FCBparasiempre
Dołączył/a: grudzień 2020
Biała Podlaska
33 obserwujących
0 obserwowanych
Której reprezentacji, do której powołany został zawodnik Barcy, kibicujesz?
Komunikat
Polecający
Ładowanie...
Historia komentarza
Ładowanie...
1
@blakkudium Że też ja sie musze domyślać co jest tam po chińsku napisane!?
0
@FcPortoFan1999 Wiesz co, kiedyś Inter za Helenio Herrery był wielki a potem przez wiele lat nic nie wygrywał aż do czasu właśnie Mourinho. Teraz to samo mamy z AC Milan, który od czasu Sacchiego nic nie wygrywa i kto wie czy za 10 albo za 20 lat nie powtórzy swoich sukcesów a może nawet już wcześniej. Nigdy nic nie wiadomo...
15
Szanowni cules, czy wiecie że:
23 maja 1912 r. Alfonso Albeniz Jordana został pierwszym piłkarzem, który przeszedł z FC Barcelony do Realu Madryt(wówczas FC Madrid). Powodem przeniesienia się do stolicy było rozpoczęcie studiów w tym mieście. Albeniz został potem dyrektorem w Realu i prezesem pierwszego Hiszpańskiego Kolegium Sędziów. W 1902 r. jeszcze jako piłkarz Blaugrany zagrał w pierwszym El Clasico jako najmłodszy gracz w historii(16 lat i 132 dni), choć jak pisano wówczas w gazetach ,,ze względu na wiek nie powinien uczestniczyć w tak brutalnej i niebezpiecznej grze”. Z kolei inny zawodnik, Jose Quirante, będąc piłkarzem Barçy, grał dwa lata dla Realu w latach 1906-1908 ze względu na obowiązki w pracy, które zmusiły go do przeprowadzki do Madrytu. W tym czasie był jednak formalnie nadal piłkarzem FCB. No cóż, takie to właśnie były wtedy amatorskie czasy…
@1LY0
@Adran360
@Bernard777
@Gary
@Kapitan hawk
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
14
@FCBparasiempre
Rok 2010 był dla Ligi Mistrzów szczególny. Po raz pierwszy od pięciu lat w finale tych rozgrywek zabrakło angielskiej drużyny. W ostatecznym meczu na Santiago Bernabeu stanęły naprzeciwko siebie dwa zespoły, które marzyły o zakończeniu sezonu z potrójną koroną. Z kolei trenerzy obu klubów już wcześniej triumfowali w tych rozgrywkach, Louis van Gaal z Ajaksem a Jose Mourinho z FC Porto. Przypominamy dziś finał Champions League: Bayern – Inter. Historia sezonu 2009/2010 w Lidze Mistrzów mogła wyglądać zupełnie inaczej, ponieważ finaliści aż do ostatniej kolejki fazy grupowej walczyli o awans do 1/8. Bayern potrzebował zwycięstwa w Turynie, gdzie czekał na niego odradzający się powoli z drugoligowych popiołów Juventus. Był to bezpośredni pojedynek o wyjście z drugiego miejsca, a przed samym spotkaniem to Włosi zajmowali premiowane miejsce. Gospodarze objęli prowadzenie, ale Niemcom udało się odpowiedzieć aż czterema trafieniami. Warto dodać, że wyrównującego gola z rzutu karnego zdobył dla gości… bramkarz Hans-Jörg Butt. Sensacyjnym zwycięzcą grupy okazało się francuskie Girondins de Bordeaux. Dosyć niespodziewane jest to, że problemy z awansem w grupie F miał Inter, gdzie wyrastał na jej zdecydowanego faworyta, obok broniącej tytułu Barcelony. Remisy z Rubinem Kazań i Dynamem Kijów, a także porażka z Hiszpanami sprawiły, iż w ostatnim meczu z rosyjską drużyną Włosi nie mogli przegrać. Gole Samuela Eto’o i Mario Balotellego dały im pewny triumf. Później miało się okazać, że po raz pierwszy w historii w finale nie wystąpi ani jeden zwycięzca swojej grupy. W 1/8 finału na Bayern czekała Fiorentina, która stawiała rywalom bardzo silny opór – dwumecz zakończył się wynikiem 4:4, a Bawarczycy przeszli dalej tylko dzięki bramkom strzelonym na wyjeździe. Do historii przeszły ich dwa spotkania w ćwierćfinale, gdzie spotkali się z Manchesterem United. Pierwszy mecz u siebie Niemcy wygrali dzięki trafieniu Ivicy Olicia w doliczonym czasie gry. Rewanż na Old Trafford nie do końca układał się po ich myśli – po 41 minutach przegrywali już 0:3. Przed przerwą gola zdobył jednak niezawodny Olić, a na kwadrans przed końcowym gwizdkiem przepięknym uderzeniem z woleja popisał się Arjen Robben, dzięki czemu Bayern prześlizgnął się do kolejnej rundy, ponownie korzystając z zasad wyjazdowych goli. Półfinałowy dwumecz z Olympiquem Lyon nie pozostawił już żadnych wątpliwości – trzy gole Olicia w rewanżu zapewniły chłopcom van Gaala bilet do Madrytu. Droga Interu do upragnionego finału miała dla Jose Mourinho kilka osobistych podtekstów. Jego pierwszym rywalem w rundzie pucharowej była Chelsea, z której Portugalczyk jeszcze nie tak dawno został przegoniony przez Romana Abramowicza. Łatwo można się domyślić, ile satysfakcji dały szkoleniowcowi mediolańczyków dwie wygrane w starciach z Anglikami – 2:1 u siebie i 1:0 na wyjeździe. Dwa jednobramkowe zwycięstwa nad CSKA Moskwa dały Interowi przepustkę do swojego pierwszego półfinału od 2003 roku. Tam czekała na nich Barcelona, w której z kolei Mourinho był asystentem i tłumaczem Bobby’ego Robsona, a później współpracował jeszcze… z van Gaalem. W pierwszym spotkaniu na San Siro gospodarze zagrali być może najlepszy mecz za kadencji portugalskiego trenera i w świetnym stylu pokonali Katalończyków 3:1. Rewanż na Camp Nou dziś należy do klasyków Champions League – czerwona kartka dla Thiago Motty jeszcze przed upływem 30. minuty, potem ponad godzina walenia przez Barcelonę głową w mediolański mur, gol Gerarda Pique, chwilę później nieuznane trafienie gospodarzy i koniec meczu. Następnie miała miejsce celebracja gości na murawie, prowokacje Mourinho i włączone zraszacze… Takie było tło awansu Interu do wielkiego finału Ligi Mistrzów, swojego pierwszego od 1972 roku.
Bayern – Inter. 22 maja 2010 roku (po raz pierwszy mecz był rozgrywany w sobotni wieczór!) w Madrycie stanęły naprzeciw siebie dwie wspaniałe europejskie firmy prowadzone przez dwóch wielkich taktyków. Było to piąte starcie w historii pomiędzy tymi zespołami. W ciągu paru tygodni poprzedzających ten finał zarówno monachijczycy, jak i mediolańczycy wygrali swoje ligi oraz krajowe puchary. Jedni i drudzy mieli zatem jasny cel: wywalczyć trofeum numer trzy i szczycić się zdobyciem potrójnej korony. Stawką był nie tylko puchar – zwycięstwo Bayernu oznaczało, że Bundesliga otrzyma w kolejnym sezonie dodatkowe miejsce w Champions League kosztem… Serie A. Inter zatem musiał wygrać nie tylko dla siebie, lecz także i dla całego calcio. Van Gaal i Mourinho – obaj panowie mieli szansę na swój ponowny triumf w tych rozgrywkach. Holender po raz pierwszy wygrał je w 1995 roku, gdy prowadzony przez niego młodziutki Ajax dosyć niespodziewanie pokonał AC Milan. Nie mniejszą sensacją była wygrana w 2004 roku FC Porto, którym dowodził Portugalczyk. Smoki ograły wówczas w finale AS Monaco 3:0. Ernst Happel i Ottmar Hitzfeld zdobywali Puchar Europu z dwoma różnymi zespołami. Pewne było to, że tej nocy dołączy do nich trzeci szkoleniowiec. Pytanie tylko brzmiało: który? ,,Moją filozofią jest zawsze atakowanie. Mourinho woli stawiać na defensywę, ale ma zawodników, którzy mogą przesądzić o wyniku meczu” – Louis van Gaal przed spotkaniem finałowym. Po raz czwarty na arenę finału wybrano Santiago Bernabeu. Wcześniej takie mecze rozgrywane były tutaj w 1957, 1969 oraz 1980 roku. Ten drugi raz był szczęśliwy dla innej drużyny z Mediolanu. AC Milan pokonał wówczas Ajax aż 4:1. W majowy wieczór 2010 roku na trybunach zasiadło ponad 73 tysiące widzów. Sędzią był dobrze znany polskim kibicom Howard Webb. Oba zespoły do finału przystępowały bez swoich kluczowych zawodników. Van Gaal nie mógł skorzystać z Francka Ribery’ego, który pauzował za czerwoną kartkę obejrzaną w dwumeczu z Lyonem. Z tego samego powodu zabrakło w składzie Włochów Motty. Gdy jedni i drudzy ustawili się już wreszcie w tunelu, można było rozpoczynać finał. Bayern na ponowny sukces w rozgrywkach czekał dziewięć lat, z kolei Inter – aż czterdzieści pięć. Jak można się było spodziewać, od początku zaatakowali Bawarczycy. Szczególnie aktywny na prawym skrzydle Robben przez cały sezon był motorem napędowym ofensywnych akcji klubu z Monachium. Holender w dziesiątej minucie łatwo ograł Cristiana Chivu oraz Waltera Samuela i dograł do Olicia, ale napastnik nie trafił w bramkę. Chwilę później były gracz Realu Madryt dorzucił piłkę na głowę Daniela Van Buytena, a ta po jego strzale trafiła w rękę Maicona. Sędzia nie odgwizdał rzutu karnego, chociaż śmiało mógł to zrobić. Inter, stojący za podwójną gardą, odpowiedział dwoma mocnymi uderzeniami Wesleya Sneijdera z rzutów wolnych ustawionych ponad trzydzieści metrów od bramki Butta. Bayern miał dużą przewagę w posiadaniu piłki, ale nie potrafił udokumentować tego trafieniem. Zespół Mourinho w tym sezonie przyzwyczaił do bardzo defensywnej gry, ale w odpowiednich momentach potrafił zadać zabójczy cios. Tak też się stało w 35. minucie finału. Julio Cesar wykopał piłkę z własnego pola karnego, Diego Milito zgrał ją głową do Sneijdera, a ten oddał mu ją natychmiast po przyjęciu, dzięki czemu Argentyńczyk znalazł się w sytuacji sam na sam z niemieckim bramkarzem. Napastnik Interu nie zwykł marnować takich okazji i celnym strzałem dał prowadzenie swojemu zespołowi. Jeszcze przed przerwą Włosi mogli zdobyć drugiego gola. Tym razem to Milito podawał do Sneijdera, ale Holender z dwunastu metrów trafił prosto w Butta. Pierwsza połowa zakończyła się zatem jednobramkową przewagą mediolańczyków. Zaledwie dwadzieścia sekund po rozpoczęciu drugiej części młodziutki Thomas Müller mógł wyrównać, ale fantastyczną interwencją nogami popisał się Cesar. Bayern wyszedł po przerwie niezwykle zdeterminowany. Dziesięć minut później groźnie uderzał Hamit Altintop. W polu karnym Interu robiło się coraz gorąco – ponownie próbował Müller, lecz tym razem jego strzał został sparowany przez Estebana Cambiasso. Po ponad godzinie Cesar znów musiał się wspiąć na wyżyny swoich umiejętności, broniąc mocne uderzenie Robbena.
Gdy wydawało się, że remis wisi w powietrzu, dwadzieścia minut przed końcem mediolańczycy zadali drugi cios. Samuel Eto’o podał piłkę do Milito, który wdał się w pojedynek z Van Buytenem. Argentyński snajper w piękny sposób ograł rywala i nie dał żadnych szans Buttowi. Co prawda belgijski obrońca karierę zakończył rok później, ale ,,El Principe” wysłał go na przedwczesną emeryturę tamtej nocy. Istnieją podejrzenia, że ,,Big Danowi” do tej pory kręci się w głowie po tamtej akcji. Wynik zmienił się na 2:0 i wyglądało na to, że nic już nie odbierze Interowi pucharu. Mourinho gestami uspokajał swoich zawodników, ale w środku czuł już wielki triumf. Wszystko przebiegało według jego planu. Do końca spotkania pozostawały już sekundy, a rezerwowi piłkarze mediolańczyków przygotowywali się do świętowania zwycięstwa. Wówczas Mourinho dokonał trzeciej zmiany tej nocy – zdjął bohatera Milito a w jego miejsce wprowadził Marco Materazziego. Do ucha nie przekazał mu jednak żadnych uwag taktycznych a jedynie słowa: ,,Byłeś na boisku w pierdolonym finale mistrzostw świata i będziesz w dzisiejszym pierdolonym finale ligi mistrzów”. Zaraz po tym Howard Webb zagwizdał po raz ostatni. Inter wygrał Champions League, zdobył potrójną koronę, a Jose dołączył do Happela oraz Hitzfelda. Dla niego i dla klubu to był wielki i niezapomniany sezon. ,,W piłkarskim sensie to była prowokacja ze strony Van Gaala, gdy powiedział, że Inter jest defensywną drużyną ale wiem, czego chciał a ja pragnąłem tej samej rzeczy – zwycięstwa. Nie zatraciliśmy naszej osobowości, jesteśmy bardzo zwartą drużyną i udało nam się wygrać po kontratakach. Po drugiej bramce mecz był już skończony” – Jose Mourinho. 34% – zaledwie tyle czasu przy piłce utrzymywali się mediolańczycy. Wystarczyło to jednak, aby strzelić dwa gole. Parę dni po finale Materazzi wyjawił, że jego trener już dużo wcześniej wiedział, jak potoczy się to spotkanie. Na początku maja Portugalczyk był w Berlinie, gdzie oglądał starcie Bayernu z Herthą. Gdy włoski obrońca wysłał do niego SMS-a z pytaniem, jak prezentują się Bawarczycy, Mourinho odpisał mu: Wygramy 2:0. 28 maja Jose zrezygnował z posady trenera Interu, aby podjąć pracę w Realu Madryt. Zastąpił tam Manuela Pellegriniego, który z Królewskimi odpadł z Champions League w 1/8 finału po dwumeczu z Lyonem. Swoje odejście z Mediolanu portugalski szkoleniowiec zapowiedział już chwilę po triumfie nad Bayernem, gdy stał przed telewizyjnymi kamerami: ,,To był wspaniały, niesamowity sezon. Brakuje mi słów, aby opisać, jak się czuję. Jestem bardzo szczęśliwy i dumny, ale… jednocześnie jestem smutny, bo to prawdopodobnie mój ostatni mecz z Interem a Inter jest moim domem – w taki sam sposób, w jaki moim domem jest Chelsea. Trudno było mi opuszczać Chelsea a teraz równie ciężko jest zostawić Inter ale takie jest życie, taki jest futbol”. Na Santiago Bernabeu nie udało się Mourinho wywalczyć upragnionego trofeum Ligi Mistrzów – trzeciego dla niego i dziesiątego dla klubu. Po zwolnieniu z Realu powrócił do Chelsea, gdzie w drugim sezonie wygrał Premier League. Co łączy natomiast Mourinho i Van Gaala? Ten pierwszy próbuje sprzątnąć po bardziej doświadczonym koledze, który zawiódł w Manchesterze United. Próbuje udowodnić, że The Special One wciąż jest wyjątkowy. Czy uda mu się kiedykolwiek jeszcze wywalczyć swoją własną, trenerską potrójną koronę albo choć wygrać Champions League?
Bayern Monachium – Inter Mediolan 0:2 (0:1)
Gole: Milito 35 i 70 m.
Bayern: Butt – Lahm, Van Buyten, Demichelis, Badstuber – van Bommel, Schweinsteiger, Robben, Müller, Altintop (Klose) – Olić (Gomez)
Inter: Cesar – Maicon, Lucio, Samuel, Chivu (Stanković) – Zanetti, Cambiasso, Sneijder – Eto’o, Milito (Materazzi), Pandev (Muntari)
11
Było sobie ,,meczycho” w finale Champions League:
@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360
19
Ponowny remis po samobójczym golu:
22 maja 1983 r. reprezentacja Polski remisuje z ZSRR 1:1 na Stadionie Śląskim w eliminacjach Euro ’84. Trzeba mieć wyjątkowego pecha, by w drugim meczu z rzędu strzelić dwa gole, nie dać rywalom zdobyć bramki a mimo to... znów nie zwyciężyć. Taką serię na wiosnę 1983 roku zanotowała jednak reprezentacja Polski. Najpierw w Warszawie nie udało się wygrać z Finami, bo po trafieniu Włodzimierza Smolarka własnego bramkarza pokonał Paweł Janas. W Chorzowie historia się powtórzyła. W meczu z ZSRR piłkę do siatki posłał Zbigniew Boniek a potem samobója strzelił Roman Wójcicki. Dziennikarze „Przeglądu Sportowego” po tym spotkaniu nie mieli już złudzeń. „Trzeba się pogodzić raczej z tym, że biało-czerwonych zabraknie w przyszłorocznych finałach we Francji” – podsumowali w redakcyjnym komentarzu, czego nie trudno było przewidzieć. To był drugi w ciągu niespełna roku mecz przeciwko ZSRR i znów zakończył się podziałem punktów. Na mistrzostwach świata w Hiszpanii padł bezbramkowy remis, tym razem każda z drużyn zapisała na swoim koncie po golu. Jednego z nich strzelił szarżujący na radziecką bramkę Zbigniew Boniek. To był również 20-ty występ w reprezentacji Janusza Kupcewicza i Józefa Młynarczyka oraz 60-ty Zbigniewa Bońka i jego 21 strzelony gol.
@Adran360
@Bernard777
@FcPortoFan1999
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
11
@FCBparasiempre
Dokładnie 80 lat temu urodził się George Best, napastnik, dwukrotny mistrz Anglii(Manchester United) - 1965, 1967; Zdobywca Pucharu Europy(Manchester United) - 1968 r.; Zdobywca Złotej Piłki France Football – 1968 r.; Najlepszy Piłkarz Świata według ,Football Writers Association’ – 1968 r. Wybrany do drużyny wszechczasów Ligi Angielskiej w 2007 roku. Zdobywca 9 goli w 37 meczach w reprezentacji Irlandii Północnej. Ogółem zdobywca 214 goli w 616 meczach. George Best był pierwszym dzieckiem Dickie Besta i Anne Best. Dorastał w rodzinnym mieście wraz z piątką rodzeństwa : czterema siostrami i bratem. W wieku 11 lat uzdolniony naukowo Best dostał się do Grosvenor High School, ale wkrótce potem zaczął coraz częściej chodzić na wagary i unikać uczęszczania do szkoły na zajęcia. Szkoła ta specjalizowała się w bardzo popularnym w tamtych czasach na wyspach sporcie – rugby. Gdyby nie buntowniczy charakter Besta kto wie czy nie został by gwiazdą rugby. Jednak los sprawił inaczej i po wydaleniu go z Grosvenor High School przeniósł się do Lisnasharragh Secondary School, gdzie spotkał swoich przyjaciół ze szkoły podstawowej. Połączyła ich ponownie bliska przyjaźń i miłość do piłki nożnej. Wspólnie cały wolny czas poświęcali na trenowanie tego sportu. W tym momencie talent Besta dopiero zaczynał rozkwitać i dawać o sobie znać światu i samemu piłkarzowi. Swoją prawdziwą przygodę z piłką nożna rozpoczął w wieku 14 lat w lokalnym klubie piłkarskim Cregagh Boys Club. Niedługo potem bo już w wieku 15 lat Best został zauważony przez obserwatora angielskiej drużyny Manchesteru United, Boba Bishopa. Bishop poinformował telegramem ówczesnego trenera drużyny Manchesteru Matta Busby’ego słowami : „ Myślę że znalazłem Ci geniusza”. Nie trwało to długo gdy przeniósł się do Manchesteru na okres próbny, by w wieku 17 lat, a dokładnie 14 września 1963 zadebiutować w pierwszej drużynie angielskiego klubu w wygranym meczu 1:0 z drużyną West Bromwich Albion. Genialne dziecko piłki nożnej było niestety za młode aby przebić się do pierwszej drużyny nowego klubu i przez połowę pierwszego sezonu większość czasu spędził na ławce. Jego druga szansa na pokazanie się przed publicznością w Manchesterze przyszła 28 grudnia tego samego roku. Trener Matt Busby dał Bestowi szansę do gry w meczu z drużyną Burnley F.C. Dla Sir Matt'a Busbiego od samego początku było wiadomo, że 16-letni, chudy chłopak z Belfastu jest kimś wyjątkowym. W meczu tym, młody zawodnik strzelił swojego pierwszego gola, a sam mecz zakończył się zwycięstwem Manchesteru United wynikiem 5 - 1. To właśnie wtedy pierwsza dywizja angielskiej piłki nożnej dostrzegła wschodzącą gwiazdę i jego pierwszego strzelonego gola. Po meczu Busby uznał że Best zasługuje na częstszą grę. Jak powiedział, tak zrobił, po Nowym Roku Geaorge Best zaczął regularnie grywać występując w 26 meczach i strzelając 6 goli. Sezon Manchester zakończył na drugim miejscu, cztery punktu za drużyną Liverpoolu. Kolejny sezon był dla Manchesteru United i Besta lepszy, udało im się zdobyć tytuł mistrzowski, a Best grywał regularnie. Do eksplozji talentu Besta doszło w 1966 roku. Wtedy to Best strzelił dwie bramki Benfice Lizbona w wygranym przez Manchester United meczu, w ćwierć finale Pucharu Europy. Od tamtego momentu George Best stał się prawdopodobnie najważniejszym graczem angielskiej drużyny i to właśnie wtedy oficjalnie nadano mu pseudonimy „ Piąty Beatles” i „Chłopak z Belfastu”. Stał się jednym z najbardziej rozpoznawalnych piłkarzy na wyspach i w Europie.Następny sezon był dla niego równie owocny. Wraz z Manchesterem ponownie zdobył tytuł mistrzowski ligi angielskiej. Jego forma i sława rosły z meczu na mecz, zadziwiał wszystkich równie dobrymi występami w każdym meczu. Następujący sezon przyniósł Bestowi kolejne trofeum – zwycięstwo w Pucharze Europy po wygranym meczu z Benfiką Lizbona aż 4 : 1. Dla Besta ten sezon był o tyle udany, że po za wygraną zespołu udało mu się także zdobyć tytuł Europejskiego Piłkarza Roku i nominacje do honorowego tytułu Najlepszego Piłkarza Roku Na Świecie. Po tym idealnym dla piłkarza sezonie nastąpiło zatrzymanie niesamowitego rozwoju kariery. Był to jego najwyższy szczyt, którego potem już niestety nie osiągnął.
W roku 1969 Best otworzył dwa nocne klubu w centrum Manchesteru, były to „Oscar „ i „Slack Alice”. Po za nocnymi klubami stał się właścicielem paru butików z modną odzieżą w partnerstwie z innym dość znanym piłkarzem Manchesteru United Mike’em Summerbee. Jednakże mimo skutecznego działania biznesowego rozwinął w sobie mniej pozytywne cechy, takie jak alkoholizm i nałóg do hazardu. Stał się kobieciarzem i zaczął spotykać się z gwiazdami estrady i znanymi modelkami. Jak sam podkreślał - roztrwonił cały majątek na kobiety, alkohol i samochody. W tym okresie stały się one dla niego najważniejszym celem w życiu. Z dnia na dzień osiągał dno, a właściciele Manchesteru United coraz częściej myśleli co powinni zrobić z takim człowiekiem. W końcu działacze „Czerwonych Diabłów” nie mieli wyboru i zdecydowali zrezygnować z pobłażania Bestowi i zakończyć z nim oficjalną współpracę. Trener i działacze nie widzieli miejsca w zespole dla człowieka z problemem alkoholowym, nie potrafi sobie z nim poradzić i była to jedyna metoda jaka im pozostała. Przez kolejne osiem lat swojej kariery, a raczej imitacji wcześniejszej kariery tułał się po wielu klubach, mimo to, że nadal czarował swoimi umiejętnościami z żadnym z klubów w których grał nie osiągnął żadnych sukcesów takich jak z Manchesterem, a nawet do nich zbliżonych. Pierwszym z klubów do którego się przeniósł w 1974 roku był afrykański Jewish Guild. Źle znosił krytykę związana z jego opuszczaniem treningów i nieprofesjonalnego podejścia do gry. Podczas krótkiego pobyty w tym zespole to on był głównym powodem dla którego na stadion przychodziło tysiące widzów. W afrykańskiej drużynie zagrał pięć oficjalnych meczów i w grudniu 1975 roku przeniósł się z powrotem do europy, do irlandzkiego klubu Cork Celtic. Podobnie jak w drużynie Jewisg Guild tutaj także przyciągał ogromną liczbę widzów, ale nie był w stanie już im zaimponować, ani strzelić gola. Zagrał tylko trzy oficjalne ligowe gry po przez cały swój pobyt w Cork Celtic. Będąc tam na tymczasowej umowie musiał pokazać, że warto podpisać z nim normalny kontrakt. Niestety nieudało mu się to, ani trochę nie przypominał siebie z wcześniejszych lata. Zakończyło się to odejściem z klubu i wyruszeniem do kolejnego. W 1976 roku trafił do Fulham, a więc ponownie do Anglii. W angielskim klubie spędził sezon 1976 – 1977, w którym nastąpiło częściowe odrodzenie jego formy. Co prawda nie był już taki szybki jaki kiedyś, ale znowu zaskakiwał swoimi technicznymi umiejętnościami. Ten okres zaowocował spotkaniem w drużynie Fulham swojego starego kompana do picia Rodneya Marsha. W późniejszym etapie życia otwarcie przyznał, że mimo braku zwycięskich zaszczytów w drużynie Fulham, bardzo podobał mu się czas którym tam spędził. Można domyślać się że przypominał mu on jego najlepsze lata z drużyny Manchesteru. Po sezonie odszedł z angielskiej drużyny by przenieść się do Stanów Zjednoczonych Ameryki. Grał tam w trzech klubach piłkarskich : Los Angeles Aztecs, Fort Lauderdale Strikers oraz San Jose Earthquakes. Rozkoszował się tam anonimowością, której brakowało mu w Anglii, ponownie mógł pokazać swoje umiejętności. Grając w pierwszym swoim sezonie wraz z drużyną Los Angeles Aztec zdobył 15 goli w 24 meczach. Został dzięki temu osiągnięciu wybrany najlepszym pomocnikiem amerykańskiej ligi piłki nożnej. Podczas swojego trzyletniego pobytu w Stanach Zjednoczonych udało mu się także wraz ze swoim menadżerem Ken’em Adam’em otworzyć „Bestie's Beach Club” , który został później przemianowany na The Underground na cześć Londyńskiego systemu metra. Klub działał efektywnie do około 1990 roku. W 1979 ponownie powrócił do Europy rozpoczynając grę w szkockim klubie Hibernian. Spędził tam dwa lata bez godnych odnotowania sukcesów czy wydarzeń. Podobnie było w jego kolejnych klubach Bournemouth, Brisbane Lions, Testimonial i Tobermore United. Północno Irlandzki Tobermore United był jego ostatnim w karierze klubem, tak więc skończył karierę tam gdzie ją rozpoczął – w swojej ojczyźnie. Po za karierą klubową George Best rozegrał w reprezentacji Północnej Irlandii 37 meczy strzelając 9 bramek. Była to drużyna dość słaba i nie udało mu się odnieść z nią żadnych sukcesów. Zakończenie kariery przyniosło Bestowi kolejny życiowy upadek, trafił na trzy miesiące do więzienia za jazdę samochodem pod wpływem alkoholu. Jego daleki od sportowego tryb życia doprowadziło do transplantacji wątroby w 2000 roku. Stan zdrowia Georga wyraźnie pogorszył się w 2005 roku i trafił on do szpitala w stanie ciężkim. 25 listopada zmarł. George Best jest uważany za jednego z piłkarzy o największym naturalnym talencie sportowym, był nawet często porównywany do Edson Arantes do Nascimento a właściwie Pelé, Erica Cantony, a nawet „ boskiego ” Diego Armando Maradony, jednak z powodu problemów ze sobą wielka kariera Besta szybko się skończyła. On sam dobrze wiedział, że mógł osiągnąć znacznie więcej, mówiąc kiedyś półżartem: ” Żebym tyle nie pił, nikt by nie słyszał o Pele i Maradonie”. Kibice nazywali go często „ Piątym Beatlesem ” ze względu na wygląd i jego fryzurę, która nadawała mu wygląd do złudzenia przypominający doskonałych muzyków. Zawodnik, o którym sam Pele powiedział: „ To najlepszy piłkarz na świecie ” cieszył się szacunkiem i dosłowną miłością kibiców, fanów i specjalistów piłki nożnej. Był niesamowicie szybki, skoczny, posiadając przy tym doskonałe umiejętności techniczne – robił z piłką co chciał. Był w stanie ogrywać nawet dużo lepiej predysponowanych przeciwników. Geniusz, jakich mało, pochodzący z kraju i ziemi ubogiej w talenty piłkarskie.
9
Wybitne legendy futbolu:
@Szalik
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@Adran360
@1LY0
14
Diego Forlan dał popis na Camp Nou:
22 maja 2005 r. FC Barcelona zremisowała w przedostatniej kolejce Primera Division z Villarreal CF 3:3 a wydarzeniem wieczoru była prezentacja pucharu za mistrzostwo Hiszpanii i wielka fiesta, która odbyła się na Camp Nou po zakończeniu meczu. Na drugim planie toczyła się jednak walka o ,,Trofeo Pichichi”, czyli tytuł najlepszego snajpera. Niespodziewany hattrick zdobyty przez Diego Forlana pozwolił mu niemal dogonić Samuela Eto’o. Napastnik Villarreal miał po 37 kolejkach 23 gole wobec 24 goli snajpera Blaugrany. Trzeba jednak zaznaczyć iż kontrowersje wywołał gol strzelony 19 lutego w meczu z Mallorca, gdy uderzona przez Deco piłka odbiła się od Eto’o i zmyliła bramkarza z Balearów. Katalońskie media zaliczały to trafienie Kameruńczykowi ale madrycka ,,Marca”(fundator nagrody Trofeo Pichichi) i europejska organizacja ESM(przyznająca ,,Złotego Buta”) uznały że strzelcem gola jest Deco. Jak się okazało była to kluczowa decyzja, gdyż w rozegranej tydzień później ostatniej kolejce ligowej Forlan strzelił 2 gole a Eto’o nie trafił ani razu i to reprezentant Urugwaju sięgnął po Pichichi, zdobył także, ex aequo z grającym w Arsenalu Henry’m, Złotego Buta.
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
13
Debiuty zapomnianych legend FC Barcelony:
22 maja 1927 r. w towarzyskim meczu FC Barcelony z Motherwell wygranym 2:0 debiutuje w barwach Blaugrany legendarny napastnik Angel Arocha.
@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@Kapitan hawk
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@Adran360
0
@Ogorinho1974 Szczerze to ja Flicka nie trawie! Ale niejako musze ogladać go bo to w końcu trener naszej kochanej Barcuni...
13
„Cafe Baviera”:
Między mieszkańcami, którzy mieli w zwyczaju spacerować w pobliżu fontanny „Canaletes”, włóczyli się kibice Barçy. Na początku XX wieku, wraz z popularyzacją futbolu w Katalonii, sympatycy Blaugrany stworzyli tradycje spotykania się w poniedziałkowe wieczory wokół nieistniejącego już okrągłego kiosku ażeby porozmawiać na temat wyników meczów rozegranych w miniony weekend. Oprócz fontanny „Canaletes” kibice spotykali się również w innych miejscach w tej okolicy, takich jak „Cafe Baviera”. Lokal ten(własność Estevego Sali) mieścił się przy skrzyżowaniu Rambli z ulicą Pelai, blisko fontanny i otworzył podwoje w maju 1898 r. Wcześniej na parterze budynku znajdowała się kawiarnia „Petit Palayo”, będąca własnością wuja szefa FC Barcelony. To tam pracował Sala, kiedy przyjechał do miasta z Girony. W Bavierze, jak powszechnie nazywano kawiarnie, klienci mogli spróbować świeżego kawioru „Romanoff”, który Sala importował z Moskwy drogą lotniczą, oraz jego cenionego piwa beczkowego. Gorące „pastissets” nadziewane anchois(specjalność lokalu) przyciągały niezdecydowanych. W ten sposób taras Baviery stał się centrum piłkarskich spotkań tamtej epoki. Pośród zebranych na spontanicznych rozmowach na ulicy oprócz kibiców nie brakowało także dyrektorów klubu a nawet samych piłkarzy, jak choćby Samitiera, Sagi-Barby czy nawet Alcantary. Jednak przy „Canaletes” zbierali się nie tylko sympatycy Blaugrany żeby debatować o ostatniej kolejce. Przychodzili tutaj również kibice pozostałych klubów z miasta. Powodowało to że po derbach dyskusje były bardzo gorące a często prowadziły nawet do ostrych kłótni, zwłaszcza kiedy ścierali się ze sobą najbardziej zagorzali barceloniści i espanyoliści. „Cafe Baviera” bynajmniej nie popadła w zapomnienie, lecz podtrzymywała więzi z Barçą dzięki radiowemu programowi pod takim właśnie tytułem, który prowadził barceloński dziennikarz Xavier Bosch. Od czasu pierwszej audycji we wrześniu 2000 roku, „Cafe Baviera” stał się pierwszym codziennym sportowym programem stacji RAC1 emitowanym w paśmie nocnym. Program, zdjęty z anteny w sierpniu 2004 roku, miał na celu odzyskanie ducha spotkań z „Cafe Baviera” i stał się jednym z najpopularniejszych w kręgu barcelonistów, wszak nie na darmo jego slogan brzmiał: ,,Primer el Barça. Despres tambe(Najpierw Barça. Potem też). W późniejszym czasie Bosch założył blog „Cafe Baviera”, na którym na gorąco publikuje relacje z każdego meczu rozgrywanego przez pierwszą drużynę FC Barcelony.
@1LY0
@Adran360
@Bernard777
@Gary
@Kapitan hawk
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
13
Geniusz futbolu dokonał piłkarskiego cudu:
21 maja 1939 r. Ernest Wilimowski, najlepszy snajper w dziejach polskiego futbolu ustanowił niepobity do dziś rekord świata na najwyższym poziomie w profesjonalnej lidze, strzelając 10 goli(!) w jednym meczu! Wydarzyło się to w wygranym 12:1(!) meczu Ruch Hajduki Wielkie(naturalnie dziś Ruch Chorzów) – Union Touring Łódź. Genialny ,,Ezi”, jak go nazywano, strzelał kolejno w: 15, 20, 32, 53, 65, 66, 70, 80, 85 i 89 minucie. Jak widzimy Wilimowski po przerwie, w 36 minut strzelił 7 goli! To jest wyczyn wręcz nieziemski! Pozostałe 2 gole strzelił nie gorszy od Eziego napastnik Teodor Peterek. Świadkiem tego niezwykłego wyczynu była słynna chorzowska OMEGA, zegar stadionowy, który właśnie 21 maja 1939 zaczął odliczać czas meczów „Niebieskich”. W takt Omegi Wilimowski strzelił 10 goli i przy okazji zaliczył też trzy klasyczne hat-tricki! Dodam jeszcze że do tych 10 goli zbliżył się tylko jeden równie genialny snajper w historii futbolu a mianowicie Fernando Peyroteo, który w meczu z FC Leça w 1942 r. strzelił 9 goli(!) jednak Portugalczykowi nie udało się strzelić aż 7 goli w takim tempie. Był to mecz podwójnie historyczny, gdyż pierwszy raz uciekające minuty meczu odmierzała precyzyjna wskazówka chronometru Omega a 90-minutowy odcinek, który pokonała w ten dzień, wypełniony był wydarzeniami prawdziwie wiekopomnymi, o których wyżej wspomniałem. Według chętnie powtarzanej legendy Wilimowski miał się założyć w przerwie z jednym z kibiców o złoty zegarek że strzeli w całym meczu 10 goli. Czy tak naprawdę było(?) tego już nie da się rozstrzygnąć…
@Adran360
@Bernard777
@FcPortoFan1999
@Gary
@Kapitan hawk
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@NeroTFP1
@Ogorinho1974
0
@Profesorek
1. Argentyna
2. Hiszpania
3. Chorwacja
11
@FCBparasiempre
W maju 2021 roku mineło dokładnie sto lat od kiedy na polskim rynku wydawniczym ukazał się pierwszy numer ,,Przeglądu Sportowego”. Jedna z najważniejszych gazet sportowych w naszym kraju do dziś wyznacza trendy odnośnie funkcjonowania na rodzimym rynku prasowym. Pismo to nie święciłoby jednak swoich sukcesów gdyby nie kilku oddanych sprawie zapaleńców, którzy zaryzykowali i swoją ciężką pracą wynieśli słabo prosperujący tytuł na wyżyny przedwojennej publicystyki sportowej. Początki były jednak trudne, a miały one dużo wspólnego z futbolem. Dwudziestolecie międzywojenne przyniosło wiele zmian odnośnie zawodu dziennikarza. W porównaniu z latami przed Wielką Wojną ciężko było znaleźć prawdziwych fachowców, którzy nadaliby kierunek tworzącym się formom dziennikarskim. Wielu przedwojennych ,,nowiniarzy” poniosło śmierć na frontach I wojny światowej, wojny polsko-ukraińskiej lub polsko-bolszewickiej. Stanowiska pierwszych dziennikarzy w odrodzonej ojczyźnie obejmowali często byli lub obecni sportowcy, od których od razu wymagano wszechstronności w nowym zawodzie. Jeden z najlepszych dziennikarzy sportowych w dwudziestoleciu Tadeusz Grabowski tak wspominał swoje początki w redakcji bytomskiego ,,Sportowca”: ,,(…) razu pewnego na pierwszą kolumnę nie miałem nic poza ilustracją z ,,Miroir” z meczu Francja-Anglia, gdzie głowy graczy, tworząc skomplikowaną gmatwaninę, ledwo odcinały się od tła. Trzeba było to wszystko, a zwłaszcza głowy ,,podmalować”. Dorywczo współpracujący plastyk przepadł gdzieś bez wieści, drukarnia biła na alarm, także wreszcie… sam chwyciłem za farby i pędzle”. Ta sytuacja bardzo dobrze oddaje ogrom trudności, z którymi musieli się borykać. Innym palącym problemem była nieumiejętność odnalezienia się w panującej rzeczywistości wielu dziennikarzy, którzy nie umieli funkcjonować bez cenzorskiej kontroli. Nie potrafili oni porzucić przedwojennych przyzwyczajeń, a co za tym idzie zachęcić ewentualnych czytelników do nabywania ich pism. Zbyt trudne dla nich było również przerzucenie się z tematyki narodowowyzwoleńczej na bardziej rozrywkową, co skazywało ich na zawodowy niebyt. Dużą wagę w pracy przedwojennych dziennikarzy przykładano do języka, który w obliczu panującego w II Rzeczypospolitej analfabetyzmu (33% obywateli kraju) musiał zostać uproszczony. Chciano w ten sposób, aby poszczególne artykuły były zrozumiałe zarówno dla ludzi z nizin społecznych, jak i tych z wyższych sfer. Po pewnym czasie dało się jednak zauważyć, że wspomniany zabieg nie przyniósł pożądanych skutków. Do innych dziennikarskich niedogodności pierwszych lat niepodległości możemy zaliczyć także niedostatki na polu sprzętowym, brak papieru, na którym można by drukować poszczególne tytuły czy słabą sieć komunikacyjno-informacyjną, która była skutkiem różnego prawodawstwa u poszczególnych zaborców. Kłopoty pojawiały się często również z powodu zbyt częstych polemik między poszczególnymi tytułami, co jednak w dużej mierze napędzało sprzedaż pism. W powojennej rzeczywistości politycy szybko zdali sobie sprawę, że dziennikarstwo, a zwłaszcza to sportowe, ma olbrzymi potencjał propagandowy. Nie powinien dziwić nas więc fakt, że istniała możliwość wykorzystywania zajmowanych stanowisk do własnych interesów przez wielu przedstawicieli państwowych. Szybko do zadań żurnalistów sportowych dołączyło propagowanie w społeczeństwie aktywności fizycznej, o której wielu Polaków wciąż myślało, że między innymi powoduje choroby. Wspomniany wcześniej analfabetyzm spowodował jednak, że misja poszerzania horyzontów spaliła na panewce.
Dwudziestolecie międzywojenne z perspektywy lat jawi się jako czas walki o poprawę wizerunku dziennikarzy. Walki, którą z perspektywy olbrzymich sukcesów polskiego dziennikarstwa w latach trzydziestych, należy uznać za wygraną. Kraków, dawna stolica Polski oraz centralne miasto austriackiej Galicji, długo hamował rozwój prasy sportowej. Ta tendencja została przełamana dopiero pod koniec XIX wieku. Następstwem takiego stanu rzeczy był fakt, że tytułów prasy sportowej zaczęło przybywać niczym grzybów po deszczu. Jednym z nich był wydawany od 21 maja 1921 roku ,,Przegląd Sportowy”. Początki obecnego hegemona branży dziennikarstwa sportowego mocno związane były z postacią Tadeusza Synowca. Nie pełnił on co prawda roli redaktora naczelnego (tę przez pierwszy rok sprawował Ignacy Rosenstock, a później do 1926 roku Ferdynand Goetel), ale wywarł on olbrzymi wpływ na funkcjonowanie owego tytułu. Późniejszy selekcjoner reprezentacji Polski dużo czasu w tamtym okresie spędzał w dobrze sobie znanej kawiarni ,,Bizanca”, w której przy jednym ze stolików zajmował się grą w szachy oraz poprawianiem tekstów, które miały ukazać się na szpaltach ,,Przeglądu Sportowego”. Pierwsze wydanie gazety w pełni poświęcone było futbolowi, co można łatwo wytłumaczyć jeśli wie się, że już na początku swojego funkcjonowania tygodnik (,,Przegląd Sportowy” stał się dziennikiem dopiero po II wojnie światowej) stał się organem Krakowskiego Okręgowego Związku Piłki Nożnej. Z czasem został on częścią okręgowych związków piłkarskich również w Wilnie, Lublinie, Katowicach, Łodzi i Warszawie. Formuła miała oscylować wokół naukowego charakteru publikacji, co po dość krótkim czasie zostało zmienione. Nakład pisma wynosił wtedy około pięciu tysięcy numerów, ale z powodu panującego w Galicji ubóstwa oraz dlugotrwałej pracy nad wydaniem pojedynczego numeru zaczął on spadać. Widmo upadku zniknęło, gdy właściciel Cracovii Jan Gebethner z własnej kieszeni sfinalizował powstanie Towarzystwa Wydawniczego ,,Przegląd Sportowy”. Nie oznaczało to jednak, że problemy zniknęły w ogóle. Nudna szata graficzna, informowanie o wydarzeniach związanych tylko z zespołem Cracovii czy publikowanie informacji z opóźnieniem sprawiły, że nastąpił drugi poważny odpływ czytelników. Inne gazety, w tym ,,Rzeczpospolita” czy ,,Słowo Polskie”, także weszły do rywalizacji o odbiorcę, co objawiło się poprzez redagowanie interesujących działów sportowych. Dewaluacja marki natomiast doprowadziła do podniesienia ceny pisma aż trzydzieści cztery razy w przeciągu trzech lat. Stojący na czele gazety zdawali sobie sprawę z faktu, że jeśli nic nie zrobią, to pismo będzie musiało ogłosić upadłość. Jan Gebethner i jego współpracownik Marian Strzelecki musieli zdecydować pomiędzy przekształceniem ,,Przeglądu Sportowego” w elitarny magazyn dla małej liczby czytelników a zrobieniem z niego ogólnopolskiej gazety nastawionej na masowego odbiorcę. Decyzja ta zmieniła polskie dziennikarstwo sportowe na zawsze. Milowy krok w historii ,,Przeglądu Sportowego” nastąpił na przełomie 1924 i 1925 roku. Wtedy to właśnie redakcja gazety została przeniesiona z Krakowa do Warszawy. Większość obowiązków pod nowym adresem przejął Marian Strzelecki, członek zarządu Polonii Warszawa i jej piłkarz w wicemistrzowskim sezonie 1921. ,,Przegląd Sportowy” został przejęty przez spółkę wydawniczą ,,Prasa Polska”, co w ostateczności sprawiło, że jego ciągłość nie wygasła. Funkcję nowego redaktora naczelnego przejął natomiast współtwórca grupy poetyckiem Skamander, czyli Kazimierz Wierzyński. ,,Nowa miotła” od razu zabrała się do robienia porządków w piśmie. Innowacyjne było praktycznie wszystko. Nie oznacza to jednak, że gazeta przerodziła się w zbiór poetyckich utworów, ale pozostała pismem przekazującym informacje ze sportowych aren. Wraz z zatrudnieniem przez Wierzyńskiego wielu wybitnych sportowców jako sprawozdawców (między innymi piłkarza Cracovii i przyszłego selekcjonera kadry biało-czerwonych Józefa Kałuży) można było doszukać się artykułów, w których uczestnicy poszczególnych zawodów opowiadali o swoich odczuciach z nimi związanych. Była to nowość, która sprawiała, że „ Przegląd Sportowy” zaczął zyskiwać na popularności.
Po upływie dwóch lat „Przegląd Sportowy” powiększył nakład do czterdziestu trzech tysięcy egzemplarzy. Na taki stan rzeczy duży wpływ miała charyzma przyszłego złotego medalisty olimpijskiego (Wierzyński zdobył to wyróżnienie w 1928 roku w konkursie sztuki za tomik poezji ,,Laur olimpijski”, w którym jeden z wierszy został poświęcony wybitnemu hiszpańskiemu bramkarzowi Ricardo Zamorze). Jego podwładny Jerzy Jakub Rohatiner wspominał: ,,Nawet w telefonach niedzielnych (…) redaktor naczelny spodziewał się odpowiedniego poziomu oraz imaginacji. A przy tym baczył pilnie na czystość i zwięzłość języka, jedność myśli, oszczędność słowa”. Nie można było spotkać go jednak nigdy w redakcji, gdyż większość czasu spędzał na trybunach poszczególnych zawodów sportowych. Jego postawa sprawiła, że ,,Przegląd Sportowy” znalazł się na salonach europejskiej prasy sportowej. Ten czas w historii pisma najlepiej oddają jego własne słowa na temat wykonywanej przez siebie pracy: ,,Gdy je objąłem, nadałem mu format gazety, powiększyłem objętość i przekonałem wydawców, aby zaryzykować nakład pięciu tysięcy egzemplarzy. Chwyciło z miejsca”. Innym trafionym pomysłem było ustanowienie w 1926 roku plebiscytu dla najlepszego polskiego sportowca w roku kalendarzowym. Pierwszym jego laureatem został Wacław Kuchar, wszechstronny sportowiec ze Lwowa, który najbardziej znany był jako wybitny napastnik tamtejszej Pogoni. Oprócz niego takiego zaszczytu dostąpiło jeszcze tylko dwóch piłkarzy: Zbigniew Boniek w 1982 oraz Robert Lewandowski w 2015 roku. Plebiscyt z krótką przerwą na okres II wojny światowej odbywa się po dziś dzień. Pochwały dla sternika ,,Przeglądu Sportowego” płynęły z całej Europy. Gdy gazeta miał już ugruntowaną pozycję na rynku przyszła jednak pora na zmianę. Redakcję przejął wspominany już Marian Strzelecki, który pełnił funcję redaktora naczelnego aż do wybuchu II wojny światowej. Legenda Czarnych Koszul uważała, że należy wzbogacać szatę graficzną, doskonalić warsztat oraz informować o rezultatach ze sportowych aren w sposób jak najszybszy. Gazeta zaczęła być redagowana pod gusta czytelników, co doprowadziło do wprowadzenia sensacyjności w jej stylu. Najważniejsze było jednak to, że ,,Przegląd Sportowy” wciąż znajdował się w grupie pism informacyjnych, których rola była wiodąca zarówno w kraju, jak i za granicą. Charakterystyczną cechą pisma w okresie rządów redaktora Strzeleckiego było dość mocne angażowanie się w różnego typu polemiki, wśród których najgłośniejsza dotyczyła militaryzacji sportu w Polsce. Punktem wyjścia była sytuacja z meczu derbowego Cracovia-Wisła Kraków, który miał miejsce w 1933 roku. Na pięć minut przed końcowym gwizdkiem zawodnicy Białej Gwiazdy zeszli z boiska po tym, jak sędzia wykluczył z gry zawodowego oficera i jednocześnie kapitana gości Henryka Reymana. Według kibiców Pasów miał on powiedzieć do arbitra: ,,Żaden Żyd nie będzie mi rozkazywał”, podczas gdy fani Wisły utrzymywali, że ich idol wykrzyczał: ,,Nikt w tym kraju, a zwłaszcza byle sędzina, nie będzie ubliżał polskiemu oficerowi”. Następstwem owego zdarzenia był rozkaz prezesa Krakowskiego Okręgowego Związku Piłki Nożnej generała Bernarda Monda, że wojskowi, którzy grają w klubach cywilnych, mają zaprzestać robienia tego. Szybko zareagował ,,Przegląd Sportowy”, na którego łamach słowa oburzenia przedstawił jeden z nestorów polskiego dziennikarstwa Jan Erdman: ,,Interwencja gen. Monda nie jest dla nas dostatecznie zrozumiała. Jeżeli nawet dopuścimy celowość nadzoru zwierzchnictwa wojskowego nad graczami wojskowymi, to w przytoczonym wypadku akcja władz wojskowych ograniczyć się mogła tylko do zajęcia stanowiska wobec niesubordynowanego kapitana”. ,,Przegląd Sportowy” przez osiemnaście lat swojego funkcjonowania przed II wojną światową poczynił olbrzymi postęp, który owocuje również dziś. Jego wkład w rozwój polskiego sportu, również piłki nożnej, jest nieoceniony. Lata sukcesów, głównie w okresie rządów Kazimierza Wierzyńskiego, sprawiły, że pismo stało się szalenie ważnym graczem na polskim i europejskim rynku prasowym. Olbrzymią szkodą jest to, że nigdy nie będzie nam dane dowiedzieć się, jak rozwinęłoby się to pismo oraz cała polska publicystyka sportowa gdyby nie niemiecko-sowiecki atak we wrześniu 1939 roku oraz prawie pięćdziesiąt lat komunizmu na naszych ziemiach.
8
Piłkarskie początki potentata:
@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@FcPortoFan1999
@Bernard777
@Adran360
1
@Gary No może deczko przesadziłem ale ogólnie ich nienawidze! Oczywiście chodzi mi o futbol. Jedynego, którego lubie to jak na razie Marco Reus...
1
@FcPortoFan1999 I bardzo dobrze! J***ć szwabów! zawsze i wszędzie!
12
@FCBparasiempre
Niektóre finały Ligi Mistrzów są jak świeże wyroby polskiej kinematografii. Więcej szumu związanego z otoczką i zapowiedziami, aniżeli dobrego seansu. Na całe szczęście futbol dostarczył nam też wiele wybitnych finałowych produkcji spod szyldu najbardziej elitarnych klubowych rozgrywek w Europie. Dzisiaj przypomnimy sobie jedną z nich. Mowa tutaj o decydującym starciu Champions League z 2008 roku, w którym na rosyjskim stadionie Łużniki w Moskwie zmierzyły się ze sobą Chelsea FC oraz Manchester United. Manchester trafił do grupy F, gdzie jego przeciwnikami były takie zespoły jak AS Roma, Dynamo Kijów oraz Sporting CP. Chelsea natomiast prowadziła zmagania w zestawieniu oznaczonym literką B. CFC rywalizowało z Schalke, Rosenborgiem i Valencią. Oba kluby wygrały swoje grupy i do fazy pucharowej przystępowały w roli faworytów całych rozgrywek. United w 1/8 nie bez problemów pokonało w dwumeczu Olympique Lyon, natomiast Chelsea pewnie poradziła sobie z greckim Olympiakosem. Komplikacje zaczęły się od ćwierćfinałów. Londyńczycy przegrali pierwsze, wyjazdowe spotkanie z Fenerbahçe 1:2 i w rewanżu musieli gonić wynik. Koniec końców udało się wygrać 2:0 i przejść do półfinałów, gdzie przyszło im zagrać z Liverpoolem. Manchester z kolei w 1/4 spokojnie ograł Romę (2:0 i 1:0) i w walce o bilet do Moskwy trafił na FC Barcelonę. Przesądzające o awansie do finału pojedynki stały na bardzo wysokim poziomie. Manchester najpierw zremisował na Camp Nou z „Blaugraną”, by potem w rewanżu wygrać 1:0 po fantastycznym golu Paula Scholesa. Zwycięstwo „Czerwonych Diabłów” było w pełni zasłużone. Chelsea oraz Liverpool napisały wspaniałą historię, grając dwumecz, który postrzegany jest jako ikoniczny. W mieście Beatlesów padł remis 1:1, natomiast rewanż na Stamford Bridge należał do absolutnie zwariowanych. Po regulaminowych 90 minutach utrzymywał się wynik 1:1, więc potrzebna była dogrywka. W niej padły aż trzy bramki, z czego dwie dla gospodarzy, co ostatecznie przesądziło o tym, że na wielki finał poleciała drużyna Chelsea. Nigdy przedtem dwie ekipy z Anglii nie spotkały się na finiszu Ligi Mistrzów. Według bukmacherów minimalnym faworytem był Manchester United, który zaledwie kilkanaście dni wcześniej zapewnił sobie mistrzostwo kraju, wyprzedzając w tabeli właśnie team z Londynu jedynie o dwa punkty. „The Blues” niechybnie więc pałali żądzą rewanżu za przegrane trofeum. Warto odnotować, że sezon wcześniej United także zgarnęło ligowy tytuł, znów finiszując tuż przed Chelsea. Wówczas jednak z nieco bardziej okazałą, sześciopunktową przewagą. Chelsea FC przez niemalże cały sezon 2007/2008 prowadził niedoświadczony Avram Grant, który we wrześniu 2007 roku zastąpił na stanowisku trenera samego Jose Mourinho. Portugalczyk po słabszej serii wyników został zwolniony przez Romana Abramowicza. Obrzydliwie bogaty oligarcha dzisiaj jest naturalnie kojarzony ze swoim klubem, natomiast w tamtych latach był on jeszcze dość nowym właścicielem. Rosjanin kupił Chelsea w 2003 roku za kwotę 140 milionów funtów i postanowił zrobić z niej potęgę, wydając na start ogromne pieniądze na nowych zawodników, a także zatrudniając Mourinho, który stanowił wtedy niezwykle łakomy kąsek na rynku trenerów. Wystarczy wspomnieć, że słynący z ciętego języka szkoleniowiec obejmował „The Blues” tuż po tym jak niespodziewanie wygrał Champions League prowadząc FC Porto. Kolejne sukcesy – już w Anglii – przyszły bardzo szybko. W premierowym sezonie jako opiekun Chelsea zdobył mistrzostwo Premier League. Rok później powtórzył ten wyczyn. Nigdy jednak nie zdołał wprowadzić zespołu do finału Ligi Mistrzów. Pierwszego w jego dziejach. Tego, co nie udało się Mourinho, dokonał Grant. Izraelczyk piastował funkcję dyrektora sportowego w klubie, zanim przejął schedę po „The Special One”. Co ciekawe, ze względu na fakt, iż nie posiadał on licencji UEFA Pro, do protokołu meczowego wpisywany był Steven Clark, były asystent Jose. Mający polskie korzenie Grant świetnie zaczął przygodę z nową funkcją. Dość powiedzieć, że przegrał tylko jedno z pierwszych 18 spotkań. ,,Mourinho uwielbiał być w centrum uwagi, ale w tym pozytywnym sensie. Ja jestem inny. Widzę siebie jako reżysera, a gwiazdami są piłkarze”- Avram Grant.
Po drugiej stronie na ławce trenerskiej siedział niebywale doświadczony, legendarny już Sir Alex Ferguson. Szkot pragnął jeszcze raz w swojej arcybogatej karierze sięgnąć po uszaty puchar, bowiem pomimo wielu osiągnięć, zaledwie jedno trofeum Ligi Mistrzów przez ponad 22 lata pracy na Old Trafford mogło uderzać w jego ambicję. Los chciał, by akurat w 2008 roku wypadała okrągła, 50. rocznica katastrofy lotniczej w Monachium, w której zginęło wielu zawodników Manchesteru oraz inne osoby związane bądź też niezwiązane z United (pracownicy klubu, dziennikarze, załoga samolotu). Miało to być dodatkową mobilizacją w batalii z Chelsea. ,,Oczywiście było to bardzo wzruszające, ponieważ obchodzono 50-tą rocznicę katastrofy lotniczej w Monachium. Sir Alex Ferguson na pewno uświadomił to piłkarzom”- Bobby Charlton w wywiadzie dla The Guardian. Finał rozpoczął się w środę, 21 maja o godzinie 20:45 (22:45 czasu lokalnego) przy widowni liczącej 69,5 tys. osób. Zarówno po jednej, jak i po drugiej stronie nie obyło się bez znaczących roszad w składzie. Nominalny gracz środka pola Chelsea Michael Essien ustawiony został na prawej stronie defensywy, bowiem Avram Grant pragnął zabezpieczyć tę pozycję kimś lepiej broniącym od Juliano Bellettiego. Reprezentant Ghany w kilku spotkaniach w końcówce sezonu również sprawował tę funkcję. Kłopoty United polegały na kontuzji Park Ji-Sunga, którego w wyjściowej jedenastce zastąpił Owen Hargreaves. Grający najczęściej na prawej flance Ronaldo tym razem wszedł w rolę lewego pomocnika, tam, gdzie występował właśnie nieobecny Koreańczyk. Taki manewr miał sprawić, że błyskotliwy skrzydłowy będzie wygrywał więcej bezpośrednich pojedynków z Essienem, który jak już zostało wspomniane, nie posiadał wielkiego doświadczenia z gry na boku obrony. Patrice Evra ujawnił kiedyś, co w szatni tuż przed wyjściem na murawę powiedział im Ferguson tamtego pamiętnego wieczoru. Francuski lewy obrońca rozegrał cały mecz, prezentując się naprawdę nieźle. ,,Wszyscy siedzieliśmy w szatni, kiedy wszedł Ferguson. Jak zwykle muzyka ucichła. Można było usłyszeć, jak upadają szpilki. Potem powiedział: „Już wygrałem, nie musimy nawet grać”. Zamurowało nas. Co on gada? przecież to spotkanie się nawet nie rozpoczęło. Potem boss zwrócił się do mnie: „Spójrzcie na Patrice’a. Ma 24 rodzeństwa. Wyobraźcie sobie, co musiała robić jego mama, żeby wykarmić tyle dzieci”. Potem pokazał na Rooneya. „Dorastał on w jednej z najtrudniejszych części Liverpoolu”. Wtedy uświadomiliśmy sobie, że ma na myśli społeczność. Nie byliśmy tylko zbieraniną piłkarzy. Mieliśmy inne pochodzenia, inne religie, ale tam wtedy staliśmy się jednością. Po przemówieniu Fergusona wszystkich dopadła gęsia skórka”. Warto odnotować, że na ławce rezerwowych Manchesteru siedział wówczas Tomasz Kuszczak. Trzeba jednak Polakowi oddać, że w tamtej edycji Ligi Mistrzów nie był jedynie statystą. Urodzony w Krośnie Odrzańskim Kuszczak wystąpił w pięciu meczach grupowych. Innymi słowy– dorzucił nawet pokaźną cegiełkę. ,,Chelsea miała w składzie wielkie gwiazdy, ale według mnie to Manchester United był bardziej zgraną drużyną. Można było poczuć u nich prawdziwego ducha zespołu”- Lubos Michel, arbiter meczu finałowego. Potyczka na Łużnikach zaczęła się dość niemrawo, ale już w 26. minucie podopieczni Fergusona wyszli na prowadzenie. Precyzyjne dośrodkowanie Wesa Browna na gola zamienił Ronaldo, który wykorzystał niedokładne krycie… tak, tak – Michaela Essiena. 23-letni wówczas gwiazdor uderzył kapitalnie głową obok bezradnie patrzącego na piłkę Petra Cecha. Kilka chwil później piłkarze w czerwonych koszulkach mieli jeszcze dwie znakomite sposobności do podwyższenia wyniku, ale Cech najpierw doskonale obronił strzał Téveza z bliskiej odległości, a potem jeszcze lepiej zachował się przy dobitce Michaela Carricka. Chelsea odpowiedziała bramką tuż przed gwizdkiem obwieszczającym koniec pierwszej odsłony gry. Essien postanowił huknąć zza pola karnego, futbolówka odbiła się jeszcze od dwóch graczy United i szczęśliwie wpadła pod nogi Franka Lamparda. Kapitan zespołu nie zawiódł i z bliskiej odległości doprowadził do wyrównania.
Na drugą połowę Manchester wyszedł ze zmienionym ustawieniem 4-5-1. Hargreaves został przesunięty do środka, natomiast Rooney zbiegł na prawe skrzydło, pozostawiając osamotnionego Téveza w ataku. Oba zespoły nie stworzyły sobie już wielu okazji do rozstrzygnięcia wyniku. Najbliżej tego był Didier Drogba, którego próba zza pola karnego zatrzymała się na słupku. Na rosyjskiej ziemi do wyłonienia zwycięzcy potrzebowano dogrywki. Dodatkowe 30 minut przyniosło masę emocji. W poprzeczkę trafił Lampard, a Rayan Giggs nie wykorzystał niesamowitej okazji, gdy piłkę niechybnie lecącą do bramki w ostatniej chwili wybił John Terry. Na kilka minut przed zakończeniem dogrywki fatalnie zachował się Didier Drogba. Główna strzelba CFC wdała się w pyskówkę z Nemanją Vidiciem, by po chwili uderzyć Serba w twarz. Sędzia nie mógł podjąć innej decyzji i pokazał mu czerwoną kartkę. Było więc jasne, że główna strzelba londyńskiego giganta nie weźmie udziału w konkursie jedenastek, na które po 120 (i czterech doliczonych) minutach gry zaprosił wszystkich wspomniany Lubos Michel. Rzuty karne, które wykonywano późno w nocy, bez cienia wątpliwości zapisały się złotymi zgłoskami we wszelkich księgach o historii piłki nożnej. Wielu kibiców nie zna okoliczności, jakie sprawiły, że(jak się mogło wydawać) minimalną przewagę przed kluczową próbą nerwów miała Chelsea. Ponoć Avram Grant kumplował się z pewnym wykładowcą ekonomii na uniwersytecie w Izraelu. Ten z kolei znał Ignacia Palacios-Huertę, baskijskiego ekonomistę specjalizującego się w badaniach nad karnymi. Przez długie lata analizował on tysiące strzelanych i bronionych jedenastek. Przesłał więc Grantowi swoje oparte na wnikliwych statystykach zapiski. Można w nich było przeczytać między innymi o zwyczajach Edwina Van der Saara. Holenderski golkiper według wszelkich obserwacji rzucał się w swoje prawo, kiedy stawał naprzeciwko prawonożnego zawodnika, natomiast w swoje lewo, gdy piłkę na „wapnie” ustawił gracz lewonożny. Miało to stanowić przewidzenie mimowolnych instynktów strzelca, który woli uderzać w „naturalną stronę” zamiast w przeciwległy róg, co wymaga nieco większego trudu. Prócz tego Ignacio w raporcie wyraźnie zaznaczył, że większość karnych, które bronił Van der Saar było strzelanych na średniej wysokości (około metr nad murawą). Z tego względu piłkarze Chelsea powinni kierować futbolówkę albo po ziemi, albo mocno w górę, pod samą poprzeczkę. Kolejną bardzo interesującą informację przekazaną przez Baska stanowiły zwyczaje największej gwiazdy United, Cristiano Ronaldo. Ignacio wyraźnie zaznaczył w przekazanych notatkach: „Ronaldo najczęściej zatrzymuje się tuż przed strzałem. Jeśli to robi, to zazwyczaj (85 procent) kieruje piłkę w prawą stronę bramkarza”. Analityk dodał także, że wychowanek ojczystego Sportingu lubi w ostatniej chwili zmienić decyzję co do kierunku, więc golkiper nie powinien robić zbyt pochopnych ruchów na linii i odpowiednio wyczekać reprezentanta Portugalii. Ostatnią istotną kwestią przekazaną przez Ignacio była naprawdę przydatna statystyka. Otóż okazało się, że to drużyna, która rozpoczyna konkurs karnych, częściej wychodzi z nich zwycięsko (60 procent przypadków). Prawdopodobnie jest to związane z presją, jaka spoczywa na rywalu, który strzela jako drugi i ciąży na nim odpowiedzialność – musi doprowadzić do wyrównania lub też pomóc zespołowi wyjść na prowadzenie. Rozpoczął Manchester dzięki wygraniu rzutu monetą. Kapitan Rio Ferdinand zadecydował, że to jego koledzy zaczną te niebywale stresujące zawody. Carlos Tévez nie pozostawił złudzeń – pewny gol i 1:0 dla United. Prawonożni zawodnicy „The Blues” konsekwentnie strzelali w lewą stronę bramkarza, co pozwalało im zdobywać kolejne bramki. Gdy do piłki podszedł Ronaldo – tak jak przewidziano w raporcie Ignacio – zatrzymał się tuż przed strzałem i uderzył w prawą stronę bramkarza. Cech spokojnie wyczekał CR7 i skutecznie interweniował. Z podanych wskazówek wyłamał się tylko Ashley Cole. Jest on lewonożny i wybrał lewą stronę bramkarza, czyli swoją naturalną. Piłka uderzona mocno po ziemi otarła się o rękawice Van der Saara i szczęśliwie zatrzepotała w siatce.
Gdy rezultat karnych wynosił 4:4, stało się jasne, że jeżeli podchodzący do wykonania swojej jedenastki John Terry trafi, to puchar pojedzie do Londynu. Wybitny defensor również uderzył w lewą stronę broniącego, ale poślizgnął się i trafił w słupek. Manchester wrócił do gry, a emocje właściwie zaczęły się na nowo. Przyszedł czas na „nagłą śmierć”. Jeśli rywal trafi, a ty nie – odpadasz. Wytrzymał Anderson, wytrzymał Salomon Kalou i wytrzymał Rayan Giggs. Przyszła pora na Nicolasa Anelkę. Wielki bramkarz, jakim na pewno był Edwin Van der Saar, nie mógł nie zorientować się w dotychczasowej taktyce rywala. Wszystkie karne strzelane w lewo. Postanowił sprowokować Francuza, siódmego piłkarza Chelsea podchodzącego tej nocy do punktu oznaczonego białą kropką. Pokazał palcem swoją lewą stronę bramki, dając Anelce do zrozumienia, że wie, gdzie ten uderzy. Wszystko wskazuje na to, że napastnik spanikował i wybrał prawą stronę bramkarza, w dodatku obrał wysokość, o jakiej przestrzegał Ignacio – tę, na której najczęściej Holender broni. Tym razem też obronił. Manchester United w dramatycznych okolicznościach wygrał Ligę Mistrzów. Nie zostało udowodnione, że piłkarze Chelsea naprawdę kierowali się zaleceniami Ignacia Palaciosa-Huerty przy strzelaniu karnych. Patrząc jednak na ich przebieg – można bez dwóch zdań stwierdzić, iż jest to wielce prawdopodobne. Wśród padającego deszczu świat obserwował szaleńczo cieszących się piłkarzy United i zapłakane, posępne twarze zawodników Chelsea. Rozrywające serca obrazki to zwłaszcza sceny, na których płacze John Terry, a pociesza go jego przyjaciel – Frank Lampard. Tak blisko John… Było naprawdę tak blisko. Jedno uderzenie dzieliło go od zapewnienia swojemu ukochanemu klubowi tego elitarnego trofeum. ,,Gdy podchodziłem do karnego, wiedziałem jaka presja na mnie ciąży. Wszystko zależało od mojego strzału. To, co się wydarzyło będzie prześladować mnie do końca życia”– powiedział Terry zaraz po finale, gdy jeszcze łzy nie zdążyły dobrze zaschnąć na jego policzkach. Frapujący fragment możemy przeczytać w autobiografii Franka Lamparda, która swoją premierę miała na dwa lata przed finałem na Łużnikach. Bramkostrzelny pomocnik zawarł w niej uwagę, że John Terry często ślizgał się przy wykonywaniu jedenastek. Frank przywołał mecz z Euro 2004, na którym w ćwierćfinale doszło do serii rzutów karnych pomiędzy Anglią a Portugalią. ,,Poślizgnął się i pomyślałem wtedy, że przegramy, ale ostatecznie padł gol. Na treningach w Chelsea John próbuje czasami powtórzyć ten strzał, razem z poślizgiem. Raz jest gol, raz nie ma”- Frank Lampard w książce „Tottaly Frank”. Najbardziej w tym wszystkim zastanawia fakt, że gdy przyjrzymy się próbie Terry’ego w spotkaniu z Portugalią, ciężko jest dostrzec tam jakiekolwiek poślizgnięcie. Dla sympatyków Chelsea czas na przyjemniejsze fragmenty. Chelsea cztery lata po przegranej w Moskwie dopięła swego – w 2012 roku również po serii jedenastek wygrała z Bayernem Monachium i mogła włożyć do gabloty pierwszy Puchar Europy w historii klubu. John Terry w finale nie wystąpił przez wzgląd na uraz, ale był niewątpliwie kluczowym elementem zespołu w tamtym czasie. W sezonie 2011/2012 rozegrał łącznie 44 spotkania. Manchester United w przeciągu trzech lat od triumfu nad Chelsea dwa razy ponownie gościł w decydującym meczu Champions League i dwa razy musiał uznać wyższość wielkiej Barcelony prowadzonej przez Pepa Guardiolę – w 2009 i 2011 roku. Dzisiaj Manchester i Chelsea są w różnych położeniach. Na Old Trafford pomimo świetnej kadry wciąż brakuje dobrego stylu i przede wszystkim satysfakcjonujących wyników. Pewnie na kolejny europejski finał z udziałem tych drużyn przyjdzie nam jeszcze poczekać. Na razie wciąż musimy żyć wspomnieniami z tego wyjątkowego pojedynku sprzed kilkunastu lat.
8
Dramat na Łużnikach:
@1LY0
@Adran360
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
12
Genialny rudy szczyl debiutuje w reprezentacji:
Po ledwie kilku występach w drużynie Ruchu Wielkie Hajduki(pięć meczów, siedem strzelonych goli(!)) kapitan związkowy reprezentacji Polski, Józef Kałuża postanowił powołać Ernesta Wilimowskiego do kadry narodowej. Debiut ,,Eziego” w reprezentacji Polski nastąpił 21 maja 1934 roku na stadionie „Idraetspark” w Kopenhadze przeciwko drużynie Danii, gdzie biało-czerwoni ulegli gospodarzom 4:2. Ernest Wilimowski mając wówczas 17 lat i 332 dni został najmłodszym w historii reprezentantem Polski. Wilimowski bardzo szybko zadomowił się w kadrze, dla której rozegrał łącznie dwadzieścia dwa oficjalne mecze, strzelając w nich dwadzieścia jeden goli! Tak oto wspominał tamte czasy Kazimierz Górski: „Widziałem m.in. Ruch Chorzów ze słynnymi Wilimowskim, Peterkiem, Wodarzem. Pamiętam, że mecze oglądało się z „trybuny drzewnej”. Jeździła konna policja i wdrapując się na rozłożysty kasztan, trzeba było uważać, bo policjant walił pałą po dupie. Miejsca na drzewie były bardzo popularne. Na niektórych gałęziach były wyryte nazwiska. Pamiętam Wilimowskiego. Takiego zawodnika jak on w dzisiejszych czasach nie widzę. Jak w polu karnym dostał piłkę, był gol. Cudownie trzymał piłkę przy nodze. Miał kiwkę. Nagle obrońca szedł w lewo a on w prawo z piłką. To warto było zobaczyć.”
@Safrani
@Ogorinho1974
@NeroTFP1
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@Kapitan hawk
@Gary
@Bernard777
@Adran360
0
@AnalizaTV Słuchaj no użytkowniku albo jak to się u nas mówi: gościu! Nie znam cie i nie wiem o co ci konkretnie chodzi z tym komentarzem co mi odpisałeś ale powiem ci szczerze że odebrałem to jako: "nie wpie*****j mi się między wódke a zakąske!". Jak masz coś do mnie to napisz mi to otwarcie i szczerze!
11
Duma Katalonii w europejskich pucharach:
21 maja 1969 r. FC Barcelona przegrała finałowy pojedynek w Pucharze Zdobywców Pucharów z amatorskim wówczas Slovanem Bratysława 2:3. Mecz odbył się na „St. Jakob Stadium” w Bazylei w obecności około 19 tys. widzów. Stadion w Szwajcarii po raz kolejny okazał się nieszczęśliwy(poprzednio Barça przegrała tu finał Pucharu Europy w 1961 r.). Amatorzy ze Słowacji mieli w swoich szeregach miedzy innymi mechaników, prawników i inżynierów ale już w 2 minucie spotkania objeli prowadzenie. W 50 minucie przy stanie 3:1 dla Slovana, Carles Rexach strzelił gola bezpośrednio z rzutu rożnego(bramkarz rywali twierdził iż oślepiły go światła), lecz Blaugrana nie była w stanie zdobyć już wyrównującego gola. Przewidziano nawet, w razie ewentualnego remisu, termin meczu rewanżowego w Lozannie dwa dni później ale niestety nie doszło do niego. Ten finał był ostatnim oficjalnym meczem kapitana Ferrana Olivelli, któremu zorganizowano jeszcze spotkanie pożegnalne 6 września. Trzeba przyznać że Słowacy zawsze mieli dobrych piłkarzy a nawet bardzo dobrych jeśli wspomnimy zwłaszcza Josefa Bicana. Zresztą jak się przekonała Barça, amatorów też mieli znakomitych.
@Adran360
@Bernard777
@Gary
@Kapitan hawk
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
0
@AnalizaTV Z jakiej okazji ten komentarz, skoro dzisiaj ten piłkarz nie obchodzi urodzin a ni też rocznicy śmierci?
11
@FCBparasiempre
Morze Karaibskie było jeszcze spowite ciemnościami a zegarek wskazywał 4:49, gdy stojący w porcie w Castries(St. Lucia) liniowiec Lady Nelson(nazwany tak na cześć Frances Nelson, żony admirała Horatio Nelsona) zatrząsł się. Ugodziła go torpeda wystrzelona przez grasującego w tym rejonie Atlantyku U-boota 161. Statek o wyporności niemal 8 tys. ton, jeszcze zanim nastał świt, częściowo zatonął w płytkich przybrzeżnych wodach. A jednak 10 marca 1942 roku nie był ostatnim dniem „życia” okrętu zbudowanego w stoczni w Birkenhead. Uratował on jeszcze wielu ludzi, a nawet zdołał się nieco zasłużyć dla piłki nożnej. Szczęście w nieszczęściu, że torpeda trafiła Lady Nelson w porcie, a nie na pełnym morzu, i że nie spowodowała zniszczeń, które uniemożliwiłyby naprawę. Z mozołem udało się połatać liniowiec, by mógł dopłynąć do amerykańskiej stoczni w Mobile, gdzie poddano go dalszym pracom remontowym. Po wykonaniu niezbędnych reperacji kanadyjski rząd (bo statek pływał pod kanadyjską banderą) zdecydował, że Lady Nelson będzie służyć jako okręt szpitalny. Aż do czasu nastania pokoju transportowała rannych, unikając już skutecznie torped, pocisków artyleryjskich, min i innych niebezpieczeństw czyhających na morzu. Po wojnie wracali do domów na jej pokładzie jeńcy wojenni, a wraz z nimi ludzie szukający szczęścia z dala od swoich rodzinnych stron. W tej ostatniej grupie znalazł się poddany Jej Królewskiej Mości Llloyd Lindbergh Delapenha. 21 maja 1927 roku to ważna data w historii ludzkości. Tego dnia amerykański lotnik Charles Lindbergh po 33,5 godzinach lotu wylądował w Paryżu, stając się pierwszym człowiekiem w historii, który samotnie pokonał samolotem Atlantyk. Ten wspaniały wyczyn wzbudził ogólnoświatowe zainteresowanie. Wieść o sukcesie Lindbergha dotarła także na Jamajkę. Pod wielkim wrażeniem tego dokonania byli także Josephine i Lester Delapenhowie. Małżonkowie postanowili, że swojemu synowi, urodzonemu 20 maja 1927 roku, czyli w dniu, w którym Amerykanin wyleciał z Nowego Jorku do Francji, nadadzą drugie imię Lindbergh– na cześć Charlesa. Cóż za zrządzenie losu, że ich potomek(tak jak pionier lotnictwa) też musiał pokonać Atlantyk, by przejść do historii. Lindy(bo tak go nazywano) od najmłodszych lat przejawiał sportowe zdolności. Uprawiał liczne dyscypliny: piłkę nożną, golf, lekkoatletykę, krykiet, pływanie, nurkowanie, gimnastykę czy boks. Był tak zaangażowany, że podczas trwających półtora dnia szkolnych zawodów sportowych potrafił rywalizować w 16 konkurencjach. Ta nieprawdopodobna aktywność nastolatka skłoniła organizatorów do wprowadzenia nowej zasady, według której jeden uczestnik mógł wziąć udział w maksymalnie 4 konkurencjach. Serce chłopaka najmocniej biło dla piłki nożnej, lecz na Jamajce nie miał większych szans na to, by zostać kimś więcej niż lokalną gwiazdą. Futbol w ojczyźnie reggae traktowany był amatorsko, jako hobby, a nie jako praca. Szansę na prawdziwą karierę stwarzał wyjazd do Anglii. Ale jak marzyć o zostaniu profesjonalistą, będąc czarnoskórym nastolatkiem, mieszkającym na karaibskiej wyspie, położonej 4,5 tys. mil od Wielkiej Brytanii? W dodatku żyjąc na świecie dopiero co podnoszącym się ze zgliszcz po II wojnie światowej? W świecie, w którym wiele drzwi dla czarnych było zamkniętych? Jednak Lindy, tak jak Charles Lindbergh, urodził się, by pokonywać bariery. Za namową Kena Dunleavy’ego, angielskiego mistrza sportu mieszkającego na Jamajce, pod okiem którego trenował, wsiadł na pokład Lady Nelson i wyruszył do Wielkiej Brytanii. Nie wiemy, kiedy dokładnie Lindy Delapenha przybył do Wielkiej Brytanii. Prawdopodobnie było to październiku lub listopadzie 1945 roku (niektóre źródła wskazują, że okręt dotarł do Anglii już w 1946 roku). Wiadomo natomiast, że statek dopłynął do portu w Southampton oraz to, że podróżowali nim żołnierze, którzy podczas II wojny światowej trafili do japońskiej niewoli. Byli to między innymi jeńcy wykonujący niewolniczą i katorżniczą pracę przy budowie słynnego mostu na rzece Kwai (tę dramatyczną historię ukazuje słynny film „Most na rzece Kwai” w reżyserii Davida Leana). Gwoli ścisłości – w rzeczywistości konstrukcja nie powstała na Kwai, lecz na rzece Mae Khlung.
,,To była noc. Nie miałem, dokąd pójść- wspominał Delapenha w rozmowie z Fae Ellington. – ale żołnierze, którzy ze mną podróżowali, dali mi wiele dobrych rad. Mówili, gdzie mam iść, co powinienem zrobić”– opowiadał podczas wywiadu. Plan był prosty. Lindy trzymał w ręku list rekomendacyjny wystawiony przez Dunleavy’ego. Po dopłynięciu do Wysp miał go pokazać Tomowi Whittakerowi, menedżerowi Arsenalu. Tak też uczynił. Wziął udział nawet w meczu sparingowym rezerw The Gunners z Bedford Town. Zawodnikiem londyńskiego klubu jednak nie został. ,,Miałem testy w Arsenalu i poszło mi dobrze. Whittaker był pod wrażeniem. Powiedziałem mu, że wciąż muszę odbyć służbę wojskową. Wtedy on stwierdził, że kiedy ją zakończę, powinienem wrócić i się z nim porozmawiać” – relacjonował Delapenha w 2014 roku. Jamajczyk przystąpił więc do Korpusu Treningu Fizycznego (Physical Training Corps – PTC), który – jak sądził – będzie dla niego dobrym miejscem, by ćwiczyć tężyznę fizyczną. Zresztą to przypuszczenie było niebezpodstawne, ponieważ w PTC miejsce znajdowali świetni sportowcy, choćby sir Stanley Matthews, pierwszy zdobywca Złotej Piłki France Football. Kolejnym etapem była służba wojskowa w Królewskich Walijskich Fizylierach, z którymi stacjonował w Egipcie i Grecji. W armii miłość do sportu nie opuściła Lindy’ego. Grał w krykieta, piłkę nożną, hokeja na trawie, uprawiał lekkoatletykę, brał nawet udział w zawodach nurkowych. ,,Pułkownik dowodzący moim batalionem darzył mnie wielkim szacunkiem. Wysłał mnie do Palestyny na trening wychowania fizycznego w gazie. Spośród 60 osób biorących udział w tym programie okazałem się najlepszy i zdobyłem odznakę instruktora. Potem zostałem instruktorem treningu fizycznego królewskich fizylierów w Fayid w Egipcie”– opowiadał Delapenha w wywiadzie, którego udzielił ,,Jamaica Observer”. W 1947 roku, gdy wojna domowa w Mandacie Palestyny zbliżała się do końca, Lindy Delapenha wrócił do Wielkiej Brytanii z nadzieją na rozpoczęcie prawdziwej kariery piłkarskiej. Ale niewiele brakowałoby, a chłopak zostałby lekkoatletą. Wojskowi zwierzchnicy polecili go powiem Brytyjskiemu Komitetowi Olimpijskiemu, by reprezentował Imperium w nadchodzących Igrzyskach Olimpijskich w lekkiej atletyce. – To nie było to, czego chciałem. Chciałem być piłkarzem – wspominał tamte lata Delapenha. Jamajczyk odrzucił więc propozycję zostania olimpijczykiem. Wyczyny piłkarskie Delapenhi w wojsku nie pozostały niezauważone. Dostrzeżono go jeszcze w trakcie pobytu w Egipcie. Na jego talencie poznał się człowiek, który współpracował z profesjonalnymi klubami piłkarskimi w Anglii i polecał im zawodników. Podobno Lindy przekonał go do siebie swoją grą przeciwko drużynie złożonej z niemieckich jeńców wojennych. Skaut dał mu listy rekomendacyjne do dwóch ekip: Chelsea i Portsmouth. Jamajczyk skierował swoje kroki do The Pompeys. ,,Wybrałem portsmouth, ponieważ mój najlepszy przyjaciel z wojska, człowiek nazwiskiem Horner, tam mieszkał. Powiedział: „zamieszkaj ze mną i moją rodziną” – wspomniał Delapenha. Testy w Portsmouth wypadły pomyślnie. Menedżer Bob Jackson zaproponował przybyszowi z Karaibów kontrakt. To było wielkie wydarzenie. Nigdy wcześniej żaden zawodnik z Jamajki, będącej wtedy częścią Indii Zachodnich, nie podpisał umowy z profesjonalnym klubem z Anglii. W dodatku The Pompeys grali w First Division. Ba, w sezonach 1948-49 i 1949-50 zdobywali mistrzostwo. Wielkimi gwiazdami tamtej ekipy byli Peter Harris czy Duggie Reid. Marzenie Delapenhi o zostaniu profesjonalnym piłkarzem ziściło się 13 listopada 1948 roku. Wtedy po raz pierwszy zagrał dla Portsmouth. Był to mecz przeciw Blackpool. Zagrał 90 minut, a spotkanie zakończyło się rezultatem 1:1. Delapenha nie miał jednak dużego wkładu w oba tytuły mistrzowskie The Pompeys. W drodze po pierwszy tytuł wystąpił zaledwie dwukrotnie. W kolejnym sezonie, zakończonym triumfem w lidze, zagrał pięć razy. Do tego dołożył jedno spotkanie w Pucharze Anglii. W sumie dla Portsmouth uzbierał 8 gier, w których strzelił 1 gola. Pewnie zaliczyłby więcej meczów w ekipie z Fratton Park, gdyby nie kontuzje. Nikt jednak nie może mu odebrać tego, że został pierwszym czarnoskórym piłkarzem mogącym poszczycić się mistrzostwem Anglii.
W kwietniu 1950 roku przygoda Delapenhi z ekipą prowadzoną przez Jacksona dobiegła końca. Zgłosiło się bowiem po niego Middlesbrough FC. Menedżer tego klubu David Jack zwrócił uwagę na Jamajczyka kilka miesięcy wcześniej, podczas meczu ligowego, w którym Portsmouth ograło jego zespół 5:1. Delapenha rozegrał wówczas dobre zawody i tym samym zapadł w pamięć szefa Boro. The Pompeys otrzymali za niego 6000 funtów. Przeprowadzka na północ stała się faktem. Został pierwszym czarnoskórym piłkarzem Middlesbrough. Na Ayresome Park Jamajczyk spotkał kilku znakomitych zawodników, m.in.: reprezentanta Anglii Wilfa Manniona, bramkostrzelnego Szkota Alexa McCrae’a czy włoskiego golkipera Rolando Ugoliniego. Jack odważnie postawił na chłopaka z Indii Zachodnich. A ten na boisku zostawiał serce. Co ciekawe, przestały go trapić problemy zdrowotne, bo tuż przed transferem do Middlesbrough przeszedł zabieg usunięcia zakrzepu krwi, jaki utworzył się w jego udzie. Tak więc już będąc w pełni sił 9 września 1950 roku strzelił swojego pierwszą bramkę dla Boro. Gol musiał smakować wybornie, ponieważ zdobył go przeciw Arsenalowi, który przecież kiedyś nie zaoferował mu kontraktu. Sezon 1950/51 zakończył z 8 trafieniami w 40 ligowych spotkaniach. Delapenha w sezonach 1951/52, 1953/54 i 1955/56 był najlepszym strzelcem Middlesbrough. W sumie dla klubu z Ayresome Park zanotował 93 trafienia w 270 meczach ligowych na poziomie First Division oraz Second Division (od sezonu 1954/55 Boro grali na zapleczu). Co ciekawe, będąc zawodnikiem Middlesbrough, znajdował także czas na to, by pograć zawodowo w krykieta w Horden Cricket Club. Kibice Middlesbrough uwielbiali Lindy’ego. Nie tylko dlatego, że był czołowym piłkarzem ich drużyny, ale także dlatego, że odrzucił oferty Manchesteru City i Manchesteru United. Dlaczego nie zdecydował się na transfery do żadnego z tych klubów? Powodem była niejaka Joan, miejscowa nauczycielka, która zdobyła serce Delapenhi. Kobieta nie chciała się przeprowadzać. A zakochany w niej piłkarz nie zamierzał postępować wbrew jej woli. W 2016 roku Fae Ellington w wywiadzie zapytała Lindy’ego Delapenhę o transfer do United. Emerytowany piłkarz przyznał, iż nie żałuję, że do niego nie doszło. Jak słusznie zauważył, gdyby trafił na Old Trafford, mógłby wsiąść z innymi piłkarzami Czerwonych Diabłów do samolotu, który 6 lutego 1958 roku rozbił się w Monachium… W tamtej katastrofie zginęło 8 zawodników. W 1955 roku do pierwszej drużyny Middlesbrough dołączył niejaki Brian Clough, człowiek który dwadzieścia kilka lat później jako menedżer dwukrotnie wygra z Nottingham Forest Puchar Europy. Cloughie – jak nazywali go przyjaciele – miał smykałkę do strzelania goli. W ciągu nieco ponad pięciu sezonów spędzonych na Ayresome Park zaliczył ponad 200 trafień. Lindy i młodszy od niego o 8 lat Clough zaprzyjaźnili się. Czasem, biorąc ze sobą bramkarza Petera Taylora, jeździli poobijanym kasztanowym Fordem Anglią należącym do Delapenhi na mecze do Newcastle lub Carlisle. A pewnego razu Jamajczyk podwiózł przyszłego menedżera Forest i jego dziewczynę Barbarę do Stockton-on-Tees, gdzie para miała wybrać pierścionek zaręczynowy. Gdy już zaparkowali, dziewczyna wysiadła z auta, a za nią ukochany. Niespodziewanie drzwi wysłużonego auta odczepiły się od reszty i zostały w ręku Clougha. Na szczęście, to zabawne, aczkolwiek trochę niezręczne zdarzenie, nie miało wpływu na dalsze losy zakochanych. Pobrali się w 1959 roku i przeżyli razem 45 lat. Rozłączyła ich dopiero śmierć Briana. Inna pamiętna historia z Delapenhą i Cloughem w rolach głównych wydarzyła się podczas towarzyskiego meczu Middlesbrough z Sunderlandem rozgrywanego w październiku 1957 roku na Ayresome Park. Było to ważne spotkanie, bo pierwsze, podczas którego użyto sztucznego oświetlenia na tym stadionie. 27 tys. fanów obserwowało, jak Clough został sfaulowany w polu karnym. Do „jedenastki” podszedł Delapenha. Uderzył bardzo mocno i precyzyjnie. Piłka wpadła do bramki przy samym słupku, ale nie zatrzymała się wewnątrz, lecz wyleciała przez dziurę w siatce. Choć w rzeczywistości padł gol, to wyglądało, jakby strzelec chybił. Lindy już miał zacząć świętować, gdy arbiter pokazał, że bramkarz rozpocznie z „piątki”…
1958 rok. Czas coraz częściej kontuzjowanego Delapenhi w Middlesbrough dobiegł końca. Piłkarz następną przystań znalazł w Mansfield Town. Jamajczyk grał w podstawowym składzie The Stags, strzelał sporo goli, ale drużynie generalnie brakowało jakości. O ile w sezonie 1958/59 jeszcze udało się uratować przed spadkiem z Third Division (trzeci poziom rozgrywkowy), o tyle po kolejnym degradacja stała się faktem. Nawet na czwartym froncie nie szło zbyt dobrze. Ekipa z Nottinghamshire kampanię 1960/61 zakończyła dopiero na 20. lokacie spośród 24 zespołów. W marcu 1961 roku Delapenha przeszedł do Hereford United. Dla tej drużyny zagrał tylko w 11 spotkaniach. A jego ostatnim klubem w Anglii był Burton Albion, któremu pomógł wygrać w 1964 roku Southern League Cup, strzelając zwycięskiego gola w finale tych rozgrywek. Rok 1964 roku to także czas powrotu Lindy’ego na Jamajkę. Tam grał jeszcze w Boys’ Town oraz w Realu Mona. W międzyczasie pracował jako trener piłki nożnej i lekkiej atletyki w Wolmer’s Schools, czyli w szkole, którą niegdyś ukończył. Po zawieszeniu butów na kołku zarabiał na życie jako…instruktor sportu w Związku Producentów Cukru. Potem przez kilka miesięcy sprzedawał ubezpieczenia. Wreszcie trafił do Jamaica Broadcasting Corporation, gdzie został komentatorem, a następnie dyrektorem redakcji sportowej stacji. Joan, która nie chciała przeprowadzać się do Manchesteru, w latach 50. (ślub wzięli prawdopodobnie w 1952 lub 1953) została żoną Lindy’ego. Doczekali się trójki dzieci: syna Paula (zmarł na raka w 1997), oraz córek Marie Claire oraz Lindy. Marie Claire w 1980 roku zajęła II miejsce w konkursie piękności Miss Jamaica World, a w 2008 roku jej córka, czyli wnuczka Lindy’ego, Brittany Lyons wygrała ten tytuł. 9 stycznia 2007 roku Joan Delapenha zmarła. Lindy bardzo przeżył jej śmierć. ,,Irytowało mnie to, że moja żona narzekała, że za każdym razem, gdy wyjmuję wodę z lodówki, trochę rozlewam. Wstawała i chodziła za mną, nawet w środku nocy, żeby się upewnić, że jej nie wylałem. Chciałbym, żeby była tutaj, żeby to robiła teraz”– przytaczał słowa Delapenhi dziennikarz ,,Jamaica Observer” Tony Robinson. Mąż przeżył Joan o 10 lat. Do wieczności odszedł 26 stycznia 2017 roku. W 2021 roku Delapenha pośmiertnie otrzymał medal za mistrzostwo Anglii w sezonie 1949/50 (tego sezonu, jak pamiętamy, nie dokończył w Portsmouth, bowiem w kwietniu odszedł do Middlesbrough).
10
Przez Atlantyk do historii:
@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@Kapitan hawk
@Gary
@Bernard777
@Adran360
@1LY0
10
@FCBparasiempre
Zwykły chłopak z przedmieść Madrytu może się stać bohaterem Hiszpanii. Takim przypadkiem jest Iker Casillas. Legendarny bramkarz rozkochał sobie cały kraj i kibiców piłkarskich z całego świata. Najmniej lubiącą osobą Casillasa jest prezydent jego ukochanego klubu. Jak bramkarz stał się fenomenem dla wszystkich oraz kretem dla niektórych? Iker Casillas urodził się 20 maja 1981 roku w Madrycie jako pierwsze dziecko fryzjerki Mari Carmen i urzędnika w ministerstwie edukacji Jose Luisa. Nadanie imienia Iker było oddaniem hołdu rodzinie Jose Luisa z Kraju Basków. Iker ma także siedem lat młodszego brata Unaia. Od początku Casillasa ciągnęło do bycia bramkarzem. W wieku czterech lat dostał swoje pierwsze rękawice bramkarskie. Pewnego dnia jeden ze starszych kolegów Casillas przeczytał, że Real Madryt robi testy chłopcom z rocznika ’81. Dlatego ojciec Casillasa zabrał go w czerwcu 1990 na testy do klubu. We wrześniu ,,Królewscy” zadzwonili do niego z informacją, aby przyszedł na rozegranie małego spotkania. Była to ważna próba w karierze młodego gracza. Z dwustu piłkarzy wyselekcjonowano grupę osiemnastu zawodników. W tym gronie znalazł się Casillas. Odkrywcą talentu hiszpańskiego bramkarza był jego trener Antonio Mezquita. Młodzieniec rozwijał się szybko w ,,Los Blancos”. Pierwszy poważny sukces Iker odniósł w zespole Infantil A. Razem ze zespołem zwyciężył w Paryżu w zawodach Nike Premier Cup, czyli w europejskich rozgrywkach mistrzowskich dla młodzików. W ciągu pięciu spotkań Casillas przepuścił jedynie jedną bramkę (w finale). W sezonie 1995/1996 Hiszpan razem z drużyną Cadete B jedzie na Klubowe Mistrzostwa Świata U-15 do Boliwii. Ekipa Realu wygrywa rozgrywki na oczach aż 45 tysiącach osób na trybunach. Casillas rozegrał świetne spotkanie, a jeden z komentatorów nazwał wówczas Ikera „nadzwyczajnym bramkarzem” oraz „czarodziejem”. Później błyskawicznie przeskakuje dwa roczniki Realu. W sezonie 1998/1999 został włączony do ekipy Tercery. Ówczesny trener Luis Palmero powiedział, że wtedy najlepszymi cechami Casillasa są: technika, szybkość oraz opanowanie. Koniec listopada 1997 roku, środek dnia, zajęcia z rysunku w szkole Canaveral w Mostoles. Dyrektor szkoły wzywa do siebie Ikera Casillasa. Mówi szesnastoletniemu chłopakowi że jedzie do Trondheim. Oczywiście nie chodzi na wyjazd na zawody Pucharu Świata w skokach narciarskich na obiekcie Granasen, tylko na Ligę Mistrzów. Powodem wyjazdu młodego Hiszpana na LM była kontuzja Santiago Canizaresa na treningu. Z powodów proceduralnych do Norwegii nie mógł polecieć Raul Valbuena. Casillas nie broni jednak meczu z Rosenborgiem Trondheim. W nagrodę, w grudniu 1998 roku jedzie z pierwszą drużyną na Klubowe Mistrzostwa Świata, ale jedzie jako trzeci bramkarz i cały turniej spędził na trybunach. Casillas debiutuje w pierwszej drużynie podczas towarzyskiego starcia z Atletico Madryt. Spotkanie 2:0 wygrywa lokalny rywal. Wreszcie nadszedł czas na debiut w lidze. 12 września 1999 roku Hiszpan broni w spotkaniu na wyjeździe z Athletic Bilbao. Co ciekawe Baskom kibicuje Jose Luis, czyli ojciec Ikera. Mecz zakończył się remisem 2:2. Casillas popełnił błąd przy pierwszym trafieniu. Hiszpan przesunął się zbyt prawą stronę bramki, zaniedbując drugą stronę. Gola z wolnego strzelił Julen Guerrero. Bramkarz nie miał natomiast szans przy samobóju Geremiego. Casillas spisał się lepiej niż dobrze. Zanotował aż 10 interwencji. Casillas był chwalony za debiut w prasie i przez graczy Królewskich. Sam zawodnik przyznawał, że umierał z nerwów. Już trzy dni później Casillas zadebiutował w Lidze Mistrzów przeciwko Olympiakosowi Pireus (3:3). Mimo to po czterech meczach ówczesny trener John Toshack przesuwa Ikera do Castilli. Młodzieniec uważa, że nie wykorzystał swojej pierwszej szansy. Po kilku spotkaniach nowym szkoleniowcem Królewskich został Vicente del Bosque. Po kompromitacji z Realem Saragossa (1:5), w meczu z Racingiem Santander na bramce stoi Iker. Trzy mecze i zaledwie jeden punkt – oto bilans del Bosque w pierwszych starciach. Pozycja szkoleniowca była słaba, a porażka mogła sprawić, że Hiszpan będzie zwolniony. Trener chwali Casillasa mówiąc: ,,To piłkarz, który ciągle się uczy, ale jego występy każą nam myśleć, że rozwój idzie w dobrym kierunku”. Bramkarz w spotkaniu z Racingiem notuje wspaniały występ, dzięki czemu ratuje remis Realowi, a także posadę del Bosque. 24 maja 2000 roku na Stade de France nastąpiło święto futbolu dla całej Hiszpanii. Po raz pierwszy w historii dwie ekipy z tego państwa zagrały w finale Ligi Mistrzów. Real Madryt zagrał z Valencią CF. Spotkanie okazało się kaszką z mlekiem dla Królewskich. Iker Casillas został najmłodszym w historii bramkarzem, który wystąpił oraz zwyciężył w finale Ligi Mistrzów i ogólnie czwartym najmłodszym graczem w finale LM po tercecie z Ajaxu Amsterdam z 1995 roku (Nwakwo Kanu, Patrick Kluivert oraz Clarence Seedorf). Na żywo z trybun sukces Ikera oglądała jego rodzina, mi.in. rodzice oraz brat.
Od tamtego momentu Real gra lepiej, a Casillas występuje w pierwszym zespole regularnie. Ówczesny sezon zakończył się zdobyciem Ligi Mistrzów, piątym miejscem w lidze oraz półfinałem Copa del Rey. W 27 spotkaniach Iker wpuścił tylko 25 goli. Wyjątkowe było starcie przeciwko Barcelonie z 6 lutego, gdzie Real pewnie pokonał 3:0 Katalończyków, a Iker został najmłodszym bramkarzem w historii El Clasico. Po meczu dostaje owacje na Santiago Bernabeu. Po sezonie Iker jako rezerwowy jedzie na Euro 2000. Przed europejskim czempionatem debiutuje w kadrze (3 czerwca przeciwko Szwecji). Następny sezon to potwierdzenie Casillasa jako bramkarza numer jeden w Realu. W sezonie 2001/2002 stał się rezerwowym graczem, broni mało, a klub na stulecie przegrał na Santiago Bernabeu w finale Pucharu Hiszpanii. W lidze Los Merengues byli trzeci. Real awansował jednak do finału Ligi Mistrzów. W meczu przeciwko Bayerowi w podstawowej „11” wychodzi Cesar Sanchez. Ten jednak w trakcie spotkania doznaje kontuzji. Od 67 minucie na boisku przebywa Iker. Casillas wybronił Los Blancos trofeum, notując w ostatniej minucie trzy fantastyczne parady. Koniec meczu, Iker płacze ze szczęścia. Później powiedział, że nigdy nie zapomni tego wieczoru. Po rozgrywkach klubowych poleciał do Japonii oraz Korei Południowej na finały mistrzostw świata. Kolejny pech Canizaresa (upuszczenie flakonika perfum na stopę) wykorzystał Casillas. Rozgrywki 2002/2003 to czas, w którym Real zanotował sezon bez trofeum, ale Casillas ustabilizował miejsce w podstawowej „11” drużyny z Madrytu. W 2003 roku Międzynarodowa Federacja Historyków i Statystyków Futbolu (IFFHS) wybrała Casillasa drugim najlepszym bramkarzem świata. Kolejne lata są chude dla Realu. Królewscy z Ikerem w bramce nie wygrali żadnego trofeum w sezonach 2004/2005 i 2005/2006. W listopadzie 2005 roku Casillas przedłużył kontrakt z Realem o pięć lat, czym zakłamuje kłam plotkom, że może odejść z drużyny Los Blancos. Sezon 2006/2007 jest udany dla Królewskich. Po czterech latach przerwy Los Blancos zdobyli mistrzostwo Hiszpanii. Rok później Real broni tytułu a Casillas zdobywa Trofeo Zamora (trofeum, dla bramkarza, którzy przepuścił najmniej bramek w lidze hiszpańskiej). W 36 spotkaniach wpuścił zaledwie 32 strzały. Co wydaje się szokujące, Casillas tylko raz wywalczył Trofeo Zamora. Tyle samo, co Miguel Reina, Juan Carlos Ablanedo, Pedro Jaro czy Bono, czyli zawodnicy dużo gorsi od zawodnika z Mostoles. Dla porównania Victor Valdes, który przez kilka lat przegrywał w kadrze z Casillasem czterokrotnie zagarnął Trofeo Zamora. Rok 2008 to szczytowy okres kariery Ikera. Hiszpania wygrywa mistrzostwa Europy, a Casillas jest kapitanem drużyny. Bez wątpienia Iberyjczyk był najlepszym bramkarzem Euro 2008. Nie byłoby triumfu La Furja Roja, gdyby nie Casillas. Najlepszym przykładem jest starcie ćwierćfinałowe. Bramkarz obronił w konkursie jedenastek karne wykonywane przez Daniele de Rossiego oraz Antonio di Natale. Casillas przyznał się, że w rzutach karnych zdawał się na intuicję. W latach 2008 do 2011 roku IFFHS (Międzynarodowa Federacja Historyków i Statystyków Futbolu) wybierała Hiszpana najlepszym bramkarzem świata. Casillas staje się powoli legendą klubu, kadry, a nawet całego futbolu. 11 lipca 2010 roku Hiszpania została nowym mistrzem świata. Puchar z ziemskim globem i malachitową podstawą jako pierwszy podniósł Iker Casillas. W ćwierćfinałowym spotkaniu z Paragwajem obronił rzut karny. Pomógł mu w tym Jose Reina. Do jedenastki przygotowywał się Oscar Cardozo. Reina jako gracz Liverpoolu F.C. dwa razy został pokonany przez Paragwajczyka w ćwierćfinale Ligi Europy przeciwko SL Benfice. Bramkarz angielskiego klubu kazał Casillasowi rzucić się w lewo. Efekt to obroniona jedenastka. Hiszpan udowodnił, że obrony rzutów karnych doprowadził niemal do perfekcji. Z finału wielu kibiców zapamiętało świetną obronę Casillasa jednego z strzałów Arjena Robbena. W 2011 roku Iker zdobywa Puchar Króla. Dzięki temu Casillas zdobywa wszystkie najważniejsze trofea piłkarskie. W kampanii 2011/2012 zaczynają się kłopoty Ikera. Jose Mourinho odebrał Casillasowi opaskę kapitana Realu. Hiszpan był w konflikcie z trenerem. Później Portugalczyk oskarżał Casillasa o bycie kretem, który miał przekazywać tajne informacje nt. taktyki itp. Miał to mówić swojej partnerce, późniejszej żonie, dziennikarce Sarze Carbonero. Lepiej było w kadrze. W całym turnieju Euro 2012 Hiszpan stracił jedynie jedyną bramkę. Po starcie gola w pierwszym meczu gracz Realu Madryt pozostał niepokonany przez 509 minut. Jest to najlepszy wynik w historii mistrzostw Europy. Do tego Hiszpan został pierwszym graczem w piłce nożnej, który trzykrotnie zrzędu jako kapitan puchar mistrzostw Europy i mistrzostw świata. Powolny koniec Ikera zaczął się 23 stycznia 2013 roku. W trakcie meczu Copa del Rey z Valencią doznaje kontuzji, która wyklucza go na półtora miesiąca. Kupiony zostaje groźny konkurent, notujący dobry okres w Sevilli FC Diego Lopez. Rywal Casillasa gra świetnie, więc do końca sezonu Casillas nawet nie wącha murawy. Iker był gotów nawet opuścić swój ukochany klub. Jednak wcześniej zrobił to Jose Mourinho. Jakie były relacje pomiędzy Hiszpanem a Portugalczykiem? Podczas ostatniego sezonu Mourinho w Madrycie, właściwie nie rozmawialiśmy. Nic nie mówiłem, bo to on był trenerem. Potem doznałem jednak kontuzji, podczas której słuchałem tylko jaki to jestem zły, fatalny i niedobry. Po latach relacje pomiędzy oboma panami poprawiły się. Jose Mourinho powiedział nawet, że są z Casillasem przyjaciółmi.
Nowym szkoleniowcem został Włoch Carlo Ancelotti. Hiszpan broni tylko lub aż w Lidze Mistrzów. Real w sezonie 2013/2014 zdobywa upragnioną decimę (10. trofeum Pucharu Europy). W finale pokonali rywala za miedzy Atletico 4:1 (po dogrywce). Po raz pierwszy w karierze Casillas jako kapitan Realu Madryt podniósł do góry „uszatkę”. Latem 2014 roku konkurentem w bramce Ikera został rewelacyjnie spisujący się na Mundialu w Brazylii Keylor Navas. Początek sezonu dla Casillasa był słaby. Na pierwszych czternaście celnych uderzeń przepuścił aż osiem bramek. Casillas gra w kratkę, raz lepiej (grudzień 2014), raz gorzej (mecz z Atletico, luty 2015). Końcówka sezonu należała do Navasa. To z nim Real, osiągał lepsze wyniki. Casillas chciał zostać w Realu, nawet jako rezerwowy. Jednak Florentino Perez był innego zdania. Według włodarza Los Blancos to Casillas miał chrapkę na odejście. Kłopoty bramkarza przeczuwał były prezydent „Królewskich” Ramon Calderon, który powiedział: ,,W 2002 roku Perez przedłużył z nim umowę tylko pod presją kibiców, bo tak naprawdę chciał się go pozbyć i kupić Gianluigiego Buffona, jako najbardziej galaktycznego spośród bramkarzy”- Ramon Calderon, były prezydent Realu Madryt. W taśmach, które opublikował „El Confidencial” wynikały, że 2006 i 2008 roku prezes Realu Florentino Perez nazwał Casillasa niezbyt bystrym oraz pierwszym ogromnym oszustwem Królewskich. Forma bramkarza zaczęła słabnąć, wielu kibiców odwróciło się od „Boskiego Ikera”. Golkiper powiedział, że odchodzi dla dobra swojego oraz Realu. Dlatego latem 2015 roku Hiszpan został graczem FC Porto. W portugalskiej ekipie Hiszpan pokazuje, że nadal jest dobrym bramkarzem. W 156 spotkaniach przepuścił tylko 116 bramek, w aż 74 spotkaniach zachował czyste konto. 23 kwietnia 2018 roku były bramkarz Realu Madryt został Hiszpanem z największą liczbą spotkań. W meczu z Vitorią Setubal „Boski Iker” zagrał 1004. mecz w historii, wyprzedzając w klasyfikacji swojego dawnego druha z Realu i reprezentacji Raula. Łącznie Casillas zagrał 1048 seniorskich starć. Wszystko w FC Porto szło dobrze, aż do 1 maja 2019 roku. Podczas treningu Casillas źle się poczuł. Ostre kłucie w klatce piersiowej okazało się zawałem serca. Iker wyszedł jednak z tego zwycięską ręką, jak na murawie. Ostatecznie hiszpański zawodnik zakończył karierę 4 sierpnia 2020 roku. W 2020 roku Casillas zamierzał wystartować w wyborach na prezesa Hiszpańskiej Federacji Piłkarskiej. Mimo deklaracji legendy piłki nożnej nigdy do startu nie doszło. Może domniemywać, że przeszkodą okazała się pandemia koronawirusa. W grudniu 2020 roku Casillas wrócił do „Los Blancos”. Były bramkarz został zastępcą dyrektora generalnego Fundacji Realu Madryt. W 2022 roku Casillas zawarł „pakt z diabłem”. Były gracz jest prezesem drużyny 1K Futbol Club. Ta drużyna rywalizuje w Kings League, której założycielem jest były gracz FC Barcelony Gerard Pique. Są to rozgrywki siedmioosobowej piłki nożnej, w której udział biorą influencerzy, byli piłkarze czy zawodnicy wybrani w drafcie. Kapitanami innych drużyn w tej lidze są, chociażby Sergio Aguero czy znany dziennikarz Gerard Romero. Idolami Ikera Casillasa w trakcie kariery byli: Paco Buyo (trenował go Mezquita), Juanjo Valencia oraz Peter Schmeichel. W 2012 roku hiszpański gwiazdor futbolu doczekał się niezwykłego upamiętnienia. W rodzinnym Mostoles Casillas dostał swoją ulicę. Avenida De Iker Casillas liczy 1914 metrów. W latach 2016-2021 Casillas był żonaty ze wspomnianą wcześniej Sarą Carbonero. W 2014 roku urodził się syn Ikera, Martin a dwa lat później na świat przyszedł Lucas Casillas. Starszy potomek Casillasa występuje w juniorskiej drużyny Realu. W 2005 roku w trakcie jednej z reklam Iker Casillas powiedział: „Nie jestem galaktyczny, jestem z Móstoles”. Te słowa mówią o nim wszystko. Hiszpan to zwykły człowiek, bez gwiazdorskich pasji. Ciężka praca, skromność i talent doprowadziły Casillasa do piłkarskiego Edenu.
7
Żywe legendy hiszpańskiego futbolu:
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
15
FC Barcelona gromi na „szóstke”!
20 maja 2007 r. Duma Katalonii pokonała Atletico Madryt 0:6 na Vicente Calderon. Blaugrana, prowadzona z ławki przez Franka Rikjaarda, rozgromiła Atlético, strzelając 6 goli na wyjeździe drużynie prowadzonej przez Meksykanina Javiera Aguirre'a. Historyczne zwycięstwo, o czym świadczyły ostatnie gwizdy kibiców biało-czerwonych w stronę swoich zawodników. FC Barcelona, walcząca o pierwsze miejsce, potrzebowała zwycięstwa, jeśli chciała pójść w ślady Realu Madryt, który na kilka godzin przed meczem pokonał Recreativo de Huelva 2:3 na stadionie Nuevo Colombino. Zespół Franka Rikjaarda, którego celem było odniesienie zwycięstwa, od początku był zmotywowany a w jego składzie znaleźli się: Víctor Valdés, Gianluca Zambrotta, Lilian Thuram, Carles Puyol i Gio w obronie, Xavi, Edmilson i Deco w pomocy a także Messi, Ronaldinho i Eto'o w ataku. Javier Aguirre z kolei wystawił na mecz z drużyną culé następujący skład: El „ Pichu” Cuellar, w wieczór, którego nie chce wspominać, stanął na czele drużyny, Seitaridis, Zé Castro, Eller i Antonio López stanowili część defensywy, Maniche, Luccin, Galletti i Jurado byli pomocnikami a Petrov i Fernando Torres uzupełnili jedenastkę meksykańskiego trenera. Mimo porażek, nie trzeba było długo czekać, aby ujawnić przewagę Blaugrany. Dopiero w 38. minucie Leo Messi wyprowadził Barcelonę na prowadzenie po asyście Kameruńczyka Samuela Eto'o. Problemy piłkarzy „Los Colchoneros” zaczęły się wkrótce pojawiać, ponieważ dwie minuty po stracie gola Portugalczyk Maniche, filar pomocy, opuścił boisko z powodu kontuzji, co zmusiło Argentyńczyka Maxiego Rodrígueza do wejścia na boisko. Dwie minuty później Barça uciszyła Vicente Calderón, strzelając kolejnego gola. Dwa gole w ciągu pięciu minut postawiły ich na drodze do zwycięstwa, które jednak zostało przedłużone do przerwy. Bramkę zdobył obrońca Gianluca Zambrotta, po niefortunnym wyjściu z boiska bramkarza biało-czerwonych, Cuéllara . Prowadzenie powiększyło się tuż przed przerwą, gdy Samuel Eto'o ponownie trafił do siatki tuż przed przerwą. Barça schodziła na przerwę z trzybramkową przewagą, przy akompaniamencie gwizdów kibiców Atlético skierowanych w stronę swoich zawodników. Pomimo wyniku, Barcelona nie była w najlepszej formie, a bramki padły po niedokładności Atlético. Ronaldinho chciał przyłączyć się do akcji i dzięki akcji kombinacyjnej na skraju pola karnego zdobył czwartą bramkę dla Barcelony. Leo Messi, typowym dla Argentyńczyka strzałem podciętym, oraz Andrés Iniesta całkowicie przełamali czerwono-białą obronę i zaprzepaścili niewielkie nadzieje drużyny Atlético, strzelając odpowiednio piątego i szóstego gola. Dzięki temu zwycięstwu Barça pozostała w walce o tytuł mistrzowski, który ostatecznie zdobył Real Madryt, w sezonie legendarnego Tamudazo. Zespół Franka Rikjaarda zajął drugie miejsce w tabeli, ex aequo z Realem Madryt, zdobywając 76 punktów a Atlético Madryt znalazło się na szóstym miejscu.
@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360
11
Pożegnanie Van Gaala:
,,Amigos de prensa, yo me voy, felicidades”(Przyjaciele dziennikarze, odchodzę, gratulacje). To było pierwsze zdanie skierowane przez Holendra do przedstawicieli mediów na jego ostatniej konferencji prasowej 20 maja 2000 r. Od pierwszego dnia w Barcelonie prowadził z nimi wojne, której nie mógł wygrać. Van Gaal zrezygnował również dlatego że solidaryzował się z prezydentem Nuñezem opuszczającym klub z końcem sezonu. Holender chciał ,,po raz kolejny wyczyścić szatnie ale otoczenie na to nie pozwoliło”. Niektórzy(jego zdaniem) nie rozumieli że ,,FC Barcelona jako klub jest ponad wszystkimi a grupa zawodników powinna być zawsze ważniejsza niż indywidualności”. Przez trzy lata zdobył 2 mistrzostwa Hiszpanii ale tylko raz udało mu się przejść faze grupową Ligi Mistrzów(odpadł z Valencią w półfinale).
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani