8

@FCBparasiempre
Przegranie mistrzostwa boli, szczególnie jeżeli walczysz o pierwszy tytuł w historii. Musi boleć tym bardziej, jeżeli przegrywasz go po ostatnim meczu. Trudno sobie wyobrazić jednak jak dużym bólem musi być stracenie tytułu w ostatniej kolejce, kiedy dodatkowo nie wykorzystujesz rzutu karnego w ostatnich minutach meczu. Z tym doświadczeniem musieli sobie poradzić kibice Deportivo La Coruña pewnej majowej nocy 1994 roku. “To była 22.14 czasu miejscowego. La Coruña nigdy nie zapomni tej godziny. Boisko, które było miejscem pełnym pożądania i dążenia do celu, nagle zamilkło i umarło. Minutę później liga była zakończona.” To miało być wielkie święto w 200 tys. galicyjskim mieście. Portowa aglomeracja kojarzona była wcześniej przede wszystkim z tego, że była siedzibą znanego na świecie koncernu odzieżowego Inditex. 14. maja 1994 miał to jednak zmienić i zaznaczyć wyraźnym kółkiem La Corunę na mapie piłkarskiego świata. Były to początki mitycznego “SuperDepor” – ekipy, która na ponad dekadę wdarła się szturmem do wielkiej czwórki w Hiszpanii, stając się jednocześnie postrachem całej piłkarskiej Europy. Zespół występował wcześniej w głównej mierze w Segunda Division i nikt w La Corunii nie brał nawet pod uwagę możliwości walki o najwyższe trofea. Wszystko zmienił rok 1988 i wybór na prezesa Augusto Cesara Lendoiro. Pod jego wodzą zespół w zaledwie sześć sezonów przepoczwarzył się w hiszpańskiego giganta. Pierwsza eksplozja formy SuperDepor miała miejsce w sezonie 1993/1994. Zespół wykorzystywał kryzys Realu Madryt, a także nierówną formę Barcelony. Zresztą słabość “Królewskich” Galisyjczycy uwypuklili w bezpośrednim starciu na “El Riazor”, w którym zmiażdżyli gości z Madrytu 4:0. Był to manifest, potwierdzający mistrzowskie aspiracje zespołu z La Corunii. Od 18. kolejki Los Blanquiazules przewodzili ligowej stawce. W trakcie sezonu przegrali jedynie cztery spotkania i stracili tylko 18 goli – wynik, którego z pewnością nie powstydziłoby się Atletico Diego Simeone. No właśnie – przewodzili do ostatniej kolejki. Wówczas na Riazor miała przyjechać Valencia, a bezpośredni rywal do tytułu – Barcelona, podejmował u siebie Sevillę. Deportivo miało dwa punkty przewagi, ale gorszy stosunek bramek. W efekcie każde zwycięstwo Blaugrany wymagało również wygranej zespołu z La Corunii. Rywalem był jednak doświadczony zespół, mający wiele do udowodnienia… ,,Djukić rzucił się bezwładnie na ziemię. Jego koledzy podbiegli do niego i zaczęli go podnosić. Ludzie próbowali dostać się do piłkarzy i ich objąć. Oczy Serba nie kontaktowały, kiedy Nando podbiegł do niego i podniósł go z ziemi.” Ekipa “Nietoperzy” w latach 90-tych i na początku XX wieku miała tę niesamowitą przypadłość, że mecze z ich udziałem urastały do miana legendarnych. Oprócz wspomnianego spotkania z Barceloną były przecież finały Ligi Mistrzów z Realem i Bayernem (zwłaszcza ten drugi), półfinał Champions League z 2000 roku z FC Barceloną (słynne 4:1 na Mestalla) czy też pogrom, jaki zgotowali Lazio w ćwierćfinale w tej samej edycji, ogrywając ich w Walencji 5:2. I tym razem(w 1994 roku) Valencia odegrała swoją istotną rolę i chociaż nie uczestniczyła bezpośrednio w wyścigu o tytuł, praktycznie o nim zadecydowała. Całe miasto czekało na spotkanie i ewentualną – pomeczową fiestę. Napięcie wyczuwalne było już na kilka dni przed meczem. Mieszkańcy nerwowo stąpali z jednej nogi na drugą, restauracje wypełniły rozmowy o spotkaniu. Na samym stadionie w dniu meczowym, atmosfera była tak gęsta, że można by ją było pociąć na kawałki. Co gorsza, Deportivo musiało grać w roli atakujących, podczas gdy sukces całego sezonu oparty był na żelaznej obronie, doskonałej organizacji gry i konsekwencji zespołu. Owszem, w ataku szalał Brazylijczyk Bebeto, na skrzydle swoimi rajdami obronę przeciwnika rozbijać mógł Fran, a wszystkim z tyłu dowodził inny znakomity Brazylijczyk – Donato. DNA drużyny opierało się jednak na wartościach, których klub w tym przypadku nie potrzebował najbardziej. “Część piłkarzy ,,Depor” leżało bezwładnie na boisku, część w ciszy udała się do szatni stadionu ale „Riazor” powstawało, atmosfera miała się zmienić…” Arsenio Iglesias, legendarny trener Deportivo miał tego świadomość. Przeczuwał też, że wynikające z tego faktu zagrożenia. Nic więc dziwnego, że przed rozpoczęciem spotkania na telewizyjnych zbliżeniach widać było nerwowo chodzącego wokół ławki rezerwowych Iglesiasa, rozglądającego się niepewnie po stadionie. Ale ,,Riazor” wierzyło. Całe miasto wierzyło. Las rąk i szalików z herbem klubowym towarzyszyły pierwszemu gwizdkowi arbitra, a głośny doping miał zdeprymować gości z Valencii. Na stadionie pojawiły się transparenty “SuperDepor” obwieszczające nadejście nowej siły w hiszpańskim futbolu i być może – przyszłego mistrza. Spotkanie zaczęło się od fizycznej walki o środek pola. Już na samym początku spotkania żółtą kartką ukarany został Donato – etatowy wykonawca stałych fragmentów gry w zespole Iglesiasa. To na pierwszy rzut oka błahe upomnienie, okazało się kluczowym w kontekście całego sezonu i walki o mistrzostwo. Trener Deportivo zmuszony był ściągnąć Donato w drugiej połowie w obawie przed złapaniem przez niego czerwonej kartki, co pozbawiło zespół specjalisty od uderzeń stojącej piłki, a co za tym idzie – egzekutora potencjalnego rzutu karnego… “Ok. 2 tysięcy kibiców zaczęło kotłować się koło wejścia do szatni. Wypełnili całe boisko i byli z drużyną. Nagle cały stadion zaczął wiwatować na cześć piłkarzy, a Augusto Cesa Lendoiro machał do nich z trybun”.

Pierwsze 15 minut było wyrównane, przy czym zaczęła klarować się delikatna przewaga Deportivo, głównie za sprawą wszędobylskiego Mauro Silvy i kreatywnego Frana, szalejącego po całej szerokości boiska. Trybuny również nie odpuszczały, a stadion żył meczem, nagradzając swoich zawodników podwójną porcją braw za każde dobre zagranie. Dodatkowo trybuny oszalały z radości po informacji o golu Diego Simeone, dającej prowadzenie Sevilli na Camp Nou. To były dobre złego początki. Napór Deportivo wzrastał, czego efektem były dwie sytuacje bramkowe Bebeto czy też rzut rożny, po którym blisko szczęścia był Mauro Silva. Brakowało jednak postawienia kropki nad “i”. W międzyczasie stadion przeszedł cichy szmer – Christo Stoiczkow wyrównał i Barcelona wracała do gry o mistrzostwo. Wbrew swojemu defensywnemu stylowi gry Deportivo napierało jednak coraz mocniej, tłamsząc wszelkie ataki Valencii w zarodku i neutralizując świetnego Predraga Mijatovicia. Ostatecznie Deportivo nie przełamało obrony Valencii do przerwy, ale i tak sytuacja układała się dla zespołu z Riazor komfortowo. Davor Šuker wyprowadził Sevillę ponownie na prowadzenie i Barcelona znów była pod kreską. Mistrzostwo było tuż, tuż. “Lendoiro płakał a ludzie wiwatowali i skandowali jego nazwisko. Krzyczeli też, że miasto nie zaśnie i utonie w morzu alkoholu. Młodzi ludzie chcieli, żeby idole poczuli ich wsparcie w tym momencie.” Tylko 45 minut dzieliło Deportivo od pierwszego w historii mistrzostwa. Jak się jednak miało okazać, było to bardzo długie 45 minut. Przede wszystkim, sytuacja zaczęła się diametralnie zmieniać na Camp Nou. Świetnie grająca do tej pory Sevilla załamała się pod naporem Barcelony, która w drugiej połowie zaczęła regularniej ostrzeliwać bramkę “Sevillistas”. Efektem były cztery gole dla Blaugrany, które totalnie rozbiły zespół z Sewilli i nałożyły olbrzymią presję na Deportivo. Co więcej, z boiska musiał zejść Donato, a Valencia odgryzała się coraz groźniejszymi kontratakami. Ataki Deportivo stawały się coraz bardziej rozpaczliwe, ratując się dośrodkowaniami i strzałami z dystansu – w większości niecelnymi. Doszło też do zmian, z boiska zszedł m.in. Donato, a pojawił się na nim Alfredo. To właśnie ten zawodnik posłał w 87 minucie dośrodkowanie w pole karne, które przejął Bebeto i odegrał do dynamicznie wchodzącego w pod bramkę rywala Nando. Na jego drodze bezpardonowo stanął Alvaro Cervera i sędzia zagwizdał, wskazując na 11 metr. Stadion eksplodował. Deportivo dostało karnego, którego zespół tak mocno łaknął i którego tak mocno potrzebował… “Kibice krzyczeli że życie w La Corunii jest piękne. Skandowali też nazwisko Djukicia, nazywając przyjacielem całego miasta…” Na boisku nie było już jednak Donato, a drugi strzelec w klubowej hierarchii – Bebeto, spudłował karnego tydzień wcześniej. Do piłki podszedł więc Miroslav Djukić. Był to jego czwarty sezon w Galicji. Szanowany serbski obrońca, o wielkim sercu do walki, trudny do przejścia, świetnie grający w powietrzu i respektowany w całej lidze. Wydawał się idealnym kandydatem, który wytrzyma tę niewyobrażalną presję. Djukić położył piłkę, wziął głęboki oddech, rozbieg i … strzelił za słabo. Jose Luiz Gonzalez wyczuł jego intencje, a strzał był na tyle słaby, że mógł jeszcze piłkę złapać. Wyglądało to trochę tak, jakby Djukicia w trakcie rozbiegu opuściły siły witalne. Mistrzem została Barcelona, Deportivo musiało zadowolić się drugim miejscem. Dramatyczny finał rozgrywek, jaki La Liga widziała później jedynie jeszcze w postaci legendarnego “Tamudazo” w 2007 roku, zapewniającego tytuł Realowi, kosztem FC Barcelony. Zespół z La Corunii stracił szansę na pierwsze mistrzostwo ale to nie był koniec “SuperDepor”. Odbili sobie to niepowodzenie w 1999 roku, niespodziewanie wygrywając mistrzostwo Hiszpanii. Jednak już bez Miroslawa Djukicia, wówczas piłkarza Valencii, który przed sobą miał jeszcze dwa wielkie rozczarowania w swojej karierze, w postaci przegranych finałów Ligi Mistrzów…

0

@Eto'o9 R10 Mam podobne zdanie do twojego. Piszesz ze Osimhen wiele razy deklarował że jest cule. Nic o tym nie słyszałem. Możesz przedstawić mi taką jego wypowiedź z mediów?

13

Żywe legendy polskiego futbolu:

14 maja 1962 r. urodził się Jan Urban. Świetny bramkostrzelny napastnik lub ofensywny pomocnik, którego gwiazda z równą mocą błyszczała na polskim podwórku, jak i poza granicami. Mimo to wiele osób do dziś twierdzi że talent Urbana nie został w pełni wykorzystany. Swoje występy w ekstraklasie rozpoczął od gry dla Zagłębia Sosnowiec. Nie były to jednak złote lata tej drużyny. Najwyżej udało jej się uplasować na 5 miejscu. W tej najszczęśliwszej od wielu sezonów kampanii sosnowiczan sam Urban jednak aż 11-krotnie wpisał się na liste strzelców. Dzięki temu na jego transfer zdecydował się Górnik Zabrze. Tutaj stworzył znakomity kwartet ofensywny z Andrzejami: Iwanem, Pałaszem i Zgutczyńskim. Każdy z nich uczestniczył w MŚ. Zbiegiem okoliczności debiut w barwach nowego klubu w Ekstraklasie wypadł w starciu z poprzednim zespołem. W czterech kolejnych sezonach ani razu dorobek indywidualny Urbana nie spadł poniżej 10 goli. W trzech ostatnich był najlepszym strzelcem Górnika, choć nie zawsze występował w najbardziej wysuniętej do przodu formacji. Najokazalej wypadł w sezonie 1987/88, gdy strzelił aż 17 goli, plasując się na 3 miejscu w klasyfikacji strzelców. Najpiękniejszą partie rozegrał jednak w początkach kolejnej edycji, gdy Górnik rozgromił 8:3(!) Szombierki Bytom. On sam przyczynił się do tego trzema prześlicznymi golami. Najpiękniejsza z nich zdobyta została przewrotką. Trzykrotnie też wówczas asystował. Urban świetnie grał również głową. Zdarzały się mecze ligowe, w których tą częścią ciała strzelał nawet 2 gole. Stąd porównywano go czasem do Szarmacha. Wraz z Górnikiem 3 razy z rzędu został mistrzem Polski. Dwukrotnie awansował z tym klubem do 1/8 PEMK.

W reprezentacji wystąpił na MŚ 1986. Trener Piechniczek stawiał na niego w każdym z czterech spotkań białoczerwonych podczas tego turnieju, w tym 3 razy w wyjściowym składzie. Jedyny wyjątek stanowiło starcie z Marokiem na otwarcie turnieju. Tu jednak znakomicie pokazał się jako zmiennik. ,,Dopiero wejście Urbana zmieniło nieco obraz gry”- opisywała ,,Trybuna Ludu”. Wcześniej był ważną postacią w końcówce eliminacji do mundialu. ,,Był to dla mnie najważniejszy mecz w dotychczasowej karierze. Chcieliśmy wygrać, nie udało się ale jedziemy do Meksyku. Owszem grałem twardo ale przecież Belgowie również nie przebierali w środkach”- opowiadał na gorąco po starciu z Belgią pieczętującym awans. Uznano go za najlepszego zawodnika tego meczu wespół z Młynarczykiem. W sumie w reprezentacji zagrał 57 razy, strzelając 7 goli. Brał też udział w MŚ-18 w 1981 r. Po wyjeździe z Górnika trafił do Hiszpanii. Był pierwszym piłkarzem wytransferowanym z Ekstraklasy do Primera Division. To właśnie tam zdobył się na wyczyn, który okrył go największą sławą. W barwach Osasuny Pampeluna uzyskał hat-tricka na Estadio Santiago Bernabeu przeciwko Realowi Madryt! Potem grał jeszcze w Realu Valladolid, CD Toledo oraz VFB Oldenburg. Na zakończenie kariery wrócił do Górnika. W ostatnim czasie stał się jednym z najbardziej cenionych trenerów ligowych. Z Legią Warszawa dwukrotnie sięgał po mistrzostwo Polski, tyle samo razy udało mu się zdobyć Puchar Polski. Z Wojskowymi oraz z Lechem Poznań zwyciężał w rozgrywkach o Superpuchar Polski. Oprócz tych dwóch zespołów prowadził jeszcze Polonie Bytom, Zagłębie Lubin, Osasune, Lech Poznań, Śląsk Wrocław czy Górnik Zabrze. Obecnie jak wszyscy wiemy jest selekcjonerem reprezentacji Polski.

@Adran360
@Bernard777
@FcPortoFan1999
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani

11

@FCBparasiempre
Wielu Hiszpanów było przerażonych, gdy 14 maja 2009 roku, podczas finału Pucharu Króla pomiędzy Athletic Bilbao a FC Barceloną, hymn narodowy Hiszpanii i głowa państwa, Jego Królewska Wysokość Król Juan Carlos, zostali wygwizdani przez zdecydowaną większość kibiców obu klubów obecnych na stadionie Mestalla. O ile jednak buczenie było haniebne, o tyle nie mniej haniebna była hipokrytyczna postawa TVE (hiszpańskiej telewizji), która tuż przed rozpoczęciem Marszu Królewskiego przerwała transmisję, powołując się na problemy techniczne. Następnie, w przerwie meczu, wyemitowano hymn narodowy Hiszpanii z opóźnieniem, cenzurując buczenie poprzez ściszenie go w stosunku do muzyki i wstawienie do montażu „strategicznych” obrazów, na których rzekomi kibice kładą ręce na piersiach. Działania kierownictwa TVE, zorganizowane przez władze publiczne, były rzeczywiście celowe, świadome, że nastąpi wcześniej zaaranżowane buczenie, protest, o którym szczegółowo przyznały się prasie kilka dni wcześniej organizacje niepodległościowe powiązane z narodowymi reprezentacjami Basków i Katalonii, Esait i Catalunya Acció. Intencją było ukrycie przed Hiszpanami czegoś, co jest powszechnie wiadome: że znaczna liczba rodaków, kierowana przez organizacje separatystyczne, jest wyobcowana przez ideologię, która dąży do secesji części Hiszpanii, takich jak Kraj Basków i Katalonia. W przeciwieństwie do sprawców tego wykroczenia, osoby odpowiedzialne za utrzymanie porządku przeciwko przestępstwu znieważenia Hiszpanii, podżeganemu przez tych separatystów, stały z boku i zachowywały się, jakby nic się nie stało. Od prezesa Królewskiego Hiszpańskiego Związku Piłki Nożnej, odpowiedzialnego za organizację rozgrywek Copa del Rey, po samego szefa państwa, kiedy tak niezwykłe wydarzenie wymagałoby zdecydowanych działań, aby jakakolwiek obraza symboli narodowych podczas wydarzenia sportowego prowadziła do jego zawieszenia. Jednak zaledwie dwa tygodnie później, w raporcie opublikowanym przez agencję prasową Europa Press 27 maja 2009 roku, podczas kampanii wyborczej do Parlamentu Europejskiego, Oriol Junqueras, kandydat ERC do Parlamentu Europejskiego, zaproponował, zgodnie z ideologią separatystyczną, europejską ligę piłkarską („ERC proponuje europejską ligę piłkarską, ponieważ hiszpańska jest „za mała”” – głosił nagłówek w Europa Press). Wszystko to miało miejsce w kontekście innego ważnego wydarzenia piłkarskiego: zbliżającego się finału Ligi Mistrzów pomiędzy Manchesterem United a FC Barceloną. Powtarzając nastroje separatystyczne, zaproponował, aby drużyny z tzw. krajów katalońskich – czy to Espanyol, Barcelona, Valencia, czy Villarreal – grały w lidze europejskiej, a nie hiszpańskiej. Jeszcze ciekawsza była jednak anegdota, którą kandydat separatystów opowiedział na swoim wiecu politycznym w Villafranca del Penedés. Junqueras stwierdził, że założyciel FC Barcelony, Szwajcar Hans (Joan według katalońskich nacjonalistów, Juan w oficjalnych dokumentach tamtych czasów) Gamper, był bohaterem jedynego zamknięcia stadionu FC Barcelony, po meczu z brytyjską drużyną Royal Navy 14 czerwca 1925 roku. Przed meczem kibice wygwizdali Marsz Królewski i oklaskiwali brytyjski hymn „God Save the Queen ”. Uznane za „obrazę” przez Primo de Riverę, stadion został zamknięty, Gamper został zmuszony do rezygnacji, a on sam został wydalony z kraju.

Junqueras, w swoim urojeniu, twierdził, że stadion został ponownie otwarty dopiero po tym, jak 12 duchownych udzieliło mu błogosławieństwa, „wypędzając złe duchy separatystów, które go skaziły”. Według Junquerasa, pomogło to przekształcić Barcelonę w „symbol katalońskiego nacjonalizmu i oporu wobec dyktatury” Primo de Rivery. Jednak pomijając ekstrawaganckie twierdzenia postaci takiej jak Junqueras, pytanie brzmi, co tak naprawdę wydarzyło się 14 czerwca 1925 r., że doprowadziło to do wygwizdania hiszpańskiego hymnu narodowego, co stanowi ciekawy precedens w porównaniu z tym, co miało miejsce w 2009 r. Incydent ten potwierdzają liczne raporty policyjne i historia samego klubu. 14 czerwca 1925 roku kibice na „Les Corts” głośno wygwizdali Marsz Królewski podczas meczu z „Royal Navy”, który hiszpańska drużyna wygrała 3:0. Natychmiast wszczęto dochodzenie przeciwko FC Barcelonie, co zakończyło się sześciomiesięcznym zawieszeniem. Klub bronił się w dokumencie wysłanym do gubernatora cywilnego prowincji, generała Joaquína Milansa del Boscha, 16 czerwca 1925 roku. Argumentem za zniesieniem zawieszenia było zwolnienie klubu z obowiązku wnoszenia opłat przez osoby spoza klubu, które zakupiły bilety. W odpowiedzi gubernator cywilny wysłał dwa dni później list, w którym zażądał, aby klub zorganizował „imprezę towarzyską w celu zadośćuczynienia za obrazę symboli narodowych” w ciągu piętnastu dni, udowadniając tym samym, że nie toleruje takich zniewag wobec symboli narodowych. W liście apelowano o to, aby flaga hiszpańska była wywieszana na polu obok innych flag co najmniej raz w tygodniu i w tej samej wielkości, a także podczas niektórych wydarzeń towarzyskich i hiszpańskich świąt. Ostrzegano też, że jeśli przeprosiny nie zostaną spełnione, sam gubernator zażąda natychmiastowego rozwiązania podmiotu. Komenda Główna Policji w Barcelonie, w dokumencie z 21 czerwca 1925 r., zażądała od premiera, ówczesnego generała Miguela Primo de Rivery, „zamknięcia lub ostatecznego rozwiązania wspomnianego podmiotu”, z uwagi na ewidentne „przestępstwo przeciwko hymnowi narodowemu na jego stadionie”. Do czasu wydania tej decyzji i zgodnie z prawem – które nie zwalnia cudzoziemca (mowa o szwajcarskim obywatelstwie Gampera) – a ponieważ Barcelona „nieustannie dowodziła swojej niechęci do Hiszpanii a odpowiedzialność za te działania spoczywa w całości na jej prezydencie, który, nie korygując ich lub nie zapobiegając im z upoważnienia, jakie niewątpliwie daje mu jego pozycja w kraju, staje się ich współwinny, mam zaszczyt prosić Waszą Ekscelencję o wydalenie pana Juana Gampera z Hiszpanii”. Jednakże buczenie podczas hymnu narodowego Hiszpanii 14 czerwca 1925 r. było wynikiem wydarzenia początkowo niezwiązanego z katalońskim separatyzmem: według „Oficjalnego listu do prezesa klubu” wysłanego przez gubernatora cywilnego Barcelony po powrocie ze spotkania z władzami w Madrycie 24 czerwca 1925 r., Gamper, z powodu „nieumyślnego niedopatrzenia”, nie wspomniał, prosząc władze o wymagane pozwolenie, że spotkanie było hołdem dla „Orfeó Català” i że „jeśli Marsz Królewski nie został wysłuchany z należytym oddaniem, to dlatego, że publiczność nie była przygotowana, stąd syczenie” oraz że „obecność muzyki angielskiej eskadry, której również nie było w programie, była wynikiem aktu galanterii dowódcy eskadry, który odwzajemnił zaproszenie personelu eskadry, pana Arthura Witty'ego”. Sam klub uznał oklaski za wyraz braterstwa z zaprzyjaźnionym narodem i za zwykły akt kurtuazji wobec rywala.

Sam Milans del Bosch doskonale zdawał sobie jednak sprawę, że intencje i pragnienia obecnych, niezależnie od tego, czy były separatystyczne, czy nie, prowadziły do tego samego rezultatu: pogardy i zniewag dla symboli Hiszpanii. Zważywszy zatem, że w FC Barcelona „są osoby, które głoszą idee sprzeczne z dobrem narodu” i że po wygwizdaniu 14 czerwca „nie promowały żadnego działania sprzecznego z tym przejawem niezadowolenia, o którym wspomniano, ani nie przeciwdziałały mu w sposób, który potwierdzałby ich patriotyzm; [...]”, postanowił w swoim oficjalnym komunikacie, „korzystając z udzielonych mi uprawnień, zawiesić działalność tego Stowarzyszenia na okres sześciu miesięcy. W tym czasie nie może ono organizować żadnych wydarzeń na swoim terenie, uczestniczyć w innych imprezach jako takie Stowarzyszenie ani używać emblematów ani insygniów Stowarzyszenia”. W rezultacie Juan Gamper został wydalony z Hiszpanii a Joan Coma został mianowany tymczasowym prezesem ukaranego klubu. Coma wynegocjował zmniejszenie kary, aby uniknąć znacznych strat finansowych. Ostatecznie została ona zmniejszona o połowę dzięki interwencji Arcadio Balaguera, osobistego przyjaciela króla Alfonsa XIII, który w tym samym roku został mianowany prezesem klubu, zastępując Gampera. Dzięki temu FC Barcelona mogła normalnie rozpocząć sezon, ponieważ kara wygasła w połowie września. Gamperowi pozwolono wrócić do Hiszpanii pod warunkiem zerwania wszelkich powiązań z klubem, który założył, w którym grał i któremu przewodził. Zrujnowany przez Wielki Kryzys w 1929 roku, rok później popełnił samobójstwo. Do dziś żaden z prezesów dwóch klubów zamieszanych w tegoroczne obelgi skierowane pod adresem Marszu Królewskiego – ani Laporta, ani García Macua – nie został zmuszony do podjęcia jakichkolwiek działań naprawczych, w przeciwieństwie do tego, co wydarzyło się w 1925 roku, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że obecne buczenie było perfekcyjnie zaplanowane i zorganizowane, a jego motywacja była jednoznacznie separatystyczna. Hiszpański rząd po prostu zwolnił kozła ofiarnego, dyrektora generalnego RTVE, który zgodnie z surowymi nakazami cenzurowania buczenia. Pomimo kilku pozwów o obrazę Hiszpanii, sędziowie orzekli, że „korzystania z wolności słowa” nie można zakazać. Wolność słowa ma jednak granice wyznaczone przez kodeks karny a buczenie, spontaniczne czy nie, skierowane przeciwko symbolom państwa nie powinno być tolerowane podczas wydarzenia tego rodzaju a tym bardziej wykorzystywane do ukrywania nastrojów antyhiszpańskich, które z ogromną intensywnością istniały w niektórych regionach Hiszpanii ponad osiemdziesiąt lat temu. Jedyna różnica polega na tym, że wówczas właściwe władze, stając w obliczu wydarzenia początkowo niespodziewanego, działały z najwyższą stanowczością a te dzisiejsze, będące wspólnikami wrogów narodu hiszpańskiego, po prostu przymykają na to oczy.

1

@Bernard777 No ja jeszcze przez kilka lat nie byłem zakochany w Barcuni ale z pewnością ogladałem ten mecz, tyle że bardzo słabo go pamiętam...
"El Fenomeno", cóż to była za niepowetowana strata dla FC Barcelony że zagrał tylko jeden sezon i odszedł po konflikcie z Nunezem....

14

FC Barcelona odzyskała mistrzostwo Hiszpanii!


14 maja 2005 r. po remisie z Levante 1:1 w 36 kolejce Primera Division, Duma Katalonii sięgnęła po 17-te mistrzostwo Hiszpanii po sześciu latach przerwy. Dzień później wraz z drużyną na ulicach miasta świętowało ponad milion spragnionych tytułu fanów. Fiesta skończyła się na Camp Nou, gdzie Samuel Eto’o po otrzymaniu mikrofonu zaintonował obraźliwą przyśpiewke: ,,Madrid, cabron saluda al Campeon!”(Madryt, rogaczu, pokłoń się mistrzowi). To wydarzenie stanowiło pożywke dla madryckich gazet, dla których ten wybryk stał się wydarzeniem tygodnia. Był 14 maja 2005 roku i do północy pozostało 11 minut gdy arbiter wreszcie podniósł ręce. Ronaldinho zaczął biegać po placu gry, krzycząc i wskazując na koszulkę Barcy; Nieważne że miała inny kolor niż ta tradycyjna po upływie sześciu lat a dokładnie 2184 dni, Barça znów była mistrzem Hiszpanii(po poprzednie trofeum sięgnęła w sezonie 1998/ 99). Dwie kolejki przed zakończeniem rozgrywek, dzięki remisowi 1:1 z Lewante na ,,Ciutat de Valencia”, mogła świętować 17 tytuł. Nie miało znaczenia że był to nerwowy i mało widowiskowy mecz i że gol Eto'o kosztował mnóstwo wysiłku, że Ronaldinho dostał żółtą kartkę i mało brakowało a zostałby wykluczony z gry. Oto nadszedł długo wyczekiwany moment szczęścia, najpierw na boisku a następnie w szatni. Ronaldinho i Thiago Motta byli głównymi bohaterami Fiesty. Gdy chodzi o świętowanie Motta zawsze sekundował Roniemu. Można to obejrzeć na filmie, który w szatni i poza nią nakręcił Ludowic Giuly. Ronaldinho zachęcający kolegów aby wepchnęli pod prysznic wszystkich tych, którzy ubrani byli w garnitury nieustające okrzyki i piosenki, wszystko to mówi samo za siebie. Brazylijczyk był tak rozentuzjazmowany że kiedy jeden z dyrektorów klubu powiedział: „idziemy!", on wciąż miał na sobie strój meczowy, nie zdjął nawet korków. Wszedł na pokład Airbusa A340 bez przebierania się, z krawatem zawiązanym na głowie z flagą Azulgrany. Lot z Walencji do Barcelony był jednym wielkim festiwalem żartów, chóralnych śpiewów i toastów. Brazylijczycy, na czele z Ronaldinho dyrygowali z pierwszych rzędów. Krzyczeli: ,”Madrid, cabron, saluda al campeon", „Pasa pasa para adres y no vuelvas mas" oraz ,, Visca El Barça i Visca Katalonia". Żartowali sobie z Henka ten Cate, 2 trenera drużyny a jednemu z pracowników odpowiedzialnych za sprzęt próbowali... obciąć wąsy. Przeistoczyli się w żywioł nie do powstrzymania. Na lotnisku ,,El Prat” czekał na nich nieprzebrany tłum oraz otwarty, dwupiętrowy autobus. Wszyscy weszli na drugie piętro pojazdu z wyjątkiem Rijkaarda, który ukrył się w ciemności niższego piętra, szczęśliwy że rolę głównych bohaterów spektaklu dobrowolnie przyjęli piłkarze a ci, poczynając od Ronaldinho, Motty i Eto'o, nie dawali się prosić. Krzyczeli śpiewali tańczyli i pozdrawiali 40 000 kibiców, którzy przyszli ich powitać, mimo że kiedy autokar przyjechał na Camp Nou była prawie 5:30 rano. Ronaldinho, który wciąż miał na sobie piłkarski strój uściskał Joana Laporte. Później wreszcie przyszedł czas żeby wziąć prysznic i się przebrać, chociaż świętowanie jeszcze się nie skończyło. Następnego dnia albo raczej po kilku godzinach, po południu 15 maja odbył się Triumfalny przejazd drużyny przez miasto. Zwycięzcy przemierzali główne ulice miasta na pokładzie odkrytego, niebiesko-bordowego autobusu, z którego widniał wielki napis ,, Champions" oraz herb klubu. Przejazd, którego trasa zaczynała się i kończyła na Camp Nou, oglądała 900 tysięcy osób. Ronaldinho przez cały czas znajdował się na pierwszym planie. Miał ciemne okulary, czerwoną okolicznościową koszulkę i wielką, połyskującą literę ,,R" zawieszoną na szyi. Był w euforii. Swą ogromną radość okazywał tak podczas przejazdu, jak również później w czasie wielkiej Fiesty na stadionie.


@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@Kapitan hawk
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani

12

Ostatni taki puchar do kolekcji:

14 maja 1997 r. Duma Katalonii zdobyła swój czwarty i zarazem ostatni Puchar Zdobywców Pucharów. Drużyna Sir Bobby’ego Robsona pokonała w drodze do finału AEK Larnace, Crvene Zvezde, AIk Sztokholm oraz AC Fiorentine. W decydującym spotkaniu na ,,De Kuip” w Rotterdamie Blaugrana pokonała w finale PSG 1:0. Katalończycy przybyli do Holandii na dwa dni przed meczem z czterogodzinnym opóźnieniem. Powodem był fałszywy alarm bombowy na pokładzie samolotu. Trener Robson denerwował się gdyż zespół chciał poświęcić popołudnie na odpoczynek. Mimo kłopotów Blaugrana zwyciężyła z ekipą Brazylijczyka Raia, który pokonał Barçe w Pucharze Interkontynentalnym w 1992 r. i w Lidze Mistrzów w 1995 r., za każdym razem strzelając gola. Jedynego gola w Rotterdamie zdobył w 37 minucie z rzutu karnego Ronaldo. To był ostatni występ Brazylijczyka w barwach Dumy Katalonii. Z trybun widowisko oglądał Van Gaal, który w przyszłym sezonie objął FC Barcelone. Bobby Robson był świadomy że jego posada wisiała na włosku i mimo zdobycia tego Pucharu został jednak zwolniony.

Wspomnień czar:



@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360

12

O tym się mówi, o tym się pisze, o tym trzeba wiedzieć!

14 maja 1994 r. FC Barcelona zdobyła czwarte z rzędu mistrzostwo Hiszpanii w niecodziennych okolicznościach. W ostatniej kolejce Blaugrana zgodnie z planem wygrała w ostatniej kolejce z FC Sevillą 5:2. To jednak jeszcze nie wystarczało bowiem liderem przed ostatnią serią spotkań było Deportivo La Coruña i wygrana na własnym stadionie z Valencią dawała piłkarzom z Galicji pierwszy w historii klubu tytuł. Na Estadio El Riazor długo jednak utrzymywał się wynik bezbramkowy. Wreszcie w ostatniej minucie meczu, Deportivo wywalczyło rzut karny. Podstawowy wykonawca ,,jedenastek” Donato został zmieniony a jego zastępca Bebeto odmówił podjęcia odpowiedzialności. W końcu odpowiedzialność na swoje barki wziął Serb Djukič, który uderzył jednak w środek bramki strzeżonej przez Vazqueza i bramkarz ,,Nietoperzy” nie miał problemu z obroną tego strzału. Duma Katalonii trzeci raz z rzędu zdobyła mistrzostwo dzięki wpadce rywali w ostatniej kolejce. Trzeba przyznać iż Ś.p. Johan Cruijff miał niebywałego farta i to aż trzy razy pod rząd!

@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani

14

Duma Katalonii triumfuje w Copa del Rey:

14 maja 1922 r. FC Barcelona po raz czwarty w historii sięgnęła po Puchar Hiszpanii. W finałowym starciu w Vigo, Blaugrana pokonała Real Union Club Irun aż 5:1! Gole dla Barçy zdobywali: Torralba, Samitier, Clement Gracia oraz dwa gole genialny Paulino Alcantara. Zamieszki, do których doszło po meczu, łącznie z atakami na piłkarzy Blaugrany wywołały ogromne wzburzenie w Barcelonie. Wszystko to przełożyło się na pamiętne przywitanie drużyny. Przy ,,Passeig de Gracia” na zawodników czekało ponad 20 tysięcy ludzi. Tłum eskortował drużynę aż do placu ,,Sant Jaume”, gdzie została ona przyjęta przez burmistrza Ferrana Fabrę i Puiga, markiza d’Allela i prezydenta Mancomunitatu Josepa Puiga i Cadafalcha. Blaugrana wystąpiła w składzie: Zamora, Planas, Surroca, Torralba, Sancho, Samitier, Piera, Martinez, Gracia, Alcantara, Sagi Barba.

@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@Kapitan hawk
@Gary
@Bernard777
@Adran360
@1LY0

14

„Copa de Pirineos”:

14 maja 1911 r. FC Barcelona pokonuje w finale Stade Bordelais UC 4:2 po dogrywce(2:2 po 90 m.) i po raz drugi z rzędu sięga po Puchar Pirenejów. Gole dla Barçy zdobyli: bracia Percival Wallace (2) i Charles Wallace oraz Carles Comamala.

@1LY0
@Adran360
@Bernard777
@Gary
@Kapitan hawk
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani

1

@Bernard777 Ależ dokładnie tak! :)

9

@FCBparasiempre
13 maja 1990 roku na zawsze przeszedł do historii jako dzień, w którym rozpoczęła się wojna o niepodległość Chorwacji. Niewiele osób jednak wie, że stało się to… podczas piłkarskiego meczu pomiędzy Dynamem Zagrzeb a Crveną Zvezdą Belgrad. Był to niełatwy czas, kiedy Jugosławia, gigantyczny tygiel kulturowy, stała w przededniu nie tyle rozpadu, co brutalnej wojny domowej. Od blisko 10 lat nie żył już marszałek Josip Broz Tito – przywódca Jugosławii, któremu udawało się trzymać w ryzach cały ten gigantyczny, ale sztuczny twór. Nie można użyć innego słowa, gdyż Jugosławia nigdy nie była spójnym krajem – tendencje autonomiczno-separatystyczne były w niej od początku silne. Serbowie, Chorwaci, Czarnogórcy, Słoweńcy, Bośniacy, Albańczycy, Macedończycy – wszyscy oni wchodzili w skład jednego wielkiego państwa, scalonego na siłę. Kwiecień 1990 roku przyniósł wybory w Chorwacji, gdzie do władzy doszła prawicowa frakcja Franjo Tujdmana, nawołująca do niepodległości. Jej działanie zostało odebrane jako realne zagrożenie dla Serbów żyjących w chorwackich miastach. Kampania ta została sztucznie rozdmuchana przez Belgrad, będący w rękach serbskiego polityka Slobodana Milosevicia, przywódcy komunistycznej partii. Milosevič marzył o zachowaniu status quo, czyli wielkiej Jugosławii pod rządami oczywiście serbskiej partii, z dominującą gospodarką centralnie planowaną. Serbski lider nie chciał słyszeć o tendencjach niepodległościowych Chorwatów i innych nacji, wojna wisiała zatem w powietrzu. Nastroje były za to szalenie optymistyczne właśnie w Chorwacji, gdzie do głosu doszedł nacjonalizm. Chorwaci powrócili do swoich barw – kontrowersyjnej szachownicy, będącej znakiem rozpoznawczym ustaszów, czyli faszystowskiego Chorwackiego Ruchu Rewolucyjnego z czasów II wojny światowej. Serbowie zarzucili Tudjmanowi oczywiście powrót do hitleryzmu, a konflikt narastał w siłę. Wszędzie wywieszano chorwackie flagi wraz z szachownicą, ograniczano rolę Serbów w życiu społecznym Chorwatów, ściągano serbskie reklamy. Apogeum nienawiści nastąpiło jednak dopiero 13 maja na stadionie Maksimira w Zagrzebiu, a de facto stało się właściwie preludium do samej wojny. Mimo napiętych stosunków pomiędzy państwami zrzeszonymi w republice byłej Jugosławii, nie zawieszono piłkarskich rozgrywek ligowych. Z racji polityczno-historycznych zaszłości, kibice Dynama – zwani “Bad Blue Boys”, w skrócie “BBB” – oraz “ultrasi” Crvenej Zvezdy – czyli Delije – nigdy za sobą nie przepadali. “Nie przepadali” to zresztą łagodne określenie – bojówkarze obu drużyn nienawidzą się aż po dziś dzień. Tamtego dnia do zamieszek doszło już przed meczem a najbardziej niebezpieczni Ultrasi obu drużyn starli się na ulicach Zagrzebia. Bijatyka przeniosła się na stadion. Była to celowo zaplanowana akcja z obu stron – nie było w tej walce żadnej nieprzewidywalności. Nie wiadomo, kto zaczął walkę, ale nie ma to w sumie żadnego znaczenia, “BBB” rzucali w Serbów kamieniami, a Ci nie pozostawali dłużni, wyrywając krzesełka i ciskając nimi w Chorwatów, skandując przy okazji “Zagrzeb jest serbski!”. Przywódcą Delije był późniejszy zbrodniarz wojenny Żeljko Rażnatovic, zwany “Arkanem”. Bójka przeniosła się na murawę. Wszystko było ustawione, ponieważ za “ochronę” meczu odpowiadali w większości serbscy policjanci, którzy(delikatnie mówiąc) nie za bardzo kwapili się do jakichkolwiek interwencji. Piłkarze Crvenej Zvezdy uciekli z murawy i ze stadionu, ale większość graczy Dynama pozostała na boisku. To wtedy wydarzyła się scena, która na zawsze zapisała się w historii narodu chorwackiego. Kapitanem Dynama Zagrzeb był 21-letni wówczas Zvonimir Boban, późniejsza legenda nie tylko chorwackiego, ale w ogóle bałkańskiego futbolu. Boban – widząc, że serbski policjant bije chorwackiego kibica, wyskoczył w powietrze i kopnął z całej siły funkcjonariusza, umożliwiając ucieczkę bitemu chłopakowi. Gest ten został uwieczniony na zdjęciu a samego piłkarza ogłoszono bohaterem narodowym Chorwatów, oraz uczyniono symbolem walki o wolność. Dla samych Serbów Boban oczywiście stał się momentalnie wrogiem numer jeden, znienawidzonym przez samego Milosevica. Wyskok i kopnięcie Bobana uznaje się dzisiaj za nieoficjalny początek wojny o niepodległość Chorwacji a zdjęcie upamiętniające tamto zdarzenie ma dla Chorwatów takie samo znaczenie, jak dla nas Polaków fotografie Lecha Wałęsy pod Stocznią Gdańską. Zvonimir Boban za swój czyn ukarany został przez futbolową federację Jugosławii sześciomiesięczną dyskwalifikacją, ale niedługo później i tak wyjechał. W 1991 roku kupił go ówczesny najlepszy klub świata, czyli legendarny AC Milan. Chorwat wyjechał na Półwysep Apeniński podbijać włoską Serie A.

Niedługo później na Bałkanach wybuchła okrutna wojna, która oficjalnie zabrała życie ponad 140 tysięcy ludzi, ale nieoficjalnie mówi się o liczbie o wiele większej. Boban zza granicy obserwował co się dzieje, wielokrotnie w wywiadach dając wsparcie swoim rodakom. Był piłkarzem wybitnym, ale i tak wszyscy zapamiętali przede wszystkim jego niezwykły wyskok i kopnięcie, będące symbolem walki o niepodległość Chorwacji. Konflikt bałkański ciężko oceniać, gdyż przemieszanie się nacji, kultur oraz wzajemnych pretensji było tak ogromne, że do dziś można się spierać o wiele elementów tej wojny. Wojny, która nigdy nie zgasła, zwłaszcza w sercach ludzi. Nie tak dawno (listopad 2013) antagonizmy obudziły się na nowo, doszło bowiem do pierwszego piłkarskiego meczu obu reprezentacji narodowych od czasów zakończenia walki pomiędzy Serbami, a Chorwatami. Stało się to na… stadionie Maksimira w Zagrzebiu – tym samym, który pamięta opisywaną wyżej historię. Spotkanie rozegrano w ramach eliminacji do Mistrzostw Świata, które odbyły się tego lata w Brazylii. Mimo gigantycznych obaw, podczas meczu nie doszło do bezpośrednich scysji, nie licząc okrzyków w stylu “zabij, zabij Serba”, a pomijając pojedyncze nietaktowne wypowiedzi niektórych działaczy, zwyciężył tym razem futbol. Nie zawsze tak jednak było. W 2007 roku podczas tenisowego meczu na Rod Laver Arena w ramach Australian Open doszło do bijatyki kibiców wywodzących się z obu nacji, a co ciekawe, to właśnie Australia jest częstym miejscem niesnasek Chorwatów i Serbów. Dlaczego? Bardzo wielu imigrantów pochodzi właśnie z Bałkanów, a ich dzieci rzadko zapominają o historycznych zatargach z przeszłości. Bardzo często dochodzi do bójek w meczach futbolu australijskiego, gdzie rywalizują ze sobą naturalizowani Australijczycy, wywodzący się oczywiście z Serbii i Chorwacji. Kocioł Bałkański nigdy nie stygnie.

7

Ten mecz rozpoczął wojne domową. Jaką? Tego dowiecie się w odpowiedzi na mój komentarz.
@Szalik
@Safrani
@Ogorinho1974
@Marusek
@misterio
@Lionel_Messi10
@Kapitan hawk
@Gary
@Bernard777
@Adran360

1

@Bernard777 Ajax z Lokomotiv? Który to był rok? 1986? 1987? Czy wcześniej? Od 1983 ogladałem wszystkie finały, które były transmitowane przez polską telewizje ale te z PZP i PUEFA to kompletnie ich dzisiaj nie pamiętam...

0

@arasz1819 Dobre pytanie, na które w zasadzie nie ma odpowiedzi...

0

@vangoor Bez przesady. W tym finale zmarnował tylko jedną "setke". Reszta to były tylko i wyłącznie sytuacje nie stuprocentowe niewykorzystane i to wszystko.
Nie zapominajmy że Samuel byl głównym twórcą zdobycia dwóch Lig Mistrzów dla Barcuni.

9

@FCBparasiempre
Puchar Zdobywców Pucharów wniósł do życia wszystkich fanów futbolu dużo kolorytu. Mimo iż PZP w żadnym stopniu nie równał się prestiżem Pucharowi Europy, wśród kibiców z wielu krajów rozgrywki nadal budzą nostalgię. W Polsce zapewne większość wspomina przygodę Górnika Zabrze z 1970 roku, zakończoną dopiero przez Manchester City w finale tych rozgrywek. Kibice z Gdańska zapewne pamiętają pojedynek Lechii z wielkim Juventusem, Bońka i Platiniego. A fani Warszawskiej Legii półfinał tych rozgrywek i gol Wojciecha Kowalczyka na Old Trafford. Jednak Puchar Zdobywców Pucharów zapadł w pamięć dlatego, że przynosił nieoczywiste rozstrzygnięcia, zakrawające wręcz o sensację. Jedną z takich sensacji był finał rozegrany w 1981 roku pomiędzy Dinamem Tibilisi a drużyną FC Carl Zeiss Jena. Finał ten jest chyba najdziwniejszym, by nie powiedzieć najmniej prestiżowym, do jakiego doszło w historii wszystkich rozgrywek UEFA. Oba kluby mimo pozornych podobieństw w postaci np. ustroju panującego w kraju czy niedużej rozpoznawalności na arenie międzynarodowej, znajdowały się na zupełnie różnych piłkarskich biegunach. Dinamo było klubem z dużego miasta cieszącym się ogromnym uznaniem kibiców oraz rywali. Na Stadion im. Lenina w Tibilisi regularnie przychodziło 80 tysięcy ludzi, aby z trybun tego kolosa dopingować lokalnych bohaterów. Stwierdzenie bohaterów nie jest w tym wypadku nadużyciem. W drużynie z Kaukazu grali bowiem głównie Gruzini, stanowili oni dla lokalnej społeczności swoistą reprezentację całej Gruzińskiej Republiki Socjalistycznej. A trzeba przyznać, że kibice nie musieli się wstydzić za wyniki swoich reprezentantów. Dinamo było dwukrotnym mistrzem ZSRR, osiemnaście razy zdobywało medal za rozgrywki ligowe oraz dwukrotnie krajowy puchar. Na drugim biegunie była drużyna z liczącej sto tysięcy mieszkańców Jeny. Grająca na kameralnym stadionie mogącym pomieścić ok. 12 tys. Klub był własnością zakładów Carl Zeiss produkujących wszelkiego rodzaju produkty optyczne. Oczywiście piłkarze zatrudnieni byli w zakładzie tak samo, jak inni normalni pracownicy. Klub z Turyngii był również nieco mniej utytułowany od swojego przeciwnika ze wschodu, w swojej historii zdobył trzy mistrzostwa NRD oraz cztery puchary. W drodze do finału oba kluby zmierzyły się z czterema rywalami. Na początku swojej przygody Dinamo dość łatwo pokonało w dwumeczu grecką Kastorię 2:0, by następnie wyeliminować irlandzki Waterford bilansem 5:0. Pierwsza poważna przeszkoda stanęła na ich drodze dopiero w ćwierćfinale. Gruzinom przyszło się w nim zmierzyć z drużyną West Hamu. Przybysze z dalekiego ZSRR postanowili postawić się „Młotom” tak samo, jak kilka sezonów wcześniej uczynili to w meczu z Liverpoolem. Po 90 minutach stan na tablicy wyników w Londynie pokazywał wynik 1:4 dla gości. Nic nie dał rewanż, w którym Anglicy odrobili zaledwie jednego gola. Po dwumeczu prasa na wyspach była zdumiona oraz jednocześnie zachwycona grą Dinama. Jeden z redaktorów Guardiana po latach, tak wspominał piłkarzy gruzińskich: „Miałem w umyśle niewyraźne pytania: kim są ci piłkarze i w jakim złowrogim sowieckim laboratorium sportowym zostali wyprodukowani? dlaczego nie uśmiechają się bardziej, kiedy są naprawdę, wybitni w grze w piłkę nożną? i czy komunizm może być zły, jeśli produkuje takich sportowców?” Po popisach w Londynie drużyna z Tibilisi na ostatniej prostej nie bez problemów pokonała Feyenoord Rotterdam 3:2 i zameldowała się w finale. Piłkarze FC Carl Zeiss zaczęli swoją przygodę z pucharem od wielkiej sensacji. Po pierwszym meczu, w którym przyszło im mierzyć się z AS Romą, przegrywali zero do trzech. Gdy wynik zdawał się dawać pewny awans zespołowi z Italii, panowie z NRD wywinęli niesłychany numer i wygrali rewanżowe spotkanie aż 4:0. Na domiar złego dla Włochów bramka dająca awans została zdobyta w 87. minucie spotkania. W drugiej fazie rozgrywek zespół z Niemiec wygrał w dwumeczu 4:1 z Valencią. Mecze z „Nietoperzami” zawierają mały polski akcent. W pierwszym spotkaniu na Mestalla na listę strzelców wpisał się urodzony w Bytomiu Martin Trocha. Wychowanek Szombierek Bytom, Ślązak o polsko-niemieckim pochodzeniu. Trocha miał wówczas 24 lata i jako reprezentant NRD zmierzył się nawet w jednym meczu z reprezentacją Polski. W finale z drużyną z Jeny jednak nie zagrał z powodu kontuzji. Powracając do drużyny z Jeny. W ćwierćfinale pokonali oni walijski Newport 3:2 a w półfinale odprawili z kwitkiem wielką Benficę i do zdobycia pucharu pozostało pokonać jedną przeszkodę.

W dobie piłkarskich hipsterów i modzie na wszystko, co w futbolu dziwne lub egzotyczne, finał z 13 maja 1981 roku w obecnych czasach zyskałby rangę kultowego. Oto do Dusseldorfu w Republice Federalnej Niemiec przyjechały dwie drużyny, które przebojem wdarły się na salony. Jednak w latach osiemdziesiątych nikogo nie obchodził pojedynek jakiś dwóch średnich europejskich klubów z odległych i zacofanych krajów socjalistycznych. Piłkarscy zapaleńcy nie wiedzieli wiele o zdobywcy pucharu ZSRR czy ich odpowiedniuku z NRD. Kibice nie mieli do dyspozycji narzędzi za pomocą, których mogliby poznać ówczesne gwiazdy zza żelaznej kurtyny. W efekcie na mogącym pomieścić prawie 60 tysięcy osób Reihenstadionie zjawiło się zaledwie około 4.5 tysiąca kibiców. Większość z nich stanowili oficjele i członkowie partii komunistycznych z obu krajów. Zwykli kibice oczywiście nie mogli uzyskać zgody na wyjazd do zachodniej strefy wpływów. Prestiżowi finału nie pomogły też doniesienia płynące wówczas z Rzymu. Bowiem w dzień rozgrywania spotkania świat obiegła informacja o zamachu na Jana Pawła II. Tym samym mecz nie miał szans zaistnieć w żadnych serwisach informacyjnych nawet w postaci wzmianki i stał się zaledwie cieniem dla tragicznych wydarzeń. Po jakimś czasie okazało się również, że zamach to nie jedyne makabryczne zdarzenie odciskające po latach piętno na finale. Sam poziom meczu odpowiadał mniej więcej poziomowi zainteresowania tym finałem. Dziennikarze nie mogli zachwycać się popisami ani jednej, ani drugiej drużyny jak robili to po meczach z West Hamem czy Valencią. Spotkanie toczyło się w wolnym tempie, a pierwsza bramka padła dopiero w 63 minucie. Prowadzenie objęli Niemcy, by już zaledwie 4 minuty później znów remisować. Ostatecznie po bramce Witalija Daraselia, Dinamo wygrało 2:1 i tym samym zdobyło jedyne w swojej historii trofeum na arenie międzynarodowej. Strzelca zwycięskiego gola nagrodzono wyborem na najlepszego piłkarza meczu. Mający wówczas 25 lat Daraselia był wychowankiem klubu, gwiazdą u szczytu formy i dobrze zapowiadającym się reprezentantem ZSRR. Niestety w tym miejscu pora na wzmiankę o kolejnej tragedii związanej z tym meczem. Bowiem rok po wygranym finale Witalij Daraselia zginął w wypadku samochodowym w jednym z pasm górskich w Gruzji. Witalij stracił panowanie nad samochodem na jednej z wąskich dróg, auto wraz z nim i pasażerem stoczyło się w dół wąwozu. Piłkarz został odnaleziony martwy dopiero po sześciu dniach od zdarzenia. Finał Pucharu Zdobywców z 1981 roku może nie był największym widowiskiem, jakie widział piłkarski świat, ale na pewno w sercach kibiców z Tibilisi oraz z Jeny zajmuje szczególne miejsce. Co natomiast stało się z bohaterami tamtych wydarzeń? Cóż, oba kluby zostały naznaczone upadkiem komunizmu. I tak drużyna Dinama po rozpadzie Związku Radzieckiego pozostała de facto jedynym profesjonalnym klubem w Gruzji. Przebijała poziomem gry i zorganizowania inne drużyny, które w latach 90. były raczej amatorskie. W efekcie Dinamo zdominowało krajowe rozgrywki na ponad 10 lat. Jednak na spotkania do stolicy nie przyjeżdżały już co tydzień drużyny pokroju Spartaka, CSKA, czy Zenita, drużynie przyszło się mierzyć z amatorami, co znacząco odbiło się na frekwencji na trybunach. Stadion pustoszał i o osiemdziesięciotysięcznej publice można było tylko pomarzyć. Rozpad ZSRR nie pomógł również pod względem finansowym. Klub bez wsparcia wojska, partii i wszelkich zasobów płynących bezpośrednio z administracji państwowej nie był w stanie utrzymać poziomu. O bojach w Europie również można było zapomnieć, a cała gruzińska piłka nigdy nie wróciła do poziomu sprzed uzyskania przez ten kraj niepodległości. W Jenie również nie było kolorowo. Co prawda zakłady Carl Zeiss do teraz pozostają głównym udziałowcem klubu, jednak firma nie potrafiła spełnić zachodnich wymagań finansowych. Po połączeniu RFN oraz NRD drużyna nie mogła równać się pod względem finansów ani zainteresowania, zachodnioniemieckim klubom. Klub z Jeny stopniowo podupadał i na stałe zadomowił się w trzeciej Bundeslidze. Nic nie wróży, aby miał on powrócić na arenę europejską. Socjalistyczne hasła zdobiące wiele miast Europy odeszły w zapomnienie a wraz z nimi marzenia wielu klubów będących nierozerwalną częścią tego ustroju.

Dinamo Tbilisi vs Carl Zeiss Jena 2:1 ; Gole: Hoppe 63′ (Car Zeiss), Gutsaev 67′ (Dinamo), Daraselia 86′ (Dinamo).

Dinamo Tbilisi: Gabella – Khizanishvili – Kostava, Chivadze, Tavadze – Sulakvelidze, Daraselia, Svanadze (Kakilashvili, 67’) – Kipiani – Shengelia, Gutsaev

Carl Zeiss Jena: Grapenthin – Snuphase – Brauer, Kurbjuweit, Schilling – Hoppe (Oevermann, 88’), Krause, Lindemann – Bielau (Töpfer, 76’), Raab, Vogel

6

15

Duma Katalonii w Copa del Rey:

13 maja 2009 FC Barcelona pokonała na Estadio Mestalla Athletic Bilbao 4:1 i sięgnęła po raz 23 w historii po Puchar Hiszpanii. Myślę że większość z was pamięta to wydarzenie? Przypomnę tylko strzelców goli: Yaya Toure(32 minuta), Messi(55 minuta), Krkič(57 minuta) oraz Xavi(64 minuta). Dobrze pamiętam ten finał bo nagrywałem go na płyte dvd a mecz jeśli się nie myle transmitowała telewizyjna jedynka.

A jeśli ktoś nie pamięta to proszę uprzejmie:



@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani

12

Premierowe ,,El Clasico” na własnym stadionie:

13 maja 1905 r. FC Barcelona rozegrała pierwszy w historii mecz z Realem Madrid(ówcześnie jeszcze FC Madrid) na własnym stadionie ,,Camp del Carrer Muntaner”. To był mecz towarzyski, który FC Barcelona wygrała 5:2, po dwóch golach Charlesa Walleca i Angela Ponza oraz jednym legendarnego Romy Fornsa.

@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Kapitan hawk
@Gary
@Bernard777
@Adran360

13

Absolutna premiera El Clasico:

13 maja 1902 r. doszło do pierwszego w historii El Clasico(choć wówczas jeszcze tak tego nie nazywano). Pojedynek miał miejsce w Madrycie w półfinale turnieju o nazwie „Copa de la Coronacion”(de facto Puchar Króla), zorganizowanego z okazji koronacji króla Alfonsa XIII. Mecz rozpoczął się o godzinie 11.00 na Hipodromie przy La Castelannie, gdzie obecnie zlokalizowane jest Estadio Santiago Bernabeu. Bynajmniej, nie było to idealne miejsce do rozgrywania meczu. Boisko było bardzo długie i szerokie. Nic w tym dziwnego, bowiem odbywały się na nim wyścigi konne. Było to kolejne utrudnienie. Końskie łajno wykorzystywano do nawożenia murawy, co powodowało ryzyko wdania się w ranę zakażenia skutkującego tężcem. FC Barcelona pokonała ,,Los Blancos”(ówcześnie FC Madrid) 3:1 po dwóch golach Udo Steinberga i jednym Joana Gampera z rzutu karnego. Jednak pierwsi na prowadzenie wyszli ,,Los Blancos” po golu Irlandczyka Arthura Johnsona. Kibice wspierali zawodników obydwu drużyn, poza obcokrajowcami grającymi dla Barçy(było ich aż sześciu), których przywitały gwizdy. Przypomnijmy zatem wiekopomny skład Barçy z tego epokowego wydarzenia: Puelles, Llobet, Witty, Terradas, Mayer, Valdes, Parsons, Morris, Albeniz, Steinberg oraz Gamper. Dwa dni później Duma Katalonii spotkała się w finale z Club Vizcaya(późniejszy Athletich Bilbao). Mecz miał odbyć się rano ale przeciwnicy narzekali że w ciągu kilku dni grali już trzykrotnie i chcą odpocząć. Prawdziwym powodem protestu było oczekiwanie na obrońcę Careagę, który zdążył na popołudniowy termin pojedynku. O 22:25 Hans Gamper wysłał telegram do Barcelony: ,,Vizcaya- klub złożony z najlepszych zawodników z Bilbao wygrał 2:1. Mecz wyrównany. Publiczność zadowolona. Wracamy w sobotę po południu”. W finałowym składzie Blaugrany zagrało trzech szkockich braci Morris(John, Samuel i Henry). Inną ciekawostką jest fakt, że FC Madrid chciał aby FC Barcelona zagrała z nimi jeszcze raz o drugie miejsce, lecz Barça miała już zaplanowaną podróż powrotną. W wymyślonym międzyczasie ,,Copa Gran Peña” zagrali więc przegrani z półfinałów: FC Madrid i Club Español. Cały turniej uważany jest za prekursora Pucharu Hiszpanii.

@1LY0
@Adran360
@Bernard777
@Gary
@Kapitan hawk
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani

9

@FCBparasiempre
12 maja 1963 roku, San Siro; Włochy – Brazylia.

Teraz wszyscy mówią o depresji Pelego. Podobno „O Rei” nie może się poruszać bez chodzika i dlatego zamkną się w domu. Tylko prawdziwi monarchowie potrafią z godnością zmierzyć się ze schyłkiem swojego panowania. A Pele zawsze miał klasę, na boisku i poza nim. Nie tak jak ci, których wielu miernych dziennikarzy próbowało ustawić z nim w jednym szeregu. Jestem Włochem, tifoso Milanu ale nawet gdybym pochodził z Neapolu uważałbym tak samo: król do końca swoich dni powinien się zachowywać, jak na króla przystało a Diego, który z piłką był bardzo dobry, odkąd nie miał jej przy nodze a zachowywał się jak klaun. Cristiano Ronaldo jest księciem, który bardziej przejmuje się tym żeby podobać się księżniczce niż kibicom a Messiemu, chociaż ma zadatki na króla brakuje charakteru aby nosić koronę jak należy. I nie mówię że to łatwe: niektóre korony są tak ciężkie że tylko nieliczni królowie radzą sobie z ich wagą. Podobno kiedy Edson Arantes de Nascimento przyszedł na świat, w stanie Minas Gerais stała się jasność i jego rodzice nadali mu imię wynalazcy żarówki. Tylko jeszcze nie wiedzieli że ten dzieciak na mundialu w Szwecji olśni cały świat jako zaledwie 17-latek. Poeta Horacio Ferrer napisał: „Księżyc/ był świecą w faweli. / a on ukołysał mrok, / chór tego głodu, / gdzie rodził się futbol i płacz / w najczystszej postaci". Piękne, prawda? Odkąd miałem zaszczyt nosić walizkę Pelego, przez ponad 40 lat zbierałem wszystko, co publikowano na jego temat: wycinki z gazet, książki, piosenki, wiersze, bajki, dosłownie wszystko. Mówią że to choroba naszego wieku: mamy obsesję na punkcie czegoś a ostatecznie ta obsesja nas pożera. Pozwólcie że to wyjaśnię. Poznałem Pelego w maju 1963 roku. Reprezentacja Brazylii zatrzymała się w hotelu, w którym pracowałem jako bagażowy. Miałem wtedy 16 czy 17 lat i już Dostąpiłem ze szczytu noszenia walizek najlepszych piłkarzy świata. W tamtym okresie brazylijski gwiazdor znajdował się w podobnej sytuacji jak teraz: też nie chciał wychodzić z pokoju. I nie robił tego, według prasy, Z powodu kłopotów z kolanem, będących pokłosiem wypadku samochodowego w Hamburgu, gdzie jego taksówka zderzyła się z autobusem. Tamte dni przypominały prawdziwe szaleństwo. Wtedy zrozumiałem jedną z Maksym hotelarstwa: znana jest pora przyjazdu ale nigdy odjazdu. Nie pamiętam ile mieliśmy nadgodzin kropkę Wszyscy pracownicy, od recepcjonistek po kucharzy. Nawet dyrektor wprowadził się do jednego z pokoi żeby być do dyspozycji gości 24 godziny na dobę. Chociaż poświęcenie było tego warte: brazylijscy dyrektorzy obdarowali nas garściami wejściówek na mecz i miałem szczęście że też dostałem jedną. Wreszcie miałem zobaczyć moich idoli na boisku! A gdyby Pele ostatecznie się wykurował, mógłbym się cieszyć z oglądania najlepszego piłkarza w historii. W przeddzień meczu hotel zamienił się w gniazdo paparazzi, czatujących na jakieś zdjęcie albo słowa króla. Wszyscy dziennikarze musieli zadowolić się wywiadami z Coutinho, Gilmarem albo Amarildo, kiedy schodzili, aby pospacerować po holu. „Impossible, del tutto Impossible", mówiliśmy tym, którzy nalegali na spotkanie z Pelem. „Non patra vederlo", powtarzaliśmy raz za razem. Przede wszystkim pewnemu młodemu hiszpańskiemu dziennikarzowi, który(jak twierdził) Przybył z Barcelony przez Neapol żeby porozmawiać, Cytuję „ze swoim przyjacielem Edsonem, którego jeszcze nie zna". Miał na sobie długi czarny płaszcz, białą koszulę i krawat. I bardzo znoszone buty. Skąd ja go kojarzyłem...? Słysząc, jak rozmawiam z innymi dziennikarzami, odkryłem że czasem przedstawiał się jako Martin Girard a czasem jako Gonzalo Suarez... Eureka! To on był prawą ręką Helenio Herrery, w tamtym czasie Idola w moim mieście. Teraz porównują go z Brianem Cloughem albo z Jose Mourinho ale Helenio zrewolucjonizował futbol jak nikt przed nim. Wybaczcie dygresję. Ten bezczelny młodzieniec, który ciągle pytał o Pelego, zajmował się podglądaniem dla Herrery rywali. Redagował wywiady, które Helenie robił sam ze sobą. Po latach opowiadano że napisał jego Wspomnienia a nawet książeczkę z kryminalnymi opowieściami, które H.H. Podpisał swoim nazwiskiem. Kto wie. W takie historie ostatecznie zawsze wkrada się literatura a to niebezpieczne dla tych, którzy poszukują faktów, nieprawdaż?

Tłum na ulicy krzyczał: "Pele! Pele! Pele!". I król od czasu do czasu wyglądał przez okno, jakby był papieżem a ludzie szaleli, ponieważ w rzeczywistości ujrzeli Boga. Nikt jeszcze nie wiedział czy Pele będzie mógł zagrać na San Siro przeciwko reprezentacji "Azzurrich", odsetki wiernych wystawało przed wejściem do hotelu żeby zobaczyć choćby jego cień po drugiej stronie zasłony. Tylko jedna osoba dostąpiła przywileju porozmawiania z nim w jego pokoju. Już się domyślacie kto, prawda? Suarez zjawił się następnego dnia, 11 maja, wcześnie rano na śniadanie zamówił bardzo gorącą kawę i świeżego crusanta. Kelnerowi, który go obsługiwał powiedział że przed wywiadem zawsze je to samo. Zapytałem, czy na ten poranek był umówiony jakiś wywiad ale żaden z kolegów nic o tym nie wiedział. Kiedy odwróciłem się w stronę jego stolika, na talerzyku zostały tylko okruszki. Przemierzając hol coś mnie tknęło. Ruszyłem na górę do pokoju i przystawiłem ucho do drzwi- Gonzalo Suarez dostał się do apartamentu króla! Incredibile! Zastanawiałem się czy zapukać, czy nie ale skoro nie słyszałem żadnych krzyków ani obelg, zdecydowałem się na ten drugi wariant. Stałem przy drzwiach przez ponad godzinę. Kiedy wreszcie się otwarły zobaczyłem jak Suarez i Pele przybijają sobie piątkę, niczym dwaj starzy przyjaciele. Nie mogłem w to uwierzyć! Razem zjechaliśmy windą i wtedy wyznał że to był dziwny wywiad: " nigdy nie poznałem króla, który czuł by tak duży strach przed Bogiem- powiedział. - Bardziej powinien obawiać się kopniaków, które jutro dostanie od Trapattoniego, Nie sądzisz?" "A więc zagra?", spytałem. „Jeśli pozwolą mu na to jego kolano i Bóg...", odparł, wychodząc z windy. Już go nie spotkałem, choć możliwe że następnego dnia był na stadionie. My mieliśmy miejsca w pierwszym rzędzie. Ogromnie się cieszyłem z naszego zwycięstwa 3:0. Coutinho, Rildo, Eduardo i Lima nic nie mogli zrobić w starciu z Maldinim, Vierim, Mazzolą i Corso. Gole strzelili Sormani, Mazzola z karnego i Bulgarelli. Król nie musiał patrzeć, jak jego drużyna się poddaje, ponieważ został zdjęty z boiska w 28 minucie pierwszej połowy. Trapattoni ledwie pozwolił mu dotknąć piłki i Pele snuł się po murawie, jakby Korona za bardzo mu ciążyła. Kiedy kierował się w stronę tunelu prowadzącego do szatni puścił oko do kamery ale w rzeczywistości puścił je do mnie i kiedy przechodził obok, krzyknąłem jego imię i przysięgam że na mnie spojrzał. Następnego dnia gazety wołały: "Trapattoni zaszachował króla". Zanim opuścił hotel, zdobyłem jego autograf na serwetce. Nawet nie wiecie ile razy myślałem o tym aby wystawić ją na aukcje. Mógłbym za nią dostać niezłe pieniądze, który rozwiązałoby wiele moich problemów ale czym że byłoby życie bez problemów... Kilka dni później ukazał się wywiad Gonzalo Suareza. Zapewniam że to była jedna z nielicznych sytuacji, kiedy O Rei otworzył swoją walizkę. Po tym, jak przeniosłem miliony z nich, zrozumiałem że wszyscy dźwigamy własny bagaż i że niewielu się przy tobie zatrzymuje, gdy pokazujesz co naprawdę masz w środku.

Miguel Angel Ortiz.

10

Zawstydzający remis reprezentacji Polski:

12 maja 1971 r. przypada rocznica meczu z Albanią w kwalifikacjach Euro’72. Po udanym debiucie ze Szwajcarami, trener Kazimierz Górski szybko wziął wraz z drużyną zimny prysznic. Albańczycy nie dali się ograć w Tiranie, choć suma umiejętności indywidualnych była nieporównywalna, oczywiście na korzyść biało-czerwonych. Nie był to dobry prognostyk przed kolejnymi spotkania w eliminacjach mistrzostw Europy, w których reprezentacja Polski pod wodzą nowego selekcjonera dopiero powstawała… ,,Na usprawiedliwienie remisu, który był w gruncie rzeczy porażką mógłbym przytoczyć sporo przekonywających argumentów. Nie mogły jednak zmienić wyniku, który wywołał fatalny rezonans w opinii publicznej” – wspominał po latach Kazimierz Górski w książce „Piłka jest okrągła”. ,,O godzinie trzeciej po południu, kiedy zaczynaliśmy mecz, temperatura przekraczała 30 stopni. Było potwornie gorąco i duszno a do tego wysokie położenie miasta sprawiało, że zawodnicy zatykali się po kilkunastu minutach gry – kontynuował trener Górski. – Już w 5. minucie zdobyliśmy prowadzenie, po czym powtórzyła się stara śpiewka – lekceważenie przeciwnika, bezproduktywne zagrania, nonszalancka zabawa w kotka i myszkę. Kiedy gospodarze wyrównali, nasi ruszyli do szturmu i zdobyli nawet prowadzenie, lecz sędzia bramki nie uznał…”

Albania – Polska 1:1 ; Gole: Zhega 32 – Banaś 5.

POLSKA: Grotyński – Wraży, Winkler, J. Wyrobek, Anczok – Szołtysik, Deyna (69. Ćmikiewicz), Banaś, B. Blaut, Lubański, Gadocha (45. Kozerski).

@Adran360
@Bernard777
@FcPortoFan1999
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani

10

Ikony polskiego futbolu:

12 maja 1929 r. urodził się Leszek Jezierski, piłkarz, reprezentant Polski a przede wszystkim ceniony trener. Karierę sportową rozpoczął w KS Lublinianka. Podczas odbywania służby wojskowej reprezentował Legię Warszawa, w barwach której w 6 meczach zdobył jednego gola. W 1953 r. przeniósł się do Łódzkiego Klubu Sportowego, z którym zdobył puchar i mistrzostwo Polski (w sumie do 1961 r. rozegrał 160 spotkań). W reprezentacji Polski zadebiutował 8 sierpnia 1954 r. w meczu z Bułgarią (w drużynie biało-czerwonych wystąpił 6 razy). Grał jeszcze w Starcie i Włókniarzu Łódź oraz w Stomilu Poznań. W karierze trenerskiej jego pierwszym sukcesem było zdobycie w 1966 r. mistrzostwa Polski juniorów z zespołem MKS Hala Sportowa. Kierując drużynami w naszym mieście, doprowadził łódzką piłkę nożną do bardzo silnej pozycji krajowej. W 1975 r. awansował z Widzewem Łódź do Ekstraklasy. Kolejnym krokiem w karierze trenerskiej był ŁKS, który prowadził w latach 1976–78, 1981–84, 1987–1990 i w sezonie 1995/96. Jego największymi osiągnięciami jako trenera było jednak zdobycie mistrzostwa Polski w 1979 r. z Ruchem Chorzów oraz wicemistrzostwa kraju w sezonie 1986/87 z Pogonią Szczecin. Prowadził też m.in. Lecha Poznań i Zawiszę Bydgoszcz. Trzykrotnie wybierano go na trenera roku w plebiscycie „Piłki Nożnej", działał także w radzie trenerskiej PZPN. Przydomek „Napoleon” nieprzypadkowo określał jego charakter i twarde trenerskie zasady, na temat których krąży wiele opowieści i anegdot, a sam Leszek Jezierski stał się piłkarska legendą. Ostatnie lata życia spędził w swoim domu w Sokolnikach. Zmarł 12 stycznia 2008 r. i został pochowany w Alei Zasłużonych na Cmentarzu Doły.

@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@FcPortoFan1999
@Bernard777
@Adran360

11

Bayern Monachium po raz trzeci z rzędu:

Dokładnie 50 lat temu Bayern Monachium pokonuje AS St. Etienne 1:0 w finale Pucharu Mistrzów. Bayern po raz trzeci znalazł się w finale najcenniejszych z pucharów i czekała go konfrontacja na ,,Hampden Park” w Glasgow z AS St. Etienne. Francuzi wyeliminowali po drodze Glasgow Rangers, Dynamo Kijów oraz PSV Eindhoven. Niemal wszyscy zawodnicy St. Etienne występowali w ówczesnej reprezentacji Francji a do najlepszych zaliczano bramkarza Curkoviča, obrońcę Janviona, pomocników Larque'a, braci Revellich a także napastników Rocheteau i Sarramagne. Bayern zaprezentował wypróbowany w wielu bojach skład, z którego tylko Dwóch zawodników wcześniej nie wystąpiło w finale pucharu Mistrzów a mianowicie obrońca Horsmann i Karl Heinz Rummnigge. Trener Cramer kolejny raz postawił na defensywę i Bayern starał się ją konsekwentnie realizować, choć żwawo poruszający się Francuzi bliscy byli uzyskania prowadzenia. Bathenay trafił w poprzeczkę a Santini w słupek. W 57 minucie Gerd Müller został sfaulowany przed polem karnym. Piłkę ruszył Beckenbauer a Franz Roth strzelił nad murem do siatki. Ten sam ,,Bulle" z Allegaeu, który 9 lat wcześniej przesądził o triumfie nad Glasgow Rangers w finale PZP, kolejny raz rozstrzygnął o zwycięstwie Bawarczyków. Trener St. Etienne Robert Herbin w ostatnich minutach posłał w bój Rocheteau, który siedział na ławce po kontuzji. Długowłosy skrzydłowy siał zamieszanie wśród obrońców Bayernu ale odpowiedź na pytanie dlaczego nie zagrał od początku była prosta. Po kontuzji nie był zdolny do wielkiego wysiłku. Herbin zaś twierdził że o zwycięstwie Bayernu przesądziło szczęście. Franz Beckenbauer także o nim wspomniał: ,, Mieliśmy szczęście ale ono jest konieczne aby zdobyć Puchar Mistrzów". Wielu nie przypadł do gustu trzeci, kolejny triumf Bawarczyków. Angielskie gazety pamiętały jeszcze o porażce Leeds i ,,Daily Mail" nazwał Bayern z grają ,, pasożytów" a ,, The Sun" nawet ,, złodziejami". Ciekawe że prasa Francuska przyjęła porażkę swojego mistrza z honorem. ,, Quotidien de Paris" napisał: ,, byłoby obrazą dla S. Etienne twierdzić że Bayern grał słabo". ,, Aurora": ,, sukces polega także na tym aby w odpowiednim czasie mieć szczęście, na tym polu St. Etienne okazał się gorszy od Bayernu". Był to już ostatni triumf drużyny, którą zaczął kształtować Čajkowski. Słynne trio, wokół którego budowali zespół kolejni trenerzy rozpadło się. Müller musiał poddać się operacji a Beckenbauer z powodu kłopotów w życiu osobistym a także problemów z urzędem skarbowym powędrował do USA, gdzie występował w słynnym Cosmosie Nowy Jork. W kolejnej edycji Bayern odpadł w ćwierćfinale z dynamem Kijów a następny sezon był jednym z najsłabszych w historii występów w Bundeslidze. Piłkarze prowadzeni przez Gyule Loranta wylądowali dopiero na 12 miejscu w tabeli.

@Adran360
@Bernard777
@Gary
@Kapitan hawk
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani

12

Nerwowy rewanż ze szczęśliwym zakończeniem:

12 maja 2015 r. Bayern Monachium pokonał FC Barcelone 3:2 w półfinale Ligi Mistrzów. W rewanżu Bayern mógł doprowadzić do dogrywki ale akurat eksplodował Neymar, który na „Allianz” rozegrał być może swój najlepszy mecz w barwach Blaugrany. Gdyby nie jego popisy i 2 gole po podaniach Luisa Suareza, Bayern miałby szanse odrobić straty z Camp Nou. Stworzył sobie bowiem mnóstwo sytuacji, z których wykorzystał zaledwie trzy a to dzięki wspaniałej postawie ter Stegena. Po zakończeniu meczu w Monachium kamery uchwyciły moment, w którym roześmiani Messi i Luis Enrique padli sobie w objęcia i czule się wyściskali. Była to bardzo ważna chwila, gdyż od czasu wydarzeń styczniowych po przegranym meczu z Realem Sociedad, przez 3 miesiące trener i jego lider nie odzywali się do siebie w ogóle. Pokój został zawarty dopiero po pokonaniu potwora z Monachium. ,,Po wyeliminowaniu Bayernu wiedzieliśmy że najtrudniejsze już za nami a teraz pozostała nam radość z gry w finale”- wspominał Dani Alves.



@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360

11

Barça sięga po drugi Puchar Zdobywców Pucharów:

12 maja 1982 r. FC Barcelona pokonała w finale Standard Liege 2:1 i sięgnęła po raz drugi w historii po Puchar Zdobywców Pucharów. Rywale objeli prowadzenie w 8 minucie dzięki bramce Vandersmissena ale tuż przed przerwą wyrównał Alan Simonsen. Natomiast w 63 minucie zwycięskiego gola strzelił Quini. Trener Barçy Udo Lattek stwierdził iż teraz ,,czuje się spełniony”. Niemiecki szkoleniowiec wstawił do składu Migueliego, który w tamtej edycji pucharów wystąpił przez zaledwie 9 minut: ,,Sporo zaryzykowałem bo od dawna nie grał. Dlaczego na niego postawiłem? Pomyślałem że to idealny piłkarz na to starcie i sprawdziło się to w stu procentach”. Usunięty z boiska pod koniec meczu Meeuws miał inne zdanie na temat ,,Tarzana”: ,,Carrasco atakował co chwile dwoma wyprostowanymi nogami i sędzia nie reagował. Natomiast o Miguelim można powiedzieć wszystko, tylko nie to, że jest piłkarzem”. Holender Tahamata grający dla Standardu, pomimo porażki zdobył się na żart o Manolo, który krył go przez całe spotkanie: ,,Jestem pewien że wszedłby za mną nawet do łazienki”.

@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani

Media

Sonda

Której reprezentacji, do której powołany został zawodnik Barcy, kibicujesz?