mussoliniego i zdobyli tytuł mistrza świata, było triumfalne, choć po tym, co się wydarzyło, nic nie było pocieszeniem. Następne sezony potwierdziły, że Lángara jest dwukrotnie najlepszym strzelcem hiszpańskiej pierwszej ligi (bronił koszulki trzeciego zawodnika Oviedo w obu ligach, dysponując prawdopodobnie najlepszą linią ataku w kraju) i niekwestionowanym zwycięzcą reprezentacji narodowej. W lipcu 1936 roku zawodnik z Lángara w szczytowym okresie swojej kariery zaprezentował liczby, które mówiły same za siebie. Średnia bramek we wszystkich oficjalnych rozgrywkach znacznie przekraczała jedną bramkę na mecz:
- W Mistrzostwach Regionalnych: 73 gole w 32 meczach.
- W Pucharze: 16 bramek w 15 meczach.
- W Drugiej Lidze: 61 bramek w 52 meczach. Więcej niż odpowiednio ratyfikowane na najwyższym szczeblu:
- Strzelił 81 goli w 61 meczach pierwszej ligi, w których wystąpił (pudłował tylko raz) w ciągu trzech sezonów, będąc jednocześnie najlepszym strzelcem trzech mistrzostw.
- A w 12 występach w reprezentacji Hiszpanii (od 1934 roku zagrał we wszystkich meczach reprezentacji Hiszpanii, z wyjątkiem dogrywki z Włochami w ramach MŚ) strzelił nie mniej niż 17 goli.
Miał 24 lata a faszyzm ponownie stanął mu na drodze, tym razem z dużo większą siłą niż za pierwszym razem, kiedy uniemożliwił mu awans do półfinału mistrzostw świata z Hiszpanią: wybuch wojny domowej sparaliżował wszystkie rozgrywki krajowe i działalność hiszpańskiej drużyny, która nie mogła wyjechać na mistrzostwa świata w 1938 roku. W rzeczywistości Lángara nie mógł już powtórzyć udziału w mistrzostwach świata (następna II wojna światowa zawiesiła mistrzostwa świata do 1950 roku), ani nie zagrał już w reprezentacji Hiszpanii. Wraz z wybuchem wojny domowej, podobnie jak wielu innych, jego sytuacja zależała od miejsca, w którym się znajdował po wybuchu konfliktu. W rzeczywistości, będąc na terytorium republikańskim, początkowo oskarżono go o walkę z rewolucją 1934 roku (został powołany do wojska w Asturii), jednak po wyjaśnieniu sprawy dołączył do drużyny promowanej przez rząd baskijski, aby zebrać fundusze. Znalazł się w niespodziewanie powstałej sytuacji politycznej a ponieważ chciał tylko grać w piłkę nożną, planowana trasa po Francji wydawała się początkowo dobrym rozwiązaniem, licząc na szybkie rozwiązanie konfliktu. Później, gdy wojna nie zakończyła się tak szybko, jak niektórzy przewidywali, trasa została rozszerzona na całą Europę. Grali w Czechosłowacji, Polsce, Danii, ZSRR a nawet dotarli aż do Anglii, gdzie ostatecznie nie zagrali z przyczyn politycznych. W tej grupie piłkarzy, obok Langary, znajdowała się duża część ówczesnej reprezentacji Hiszpanii (Blasco, Pedro i Luis Regueiro, Zubieta, Muguerza, Cilaurren, Aedo, Areso,…), co sprawiało, że ich mecze były bardzo oczekiwane. W obliczu przedłużającej się wojny, której przebieg coraz bardziej wskazywał na zwycięstwo strony frankistowskiej, większość reprezentacji zdecydowała się na wyjazd do Meksyku, gdzie Kraj Basków miał w pełni zademonstrować swój potencjał a Lángara był jego gwiazdą, strzelając bramkę za bramką. Był w centrum uwagi drużyny, a jego sława przekroczyła Atlantyk. Wszyscy chcieli zobaczyć tego napastnika z przerażającym strzałem, którego but został zbadany przez sędziego po jednym z jego goli przeciwko ZSRR, będącym efektem jednego z jego potężnych uderzeń, zdumionego siłą strzału. Po zakończeniu wojny upragniony powrót do Hiszpanii okazał się niezwykle skomplikowany z powodu potencjalnych represji ze strony zwycięzców wobec tych, którzy zbiegiem okoliczności byli po przeciwnej stronie, nawet jeśli zajmowali się tylko piłką nożną. Lángara trafił następnie do argentyńskiej piłki nożnej, do San Lorenzo de Almagro, gdzie po raz kolejny od pierwszego dnia udowodnił swoją skuteczność. 21 maja 1939 roku zmęczony Isidro Lángara, który krótko wcześniej przybył do portu po długiej podróży, zadebiutował na starym stadionie Gasómetro w meczu San Lorenzo z River Plate, strzelając aż cztery gole, wszystkie w pierwszej połowie w nieco ponad pół godziny. „Cyklon Boedo” wygrał 4:2 a nowy napastnik, którego pojawienie się na boisku wywołało nieco komiczne, ale i niepokojące wrażenie ze względu na zły stan fizyczny po podróży, natychmiast podbił serca kibiców San Lorenzo. Wśród osób, które oglądały debiut na trybunach Gasómetro, był młody kibic River Plate, który wiele lat później wyrównał rekord najskuteczniejszego strzelca w najważniejszych ligach trzech różnych krajów: Alfredo Di Stéfano. Po strzeleniu 35 bramek w pierwszym sezonie ligowym, do którego dołączył późno i bez formy, Lángara stał się gwiazdą brazylijskiej trasy San Lorenzo, która trwała od grudnia 1939 do stycznia 1940 roku. Argentyńczycy pokonali takie drużyny jak Flamengo, Botafogo i Vasco da Gama. Stworzono nawet drużynę łączoną z najlepszymi zawodnikami z każdego klubu, aby rzucić wyzwanie San Lorenzo, ale wynik był ten sam: dzięki spektakularnej grze Lángary, bramka za bramką, San Lorenzo wróciło do domu niepokonane. W kolejnym sezonie Lángara strzelił 34 gole i znalazł się na szczycie listy strzelców. Jego statystyki nieco spadły w kolejnych sezonach, co ukoronowało jego czteroletnią przygodę w lidze argentyńskiej ze 113 golami w 121 meczach (według danych z San Lorenzo Golden Book zebranych przez Manuela Sarmiento Birbę w jego książce „Yo Isidro Lángara” ). To tylko potwierdziło jego reputację świetnego strzelca, z jaką się tu pojawił. W 1943 roku pragnienie powrotu do Hiszpanii doprowadziło go do zakończenia kariery w Argentynie, choć różne okoliczności opóźniły jego powrót. Jego następnym przystankiem był Meksyk, gdzie był idolem po grze w reprezentacji Kraju Basków i gdzie rok wcześniej odbył tournée z San Lorenzo, strzelając 23 z 42 bramek drużyny w dziesięciu meczach. Wyjechał do Meksyku z zamiarem pożegnania się z przyjaciółmi przed powrotem do Hiszpanii, ale ostatecznie dołączył do Club España, gdzie grał przez trzy lata, strzelając 105 bramek w 80 meczach ligowych. Wolniejszy, bardziej techniczny styl gry bardzo mu odpowiadał, ponieważ jego imponująca budowa ciała zaczynała słabnąć. Zdobył również dwa kolejne tytuły króla strzelców ligi. W ten sposób udało mu się zostać królem strzelców lig w trzech różnych krajach (trzy razy w Hiszpanii, raz w Argentynie i dwa razy w Meksyku), czego dokonali po latach Di Stéfano (w Argentynie, Kolumbii i Hiszpanii) lub Romario (w Brazylii, Holandii i Hiszpanii). Pozycja Lángary była tak znacząca, że (jako anegdotę) wystarczy wspomnieć, że jego byli koledzy z Realu Oviedo opowiadali, jak pisali do niego listy, nie mając na kopercie innego adresu niż ISIDRO LÁNGARA (MEKSYK). I docierali do celu bez najmniejszego problemu! Mimo że miał 34 lata i nie był już tym samym zawodnikiem, który opuścił Hiszpanię dekadę wcześniej, Lángara w końcu wrócił do ojczyzny, by grać w sezonie 1946/47, strzelając imponujące 18 bramek w rozgrywkach ligowych, w których rozegrał 20 meczów. Było to dalekie od 34 bramek Zarry, ale zbliżone do wyników innych najlepszych strzelców tamtych czasów (przewyższyli go tylko Pruden z Realu Madryt z 25 bramkami, Méndez z Gijón i Calvo z Espanyolu z 19 bramkami). Został nawet powołany do reprezentacji Hiszpanii na mecz z Irlandią w Dublinie 2 marca 1947 roku, choć oglądał mecz z ławki rezerwowych; Zarra był wówczas niekwestionowanym podstawowym zawodnikiem.
Jego powrót do hiszpańskiej piłki nożnej był nie lada wydarzeniem. Choć powrót do Oviedo był, rzecz jasna, triumfalny, wzbudził on podobne zainteresowanie w miejscach, w których grał, niezależnie od kwestii politycznych. Cień Lángary ciążył nad drużyną Oviedo, a zastąpienie go stało się obsesją po wznowieniu rozgrywek po wojnie domowej. Po powrocie Lángary, The Blues mieli w składzie kwartet napastników najwyższej klasy: obok Lángary byli weteran Chas oraz młodzi Echevarría i Cabido. W rezultacie Chas i Cabido zostali wypożyczeni – pierwszy do Caudal de Mieres, a drugi do Deportivo de La Coruña. Lángara później zauważył, że nie ma sensu go sprowadzać z powrotem, skoro Echevarría był od niego lepszy. W sezonie 1947/48 jego udział był znacznie mniejszy (rozegrał zaledwie 9 meczów ligowych, w których zdobył jednak 5 bramek). W wieku 36 lat wrócił do Meksyku, gdzie próbował swoich sił jako trener w Puebli, jednak bez większych sukcesów. Pomimo nieuniknionych rozbieżności między źródłami, z dokładnością do kilku bramek, jego 322 gole w 291 meczach w czołowych ligach Hiszpanii, Argentyny i Meksyku w ciągu ponad dekady (z wyjątkiem wojny, kiedy był u szczytu formy) mówią same za siebie, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że nigdy nie grał w „dużych” klubach, przyzwyczajonych do zdobywania tytułów. Dla porównania, jego naturalny następca na pozycji środkowego napastnika w hiszpańskiej piłce nożnej, Telmo Zarra, strzelił 252 gole w 278 meczach ligowych. W ciągu dwóch sezonów w klubie Lángara przekroczył 100 goli (104) w hiszpańskiej Pierwszej Lidze, nie musząc grać w 100 meczach (rozegrał ich tylko 90). Można by argumentować, że kariera piłkarska Lángary, mimo że pełna znaczących sukcesów, nie osiągnęła szczytu, na jaki zasługiwała. Okoliczności burzliwej epoki, w której żył, nie sprzyjały jego sukcesom. Biorąc pod uwagę, że porównywanie różnych epok nie ma większego sensu i że nigdy nie dowiemy się, jak postacie z innych czasów sprawdziłyby się w dzisiejszej piłce nożnej, ani jak dzisiejsze postacie sprawdziłyby się w piłce nożnej dekady temu, fakt, że Lángara wciąż znajduje się w niektórych rankingach statystycznych, mimo że żył w tak odmiennych czasach pod każdym względem (media, brak nagród takich jak Złota Piłka czy Złoty But itd.), wyraźnie pokazuje, że mamy do czynienia z jednym z najlepszych strzelców w historii piłki nożnej; jego liczby to potwierdzają.
6
Zapomniane, acz wspaniałe legendy hiszpańskiego futbolu:
@1LY0
@Adran360
@Bernard777
@Gary
@Kapitan hawk
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
0
@Zbyszard No tyle tylko że na dzień dzisiejszy, tak jak to opisałem, nie jest mi aż tak bardzo potrzebny ten porządny internet, biorąc pod uwage że mam programy Canal+ plus pakiet Elevenów...
0
@Zbyszard W dzień jakoś nie tną ale od godziny powiedzmy 20-tej mocno tną i to nawet w jakości SD. Nie raz się mocno wkurwiałem i to wszystko wyłączałem w pizdu! Teraz mam to gdzieś! A internet mam do przeglądania i pisania o mojej pasjonującej historii futbolu...
15
@FCBparasiempre
Po niesatysfakcjonujących pod względem sukcesów latach 60-tych, w 1971 roku w Juventusie rządy objął Giampiero Boniperti. Nowy prezydent odkrył młodych, zdolnych zawodników oraz trenera Trapattoniego, dzięki którym nastała druga złota era klubu. W historycznej drużynie, która zdobyła między innymi Puchar Europy, obok Platiniego, Bońka czy Rossiego grał Gaetano Scirea, wielka legenda Juventusu, która w wieku 36 lat zginęła… w Polsce. Włoch urodził się 25 maja 1953 roku w Cernusco sul Naviglio. Swoją piłkarską przygodę zaczął w Atalancie Bergamo, początkowo grając jako pomocnik. W Serie A zadebiutował 24 września 1972 roku w wieku 19 lat w meczu z Calgiari. W sezonie rozegrał 20 meczów, jednak Nerazzurri zajęli dopiero odległe 14 miejsce w tabeli i spadli do Serie B, gdzie Gaetano ostatni rok reprezentował ich barwy. Jak to jest wrócić po roku do najwyższej klasy rozgrywkowej i od razu zdobyć Scudetto? Ba, zdobyć je będąc podstawowym zawodnikiem czołowego klubu we Włoszech a nie jakimś tam rezerwowym wchodzącym na ostatnie minuty meczu. A to dopiero przedsmak tego, co miał osiągnąć w biało- czarnej koszulce. W Juventusie grał na pozycji libero z „szóstką” na plecach. Po odejściu Dino Zoffa przejął opaskę kapitana. Profesjonalizm i skuteczność na boisku przekładały się na sukcesy w kraju i Europie. Był (wraz z Marco Tardellim) pierwszym piłkarzem, który zdobył wszystkie cztery najważniejsze europejskie klubowe puchary. Do tego siedem razy został mistrzem kraju i zdobył 2 puchary Włoch. Po boisku poruszał się elegancko, z gracją. Umiejętnie łączył rolę obrońcy z ofensywnymi zapędami pod bramkę rywala. Najlepiej Grę Scirei obrazują słowa Bońka: ,,Blok defensywny stanowił najsilniejszą formację Juventusu. Całością poczynań obronnych kierował kapitan drużyny Gaetano Scirea, w mojej opinii najlepszy libero na świecie. Uważam, że od czasów Beckenbauera, Scirea nie miał konkurenta. Doskonale grał głową, dzięki czemu zdobywał sporo bramek. Silny, waleczny”. Skoro mówimy już o waleczności, Giuseppe Furino – boiskowy kolega wspomina Włocha w jednej z rozmów: ,,Pamiętam historię, gdy Gaetano doznał kontuzji stopy. Zamiast poprosić o zmianę, rozegrał całe spotkanie, używając tylko lewej nogi do kopania piłki. Byliśmy zszokowani, gdy dowiedzieliśmy się o tym po meczu i zaczęliśmy podziwiać go jeszcze bardziej. Kiedy przybył do klubu, był jeszcze młody, ale już wtedy nie było takiego drugiego”. Scirea do końca swojej kariery został w Turynie, przez 14 lat rozgrywając 552 mecze, rekord, który dopiero po 20 latach pobił Alessandro Del Piero. Z reprezentacją pojechał na trzy mundiale. W Argentynie Włosi zajęli 4 miejsce a Scirea grał w każdym spotkaniu. Swoją pierwszą bramkę dla Italii zdobył w meczu towarzyskim z Polską tuż przed euro ‘80, gdzie Azzurri znów zajęli miejsce za podium. Mistrzostwa Świata w Hiszpanii ’82 rozpoczęli słabo. Ledwo przebrnęli przez pierwszą rundę, nie wygrywając ani jednego meczu! W drugiej zaś czekali Argentyńczycy i zachwycający grą Brazylijczycy. Pokonanie Argentyny oznaczało walkę z drużyną Tele Santany o pierwsze miejsce w grupie. Powstrzymanie ich było nie lada wyzwaniem jednak formacja obronna Włoch z Gaetano Scireą w szeregach, znalazła na Canarinhos sposób. Wygrana 3:2 dała awans do najlepszej czwórki turnieju, gdzie po pokonaniu Polaków, ekipa Enzo Bearzota w finale rozprawiła się z Niemcami 3:1. Dzięki swojej fantastycznej grze Scirea trafił do jedenastki turnieju i w dużej mierze pomógł reprezentacji zdobyć trzeci już tytuł mistrza świata. Zakończył karierę reprezentacyjną po mundialu w Meksyku w 1986 roku. Mecz z Francją, po którym Włosi odpadli z turnieju był jego 78. W Juventusie, jak i w reprezentacji kolegą Gaetano był Claudio Gentile. Ci panowie często byli razem przedstawiani, ponieważ ich styl gry znacząco ze sobą kontrastował. Mówiono, że Scirea jest aniołem środka defensywy natomiast kolega z drużyny diabłem wcielonym. Podczas gdy Gentile uważał, że futbol nie jest dla baletnic, priorytetem Scirei była gra fair play, co zaowocowało brakiem czerwonej kartki w całej jego karierze. Świetnie sprawdzał się w roli kapitana. To on podczas tragedii na Heysel starał się uspokoić tysiące ludzi na trybunach. Zawsze też był gotowy podać pomocną dłoń kolegom z drużyny. Kiedy Stefano Tacconi przeżywał kryzys po trafieniu na ławkę rezerwowych, ten motywował go, by walczył o ponowne miejsce w podstawowej jedenastce. Poza boiskiem był uczciwy i skromny, nie szukał rozgłosu. Po śmierci jego żona odkryła, że wspierał finansowo kilka instytutów i biednych rodzin.
Kiedy zawiesił buty na kołku, Boniperti wpadł na pomysł, aby dwaj przyjaciele z boiska poprowadzili Juventus z ławki trenerskiej. Tak więc Scirea – drugi trener i asystent Dino Zoffa, pojechał do Polski, aby zebrać informacje o Górniku Zabrze, przyszłym rywalu w Pucharze UEFA. Przed meczem zawitał w Wadowicach, by zwiedzić miasto Papieża. Podczas pobytu w Polsce dowiedział się o tragicznej śmierci Kazimierza Deyny w wypadku samochodowym. 3 września 1989 roku wracał fiatem 125p do Warszawy wraz z kierowcą, tłumaczką i działaczem Górnika. W okolicy Babska można było napotkać na roboty drogowe. Prowadzący auto nie zachował wystarczającej ostrożności, by dowieźć wszystkich bezpiecznie do celu. W trakcie wyprzedzania zderzył się z żukiem jadącym z naprzeciwka. Prawdopodobnie wszyscy by przeżyli wypadek, gdyby nie fakt, iż wybuchły wiezione kanistry z benzyną. Czy mogło być jeszcze gorzej? Niestety okazuje się, że mogło. Trzy z czterech drzwi zablokowały się, uniemożliwiając ucieczkę. Oprócz działacza Górnika, który uratował się przez sprawne drzwi, wszyscy spłonęli żywcem. Policjanci przybyli na miejsce zdarzenia, kilka godzin identyfikowali ciała. Po całej tragedii, w Polsce można było usłyszeć jedynie krótki komunikat: ,,Na trasie z Katowic do Warszawy, w miejscowości Babsk doszło do tragicznego wypadku. Zginęli tłumaczka Barbara Januszkiewicz, kierowca Henryk Pająk oraz były reprezentant Włoch w piłce nożnej a potem drugi trener Juventusu Gaetano Scirea”. Dino Zoff o śmierci przyjaciela dowiedział się w drodze powrotnej z meczu ligowego. Bardzo boleśnie to przeżył, tak samo, jak członkowie rodziny zmarłego. Ojciec Scirei nie mógł się pogodzić z utratą syna i po kilku dniach sam zmarł na zawał. Po śmierci Gaetano, żona Mariella została dosłownie zasypana listami od kibiców i znajomych. Otrzymała siedem tysięcy telegramów i dwa tysiące pięćset listów – wszystkie zaadresowane do męża jakby mógł je przeczytać i odpowiedzieć. Włochy okryły się żałobą. W pogrzebie uczestniczyło ponad 20 tysięcy osób. Rok później nadal pamiętano o włoskim piłkarzu. Kiedy Pani Scirea, wraz z drużyną Juventusu odwiedziła Jana Pawła II, papież trzymając ją za rękę, powiedział: „ Wiem, że Pani mąż zginął na mojej ziemi i bardzo nad tym boleję. Będę o nim i o pani synu pamiętać w moich modlitwach”. Upamiętniając legendę Juventusu trybuna, na której przebywali najwierniejsi kibice Juve, otrzymała nazwisko Scirei, natomiast do głównego wejścia Juventus Stadium prowadzi ulica jego imienia. Co roku jest rozgrywany turniej dla młodzieży na jego cześć i przyznawana nagroda dla najlepszej publiczności Serie A. Kiedyś Marco Tardelli powiedział: ,,On był jednym z najlepszych piłkarzy na świecie, ale był zbyt skromny, by to stwierdzić, czy nawet o tym pomyśleć. W sercach zawodników i fanów zawsze będzie wielkim piłkarzem i człowiekiem, którego skromność i życzliwość była po prostu niespotykana. Czapki z głów Panie Scirea”.
Statystyki i osiągnięcia:
Osiągnięcia zespołowe:
Juventus Turyn
1x Puchar Europy (1985)
1x Superpuchar UEFA (1984)
1x Puchar UEFA (1977)
1x Puchar Zdobywców Pucharów (1984)
1x Puchar Interkontynentalny (1985)
7x mistrzostwo Włoch (1975, 1977, 1978, 1981, 1982, 1984, 1986)
2x Puchar Włoch (1979, 1983)
Reprezentacja:
1x Mistrzostwo Świata (1982)
11
To był bardzo dobry człowiek i wielce zasłużony piłkarz. Wielkim grzechem byłoby o nim zapomnieć:
@Szalik
@Ogorinho1974
@Safrani
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@Kapitan hawk
@Gary
@Bernard777
@Adran360
0
@Zbyszard Wiesz co, ja to kompletnie sie na tym nie znam ale z tego speedtest.net pisze coś takiego: Pobierz Mbps 1.67 a po prawej stronie Prześlij Mb/s 7.46
A co to oznacza to nie mam bladego pojęcia?
14
Wybitne legendy futbolu:
25 maja 1953 r. w Chacabuco urodził się Daniel Passarella, środkowy obrońca; Mistrz Świata z 1978 i 1986(jako rezerwowy) oraz 5-krotny Mistrz Argentyny. Fruwający „Gran Capitan”-tak go nazywano. Szybki i zwinny, był stoperem prawie nie do przejścia. Lecz prawdziwych cudów dokonywał w powietrzu. Nawet wyżsi o głowę rywale nie mieli tam cienia szans! W roku 1974 w Argentynie na Estadio Monumental miał się rozpocząć mecz na szczycie-słynne El Classico pomiędzy River Plate a Boca Juniors. Tymczasem w szatni River rozgrywała się scena, która do siebie siedzącego w kącie niewysokiego, szczupłego chłopaczka i zaszczycił go pytaniem, o jakim tylko marzyć mogłyby setki jego rówieśników: ,,Czy miałbyś odwagę zagrać tego wieczoru przeciwko Boca?’’ ,,Tak jeśli dopisze panu odwaga, by mnie wystawić’’-brzmiała zuchwała odpowiedź. Szatnia zamarła. Wszystkich poraził niebywały tupet smarkacza. Sam Rossi poczuł się lekko dotknięty ale przypomniał sobie siebie sprzed półwiecza i pomyślał że ten chłopak musi mieć charakter nie lada i osobowość niepowszednią. Nestor Rossi nie miał syna. I kiedy tak spoglądał na młodego zuchwalca, dostrzegł w jego wzroku hardość. I pokochał go właśnie od tego pierwszego wejrzenia miłościa niemal ojcowską. Podją decyzję: tak, sprawdzę go! I nie pomylił się. A tym chłopcem był Daniel Alberto Passarella, późniejszy mistrz świata, wielki kapitan reprezentacji, najlepszy argentyński obrońca wszechczasów! Daniel pierwsze kroki stawiał w amatorskim Argentino Chacabuco, marząc o karierze w którejś ze słynnych drużyn stołecznych. Jednak ojciec poradził mu by wcześniej przetarł szlaki na nieco skromniejszym poziomie. I tak w wieku 18 lat trafił do trzecioligowego Sarmiento Junin, gdzie grał do 1973 roku. Tam właśnie wypatrzyli go wszędobylscy szperacze River Plate. Oficjalny debiut ligowy Passarelli nastąpił 14 kwietnia 1974 roku w wyjazdowym meczu z Rosario Central, przegranym 0-1. Niebawem nastąpiła w River zmiana trenera. Funkcję obją Angel Labruna, podobnie jak Rossi jedna z legend klubu i argentyńskiej piłki. Początkowo nie doceniał on Passarelli wystawiając go na lewej obronie, gdyż etatową parę stoperów stanowili Perfumo i Artico. Dopiero kontuzja jednego z nich otworzyła prowincjuszowi drogę do pełnej kariery. Daniel robił ogromne postępy. Zwrócił na niego uwagę kolejny wybitny trener-Cesar Luis Menotti powołując go do młodzieżowej drużyny na turniej w Tulonie w 1975r. Argentyna wygrała tę imprezę a rej wodzili w niej Passarella,Tarantini, Gallego,Trobbiani,Valencia i Valdano; jak się niebawem okazało przyszli mistrzowie świata. Passarella zadebiutował w reprezentacji w zwycięskim meczu z ZSRR 1-0 w Kijowie. Menotti wiedział że ma w ręku prawdziwy skarb. W 1978 Argentyna zdobyła mistrzostwo świata, zaś do pierwszego takiego tryumfu w historii poprowadził ją właśnie Passarella-najlepszy obrońca turnieju, kapitan zespołu i jego absolutny lider. To wtedy zrodził się ów przydomek: ,,Gran Capitan’’ czyli Wielki Kapitan. Był natchnieniem drużyny, jej moralną ostoją i niekwestionowanym przywódcą. Wszyscy nawet Kempes i Ardiles jego polecenia wykonywali bez szemrania. To on w momentach trudnych krzepił ducha, podnosił morale i zagrzewał do walki. Przy wzroście zaledwie 173 cm odznaczał się niepospolitą siłą i stalową twardością. Brzmi to niewiarygodnie ale nigdy nie przegrał z nikim pojedynku główkowego! Przed nim tak sprężyście skakali chyba tylko dwaj inni fenomenalni zawodnicy-paragwajczyk Erico oraz węgier Kocsis. Daniel nie tylko niezawodnie bronił ale równie skutecznie atakował. Oprócz zabójczych główek dysponował potwornie silnym uderzeniem z obu nóg. Bezbłędnie wykonywał rzuty karne i wolne ale strzelał też przy każdej okazji nieraz z 30-40 metrów a i tak piłka wyłamywała bramkarzowi ręce! Dla River w 258 spotkaniach zdobył 99 goli co stanowi niepobity rekord wszechczasów! W barwach tego klubu był pięciokrotnym mistrzem kraju. W 1982r. Za kwotę 2,5 mln dolarów przeniósł się do włoskiej Fiorentiny, w której rozegrał 109 spotkań strzelając 22 gole. Natomiast w 1986r. zawitał do mediolańskiego Interu(44 spotkania i 9 goli). W 1988r.wrócił na stare śmieci do River i tam zakończył swoją karierę piłkarza.
W reprezentacji rozegrał 77 spotkań zdobywając w niej 22 gole. W 1982r. Argentyna nie zdołała obronić tytułu ponieważ odpadła w ćwiećfinale mimo iż Passarella grał dobrze na tym turnieju zdobywając nawet 2 gole. W 1986r. mógł zostać podwójnym mistrzem świata. Nowy trener Carlos Bilardo widział go w wyjściowym składzie ale w Meksyku stoper rozchorował się i nie mógł wystąpić w żadnym meczu. Przestał też być kapitanem ponieważ Bilardo przyznał tę funkcję Maradonie i nie wpłyneło to najlepiej na wzajemne relacje obu piłkarzy. W roku 1989 Passarella został trenerem River Plate, którego poprowadził do sukcesów m.i. do pięciokrotnego mistrzostwa Argentyny. W 1994 powierzono mu już reprezentację Argentyny a rok później wygrał igrzyska panamerykańskie i wszystko zdawało się iść jak po maśle lecz raptem w wypadku zginął jego syn Sebastian i tragedia ta odcisneła piętno na psychice Daniela. Stał się jeszcze bardziej nieprzejednany i zacięty aż w końcu zamknął się w sobie. Zawodników traktował szorstko, wprowadził nerwową atmosferę i swojego najlepszego gracza, pomocnika Redondo wyrzucił z kadry za noszenie zbyt długich włosów. Na mistrzostwach świata w 1998r. doszła ledwie do ćwiercfinału choć uchodziła za faworyta czego efektem była rezygnacja Passarelli jako selekcjonera. Potem układało się różnie. Z reprezentacją Urugwaju nie odniósł sukcesów, podobnie jak z brazylijskim Corinthians czy włoską Parmą ale z drużyną Monterrey zdobył mistrzostwo Meksyku. Bez powodzenia prowadził też swój River Plate, w którym został nawet prezesem. Wydawało się to godnym uwieńczeniem kariery, jednak błędna polityka transferowa sprawiła iż 33-krotny mistrz Argentyny po raz pierwszy w dziejach spadł do 2 ligi. Była to klęska bezprzykładna. Wściekli kibice wylegli na ulice Buenos Aires, zdemolowali stadion a na prezesa posypały się złorzeczenia. Jak widać Danielowi wiodło się bardzo różnie zatem niech pozostanie w naszej pamięci przede wszystkim jako wielki wojownik, żelazny obrońca fruwający na wysokości pierwszego piętra oraz charyzmatyczny lider drużyny mistrzów świata- po prostu „Gran Capitan”.
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@KrychaFCB
@Kapitan hawk
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Sysia11
0
@Zbyszard Modem nazywa sie Megafon 4G +