FCBparasiempre
Dołączył/a: grudzień 2020
Biała Podlaska
33 obserwujących
0 obserwowanych
Której reprezentacji, do której powołany został zawodnik Barcy, kibicujesz?
Komunikat
Polecający
Ładowanie...
Historia komentarza
Ładowanie...
12
Cudowna, (nie)zapomniana remontada Katalońskiej Dumy:
18 kwietnia 2000 r. FC Barcelona doprowadza do fantastycznej remontady na Camp Nou! Dzieje się to w rewanżowym meczu z Chelsea CF w ramach ćwierćfinału Ligi Mistrzów, gdzie Blaugrana ostatecznie pokonuje angielski zespół po dogrywce 5:1! W pierwszym meczu na Stamford Bridge Barça poległa 3:1. W rewanżu gole zdobywali: Figo, Dani, Kluivert oraz dwie Rivaldo. ,,Zagraliśmy perfekcyjny mecz”- podsumował Luis Figo. Kibice przed rewanżem zaprezentowali wspaniałą kartoniadę z wymownym hasłem ,,2:0”. Piłkarze posłuchali a gole Rivaldo i Figo w pierwszej połowie pozwoliły odrobić straty. W 60 minucie Tore Andre Flo popsuł jednak fieste po fatalnym błędzie bramkarza Hespa, który podał mu piłke pod nogi. Na siedem minut przed końcem regulaminowego czasu gry do dośrodkowania przez Guardiole piłki najwyżej wyskoczył rezerwowy Dani Garcia i strzałem głową wyrównał stan dwumeczu. W ostatnich minutach Barça wywalczyła rzut karny, lecz zmarnował go Rivaldo. Doszło więc do dogrywki a w niej świetnym wejściem w szesnastke popisał się Luis Figo, którego faulował Babayaro co zakończyło się czerwona kartką i rzutem karnym. Tym razem Rivaldo był bezbłędny a wspaniały wieczór zwieńczył golem Kluivert.
Wspomnienia jak lawa gorące:
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
3
@FCBparasiempre
Na San Mamés, pomimo kilku nieobecności, Bru zdołał wzmocnić drużynę, dając czas na grę większej liczbie zawodników niż przewidywano w wyjściowym składzie, i zaczął wyczuwać skład finałowej jedenastki. Ostatnie próby odbyły się na boisku Amute w Irun, gdzie Bru otrzymał „pomoc” od Ruete i Berraondo, którzy pełnili rolę sędziów liniowych w pierwszym meczu. Następnie na tym samym boisku rozegrano kolejny mecz, aby Ruete, Berraondo i Bru mogli ostatecznie zdecydować o składzie wyjściowym i rezerwowych. Głównym problemem była presja ze strony każdej federacji i lokalnej prasy w każdym regionie, wskazującej najlepszych zawodników. To, w połączeniu z kwestią dostępnych boisk i decyzją komisji po meczach, sprawiło, że ostateczna kadra składała się z zawodników z Katalonii, Galicji i Basków. W sierpniu z Irun do Antwerpii pociągiem odjechała następująca drużyna: Bramkarze: Zamora (FC Barcelona) i Eizaguirre (Real Sociedad); Obrońcy: Arrate i Carrasco (Real Sociedad), Otero (Real Vigo Sporting) i Vallana (Arenas Club); Pomocnicy: Samitier i Sancho (FC Barcelona), Belauste i Sabino (Athletic Club), Eguiazábal (Real Unión) i Artola (Real Sociedad); Napastnicy: Pagaza (Arenas Club), Vázquez (Racing Ferrol), Moncho i Ramón (Real Vigo Sporting), Sesúmaga (FC Barcelona), Patricio (Real Unión), Pichichi i Acedo (Athletic Club) oraz Silverio (Real Sociedad). Ruete i Berraondo nie pojechali do belgijskiego miasta, więc Bru przejął dowodzenie nad drużyną. Towarzyszyli mu Isidro, kierownik sprzętu, oraz Manuel Lemmel, były piłkarz Barcelony i Espanyolu, który miał pełnić funkcję masażysty i sędziego, ponieważ zarówno on, jak i Bru byli zarejestrowani jako sędziowie w tych samych rozgrywkach. Jedynie Luis Argüello, który przybył kilka dni po reszcie ekspedycji, miał być głównym reprezentantem grupy. Przed meczem otwarcia Bru miał pewne nieporozumienia z Argüello i niektórymi zawodnikami. Niezadowolenie Argüello wynikało z jego roli kierownika wyprawy, a tej funkcji Bru nigdy nie chciał objąć poza aspektami sportowymi. Problem z zawodnikami pojawił się, ponieważ kilku z nich chciało narzucić trenerowi swój skład wyjściowy. Bru, doświadczony weteran, zdołał rozwiązać spór z zawodnikami przed debiutem drużyny, ale napięcia z Argüello utrzymywały się, mimo że uznali jego życzenia. Mecz otwarcia odbył się 28 sierpnia w Brukseli przeciwko Danii, drużynie, która rozgrywała mecze od ponad dekady i była jednym z faworytów turnieju. Zamora, Otero, Arrate, Samitier, Belauste, Eguiazábal, Pagaza, Sesúmaga, Patricio, Pichichi i Acedo zadebiutowali tego historycznego dnia. Wbrew wszelkim przeciwnościom odnieśli zaskakujące zwycięstwo nad Danią, wygrywając 1:0 po golu Patricio tuż po rozpoczęciu drugiej połowy. Co ciekawe, Bru pełnił tego dnia funkcję liniowego, co dziś może wydawać się dziwne, ale w tamtych latach powszechną praktyką było zatrudnianie liniowych z kraju jednej z drużyn. Następnego dnia, w Antwerpii, zmierzyli się z gospodarzami w ćwierćfinale. To okazało się zbyt trudne dla hiszpańskiej drużyny i przegrali 3:1 a Arrate strzelił gola dla Hiszpanii z rzutu karnego. To, co mogło być końcem olimpijskiej przygody, okazało się punktem zwrotnym, biorąc pod uwagę nietypowy system rozgrywek. Czterech zwycięzców ćwierćfinałów walczyło o złoty medal w półfinale, a czterech przegranych grało w turnieju pocieszenia o srebrny i brązowy medal, a także o tych, którzy przegrali w meczu o złoto. W tym nietypowym formacie Hiszpania zmierzyła się ze Szwecją 1 września. Był to dość brutalny mecz, po którym Hiszpania odrobiła straty po pierwszej bramce Szwecji, ostatecznie wygrywając 2:1. Hiszpański gol wyrównujący na zawsze zostanie zapamiętany dzięki słowom Belauste'a przed otrzymaniem piłki, które stały się kwintesencją tego, co później nazwano „hiszpańską furią”: „Sabino, daj mi piłkę, a ich rozjadę!”.„To było legendarne zdanie, które Belauste wykrzyknął, dając sygnał koledze z drużyny do wykonania rzutu wolnego. Przejął piłkę i minął wszystkich Szwedów, którzy próbowali go zablokować, wrzucając ją do siatki. W ostatnich minutach Acedo strzelił zwycięskiego gola dla Hiszpanii, podczas gdy Szwedzi nie wykorzystali rzutu karnego. Po Skandynawach, następnego dnia kolej na Włochów. To miał być kolejny mecz naznaczony epickimi momentami, ponieważ Pagaza doznał kontuzji w pierwszej połowie, zmuszając Hiszpanię do gry w dziesiątkę. Mimo to Sesúmaga strzelił dwa gole, po jednym w każdej połowie, co jest wyraźnym przykładem technicznej przewagi Hiszpanów. Na dziesięć minut przed końcem meczu Zamora został wyrzucony z boiska po uderzeniu na przeciwnika, który był zmęczony jego powtarzającymi się faulami, więc Silveiro wszedł do bramki. Hiszpania musiała wytrzymać ostateczny włoski atak w dziewiątym składzie. Mimo wszystko wynik pozostał bez zmian a przy prowadzeniu 2:0 Hiszpania awansowała. Chociaż Belgia zdobyła już złoty medal po tym, jak Czechosłowacja wycofała się w finale, Hiszpania miała jeszcze jeden mecz do rozegrania, który z powodu dyskwalifikacji Czechów stał się finałem o drugie miejsce. Hiszpańska drużyna zmierzyła się z Holandią o srebrny medal i był to prawdopodobnie jeden z ich najłatwiejszych meczów. Hiszpania wygrała 3:1, po dwóch golach Sesúmgi i jednym Pichichiego, zapewniając sobie srebrny medal na tych igrzyskach olimpijskich.
Oprócz tego wyróżnienia, o którym nikt w Hiszpanii nie mógł nawet marzyć, Ricardo Zamora przywiózł do domu również tytuł najlepszego bramkarza turnieju, trafiając do pierwszej jedenastki – zaszczyt ten przypadł również Sesúmadze. Hiszpania wróciła do domu przez Irún, gdzie w San Sebastián oddano jej hołd, grając m.in. na stadionie Atocha, w obecności hiszpańskiej rodziny królewskiej. Bru, z kolei, został zapomniany przez federację po powrocie z Antwerpii. Federacja zgodziła się przyznać Złoty Medal komitetowi technicznemu, ale zrozumiała, że członkami byli tylko Ruete i Berraondo. Dopiero na zgromadzeniu federacji w czerwcu 1921 roku błąd został naprawiony a Bru również otrzymał to samo odznaczenie. Było to słuszne, choć spóźnione, uznanie dla pierwszego trenera reprezentacji, który, choć uczestniczył wraz z kolegami w procesie selekcji, musiał sam zarządzać drużyną w Belgii. Po doświadczeniu olimpijskim Bru wrócił do swojej płatnej pracy, wykonując zadania administracyjne w ratuszu w Barcelonie, zanim wkrótce wrócił do piłki nożnej. W latach 1923-1926 był niekwestionowanym „złotą rączką” w RCD Espanyol. Został zatrudniony jako sekretarz techniczny, ale ostatecznie został menedżerem drużyny (zastępując Anglika Edwarda Garry'ego), organizując mecze w całej Hiszpanii i Europie, a nawet mieszkając w willi, która wówczas istniała na boisku treningowym klubu przy ulicy Sarrià. O ile w listopadzie 1925 roku pojechał z drużyną do Pragi i Paryża oraz na tournée po Wyspach Kanaryjskich, to latem 1926 roku wziął udział w udanym tournée klubu po obu Amerykach, zarówno na boisku, jak i poza nim. To była długa trasa, która kosztowała klub mistrzostwo regionu Katalonii, ale po czterech miesiącach nieobecności w Hiszpanii Espanyol grał w Argentynie, Urugwaju, Chile, Peru i na Kubie. W międzyczasie, w mniej znanym okresie, ponownie znalazł czas na trenowanie reprezentacji Hiszpanii. W grudniu 1924 roku, po rozczarowujących igrzyskach olimpijskich w Paryżu, zorganizowano mecz towarzyski z Austrią na „Les Corts”. Wyznaczono trzech trenerów, którzy mieli wybrać grupę zawodników. Paco Bru ponownie rozważano jako trenera i menedżera reprezentacji w tym spotkaniu. Hiszpania zagrała słabo, ale pokonała Austriaków 2:1 po golach Juanteguiego i Samitiera. Dopiero w maju i czerwcu 1925 roku Hiszpania rozegrała dwa mecze wyjazdowe: jeden w Lizbonie(przegrana 2:0 z Portugalią) i drugi w Bernie(przegrana 3:0 ze Szwajcarią). Bru nie pojechał na te mecze jako trener, ponieważ Espanyol mu na to nie pozwolił. Wrócił jednak jako trener do Walencji w połowie czerwca, kiedy Włochy odwiedziły Hiszpanię na Mestalla. Po zwycięstwie 1:0, po golu Errazquina, Bru i reprezentacja ponownie się rozstali. Podróż do Nowego Świata z Espanyolem ostatecznie przyniosła zmiany w życiu Bru. Na Kubie zaproponowano mu posadę trenera w lokalnej drużynie, którą przyjął. Spędził dwa lata na wyspie, trenując Juventud Asturiana i reprezentację Kuby, zanim wrócił do Hiszpanii w 1928 roku. Powrót ten był częściowo zasługą kubańskiej gazety „El País”, ponieważ Bru pracował jako korespondent sportowy tej gazety w Hiszpanii. Jego pasja do trenowania powróciła i w sezonie 1928/29 rozpoczął przygodę z Racingiem Madryt. Pozostał tam do 1932 roku, a jej kulminacją była słynna, pełna przygód podróż madryckiej drużyny po obu Amerykach, tak dobrze udokumentowana przez Jose Ignacio Corcuerę w reportażu opublikowanym lata temu w „Cihefe”. W międzyczasie Bru miał czas, aby zostać trenerem Peru i w tej roli był pierwszym trenerem tego południowoamerykańskiego kraju na Mistrzostwach Świata w Urugwaju w 1930 roku. Doświadczenie to było satysfakcjonujące z osobistego punktu widzenia, ale nie tak bardzo pod względem sportowym, ponieważ oba mecze fazy grupowej zakończyły się porażkami z Rumunią i Urugwajem. Po doświadczeniach z Racingiem Santander, Bru rozczarował się piłką nożną i postanowił zrobić krok w tył. Skończył urlop, jeden z wielu, o które wnioskował i wrócił do ratusza w Barcelonie. Tam śledził piłkę nożną jako zwykły kibic, aż wizyta zmieniła jego zdanie. Po meczu Barça-Madryt na Les Corts, który wygrał Real Madryt, przyjął w swoim domu Pabla Hernándeza Coronado, wpływową postać w zarządzie Realu Madryt. Hernández Coronado zaproponował mu powrót do trenowania madryckiej drużyny. Bru nie wahał się i przyjął ofertę, ostatecznie zastępując Roberta Edwina Firtha na ławce rezerwowych zimą 1933 roku. Od tego momentu aż do wybuchu wojny domowej w Hiszpanii pozostał w Realu Madryt, zdobywając dwa mistrzostwa Hiszpanii i ponownie prowadząc drużynę w tournée, tym razem do Niemiec, Austrii i Szwecji. Po zakończeniu bratobójczej wojny Bru kontynuował karierę w Realu Madryt do końca sezonu 1940/41, aczkolwiek z krótką przerwą. Ten sezon był jego trzecim występem w reprezentacji Hiszpanii. W styczniu 1941 roku reprezentacja powróciła do europejskich rozgrywek meczem towarzyskim z Portugalią w Lizbonie. Eduardo Teus, były piłkarz Realu Madryt i dziennikarz, został wybrany na trenera i rozważał poprowadzenie Bru jako trenera wybranej przez siebie drużyny. Pochodzący z Madrytu zawodnik poprowadził mecz, który zakończył się remisem 2:2. Lata mijały, ale Bru niestrudzenie kontynuował swoją pracę, zarządzając Granadą i Malagą, gdzie pełnił również funkcję sekretarza technicznego obu klubów. W 1946 roku powrócił do Espanyolu, tym razem pełniąc wyłącznie funkcję administracyjną. Na początku lat 50. przeniósł się do Realu Zaragoza, łącząc obowiązki sekretarza technicznego z pracą trenerską, z której to ostatniej zrezygnował w 1951 roku. Po krótkim okresie pracy w biurach w Córdobie wrócił do Madrytu. Od 1953 roku osiadł w rodzinnym mieście, pełniąc po cichu funkcję w sekretariacie Plus Ultra. Nigdy nie przeszedł na emeryturę i tylko dzięki naleganiom Ramóna Melcóna hiszpańska piłka nożna starała się docenić i uhonorować człowieka, który tak wiele znaczył dla sportu. Poza piłką nożną, Francisco „Paco” Bru był wszystkim.
7
@FCBparasiempre
Dla wielu hołd dla Paco Bru nadszedł za późno. Przynajmniej otrzymał go za życia, a nie po śmierci, gdy poczucie winy dręczy przywódców i próbują naprawić to, czego wcześniej nie zrobili. Nie zmieniło się to, że wydarzenie odbyło się dzięki naleganiom dziennikarza, mimo że pomysł krążył wśród instytucji od dawna. To Ramón Melcón, na łamach gazety „El Alcázar”, wskrzesił ten pomysł. Tym razem Federacja nie przymknęła oka i podjęła wyzwanie. Mecz pożegnalny zaplanowano na luty 1960 roku na Santiago Bernabéu, w którym honorowy zawodnik brał udział, wybierając zawodników. Podzielono ich na dwie drużyny: Północ kontra Reszta Hiszpanii, złożone z zawodników, którzy zakończyli karierę w poprzedniej dekadzie. 11 lutego, przy złej pogodzie, która sprawiła, że stadion był wypełniony tylko w połowie, obie drużyny wyszły na murawę. W składzie reprezentacji północnej znaleźli się: Lezama, Gabriel Alonso, Jugo, Mencia (Lesmes I), Ontoria, Nando, Iriondo, Panizo, Zarra, Venancio i Gainza. Pozostała część reprezentacji Hiszpanii to Trias, Seguer (Clemente), Lozano, Navarro, Muñoz, Gonzalvo III (Huete), Basora, Hernández, Cesar, Molowny (Montalvo) i Escudero. Przed meczem Paco Bru otrzymał liczne prezenty i wyróżnienia, a nawet wszedł na murawę przed jej rozpoczęciem. Pomimo złej pogody i stanu nawierzchni, mecz był widowiskiem. Weterani nie popisywali się szybkością i zwinnością tego wieczoru, ale zaprezentowali jakość i błyskotliwość, naśladując dawne czasy świetności. Jeśli chodzi o bramki, to padały i choć drużyna Północy zawsze wychodziła na prowadzenie(Venancio, Zarra i Ontoria), reszta reprezentacji Hiszpanii zawsze wyrównywała(Molowny, Escudero i Seguer). Ostatecznie padł remis trzema bramkami, kończąc przyjemny dzień publicznego uznania dla Paco Bru. W tym czasie odznaczony mieszkał i pracował w Madrycie. Pomimo 74 lat, pozostał aktywny jako sekretarz techniczny madryckiego klubu Plus Ultra. Całe jego życie kręciło się wokół piłki nożnej i tak pozostało niemal do końca jego dni. Pojawił się rak i w marcu 1962 roku przeniósł się z Madrytu do Malagi, aby być bliżej córki. Jego śmierć nadeszła niespodziewanie w kwietniu. Wraz z jego odejściem odeszła jedna z najważniejszych postaci hiszpańskiej piłki nożnej. Człowiek, który w pierwszych sześciu dekadach XX wieku był piłkarzem, trenerem, menedżerem, działaczem federacji, sędzią, sekretarzem technicznym, a przede wszystkim pierwszym selekcjonerem reprezentacji. Wiadomość o jego śmierci mogła nie wzbudzić należnego zainteresowania. Mogło to być spowodowane jego zaangażowaniem w Plus Ultra, drużynę z drugiej i trzeciej ligi w tamtym czasie, w dekadzie poprzedzającej jego śmierć. Gazeta MARCA poświęciła temu całą ostatnią stronę a na przykład w ABC i Mundo Deportivo ukazały się krótkie notatki prasowe podpisane przez agencje Mencheta i Cifra, a w Hoja del Lunes Manuel Rosón, inny wielki znawca początków piłki nożnej w stolicy, poświęcił temu krótką kolumnę. Jednak kariera piłkarska Francisco „Paco” Bru Sanza była rozległa, z centralnym punktem, który ostatecznie uczynił go pionierem i z którego jest najbardziej pamiętany: jego udział w reprezentacji Hiszpanii, która rywalizowała na Igrzyskach Olimpijskich w Antwerpii w 1920 roku. Zanim osiągnął tę pozycję, pełnił każdą możliwą rolę w piłce nożnej w ciągu pierwszych dwóch dekad XX wieku. Pomimo urodzenia w Madrycie, wyemigrował z rodziną na Filipiny, gdy miał zaledwie sześć lat, aż utrata hiszpańskiej kolonii zmusiła jego rodzinę do powrotu do Hiszpanii. Osiedlili się w Barcelonie i tam rozpoczął karierę sportową. Założył, grał dla i przewodniczył Internacional de Barcelona; później grał dla FC Barcelona i RCD Espanyol, oprócz bycia dyrektorem obu klubów; był także sekretarzem, przy kilku okazjach, Katalońskiego Związku Piłki Nożnej; Był dziennikarzem, a ostatecznie został sędzią, założył katalońskie stowarzyszenie sędziów, a nawet sędziował finały Pucharu Hiszpanii w 1916 i 1917 roku. W międzyczasie znalazł czas na zorganizowanie pierwszego meczu piłki nożnej kobiet w Hiszpanii.
Z jego kariery sędziowskiej zachowały się dwie anegdoty, z których jedna przetrwała próbę czasu. Pierwsza wydarzyła się podczas słynnego półfinału pomiędzy Realem Madryt i FC Barceloną w Copa del Rey w 1916 roku. Bru zakończył karierę piłkarską, ale udał się do Madrytu, aby relacjonować mecz dla El Mundo Deportivo. Niektórzy piłkarze FC Barcelony nie dotarli do stolicy na czas z powodu awarii pociągu, więc aby skompletować skład wyjściowy, wezwali Bru. Był już sędzią, ale wciąż był członkiem Barcelony, co dawało mu prawo do gry w reprezentacji Katalonii. Warto pamiętać, że w tamtych czasach było to całkowicie legalne. Co do drugiej anegdoty, zawsze istniało wiele jej wersji, więc najlepszym sposobem na jej opowiedzenie jest sięgnięcie do oryginalnych źródeł i przypomnienie sobie, jak sam Paco Bru opowiedział ją Ramónowi Melcónowi w serii wspomnień, które Melcón opublikował o rodowitym mieszkańcu Madrytu.„Zacząłem od ubrania się razem z zawodnikami, a pierwszą rzeczą, jaką zrobiłem, było wyjęcie pistoletu, który miałem w kieszeni i zostawienie go na ławce w szatni. Ubrałem się, chwyciłem pistolet i gwizdek i wyszedłem na boisko. W ciągu minuty wszyscy wiedzieli, co mam w kieszeni kurtki. Gdy tylko zaczął się pierwszy sygnał kłótni, przerwałem grę, podszedłem do grupy, która wszczęła kłótnię i powiedziałem bardzo poważnie: „Mam dość słuchania was. Albo się zamkniecie, albo możecie przeskoczyć przez mur”. […] Gest zadziałał, bo od tego momentu wszystko poszło gładko. […] Nigdy nawet nie dowiedziałem się, czy pistolet działa. Od tego dnia nie przestawałem go nosić w każdym meczu, który sędziowałem ”. Incydent miał miejsce podczas meczu Universitary-Atlético de Sabadell, który zapowiadał się na kontrowersyjne wydarzenie i nikt nie chciał go sędziować. Bru zgłosił się na ochotnika na to, co miało być jego pierwszym oficjalnym doświadczeniem w roli sędziego. Pomimo wszystkich zmian, jakich doświadczył w ciągu dwóch dekad spędzonych w piłce nożnej, Paco Bru był nadal amatorem, gdy nadeszło jego wielkie zadanie. W 1919 roku pomysł wysłania hiszpańskiej drużyny na Igrzyska Olimpijskie w Antwerpii krążył już w różnych kręgach sportowych i organizacjach, ale nie było do końca jasne, jak sfinansować wyprawę, jak wybrać zawodników, ani nawet kim mogliby być. Do 1920 roku niektóre z tych przeszkód zostały rozwiązane i wyjaśniono, że sportowcy muszą być amatorami, a nie profesjonalistami – status, który niektóre kluby i zawodnicy potajemnie praktykowali. Na zgromadzeniu federacji 1 czerwca 1920 roku, po kilku propozycjach wyboru drużyny i długich debatach, postanowiono wyznaczyć listę 25 zawodników. Nie było jednak nikogo, kto mógłby szkolić i trenować tych zawodników, ani nigdy nie grali razem. Co gorsza, boiska w Hiszpanii różniły się w zależności od regionu i stylu gry. Na północy boiska były miękkie, trawiaste, na południu twarde i suche, niczym ziemia, więc nie było jasne, jak dostosować wybraną drużynę. Ponieważ belgijskie boiska, na których miały się odbyć zawody, były bardzo podobne do tych w północnej Hiszpanii, postanowiono rozegrać serię meczów próbnych na boiskach tej części Półwyspu Iberyjskiego. Ostatecznie, kilka tygodni później, powołano triumwirat, który miał wybrać zawodników. W skład tria weszli Julián Ruete (do niedawna prezes Athleticu Madryt, a wówczas członek zarządu federacji), José Ángel Berraondo (były zawodnik Realu Madryt i Realu Sociedad, pełniący obecnie funkcję w federacji) oraz Luis Astorquía (jeden z założycieli Athleticu i prezes federacji północnej). Astorquía odrzucił propozycję, a ani Ruete, ani Berraondo nie wykazali większego zainteresowania podróżowaniem po Hiszpanii i pełnieniem funkcji trenerskich. Ostatecznie zdecydowano, że to Paco Bru będzie ich trenował i obserwował grę. W przeciwieństwie do dzisiejszych czasów, biorąc pod uwagę, że wówczas zdecydowana większość zawodników była amatorami, przygotowania były chaotyczne. Początkowo zaplanowano osiem meczów towarzyskich między połową lipca a początkiem sierpnia w Vigo, Oviedo, Gijón, Bilbao i San Sebastián. W meczach miały wziąć udział dwie drużyny: jedna zwana „Możliwą” (Possible), a druga „Prawdopodobną” (Probable), przy czym ta pierwsza była uważana za skład wyjściowy. Pierwsze dwa mecze, rozegrane na boisku Coya w Vigo, okazały się starciem między drużyną „Możliwą” (Possible) a grupą zawodników regionalnych aspirujących do dołączenia do kadry. Większość teoretycznie wybranych nie mogła wyjechać na tak wiele dni ani podróżować po Hiszpanii bez narażania się na problemy z pracodawcami. Pojawiły się również ukryte nieporozumienia z różnymi federacjami, a niektóre, jak federacje baskijskie, wywierały presję na organizatorów, początkowo odmawiając wysłania swoich zawodników. Z tego powodu mecze w Asturii zostały odwołane a mecze przeniesione do Bilbao, gdzie obecni byli zawodnicy baskijscy.
4
Człowiek, który był wszystkim w hiszpańskim futbolu:
@shaun
@MoralnyKarzel
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@Adran360
@1LY0
9
@FCBparasiempre
Dokładnie 10 lat temu, King Power Stadium; Leicester City-West Ham United.
Siedząc przed swoją maszyną do pisania IBM 196c, Julian Barnes nie potrafi się skoncentrować na dialogach nowej powieści. W tym momencie Leicester gra z West Ham a mecz może znacznie przybliżyć jego drużynę do wygrania Premier League. Rygorystyczny i zdyscyplinowany Barnes zmusza się do pisania w swoim londyńskim gabinecie, nie może jednak oderwać wzroku od telefonu, w którym minuta po minucie śledzi relację ze spotkania na stronie BBC. „1. minuta. Rzut wolny! Strzał głową Kouyate, Schmeichel broni opuszkami palców, piłkę odbija się najpierw od jednego słupka a potem od drugiego. To faktycznie jest rok Leicester!" Uśmiecha się na myśl o tym jak zmieniło się komentowanie meczów odkąd nastał internet. W dzieciństwie słuchał relacji w każdą sobotę o 5:00 po południu w audycji "Sports report". Kręcili się w pobliżu, lecz trzymali się na dystans- byli nauczycielami francuskiego, niezbyt zainteresowanymi piłką nożną. Urodził się w Leicester ale jego rodzina przeprowadziła się na przedmieście Londynu zaledwie 6 tygodni później. Kibicowanie Leicester było dla niego sentymentalną formą przynależności, sposobem nabycie innym na tej ziemi niczyjej. „10. minuta. Pierwsza okazja dla Leicester po faulu na Okazakim. Dośrodkowanie Albrightona i strzał Hutha przelatuje minimalnie obok słupka". Potem już nigdy nie słuchał meczów w radiu. Lubi zaczekać na „Match of the Day" żeby poznać wyniki. Lecz w tym roku jest inaczej. Odkąd wiosną się okazało że sen Leicester może się ziścić, podczas każdego meczu swojej drużyny Julian Barnes jest przyklejony do telefonu. Śledzenie relacji minuta po minucie wywołuje w nim cierpienie i ekscytację, to opóźnienie między akcją a komentarzem na ekranie przypomina narracyjny suspens w powieści kryminalnej. „18. minuta gooool! Któż by inny? Jamie Vardy wbiega w pole karne, dostaje piłkę od N’Golo Kante i posyła mocny strzał. Lisy pewnym krokiem zmierzają po najbardziej niespodziewany tytuł!" Sen, o tak, pisany wielką literą. Tyle razy pytano go w tym roku o sen że nawet nie wie co odpowiadać. Kiedy pod koniec lat 80-tych zatytułował tak opowiadanie, w którym Leicester zdobył krajowy puchar a reprezentacja Anglii wygrała mundial z piłkarzami jego drużyny, nigdy nie przypuszczał że zobaczy coś podobnego na własne oczy. Kapryśna fikcja, które łączy się z rzeczywistością, dokładna i precyzyjna niczym podwładna Flauberta. Czy ten Sen przetrwa poetycką sprawiedliwość? „45. minuta. Koniec pierwszej połowy. Historia się powtarza. Vardy strzela, Leicester się broni i utrzymuje wynik". Próbuje znowu skoncentrować się na pracy ale nie jest w stanie. W zeszłym roku podczas wizyty w Santiago de Compostela poprosił Świętego żeby Leicester nie spadł do Championship. Jeśli to sprawisz mógłbym nawet w ciebie uwierzyć, pomyślał obejmując figurę bo powiedziano mu że ma tak zrobić. Leicester bez kłopotu uratował się przed spadkiem. Barnes czuję że jeśli jego drużyna wygra w tym roku Premier League a w następnym Ligę Mistrzów będzie musiał podjąć wysiłek i naprawdę uwierzyć w Świętego Jakuba. „55. minuta. Czerwona kartka dla Vardy’ego! Druga żółta dla napastnika za symulowanie faulu. Czy Leicester dowiezie ten wynik w dziesiątkę?". Przeżył najtrudniejsze czasy, lata, kiedy najlepszym strzelcem zespołu był obrońca, z trzema samobójczymi golami. Dola drużyny ze środka tabeli, w najlepszym wypadku. Nauczył się kultywować smutek oraz pogardę dla arbitrów. Pamiętne dni zawsze były naznaczone agonią. Żadnej epickości, tylko przetrwanie. Pamięta jak Len Chalmers grał przez 60 minut ze złamaną nogą albo gola Steva Claridge'a strzelonego piszczelem w barażach w 1996 roku. „78 minuta. Zmiana. Daniel Amartey wchodzi za Riyhada Mahreza".
Wyobraża sobie drużynę zamkniętą we własnym polu karnym, z dziesięcioma zawodnikami wiszącymi na poprzeczce. Leicester nie może wygrać Premier League w inny sposób Julian Barnes ślepo pwierzy w Claudio Ranierego. W jego delirium włoski trener twardą i opanowaną ręką prowadził ten zespół nieudaczników. Kim był Mahrez? Kim był Kante? Zebrał ich wokół idei, w którą z pewnością nie wierzył nawet on sam. Szczery, rozsądny i(co Barnes ceni najbardziej) dobrze wychowany. Myśli o Ranierim i nie może przestać myśleć o nieobecnej postaci swojego ojca. „84 minuta. Gol! Andy Carroll bezbłędnie wykonuje rzut karny". Dopada go wspomnienie jednego z jego najgorszych dni na Stadionie. To było na Highbury prawie dwie dekady wcześniej. Siedział za bramką, której bronił Tim Flowers, kiedy zobaczył zbliżających się do niego Bergkampa, Vieirę, Henry’ego, Kanu i spółkę. Miliony funtów biegnące szaleńczo w jego stronę. Julian Barnes wpadł w panikę, poczuł się biedny, spauperyzowany. Nie może przestać myśleć o tamtej goleadzie, podczas gdy kompulsywnie odświeża stronę w telefonie i obawia się że padnie druga bramka dla West Ham. „86 minuta. Gooool! Niesamowity strzał Cresswella, którego Szmaichel nie dał rady obronić. Cóż za zwrot akcji w wyścigu po tytuł!". To się musiało stać. Kibicowanie Leicester jest niczym więcej jak kolejnym cierpieniem myśli Barnes, sposobem na przeniesienie jego głęboko z zakorzenionego pesymizmu również na piłkę nożną. W czterech kolejkach, które zostały do końca sezonu przegrają wszystkie mecze, Tottenham odrobi straty i kolejny raz obejdą się smakiem. To nie tylko wina arbitra. Charakter, przeklęty charakter nieudaczników. „94. minuta. To jeszcze nie koniec! Andy Carroll fauluje Jeffa Schluppa. Karmy dla Leicester!". To ty Jakubie? Czy to twój cud? Musi się udać, w tym roku to musi się udać. Wyobraża sobie Claudio Ranieriego przy linii bocznej, proszącego swoich piłkarzy o spokój. Karnego trzeba jeszcze wykorzystać. Ranieri zachowuje się jak ojciec, który ukrywa wszystkie niedostatki syna. Ojciec nas wszystkich, naiwnych marzycieli. Barnes wstaje z krzesła, przechadza się po gabinecie tam i z powrotem; ta minuta, zanim tekst pojawi się na ekranie, wydaje mu się całą wiecznością. „95. minuta. Goooool! Ulloa! Argentyńczyk wstrzymuje presję i oszukuje Adriana. Szaleństwo na King Power Stadium!". Promienny uśmiech pojawia się na jego twarzy. Oddycha głęboko. Musiałoby się zdarzyć coś nieprzewidzialnego żeby stracić przewagę 8 punktów na zaledwie kilka kolejek przed końcem sezonu ale wszystko jest możliwe. Rozpiera się na krześle, przeciąga i na powrót pochyla nad swoim IBM 196c. Nawet jego słabość do smutku nie tłumi tego spokoju. Julian Barnes myśli o siwych włosach włoskiego trenera. Kibicowanie Leicester, nawet w wypadku zwycięstwa, wciąż jest sentymentalną formą przynależności. „96 minuta. Koniec meczu! Grając w dziesiątkę drużyna Ranierego ratuje bardzo ważny punkt. Sen wciąż trwa!"
David Garcia Cames.
6
Claudio Ranieri to mój ojciec:
@1LY0
@Adran360
@Bernard777
@Gary
@Kapitan hawk
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Marusek
@MoralnyKarzel
10
Żywe legendy rodzimego futbolu:
17 kwietnia 1958 r. urodził się Marek Motyka, obrońca, mistrz Polski z Wisłą Kraków. ,,Ojciec lał mnie sznurem od maszynki za to że grałem w piłkę, bo on chciał żebym był pięściarzem. Dzięki futbolowi Trzymałem się przy życiu, mimo że moja mama zmarła gdy miałem 12 lat a ojciec był pijakiem i rzadko bywał w domu"- przypomina pan Marek. Napisanie że życie go nie rozpieszczało byłoby banałem. Wszystko mu się zaciekle walczyć od najmłodszych lat. W momentach gdy najtwardsze charaktery mogłyby się poddać, on ciągle usiłował patrzeć do przodu a gdy już świat zupełnie walił mu się na głowę poświęcał się grze w piłkę a w niej desperacko szukał optymizmu. ,, Piłka była mi pisana, choć mogła okazać się też moim przekleństwem. W każdym razie babcia kiedyś powiedziała że Pan Bóg mnie ukarał bo zamiast być na komunii młodszej siostry wolałem grać w meczu. Byłem już wtedy piłkarzem Koszarawy Żywiec. Mieliśmy ważne spotkanie z Wiktorią Jaworzno, no a w domu komunia. Oni będą grali a ja będę sobie siedział przy stole i opychał się smakołykami? Na pewno nie! Uciekłem na mecz. Wszystko szło dobrze do momentu, gdy nasz bramkarz wychodząc do piłki nie zapomniał krzyknąć: ,, moja!". Z takich wrzasków był znany aż kibice czasem się śmiali. Tym razem nie dał żadnego sygnału, więc też ruszyłem do piłki. Kopnął mnie w plecy, upadłem na ziemię, momentalnie pośmiałem, z trudem łapałem powietrze. Okazało się że dwa żebra strzeliły. Moje szczęście że chwilkę wcześniej lekarz Wiktorii udzielał pomocy swojemu piłkarzowi i był jeszcze za bramką. Koledzy z drużyny myśleli że mam jakiś problem z żołądkiem, więc trzeba mnie unieść, żebym złapał oddech. Lekarz surowo zabronił, gdyż złamane żebra mogły przebić przeponę i to byłby mój koniec. Zawieźli mnie do szpitala, dostałem zastrzyk rozluźniający, powoli zajęli się problemem. Tego samego dnia przywieźli też chłopaka z meczu drużyny rezerw, któremu bramkarz przy próbie interwencji wybił chyba wszystkie zęby. Leżeliśmy potem razem. W każdym razie ta historia przeniosła też dobre owoce. Wtedy interesował się mną już Hutnik Kraków ale nie byłem przekonany. Pojawiały się różne wątpliwości czy powinienem tam iść. Najpierw w hutniku przestraszyli się że połamałem nogi, i Jednak gdy usłyszeli że to ,, tylko" żebra, bez wahania zaproponowali transport do Krakowskiego szpitala na Żeromskiego i leczenie na ich koszt. Nie skorzystałem ale miałem znak że naprawdę im na mnie zależy i chcą pomagać. Wtedy już wiedziałem że chcę iść do Hutnika. Ojciec bardzo dobrze zarabiał, Lecz wszystko przepijał. Jeszcze gorzej że gdy sobie wypił źle nas traktował. Włączała mu się agresja, nieraz uciekaliśmy z domu. Mama miała z nim ciężkie życie ale była bardzo dzielna. Pracowała jako pielęgniarka w przychodni. Po pracy żeby dorobić, no bo ojciec nie dawał pieniędzy, chodziła robić zastrzyki chorym na cukrzycę i zwykle zabierała mnie, małego dzieciaka ze sobą. Miała stałych pacjentów i gorąco życzyłem im żeby żyli jak najdłużej, gdyż dzięki temu mama będzie miała dodatkowy zarobek. Wszyscy ją przeżyli. Mama nagle poczuła się źle, choć wcześniej nigdy nie narzekała na zdrowie. Wreszcie pobrali jej krew do badania, gdyż pracowała w przychodni i każdy widział że wygląda coraz gorzej. Wracała akurat do domu, gdy Przyszły wyniki. Zaawansowana białaczka. Natychmiast przyjechało pogotowie. Lekarze uznali że trzeba ją przewieźć do Krakowa. Miałem z nią jechać karetką. Sprawy poszły jednak tak szybko że wezwano helikopter. W nim już nie było dla mnie miejsce. W najczarniejszych myślach nie mogłem przypuszczać że już nigdy nie zobaczę mamy... W Krakowie Zrobili jej transfuzję krwi ale pomogło tylko na chwilę. W mojej szkole intendentką była znajoma mamy. Zaproponowała że zadzwonimy do niej do szpitala. Mama nie wiedziała że mam ucho przy słuchawce i słyszałem co mówi do koleżanki. ,, Władziu ja już wiem że nie wrócę. Proszę cię, na ile będziesz mogła, dowiaduj się co z Kasią i Markiem". Wpadłem w szał, gdy to usłyszałem. Płakałem i nie mogłem się uspokoić. Czy 12-letnie dziecko kochające swoją matkę mogło usłyszeć coś gorszego? Mama zmarła 3 tygodnie od zdiagnozowania białaczki. Zostałem sam z ojcem. Czteroletnią siostrę wzięła na wychowanie rodzina.
Ciężko mi się żyło, ojciec nadal specjalnie się mną nie interesował. Dopiero później sprowadziła się babcia, gdyż wiedziała jak mi trudno i że trzeba zadbać żebym miał co zjeść. Ojciec rzadko bywał w domu a jeśli już to był pijany. Musiałem sam Jakoś zarabiać pieniądze. Żeby kupić sobie spodnie chwytałem za łopatę i ładowałem nad rzeką żwir, płacili od przyczepy. No i przede wszystkim piłki pilnowałem. Gdy już byłem w Krakowie, z ojcem doszedłem do jako takich relacji. Moja siostra wyszła już wtedy za mąż ale zabiegałem o jej powrót do Żywca żeby przy okazji zaopiekowała się też tatą nie chcę opowiadać o szczegółach, jednak nic z tego nie wyszło i znowu powodem było jego pijaństwo. Siostra musiała się z Żywca wyprowadzić. Gdy miała 24 lata zginęła z mężem w wypadku samochodowym... Pewne sprawy spowodowały że do ojca potem dotarło że jego zachowanie było powodem tych strasznych nieszczęść. Pierwszy raz widziałem go tak przygnębionego i płaczącego. Zbyt późne były te łzy... Zmarł na raka krtani w wieku 60 lat. Ojciec chciał żebym został pięściarzem bo kiedyś podczas treningu uderzył trenera i go wylali. Miał charakter bitnika z wiejskiej zabawy, chyba rozumiecie o co mi chodzi. Z tą piłką się jednak zawziąłem i nie mógł mnie powstrzymać nawet pijący i agresywny ojciec. Byłem coraz starszy, już się go nie bałem. Gdy grałem w Wiśle Kraków ojciec spotkał kolegów na rynku w Żywcu, którzy zaczęli mnie chwalić że Marek zdobył mistrzostwo polski i że gra w europejskich pucharach oraz że trafił do kadry narodowej A on na to z dumą: ,, moja krew!". Eh ten mój ojciec... Z Wisłą Kraków zdobyły mistrzostwo ale niech ktoś nie myśli że drogę do tych zaszczytów miałem usłaną różami. W ogóle Niewiele brakowało a z Hutnika zamiast do Wisły trafiłbym do Ruchu Chorzów. Byłem już dogadany, coś tam podpisałem. Przyjąłem nawet zaliczkę 30 000 zł. Przywiozłem pieniądze do Żywca. Kładę na stół i mówię że trzeba je gdzieś dobrze ukryć żeby ojciec nie znalazł bo wiadomo co z nimi zrobi. Babcia aż zaniemówiła bo nigdy tylu banknotów nie widziała. Zaczęła nerwowo chodzić po mieszkaniu i zastanawiać się, gdzie to schować. W końcu rozpruła poduszkę i tam włożyła. Spała na niej i Cieszyła się że będą bezpieczne. Szybko jednak je zabrałem bo okazało się że trzeba oddać ruchowi. Gdy rozniosło się że idę do Chorzowa, Wisła ruszyła do ataku. Przywieźli mnie do prezesa Zbigniewa Jabłońskiego. Dał mi to samo co Ruch, też łącznie z mieszkaniem i nawet z lepszym autem. Na szczęście udało się odkręcić sprawę w Chorzowie. Wejście do wiślackiej szatni Miałem trudne bo jednak dla miejscowych byłem intruzem z Żywca. Na dodatek trener oraz Lenczyk za chwilę odstrzelił Adama musiała, który właściwie został zmuszony do odejścia do Arki Gdynia A skoro ja byłem nowym obrońcą, w oczach szatni mnie to obciążało. Było parę ostrych spięć, nie powiem ale broniłem się, jak umiałem. Walczyłem o swoje. Na przykład Antoni Szymanowski, jeden z moich idoli, którego grę specjalnie przychodziłem oglądać, kiedy jeszcze byłem w hutniku, przyjął mnie bardzo chłodno. Nie zaproponował żebym mówił do niego na ty. Najważniejsze że on został przesunięty na pozycję Libero a ja zacząłem grać na prawej obronie. Wiosną 1978 roku byłem podstawowym piłkarzem, zdobyliśmy Mistrzostwo Polski zaczęła mnie doceniać. Nie chodziłem z nimi w miasto na imprezy, alkoholu po doświadczeniach z ojcem w ogóle nie piłem. Do dzisiaj się dziwię dlaczego w tamtych czasach nie zdobyliśmy Mistrzostwa Polski 5-6 razy, całą serią. To był młody skład utalentowanych piłkarzy, który powinien być coraz lepszy ale nie był. To jest jednak niepojęte. W tych dobrych czasach grałem też w reprezentacji polskiej Dopiero gdy nastał Antoni Piechniczek już nie dostawałem powołań. Czułem że chyba miał do mnie żal że gdy był trenerem w Bielsku-Białej i Opolu nie zgadzałem się na transfery, mimo że właśnie on bardzo mnie chciał. Na długi czas pozostałym wierny Wiśle Kraków, choć gdy miałem 24 lata mocno zabiegało o mnie belgijskie Charleroi. Gdy właściciel klubu zobaczył I jak gram w sparingu, nazwał mnie ,,Le bulldozer". W tak młodym wieku nie było jednak szans żebym dostał w Polsce zgodę na zagraniczny transfer. Zwisło przeżyłem spadek ale podobnie jak Leszek Lipka Zostałem w zespole żeby pomóc w drugiej lidze. Grałem w niej trzy sezony aż do powrotu do ekstraklasy. Dopiero wtedy odszedłem. Miałem już 32 lata a potem nawet zaliczyłem epizod w Krakowie. To było trudne piłkarskie życie, parę ostrych zakrętów musiałem pokonać. Najważniejsze że nigdy nie dałem się złamać. Potrafię to docenić"- kończy swoją opowieść Marek Motyka.
@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@FcPortoFan1999
@Bernard777
@Adran360
9
Zapomniany mistrz olimpijski:
17 kwietnia 1949 r. w Wymiarkach urodził się Zbigniew Gut. Twardy, bojowy, szybki i nieustępliwy zawodnik, który najczęściej grywał w obronie. Szczególną rolę odegrał w meczu z NRD na igrzyskach olimpijskich w Monachium. Jadąc na igrzyska, nie miał na koncie żadnego występu w pierwszej reprezentacji. Po cichu liczył, że dostanie szansę w meczach z Ghaną czy z Kolumbią ale się pomylił. Trener Górski szansę debiutu dał mu w kluczowym meczu z NRD. Nieznany szerzej zawodnik grał na boku pomocy i raz wspierał kolegów w obronie a raz grał w ataku, czym dezorientował rywali. Później wystąpił jeszcze w meczach z Danią, z ZSRR, w którym zmienił go Zygfryd Szołtysik i w pamiętnym finale z Węgrami. Dorastał w Wymiarkach – małej robotniczej osadzie koło Żagania. W wieku 14 lat trafił do pierwszej drużyny miejscowej Iskry. Grał na środku ataku, był szybki jak błyskawica i strzelał gole niemal w każdym meczu. Wkrótce sięgnął po niego trzecioligowy Promień Żary. Po ukończeniu szkoły zaczął pracę jako ślusarz w miejscowej fabryce. Nie zanosiło się, że młody chłopak zrobi dużą karierę ale wypatrzył go były piłkarz Odry Opole Zbigniew Bania, który polecił piłkarza swojemu byłemu klubowi. Początki w Odrze łatwe nie były. Trener Teodor Wieczorek przesunął go na obronę ale większość czasu Gut spędzał na ławce.
Równolegle uprawiał lekkoatletykę, osiągał dobre rezultaty w sprintach i skokach, był reprezentantem Opola na I Ogólnopolskiej Spartakiadzie Młodzieży we Wrocławiu. Zadebiutował w pierwszym zespole Odry wiosną 1969 r. ale jesienią po kłótni z trenerem Jarkiem był bliski zakończenia gry w piłkę. Zacisnął jednak zęby i zaczął mocno trenować. Wiosną wszedł już na stałe do składu i stał się jednym z najsilniejszych punktów zespoły. Wkrótce zaczął też grać w reprezentacji Under-23 trenera Strejlaua, gdzie również spisywał się znakomicie. Pojechał z reprezentacją na mistrzostwa świata ale mecz drugiej rundy ze Szwecją, w którym zastąpił odsuniętego od składu Musiała, był jego ostatnim w narodowych barwach. Po mundialu przeszedł do Lecha, gdzie spędził pięć sezonów a potem wyjechał do Francji. Występował w Paris FC, Stade Français, Red Star 93 i Saint-Jean de Maurienne niedaleko Grenoble, gdzie osiadł na stałe po zakończeniu kariery. Wzbudzał podziw swoją znakomitą sprawnością fizyczną. Mówiono o nim, że to piłkarz, który nigdy się nie męczy. Swoją prostą, nieprzewidywalną grą sprawiał rywalom spore problemy. W Reprezentacji rozegrał 11 meczów. Zmarł 27 marca 2010 r. w Saint-Jean-de-Maurienne.
@Adran360
@Bernard777
@FcPortoFan1999
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
11
Zapomniane rekordy futbolu:
17 kwietnia 1937 roku w meczu Szkocja – Anglia(3:1) w British Home Championship na Hampden Park padł światowy rekord frekwencji na meczu piłkarskim. Na trybunach zasiadło 149 547 widzów. To wciąż rekordowa frekwencja na meczu futbolowym w Europie. Tydzień później 147 000 ludzi obserwowało pojedynek Celtic – Aberdeen w finale Pucharu Szkocji. Do starego Hampden Park należy także "klubowy rekord Europy publiczności" – 136 505 w 1970 roku podczas potyczki Celtiku z angielskim Leeds United. Rekord przetrwał 13 lat, potem został pobity na Maracanie w Rio de Janeiro na Mundialu w Brazylii.
@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@Kapitan hawk
@Gary
@Bernard777
@Adran360
@1LY0
13
Copa del Rey po raz 31 w historii:
17 kwietnia 2021 r. Lionel Messi strzelił dwa gole a jego Barça rozgromiła Athletic Bilbao 4:0 w finale Pucharu Króla rozgrywanego na „Estadio La Cartuja”, zdobywając trofeum po raz 31., co stanowi rekord – wszystkie gole padły w ostatniej półgodzinie meczu. Antoine Griezmann dał prowadzenie Blaugranie w 60. minucie, po dośrodkowaniu Frenkiego de Jonga, który trzy minuty później podwoił prowadzenie Katalończyków. Messi doznał kilku nieostrożnych wślizgów ze strony Athletic, ale zemścił się spektakularnym golem w 68. minucie, przedarł się przez obronę prawym skrzydłem i wspólnie z De Jongiem ominął innego obrońcę, zdobywając gola. Kapitan FC Barcelony strzelił kolejnego gola cztery minuty później, w swoim 10. finale Copa del Rey, gdy otrzymał płaskie dośrodkowanie Jordiego Alby i posłał piłkę w dolny róg bramki. Jego strzał okazał się zbyt silny dla bramkarza Athletic, Unaia Simona. Griezmann myślał, że zdobył piątą bramkę dla Barcelony w doliczonym czasie gry, jednak po analizie VAR uznano, że był na spalonym. „To dla mnie coś wyjątkowego, że mogę wznieść ten Puchar jako kapitan tego klubu. To bardzo szczęśliwy dzień dla tej grupy” – powiedział Messi. Argentyńczyk wzniósł trofeum po raz siódmy, natomiast holenderski trener Ronald Koeman zdobył swoje pierwsze trofeum w roli trenera FC Barcelony, co było kolejnym osiągnięciem, które zdobył jako piłkarz w barwach klubu. Wśród nich znalazł się triumf w Copa del Rey w 1990 r. W Athleticu nastąpiło silne poczucie deja vu, ponieważ od 2009 roku przegrał on cztery finały Copa del Rey z Barceloną i za każdym razem gola zdobywał Messi. Baskowie przegrali sześć ostatnich meczów w finale a zaledwie dwa tygodnie temu przegrali 1:0 z Realem Sociedad w przełożonym meczu finałowym 2020, który również odbył się na pustym stadionie La Cartuja w Sewilli.
„To dla nas bardzo trudny moment” – powiedział lewy obrońca Athletic Mikel Balenziaga. „Naprawdę czekaliśmy na mecz, ale oni byli lepsi od pierwszej połowy. Udało nam się to przetrwać, ale potem straciliśmy koncentrację a oni byli o wiele lepsi od nas i nie mieliśmy szans”.
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
@Sysia11
1
@misterio Przecież Włosi nie zagrają na mundialu! No chyba że tak chcesz sobie kupić bo lubisz Squadra Azzura?
9
Wspaniała historia ze szczęśliwym zakończeniem:
17 kwietnia 1960 r. FC Barcelona przypieczętowała swój ósmy tytuł mistrzowski La Liga w historii. Zadecydował o tym ostatni mecz Primera Division z Realem Saragossa wygrany na Camp Nou 5:0. Rywalizacja w sezonie 1959/60 była niezwykle zacięta. Real Madryt, który miesiąc później zdobył swój 5 Puchar Europy z rzędu, skończył lige z identycznym dorobkiem punktowym i pierwszy raz w historii o końcowym tryumfie decydowała różnica goli. Real wygrał swój ostatni mecz z Las Palmas tylko 1:0, natomiast „La Manita” wbita Saragossie pozwoliła Blaugranie ostatecznie wyprzedzić Królewskich zaledwie o 2 gole! Cóż to musiała być za radość…!
@Szalik
@shaun
@MoralnyKarzel
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@Kapitan hawk
@Gary
@Bernard777
@Adran360
0
@Zbyszard No niestety jak chcem przesunąć linijke na Wordzie żeby zrobić akapit, to się nie przesuwa, więc nie idzie zrobić akapitu.
12
Wybitne legendy Dumy Katalonii:
17 kwietnia 1889 r. w Madrycie urodził się Carlos Comamala, z zawodu ortopeda, jedna z największych legend FC Barcelony, bliski przyjaciel Joana Gampera i napastnik Blaugrany w latach 1903-1911. Comamala, który łączył gre w piłke nożną z uprawianiem innych dyscyplin sportowych, jak rugby, lekkoatletyka czy pływanie a także z prowadzeniem zajęć z wychowania fizycznego w „Institut Kinesiterapic Garcia-Alsina”, został wyrzucony z klubu za ustalenie kwoty pieniężnej za mecz w Walencji bez wiedzy dyrekcji Barçy, jeszcze przed profesjonalizacją futbolu. Jednak to właśnie Comamala w pierwszych latach istnienia Blaugrany, zainspirowany herbem stolicy Katalonii, stworzył pierwszy znak rozpoznawczy klubu. Goleador Barçy przetrwał w historii FC Barcelony jako zwycięzca publicznego konkursu, który klub zorganizował w 1910 r. na zaprojektowanie jego oficjalnego herbu. Jako napastnik Dumy Katalonii rozegrał 154 mecze strzelając… 172 gole!
@1LY0
@Adran360
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
12
Postacie hiszpańskiego futbolu:
16 kwietnia 1960 r. urodził się Rafael Benitez, hiszpański piłkarz i trener. Jest wychowankiem Realu Madryt. Ponadto był zawodnikiem klubów z Parli i Linares. W wieku dwudziestu sześciu lat zakończył piłkarską przygodę i poświęcił się działalności szkoleniowej. Początkowo pracował z dziećmi i młodzieżą, m.in. w Realu Madryt. Jako trener zespołu seniorów zadebiutował w 1995 roku w Realu Valladolid. Aż do 2001 roku, kiedy został szkoleniowcem Valencii CF, prowadził drużyny drugoligowe lub walczące o utrzymanie się w Primera División. Z Valencią dwukrotnie wywalczył mistrzostwo Hiszpanii oraz – w 2004 roku – Puchar UEFA. Dobrą passę kontynuował w Liverpoolu FC i dzięki wygraniu Pucharu Anglii oraz dwukrotnemu awansowi do finału Ligi Mistrzów stał się jednym z najbardziej cenionych współczesnych szkoleniowców. Kontrakt z Liverpoolem rozwiązał za porozumieniem stron 3 czerwca 2010 roku. Z dniem 8 czerwca 2010 roku stał się trenerem włoskiego klubu Inter Mediolan. 23 grudnia 2010 roku został zwolniony z funkcji trenera Interu Mediolan.
@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360
10
@FCBparasiempre
Symbol stronniczości sędziów:
Często sędziowskie pomyłki wypaczają wyniki spotkań. Jednak przy tak szybkiej grze, jaką możemy obserwować na najwyższym poziomie, trudno nieraz ocenić sporne sytuacje. Na pewno nie można też posądzać arbitrów o celowe popełnianie błędów, żeby pomóc tej czy innej drużynie. Zdarzały się jednak w przeszłości pojedynki, w których trudno było oprzeć się wrażeniu, że sędzia ewidentnie gwizdał na korzyść tylko jednej z ekip. Taka sytuacja miała miejsce 16 kwietnia 1972 r. w Starej Zagorze w Bułgarii. Wtedy to w kwalifikacjach do turnieju olimpijskiego w Monachium gospodarze podejmowali reprezentację Polski. Obie ekipy spotkały się po raz 16. w historii. Jak dotąd czterokrotnie zwyciężali Biało-Czerwoni, podobnie też Bułgarzy. Siedem razy zaś mecze kończyły się remisami. Trzecim zespołem w grupie była amatorska kadra Hiszpanii, więc losy awansu miały się rozstrzygnąć właśnie w pojedynkach Polski i Bułgarii. Prowadzeni przez Kazimierza Górskiego Polacy byli świeżo po przegranych eliminacjach do mistrzostw Europy w 1972 r. Dobre występy przeplatali z gorszymi. Potrafili zremisować bezbramkowo w Hamburgu z RFN, a kilkanaście dni później przegrać ze słabą Turcją. Powoli jednak tworzył się zespół, który miał coraz większe przekonanie o swoich umiejętnościach. Górski, na fali sukcesów Górnika i Legii w europejskich pucharach, tworzył ekipę w oparciu o klubowe duety czy tercety. Wtedy jeszcze system ten był na etapie eksperymentów, ale wkrótce wszyscy mieli się przekonać, że przynosi on efekty. Mimo coraz lepszych wyników, polska reprezentacja dopiero pukała do bram światowej piłki. Bułgarzy byli w zupełnie innym miejscu. Grali na każdym z trzech ostatnich mundiali. Zarówno w Chile, Anglii oraz Meksyku kończyli udział na fazie grupowej, lecz można ich zaliczyć do ówczesnej szerokiej europejskiej czołówki. Swoją wartość udowodnili w 1968 r., kiedy to w dwumeczu o półfinał mistrzostw Europy przegrali minimalnie z późniejszymi triumfatorami – Włochami. W tym samym roku na igrzyskach w Tokio dotarli do finału, gdzie musieli uznać wyższość Węgrów. Nie dziwi zatem fakt, że Naroden Sport pisał przed meczem: ,,Polacy są wprawdzie groźni na własnym terenie, lecz bilans obydwu spotkań powinien okazać się korzystny dla naszej reprezentacji a hiszpańscy amatorzy nie będą się liczyć w końcowym rozrachunku.” Zarówno polscy, jak i bułgarscy kibice mieli świeżo w pamięci pojedynki z eliminacji do mistrzostw świata w 1970 r. W jednej grupie spotkali się wtedy; Bułgarzy, Polacy, Holendrzy i Luksemburg, ale to pomiędzy trzema pierwszymi zespołami rozegrała się walka o awans. Jak się później okazało, dla nas decydująca była porażka na wyjeździe z Bułgarią 1:4, która właściwie odebrała wtedy szanse na awans. W rewanżu wygraliśmy co prawda 3:0, ale mecz ten nie miał już większego znaczenia. Polacy mieli więc rachunki do wyrównania, a rywale wydawali się pewni siebie, co znajdowało potwierdzenie w prasie. W dzienniku Oteczestwen Front pisano: ,,Bułgarskie piłkarstwo było ostatnio wyżej notowane od polskiego i dlatego możemy być zadowoleni z losowania.” W ramach przygotowań do tej konfrontacji kadra Górskiego rozegrała dwa towarzyskie spotkania z NRD. Selekcjoner był z nich zadowolony, bo rywale zmusili Polaków do dużego wysiłku, a tylko takie sparingi przynoszą szkoleniowy pożytek. Udanie zaprezentowali się w nich Lubański, Gadocha i Szołtysik, ale także Hubert Kostka, który wrócił po półtora roku do reprezentacyjnej bramki i Jerzy Kraska, który z Szołtysikiem i Deyną stworzył dobrą drugą linię. Przed wylotem na lotnisku zgromadziło się wielu kibiców, którzy chcieli pożegnać swoich idoli. Wszyscy oczekiwali dobrego wyniku i byli pełni optymizmu. Ich nastroje udzielały się także piłkarzom. Mający po raz pierwszy pełnić rolę kapitana Włodzimierz Lubański stwierdził: ,,Jeśli z Bułgarią zagramy tak jak z NRD, a dlaczego mamy nie zagrać, to przywieziemy ze Starej Zagory co najmniej punkt, a może i dwa.” Trener Kazimierz Górski również był w dobrym humorze. W swojej książce ,,Z ławki trenera” wspominał: ,,Podzielałem optymizm kapitana naszej drużyny, wszyscy byliśmy pełni wiary w zwycięstwo. Może to być dla kogoś zaskoczeniem ale taki właśnie nastrój panował przed pierwszym meczem z Bułgarami.” Polacy przylecieli do Sofii w samo południe 15 kwietnia. Już na lotnisku potworny upał, do którego o tej porze roku byli nie przyzwyczajeni, dawał im się we znaki. W stolicy zostali przyjęci przez ambasadora Jerzego Szyszkę, a następnie złożyli kwiaty pod pomnikiem Georgi Dymitrowa, który był jednym z ojców bułgarskiego komunizmu. Przejechali ulicami Sofii, oglądając jej niektóre zabytki i zajechali na miejski cmentarz, gdzie spoczywali tragicznie zmarli Georgi Asparuchow i Nikoła Kotkow.
Wielu z zawodników rywalizowało z nimi na boisku czy to barwach klubowych, czy reprezentacyjnych, i w ten sposób chcieli oddać im hołd. Następnie odjechali autokarami do oddalonej o ponad dwieście kilometrów Starej Zagory. Gospodarze pewnie nieprzypadkowo wybrali na miejsce zawodów stadion w tym właśnie mieście. Podróż i warunki pogodowe miały maksymalnie utrudnić Polakom dobre przygotowanie się do meczu. Trener naszych rywali Wiktor Spasow zaszył się ze swoimi podopiecznymi w okolicach Starej Zagory. Nie dopuszczał do nich ani dziennikarzy, ani kibiców. Trenowali na stadionie dwa razy dziennie i byli pewni zwycięstwa. Głównym sędzią miał być Victor Pădureanu, który rok wcześniej został wybrany najlepszym arbitrem w Rumunii. Przed meczem jednak nikt nie skupiał się na jego osobie, choć Kazimierz Górski mówił swoim podopiecznym, że mimo iż potrafią już wiele, to same umiejętności nie zawsze wystarczają do odniesienia korzystnego wyniku. Zwłaszcza kiedy rywale grają u siebie, gdzie często pomagają im ściany. Sam Lubański wspominał też, że po meczach Górnika z CSKA Sofia spotkał z kolegami węgierskich sędziów ubranych w kożuszki, które miały być wyrazem wdzięczności od miejscowych działaczy za „dobre” poprowadzenie meczu. Spotkaniu temu towarzyszył wielki upał. Mimo niesprzyjających warunków nasi zawodnicy nie dali się stłamsić i pokazywali na co ich stać. Przewaga uwidaczniała się po stronie gospodarzy, ale polska obrona, na czele z bramkarzem Hubertem Kostką, spisywała się bez zarzutów. Zaskoczeniem dla miejscowych kibiców był więc fakt, że jako pierwsi drogę do bramki znaleźli goście. Kostka zagrał do Kraski, ten posłał piłkę do Banasia, który podał do Lubańskiego. Zawodnika Górnika pilnował Dobromir Żeczew, który często grał ostro, wręcz brutalnie, a także nieustannie prowokował rywali. Tym razem jednak Polak okazał się sprytniejszy, uwolnił się spod opieki Bułgara i zmienił wynik na 1:0 dla Polski. Do końca pierwszej połowy wynik nie uległ zmianie. Polacy prowadzili. Grając tak, jak w pierwszej odsłonie, powinni zapewnić sobie zwycięstwo. Kiedy zawodnicy w szatni wymieniali między sobą spostrzeżenia dotyczące przebiegu meczu, Lubański zwrócił się do kolegów: ,,Najgorsze za nami. Oni zaczynają mieć już dość i trzeba szybko strzelić jeszcze jedną bramkę.” Na drugą połowę Polacy wychodzili więc zmotywowani i w dobrych nastrojach. ,,Nasze dobre przeczucie jak na razie sprawdzało się. Wychodząc z drużyną z szatni byłem w doskonałym nastroju i nawet przez myśl mi nie przeszło to, co miało nas wkrótce spotkać” – mówił Kazimierz Górski, fragment książki „Z ławki trenera”. Po przerwie gospodarze zaczęli coraz bardziej napierać. W 67. minucie w zamieszaniu pod polską bramką zawodnicy przepychali się i sędzia Pădureanu przerwał grę. Podopieczni trenera Górskiego byli pewni, że odgwizdane zostało przewinienie na Marianie Ostafińskim, a tymczasem według arbitra faulowano… Christo Bonewa. Lubański wspominał, że widział dokładnie, jak Bonew rozciągnął się jak długi tuż przed polem karnym. Kiedy Rumun wskazał na jedenasty metr, kapitan Polaków podbiegł do niego i próbował uzyskać jakieś wyjaśnienia i przekonać go do swoich racji: ,,Pokazałem mu opaskę kapitana, a on odwrócił się do mnie placami. To ja za nim. Może nawet „pocieraliśmy się” o siebie. Nie miał odwagi spojrzeć mi w oczy i widać wykluczał, żeby mnie wysłuchać. Uspokoiłem chłopaków. Chwyciłem Pădureanu za rękę i raz po angielsku – znałem wtedy trzy, cztery słowa – raz po rosyjsku starałem się mu wytłumaczyć, że akcja rozgrywała się poza polem karnym ale z Rumunem nie było żadnej dyskusji. Pokazał mi żółtą kartkę. Sytuacja zrobiła się trudna. Zostawiłem go w spokoju, myśląc sobie: „a może ten Bonew przestrzeli?” – fragment książki ,,Ja, Lubański”. Bułgar jednak się nie pomylił i pokonał Huberta Kostkę. Lubański się wściekł. Wracając z piłką na środek boiska, nie szczędził wulgaryzmów będąc przekonanym, że Polacy zostali brutalnie skrzywdzeni: ,,Repertuar słów miałem wtedy bogaty. Od najgorszych kurew, poprzez barany, fałszywych Rumunów. Szliśmy tak obok siebie. On, „nieomylny” sędzia, i ja, piłkarz otoczony kolegami. Dwadzieścia kilka metrów i bez przerwy stek przekleństw. Kiedy dochodziliśmy do „koła”, a ja szykowałem się do ustawienia piłki, Rumun sięgnął ręką do kieszonki i wyciągnął czerwoną kartkę. Nie było odwołania – fragment książki ,,Ja, Lubański”.
Trochę inaczej zapamiętał tę sytuację Victor Pădureanu. W 1989 r. udzielił on wywiadu Mirosławowi Nowakowi, dziennikarzowi Sportu, który odwiedził go w Rumunii. Sędzia tak relacjonował przebieg wydarzeń: ,,W pewnym momencie usłyszałem słowa „rumuńska świnia”. Chyba w języku niemieckim. Popatrzyłem kto to powiedział. To był właśnie lubański. Powtórzył to jeszcze parę razy. Wydawało mi się to niemożliwe i nadal nie reagowałem, aż do chwili, gdy podbiegł do mnie i zaczął mnie łapać za rękę. Pokazałem mu szatnię.” Jak się później okazało, był to punkt zwrotny meczu. Bułgarzy złapali wiatr w żagle i uwierzyli, że mogą wygrać to spotkanie. Polacy musieli odtąd grać w dziesiątkę. I to bez swojego najlepszego zawodnika. Trener Górski wspominał, że po bramce Lubańskiego piłkarze spoczęli na laurach. Tymczasem zdobycie kolejnego gola, który prawdopodobnie przesądziłby losy meczu, zdawało się być jak najbardziej w zasięgu biało-czerwonych. Odniósł się też do sytuacji z czerwoną kartką: ,,Włodek miał prawo zapytać sędziego dlaczego podyktował rzut karny, z którego padło wyrównanie, był już jednak na tyle doświadczonym zawodnikiem, że wiedział jakie z tym wiąże się ryzyko. W atmosferze wzrostu napięcia wiadomo było, że arbiter nie zmieni decyzji, więc po co wszczynać dyskusję, która mogła być przy tym źle zrozumiana, chociażby wobec bariery językowej, jeśli jeszcze towarzyszyły jej jakieś gesty…” – fragment książki ,,Pół wieku z piłką.” Polakom podcięto skrzydła, ale wkrótce jednak Jan Banaś zdołał umieścić piłkę w siatce i nasza drużyna ponownie wyszła na prowadzenie. Tak im się wtedy przynajmniej wydawało. Pădureanu znajdował się blisko całej akcji i początkowo wskazał na środek boiska. Dopiero wtedy doskoczyli do niego Bułgarzy i wymusili konsultację z sędzią liniowym. Ten nie podniósł nawet chorągiewki, ale po krótkiej dyskusji obu panów, główny bohater zmienił swoją decyzję i gola nie uznał. Na dziesięć minut przed końcem ataki gospodarzy przyniosły oczekiwany skutek. Huberta Kostkę pokonał Mładen Wasiliew. Kiedy wydawało się, że mecz zakończy się wynikiem 2:1 dla gospodarzy, w 87. minucie trzecią bramkę dla Bułgarów strzelił Christo Bonew. W momencie podania znajdował się na kilkumetrowym spalonym, ale nie przeszkodziło to rumuńskiemu sędziemu uznać gola. Polska drużyna przegrała 1:3 i igrzyska olimpijskie w Monachium stały się w tamtym momencie bardzo odległe. Trener Górski wspominał, że cała drużyna była całkowicie zdruzgotana i że za dużo spadło na nich tych „przyjemności”. Sam też czuł się jak zbity pies i najchętniej uciekłby gdzie pieprz rośnie, zniknął ludziom z oczu. Kiedy jednak zobaczył miny zawodników, którzy wlekli się noga za nogą ze spuszczonymi głowami, postanowił nimi wstrząsnąć już w szatni: ,,Szkoda, że się nie popłaczecie! Widzieliście ich, jak się nad sobą roztkliwiają? a nie przyszło wam do głowy, że jeśli weźmiemy rewanż na naszych dzisiejszych zwycięzcach, a wierzę, że weźmiemy, chociażby po to żeby pokazać różnym Pădureanu na co nas naprawdę stać, a wcześniej poradzimy sobie z Hiszpanią, co uważam za pewne, mamy jeszcze szansę pojechać na letnie igrzyska? ,,Pan w to naprawdę wierzy? – Hubert Kostka zapytał z niedowierzaniem – niezłomnie” – odparł bez zastanowienia Górski. Humory zawodnikom od razu się poprawiły. Wszyscy zaczęli jednocześnie mówić, a raczej krzyczeć dając upust złości, żalowi i goryczy z tej niesprawiedliwej porażki. Selekcjoner, chcąc skierować motywację we właściwą stronę i opanować nieco sytuację, zwrócił się do podopiecznych: ,,Niech no tylko przyjadą na rewanż, a wówczas okaże się, kto jest lepszy, ale w prawdziwie sportowej walce!” Podobno w szatni złożyli Polakom wizytę przedstawiciele władz. Oficjele reprezentowali tamtejszy rejon, który jest odpowiednikiem naszego województwa i wyrazili ubolewanie z powodu takiego obrotu spraw na boisku. Na zakończenie krótkiej wizyty jeden z nich powiedział: ,,Nie sądzę, aby to było potrzebne bułgarskiemu piłkarstwu.”
Polacy złożyli oficjalny protest do FIFA. Dołączyli do niego materiał filmowy z meczu, ale swój własny, który nagrała ekipa PKOl. Światowa federacja nie zamierzała jednak zmieniać decyzji sędziów, w czym jest konsekwentna do dziś. Lubański pauzował więc w meczu z Hiszpanią. Obserwator z ramienia światowej federacji – Jugosłowianin Mihajlo Andrejević nie miał jednak najlepszego zdania o pracy arbitra. Mimo że Pădureanu mówił mu, iż Lubański go obraził, to działacz miał stwierdzić, że decyzja o usunięciu z boiska Polaka była zbyt pochopna: ,,Arbiter nie miał podstaw, żeby usunąć waszego piłkarza z boiska. Ich rozmowa(z tego, co wiem) miała charakter pytań.” Inną wersję przedstawiał rumuński arbiter. Ten mecz miał być dla niego egzaminem, który miał pokazać, czy jest gotów prowadzić spotkania na wyższym poziomie niż dotychczas. Wspominał, że dostał najwyższą notę. Później kontrowersje miała badać jeszcze specjalna komisja, która rozwiała wszelkie wątpliwości na jego korzyść. Miesiąc po meczu miał otrzymać nominację na sędziego FIFA. W wywiadzie z Mirosławem Nowakiem Rumun mówił: ,,Nie wiem co wam mówił Andrejević, ale wystawił mi za ten mecz najwyższą notę. Miał trochę pretensji do bocznego arbitra, który zbyt późno sygnalizował spalonego przy nieuznanej przeze mnie drugiej bramce Polaków.” W polskich źródłach znajdujemy jednak informacje, że mecz Bułgaria – Polska był ostatnim oficjalnym spotkaniem międzynarodowym, które prowadził. Na proteście się jednak nie skończyło. Jak wspominał Włodzimierz Lubański, na pomeczowej kolacji, na którą nie przyszli Bułgarzy, Zygmunt Anczok wpadł na pomysł, żeby nastraszyć nieco rumuńskiego sędziego. Siedząc przy stole, zaczął ostrzyć nóż, spoglądając przy tym wyzywająco w kierunku trójki arbitrów. Piłkarze uzgodnili, że kiedy tylko Pădureanu wstanie od stołu, od razu ruszą za nim: ,,Ostatnie metry dzielące hotelowe drzwi od czarnej „czajki” – dostojnie zaparkowanej – rumuńscy goście pokonali biegiem. Dla nas było to równoznaczne z przyznaniem się do winy. Odnieśliśmy mimo wszystko mentalne zwycięstwo – fragment książki ,,Ja, Lubański.”
Rumuński sędzia starcie z Polakami w przytaczanym wyżej wywiadzie zapamiętał tak: ,,Już po meczu, podczas uroczystej kolacji, kiedy na chwilę wychodziłem do toalety, moim śladem szybko ruszył Lubański w towarzystwie dwóch innych polskich piłkarzy. Nie znam ich nazwisk. Miałem chyba szczęście, bo w porę znaleźli się Bułgarzy i zagrodzili im drogę. Tak brzmi właśnie moja prawda o tamtym zdarzeniu. Ja nie jestem kryminalistą, bandytą. Mam czyste sumienie i czyste serce dla polskich kibiców.” Trudno się dziwić, że Jan Ciszewski, który komentował to spotkanie, nie mógł się pogodzić z tym, co wyprawiał rumuński arbiter. Pădureanu na lata stał się w naszym kraju symbolem stronniczego sędziowania. Polacy zdołali się jednak wziąć w garść i już w autobusie, którym piłkarze jechali na lotnisko, Lubański zaintonował piosenkę „my nie, my nigdy nie poddamy się”. Natomiast na Okęciu, mimo poniesionej porażki, na piłkarzy czekali wierni kibice z kwiatami. Jedynym, który wytykał Lubańskiemu jego zachowanie, był Stefan Szczepłek. Na łamach „Życia Warszawy” pisał: ,,Od Lubańskiego należy wymagać więcej, a przede wszystkim niestwarzania sędziemu pretekstów, które po usunięciu go z boiska osłabiły polski zespół.” Można się z nim zgadzać lub nie. Sam zawodnik przyznał, że nawymyślał arbitrowi, ale też, że jego decyzja o wyrzuceniu go z boiska była przesadzona. Koniec końców sędzia Pădureanu jest tylko niemiłym wspomnieniem. W rewanżu Polacy ograli Bułgarów 3:0, a parę dni później korzystny dla nas wynik uzyskali Hiszpanie, którym udało się z nimi zremisować. W końcowej tabeli wyprzedziliśmy piłkarzy z Bałkanów o jeden punkt i pojechaliśmy na igrzyska. Wiele jednak nie brakowało a o występie w Monachium mogliśmy zapomnieć a złota jedenastka Kazimierza Górskiego nigdy by nie powstała.
7
Symbol stronniczości sędziów:
@Adran360
@Bernard777
@FcPortoFan1999
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
0
@Zbyszard To wymaga troche pracy a właściwie przy takiej ilości materiału, jaki przedstawiam, to nawet bardzo dużo pracy. No i najważniejsze. Czy jak zrobie akapit na Wordzie, to tak samo się wyświetli na tej stronie?
0
@Zbyszard Postaram się, zwłaszcza nie zapomnieć...
8
Premierowy puchar „Txuri-urdin”:
San Sebastián Recreation Club, poprzednik Real Sociedad, zdobył zapomniane trofeum pocieszenia po kontrowersyjnym finale trzech drużyn z Madrytem i Athletic Bilbao. Puchar zdobyty przez Real Sociedad w 1909 roku pod nazwą „Cycling Club” jest uważany za pierwszy ważny tytuł w historii piłki nożnej w Gipuzkoa. Nic tego nie zmieni. Właśnie wtedy otwarto gablotę z trofeami „txuri-urdin”, która jest dostępna do dziś. Nie oznacza to jednak, że wcześniej nie było rywalizacji a drużyna San Sebastián zdobyła nawet trofeum, o którego istnieniu mało kto(jeśli w ogóle) wie. W 1905 roku San Sebastián Recreation Club, poprzednik Realu Sociedad, zdobył Puchar Księcia Asturii. Ta nagroda, która zniknęła z klubowej piłki nożnej niemal tak szybko, jak powstała, zdobiła gablotę trofeów nieistniejącego już klubu San Sebastián. Nie była to główna nagroda; w rzeczywistości była raczej nagrodą pocieszenia. Oto historia mało znanego pucharu ufundowanego przez owdowiałego Księcia Asturii. Ponad 120 lat temu Mistrzostwa Hiszpanii były odpowiednikiem dzisiejszego Pucharu Króla. Turniej ten dopiero zaczynał swoją karierę. Była to dopiero jego trzecia edycja. Nie cieszył się on tak dużym prestiżem jak dzisiaj, dlatego organizatorzy starali się zachęcić drużyny do udziału, oferując imponujące nagrody. W tym wydaniu przyznano dwa trofea. Główne trofeum, srebrny puchar dla zwycięzcy, oraz jedenaście złotych medali dla zwycięskich zawodników. Drugie trofeum, Puchar Księcia, również obejmowało jedenaście srebrnych medali dla zawodników na boisku. Dary były darowizną Carlosa Padrósa, prezesa Madrytu, który po latach otrzymał tytuł Królewskiego. Skoro nagrody są już znane, pozostaje tylko ogłoszenie uczestników. W finałowym turnieju trójkątnym rywalizowały trzy drużyny: Madrid Football Club, Athletic Club de Bilbao i San Sebastián Recreation Club. Wszystkie trzy drużyny wygrały swoje mistrzostwa regionalne, aby awansować do tego etapu. Oczekiwano również udziału reprezentacji Katalonii, ale region ten został pozbawiony reprezentacji, ponieważ nie starczyło czasu na dokończenie turnieju katalońskiego. Drużyny z Madrytu i San Sebastián rozegrały pierwszy z trzech meczów, które wyłoniły zwycięzcę Pucharu. Zmierzyły się 16 kwietnia 1905 roku na stadionie Retiro w Madrycie. Gospodarze wygrali 3:0. Mecz wszedł do przerwy przy wyniku 2:0. Drużyna „Gipuzkoa”, ubrana w zielono-żółte stroje, nie miała żadnych szans. W drugim meczu Real Madryt zmierzył się z Athletic Bilbao. Jeśli Real Madryt wygra, zdobędzie Puchar. Nie zawiedli. Pokonali baskijską reprezentację 1:0, zostając mistrzami rozgrywek. Pozostało tylko pytanie, która drużyna zdobędzie Puchar Księcia z wicemistrzem. Mecz pomiędzy Athletic Club a San Sebastián Recreation, zaplanowany na 19 kwietnia 1905 roku, mający wyłonić zwycięzcę drugiej nagrody, Pucharu „Infante Don Carlosa de Borbón”, nigdy się nie odbył. Piłka nie potoczyła się z powodu nieobecności drużyny z Bilbao a zwycięzcą został San Sebastián.
Istnieją dwie wersje wyjaśniające, co się wydarzyło. Pierwsza, opublikowana przez gazetę „El Pueblo Vasco” 20 kwietnia, donosiła o konflikcie między Athletic Bilbao a Realem Madryt, choć zawierała mylące informacje. „Doniesienia sądowe wskazywały na rozbieżności między Athletic Bilbao a Realem Madryt w kwestii mistrzostw. Dobrze poinformowane źródła dodały, że w wyniku tych incydentów Athletic Bilbao wyjechał do Bilbao, rezygnując z rozgrywek o Puchar Książęcy” – czytamy w raporcie. Kilka linijek dalej donoszono jednak, że „wiemy, że wyścig o Puchar Księcia w końcu się odbył i że nasza wspaniała drużyna go wygrała. Kim byli zawodnicy? Jeszcze nie wiemy. Pewne jest, że nasi rodacy odnieśli zwycięstwo i serdecznie im gratulujemy”. Innymi słowy, odbył się mecz, chociaż nie było do końca jasne, które drużyny brały w nim udział a zwycięzcą okazał się San Sebastián Recreation Club. Druga wersja, opublikowana tego samego dnia przez gazetę „La Voz de Guipúzcoa”, rzuca nieco więcej światła na sprawę. Stwierdza ona, że obie drużyny przybyły na stadion Retiro, gdzie miał się odbyć mecz, ale coś nie pasowało drużynie z Biskajów. „Kiedy obie drużyny wyszły na boisko, tłumy kibiców zgromadziły się na meczu. Boisko było nieco wilgotne od porannego deszczu i, wykorzystując to jako pretekst, drużyna z Bilbao odmówiła gry” – czytamy w raporcie. Jednak drużyna z San Sebastián była gotowa do wyjścia na boisko. „Ponieważ drużyna San Sebastián zadeklarowała chęć gry, wierząc, że boisko jest w dobrym stanie, powołano ławę przysięgłych złożoną z bezstronnych osób”, aby ustalić, czy mecz może się odbyć. „Po krótkiej naradzie ława przysięgłych stwierdziła, że boisko rzeczywiście jest w dobrym stanie”. „Następnie drużyna San Sebastián wyzwała drużynę Bilbao na mecz. Drużyna Bilbao kategorycznie odmówiła, w rezultacie czego drużyna San Sebastián zdobyła drugie miejsce w mistrzostwach” – czytamy w doniesieniach prasowych. Klub Rekreacyjny San Sebastián zdobył w ten sposób Puchar ufundowany przez Infante Don Carlosa, dziadka ze strony matki króla seniora Juana Carlosa I i pradziadka obecnego króla Filipa VI.
@shaun
@MoralnyKarzel
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Kapitan hawk
@Bernard777
@Adran360
@1LY0
10
Pewne zwycięstwo nad Pogonią:
16 kwietnia 1939 roku odbyła się następna kolejka ligowa, tylko dla Garbarni i Ruchu był to mecz nr. 3 a dla pozostałych drużyn było to dopiero drugie spotkanie. W Chorzowie o godzinie 16:15 rozpoczął się mecz Ruchu ze Lwowską Pogonią. Arbitrem spotkania był Michał Frank, który na co dzień pracował jako spiker sportowy Polskiego Radia oraz pełnił funkcję sekretarza Wydziału Spraw Sędziowskich. Jak informowało kierownictwo klubu bilety na trybunę główną można było zakupić wyłącznie w kasie numer 5 myślnik wejście od strony północnej stadionu, tam również było wejście dla osób posiadających legitymację wolnego wstępu na stadion. Ponadto kierownictwo ruchu przestrzegało przed kupnem biletów od " ulicznych sprzedawców". Ruch Chorzów pokonał Pogoń Lwów 4:1. Niebiescy wystąpili w następującym składzie: Brom, Giemza, Dziwisz, Mikunda, Skrzypiec, Fica, Kruk, Słota, Peterek, Wilimowski i Wodarz. Jak napisał tygodnik „Raz, dwa, trzy” mecz ucierpiał z powodu porywistego wiatru a Ruch stracił gola grając pod wiatr i przegrywał do przerwy 0:1. Po zmianie stron wynik na 4:1 ustalili kolejno: Peterek, Wodarz, Słota i Wilimowski. Wydawany w Poznaniu „Tygodnik sportowy” zamiast Słocie bramkę zaliczył Wilmowskiemu. Większość prasy optowała jednak za Władysławem Słotą, więc i my przyznajemy jemu tego gola.
@Adran360
@Bernard777
@FcPortoFan1999
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@NeroTFP1
@Ogorinho1974
@Safrani
13
Dublet Messiego i cudowny gol Coutinho rozstrzygneły losy awansu:
16 kwietnia 2019 r. FC Barcelona w rewanżowym ćwierćfinałowym meczu Ligi Mistrzów pokonała Manchester United 3:0. Dwa gole w ciągu czterech minut strzelił Lionel Messi, ale prawdziwą ozdobą wtorkowego spotkania było trafienie Philippe Coutinho, który strzałem z dystansu pokonał Davida de Geę. Ewidentnie nie był to dzień hiszpańskiego bramkarza, który popełnił fatalny błąd przy drugim golu Messiego. Początek spotkania był zaskakujący i bardzo odważny w wykonaniu gości. Już w 34. sekundzie po strzale Marcusa Rashforda, "Czerwone Diabły" mogły wyjść na prowadzenie, ale piłka zatrzymała się na poprzeczce bramki. Ta sytuacja jeszcze bardziej ośmieliła przyjezdnych, którzy dalej atakowali. Jednak na nieszczęście Manchesteru, Barcelona szybko się otrząsnęła i już po kwadransie gry prowadziła. Wynik otworzył niezawodny Messi, który przepięknym strzałem z dystansu pokonał de Geę. Hiszpan zrobił, co mógł przy uderzeniu Argentyńczyka, ale nie był w stanie zatrzymać precyzyjnego i silnego uderzenia. Już cztery minuty później "Duma Katalonii" wyszła na dwubramkowe prowadzenie. Tym razem w 20. minucie bramkarz Manchesteru United popełnił fatalny błąd przy próbie Messiego. Kapitan Katalończyków oddał strzał zza pola karnego, ale nie był on silny i odpowiednio mierzony. Bramkarz tej klasy powinien bez problemu obronić to uderzenie, ale niespełna 29-letni golkiper źle interweniował i podarował gola gospodarzom. Błąd Hiszpana całkowicie podciął skrzydła ekipie prowadzonej przez Ole Gunnara Solskjaera. Zespół z Old Trafford mimo dobrego początku, po 20. minutach przegrywał 0:2 i szanse na awans były minimalne. Gospodarze złapali wiatr w żagle i po dwóch strzelonych gola w pełni kontrolowali boiskowe wydarzenia. Po przerwie "Czerwone Diabły" próbowały strzelić gola kontaktowego, ale jak już udało się im wykreować jakąś okazję strzelecką, to na drodze stawał bezbłędny tego dnia Marc-Andre ter Stegen. Niemiec szczególnie w końcówce pokazał wielką klasę, kiedy zatrzymał uderzenie głową rezerwowego Alexisa Sancheza. Były gracz Barcy wszedł na murawę w 80. minucie.
Emocje całkowicie zabiło trafienie z 61. minuty Coutinho. Brazylijczyk popisał się fenomenalnym strzałem z dystansu, który całkowicie zaskoczył rozpaczliwie interweniującego de Geę. Gol byłego zawodnika Liverpoolu był ozdobą wtorkowego spotkania. Argentyńczyk ma już 10 goli w tej edycji Champions League i jest pod tym względem najlepszy. Dotychczas dzielił pierwsze miejsce w klasyfikacji strzelców z Robertem Lewandowskim z Bayernu Monachium. Polak już dorobku nie powiększy. W całej karierze Messi uzyskał 110 goli w LM i ustępuje tylko Ronaldo. "Kiedy Messi jest w takiej formie, jest nie do zatrzymania. Wiemy od dawna, że w decydujących meczach on zawsze odgrywa ważną rolę. Nie tylko w najważniejszych momentach, ale w przekroju całego spotkania" - powiedział trener gospodarzy Ernesto Valverde. Barcelona jest niepokonana u siebie w Lidze Mistrzów w 31 ostatnich meczach odniosła 28 zwycięstw i trzy razy zremisowała. Pozostali półfinaliści zostaną wyłonieni w środę.
Gole: Messi 16, 20 oraz Coutinho 61 minuta.
FC Barcelona: Marc-Andre ter Stegen – Sergi Roberto (71. Nelson Semedo), Gerard Pique, Clement Lenglet, Jordi Alba – Ivan Rakitić, Sergio Busquets, Arthur (75. Arturo Vidal) – Lionel Messi, Luis Suarez, Philippe Coutinho (81. Ousmane Dembele)
Manchester United: David de Gea – Phil Jones, Victor Lindelof, Chris Smalling, Ashley Young – Scott McTominay, Fred, Paul Pogba – Jesse Lingard (80. Alexis Sanchez), Marcus Rashford (73. Romelu Lukaku), Anthony Martial (65. Diogo Dalot)
Przypomnijmy sobie te gole bo warto:
@Sysia11
@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360
1
@Adran360 No zgoda ale jeśli bierzesz pod uwage "Wielcy, którzy nie wygrywali Ligi Mistrzów", no to logicznym jest że bierze sie pod uwage piłkarzy, którzy uczestniczyli w tych rozgrywkach. Co innego, gdybyś napisał: Piłkarze(wielcy), którzy potencjalnie mogli grać w LM i ją zdobywać. No to wtedy byłoby logiczne a tak to nie jest...
1
@Adran360 Halo halo! Jaki Garrincha znowóż!? Poniosło cie troche bo Manoel Francisco dos Santos nigdy nie mógł zdobyć Ligi MIstrzów, tudzież Pucharu Europy Mistrzów Klubowych, gdyż nigdy nie rywalizował w Europie! To samo tyczy się Pelego. A jeśli chodzi o Zambrotte i Clichy, to tutaj mocno bym polemizował że oni byli WIELCY?
10
El Clasico na remis:
16 kwietnia 2011 r. Real Madrid zremisował z FC Barceloną 1:1 w 32 kolejce La Liga. Napięcie, kontrowersje, rzuty karne i po jednym punkcie na „Bernabéu”. Pierwszy mecz karuzeli „El Clásico” nie zawiódł. Choć mecz nie prezentował wysokiej jakości, to przyniósł zaciętą walkę między dwoma przeciwstawnymi filozofiami piłkarskimi i ostatecznie rozstrzygniętą rzutami karnymi wykorzystanymi przez Messiego i Cristiano Ronaldo, co skutecznie przypieczętowało tytuł mistrzowski Blaugrany. Real Madryt nie chciał mierzyć się ze swoim odwiecznym rywalem i przez całą pierwszą połowę blokował Blaugranę, ale wszystko się rozpadło, gdy Albiol sfaulował Villę w polu karnym, otrzymał czerwoną kartkę, a Messi wykorzystał rzut karny. Do tego momentu minęło 50 minut wysokiego napięcia, ukazując dwa skrajnie odmienne podejścia. Podobnie jak w przypadku Interu w półfinale Ligi Mistrzów w zeszłym sezonie, Mourinho starał się zneutralizować grę podaniową Guardioli, wypełniając linię pomocy zawodnikami, w tym fizycznością Pepe, kosztem magii Özila. Tym razem jednak wynik był inny. Chociaż ruch piłki między piłkarzami Barcelony rzeczywiście był dezorganizujący, plan mógł się powieść tylko wtedy, gdy udało im się strzelić gola po szybkich kontratakach, które Guardiola tak wysoko wcześniej chwalił. Jednak pomimo klarownych okazji Realu Madryt, gol padał powoli, a gdy wynik stał się trudny do zdobycia, strategia Mourinho załamała się. Mourinho dawał odpocząć Xabiemu Alonso, Benzemie i Di Maríi. Jednak przy otwartej sytuacji, Real Madryt ponownie zagroził kontratakiem, a Marcelo wywalczył wątpliwy rzut karny, który Cristiano Ronaldo wykorzystał, ustalając wynik na 1:1. Niewiele, a może wcale, powiedziano o taktyce, jaką Mourinho zamierzał zastosować, by powstrzymać Barcelonę. Milczenie portugalskiego menedżera zdominowało medialne media, a zaledwie kilka godzin przed rozpoczęciem meczu formacja zyskała na znaczeniu wraz z wiadomością, że Pepe zastąpi Özila w wyjściowej jedenastce Realu Madryt. Trzyosobowa pomoc, „100% Mourinho”, miała wykończyć Blaugrane. Niespodzianką był również skład wyjściowy Guardioli, do którego po prawie trzech miesiącach wrócił Puyol, ale przed końcowym gwizdkiem doznał kolejnej kontuzji. Trener Barcelony dał z siebie wszystko i zapewnił sobie pozytywny wynik, który praktycznie gwarantuje im mistrzostwo ligi. Trudno im było jednak zapewnić sobie ten wynik na Bernabéu, grając przeciwko bardzo skoncentrowanemu Realowi Madryt, prowadzonemu w obronie przez imponującego Pepe i wspieranemu przez Khedirę i Xabiego Alonso, którzy udaremniali próby Barcelony, by połączyć siły w formacji defensywnej. Ta solidność w obronie utrudniała jednak ofensywne działania takich zawodników jak Benzema, którzy byli izolowani w systemie Realu Madryt.
Zrywając ze swoim zwyczajem strzelania goli w pierwszych minutach, Barça potrzebowała 18 minut, aby stworzyć groźną okazję przeciwko Casillasowi. Po zagraniu piłki za plecami obrońców Realu Madryt, Messi próbował przelobować bramkarza, który obronił. To nie był jedyny pojedynek Argentyńczyka z kapitanem Realu Madryt, który również znakomicie obronił strzał numer 10 Barçy, zostawiając za sobą połowę defensywy Madrytu wspaniałym biegiem diagonalnym. Chociaż najbardziej omawianym zdarzeniem był bez wątpienia upadek Davida Villi po źle wymierzonym biegu Casillasa , który powalił „guaje” w akcji, na którą ostro protestowała drużyna Barcelony a sędzia ukarał Piqué'a kartką za jego skargi. Real Madryt, mimo że stracił piłkę, stworzył wiele groźnych okazji w polu karnym Valdésa w pierwszej połowie. Benzema jako pierwszy zaatakował bramkarza strzałem zza pola karnego, który zmusił bramkarza Barcelony do wahania, co zaowocowało rzutem rożnym. To właśnie stałe fragmenty gry dawały Realowi Madryt najlepsze okazje, jak choćby strzał głową Cristiano Ronaldo, który Adriano wybił z linii bramkowej. Portugalczyk miał pecha, bo był bliski zdobycia gola również po bezpośrednim rzucie wolnym, który trafił w słupek . Jednak rzut karny Albiola na Villi w 51. minucie zmienił grę i z Barceloną na prowadzeniu, Real Madryt musiał długo przyzwyczajać się do gry w dziesiątkę i wprowadzenia Adebayora, Arbeloi i Özila. W końcu, po tym, jak wytrzymała komfortową grę Barcelony, w której Xavi również trafił w słupek, drużyna Mourinho została nagrodzona, również z rzutu karnego. Bieg Marcelo zakończył się upadkiem Brazylijczyka na ziemię po lekkim kontakcie z Alvesem. Cristiano w końcu zdołał strzelić gola Barcelonie. Wynik 1:1 sprawił, że przez ostatnie dziesięć minut meczu toczyła się wymiana ciosów, akcji i napięcia, spotęgowana strzałem Messiego w trybuny, który podgrzał atmosferę między dwoma drużynami pragnącymi zwycięstwa, które wciąż mieli do rozegrania trzy mecze…
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
0
@Bernard777 Oj niekoniecznie. Oj żebyś się nie zdziwił... :)
1
@Lionel_Messi10 No i super! Dzięki za informacje
0
@Lionel_Messi10 A co z Romero? Bo to chyba on zszedł z jakimś urazem z boiska w niedziele?
10
Niedokończony rywalizacja ze Sportingiem:
Puchar Króla w 1924 roku, wówczas nazywany Pucharem Hiszpanii, przyniósł Sportingowi niemiłą niespodziankę. Czerwono-biały klub trafił na FC Barcelonę w ćwierćfinale i w trzecim(dodatkowym) meczu przegrał 1:3. Już w ćwierćfinale(6 kwietnia) Sporting poniósł porażkę 2:0 w Katalonii, na stadionie Les Corts. Tydzień później, tym razem na korzyść asturyjskiej drużyny, na El Molinón, który zgromadził rekordową frekwencję, padł ten sam rezultat. W związku z tym RFEF (Królewski Hiszpański Związek Piłki Nożnej) nakazał rozegranie meczu powtórkowego na neutralnym boisku. Uzgodniono, że odbędzie się on na stadionie Metropolitano w Madrycie 16 kwietnia 1924 roku. Data ta przeszła do historii jako niesprawiedliwość, jakiej doznał Sporting, oraz jako pierwszy i jedyny raz, kiedy klub z Gijón opuścił boisko przed końcowym gwizdkiem. Wtedy właśnie, jak opisała to ówczesna prasa, odśpiewano niesławne „oburzenie na Metropolitano”. Sędzią meczu został Luis Colina z Madrytu, który był również prezesem Narodowego Stowarzyszenia Sędziów a nawet prowadził reprezentację narodową w jednym meczu, który sędziował trio: José Rosich, Julián Olave i sam Colina. Kibice Sportingu Gijón zmobilizowali się na mecz. Niektórzy kibice przyjechali pociągiem specjalnie z Gijón a asturyjska społeczność stolicy dołączyła do tej rosnącej fali wsparcia na początku stulecia. Mecz rozpoczął się od szaleństwa Blaugrany, która zaatakowała zawodników Sportingu bardzo brutalnie a sędzia nie odgwizdał faulu. Kibice nie mogli uwierzyć własnym oczom, ale kroplą goryczy były dwa akty agresji ze strony piłkarza Barçy, Pepe Planasa. Pierwszą ofiarą był Arcadio Suárez a następnie Manolín Argüelles, co wywołało oburzenie wśród tłumu na trybunach, wśród którego znajdowała się również znacząca część społeczności asturyjskiej zamieszkującej Madryt. Co więcej, sędzia, przy wyniku 1:1 niespodziewanie nie uznał gola Manolo Meany po strzale zza pola karnego, mimo że między zawodnikami nie doszło do kontaktu. Zamiast możliwego wyniku 2:1, wynik zmienił się na 1:3 po rzucie rożnym, kiedy bramkarz Gijón, Amadeo, został ewidentnie popchnięty. Piłkarze Sportingu, oburzeni, postanowili opuścić boisko.
Policja musiała chronić sędziego przed furią tłumu z powodu jego skandalicznego zachowania. Przez godzinę Sporting pozostawał zamknięty w szatniach, odmawiając wyjścia. Piłkarze FC Barcelona domagali się przerwania meczu z powodu wycofania się Sportingu, ale obecne na miejscu władze starały się przekonać obie strony, że mecz powinien być kontynuowany bez zakłócania porządku publicznego. Po godzinnych negocjacjach osiągnięto porozumienie, zgodnie z którym obie drużyny miały wyjść na boisko i rozegrać pozostałe dziesięć minut meczu. Nie było to możliwe, ponieważ sędzia odmówił wyjścia, twierdząc, że upłynęło zbyt dużo czasu a ponadto, że kibice go poważnie znieważyli. W rezultacie mecz zakończył się wynikiem 1:3 na korzyść FC Barcelony. Kontrowersje nasiliły się, a prezes Królewskiego Asturyjskiego Związku Piłki Nożnej, Avelino Blanco, wysłał list protestacyjny, który wraz z doniesieniami prasowymi opisującymi zdarzenie, doprowadziły do tego, że prezes Narodowej Komisji Sędziowskiej, Luis Colina, został ukarany przez tę samą komisję, której przewodniczył, miesięcznym zakazem sędziowania jakichkolwiek meczów. Niestety, nie było możliwości powtórzenia meczu ani rozegrania pozostałych minut, czego domagał się Sporting, za pośrednictwem RFAF (Królewskiej Andaluzyjskiej Federacji Piłkarskiej). Wynik pozostał bez zmian a FC Barcelona awansowała do półfinału Pucharu Króla, który ostatecznie wygrał Real Unión de Irún. Był to jedyny przypadek, gdy drużyna Sportingu zeszła z boiska przed zakończeniem meczu.
@shaun
@Ogorinho1974
@MoralnyKarzel
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@Kapitan hawk
@Bernard777
@Adran360
@1LY0
0
@mmaciass A no rzeczywiście :) Nawet nie zwracałem szczególnej uwagi na niego. Ja Barcunie pokochałem dopiero w 2004 roku ale Argentyne już w 1986 r. a spodobała mi się już 4 lata wcześniej na mundialu w Hiszpanii.