10

Zadecydowało skandaliczne sędziowanie w pierwszym meczu:

28 kwietnia 2010 r. FC Barcelona pokonała na Camp Nou 1:0 Inter Mediolan w półfinale Ligi Mistrzów ale w efekcie odpadła z rozgrywek. Rewanż ustawiła czerwona kartka dla Thiago Motty w 28 minucie. Pomocnik Interu trącił lekko w podbródek Busquetsa, który natychmiast padł jak rażony piorunem i tylko zezował, czy sędzia wywali rywala z boiska. Po usunięciu ,,Busiego” Mourinho porzucił wszelkie zamiary gry ofensywnej i ustawił przed polem karnym swej drużyny ,,autobus”. To on jako pierwszy użył tego określenia, opisując taktykę rywali po meczu Chelsea z Tottenhamem ale na Camp Nou sam zademonstrował światu prototyp pojazdu parkującego potem przed szesnastkami na wielu stadionach świata. ,,Mou” po incydencie z Mottą wcale nie wyglądał na zmartwionego. Podszedł nawet do Guardioli i powiedział(o czym poinformowali specjaliści od czytania z ruchu warg): ,,Jeśli myślisz że teraz będzie wam łatwiej, to się mylisz”. Miał racje, łatwiej gospodarzom na pewno nie było. Co ciekawe, sam Motta w 2018 roku w rozmowie z ,,France Football” powiedział że kartka dla niego nie zmieniła taktyki zespołu: ,,Od początku mieliśmy stać w 11-tu na własnej połowie i czekać na kontry”. Tuż przed końcem, przy stanie 1:0 dla Barçy, piłka jeszcze raz wpadła do bramki Interu ale sędzia dopatrzył się zagrania ręką zawodnika gospodarzy. Jednak po obejrzeniu licznych powtórek wydaje się że gol zdobyty przez Krkicia powinien zostać uznany. W końcu sędzia zagwizdał po raz ostatni. Ekstatyczny bieg Mourinho z dłońmi zaciśniętymi w pięści, z których wystawały wskazujące palce, w kierunku sektora kibiców Interu to jeden z ikonicznych momentów całej historii Ligi Mistrzów. Victor Valdes ruszył do niego chyba po to by przyłożyć Portugalczykowi. Na szczęście jednak ktoś zdążył bramkarza złapać. Po zejściu z murawy bardzo religijny Mourinho udał się na modły dziękczynne do kaplicy na Camp Nou. ,,To była najsłodsza porażka w mojej karierze”- powiedział później.

@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani

2

@ShawnC A to akurat że tego meczu nie pamiętam to się zgadza, gdyż jeśli nie był transmitowany w TVP, to nie miałem możliwości go obejrzeć. Komentarz nie jest pisany z pamięci tylko z książki. To wszystko co opisałeś nie omieszkam w swoim czasie sprawdzić na jakimś urywku z jutuba a najlepiej jak znajde cały mecz i go obejrze a wtedy odniose się do twojego komentarza.

11

Niepokojący remis przed rewanżem:

28 kwietnia 2009 r. FC Barcelona remisuje na Camp Nou z Chelsea FC 0:0 w pierwszym półfinale Ligi Mistrzów. Na Camp Nou Hiddink znalazł sposób na sparaliżowanie atutów Barçy, która po groźnym początku, gdy piłke kopniętą przez Xaviego z linii bramkowej wybił Terry, z trudnością zbliżała się do bramki świetnie dysponowanego tego dnia Cecha. Pod nieobecność kontuzjowanych Cole’a i Paulo Ferreiry na lewej obronie zagrał Bosingwa i praktycznie wyłączył z działań Messiego. Gdyby nie fenomenalna podwójna parada Victora Valdesa po strzałach Drogby w 39 minucie, goście wywieźliby zasłużoną wygraną. Przed rewanżem Guardiole musiała też martwić kontuzja Marqueza i kolejna kartka dla Puyola. Oznaczało to iż na Stamford Bridge Blaugrana musiała zagrać zaimprowizowaną defensywą.

@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360

11

Jubileusz Barçy:

28 kwietnia 1999 r. z okazji obchodów stulecia klubu został rozegrany specjalny mecz na Camp Nou. FC Barcelona zagrała towarzysko z reprezentacją Brazylii w obecności 60 tysięcy widzów. Spotkanie zakończyło się wynikiem 2:2. Gole dla Barçy strzelili Luis Enrique oraz Cocu, natomiast dla Brazylii Rivaldo i Ronaldo. Co ciekawe w przerwie meczu Pepa Guardiole zmienił wówczas nastoletni… Xavi.

@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani

13

Nietypowi goście w hotelu:

28 kwietnia 1988 r. grupa piłkarzy FC Barcelony(praktycznie cały skład z wyjątkiem trzech zawodników) zwołała konferencje prasową w ,,Hotelu Hesperia”, gdzie od czasu do czasu odbywały się zgrupowania drużyny. Tamtego dnia brakowało tylko Linekera(powołany do reprezentacji), Francisco Lopeza(kontuzja) oraz Niemca Schustera, który nie pojawił się z nieznanych do dzisiaj powodów. Przyszedł natomiast trener Lluis Aragones aby wspierać swoich zawodników. Trwająca 2 godziny konferencja prasowa zorganizowana została w wielkim salonie hotelu Hesperia, miejscu, w którym odbywają się bankiety i inne uroczystości. Podczas spotkania z mediami jeden z trzech kapitanów drużyny, Jose Alexanco odczytał komunikat, w którym piłkarze proponowali zdymisjonowanie zarządu klubu na czele którego stał Josep Lluis Nuñez. Futboliści mówili że stracili zaufanie do prezydenta, ,,który zawiódł nas jako ludzi i upokorzył jako profesjonalistów”. ,,Bunt w Hesperii” stał się faktem. Piłkarze Barçy wybrali ten właśnie sposób aby upublicznić konflikt, jaki istniał między nimi a zarządem klubu. Dotyczył tego, która ze stron miała się rozliczyć z urzędem skarbowym przy kontraktach do dysponowania wizerunkiem piłkarzy. Wcześniej władze klubu doszły do porozumienia w tej kwestii z zawodnikami sekcji koszykówki, piłki ręcznej i hokeja na rolkach. Opłata miała zostać podzielona po równo między obie strony by uregulować całą sprawę. Brak dobrych relacji między piłkarzami a kibicami, co wynikało z fatalnego sezonu w wykonaniu drużyny tylko przyspieszył wydarzenia. Po zakończeniu kampanii władze klubu zatrudniły nowego trenera Johana Cruyffa, który całkowicie zmienił skład. Klub opuściło aż 13 piłkarzy, co postrzegano jako czystke w szatni. Bez cienia wątpliwości tamci piłkarze byli najbardziej osobliwymi gośćmi w historii hotelu Hesperia.

@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360

11

Najmłodszy w dziejach Dumy Katalonii:

Armando Martínez Sagi jest najmłodszym zawodnikiem FC Barcelony, który zadebiutował i strzelił gola dla pierwszej drużyny w oficjalnym meczu ligowym. Dopóki nie zostanie udowodnione inaczej, należy go uważać za „wczesnodorosłego dzieciaka” FC Barcelony, przed Paulino Alcántarą, który wystąpił w koszulce FC Barcelony w oficjalnym meczu i strzelił gola mając zaledwie 15 lat, 4 miesiące i 18 dni. Martínez Sagi dokonał tego w wieku 14 lat, 6 miesięcy i 15 dni, a strzelił gola 4 miesiące i 8 dni później. Urodzony w Barcelonie 28 kwietnia 1906 roku, Martínez Sagi nie pozostawił po sobie trwałego śladu w klubie. Rozegrał zaledwie 14 oficjalnych meczów(strzelając 5 goli) w dwóch oddzielnych okresach między 1920 a 1925 rokiem, ale może się poszczycić tym, że wyprzedził swoje czasy, zakładając koszulkę FC Barcelony w bardzo młodym wieku 14 lat, 6 miesięcy i 15 dni! Zadebiutował w meczu przeciwko Internacional (2-2) w Mistrzostwach Katalonii rozgrywanych w Sants 14 listopada 1920. Grał jako lewoskrzydłowy, zastępując Fernando Plazę. Aquiles w tygodniku „Fútbol” powiedział o nim: „Uważaliśmy, że to dobry ruch, ponieważ wspomniany młody człowiek teraz umie grać znacznie lepiej niż Plaza. Poza tym jest prawdziwym fanem Barcelony, ponieważ urodził się w Barcelonie”. Greenwell był trenerem, który dał mu debiut i tego dnia wystawił Zamorę; Comę, Galicię; Torralbę, Sancho, Samitiera; Viñalsa, Julia, Vicença Martíneza, Sesúmagę i Martíneza Sagi. Dwa oficjalne dokumenty, konsularne pozwolenie na wjazd do Brazylii z 1952 r. oraz akt zgonu z 1997 r. dowodzą, że Martínez Sagi urodził się 28 kwietnia 1906 r. Dowodzą również, że zmarł 11 lipca 1997 r. w wieku 91 lat w szpitalu w Montevideo (Urugwaj), kraju, do którego wyemigrował i którego obywatelstwo uzyskał. Brat Anny Marii Martínez Sagi, pierwszej kobiety w zarządzie klubu FC Barcelona i kuzyn piłkarza Emili Sagi Liñán, znanego jako Sagi Barba, z którym grał w pierwszej drużynie. Opuścił Barcelonę w 1923 roku, aby móc grać, gdyż nie mógł sobie pozwolić na wywalczenie miejsca pośród wówczas nietykalnych Piera, Samitiera, Alcántary, Sagi Barba… Pod względem strzelectwa Martínez Sagi również wyprzedził Alcántarę o sześć miesięcy. Swoje pierwsze gole strzelił w wieku 14 lat, 10 miesięcy i 7 dni (dwa w meczu Barça-Avenç 3:1, pierwszym meczu finału Mistrzostw Katalonii 6 marca 1921 roku). „Krótko później czarujący młody Martínez Sagi, który w niedzielę grał po prostu wspaniale, zdecydowanie ruszył w kierunku bramki, omijając jednego z groźnych obrońców Avenç, i wspaniałym, niskim strzałem doprowadził do wyrównania i owacji na stojąco znacznie głośniejszej niż ta, która powitała pierwszego gola” – czytamy w kronice „La Vanguardia”. Choć nie udało mu się zdobyć hat-tricka, jak hiszpańsko-filipińskiemu piłkarzowi w swoim debiucie przeciwko Català (0-9) 25 lutego 1912 r. (miał wtedy 15 lat, 4 miesiące i 18 dni), to jednak zapewnił sobie przywilej bycia najmłodszym strzelcem bramki. Następnie dołączył do Jupitera ale w sezonie 1924/25 powrócił do Blaugrany, by ponownie odejść, tym razem do Alfonso XIII z Palmy, z którym w 1929 roku zakończył karierę, mając w dorobku mistrzostwo Balearów(1927-28). Później odniósł sukcesy w bilardzie, będąc prawdziwym żonglerem kijami i bilami. W maju 1932 r.(w Lille) został mistrzem świata w odmianie „Classic Fantasy”, za co otrzymał hołd na „Camp de Les Corts” 5 czerwca tego samego roku. Martínez Sagi również „konkurował” z Carlosem Comamalą Lópezem de Delpánem, napastnikiem FC Barcelony w jej początkach o miano najmłodszego debiutanta. Jednak, na podstawie aktu urodzenia jego brata Arsenio(11 września 1888 r.), Carlos, pierworodny według Conchity, córka innego brata, Aureo, nie mogła urodzić się w 1889 roku, jak wskazują liczne dokumenty, w tym akt zgonu. Wywnioskowano zatem, że musiał urodzić się w 1887 roku, co oznacza, że w momencie debiutu w listopadzie 1903 roku miał 16 lat i 7 miesięcy.

@1LY0
@Adran360
@Bernard777
@Gary
@Kapitan hawk
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974

10

(Nie)zapomniane legendy rodzimego futbolu:

27 kwietnia 1962 r. we Wrocławiu urodził się Ryszard Tarasiewicz, pomocnik. Specjalista od rzutów wolnych i strzałów z dystansu. Mógł zostać czwartym polskim piłkarzem po Fryderyku Scherfke, Erneście Wilimowskim i Grzegorzu Lacie z golem strzelonym Brazylii na Mundialu. Na drodze stanęło mu ledwie kilka milimetrów… Dosłownie chwile po rozpoczęciu gry, popularny ,,Taraś” z odległości około 35 metrów wyrobił sobie niewielką przestrzeń. Jego niezbyt mocny ale techniczny strzał powędrował ponad głowami całej defensywy Canarinhos i spadł na linii ,,piątki”. Kozioł zmylił bramkarza rywali, który nie miałby szans na złapanie piłki ale ostatecznie trafiła ona w słupek. W Polsce takie strzały Tarasiewicza nazywano ,,spadającymi liśćmi dębu”. Niezbyt mocne, zdawało się opadające przez długi czas, w końcowym rozrachunku okazywały się śmiercionośną bronią dla bramkarzy. Szczególnie jeśli pomocnik Śląska Wrocław podchodził do stałego fragmentu gry. Dlatego oddawano mu do wykonania większą część rzutów wolnych i karnych w zespole. Zdobył w sumie ponad 50 goli dla tej drużyny, co stawia go na 3 miejscu w historii. 5 razy notował wynik na poziomie co najmniej 8 trafień w sezonie, w tym trzykrotnie dwucyfrówki. Zespołowo jego największy sukces stanowią Puchar Polski oraz Superpuchar Polski zdobyte w 1988 r. Razem z wrocławianami wywalczył wicemistrzostwo kraju oraz brązowy medal. Indywidualnie tytułem Piłkarza Roku 1989 nagrodziły go redakcje zarówno ,,Piłki Nożnej”, jak też katowickiego ,,Sportu”. W reprezentacji Polski zagrał 58 razy strzelając 9 goli, w tym w debiucie przeciwko Norwegii. Mimo to pierwszy selekcjoner, pod którego wodzą grał, Piechniczek, nie miał do niego zbyt dużego zaufania. W kwalifikacjach Mundialu zagrał niespełna 20 minut. Na MŚ jego jedynym występem było starcie 1/8 finału z Brazylią. Brał też udział w młodzieżowym Mundialu 5 lat wcześniej. Po występach w Śląsku wyjechał do Szwajcarii, gdzie grał w Neuchatel Xamax. Ponadto bronił barw francuskich drużyn: AS Nancy, RC Lens, Besancon RC. Wrócił na chwile do Szwajcarii do Etoile Carouge. Kariere zakończył z kolei w norweskim Sarpsborgu, w wieku 35 lat. Od przeszło dekady obecny jest w Polsce w roli trenera. Trzykrotnie udało mu się, pełniąc te funkcje, uzyskać awans do Ekstraklasy- ze Śląskiem Wrocław, z Pogonią Szczecin oraz z Zawiszą Bydgoszcz. Zdobył Puchar Ekstraklasy(z Zawiszą). Na najwyższym poziomie rozgrywkowym prowadził ŁKS i Korone Kielce. W 1 lidze pracował zaś z Jagiellonią Białystok, Miedzią Legnica, GKS Tychy, Arką Gdynia, Kotwicą Kołobrzeg a ostatnio prowadził Warte Poznań.

@Adran360
@Bernard777
@FcPortoFan1999
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani

0

@Adik22 Zobaczymy jak się zaprezentuje dzisiaj przeciwko Czerwonym Diabłom?

10

Zapomniane legendy argentyńskiego futbolu:

27 kwietnia 1911 r. urodził się Antonio Sastre, głównie pomocnik. Wielka legenda CA Independiente, po dziś dzień uchodzi za piłkarza ,,mas completo” od chwili wprowadzenia zawodowstwa. Uniwersalny, wszechstronny, z jednakim powodzeniem grający na wszystkich pozycjach w polu a przy tym wybitny strateg zespołu. W Independiente zadebiutował w 1931 r. zastępując kontuzjowanego Alberto Lalina jako lewy atakujący, najwyraźniej pod wpływem sugestii Manuela Seoanego, którego miejsce miał ostatecznie zająć. Wysoki i silny, mógł zostać klasycznym środkowym napastnikiem ale przeniósł się na lewą stronę po tym, jak Independiente kupiło znakomitego urugwajskiego snajpera Roberto Portę. Jego największym kapitałem okazała się więc uniwersalność. W sumie rozegrał w Independiente 340 meczów i zdobył 112 goli, pomagając drużynie wygrać lige w 1938 r. a w 1941 przeniósł się do brazylijskiego São Paulo FC, gdzie oprócz 3 tytułów mistrza kraju doczekał się pomnika na swoją cześć. „Gdyby kiedykolwiek ustanowiono Nagrode Nobla w dziedzinie futbolu, nie mam wątpliwości iż cała Brazylia głosowałaby na Sastrego”- mówił prezes klubu Decio Pacheco Pedroso. A! zapomniałem dodać iż Antonio Sastre zdobywał dwukrotnie z reprezentacją Copa America w latach 1937 i 1941. Antonio Sastre zmarł 23 listopada 1987 r. w Buenos Aires.
@Sysia11
@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@Adran360

0

@FcPortoFan1999 No być może. Pożyjemy zobaczymy...

1

@FcPortoFan1999 Cud jak cud ale że rzadko spotykany to fakt. Kto wie czy nie dojdzie do niego już w przyszłym sezonie?

12

Grande Espectacolo El Clasico!

27 kwietnia 2011 r. FC Barcelona pokonała na Santiago Bernabeu Real Madryt 0:2 w pierwszym półfinałowym starciu Ligi Mistrzów. Kluczowa dla losów spotkania okazała się sytuacja z 61 minuty, gdy Pepe wszedł wyprostowaną nogą w Daniego Alvesa. Portugalczykowi takie sytuacje w przeszłości uchodziły płazem, więc ani on ani ławka rezerwowych Los Blancos na czele z Jose Mourino nie mogli uwierzyć, gdy sędzia pokazał czerwoną kartke. Duma Katalonii w dalszym ciągu grała zachowawczo a cały mecz nie obfitował w wiele klarownych sytuacji bramkowych. Wreszcie w 77 minucie wprowadzony chwile wcześniej Afellay zdecydował się na solowy rajd, minął Marcelo, dośrodkował piłke w pole karne a Messi z bliskiej odległości pokonał Cassillasa. Trzy minuty przed końcem Messi otrzymał piłke blisko linii środkowej boiska i wykonał wspaniały rajd, mijając kilku piłkarzy Realu i w pełnym biegu prawą nogą posłał piłke obok bezradnego golkipera rywali. W ten sposób Blaugrana praktycznie zapewniła sobie awans do finału już po pierwszym meczu. Tak na marginesie, to równo rok później Josep Guardiola ogłosił swoje odejście z klubu, pomimo prób przekonania go do pozostania.

Przeżyjmy to jeszcze raz:



@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani

11

Duma Katalonii w Lidze Mistrzów:

27 kwietnia 1994 r. FC Barcelona pokonała FC Porto 3:0 w półfinałowym starciu Ligi Mistrzów i awansowała do finału. Na Camp Nou w starciu z Porto najlepszy był Stoiczkow, który oprócz strzelenia 2 goli wypracował wiele sytuacji kolegom i ośmieszył pilnującego go Aloisio. Christo zdecydowanie wygrał pojedynek wspaniałych bułgarskich napastników z reprezentującym mistrzów Portugalii Emiłem Kostadinowem. Trzeci gol dla Blaugrany był autorstwa Koemana, który znów popisał się strzałem kpiącym z zasad fizyki. W tamtej edycji Ligi Mistrzów mecz półfinałowy był rozgrywany tylko jeden. Składy: FC Barcelona: Zubizarreta, Ferrer, Guardiola, Koeman, Nadal, Bakero, Sergi (Goikoetxea), Stoichkov, Amor, Romario, Begiristain (Ivan) FC Porto: Vitor Baia, Joao Pinto, Jorge Costa, Aloisio, Fernando Couto, Andre (Paulinho Santos), Secretario, Kostadinov,Folha(Semedo),Rui Felipe, Drulovič



@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360

11

Jeden ze smutniejszych dni w historii Blaugrany:

Dokładnie 14 lat temu trener FC Barcelony Josep Guardiola na piątkowym treningu zakomunikował piłkarzom, że po zakończeniu obecnego sezonu nie przedłuży z klubem kontraktu – jako pierwsi dowiedzieli się o tym dziennikarze agencji ,,Reuters” obserwujący zajęcia. Popularny Pep prowadził pierwszy zespół Barcelony od czerwca 2008 roku. Z drużyną dwukrotnie triumfował w Lidze Mistrzów i tyle samo razy zdobył z nią Superpuchar Europy oraz Klubowe Mistrzostwo Świata. Poprowadził zespół do trzech tytułów mistrza Hiszpanii i trzech Superpucharów Hiszpanii. Blaugrana pod jego wodzą ma w dorobku też dwa Puchary Króla.

@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani

13

Wspaniałe szwedzkie tridente w wydaniu włoskim:

Ledwo co powstał tercet BBC(Bale – Benzema – Cristiano) w Realu Madryt a ich największy rywal odpowiedział MSN, czyli Messim, Suárezem i Neymarem. Kilka lata po zakończeniu II wojny światowej AC Milan wykreował trio, które łączyły nie tylko ogromne umiejętności, ale i jedną ojczyzne. „Gre-No-Li”. Gunnar Gren, Gunnar Nordahl i Nils Liedholm. Trzej Szwedzi, którzy rozsławili Milan i reprezentację Szwecji. Pierwszym, który trafił do ,,Rossonerich” był Gren. W wieku trzynastu lat wygrał zawody w żonglowaniu piłką w Göteborgu. Lokalne gazety opisały ten wyczyn i poradziły młodemu chłopcu karierę cyrkowca. Gunnar dziennikarzy nie posłuchał i postanowił zostać piłkarzem. Najpierw grał w amatorskim Gårda BK, by w 1941 trafić do IFK Göteborg. Już w pierwszym roku w nowym klubie, został z nim mistrzem Szwecji. Choć Gren grał w Göteborgu aż do 1949 roku, już nigdy nie zdobył z tytułu z tym zespołem. Wszystko przez dominację IFK Norrköping, które w latach 1943-1948 zdobyło mistrzostwo pięciokrotnie. Kto był największą gwiazdą klubu z Norrköping? Gunnar Nordahl. Urodził się w 1921 roku(Gren był rok starszy) w Hörnefors. Miał dziewięcioro rodzeństwa. Dzieci i ich rodzice żyli w jednopokojowym mieszkaniu. Do Norrköping trafił w 1944 roku i stał się przekleństwem Grena oraz IFK Göteborg. Nordahl trzykrotnie zostawał najlepszym strzelcem ligi szwedzkiej, zaś Gren tylko raz. W 95 ligowych meczach zdobył 93 gole. I pomyśleć, że granie w piłkę nożną było tylko dodatkiem do wykonywania pracy strażaka. Od 1946 roku Nordahl był partnerem klubowym trzeciego z wielkich tenorów szwedzkiego futbolu. Obu dzielił tylko rok (Liedholm urodził się w 1922), obaj mierzyli 185 centymetrów wzrostu i obydwaj pracowali nie tylko na boisku. Liedholm zarabiał na życie w kancelarii adwokackiej. Oprócz piłki nożnej w młodości trenował także rzut oszczepem i pchnięcie kulą.

Cała trójka na jednym boisku spotkała się po raz pierwszy w 1947 roku, kiedy to Liedholm zadebiutował w reprezentacji. Selekcjonerem Szwedów był wówczas Anglik George Raynor, który tę posadę objął w 1946 roku. Kiedy butni Anglicy naśmiewali się, że ich rodak będzie trenować piłkarzy w kraju, w którym od futbolu ludzie bardziej wolą hokej i biegi narciarskie, Raynor tymczasem spokojnie budował zespół przyszłych mistrzów olimpijskich. Jak na ironię losu IO w 1948 roku odbywały się w… Londynie. Skandynawowie w czterech meczach strzelili aż 22 gole, z czego dwanaście w meczu z Koreą Południową. Gunnar Nordahl został królem strzelców z siedmioma trafieniami na koncie. Cała osiemnastka reprezentowała głównie barwy IFK Norrköping, Malmö FF i AIK. Po turnieju wielu z nich wyjechało ze Szwecji. Byli zbyt dobrzy, aby grać w słabej lidze szwedzkiej za darmo. Najchętniej utalentowanych amatorów przyjmowały pod swoje skrzydła kluby włoskie. Właśnie tam powędrowali Gren, Nordahl i Liedholm. Jako pierwszy ofertę z AC Milan otrzymał Nordahl. W styczniu 1949 roku pojawił się w Mediolanie. Fani witali go tak entuzjastycznie, że chcąc dotknąć nowego piłkarza, wybijali szyby w oknach pociągu i przez nie próbowali wedrzeć się do przedziału, gdzie siedział Szwed. Przerażony Nordahl schował się w hotelu i zaczął zastanawiać się, czy wyjazd aby na pewno był dobrym pomysłem. Niewiele brakowało, aby zamiast Nordahla do Milanu przeniósł się Duńczyk Johannes Pløger. W stolicy Lombardii miał pojawić się jeszcze przed Szwedem, jednak w Szwajcarii spotkali go włodarze Juventusu i zaproponowali grę w Turynie, przebijając ofertę ,,Rossonerich”. ,,Stara Dama” miała w planach także pozyskanie Nordahla, jednak finalnie postanowili oni nie starać się o Szweda wiedząc, że już jednego skandynawskiego gracza sprzątnęli Milanowi sprzed nosa. Milan miał ogromne szczęście, że to właśnie Pløger trafił do stolicy Piemontu zamiast Nordahla. Duńczyk po pół roku gry w Juve przeniósł się do Novary. Jego kariera we Włoszech była pasmem niepowodzeń i już w 1954 roku zakończył karierę w Udinese. Nordahl tymczasem w drugiej połowie sezonu 1948/1949 strzelił szesnaście bramek w piętnastu meczach. Na dodatek znał dwóch genialnych Szwedów, których polecił prezydentowi klubu Toniemu Businiemu. Liedholm i Gren latem 1949 roku stawili się w Mediolanie, a wraz z nimi pojawił się były trener IFK Norrköping Węgier Lajos Czeizler (więcej o nim przeczytasz tutaj). Gre-No-Li przetrwało cztery lata i doprowadziło Milan do mistrzostwa Włoch w 1951 roku. Osiągnięcia może i były skromne, jednak należy pamiętać, że dla Milanu było to pierwsze mistrzostwo od 1907 roku. Toni Busini podobno zemdlał czekając na wieści z meczu Inter-Torino. Inter walczył z Milanem o tytuł, jednak w ostatniej kolejce przegrał 1-2, dzięki czemu nawet niespodziewana porażka ,,Rossonerich” z Lazio 1-2 nie zmieniła układu na szczycie tabeli.

Najlepiej w Mediolanie czuł się Nordahl, który w 257 ligowych meczach strzelił dla klubu 210 goli i pięć razy został królem strzelców Serie A. Z kolei jego imiennik Gren wyłamał się jako pierwszy i opuścił Milan w 1953 roku, przenosząc się do Florencji. Po odejściu Czeizlera w 1952 był nawet trenerem ,,Rossonerich”. Przez decyzję Nordahla, który przestał grać w reprezentacji zaraz po wywalczeniu olimpijskiego złota, Gre-No-Li bardzo szybko przestało istnieć na polu reprezentacyjnym. Mimo braku trzeciego strzelca w historii Serie A, Szwedom udało się na własnej ziemi zdobyć srebrny medal mistrzostw świata w 1958 roku. Dwa lata wcześniej Nordahl odszedł z Milanu i został zawodnikiem Romy. Jedynym, który zakończył karierę w Milanie, był Nils Liedholm. Jako piłkarz jeszcze trzy razy zostawał z klubem mistrzem Włoch a w 1958 roku ,,Rossoneri” doszli do finału Pucharu Mistrzów, gdzie przegrali po dogrywce z Realem Madryt. ,,Il Barone” zakończył karierę w 1961 roku, ale nie opuścił Milanu. W ciągu niemal 25 lat kilkukrotnie był trenerem drużyny ze stolicy Lombardii. Po zakończeniu kariery Nordahl i Gren także byli trenerami, ale woleli trenować szwedzkie zespoły. Wszyscy odeszli już ze świata żywych. Wszyscy zostali także umieszczeni przez AC Milan w galerii klubowych sław. Patrząc na aktualną sytuację Milanu i reprezentacji Szwecji kibice tych drużyn chcieliby, aby Gre-No-Li w piłkę grało zawsze.

@Safrani
@MoralnyKarzel
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Kapitan hawk
@Gary
@Bernard777
@Adran360

8

@FCBparasiempre
Aby grać w piłkę nożną dla przyjemności, wystarczy grupa ludzi – najlepiej parzysta – piłka, która się toczy(lub coś podobnego) i boisko w miarę nadające się do gry a także ciche przyjęcie kilku prostych zasad. Kiedy gra ewoluuje w sport, aby zapewnić ścisłe przestrzeganie tych zasad, pojawiają się teoretycznie bezstronni sędziowie: sędzia główny i jego asystenci. Wymiary boiska, pola karne i bramki również podlegają regulacji a to, co zaczęło się jako zwykła rozrywka, z biegiem lat przerodzi się w masowe widowisko, w którym aktywni uczestnicy staną się profesjonalistami, opłacanymi w różnym stopniu. Aby zarządzać tymi grupami ludzi, utrzymywać ich w szczytowej formie fizycznej i technicznej oraz ustawiać na boisku z optymalnym ustawieniem taktycznym, aby pokonać przeciwnika, wyłania się postać trenera, który z biegiem lat zacznie zyskiwać obecność medialną, czasem porównywalną a nawet większą niż artysta a nawet polityk. Teraz przyjrzymy się losom różnych menedżerów, którzy zasiadali na ławce rezerwowych FC Barcelony, zawsze wymagającej i problematycznej. Na początek nie ma lepszego miejsca niż przyjrzenie się osobowości Josepa Samitiera, który(z całym szacunkiem dla hiszpańsko-filipińskiego Paulino Alcántary) był pierwszą „gwiazdą mediów”, która nosiła barwy Blaugrany. Był również pierwszym menedżerem, który podchodził do swojej pracy zgodnie z zasadami, które później stały się powszechne w tej roli, porzucając czysto amatorskie podejście, aby zanurzyć się w w pełni profesjonalnym przedsięwzięciu, które rozwijało się w tym samym tempie, w jakim piłka nożna stała się powszechnym widowiskiem masowym i tyglem namiętności, którymi nie zawsze dobrze zarządzano. Josep Samitier i Vilalta urodził się w Barcelonie 2 lutego 1902 roku. Z klubu Internacional z dzielnicy Sants, w 1919 roku, mając zaledwie 17 lat, przeszedł do FC Barcelona (podpisując kontrakt w zamian za garnitur, kamizelkę i zegarek ze świecącym światłem). Pozostał tam przez 13 sezonów, stając się najpopularniejszym hiszpańskim piłkarzem lat 20. XX wieku, dekady, która zapoczątkowała erę profesjonalnego futbolu w Hiszpanii, wraz ze swoim rodakiem Ricardo Zamorą, również kolegą z drużyny na wczesnym etapie jego kariery. Samitier był kluczową postacią pierwszej „złotej ery” klubu Blaugrana, tych samych „szalonych lat dwudziestych”, które zaowocowały zdobyciem 8 tytułów mistrza Katalonii, 5 tytułów mistrza Hiszpanii, a co najważniejsze, pierwszego tytułu mistrzowskiego w historii, w sezonie 1928/29. 21-krotny reprezentant Hiszpanii (zagrał w debiucie reprezentacji na Igrzyskach Olimpijskich w Antwerpii w 1920 roku), opuścił klub w 1932 roku – po 454 występach i imponujących 326 bramkach – po konflikcie z zarządem, któremu przewodniczył wówczas Joan Coma. Następnie podpisał kontrakt z Realem Madryt, który w tamtym czasie nie był jeszcze „odwiecznym rywalem” Barcelony. Spędził kilka sezonów w Los Blancos, zdobywając tytuł mistrza La Liga (1932-33) oraz Puchar Króla w 1934 roku, którego finał rozegrano w Barcelonie na stadionie Montjuïc. Tuż przed wybuchem hiszpańskiej wojny domowej próbował już swoich sił jako trener, prowadząc Atlético Madryt. Następnie przeniósł się do Francji, gdzie grał w OGC Nice do 1939 roku, kiedy to zakończył karierę piłkarską. W 1942 roku na krótko objął władzę nad całą Lazurowym Wybrzeżem, a dwa lata później, po należytym „oczyszczeniu” przez nowe władze hiszpańskie, będzie gotowy, by powrócić do naszej piłki nożnej. Początek lat 40., jak wiadomo, nie był dla Barcelony szczególnie udany, pomijając kwestie polityczne. Na boisku drużynie udało się zdobyć jedynie ostatnie Mistrzostwo Katalonii (1939/40) oraz Puchar Generalísimo w 1942 roku, pokonując Athletic Bilbao (ówczesną oficjalną nazwę baskijskiego klubu) 4:3 w emocjonującym finale rozegranym w Madrycie na starym stadionie „Chamartín”. W tym samym sezonie musieli zmierzyć się z traumatycznym doświadczeniem gry w barażach o utrzymanie w First Division, kończąc sezon na dwunastym miejscu. Ostatecznie jednak z łatwością zapewnili sobie utrzymanie, rozgromiawszy Real Murcia 5:1 na tym samym stadionie, na którym tydzień wcześniej zdobyli puchar. Potem, chociaż w kolejnych dwóch kampaniach (odpowiednio trzeciej i szóstej) sytuacja się poprawiła, równowaga również nie była satysfakcjonująca. Dlatego zarząd Barcelony, na którego czele stał wówczas wojskowy, pułkownik Josep Vendrell i Ferrer, były szef porządku publicznego w La Coruña, uznał, że „Sami” może być katalizatorem i powierzył mu zarządzanie drużyną, która nie funkcjonowała najlepiej. Zastąpił on byłego bramkarza Barcelony, Joana Josepa Noguésa.

Człowiek, który miał objąć kierownictwo techniczne Barcelony, nie był zwykłym człowiekiem. Był wyjątkowym piłkarzem, nieprzewidywalnym i błyskotliwym na boisku, a ten blask trwał również poza nim. Ekstrawertyczny i obyty w świecie, o kosmopolitycznym duchu, bon vivant i elegancki, był bliskim przyjacielem celebrytów takich jak Carlos Gardel – który nawet zadedykował mu jedno ze swoich tang – i Maurice Chevalier. Zawsze mówiono, że ma do dyspozycji na stałe pokój w Hotelu Oriente, tuż przy Ramblas, zarządzanym przez rodzinę Gaspart. Jeden z jej członków, Joan Gaspart i Solves (1944), ostatecznie został dyrektorem (wiceprezesem w latach 1978-2000), a w końcu prezesem Barcelony (2000-2003), chociaż nie zapisał się w historii ani jako wybitny sportowiec, ani jako osoba odpowiedzialna za rozsądne zarządzanie finansami, mimo że był niezaprzeczalnym i głęboko zakorzenionym fanem Barcelony. Nowy trener miał jednak do dyspozycji wspaniałą kadrę, pełną znakomitych młodych zawodników, wzmocnioną przez utalentowanego strzelca, Basilio z Castellón. Ta grupa zawodników skorzystała z doświadczenia reprezentantów kraju Raicha i Escolá, a także innego powracającego z przeszłości obrońcy Ramóna Zabalo, jednego z kluczowych obrońców hiszpańskiej piłki nożnej przed wojną domową. Byli to zawodnicy pozostający do dyspozycji byłego „Czarodzieja Piłki” w sezonie 1944/45: Velasco, Quique, Elías, Curta, Zabalo, Calo, Benito, Raich, Gonzalvo II, Calvet, Sierra, Sans, Sospedra, Valle, Escolá, Martín, Gonzalvo III, Bravo, Rueda, Basilio, Riba, César i Seguer. Samitier wprowadził szereg innowacji w przygotowaniu drużyn, zasad, które dziś wydają się nam podstawowe, ale były dalekie od nich w tamtych czasach, gdy futbol – teoretycznie profesjonalny – nie był tak wymagający i nie porzucił jeszcze całkowicie dobrowolnego amatorstwa, o którym wspominaliśmy wcześniej. Kontrolował na przykład, co jedzą i piją jego zawodnicy, ograniczając spożycie alkoholu (lub przynajmniej starając się to robić, gdy to możliwe) i monitorując ich dietę. Kładł nacisk na niezbędną dyscyplinę, ustalając harmonogramy treningów i ćwiczenia, które nie były uznaniowe, a przede wszystkim prowadząc wspólne sesje treningowe – bez indywidualnych, niezależnych treningów – zawsze dążąc do jak najlepszej spójności drużyny na boisku. Aby poznać przeciwników i przygotować się taktycznie do meczów, oczywiście nie dysponował zaawansowanymi środkami technicznymi dostępnymi dzisiaj, ale starał się to rekompensować na swój sposób. Na przykład zabierał swoich zawodników na mecze mniejszych drużyn, aby mogli dostrzec typowe błędy i uczyć się na błędach innych, wykorzystując swój autorytet na trybunach, jakby udzielał lekcji. Oczywiście, poprawił ich kondycję fizyczną, która wówczas była bardzo słaba, ale jego prawdziwą siłą było podejście psychologiczne. Wspierany przez swoją ogromną charyzmę w kontaktach z zawodnikami, stał się znakomitym motywatorem, wywierając na nich ogromny wpływ. Co więcej, relacje w drużynie budowały silne więzi koleżeństwa i przyjaźni, które następnie przenosiły się na boisko. Takie rzeczy mogły się zdarzać w tamtych czasach, gdy kontrakty i ego były jeszcze pod ścisłą kontrolą. Uciekał się również do starych sztuczek, takich jak powiększenie stadionu „Camp de Les Corts” poprzez usunięcie trybun otaczających murawę, zyskując w ten sposób kilka metrów i faworyzując styl gry Barcelony, który był bardziej techniczny niż styl większości rywali. Wprowadził również innowację taktyczną, cofając jednego z pomocników i ustawiając go między dwoma obrońcami jako środkowego obrońcę, inaugurując tym samym formację 3-2-5. Wdrożył wszystkie te innowacje w życie w swoim pierwszym sezonie na ławce rezerwowych, prezentując wizerunek, który stał się klasyczny: kapelusz, elegancki płaszcz i szalik, z wszechobecnym cygarem między ustami — prawdziwy dandys. Barça nigdy nie oddała swojej pozycji na szczycie tabeli, do czego jej członkowie i kibice nie byli już przyzwyczajeni. Do 17. kolejki objęli prowadzenie, utrzymując zaciętą walkę z Realem Madryt i Athletic Bilbao, aż matematycznie zapewnili sobie tytuł w przedostatniej kolejce, 16 lat po pierwszym zwycięstwie w inauguracyjnym turnieju. Kluczowe zwycięstwa obejmowały zwycięstwo 5:0 nad Realem Madryt na „Les Corts” i zwycięstwo 3:2 nad Valencią na Mestalla. Jednak w Copa del Rey Athletic Bilbao szybko rozprawił się z Barçą, pokonując ich w obu meczach. W kolejnym sezonie, 1945-46, Barça wzmocniła swój skład kilkoma napastnikami (Gamonalem, Morerą, Tito, Peraltą, Colino, a nawet najstarszym z braci Gonzalvo, Julim), którzy zastąpili Basilio – który nie zadomowił się i wrócił do CD Castellón – Ribą i Ruedą. Drużyna rozegrała kolejny dobry sezon, docierając do ostatniej kolejki z dużą szansą na obronę tytułu. Aby to zrobić, wystarczyło im pokonać Sevillę na „Les Corts” aby zdobyć tytuł mistrzowski. Jednak to Sevilla była drużyną, którą należało pokonać, ponieważ remis lub zwycięstwo gwarantowały „Nerviónowi” tytuł mistrzowski. I rzeczywiście, Sevilla zdołała zremisować i zapewnić sobie tytuł na własnym boisku Barçy(co pozostaje ich jedynym tytułem mistrzowskim jak dotąd). W Pucharze Sevilla po raz kolejny okazała się katem FC Barcelony, wygrywając u siebie miażdżącym zwycięstwem 8:0, po bardzo trudnym i emocjonującym meczu, dzięki czemu rewanż stał się jedynie formalnością(1:0 dla Barçy). Jedynym jasnym punktem sezonu był 23 grudnia 1945 roku, w wigilię Bożego Narodzenia, kiedy Barça zdobyła odległego poprzednika obecnego Superpucharu Hiszpanii – Złoty Puchar „Argentyny”. W meczu na Les Corts zmierzyli się mistrzowie ligi i pucharu poprzedniego sezonu, Barça i Athletic Bilbao. Mecz zakończył się spektakularnym wynikiem 5:4 dla gospodarzy.

Samitier czeka trzeci sezon na ławce rezerwowych w drużynie, w której grają Estanislau Basora, młody, zaledwie 20-letni prawoskrzydłowy, który wkrótce stanie się legendą a także napastnicy Amorós, Canal, Navarro II, Periche i Badenes. César Rodríguez, zwany „Pelucasem”, jest niekwestionowaną gwiazdą drużyny, jej głównym zagrożeniem w ataku. Escolá zbliża się do końca kariery a Mariano Martín, napastnik, zmaga się z poważnymi kontuzjami, a jego udział w rozgrywkach jest niemal symboliczny. Ostatecznie Valencia wygra ligę, mimo że Atlético Madryt – które w styczniu 1947 roku powróci do swojej pierwotnej nazwy, rezygnując z „Atlético Aviación” – wydaje się mieć wszelkie szanse na tytuł mistrza (Barça nie kończy wyżej niż na czwartym miejscu). A Puchar wciąż wymyka się Katalończykom, choć tym razem nie odpadną z drużyną tego samego poziomu, lecz z drużyną z drugiej ligi, która właśnie awansowała do najwyższej, historyczną Gimnàstic de Tarragona, „Nàstic”, która niespodziewanie triumfowała 0-2 w „Les Corts” w pierwszym meczu. Minimalne zwycięstwo Blaugrany w cesarskim mieście okazało się niewystarczające w rewanżu. Sportowe porażki niemal zawsze prowadzą do odejścia menedżera (czasami nawet sukcesy nie gwarantują dalszego zatrudnienia), a dla Samitiera, podobnie jak dla Noguésa trzy lata wcześniej, nadszedł czas pożegnania się z ławką rezerwowych Barcelony. Opuści więc swoje stanowisko, mając na koncie 89 oficjalnych meczów, 51 zwycięstw, 16 remisów i 22 porażki, 182 gole zdobyte i 127 straconych, ze skutecznością 57,3%. Nowy zarząd, pod przewodnictwem Agustí Montala i Galobarta, zastąpi go innym byłym zawodnikiem klubu, Urugwajczykiem Enrique Fernándezem, lewostronnym pomocnikiem o znakomitych umiejętnościach technicznych, którego karierę w Barcelonie przerwała wojna domowa w Hiszpanii. Od tego momentu Samitier został sekretarzem technicznym klubu, a Barça w pełni wykorzystała jego rozległą wiedzę piłkarską i niezaprzeczalne umiejętności interpersonalne tego światowego człowieka, znakomitego eksperta od „public relations”, jeszcze zanim termin ten ukuto. Jednak jego silna osobowość kłóciła się z niektórymi jego następcami na ławce rezerwowych Barçy, począwszy od samego Enrique Fernándeza. Po zwolnieniu Fernándeza na początku 1950 roku (po dwóch kolejnych tytułach mistrzowskich w sezonach 1947/48 i 1948/49), Samitier został „doradcą technicznym” tymczasowego trenera, Ramóna Llorensa, byłego bramkarza i jego kolegi z drużyny w szalonych latach dwudziestych. Jako sekretarz techniczny odniósł kilka ważnych zwycięstw. Pierwszym z nich było odebranie Ladislao Kubali Realowi Madryt w 1950 roku, który był o krok od jego pozyskania. Samitier przekonał Kubalę do wyboru Barcelony a wraz z nim dołączył jego szwagier, urodzony na Słowacji trener Ferdinand Daučik, który przez cztery sezony prowadził Blaugranę. Przychylność „Samiego” przyczyniła się również do zniesienia zawieszenia Lasziego przez federację za ucieczkę z Węgier. W końcu, w kwietniu 1951 roku, gwiazda Europy Środkowej mogła grać w oficjalnych meczach, rozpoczynając – zarówno dla siebie, jak i dla Barcelony – triumfalną passę. W 1953 roku sprowadził do Barcelony kolejny fenomen – Argentyńczyka Alfredo Di Stefano, który wówczas grał dla Millonarios w Bogocie. Jednak ostatecznie transfer ten został udaremniony przez szereg niejasnych okoliczności, które mogłyby z łatwością stać się kanwą znakomitego thrillera, a które historycy Barcelony od 1980 roku uznają za dzieło frankistowskiej „ukrytej ręki” działającej na korzyść interesów Realu Madryt. Aby zrekompensować fiasko z „Blond Arrow”, Samitier „wyłowił” kolejnego wspaniałego południowoamerykańskiego piłkarza, Ramóna Alberto Villaverde a kilka lat później brazylijskiego napastnika Evaristo de Macedo. Obaj odnosili sukcesy w Barcelonie, prezentując fenomenalne występy. Wraz z przyjściem Helenio Herrery na stanowisko menedżera Barcelony w 1958 roku, Samitier ostatecznie opuścił klub, ponieważ energiczny temperament Herrery wymagał od niego większej swobody decyzyjnej, wykraczającej poza przygotowania do pierwszej drużyny (na przykład w kwestiach transferów i premii). Następnie przez pewien czas współpracował ze swoim wielkim przyjacielem Santiago Bernabéu, jednak wkrótce wrócił do Barcelony, do ukochanej drużyny, pełniąc wówczas funkcję nieoficjalnego rzecznika prasowego klubu, dzieląc się swoją ogromną wiedzą piłkarską i ludzką na konferencjach, prelekcjach i wywiadach. Zmarł w Barcelonie 4 maja 1972 roku w wieku 70 lat a jego pogrzeb był szczerym wyrazem publicznego żalu, przyciągając całą hiszpańską społeczność piłkarską na jego ostatnie pożegnanie.

8

Josep Samitier, pierwszy „nowoczesny” trener Blaugrany:

@1LY0
@Adran360
@Bernard777
@Gary
@Kapitan hawk
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@MoralnyKarzel
@Safrani

0

@Pedri16Future Dużo bym za to dał żebym mial tego gwarancje...

0

Tak jest! Ta chalierna Legia dobita! Kapitalnie! Kolejorzu, jesteś WIELKI!

3

"Kolejorzu"!, sympatyczny Kolejorzu, zrób nam tą przyjemność i pokonaj te niezbyt sympatyczną Legie...
Vamos Kolejorz!, vamos a ganar!

9

@FCBparasiempre
26 kwietnia 1910 r. w Moskwie urodził się Wiktor Masłow, piłkarz, trener, wizjoner futbolu. Szarża Ajaksu Amsterdam do półfinału Ligi Mistrzów 2018/19 skradła serca kibiców. Młodzi piłkarze zaskoczyli doświadczonych kolegów, nie pozwalając im utrzymać się przy piłce – Real Madryt miał problem, aby wyjść z własnej połowy. Holendrzy stosowali intensywny pressing – element wymyślony przez Wiktora Masłowa, zapomnianego wizjonera futbolu. Walery Łobanowski i Rinus Michels dali podwaliny współczesnej piłce nożnej. Ich wkład w grę został doceniony po latach. Mało kto pamięta jednak o protoplastach nowoczesnego futbolu, na których bazowali sami rewolucjoniści. Ludziach, takich jak Wiktor Masłow. ,,Zawsze zastanawiało mnie to, dlaczego nazywają go dziadkiem. Piłkarze, których prowadził, mogli być jego synami, ale nie wnukami. Myślę, że przydomek odnosił się raczej do jego sposobu bycia i wyglądu. Do słusznej postawy, łysej głowy, krzaczastych brwi, ale też do ogromnej mądrości, która go cechowała. Był uczciwym i dobrym człowiekiem”– wspominał po latach swojego byłego trenera Mychajło Koman. Masłow był otwarty dla graczy. Byli dla niego przede wszystkim ludźmi, dopiero później piłkarzami. Ufał im, a oni odpłacali mu tym samym. Był jednak kategoryczny w swoich sądach. Jeśli ktoś mu podpadł, nie miał szans na rehabilitację. W konflikcie znaczenia nie miała nawet klasa zawodnika. Przekonał się o tym Eduard Strielcow, gwiazdor prowadzonego przez Masłowa Torpedo Moskwa. W 1958 roku, po budzącym kontrowersje procesie, został skazany za gwałt. Trener się za nim nie wstawił, a piłkarz trafił do łagru na dwanaście lat. Podobne doświadczenia z Masłowem miał sam Łobanowski. Wiodący wówczas gracz Dynama Kijów miał odmówić wypicia toastu za sukces drużyny, czym podpadł trenerowi. Dalsze tarcia i napięcia pomiędzy oboma panami poskutkowały odejściem młodszego z nich. Łobanowski przeszedł do Czornomorca Odessa. Masłow był uznanym zawodnikiem. Stanowił o sile przedwojennego Torpedo. Był jedną z gwiazd nowo powstałej ligi radzieckiej. Po zakończeniu kariery, jeszcze w trakcie II wojny światowej, został pierwszym trenerem zespołu. W Moskwie czuł się doskonale. To tutaj się urodził i wychował. To tutaj osiągał też pierwsze sukcesy. Jako szkoleniowiec dwukrotnie został wicemistrzem Związku Radzieckiego. W latach sześćdziesiątych przyszedł jednak czas na zmiany. Po krótkiej przygodzie w Rostowie nad Donem trafił do Ukraińskiej Republiki Radzieckiej. Dzięki umiejętnemu poruszaniu się po politycznych salonach szybko złapał wspólny język z Wołodymyrem Szczerbyckim. To ówczesny przewodniczący komitetu centralnego ściągnął go do Kijowa. W 1964 roku Masłow trafił na Ukrainę, rozpoczynając najważniejszy etap swojego życia. Miał 54 lata i głowę pełną pomysłów. W ich realizacji pomagał mu... Szczerbycki. Dzięki koneksjom ukraińskiego działacza do Kijowa zaczęli trafiać najlepsi piłkarze z całej republiki. Kusiły ich mieszkania i profity oferowane przez partię. Choć Masłow był ściśle powiązany z kastą rządzącą, potrafił zachować niezależność. Jedną z kijowskich legend przytoczył Jonathan Wilson w książce "Odwrócona piramida". W przerwie meczu do szatni Dynama miał wejść jeden z aparatczyków, chcąc przekazać swoje niezadowolenie z boiskowej postawy zespołu. Masłow miał wyprosić go z szatni, twierdząc, że następnego dnia ma spotkanie z jego szefem i to z nim wyjaśni wszystkie kwestie. "Dziadek" był bowiem dobrym trenerem. Przed każdym spotkaniem krótko instruował graczy, zachęcając ich niczym nadinspektor komisarza Rybę w "Kilerze". – Macie być silni jak lwy, szybcy jak jelenie i zwinni jak pantery – zwykł wołać. Choć plastyczna motywacja przynosiła efekty, za wyniki odpowiadała przede wszystkim taktyka. Masłow widział, w jaką stronę podąża futbol. Coraz więcej zespołów odchodziło od archaicznej formacji WM (3-2-5) wymyślonej przez Herberta Chapmana. Przykładami dla trenera Dynama były węgierska "Złota Jedenastka" oraz mistrzowska Brazylia z 1958 i 1962 roku. Te grały już w systemie 4-2-4, korzystając z czterech obrońców. Masłow postanowił pójść krok dalej. Zdecydował się wycofać wysoko ustawionych skrzydłowych, przesuwając ich do linii pomocy.

Jako jeden z pierwszych zastosował ustawienie 4-4-2. Zmianę formacji dotkliwie odczuł wspomniany wcześniej Łobanowski. Powodem jego odejścia z zespołu nie był wyłącznie konflikt personalny. Dynamo grało bez bocznych atakujących, więc lewoskrzydłowy nie był już potrzebny drużynie Masłowa. Kluczową rolę w zespole przejął rozgrywający. To wokół niego budowano cały zespół. Wszyscy zawodnicy na boisku poruszali się tak, jak chciał tego środkowy pomocnik. By to osiągnąć, gracz na tej pozycji musiał otrzymać pełnię swobody. Oznaczało to więcej pracy dla jego kolegów. Odejście od szerokich ataków na rzecz centralnego rozgrywającego zmusiło Masłowa do kolejnej korekty. Postanowił zrezygnować z używanego dotychczas krycia indywidualnego, zastępując je strefą. Oznaczało to, że piłkarz nie biegał już za wyznaczonym mu rywalem. Asekurował przypisaną mu przestrzeń. Takie rozwiązanie pozwoliło Dynamu na innowacyjną wówczas wymienność pozycji. Obrońca mógł podłączyć się do ataku, wiedząc, że w jego strefę wejdzie inny gracz. Drużyna nie traciła na defensywie, zyskując w ofensywie. Przeciwnik korzystający z krycia indywidualnego mógł być zdziwiony faktem, że atakowany jest przez jednego z obrońców, gdy napastnik stoi przy linii środkowej. Zmiana systemu bronienia otworzyła kolejną szufladkę w głowie Masłowa. Skoro piłkarze nie są przywiązani do wyznaczonego zawodnika, to dlaczego nie mogliby kolektywnie zaatakować newralgicznych stref rywala. Formację 4-4-2 przemodelował tak, by ta przypominała bardziej 4-1-3-2. Nietypową pozycję tuż przed linią obrony zajął Wasyl Turianczuk. Jak pisał Wilson stał się tym samym jednym z pierwszych defensywnych pomocników w historii. Jego zadaniem było bowiem aktywne odbieranie piłki od przeciwnika. Turianczuk miał atakować przeciwnika, nie bacząc, w jakiej ten znajduje się strefie. Swoimi ruchami miał dawać sygnały całej drużynie, by ta dołączała do jego prób. Dynamo Kijów połowy lat sześćdziesiątych jako jeden z pierwszych zespołów na świecie zaczęło korzystać z pressingu. Taka gra nie spodobała się moskiewskiej prasie. Ta miała skrytykować styl gry Masłowa słowami – "Nie chcemy takiej piłki". Gracze Dynama atakowali bowiem kolektywnie, utrudniając grę rywalowi. Efekty były doskonałe. Dzięki obronie strefowej i pressingowi Dynamo było bardzo trudnym przeciwnikiem. Rywale nie mogli poradzić sobie ze skomasowanymi atakami, często oddając pole gry. Drużyna Masłowa zaczęła tracić coraz mniej bramek. By grać w tak aktywny sposób gracze Dynama musieli być znakomicie przygotowani fizycznie. Motoryka to kolejny element, na który Masłow kładł ogromny nacisk. ,,Był pierwszym trenerem Dynama, który dbał o przygotowanie piłkarzy. Nie Łobanowski, jak zwykło się mówić a Masłow zmienił podejście do tego tematu– mówił Wołodymyr Muntian. Robił jednak wszystko to, co uważał za słuszne. Łobanowski do przygotowań wprowadził za to badania naukowe”– dodał. Choć Masłow był twórcą wielkiego Dynama, komunistyczne władze nie uszanowały jego dorobku. Gorsze wyniki z sezonu 1969/70 przekreśliły piękną kartę, którą zapisał w zespole z Kijowa. Przed meczem z CSKA do delegacji zespołu dołączył jeden z działaczy partyjnych. Tuż przed spotkaniem, na zebraniu w Hotelu Rosja, ogłosił drużynie, że Masłow nie jest już trenerem zespołu. Szkoleniowiec nie poprowadził Dynama w meczu z CSKA. Cały mecz obejrzał z trybun, po czym po prostu został w Moskwie. W latach siedemdziesiątych prowadził jeszcze jego ukochane Torpedo i ormiański Ararat Erywań, ale nigdy nie powtórzył już osiągnięć z Dynama. Zmarł 11 maja 1977 roku, pozostawiając schedę, z której czerpali najwięksi. Nie tylko pracujący z nim Łobanowski, ale także Rinus Michels. Masłow dał bowiem podwaliny futbolowi totalnemu stosowanemu przez Ajax nie tylko w latach siedemdziesiątych ale i obecnie.

10

@FCBparasiempre
Tym razem odniosę się do antagonizmów między dwoma najbardziej reprezentatywnymi drużynami Barcelony, które pojawiły się już kilka lat po rozpoczęciu rozgrywek, dokładnie wtedy, gdy drużyna Espanyolu upadła a część jej zawodników schroniła się w szeregach X Sporting Club, na początku 1906 roku. Katalońska piłka nożna podupadała a nieliczne kluby, które jeszcze przetrwały, pogrążyły się w kryzysie. Przyjaźń i pozytywna atmosfera, które panowały we wczesnych latach istnienia Związku Klubów Piłkarskich, ustąpiły miejsca klimatowi ciągłego napięcia i wewnętrznych zmagań, które doprowadziły do upadku federacji. Pod koniec tego samego roku została ona zastąpiona przez Katalońską Federację Piłkarską, której prezesem został Isidro Lloret, człowiek, który szczycił się publicznym wyrażaniem swojej głębokiej niechęci do FC Barcelony i przenoszeniem jej na innych członków zarządu. Przejawiało się to w ciągłych i arbitralnych decyzjach, które prowokowały ciągłe spory i sprzeciwy w klubach. To właśnie za jego fatalnych rządów Klub X zdominował katalońską ligę, zawsze owianą kontrowersjami, które ostatecznie odbiły się szerokim echem w październiku 1908 roku. Odejście Isidro Lloreta nieco uspokoiło sytuację, ale pozostawiło Federację w całkowitym chaosie, a kluby na skraju upadku. FC Barcelona została uratowana dzięki cudownej interwencji jej założyciela, Hansa Gampera, co zbiegło się z ponownym pojawieniem się Club Deportivo Español, powstałego z połączenia drużyny Jiu-Jitsu(z niektórymi członkami, którzy byli członkami starego klubu) i X Sporting Club, którego znakomity pan Lloret został wiceprezesem nowego, niebiesko-białego podmiotu. Oba kluby przeżyły odrodzenie, a rywalizacja zaostrzyła się, przenosząc się z biur federacji na boiska i trybuny, osiągając dramatyczny poziom w sezonie 1911/12. Dysydenci FC Barcelony, którzy dołączyli do Espanyolu(bracia Wallace, Massana i Comamala) przyczynili się do podsycenia tej rywalizacji, której kulminacją były mecze rozegrane między obiema drużynami w ramach Pucharu Ciudad-La Riva, zorganizowanego przez prezydium Espanyolu 24 i 25 marca 1912 roku. Oprócz wyniku sportowego, który był podwójnie korzystny dla Espanyolu, należy podkreślić brutalną grę zawodników, graniczącą z brutalnością. Ta postawa udzieliła się niektórym kibicom i kibicom rywali, którzy wdawali się w ciągłe i haniebne bójki. Incydenty podczas tego podwójnego starcia były tak liczne i brutalne, że zaledwie kilka dni później zarządy obu klubów przesłały prasie oświadczenia, ogłaszając zerwanie więzi i odmowę ponownego spotkania się w rozgrywkach o mistrzostwo piłkarskie. Incydenty te miały znaczący wpływ na ostateczny wynik Mistrzostw Regionalnych, ponieważ Barcelona odmówiła rozegrania meczu na stadionie Espanyolu, co zakończyło się walkowerem i tytułem mistrza dla Espanyolu. W kolejnym sezonie doszło do rozłamu w federacji w ramach Związku Klubów, na czele którego stała FC Barcelona, podczas gdy Espanyol pozostał w Hiszpańskiej Federacji Piłkarskiej. W rezultacie nie udało im się zmierzyć ze sobą w Mistrzostwach Regionalnych ani w Mistrzostwach Hiszpanii, ale spotkali się w Pucharze Francusko-Hiszpańskich Pirenejów. Mecz półfinałowy odbył się 6 kwietnia i był ich pierwszym spotkaniem od incydentów z poprzedniego roku, a tym razem nie obyło się bez kontrowersji. Rozegrany na boisku Barcelony mecz zakończył się zasłużonym zwycięstwem Espanyolu 3:1 ale to zwycięstwo okazało się niewystarczające. Barcelona zgłosiła Komitetowi Organizacyjnemu włączenie angielskich zawodników Barretta, Darleya i Harrissona do swojego składu, co zostało uznane za niedozwolone. W rezultacie Barcelona zakwalifikowała się do finału, który następnie wygrała z francuską drużyną Comette et Simiot. W kolejnych latach, wraz z ustanowieniem pokoju w piłce nożnej i pod auspicjami nowej federacji narodowej, założonej we wrześniu 1913 roku, Deportivo Español, noszące teraz oznaczenie „Real” (Królewski), oraz FC Barcelona wznowiły rozgrywki bez większych incydentów. Jednak wkrótce rozgoryczeni kibice Espanyolu mieli okazję do odwetu na sąsiadach, co zapoczątkowało tzw. „aferę Garchitoreny”. Garchitorena był wyjątkową postacią pochodzenia baskijskiego, który dołączył do FC Barcelony po rozegraniu dwóch meczów towarzyskich w maju 1916 roku i z nim Blaugrana rozpoczęła rozgrywki regionalne. Tuż przed Bożym Narodzeniem Barcelona pokonała Espanyol 3:0 ale gdy tylko mecz, naznaczony incydentami, dobiegł końca, Espanyol zaprotestował przeciwko wynikowi, twierdząc, że Garchitorena wystawił nieuprawnionego zawodnika. Sprawa została rozpatrzona przez delegatów Federacji Katalońskiej, a Espanyol przedstawił niezbędne dokumenty. Ostatecznie ustalono, że argentyńskie obywatelstwo Juana Garchitoreny zostało udowodnione i że z powodu zakazu wystawiania zagranicznych zawodników nie mógł on uczestniczyć w rozgrywkach. Było również jasne, że Barcelona nie wiedziała, że rejestracja zawodnika została przeprowadzona na podstawie sfałszowanej hiszpańskiej dokumentacji. Biorąc pod uwagę że FC Barcelona wcześniej zezwoliła Espanyolowi na zarejestrowanie dwóch zawodników poza okresem rejestracji, wydawało się, że sprawa nie będzie miała dalszych konsekwencji i została rozwiązana.

Wbrew oczekiwaniom, Espanyol nie zamierzał jednak odwdzięczyć się i zażądał punktów z przegranego meczu, namawiając Sabadell, Universitari i Atlètic do pójścia w jego ślady i domagając się od Barcelony oddania walkowerów. Propozycja ta została zaakceptowana przez Federację a kataloński klub został wyeliminowany z walki o tytuł. Espanyolowi ostatecznie nie udało się zdobyć tytułu, pomimo „wspaniałej” gry, i niewątpliwie wiedzieli o narodowości Garchitoreny przed rozpoczęciem turnieju, ale postanowili zgłosić sprawę po porażce. Pozostaje pytanie, co by się stało, gdyby wygrali ten mecz; mogliby poczekać do drugiej rundy. Nawiasem mówiąc, Garchitorena pozostał związany z klubem do końca sezonu, grając w licznych meczach towarzyskich, a w kolejnych latach bardzo sporadycznie. Jego życie osobiste było jednak dość osobliwe: pił whisky, był prawdziwym playboyem początku XX wieku i zawsze ubierał się i wyglądał jak model, a nawet odmawiał strzelenia gola głową na błotnistym boisku, aby nie zniszczyć sobie fryzury. Nic dziwnego, że później poświęcił się filmowi, mniej brutalnemu zawodowi, w którym odniósł pewien sukces pod pseudonimem Juan Torena i miał kilka znanych romansów, jeden z nich(jak głosi legenda) z aktorką Myrną Loy. Relacje między dwoma klubami ponownie stały się napięte a na boisku dominowały przemoc i incydenty. W sferze społecznej klub musiał również stawić czoła kampaniom oszczerstw, takim jak złośliwe oskarżenia o bycie orędownikiem antykatalonizmu, wysuwane pod adresem Espanyolu w okresie rozkwitającej autonomii Katalonii. Tymczasem po stronie przeciwnika klub musiał stawić czoła intrygom rywali, którzy oskarżali go o „germańskość”, gdy rany po I wojnie światowej były jeszcze świeże. Sytuacja zaostrzyła się do tego stopnia, że trzeba było zorganizować kilka meczów z drużyną o nazwie Alianci, swego rodzaju wojskową drużyną gwiazd, złożoną z Anglików, Francuzów i Belgów. Nawiasem mówiąc, w drugim z tych meczów debiutowali w barwach Barcelony José Samitier i Ricardo Zamora. Zamora, młody talent Espanyolu, który odegrał kluczową rolę w zwycięstwie klubu w Mistrzostwach Katalonii w 1918 roku, teraz wykonał dramatyczny ruch, podpisując kontrakt z odwiecznym rywalem. Początek lat dwudziestych XX wieku przyniósł schyłek formy piłkarskiej Espanyolu i początek złotej ery FC Barcelony, naznaczonej dwoma tytułami Copa del Rey w ciągu trzech lat. Blaugrana wykorzystała tę znakomitą passę, aby upokorzyć rywali w sezonie 1921/22, pokonując ich 9:0 na ich własnym boisku. Następnie udała się na stadion Industria na mecz rewanżowy, zdeterminowana, by pobić ten wynik, co osiągnęła, wygrywając 10:0! Wynik mógł być jeszcze wyższy, gdyby tego chcieli, ale to zwycięstwo skazało Espanyol na baraż o utrzymanie. Podwójne zwycięstwo nad España FC i przyjście Genaro de la Rivy na stanowisko prezesa Espanyolu pozwoliły im przezwyciężyć kryzys. Udało im się również przekonać Ricardo Zamorę do powrotu do Espanyolu z pokaźną sumą 25 000 peset i niemal pozyskać jego bliskiego przyjaciela Samitiera, który ostatecznie zdecydował się pozostać w Barcelonie. Powrót Zamory do Espanyolu wywołał kolejną batalię prawną między dwoma klubami, która trwała przez cały sezon 1922/23. FC Barcelona domagała się prawa do zatrzymania bramkarza, potępiając jego odejście i powołując się na podwójny kontrakt a Federacja Katalońska zawiesiła bramkarza na rok. Sprawa została następnie skierowana do Komitetu Narodowego, który, w obliczu odmowy Zamory gry w reprezentacji przeciwko Portugalii, uchylił orzeczenie Federacji Katalońskiej i zezwolił mu na grę w Championship. Jednak po apelacji federacji regionalnej, Komitet Narodowy uchylił swoją poprzednią decyzję i orzekł na korzyść FC Barcelony, nakazując powtórzenie meczów, które Espanyol wygrał lub zremisował z Zamorą na boisku, oraz zakazując mu gry w barwach klubu, nawet w meczach towarzyskich, chyba że udzieli pozwolenia w Barcelonie, co nastąpiło niemal pod koniec sezonu. Mecz CD Europa z Espanyolem, który zakończył się remisem, musiał zostać powtórzony. Paradoksalnie, wynik był niekorzystny dla FC Barcelony, gdyż drużyna Gràcia wygrała 4:1. Dzięki dwóm zdobytym punktom udało im się wymusić tie-break z Blaugraną, który rozstrzygnął o tytule. Europa wygrała ten mecz rozgrywany w Gironie 1:0 i została mistrzem regionu a następnie awansowała do finału hiszpańskiej ekstraklasy. Aby zakończyć tę opowieść o zaciętej rywalizacji między dwoma odwiecznymi rywalami Barcelony, której nie będę przedłużać poza pierwsze 25 lat ich historii, warto podkreślić, co wydarzyło się 23 listopada 1924 roku na niedawno zainaugurowanym stadionie Les Corts podczas szóstego meczu mistrzostw regionalnych, smutno nazwanego „derbami małej zmiany”. Długo wyczekiwany pojedynek otoczony był nieopisanym podekscytowaniem i nacechowany namiętną i wrogą atmosferą, która wybuchła już po sześciu minutach po brutalnym faulu Saprissy z Espanyolu na Alcántarze, który musiał opuścić boisko z powodu kontuzji. Od tego momentu trwała nieustanna wymiana ciosów, kopnięć i ataków, które przenosiły się na trybuny między radykalnymi członkami obu drużyn.

Kulminacja nastąpiła, gdy Samitier agresywnie zareagował na poprzednie pchnięcie Caicedo a sędzia, Pelayo Serrano z Vizcaya, nakazał wykluczenie zawodnika Barcelony z boiska w trakcie gwałtownej bójki i wymiany ciosów między zawodnikami a kibicami. Krótko po wznowieniu meczu, gdy w polu karnym gości padł rzut rożny, kibice w tym sektorze zaczęli rzucać monetami i kamieniami w sędziego, który za pośrednictwem delegata ostrzegł, że zamierza przerwać mecz, jeśli bójka będzie kontynuowana. Groźba ta nasiliła się kilka minut później, gdy sędzia zasygnalizował przerwę i udał się do szatni, gdzie w końcu ogłosił swoją decyzję. To był czas dyktatury, a wśród kibiców panowało ogromne napięcie. W kolejnych dniach zarządy obu drużyn zapełniły gazety wszelkiego rodzaju oświadczeniami, a Federacja, po kilkugodzinnych obradach, zdecydowała o powtórzeniu meczu, ale władze wojskowe odmówiły. Osiągnięcie porozumienia zajęło kilka tygodni i ostatecznie postanowiono rozegrać mecz za zamkniętymi drzwiami, co było wydarzeniem bezprecedensowym w tamtych czasach, w którym mogli uczestniczyć tylko przedstawiciele Federacji, dyrektorzy i dziennikarze. Co ciekawe, Samitierowi pozwolono zagrać, ponieważ po miesięcznym zawieszeniu, do czasu rozegrania powtórki 15 stycznia, odsiedział już karę. Szara atmosfera i grobowa cisza trybun utrudniły grę Blaugrany, która pozwoliła rywalowi zdobyć dwa punkty dzięki pojedynczej bramce Zabali, ale Barcelona wzięła rewanż w drugiej rundzie i dokonała spektakularnego powrotu, pokonując Espanyol dzięki pojedynczej bramce zdobytej w genialnym momencie przez Samitiera, co dało jej tytuł mistrzowski.

7

Intrygi, zagrywki i sztuczki w rywalizacji z odwiecznym wrogiem:

@1LY0
@Adran360
@Bernard777
@Gary
@Kapitan hawk
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@MoralnyKarzel
@Ogorinho1974

8

@FCBparasiempre
26 kwietnia 1920 r. urodził się Stanisław Baran, pomocnik/boczny obrońca. Był w kadrze na mistrzostwa świata w 1938 roku, zagrał w drużynie narodowej w słynnym meczu z Węgrami w ostatnią przedwojenną niedziele. Najlepsze piłkarskie lata zabrała mu niemiecka okupacja ale potem zdążył jeszcze zostać legendą ŁKS, z którym zdobył mistrzostwo kraju. Jest jednym z trzech piłkarzy(obok Szczepaniaka i Jabłońskiego), którzy wystąpili w ostatnim przed wojną i pierwszym po wojnie meczu reprezentacji Polski, lecz przecież nie to czyni go zawodnikiem wyjątkowym. Stanisław Baran doskonale wiedział czego od sportu chce i był w stanie temu wiele poświęcić. Podejmował trudne, często dramatyczne decyzje a jednak na koniec życia miał prawo powiedzieć że warto było się męczyć i ryzykować. ,,Jest jedną z legend naszego klubu. Zasłużył sobie na wielki szacunek każdego kibica”- zapewnia Jacek Bogusiak, kustosz tradycji ŁKS. Baran pochodził z Podkarpacia, w piłke uczył się grać w Resovii ale gdy miał 17 lat ruszył w Polskę. ,,Mówiąc wprost: uciekł z domu, zresztą ze swoim o 2 lata starszym kolegą Tadeuszem Hogendorfem. Dojechali do stolicy i tam się zgłosili do Warszawianki. Musieli być nieźli bo szybko zapadła decyzja że warto ich zatrzymać w klubie”- opowiada Bogusiak. Warszawianka natomiast była już drużyną z elity. Stanisław zaczął w niej grać jako żółtodziób, razem z Hogendorfem, mając za kolegów byłych reprezentantów Polski: Sroczyńskiego, Jokscha, Kniołę, Smoczka a nade wszystko olimpijczyka z Berlina Henryka Martyne. Baran migiem zaistniał w nowej rzeczywistości. W ekstraklasie debiutował 24 kwietnia 1938 a już na początku czerwca był z reprezentacją Polski na mistrzostwach świata we Francji! Z Brazylią jednak nie zagrał ale zbierał cenne doświadczenie. Natomiast pierwsze minuty w kadrze zaliczył jako 19-latek w ostatnim przedwojennym meczu z Węgrami w Warszawie. Cenił go kapitan związkowy Józef Kałuża. Mocno zachwalał też trener Alex James., były reprezentant Szkocji i wieloletni zawodnik Arsenalu, zaproszony przez polską federacje do pomocy w tworzeniu nowej drużyny narodowej. Prowadził treningi ale też jeździł po Polsce i wypatrywał piłkarzy, których warto sprawdzić w kadrze. Miał skale porównawczą. Wprawdzie nazwisko Barana w notesie Kałuży pojawiło się już wcześniej, to jednak Szkot podobno przy każdej okazji zachwalał walory prawoskrzydłowego Warszawianki. Do tego przekonania doszedł podczas zajęć z reprezentantami. Encyklopedia Piłkarska Fuji donosi iż ,,James był zachwycony fenomenalną koordynacją ruchową młodego gracza, co zapewne było następstwem jego ogólnej sprawności fizycznej bo uprawiał wiele konkurencji lekkoatletycznych”. To miał być człowiek, który bez wątpienia za chwile będzie kluczową postacią reprezentacji. Wszystkie prognozy brutalnie przekreśliła wojna. Pan Stanisław stracił najlepsze piłkarskie lata. Po wojnie Barana wywiało nad morze, zresztą znowu w towarzystwie Hogendorfa. Zaczeli grać w Baltii Gdańsk, poprzedniczce dzisiejszej Lechii ale najwyraźniej ŁKS był im pisany. Do Łodzi sprowadził ich Lucjan Zapędowski, nieformalny sponsor ŁKS, który robił wszystko by skompletować silną piłkarską ekipe. Zapędowski załatwił im prace w elektrowni, zadbał by mieli co jeść i mogli grać w piłke. Więc oni grali i robili to coraz lepiej, tak jakby nie zauważali że zbliżają się do trzydziestki. Encyklopedia Piłkarska wytypowała Barana do najlepszej drużyny złożonej z polskich piłkarzy za lata 1945-52. W ŁKS był kimś więcej niż zwykłym zawodnikiem podstawowej jedenastki. Dla młodych stawał się autorytetem z ciekawą także przedwojenną przeszłością. ,,Panowie – kapelusze z głów! Tak grają Rycerze Wiosny”- pisał ,,Przegląd Sportowy”, gdy w kwietniu 1957 ŁKS w drugiej ligowej kolejce wygrał w Zabrzu z Górnikiem 5:1! a przecież przegrywał w 30 minucie 0:1, na dodatek od tego momentu musiał grać w 10-tke bo kontuzji doznał jeden z zawodników a przepisy nie pozwalały na wprowadzenie gracza rezerwowego. Nie miało to jednak żadnego znaczenia a wręcz natchnęło gości do kosmicznej gry. ,,ŁKS dokonał w Zabrzu naprawdę huzarskiej sztuki”- napisał w relacji ,,PS”. To był kapitalny mecz ełkaesiaków, najlepsza godzina w dziejach klubu. ,,Tak grająca drużyna mogłaby się pokazać na każdym boisku świata”- komplementował zwycięzców węgierski trener gospodarzy Zoltan Opata. Właśnie wtedy pojawił się ,,rycerski” przydomek, który już na zawsze przylgnął do łódzkiej drużyny. Najbardziej zapracował na niego Baran, który wtedy miał… 37 lat! Wcześniej bywał już ustawiany bliżej swojej bramki ale w nowym sezonie trener Król przywrócił go do formacji ofensywnej. A Baran grał tak, jakby znowu się narodził. Po zabrzańskim boisku hasał niczym młodzieniaszek. W takim meczu strzelił 4 gole! ,,Mecz w Zabrzu był pięknym benefisem strzeleckim pana Stanisława, jedynego ligowca, który grał jeszcze w przedwojennych mistrzostwach. Baran był żywym przykładem dla młodych piłkarzy, jak należy grać i jak należy strzelać”- zachwycał się ,,Przegląd Sportowy”. ,,Kilka dni później w Łodzi odbył się prestiżowy, towarzyski mecz z mistrzem Austrii Rapidem Wiedeń. ŁKS wygrał 2:1 a Baran zdobył zwycięskiego gola. Miał swój wielki czas, kibice najchętniej nosiliby go na rękach”- opowiada Bogusiak. Stanisław Baran był w świetnej formie a skoro tak dobrze mu szło, to otwarcie deklarował gotowość powrotu do reprezentacji. Ostatni raz zagrał w niej w 1950, zresztą tak jak zaczął czyli znowu z Węgrami. W przeciwieństwie do przedwojennego zwycięstwa tym razem świetna ekipa Madziarów z kapitanem Puskasem przećwiczyła Polaków na stadionie Wojska Polskiego(5:2). W Warszawie Baran zagrał tylko w pierwszej połowie, po przerwie zastąpił go dobry znajomy Marian Łącz. No i po 7 latach 37-letni weteran znowu zgłaszał akces do kadry. ,,Byłoby to dla mnie duże wyróżnienie, gdyby władze naszego piłkarstwa, nie mając nikogo lepszego, pozwoliły mi jeszcze przywdziać koszulke z Białym Orłem. Nie ukrywam iż przyjął bym to wyróżnienie z największą radością. Ze swej strony dołożyłbym wszelkich starań aby godnie wypełnić ten wielki obowiązek”- deklarował na łamach ,,PS”. Jednak nic z tego, powołania nie dostał. Jego reprezentacyjny licznik zablokował się na 9 występach, każdy z nich był grą towarzyską. Za to w lidze ciągle potrafił błyszczeć. Porównywano go do Stanleya Matthewsa. Słynny w tamtych czasach reprezentant Anglii, również prawoskrzydłowy był od Polaka 5 lat starszy i ciągle wyczynowo grał w piłke. Pan Stanisław deklarował że boiskową długowiecznością postara się dotrzymać mu kroku ale tego ambitnego zadania nie zdołał wykonać. Piłkarska emerytura oznaczała płynne przejście do innych zajęć. Zresztą już jako zawodnik zajmował się pracą trenerską gdzie prowadził m.in. Włókniarza Pabianice. Stanisław Baran trafił do wielkiej historii ŁKS a potem do końca życia był jego wiernym kibicem. Zmarł w wieku 73 lat, został pochowany na łódzkim Starym Cmentarzu. Dla kibiców ŁKS stał się jednym z najważniejszych symboli sportowej świetności ukochanego klubu.

12

Festiwal goli w starciu z ,, Los Rojillos”:

26 kwietnia 2017 r. FC Barcelona rozgromiła Osasunę Pampeluna 7:1 w ramach 34 kolejki Primera Division. Dwa gole do swojego pokaźnego dorobku strzeleckiego dodał Lionel Messi. Z bardzo dobrej strony pokazali się także piłkarze, którzy od początku sezonu byli krytykowani na Camp Nou. Po wygranym Klasyku z Realem Madryt trener Luis Enrique zdecydował się na 5 roszad w podstawowej jedenastce i zmianę systemu na 3-4-3. Jednym z piłkarzy, który nie padł "ofiarą" rotacji był Lionel Messi. Argentyńczyk był bohaterem El Clasico a w doliczonym czasie gry zdobył gola na 3:2. Był to gol numer 500. w barwach FC Barcelony. Kolejne pół tysiąca Messi otworzył już w 12. minucie meczu z Osasuną. Napastnik przejął piłkę na połowie rywala, błyskawicznie pobiegł w pole karne i po sprytnej podcince trafił do siatki. W trakcie starcia z Realem Madryt Luis Enrique przeprowadził tylko jedną zmianę. W końcówce na boisku pojawił się Andre Gomes, który za swój występ zebrał bardzo dobre recenzje. W ramach nagrody, portugalski pomocnik zagrał również w środku tygodnia i po pół godzinie podwyższył rezultat, wykorzystując asystę Ivana Rakiticia. Tuż po zmianie stron niespodziewanie kontaktowego gola zdobyli goście a świetnie z rzutu wolnego przymierzył Roberto Torres. Trafienie tylko zmotywowało Barcelonę do podkręcenia tempa. "Duma Katalonii" w ciągu 10 minut zdobyła bowiem... 4 gole! Strzał Gerarda Pique w słupek skutecznie dobił Andre Gomes. Portugalczyk w poprzednich 41 meczach w barwach Barçy zdobył… 1 bramkę i przeciwko Osasunie potroił swój dorobek. Dla 23-latka, który jest łączony z opuszczeniem Camp Nou, to zdecydowanie najlepszy okres w sezonie. Chwilę później świetnym strzałem z dystansu popisał się Messi. Argentyńczyk pewnie pędził po koronę króla strzelców (33 gole i 9 bramek przewagi nad drugim Luisem Suarezem). Tuż po trafieniu, przy owacjach na stojąco, opuścił boisko. To nie był jednak koniec strzeleckiego show. Z ostrego kąta do siatki trafił Paco Alcacer a wynik podwyższył Javier Mascherano. Argentyńczyk wykorzystał "jedenastkę" po faulu na Denisie Suarezie i cieszył się z pierwszego trafienia w barwach Blaugrany! Czekał na to aż 319 meczów! W samej końcówce wyczyn Messiego i Gomesa skopiował Alcacer. Były napastnik Valencii minął golkipera i trafił do pustej siatki. Tym samym atakujący, który kilka miesięcy czekał na premierowego gola w koszulce Barcelony, zanotował swój pierwszy dublet w nowym klubie. FC Barcelona wygrała 7:1 i po tej serii spotkań utrzymała się na fotelu lidera Primera Division.

@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
@Sysia11

10

Duma Katalonii w europejskich pucharach:

26 kwietnia 1961 r. FC Barcelona przegrała rewanżowe starcie w Hamburgu z tamtejszym HSV 2:1 w ramach półfinału Pucharu Mistrzów. Honorowego gola uderzeniem głową zdobył w ostatnich sekundach meczu Sandor Kocsis. W pierwszym meczu na Camp Nou Blaugrana wygrała z Niemcami 1:0. Wówczas nie liczyła się zasada zdobytego gola na wyjeździe jako podwójnie liczona. W efekcie UEFA zarządziła rozegranie trzeciego dodatkowego meczu. Jak się później okazało ten ,,honorowy gol” Kocsisa był bezcenny ponieważ Duma Katalonii wygrała ten trzeci mecz, o czym napisze przy okazji właśnie tego dodatkowego meczu(03.05.1961).



@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@Kapitan hawk
@KrychaFCB
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360

12

Wybitne legendy FC Barcelony:

26 kwietnia 1886 r. urodził się Roma Forns, Katalończyk z krwi i kości. Roma Forns w barwach Blaugrany grał jako napastnik w latach 1903-1913. Przeszedł do historii jako pierwszy strzelec gola na ,,Camp de la Industria”(pierwszy własny stadion Barçy). Roma Forns jako pierwszy Kataloński trener prowadził również Dume Katalonii w sezonie, w którym zdobyła pierwsze w historii mistrzostwo Hiszpanii, jednak w marcu 1929 podał się do dymisji wraz z prezydentem Arcadi Balaguerem. Sezon dokończył jako asystent trenera Jamesa Bellamy’ego. Warto dodać że sezon wcześniej Roma Forns(jego pierwszy sezon) zdobył z Blaugraną Puchar Króla, pokonując w meczu finałowym silną wówczas ekipe Realu Sociedad San Sebastian 3:1. Romà Forns był napastnikiem Barcelony w latach 1903–1913. Na swoim koncie ma 224 mecze i 78 bramek. Od 1 czerwca 1924 r. do 13 czerwca 1926 r. pełnił funkcję dyrektora pod kolejnymi rządami Joan Gamper, Joan Coma i Arcadi Balaguer. W historii Barcelony tylko Forns i Gonzalvo II byli piłkarzami, trenerami i menedżerami. W latach 1927–1929 był trenerem pierwszej drużyny Blaugrany na wniosek samych piłkarzy. Był pierwszym katalońskim trenerem w historii klubu, po sześciu Anglikach i dwóch Węgrach. Jako trener przywiązywał dużą wagę do kondycji fizycznej zawodników i gry na skrzydłach, w czasie gdy drużyna Barcelony miała dwóch znakomitych skrzydłowych: Vicença Pierę i Emiliego Sagiego. Z nim na ławce rezerwowych Barça zdobyła mistrzostwo Katalonii i Hiszpanii w sezonie 1927/28. Jeśli chodzi o ligę 1928/29, pierwszą w historii i zakończoną triumfem FC Barcelony, Blaugrana miała dwóch trenerów. Początkowo funkcję tę pełnił Romà Forns, po czym zatrudniono Brytyjczyka Jamesa Bellamy'ego, który pozostał asystentem. Forns zmarł w Barcelonie 25 kwietnia 1942 roku po ciężkiej chorobie, mając zaledwie 56 lat. W tym czasie był zawodnikiem numer 3 w FC Barcelona.

@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@Kapitan hawk
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani

4

@FCBparasiempre
Na własnym boisku Racing wrócił do bardziej ofensywnego stylu gry. „To było jak przeglądanie się w lustrze. Dwie drużyny zwycięzców, 2 zespoły, które wolą atakować niż się bronić"- mówił Cardenas. Po kilkunastu minutach gry Celtic wyszedł nawet na prowadzenie, kiedy Cejas przewrócił w polu karnym szarżującego z lewej strony Johnstona i Tommy Gemmel wykorzystał jedenastkę strzelając tuż przy słupku. „To było straszne ale kibice poderwali nas do walki. Jakbyśmy dostali zastrzyk wiary: »To jest możliwe, wygrajmy ten mecz!«"- kontynuował Cardenas. I 10 minut przed przerwą Norberto Raffo znalazł się za czwórką obrońców Celticu a jego główka po dośrodkowaniu z prawej strony przeszła obok Fallona. McNeill był przekonany że zawodnik Racingu znalazł się na spalonym ale archiwalne filmy z tamtego meczu nie pozwalają jednoznacznie potwierdzić jego zdania. 3 minuty po przerwie między szkockimi obrońcami prześlizgnął się z kolei Cardenas, ładnym strzałem dając gospodarzom prowadzenie. „Kiedy było 2:1 tamci trafili w słupek. Gdyby weszło to byłby koniec ale nie weszło. Zasłużyliśmy na tę wygraną, tak jak oni zasłużyli na zwycięstwo w Glasgow"- wspominał strzelec gola dla Racingu. W dwumeczu był więc remis i tak jak w przypadku trzech poprzednich finałów o losie trofeum musiało rozstrzygnąć dodatkowe spotkanie rozgrywane trzy dni później na „Centenario” w Montevideo. Piłkarze ze Szkocji nie mieli już na ten mecz wielkiej ochoty. „Argentyńczycy zachowywali się jak bandyci. Naprawdę jak prawdziwi przestępcy. Nie miało dla nich znaczenia jakim sposobem sięgną po zwycięstwo"- pisał McNeill. Kiedy drużyna Celticu opuszczała „El Cilindro”, tłum otoczył jej autokar i przy biernej postawie policji zaczął nim kołysać. Jim Craig zapamiętał wołanie któregoś z kolegów siedzących z tyłu, nie był pewien kogo: „Szefie, na Boga oddajmy im ten cały puchar". Johnston był podobnego zdania: Jeśli tak bardzo tego chcą, mówił, trzeba im odpuścić. Wydaje się że nawet zarząd Celticu poważnie rozważał rezygnację z rozegrania trzeciego meczu, w obawie przed dalszą eskalacją przemocy ale manager Jock Stein nie zamierzam ustąpić, chciał żeby Celtic stał się pierwszą brytyjską drużyną która sięgnie po puchar interkontynentalny. Ale i Racing jechał do Montevideo nie wolny od niepokoju o przyjęcie ze strony Urugwajczyków; piłkarze Celticu byli nieświadomi argentyńsko-urugwajskiej rywalizacji równie mocno, jak gracze Racingu rozróżnień między Anglikami i Szkotami. A kiedy drużyna z Argentyny przybyła do Montevideo obawy się ziściły: witający ją urugwajscy kibice grali „candombe". Jak wspominał Cardenas, „o drugiej w nocy Urugwajczycy przynieśli pod nasz hotel sztuczne ognie i hałasowali do rana tak że musieliśmy się przenosić na wyższe piętra. Myślę więc że oni mocno się pomylili w ocenie panującej w Montevideo atmosfery. Z 80 tysięcy widzów tylko 20,25 tysięcy trzymało naszą stronę, reszta była za nimi ale oni zamiast grać tak, jak to zwykle robili, postanowili nas załatwić. Wyszli na boisko nie po to żeby grać ale po to żebyśmy my nie mogli grać, no i w końcu przegrali. Myśmy się już nauczyli co się dzieje z drużyną, która traci głowę. Byliśmy sprytniejsi. Zaczęło się jednak od tego że Celtic wyszedł na boisko z urugwajską flagą i dostał owacje. Myśmy też wyszli z urugwajską flagą(nikt nie chciał jej zresztą nieść) Ale nas wygwizdano. Wiedzieliśmy więc że czeka nas nie tylko mecz przeciwko Celticowi ale też przeciwko trybunom". Wspomnienia piłkarzy Celticu są rzecz jasna całkowicie odmienne. Szkoci zapamiętali na przykład że urugwajska flaga, którą nieśli Argentyńczycy była większa, choć ich z kolei więcej ważyła. Wersja Maschio zgadza się jednak z opowieścią Cardenasa. „Widownia była za Celtikiem, choć przyjechało też 15,20 tysięcy fanów Racingu. Po tym, jako ograliśmy Nacional, Urugwajczycy byli na nas wściekli"- wspominał Maschio. Przed rozpoczęciem meczu Pizzuti pokazał, jak dobrym jest motywatorem i jak świetnie rozumie ludzką naturę. Cardenas opowiada: „Wszyscy zapamiętaliśmy co wtedy mówił. »Musimy dać z siebie wszystko, tak jak dawaliśmy z siebie wszystko w ciągu ostatnich miesięcy. Wygraliśmy Libertadores i dotarliśmy aż tutaj dlatego że pamiętaliśmy o tym aby atakować i proszę, błagam: Nie dajcie się wciągnąć w żadne awantury, nie kupujcie agresywnej taktyki, którą prawdopodobnie zastosują. To Oni zaczną a my musimy być na tyle inteligentni żeby nie dać się sprowokować«. No i tak to właśnie wyglądało. Zamiast grać, tamci zaczęli nas kopać. Jedyny, który nie potrafił zrealizować planu trenera był Basile, który ostro sfaulował jednego z rywali. Spóźnił się ze wślizgiem i naprawdę mocno go zahaczył. Zobaczyliśmy, jak sędzia biegnie żeby wyrzucić go z boiska i zaczęliśmy krzyczeć do Basile: »Weź go! Hijo de puta, weź któregoś ze sobą!«. Więc Basile sprowokował jakiegoś Szkota, który odpowiedział na zaczepkę i w końcu obaj wylecieli. Gdyby nie wziął któregoś ze sobą mielibyśmy kłopot".

Filmy z meczu i świadectwo piłkarzy Celticu są o tym, że rzeczywistość była bardziej dostępna. Po serii drobnych incydentów w pierwszej fazie meczu paragwajski sędzia w poczuciu że sytuacja wymyka mu się spod kontroli wezwał obu kapitanów i zapowiedział że przy następnym złamaniu przepisów usunie Basile i Lennoxa, najwyraźniej niezależnie od tego, kto będzie rzeczywistym winowajcą. Argentyńczyk chętnie wchodził w zwarcia ale dlaczego arbiter wybrał Lennoxa, względnie spokojnego gracza Szkockiej ofensywy, wydaje się trudne do pojęcia. Tak czy inaczej kiedy faul Basile doprowadził do bójki między zawodnikami obu drużyn na środku boiska, arbiter usunął Argentyńczyka i Szkota. Lekko oszołomiony Lennox zszedł za linię boczną ale Stein natychmiast wypchnął go z powrotem. Arbiter usunął go więc po raz kolejny, na co Stein po raz kolejny polecił mu powrót na murawę. Dopiero za trzecim razem, kiedy policjant z wyciągniętą szablą zagrodził mu drogę piłkarz Celticu zrezygnował z prób kontynuowania gry. Wkrótce dołączył do niego Jimmy Johnston, który wymachiwał rękami na znak protestu po tym, jak ciągnięto go za koszulkę. „Piłkarz, na którym od początku meczu skupiała się cała agresja przeciwników - napisał później Francois Thebaud we francuskiej gazecie »Le Mirror des Sports«, stał się ofiarą człowieka, którego celem miało być chronienie zawodników przed oszustami i brutalami. W życiu nie widziałem również szokującej decyzji". W końcu wyleciał środkowy napastnik John Hughes za faul na Cejasie. „Najdziwniejsze jest to - opowiadał potem - że kiedy znalazłem się tuż przy bramkarzu przeleciało mi przez głowę: »Jeśli go huknę nikt tego nie zauważy«, chociaż mecz oglądało 80 000 ludzi i nagrywało kilka kamer". „Huknięcie" zresztą nie wystarczyło bo w ślad za nim poszedł cios kolanem. „Big Jock" zapytał mnie potem co mi przyszło do głowy a ja byłem na tyle głupi żeby mu powiedzieć. Łatwo sobie wyobrazić jak zareagował". Upiekło się natomiast Gemmelowi, który w trakcie kolejnej awantury kopnął Maschio, jak później opowiadano „w jaja", ponoć dlatego że został wcześniej opluty. Sędzia zdecydował natomiast o usunięciu Aulda i Rullego, choć ten pierwszy został na boisku do końca po prostu dlatego że... odmówił zejścia. Był to(jak sam później opowiadał) najlepszy dowód na to, jak daleko mecz wymknął się spod kontroli arbitra. „W przerwie byliśmy już pewni że ich mamy. Pizzuti zawsze mi mówił że jestem bardzo dokładny. »Musisz strzelać(zachęcał mnie często) bo potrafisz to robić celnie«. Wcześniej zmarnowałem już dwie okazje i miałem poczucie że jedyny sposób na strzelenie gola w tym meczu to uderzenie z dystansu"- wspominał Cardenas. Tak właśnie padł go, który naznaczył całą jego karierę, przyćmiewając wszystko, czego dokonał w ciągu 16 lat gry w piłkę i, jak można podejrzewać także po tym, jak w 1976 roku zawiesił buty na kołku. Biuro Cardenasa jest urządzone niezwykle spartańsko ale zaaranżował je tak że gdy podnosi wzrok znad biurka, patrzy na obraz przedstawiający jego chwilę uchwały. Na ścianie wiszą dwa oprawione w ramki wycinki. Pierwszy to artykuł z „El Grafico” analizujący zarówno samego gola, jak i jego znaczenie dla argentyńskiej piłki ilustrowany diagramem przedstawiającym poprzedzającą go akcję. Drugi to fotografia z wydanego przez „El Tiempo” dodatku „Argentyńscy ludzie roku 1967". Cardenas siedzi tu na krześle, nieco niezgrabnie ubrany w strój Racingu a po jego prawej stronie w jasnoniebieskim kostiumie kąpielowym, szarfie z konkursu piękności i tiarze stoi Mirta Massa, 22-latka, która stała się wówczas pierwszą Argentynką wybraną Miss International. Za nim, z rękami złożonymi na piersi stał komik Alberto Olmedo a po lewej ubrany w coś na kształt angielskiej szaty z aureolą i skrzydłami eksperymentalny aktor Eduardo Bergera Leumann. Zdjęcie to oczywiście wydaje się dziś niezwykle staroświeckie ale przedstawia Cardenasa u szczytu sławy.

Kiedy sam ma opisać tamtego gola, przypomina samolot na autopilocie, wykonujący do znudzenia tę samą czynność. „Zaczęło się od wyrzutu piłki z autu a decyzję o strzale podjąłem bardzo spontanicznie"- opowiada. Mówi o tym, jak znalazł się z piłką na połowie Celticu, jak futbolówka podskoczyła na suchym podłożu a potem, kiedy do bramki pozostawało niecałe 30 metrów, spadła idealnie na jego lewą stopę. „Wiele osób twierdziło że wrzeszczałem »strzelaj, strzelaj!«- relacjonował Maschio. - Ale ja nie powiedziałem ani słowa. To była jego własna decyzja". „Jeśli jesteś zawodowym piłkarzem musisz być dobry. Niektórzy są lepsi, inni gorsi ale wszyscy są dobrzy i każdy musi być zdolny do podejmowania decyzji. Miałem możliwość podania do kolegi ale ponieważ widziałem wracającego obrońcę, który spodziewał się właśnie takiego zagrania, uznałem że lepiej będzie strzelić. Celowałem w okienko i piłka faktycznie pofrunęła w okienko, mijając prawą rękę Fallona i wpadając do bramki tuż pod poprzeczką i tuż koło słupka. To była bramka marzenie. Najpiękniejsze, co mi się w życiu przydarzyło"- opowiadał Cardenas. Był to wszakże specyficzny rodzaj piękna. Rundę honorową piłkarzy Racingu z Pucharem przerwał tłum ciskający w nich najrozmaitszymi przedmiotami, co zmusiło drużynę do wycofania się z powrotem na środek boiska. Widzowie skupili się także wokół szatni, dopiero interwencja policji umożliwiła piłkarzom przejście. W parku otaczającym stadion doszło do bójek między Urugwajczykami i Argentyńczykami. „To było nadzwyczajne widowisko a ja jestem bardzo szczęśliwy. Mamy do czynienia z wielkim zwycięstwem całej Argentyny"- oświadczył generał Ongania. „La Razon" utrzymywał że „Racing przywrócił dni chwały naszej piłki". Urugwajskie gazety, jak można się było spodziewać opisywały mecz w zupełnie innych barwach. „To nie był futbol. To była hańba... Cały mecz był jedną wielką farbą i oszustwem"- czytamy w sprawozdaniu »La Mañana«. Trudno oczywiście kwestionować jakość samego gola Cardenasa albo jego znaczenie dla całej Argentyny, w szczególności zaś dla fanów Racingu. „Najszczęśliwsze chwile w dziejach naszego kraju, niemal zawsze są efektem takich osiągnięć, jak obecny sukces Racingu. W niespokojnym kraju największą radość daje nam Sport"- pisał Carlos Fontanarrosa, redaktor »El Grafico«. Niegdyś piłka nożna miała siłę jednoczenie wszystkich Argentyńczyków, 1967 roku stała się jednym z nielicznych źródeł pociechy. „Minęło tyle czasu, zanim coś znowu wygraliśmy że ludzie zaczęli mówić że gdyby wszyscy kibice Racingu widzieli moją bramkę, mogłoby się zdarzyć że piłka w końcu trafiłaby w słupek"- opowiadał Cardenas. Nic podobnego się jednak nie stało a z kolejnymi latami bez sukcesów tamten gol nabierał coraz większego znaczenia. Podczas gdy kibice Racingu świętowali, fani Independiente wdarli się na ich stadion i spalili 7 czarnych kotów żeby obłożyć klub klątwą. W 1968 roku drużyna przegrała trzymeczowy pojedynek o Mistrzostwo Ligi Nacional z trenowanym przez Giudicego Velezem Sarsfield a w 1969 roku odpadła w półfinale Metropolitano pokonana przez Chacarira Juniors- zaczynał się upadek. W tym samym 1969 roku odszedł Pizzuti po czterech latach i czterech miesiącach pracy(wciąż jest to rekord długości utrzymywania posady trenera Racingu) a fakt że rok później zatrudniono kolejno czterech szkoleniowców a w roku następnym jeszcze trzech, najlepiej świadczy o panującym wówczas zamieszaniu. Ostatnią próbą wyrwania się z przeciętności był rok 1972, kiedy w Metropolitano Racing zajął drugie miejsce po San Lorenzo, po zakończeniu tamtych rozgrywek Cardenas odszedł do meksykańskiej Puebli. Później kryzys pogłębiał się systematycznie i w końcu doszło do spadku z Ligi. Zdesperowani działacze zamówili egzorcystów i zdecydowali o przekopanie murawy w poszukiwaniu kocich szkieletów ale udało się znaleźć jedynie sześć. Na odkrycie szczątków ostatniego zwierzaka trzeba było czekać aż do 2001 roku kiedy stadion został gruntownie przebudowany. W tymże 2001 roku po 34 letniej przerwie Racing znów sięgnął po mistrzostwo kraju. Cardenas wrócił z Meksyku w 1976 roku, rozegrał pożegnalny sezon w Racingu a potem próbował rozpocząć karierę trenerską. Z drużyną General Lamadrid zdołał awansować do trzeciej ligi, prowadził także Deportivo Armenio i All Boys ale wkrótce rzucił futbol I zajął się handlem nieruchomościami. Dla kibiców Racingu pozostał jednak na zawsze człowiekiem, który pokonał Celtic.

Media

Sonda

Której reprezentacji, do której powołany został zawodnik Barcy, kibicujesz?