FCBparasiempre
Dołączył/a: grudzień 2020
Biała Podlaska
33 obserwujących
0 obserwowanych
Której reprezentacji, do której powołany został zawodnik Barcy, kibicujesz?
Komunikat
Polecający
Ładowanie...
Historia komentarza
Ładowanie...
8
,,El Trinche” lepszy od ,,Boskiego El Diego”? Tak stwierdził sam „El Pelusa”! O kim mowa? a tego to już dowiecie się w odpowiedzi na mój komentarz.
@Adran360
@Bernard777
@Gary
@Kapitan hawk
@Lionel_Messi10
@misterio
@Marusek
@MoralnyKarzel
@shaun
@Sysia11
2
@Adran360 Założe się że w żadnej polskiej telewizji nie bedzie transmisji tylko na internetach?
10
Cenny remis na Stadio Olimpico:
19 kwietnia 1975 r. reprezentacja Polski zremisowała bezbramkowo z Włochami na stadionie olimpijskim w Rzymie w ramach eliminacji Euro 1976. Jeśli dziś używamy określenia „grupa śmierci”, zwykle mamy na myśli to, że w wyniku losowania w eliminacjach lub finałach jakiegoś turnieju trafiło na siebie kilka mocnych drużyn. Jak jednak nazwać sytuację, gdy w rywalizacji o awans do mistrzostw Europy muszą się mierzyć aktualni wicemistrzowie świata, świeżo upieczeni brązowi medaliści mundialu i piłkarze z kraju, który wcześniej dwa razy sięgnął po Złotą Nike? Taka właśnie historia przydarzyła się w połowie lat 70-tych Holendrom, Włochom i biało-czerwonym. Z grupy piątej promocję mogła dostać tylko jedna z tych potęg a Polacy długo byli na dobrej drodze do sukcesu. Zaczęli kwalifikacje od dwóch zwycięstw nad Finlandią a w Rzymie nie dali się pokonać wielkiej Italii. W tym meczu w naszej kadrze pierwszy raz w historii zagrał piłkarz z zagranicznego klubu: Robert Gadocha był już wtedy zawodnikiem FC Nantes.
@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@FcPortoFan1999
@Bernard777
@Adran360
11
El Clasico na remis:
19 kwietnia 2003 r. Real Madrid remisuje w 30. Kolejce Primera Division 1:1. Był to emocjonujący mecz na Bernabéu, który zakończył się remisem po golach Ronaldo (15') i Luisa Enrique (31'). Luis Enrique strzelił gola po dobitce Casillasa, dzieląc się punktami. Real Madryt miał 61 punktów a Barcelona 37, która przeżywała trudny okres, zajmując dwunaste miejsce w La Liga. W tym roku Real Madryt zdobył mistrzostwo Hiszpanii z 78 punktami a Barcelona zajęła szóste miejsce z 56 punktami. Najbardziej osobliwym aspektem tego meczu była sprzeczka, która wybuchła po tym, jak Zidane uderzył Puyola. Luis Enrique wściekle zaprotestował do sędziego a „Zizou” rzucił się na Asturyjczyka, uderzając go w twarz, co wywołało bójkę w derbach, która na szczęście nie przerodziła się w eskalację.
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
1
Przed nami ostra jazda, tak więc zapinamy pasy i oglądamy bezpośredni pojedynek o mistrzostwo Anglii!
Vamos The Cityzens!
12
Duma Katalonii w europejskich pucharach:
19 kwietnia 1989 r. FC Barcelona pokonała na wyjeździe 2:1 CSKA Sofia w rewanżowym spotkaniu półfinałowym Pucharu Zdobywców Pucharów i awansowała do finału. Pierwszego gola strzelił Lineker, po czym w drugiej połowie wyrównał Stoiczkow. Zwycięskiego gola zdobył Guillermo Amor na 9 minut przed końcem meczu. W pierwszym meczu na Camp Nou Blaugrana nie bez trudu wygrała 4:2. W tamtym dwumeczu w barwach CSKA błyszczał Christo Stoiczkow, który strzelił Katalończykom łącznie 3 gole. Trzeba również pamiętać iż był to pierwszy sezon Johana Cruijjfa w roli trenera Dumy Katalonii. Dodam jeszcze że zanim Barça dotarła do półfinału i finału tych rozgrywek, to niemal cudem przeszła w II rundzie ,,Kolejorza” pokonując go w dwumeczu dopiero po rzutach karnych(!) 5:4
@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360
10
Blaugrana w europejskich pucharach:
19 kwietnia 1969 r. FC Barcelona pokonała na Camp Nou FC Köln 4:1 w rewanżowym meczu półfinału Pucharu Zdobywców Pucharów i awansowała do finału. Pierwszego gola w tym spotkaniu strzelił Marti Filosia. Natomiast hattrickiem w tym meczu popisał się znakomity pomocnik i kapitan drużyny Josep Maria Fuste.
Tryumfy Blaugrany w Copa del Rey:
19 kwietnia 1978 r. FC Barcelona po raz 16-ty w historii zdobyła Puchar Króla. W finale rozgrywanym na Santiago Bernabeu pokonała UD Las Palmas 3:1. Gole dla Barçy zdobyli: Rexach(9 minuta(rzut karny) i 27 minuta), oraz Asensi(14 minuta).
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
10
Debiuty legend:
19 kwietnia 1956 r. zadebiutował w barwach Blaugrany znakomity paragwajski napastnik Eulogio Martinez. Debiut przypadł na towarzyskie spotkanie z Associação Atlética Portuguesa zakończone bezbramkowym remisem.
@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Kapitan hawk
@Gary
@Bernard777
@Adran360
9
@FCBparasiempre
Rivaldo Vitor Borba Ferreira urodził się 19 kwietnia 1972 r. w Jardim Paulista w pobliżu Recife. Stwierdzenie, że jak wiele brazylijskich legend musiał wychowywać się w trudnych warunkach, nie do końca jest zgodne z prawdą. Tak ciężko jak on miało bowiem niewielu z nich. Niedobór witamin w dzieciństwie naznaczył go na całe życie nienaturalnie wykrzywionymi nogami i sztuczną szczęką. Gdybym przyszedł na świat w Rio de Janeiro czy São Paulo, to wszystko byłoby łatwiejsze. Moje nogi do dziś nie są całkiem proste z powodu braku odpowiedniej diety, gdy byłem dzieckiem. Oprócz tego wszyscy moi przyjaciele mieli problemy z zębami. Prawda jest taka, że byliśmy niedożywieni, a piłka była dla mnie jedyną szansą na ucieczkę z tego piekła – wspominał. Za jedyny pozytyw tamtego otoczenia należy uznać sąsiedztwo plaży, gdzie młody Ribo każdego ranka sprzedawał turystom pamiątki. Wciąż jednak wierzył, że stanowi to jedynie wstęp do lepszego życia. W tych marzeniach wspierał chłopaka ojciec Romildo, który zdawał sobie sprawę, że kluczem do wyjścia z biedy siedmioosobowej rodziny jest piłkarski sukces jednego z jego trzech synów. Dlatego tuż po pracy Rivaldo robił to, co kochał najbardziej, żonglował i bawił się piłką. Ojciec przyszłego reprezentanta kraju nie doczekał jednak spełnienia swoich marzeń, gdyż zginął w wypadku samochodowym, w okresie, gdy jego potomek przybliżał się do debiutu w seniorskiej piłce. Był to wielki cios dla 16-letniego chłopca, który na ponad miesiąc porzucił futbol. Do porządku jednak doprowadziła go matka, przypominając jak wielkie nadzieje pokładał w nim Romildo. Wziął sobie te słowa mocno do serca, a miłość do ojca dodawała mu sił przez cała karierę. ,,Nigdy nie myślałem, że będę taki dobry. Gdy miałem dziesięć lat, zobaczyłem Zico w telewizji, ale nie sądziłem, że dojdę aż tak daleko. W końcu pochodziłem z północno-wschodniej Brazylii(większość legend tego kraju pochodzi z południowej części kraju). Tata zawsze był u mego boku – na ulicy, na plaży, wszędzie. To on pomógł mi stać się profesjonalistą i teraz zawsze gram dla niego” – opowiadał. Powrócił więc do treningów, a jego pierwszym klubem było Paulistano. Na stadion tego klubu musiał jednak iść ponad 15 kilometrów w jedną stronę, gdyż na bilet autobusowy nie było go stać. Mimo tych wyrzeczeń zarówno tam, jak i w dwóch następnych klubach nie postrzegano go jako przyszłą gwiazdę. ,,Kiedy grałem w Santa Cruz albo Mogi Mirim, powiedzieli mi, że nie jestem tym najlepszym. Nikt we mnie nie wierzył. Mówili, że inni będą wielkimi gwiazdami”. Sytuacja zaczęła się powoli zmieniać po transferze do Corinthians, gdzie trafił w wieku 19 lat. Można by rzec, że to w klubie z Sao Paulo rozpoczęła się jego profesjonalna kariera, gdyż to tam wreszcie zaczął zarabiać przyzwoite pieniądze oraz grać regularnie. Nie nosił jednak koszulki Timao zbyt długo i już po jednym sezonie zasilił szeregi lokalnego rywala, Palmeiras. Tam świętował swój pierwszy sukces, którym było mistrzostwo Brazylii. Dwukrotnie równie triumfował w mistrzostwach stanu Sao Paulo, gdzie wbił swojemu poprzedniemu klubowi trzy bramki. Pobyt w Verdão naznaczył zdobyciem 60 bramek w 87 meczach. Choć wciąż nie był uznawany za wielką gwiazdę w swojej ojczyźnie, to stawało się powoli jasne, że o Rivaldo wkrótce upomni się Europa. Jako pierwszy zainteresowanie przejawiał Werder Brema. Włodarze niemieckiego klubu nie byli jednak w stanie zapłacić oczekiwanej kwoty odstępnego za Brazylijczyka w wysokości pięciu milionów marek, co ostatecznie zakończyło temat transferu. Więcej szczęścia mieli przedstawiciele hiszpańskiego Deportivo La Coruña. Jeśli sympatycy Depor zastanawiali się, czy nowy nabytek zdoła spełnić ich oczekiwania, to lewonożny geniusz szybko pozbawił ich złudzeń. Choć największy sukces w historii tego klubu nastąpił tuż po jego odejściu, to zdaniem wielu okazał się najlepszym piłkarzem historii klubu. Imponujące 21 bramek w 41 meczach zapewniło klubowi z Galicji trzecie miejsce w tabeli La Liga, a Rivaldo prawdopodobnie po raz pierwszy w karierze znajdował się na ustach wszystkich. W Hiszpanii czuł się jak ryba w wodzie, bo raczej w żadnej topowej lidze tamtych lat zawodnicy ofensywni nie mieli takiej swobody w swoich poczynaniach. Dość szybko Deportivo stało się zbyt ciasne dla Brazylijczyka i po zaledwie jednym sezonie ponownie zmienił klub.
Nowym pracodawcą Rivaldo została FC Barcelona, która po sezonie 1996/1997 starała się znaleźć następcę innego geniusza rodem z Ameryki Południowej, Ronaldo. Nie da się ukryć, że zadanie to nie należało do najłatwiejszych, ale ówcześni włodarze Blaugrany nie po raz pierwszy udowodnili, że znają się na swojej robocie. Choć transfer ofensywnego pomocnika kosztował niemal 24 miliony euro, to okazał się niewątpliwie udaną inwestycją. Niektórzy zawodnicy po przyjściu do Barcelony muszą mierzyć się z presją, z jaką nigdy wcześniej nie mieli do czynienia. Ja przybyłem do Barçy z małego klubiku, jakim przy Blaugranie jest Deportivo. Już na starcie musiałem udowodnić swoją wartość, więc po prostu koncentrowałem się na kontynuowaniu tego, co pokazywałem na boisku w koszulce Los Blanquiazules. Ronaldo odszedł do Interu, więc wszyscy zaczęli mnie z nim porównywać. Ja tego jednak nie chciałem, bo nie miałem zamiaru być jego kopią. Pragnąłem napisać w Barcelonie swoją własną historię – wspominał początek kariery w Katalonii. Z dzisiejszej perspektywy z całą pewnością możemy stwierdzić, iż reprezentant Brazylii osiągnął swój cel. Choć występując na pozycji ofensywnego pomocnika nie strzelał tyle, co Romário czy Ronaldo, to wielokrotnie potrafił odmienić oblicze meczu. Jednym ze spotkań, które najbardziej zapadło kibicom w pamięć, było rozegrane 17 czerwca 2001 r. starcie z Valencią. Była to ostatnia kolejka rozgrywek, a zawodnicy Barcelony potrzebowali zwycięstwa, żeby zakwalifikować się do eliminacji przyszłorocznej edycji Ligi Mistrzów. Największa gwiazda stanęła tamtego wieczoru na wysokości zadania i dwukrotnie wyprowadziła swój zespół na prowadzenie. Rubén Baraja jednak nie zamierzał odpuścić. Na każde trafienie Brazylijczyka odpowiadał własnym. Późniejszego wyczynu rywala już jednak nie był w stanie powtórzyć. Chwilę przed końcowym gwizdkiem sędziego Rivaldo przyjął na klatkę piersiową piłkę zagraną przez Franka de Boera i następnie dzięki niesamowitemu uderzeniu przewrotką umieścił ją tuż przy słupku bramki strzeżonej przez Santiago Cañizaresa. Takich zagrań nie ćwiczy się na treningach. W takich chwilach trzeba polegać przede wszystkim na instynkcie. Widzisz nadlatującą piłkę i w mgnieniu oka uzmysławiasz sobie, że nadaje się ona do tego, żeby uderzyć ją w ściśle określony sposób. Zdobycie tego gola było niesamowitym uczuciem. Trafienie to było nie tylko najwyższej urody, ale miało też wielką wagę, gdyż dzięki niemu zakwalifikowaliśmy się do Ligi Mistrzów – wspominał tamto trafienie. Świetne występy nie pozostały niezauważone i wkrótce Rivaldo został obsypany szeregiem nagród indywidualnych. Najważniejszymi z nich była Złota Piłka France Football oraz nagroda Piłkarza Roku FIFA w 1999 r. To wszystko w połączeniu z obfitym dorobkiem trofeów drużynowych – Superpuchar Europy (1997), dwa mistrzostwa kraju (1998, 1999) oraz Puchar Króla (1998) – wydawało się zaledwie początkiem udanej kariery. W 2002 r. jednak opuścił Hiszpanię na rzecz Włoch. Powodem transferu do AC Milan był rzekomo konflikt z trenerem Louisem van Gaalem i brak zaangażowania. Decyzja ta okazała się fatalna w skutkach. Choć Rivaldo zdołał sięgnąć z nowym klubem po trofeum Ligi Mistrzów, to już do końca kariery nie nawizał do wielkiej formy z czasów gry w Barcelonie. Już po jednym sezonie w Mediolanie powrócił do rodzimego Cruzeiro, skąd dość szybko przeniósł się do Olympiakosu Pireus, gdzie udało mu się zatrzymać na kilka lat. Z greckim klubem zdobył trzy mistrzostwa i dwa krajowe puchary. Trzykrotnie wygrywał również plebiscyt na najlepszego piłkarza ligi. W końcu uznał jednak, że pora na kolejną zmianę klubu i na sezon związał się z AEK Ateny. Kolejny przystanek w karierze był jeszcze bardziej zaskakujący. Zawodnik z Jardim Paulista zasilił bowiem klub Bunyodkor Taszkent z Uzbekistanu. Tam miał spokojnie zarobić na piłkarską emeryturę, lecz ostatecznie sporo dołożył do tego interesu. ,,Właściciele klubu zaproponowali mi znakomitą umowę partnerską. Mój brazylijski klub, Mogi Mirim, miał wysyłać swoje największe piłkarskie talenty do Bunyodkoru. Otrzymałem zapłatę za pierwszy rok kontraktu, ale potem… już ani grosza. Tymczasem wkręciłem się w interes tak bardzo, że zacząłem inwestować w niego własne pieniądze. Skończyło się jednak na tym, że inni brazylijscy piłkarze musieli koczować u mnie w domu, bowiem klub nie płacił rachunków za hotele. Na dłuższą metę nie dało się funkcjonować w ten sposób, więc moja pula pieniędzy na ten biznes szybko się skończyła” – mówił. Po opuszczeniu Uzbekistanu zaliczył jeszcze kilka mniej lub bardziej udanych transferów, by 15 marca 2014 r. zakończyć karierę. Ze sportowej emerytury jednak na krótko powrócił, chcąc pomóc w trudnej sytuacji swojemu klubowi, Mogi Mirim EC.
Ciężko pisać o karierze Rivaldo bez wspomnienia o jego występach w narodowych barwach. Historia ta, choć piękna i naznaczona sukcesami, wpisała się niestety w trend, który świetnie podsumowuje całą jego karierę. Nigdy bowiem nie został należycie doceniony przez kibiców, którzy nieustannie go krytykowali. Działo się tak nawet po zwycięskim turnieju Copa América w 1999 r. i eliminacjach do mundialu w 2002 r., gdzie w obu przypadkach był najlepszym strzelcem rozgrywek. Szansą na zmianę tego stanu rzeczy wydawały się jedynie dobre występy na nadchodzących mistrzostwach świata. I świetną formą na azjatyckim turnieju z pewnością zdołał zaimponować. Brazylia dotarła do wielkiego finału, gdzie wygrała 2:0 z Niemcami, a Rivaldo zaliczył w tym turnieju pięć trafień. Lepszym dorobkiem mógł się jedynie pochwalić Ronaldo. Przegrany mundial to fatalne uczucie. W 1998 r. dotarliśmy do finału, ale do domu wróciliśmy bez Pucharu Świata. Brazylijczycy nie wybaczają takich rzeczy, gdyż tutaj liczy się tylko pierwsze miejsce. W innych krajach kibice będą celebrować zajęcie drugiej, trzeciej czy nawet czwartej pozycji, ale nie w Brazylii. Z tego właśnie powodu w 2002 r. każdy nasz mecz i trening poprzedzało wiele rozmów. Byliśmy zdeterminowani, żeby wygrać dla naszych rodzin i dla wszystkich Brazylijczyków. Wiele przeszliśmy i nie mieliśmy zamiaru znów cierpieć – wspominał azjatycki mundial. Świetne występy zapewniły pomocnikowi miejsce w najlepszej jedenastce turnieju, lecz jeśli liczył na zdobycie większego uznania w oczach rodaków, to szanse na osiągnięcie tego celu koncertowo zmarnował. Dziś bowiem bardziej od jego znakomitej gry pamięta się jego obrzydliwą symulkę, jaką zaprezentował w trakcie grupowego starcia z Turcją. Wspomniany incydent rozpoczął rzut rożny, który wykonać miał reprezentant Brazylii. Wówczas Hakan Ünsal kopnął piłkę w kierunku czekającego na nią w narożniku boiska zawodnika i trafił w jego kolano. Choć siła uderzenia nie wydawała się zbyt mocna, to Rivaldo padł teatralnie na murawę, trzymając się jednocześnie za twarz. Za swój wybryk Turek otrzymał czerwoną kartkę, a sam poszkodowany zebrał wiele krytycznych opinii. ,,Z jednej strony nie zrobiłbym tego ponownie, lecz z drugiej nie żałuję swojego zachowania. Ta symulka była pokłosiem tego, że turecki piłkarz kopnął we mnie piłkę. Tak się nie robi i należała mu się za to czerwona kartka. Nie twierdzę, że zachowałem się fair, ale to był mundial, a Turek chciał coś zmajstrować przeciwko mnie. Za takie błędy płaci się wysoką cenę” – tłumaczył. Nie powinniśmy jednak postrzegać kariery zawodnika w narodowych barwach jedynie przez pryzmat tego incydentu. Niewielu zawodników osiągnęło na tym polu więcej niż on, a sami Brazylijczycy do dziś nie są w stanie nawiązać do gry i sukcesów tamtej kadry. W tym miejscu musimy zadać sobie standardowe pytanie: czy zawodnik, który i tak osiągnął wszystko, o czym piłkarz może marzyć, mógł mieć jeszcze lepszą karierę? Nie wiemy i niestety nigdy się tego nie dowiemy. Być może po odejściu z Milanu zaczął rozmieniać swoją karierę na drobne, ale ciężko mieć do niego pretensje. Przygoda z piłką dała mu tak wiele, że nietrudno mi zrozumieć, dlaczego starał się ją kontynuować jak najdłużej. Miejmy nadzieje, że na długo pozostanie w naszej pamięci i swoją historią zainspiruje jeszcze niejednego chłopca do spełnienia najskrytszych marzeń.
Statystyki i osiągnięcia:
Osiągnięcia zespołowe:
Palmeiras
1x mistrzostwo Brazylii (1994)
FC Barcelona
2x mistrzostwo Hiszpanii (1998, 1999)
1x Superpuchar UEFA (1998)
1x Puchar Hiszpanii (1998)
AC Milan
1x Liga Mistrzów (2003)
1x Superpuchar UEFA (2004)
1x Puchar Włoch (2003)
Olympiakos Pireus
3x mistrzostwo Grecji (2005, 2006, 2007)
2x Puchar Grecji (2005, 2006)
Bunyodkor Taszkent
3x mistrzostwo Uzbekistanu (2008, 2009, 2010)
Sao Paulo FC
1x Copa Sudamericana (2012)
Reprezentacja:
1x Mistrzostwo Świata (2002)
1x Copa America (1999)
1x Puchar Konfederacji (1997)
Vicemistrzostwo świata (1998)
Osiągnięcia indywidualne:
Złota Piłka (1999)
Piłkarz Roku FIFA (1999)
2x Piłkarz Roku w Brazylii (1993, 1994)
Król strzelców Copa America (1999)
Król strzelców Ligi Mistrzów (2000)
Król strzelców ligi uzbeckiej (2009)
Najlepszy Piłkarz Copa America (1999)
Srebrny but mistrzostw świata (2002)
Piłkarz Roku Primera Division (1999)
FIFA 100
4x Obcokrajowiec Roku greckiej ligi (2005, 2006, 2007, 2008)
6
Feliz cumpleaños panie Rivaldo!
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Marusek
@Ogorinho1974
@Safrani
13
@FCBparasiempre
Jeden z trenerów FC Barcelony jest nie tylko wzorem do naśladowania dla świata piłki nożnej a nawet dla świata biznesu, ale także ikoną katalońskiego nacjonalizmu, który fantazjuje na temat rozpadu narodu hiszpańskiego. „Pep Guardiola jest filozofem” – oświadczył szwedzki napastnik Zlatan Ibrahimović przed swoim pełnym jadu odejściem z FC Barcelony, opisując swoją skomplikowaną relację z trenerem Blaugrany. Pomimo pejoratywnego tonu wypowiedzi(„filozof” jako synonim osoby o dziwacznych i pokrętnych poglądach), nie powinniśmy zapominać że Gustavo Bueno stwierdził na I Forum Félixa Martialaya że wszyscy jesteśmy filozofami, więc termin „filozof” należy traktować jedynie jako opis: Pep Guardiola jest filozofem o bardzo konkretnej filozofii (nikt nie jest filozofem w oderwaniu od kontekstu), którą musimy rozwikłać. 4 grudnia 2010 roku FC Barcelona grała w Pampelunie z Club Atlético Osasuna. Pomimo ostrzeżeń zalecających wcześniejszy wyjazd, trener Barçy nalegał, aby drużyna wyjechała w dniu meczu, co było trudne, ponieważ z powodu strajku kontrolerów ruchu lotniczego nie mogli polecieć samolotem, co zmusiło ich do połączenia podróży pociągiem i autobusem. W rezultacie jego drużyna dotarła na stadion z trzyminutowym opóźnieniem(20:00) i mecz mógł się rozpocząć dopiero 45 minut później. Zgodnie z regulaminem Królewskiego Hiszpańskiego Związku Piłki Nożnej, mecz, który FC Barcelona wygrała 3:0 bez większych problemów, mógł zostać zakwestionowany, ponieważ dopuszczalne jest jedynie półgodzinne opóźnienie rozpoczęcia meczu. Jednak ich przeciwnicy nie uznali tego za stosowne. Pomimo zwycięstwa, które potwierdziło, że FC Barcelona to kwintesencja hiszpańskiej drużyny, najlepsza drużyna na świecie ostatnich lat i ta, która gra najwspanialszą piłkę nożną, konferencja prasowa po meczu była istnym festiwalem narzekań Guardioli, z których niektóre wydawały się nie na czasie i odnosiły się do podróży na mecz. „Pochodzimy z małego kraju o nazwie Katalonia, który jest wysoko w hierarchii i mamy bardzo niewielki wpływ” – stwierdził trener Barcelony w komentarzu, o którym poinformowała agencja prasowa EFE. Chociaż sam Guardiola próbował się wycofać 7 grudnia 2010 roku, stwierdzając, że „nie zamierzałem, aby miało to wydźwięk polityczny”, ci, którzy śledzili intelektualną ścieżkę ikony Barcelony, wiedzą, że takie oświadczenia rzeczywiście miały intencje polityczne. Były one wyraźną narracją o byciu ofiarą, typową dla ideologii(katalońskiego separatyzmu), która uważa Katalonię za uciskaną przez rzekomo madryckocentryczny centralizm, sprawowany nad „peryferyjnymi” regionami hiszpańskiego narodu. Nie należy zapominać, że w zeszłym sezonie, na konferencji prasowej po meczu Ligi Mistrzów rozegranym w Kijowie na Ukrainie między Dynamem Kijów a FC Barceloną 10 grudnia 2009 roku, który zakończył się remisem 1:1, Guardiola stwierdził: „Jesteśmy krajem z własnym językiem”, po tym, jak ukraiński dziennikarz zapytał go o używanie przez trenera Barcelony języka katalońskiego na konferencjach prasowych. To stwierdzenie wyraża całą filozofię, niczym innym jak tą, którą głosił Johann Theophilus Fichte w swoich „Przemówieniach do narodu niemieckiego”(1807): że Niemcy, posiadające własną kulturę i język, mimo że nie utworzyły jeszcze państwa narodowego, powinny koniecznie nim się stać. Zgodnie z maksymą Fichtego, Katalonia, mimo że jest krajem „nie mającym dużego wpływu”, ponieważ „jest wysoko”, ma już własny język i kulturę, odmienne od hiszpańskich, i dlatego powinna stać się państwem niezależnym od Hiszpanii. Co ciekawe, ukraińscy dziennikarze, którzy przeżyli secesję swojego kraju od byłego Związku Radzieckiego, pochwalili „dowcip” Guardioli, ponieważ natychmiast potraktowali go jako argument na rzecz używania języka ukraińskiego zamiast rosyjskiego – wspólnego języka byłych republik radzieckich, znacznie ważniejszego ze względu na liczbę użytkowników. Idąc tym tokiem rozumowania, Ukraina również jest krajem z własnym językiem i kulturą, całkowicie odrębnym od Rosji, co w konsekwencji uzasadnia jej secesję. Jednakże, ponieważ język i kultura niemiecka były obecne również w innych częściach Europy, ideologia Fichtego o Państwie Kulturalnym implikowała aneksję( Anschluss ) innych państw, takich jak Austria czy Czechosłowacja, tak jak naziści przeprowadzili to w latach poprzedzających II wojnę światową. Zgodnie z tymi ideami, kataloński nacjonalizm zawsze dążył do utworzenia tzw. „krajów katalońskich”, które obejmują nie tylko Katalonię, ale całe śródziemnomorskie wybrzeże Hiszpanii, od Walencji i Balearów po Murcję, w tym Aragonię. Dążenie to jest promowane jako „imperializm kataloński” od czasów baz w Manresie z 1892 roku, proklamowanych przez Prata de la Ribę i Francisco Cambó, które dążyły do narzucenia języka katalońskiego w Katalonii, pomimo jego znikomego znaczenia w porównaniu z językiem uniwersalnym, takim jak hiszpański. Guardiola, jak już zauważyliśmy, rutynowo prowadzi konferencje prasowe po katalońsku, lekceważąc hiszpański.
Na stadionie FC Barcelony przed meczami często odbywają się demonstracje „Krajów Katalońskich”, co jest wyraźnym przejawem ich długo oczekiwanego „Anschlussu”, czyli oddzielenia Hiszpanii od reszty kraju, który chcą przejąć i przyznać niepodległemu narodowi katalońskiemu. Nie należy również zapominać o buczeniu króla Hiszpanii przez niektórych kibiców Barçy, zachęcanych przez katalońskie organizacje separatystyczne, podczas ważnych wydarzeń piłkarskich, takich jak finał Pucharu Króla w 2009 roku. Jeśli w zeszłym sezonie Guardiola podsumował swoją filozofię na konferencji prasowej w Kijowie, to ten sam sezon 2009-2010 naznaczony był bolesnymi insynuacjami pod adresem tego, co katalońscy separatyści nazywają „La Mesetą”(Mesetą Centralną), w tygodniach po jego wykluczeniu z klubu za kwestionowanie autorytetu sędziego Closa Gómeza podczas meczu Unión Deportiva Almería – FC Barcelona 6 marca 2010 roku, który zakończył się remisem 2:2. Insynuacje te wynikały z najgłębszej ideologii katalońskich separatystów, która wskazuje na niższość rasową Hiszpanów z „Mesety” jako oczywistą przyczynę upadku Hiszpanii w XIX wieku. „Rasa katalońska”(jak pisze profesor Francisco Caja w swojej książce o tym samym tytule, „La raza Catalana: El núcleo doctrinal del catalanismo” wydanej przez „Encuentro” w 2010 roku), uważana za bardziej „europejską”, miałaby być odpowiedzialna za zwycięstwo w Hiszpanii i jej ożywienie. Kataloński nacjonalista Pompeyo Gener stwierdził już w 1900 roku, że Katalończycy są „Aryjczykami” (w przeciwieństwie do tych z „La Meseta”, tych „po drugiej stronie Ebro”), a zatem to oni powinni przewodzić dekadenckiej Hiszpanii ze względu na przewagę tego, co uważali za niższą rasę płaskowyżu. Jednak katalońskie idee separatystyczne są tolerowane, a nawet akceptowane przez tych, którzy zawsze są najbardziej przeciwni FC Barcelonie. Tak jest w przypadku Alfredo Relaño, dyrektora gazety AS, który stale potępia istnienie tego, co nazywa „Villarato”, mając na myśli prezesa Królewskiego Hiszpańskiego Związku Piłki Nożnej, Ángela Maríę Villara, wspieranego przez dyrektorów Barcelony w celu utrzymania swojej władzy a w konsekwencji zapewnienia katalońskiej drużynie wyraźnych preferencji ze strony federacji i organów sędziowskich. Jednak Relaño, tak zdeterminowany, by potępić ten urojony spisek, chętnie przyjmuje katalońskie zasady separatystyczne i staje się ich wspólnikiem. Dlatego też w swoim artykule „Madryt i Barça, zawsze te dwie drużyny”, opublikowanym w czasopiśmie „AS” 30 grudnia 2010 r., stwierdza, że bezpośredni pojedynek Realu Madryt i FC Barcelony, w jaki przekształciła się First Division League, to „duopol, z pewnością, ale odzwierciedla on istotę tego kraju, z dwoma megamiastami, które reprezentują również dwa sposoby postrzegania państwa: centralistyczny lub federalistyczny”. Jak widać, Relaño w całości chłonął propagandę katalońskiego separatyzmu, który utożsamia Madryt z centralizmem i uciskiem reszty Hiszpanii, której piłkarskim odpowiednikiem byłby Real Madryt, „drużyna Franco”. Jednak Real Madryt nigdy nie był „drużyną Franco”(wystarczy spojrzeć na wyniki Copa del Generalísimo, aby zobaczyć, że jego zwycięzcami były właśnie dwie „peryferyjne” drużyny, Athletic Bilbao i FC Barcelona), ani klub nie bronił wyłącznie centralizmu ani istoty narodu hiszpańskiego. Dla przykładu, Sevilla FC była pierwszą drużyną, która umieściła hiszpańską flagę na plecach swoich koszulek, co na swój sposób naśladowała FC Barcelona, umieszczając katalońską flagę regionalną w tym samym miejscu na swojej koszulce. Wręcz przeciwnie, można stwierdzić, sądząc po buczeniu króla Hiszpanii i katalońskich demonstracjach separatystycznych na jego stadionie, że historycznie FC Barcelona była związana nie z tendencjami federalistycznymi, lecz separatystycznymi wobec narodu hiszpańskiego, co wyraża jej motto „Więcej niż klub”. Co ciekawe, to właśnie w erze demokratycznej Real Madryt odniósł swoje największe sukcesy ligowe: łącznie 15 tytułów mistrzowskich(z 31 w historii) od śmierci Franco, w porównaniu z 11 tytułami FC Barcelony. Również w erze demokratycznej, w wyniku rozwoju wspólnot autonomicznych Hiszpanii, Madryt przeszedł drogę od roli jedynie stolicy administracyjnej do pozycji motoru napędowego gospodarki Hiszpanii (rola ta wcześniej przypadała Katalonii), przyciągając kapitał ludzki i duże firmy uciekające przed zjawiskami tak ściśle związanymi z katalońskim separatyzmem, takimi jak immersja językowa i prześladowanie języka hiszpańskiego, wspólnego języka naszego narodu. Zatem musimy stwierdzić, że Pep Guardiola jest niewątpliwie filozofem. Ale, jak już powiedzieliśmy, filozofem z wyraźnym przymiotnikiem: kataloński filozof separatystyczny.
9
Kataloński filozof separatystyczny:
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@Kapitan hawk
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
1
@Ogorinho1974 Jaki ten świat mały a do tego nierzadko smutny...
8
@FCBparasiempre
18 kwietnia 2015 r., „Parque Alfredo Victor Viera; Racing-Nacional.
Życie przecieka nam przez miejsce, moje drogi, czas płynie, nie oglądając się za siebie i starzejemy się nie zdając sobie z tego sprawy aż robi się już za późno na prawie wszystko nie sądzisz? Nie patrz na mnie tak głupkowato, wiem że masz tylko 10 lat, wiem jestem twoim dziadkiem ale co mam zrobić, prawie 90 lat na karku, pomarszczony jak rodzynka, żółty jak stara fotografia, bliżej mi do martwych niż żywych, bliżej mi do miejsca, do którego odszedł Eduardo Galeno niż do tego stadionu, popatrz no, jestem taki stareńki że nie pamiętam kiedy przyszedłem tu ostatni raz, w latach 60. 70. czy 80-tych? Czy byłeś już wtedy na świecie? Kto to wie... My, ludzie jesteśmy nikim bez naszych wspomnień, słyszysz? Bez pamięci jesteśmy tylko kawałem starego mięsa... Ale czas nam je zżera i jedynie co możemy zrobić, to patrzeć jak znikają... Dasz wiarę że Eduardo Galeano kiedyś na mnie nasikał? Nigdy nie zapomnę jak zaczęły na mnie spadać kropelki a ja pomyślałem że jakiś gamoń rozlewa na mnie bo ja wiem, piwo albo wino albo jakiś napój orzeźwiający ale wtedy spadł na mnie ciepły śmierdzący strumień i kiedy spojrzałem w górę zobaczyłem na trybunie jego twarz, twarz małego Eduardo Galeano, nie wiem ile mógł mieć lat, na pewno był młodszy od ciebie, może cztery albo pięć, nie więcej, patrzył na mnie z wyrazem ulgi i strachu, wiesz? Nie mógł już wytrzymać i odlał się tam, gdzie stał i od tego sikania zaczęła się nasza przyjaźń, od tamtej pory nawiązałem znajomość z jego ojcem i wujem, dwoma wariatami, którzy przynosili małego na stadion już jako niemowlaka, owiniętego w koce, wyobraź to sobie... Wiesz że jego przodkowie byli w kierownictwie Trójkolorowych w jednym z najwspanialszych okresów w historii klubu? A ja przeżywałem wspaniałe okresy, uwierz mi, to jedyny pozytyw z prawie stuletniego życia... Pamiętam że jego wuj Conrado opowiadał mu historię z meczów, które w latach 40-tych przyniosły sławę takim piłkarzom jak obaj Anibale: Ciocca i Paz, o golach Atilio... O dokonaniach Santamarii, Ambroice'a, Rinaldo Martino w latach 50-tych. O wyczynach Ciengramosa, Mangi i Cubilli, dowodzącego drużyną marzeń w latach 60-tych. Ale nie myśl sobie że Eduardo był jednym z tych fantastycznych kibiców, którzy patrzą tylko na naszych, o nie, od najmłodszych lat zawsze powtarzał że ekscytował się golami Schiaffino i Abbadie, chociaż grali w Peñarolu, właśnie taki był, był żebrakiem pięknej gry, który pielgrzymował po trybunach w oczekiwaniu na jakąś ładną akcję, tylko tyle, rozumiesz? I nie żeby nie walczył o nasz herb, kiedy był mniej więcej w twoim wieku, musieliśmy go wyciągać z niejednej bijatyki... Bronił a to Luisa Artime, a to Rinaldo Martino... Kim są ci panowie? Może kiedyś ci o tym wszystkim opowiem, mój drogi... Dla ciebie to teraz tylko puste nazwiska... Ale dla takiego starca jak ja to nazwisko niosące mnóstwo wspomnień, momentów, goli, uścisków... Życia... „Historia człowieka, tak samo jak historia futbolu jest podróżą od przyjemności do obowiązków"- cóż za piękne słowa, prawda? Napisał je on, Eduardo Galeano… I ta przyjaźń, która zaczęła się od sikania, zakończy się teraz, kiedy sędzia gwizdnie i wszyscy zamilkniemy na minutę aby oddać mu hołd...
Gdyby nie chodziło o jego pożegnanie, nie przyszedłbym tutaj, na stadion Racingu, jaka szkoda że w tej kolejce nie gramy u siebie żeby pożegnać go na „Centenario” jak na to zasłużył, prawda? Nie znałeś go, jesteś jeszcze bardzo mały ale on widział cię parę razy. Jak ja się cieszyłem że jeden z naszych największych pisarzy poznał mojego pierwszego wnuka! Nawet sobie nie wyobrażasz... Zauważ że senatorowie z Szerokiego Frontu zaproponowali w poniedziałek żeby zwołać Zgromadzenie Ogólne w hołdzie dla mistrza pióra. Czytałeś list pożegnalny Nacionalu? Nie? To co z ciebie za kibic? Naprawdę jesteś moim wnukiem? Musisz go przeczytać, zrób to dla mnie. Jest zatytułowany „Żegnaj Trójkolorowy!". Przeczytaj go, klub napisał że Galeano był „człowiekiem silnie utożsamiającym się z ideologią" i „kontrowersyjnym", ale który pisarz tak naprawdę taki nie jest? Dzisiaj, mój drogi nawet ci, którzy się z nimi nie zgadzali zatrzymują się żeby oddać cześć jego pamięci, ta minuta ciszy nie będzie smutna tylko dla nas, lecz także dla wszystkich kibiców na świecie bo niewielu tak pięknie pisało o piłce i o Nacionalu, zwróć uwagę że kiedy musiał uciekać, śledził wszystkie mecze z Hiszpanii, wszystkie, wyobrażając sobie gole Moralesa... Jak pomyślę że już nigdy więcej nie zobaczę go na trybunach... „Do widzenia Trójkolorowy!", pożegnano się w liście... Patrz, wychodzą już piłkarze i sędziowie... Widzisz jak błyszczy piłka? Ile to już lat nie przychodzę na trybuny! Nie przeżywam tego momentu! Zapomniałem już o łaskotaniu w brzuchu, kiedy wszystko ma się za chwilę rozpocząć, kiedy wszystko jeszcze może się zdarzyć, ty też to czujesz? Tak? Mój wnuk! To jest najlepsze w futbolu, ten moment, zanim piłka zacznie się toczyć, chociaż dzisiaj będzie smutno, stadion pogrążony w ciszy, bez przyśpiewek kibiców, przypomina cmentarz... Zobacz, piłkarze ustawiają się już na obwodzie koła, Przygotuj się mój drogi na pożegnanie Wielkiego kibica, znakomitego pisarza, człowieka pióra... Przyjaciela, który odszedł i zostawił nam tę ciszę. Słyszysz ją? Posłuchaj dobrze tej ogłuszającej ciszy, bolesnej, rozdzierającej, posłuchaj tej pustej ciszy bez jego słów. Słyszysz ją? Słyszysz? Odszedł od nas Eduardo Galeano i teraz możemy tylko wstać, wstaję cały „Parque Alfredo Victor Viera” żeby pożegnać go w tej ciszy. Słyszysz ją? Słyszysz ją w środku? Żadnego kaszlnięcia, żadnego oddechu pośród tej ciszy, cały kraj płacze, cały świat oddaje hołd pisarzowi, który otworzył żyły Ameryki Łacińskiej i wydobył swój najlepszy atrament, człowiekowi, który zarabiał na chleb imając się najróżniejszych zajęć: był posłańcem, malarzem, robotnikiem w fabryce, stenotypistą, kasjerem w banku, grafikiem... Ale przede wszystkim świat żegna pisarza, który powiedział że futbol, nasz futbol był zwierciadłem świata; pisarza, któremu nie zadrżała ręka, kiedy wskazywał grzechy bogaczy, kiedy powiedział że pieniądze kupiły duszę futbolu, naszego futbolu... Zapamiętaj ten moment na zawsze drogi wnuku, zapamiętaj że dzisiaj graliśmy pierwszy mecz bez niego, bez Eduardo Galeano...
Miguel Angel Ortiz.
6
Minuta ciszy:
@Szalik
@shaun
@MoralnyKarzel
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@Kapitan hawk
@Gary
@Bernard777
@Adran360
7
Zapomniane legendy polskiego futbolu:
18 kwietnia 1954 r. w Opatowie urodził się Włodzimierz Mazur. Koledzy z boiska mówili, że był silny jak tur a uda miał jak ze stali. Obok Andrzeja Jarosika to największa legenda Zagłębia Sosnowiec. Przygodę z piłką rozpoczynał w Górniku Kazimierz. Wyróżniającego się młodego zawodnika zauważyło Zagłębie. Do klubu trafił jako 16-latek. Szybko poznano się na jego talencie i przepowiadano mu świetlną przyszłość. Mówiło się, że ma być następcą Jarosika. To był piłkarz kompletny. Jego technice też nic nie brakowało. Miał dobrą lewą i prawą nogę. Umiał się zastawić i uderzyć z daleka. Zgadzam się jednak z tym, że wyróżniał go niesamowity instynkt – mówił Jerzy Dworczyk, który w latach 70. grał razem z Mazurem w ataku. W krótkim czasie stał się ulubieńcem kibiców, którzy okrzyknęli go królem Sosnowca. Mimo sukcesów nie zadzierał nosa, nie wywyższał się. Był normalnym człowiekiem. Nigdy nie odmawiał znajomym w potrzebie. Nawet kiedy w sezonie 1976/77 został królem strzelców z 17 bramkami na koncie, to nadal potrafił wyjść na piwko ze starymi przyjaciółmi. Koledzy wspominali, że nawet jak trochę przesadził z piciem, to na drugi dzień niczego nie było po nim widać. Swoją grą przyciągał ludzi na stadion. To głównie jego chciano oglądać. Z Zagłębiem dwukrotnie świętował zdobycie pucharu Polski (1977 i 1978). W sumie dla klubu rozegrał 319 spotkań (282 w lidze) i strzelił 100 bramek (79 w lidze). Jego talent i umiejętności zostały dostrzeżone przez Jacka Gmocha, który dał mu szansę debiutu w reprezentacji 31 października 1976 w wygranym 5:0 meczu z Cyprem.
Zabrał go również na mistrzostwa świata do Argentyny. Zagrał tylko w jednym meczu z gospodarzami. Kiedy przegraliśmy 0:2, Gmoch rzucił w stronę ławki rezerwowych: Włodek, rozbieraj się. Dres zaczął rozbierać Włodek Lubański, ale trener szybko doprecyzował, że chodzi mu o Włodka Mazura. To on miał odmienić losy meczu. Nie odmienił. W pamięci kibiców zapisał się jednak rok później. W meczu z Holandią w ramach eliminacji do Euro 1980 Mazur wykonywał rzut karny. Napastnik Zagłębia położył bramkarza na ziemi i lekkim strzałem posłał piłkę w sam środek bramki. Po tamtym meczu odebrał talon na samochód. W 1983 r. wyjechał do Francji, gdzie grał dla Stade Rennais. Dwa lata później jednak wrócił do kraju i zagrał jeszcze kilka spotkań dla Zagłębia. Karierę kończył w Górniku Wojkowice. Jako zawodnik Zagłębia był wzorem dla młodszych kolegów, garnęli się do niego, podglądali, jak kopie piłkę i jak się zachowuje na boisku. Chciał być trenerem ale niestety dobrze zapowiadającą się kariera została przerwana. 1 grudnia 1988 r. wyszedł z domu, żeby zrobić zakupy. Upadł przed sklepem i już nigdy nie odzyskał przytomności. Zmarł w wieku 34 lat. Jest Patronem Akademii Zagłębia, w której trenuje blisko pół tysiąca młodych adeptów piłki nożnej. W Reprezentacji rozegrał 23 mecze, strzelając 3 gole.
@Adran360
@Bernard777
@FcPortoFan1999
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
1
@FcPortoFan1999 No Chelsea pokrzyżowała a Bayern(?) to niby z jakiego powodu...
Że niby Bayern nie awansował do finału? bo nie pamietam już tego
13
Skromna ale jednak porażka:
18 kwietnia 2012 r. FC Barcelona przegrała w pierwszym meczu półfinałowym Ligi Mistrzów na Stamford Bridge z tamtejszą Chelsea 1:0. Smaczkiem konfrontacji w półfinałach było to że Roman Abramowicz czynił stałe podchody pod Pepa Guardiole. Wedle Guillema Balague latem 2011 r. proponował katalońskiemu trenerowi nawet 15 milionów euro rocznej pensji i czteroletni kontrakt. Zdając sobie sprawę że pieniądze to nie wszystko, nakłaniał też do podjęcia pracy w Londynie zaprzyjaźnionego z Pepem Bagiristaina, który w 2010 r. odszedł ze stanowiska dyrektora sportowego Barçy ale Guardiola oświadczył że gdy odejdzie z Barcelony, będzie chciał przez rok odpocząć od futbolu. Pierwszy mecz londyńczycy wygrali 1:0, co jednak nie zmieniło powszechnej opinii że zdecydowanym faworytem do awansu pozostaje Blaugrana. Ekipa Roberto di Matteo, który wciąż miał jedynie tymczasowy kontrakt, zagrała perfekcyjnie w obronie. Angielska prasa pisała nawet o linczu Katalończyków w Londynie, co było jednak grubą przesadą. Barça oddała 24 strzały a Chelsea jeden. Posiadający przygniatającą przewagę goście trafiali w słupek(Pedro) i w poprzeczke(Alexis Sanchez), Cole wybił piłke z linii bramkowej a Čech też musiał się kilka razy solidnie napracować. Di Matteo wykazał się jednak trenerskim nosem, nie zdejmując z boiska Drogby, który na początku meczu kilka razy cierpiał z bólu po starciach z defensorami Blaugrany i to właśnie on strzelił zwycięskiego gola. Guardiola zaszokował wszystkich na konferencji pomeczowej, mówiąc że niezależnie od wyniku rewanżu jego zespół już jest zwycięzcą tego sezonu…
@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360
14
Spektakularne gole ,,La Pulgi”:
18 kwietnia 2007 roku, Leo Messi zdobył niesamowitego gola podczas meczu Pucharu Króla z Getafe. Argentyńczyk otrzymał na własnej połowie piłke od Xaviego i przebiegł z nią pół boiska, ogrywając po drodze kilku rywali, mijając bramkarza i strzelając gola niemal do złudzenia przypominającego trafienie Diego Maradony przeciwko Anglii na Mundialu w Meksyku, nazwanego ,,golem stulecia”. Niestety ten piękny gol Messiego nie przyczynił się do wygrania trofeum, ponieważ w rewanżu Blaugrana przegrała z Getafe 4:0 i w efekcie odpadła z rozgrywek.
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
@Sysia11
3
@Safrani Ja też go dobrze pamiętam bo jeszcze nagrywałem go na dvd. Ja się obawiałem żeby tylko nie przegrać i nie stracić gola a jak przegrać to bardzo niewielką różnicą goli...
13
Błysk Ronaldinho i bardzo cenna zaliczka przed rewanżem:
Dokładnie 20 lat temu FC Barcelona pokonała na San Siro AC Milan 0:1 w półfinale Ligi Mistrzów. Podopieczni Rijkaarda jechali na wyjazdowe starcie z Milanem z jednym celem: zagrać na zero z tyłu. Rijkaard kontra Ancelotti, czyli koledzy z Milanu, Szewczenko kontra Ronaldinho, czyli dwaj ostatni zdobywcy Złotej Piłki. Smaczków tej półfinałowej rywalizacji doprawdy nie brakowało. Bohaterem pierwszego starcia był oczywiście Ronaldinho, którego ,,Corriere della Sera” nazwało Marsjaninem na San Siro. To po jego akcji, odebraniu piłki Gattuso i dokładnym podaniu na 30 metrów, zwycięskiego gola strzelił Giuly. Ancelotti chyba nie wierzył w odrobienie strat, gdyż przy 0:1 posłał do boju obrońców Maldiniego i Cafu. Joan Laporta po wygranej z Milanem na jego terytorium nabrał pewności siebie że w klubie narodził się wielki zespół. ,,Na San Siro zaczął się nowy wielki rozdział w historii Dumy Katalonii. Nie jesteśmy galaktyczni, tylko ludzcy, za to najlepsi w Europie”- powiedział wtedy Laporta nawiązując oczywiście do Realu.
@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360
12
Cudowna, (nie)zapomniana remontada Katalońskiej Dumy:
18 kwietnia 2000 r. FC Barcelona doprowadza do fantastycznej remontady na Camp Nou! Dzieje się to w rewanżowym meczu z Chelsea CF w ramach ćwierćfinału Ligi Mistrzów, gdzie Blaugrana ostatecznie pokonuje angielski zespół po dogrywce 5:1! W pierwszym meczu na Stamford Bridge Barça poległa 3:1. W rewanżu gole zdobywali: Figo, Dani, Kluivert oraz dwie Rivaldo. ,,Zagraliśmy perfekcyjny mecz”- podsumował Luis Figo. Kibice przed rewanżem zaprezentowali wspaniałą kartoniadę z wymownym hasłem ,,2:0”. Piłkarze posłuchali a gole Rivaldo i Figo w pierwszej połowie pozwoliły odrobić straty. W 60 minucie Tore Andre Flo popsuł jednak fieste po fatalnym błędzie bramkarza Hespa, który podał mu piłke pod nogi. Na siedem minut przed końcem regulaminowego czasu gry do dośrodkowania przez Guardiole piłki najwyżej wyskoczył rezerwowy Dani Garcia i strzałem głową wyrównał stan dwumeczu. W ostatnich minutach Barça wywalczyła rzut karny, lecz zmarnował go Rivaldo. Doszło więc do dogrywki a w niej świetnym wejściem w szesnastke popisał się Luis Figo, którego faulował Babayaro co zakończyło się czerwona kartką i rzutem karnym. Tym razem Rivaldo był bezbłędny a wspaniały wieczór zwieńczył golem Kluivert.
Wspomnienia jak lawa gorące:
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
3
@FCBparasiempre
Na San Mamés, pomimo kilku nieobecności, Bru zdołał wzmocnić drużynę, dając czas na grę większej liczbie zawodników niż przewidywano w wyjściowym składzie, i zaczął wyczuwać skład finałowej jedenastki. Ostatnie próby odbyły się na boisku Amute w Irun, gdzie Bru otrzymał „pomoc” od Ruete i Berraondo, którzy pełnili rolę sędziów liniowych w pierwszym meczu. Następnie na tym samym boisku rozegrano kolejny mecz, aby Ruete, Berraondo i Bru mogli ostatecznie zdecydować o składzie wyjściowym i rezerwowych. Głównym problemem była presja ze strony każdej federacji i lokalnej prasy w każdym regionie, wskazującej najlepszych zawodników. To, w połączeniu z kwestią dostępnych boisk i decyzją komisji po meczach, sprawiło, że ostateczna kadra składała się z zawodników z Katalonii, Galicji i Basków. W sierpniu z Irun do Antwerpii pociągiem odjechała następująca drużyna: Bramkarze: Zamora (FC Barcelona) i Eizaguirre (Real Sociedad); Obrońcy: Arrate i Carrasco (Real Sociedad), Otero (Real Vigo Sporting) i Vallana (Arenas Club); Pomocnicy: Samitier i Sancho (FC Barcelona), Belauste i Sabino (Athletic Club), Eguiazábal (Real Unión) i Artola (Real Sociedad); Napastnicy: Pagaza (Arenas Club), Vázquez (Racing Ferrol), Moncho i Ramón (Real Vigo Sporting), Sesúmaga (FC Barcelona), Patricio (Real Unión), Pichichi i Acedo (Athletic Club) oraz Silverio (Real Sociedad). Ruete i Berraondo nie pojechali do belgijskiego miasta, więc Bru przejął dowodzenie nad drużyną. Towarzyszyli mu Isidro, kierownik sprzętu, oraz Manuel Lemmel, były piłkarz Barcelony i Espanyolu, który miał pełnić funkcję masażysty i sędziego, ponieważ zarówno on, jak i Bru byli zarejestrowani jako sędziowie w tych samych rozgrywkach. Jedynie Luis Argüello, który przybył kilka dni po reszcie ekspedycji, miał być głównym reprezentantem grupy. Przed meczem otwarcia Bru miał pewne nieporozumienia z Argüello i niektórymi zawodnikami. Niezadowolenie Argüello wynikało z jego roli kierownika wyprawy, a tej funkcji Bru nigdy nie chciał objąć poza aspektami sportowymi. Problem z zawodnikami pojawił się, ponieważ kilku z nich chciało narzucić trenerowi swój skład wyjściowy. Bru, doświadczony weteran, zdołał rozwiązać spór z zawodnikami przed debiutem drużyny, ale napięcia z Argüello utrzymywały się, mimo że uznali jego życzenia. Mecz otwarcia odbył się 28 sierpnia w Brukseli przeciwko Danii, drużynie, która rozgrywała mecze od ponad dekady i była jednym z faworytów turnieju. Zamora, Otero, Arrate, Samitier, Belauste, Eguiazábal, Pagaza, Sesúmaga, Patricio, Pichichi i Acedo zadebiutowali tego historycznego dnia. Wbrew wszelkim przeciwnościom odnieśli zaskakujące zwycięstwo nad Danią, wygrywając 1:0 po golu Patricio tuż po rozpoczęciu drugiej połowy. Co ciekawe, Bru pełnił tego dnia funkcję liniowego, co dziś może wydawać się dziwne, ale w tamtych latach powszechną praktyką było zatrudnianie liniowych z kraju jednej z drużyn. Następnego dnia, w Antwerpii, zmierzyli się z gospodarzami w ćwierćfinale. To okazało się zbyt trudne dla hiszpańskiej drużyny i przegrali 3:1 a Arrate strzelił gola dla Hiszpanii z rzutu karnego. To, co mogło być końcem olimpijskiej przygody, okazało się punktem zwrotnym, biorąc pod uwagę nietypowy system rozgrywek. Czterech zwycięzców ćwierćfinałów walczyło o złoty medal w półfinale, a czterech przegranych grało w turnieju pocieszenia o srebrny i brązowy medal, a także o tych, którzy przegrali w meczu o złoto. W tym nietypowym formacie Hiszpania zmierzyła się ze Szwecją 1 września. Był to dość brutalny mecz, po którym Hiszpania odrobiła straty po pierwszej bramce Szwecji, ostatecznie wygrywając 2:1. Hiszpański gol wyrównujący na zawsze zostanie zapamiętany dzięki słowom Belauste'a przed otrzymaniem piłki, które stały się kwintesencją tego, co później nazwano „hiszpańską furią”: „Sabino, daj mi piłkę, a ich rozjadę!”.„To było legendarne zdanie, które Belauste wykrzyknął, dając sygnał koledze z drużyny do wykonania rzutu wolnego. Przejął piłkę i minął wszystkich Szwedów, którzy próbowali go zablokować, wrzucając ją do siatki. W ostatnich minutach Acedo strzelił zwycięskiego gola dla Hiszpanii, podczas gdy Szwedzi nie wykorzystali rzutu karnego. Po Skandynawach, następnego dnia kolej na Włochów. To miał być kolejny mecz naznaczony epickimi momentami, ponieważ Pagaza doznał kontuzji w pierwszej połowie, zmuszając Hiszpanię do gry w dziesiątkę. Mimo to Sesúmaga strzelił dwa gole, po jednym w każdej połowie, co jest wyraźnym przykładem technicznej przewagi Hiszpanów. Na dziesięć minut przed końcem meczu Zamora został wyrzucony z boiska po uderzeniu na przeciwnika, który był zmęczony jego powtarzającymi się faulami, więc Silveiro wszedł do bramki. Hiszpania musiała wytrzymać ostateczny włoski atak w dziewiątym składzie. Mimo wszystko wynik pozostał bez zmian a przy prowadzeniu 2:0 Hiszpania awansowała. Chociaż Belgia zdobyła już złoty medal po tym, jak Czechosłowacja wycofała się w finale, Hiszpania miała jeszcze jeden mecz do rozegrania, który z powodu dyskwalifikacji Czechów stał się finałem o drugie miejsce. Hiszpańska drużyna zmierzyła się z Holandią o srebrny medal i był to prawdopodobnie jeden z ich najłatwiejszych meczów. Hiszpania wygrała 3:1, po dwóch golach Sesúmgi i jednym Pichichiego, zapewniając sobie srebrny medal na tych igrzyskach olimpijskich.
Oprócz tego wyróżnienia, o którym nikt w Hiszpanii nie mógł nawet marzyć, Ricardo Zamora przywiózł do domu również tytuł najlepszego bramkarza turnieju, trafiając do pierwszej jedenastki – zaszczyt ten przypadł również Sesúmadze. Hiszpania wróciła do domu przez Irún, gdzie w San Sebastián oddano jej hołd, grając m.in. na stadionie Atocha, w obecności hiszpańskiej rodziny królewskiej. Bru, z kolei, został zapomniany przez federację po powrocie z Antwerpii. Federacja zgodziła się przyznać Złoty Medal komitetowi technicznemu, ale zrozumiała, że członkami byli tylko Ruete i Berraondo. Dopiero na zgromadzeniu federacji w czerwcu 1921 roku błąd został naprawiony a Bru również otrzymał to samo odznaczenie. Było to słuszne, choć spóźnione, uznanie dla pierwszego trenera reprezentacji, który, choć uczestniczył wraz z kolegami w procesie selekcji, musiał sam zarządzać drużyną w Belgii. Po doświadczeniu olimpijskim Bru wrócił do swojej płatnej pracy, wykonując zadania administracyjne w ratuszu w Barcelonie, zanim wkrótce wrócił do piłki nożnej. W latach 1923-1926 był niekwestionowanym „złotą rączką” w RCD Espanyol. Został zatrudniony jako sekretarz techniczny, ale ostatecznie został menedżerem drużyny (zastępując Anglika Edwarda Garry'ego), organizując mecze w całej Hiszpanii i Europie, a nawet mieszkając w willi, która wówczas istniała na boisku treningowym klubu przy ulicy Sarrià. O ile w listopadzie 1925 roku pojechał z drużyną do Pragi i Paryża oraz na tournée po Wyspach Kanaryjskich, to latem 1926 roku wziął udział w udanym tournée klubu po obu Amerykach, zarówno na boisku, jak i poza nim. To była długa trasa, która kosztowała klub mistrzostwo regionu Katalonii, ale po czterech miesiącach nieobecności w Hiszpanii Espanyol grał w Argentynie, Urugwaju, Chile, Peru i na Kubie. W międzyczasie, w mniej znanym okresie, ponownie znalazł czas na trenowanie reprezentacji Hiszpanii. W grudniu 1924 roku, po rozczarowujących igrzyskach olimpijskich w Paryżu, zorganizowano mecz towarzyski z Austrią na „Les Corts”. Wyznaczono trzech trenerów, którzy mieli wybrać grupę zawodników. Paco Bru ponownie rozważano jako trenera i menedżera reprezentacji w tym spotkaniu. Hiszpania zagrała słabo, ale pokonała Austriaków 2:1 po golach Juanteguiego i Samitiera. Dopiero w maju i czerwcu 1925 roku Hiszpania rozegrała dwa mecze wyjazdowe: jeden w Lizbonie(przegrana 2:0 z Portugalią) i drugi w Bernie(przegrana 3:0 ze Szwajcarią). Bru nie pojechał na te mecze jako trener, ponieważ Espanyol mu na to nie pozwolił. Wrócił jednak jako trener do Walencji w połowie czerwca, kiedy Włochy odwiedziły Hiszpanię na Mestalla. Po zwycięstwie 1:0, po golu Errazquina, Bru i reprezentacja ponownie się rozstali. Podróż do Nowego Świata z Espanyolem ostatecznie przyniosła zmiany w życiu Bru. Na Kubie zaproponowano mu posadę trenera w lokalnej drużynie, którą przyjął. Spędził dwa lata na wyspie, trenując Juventud Asturiana i reprezentację Kuby, zanim wrócił do Hiszpanii w 1928 roku. Powrót ten był częściowo zasługą kubańskiej gazety „El País”, ponieważ Bru pracował jako korespondent sportowy tej gazety w Hiszpanii. Jego pasja do trenowania powróciła i w sezonie 1928/29 rozpoczął przygodę z Racingiem Madryt. Pozostał tam do 1932 roku, a jej kulminacją była słynna, pełna przygód podróż madryckiej drużyny po obu Amerykach, tak dobrze udokumentowana przez Jose Ignacio Corcuerę w reportażu opublikowanym lata temu w „Cihefe”. W międzyczasie Bru miał czas, aby zostać trenerem Peru i w tej roli był pierwszym trenerem tego południowoamerykańskiego kraju na Mistrzostwach Świata w Urugwaju w 1930 roku. Doświadczenie to było satysfakcjonujące z osobistego punktu widzenia, ale nie tak bardzo pod względem sportowym, ponieważ oba mecze fazy grupowej zakończyły się porażkami z Rumunią i Urugwajem. Po doświadczeniach z Racingiem Santander, Bru rozczarował się piłką nożną i postanowił zrobić krok w tył. Skończył urlop, jeden z wielu, o które wnioskował i wrócił do ratusza w Barcelonie. Tam śledził piłkę nożną jako zwykły kibic, aż wizyta zmieniła jego zdanie. Po meczu Barça-Madryt na Les Corts, który wygrał Real Madryt, przyjął w swoim domu Pabla Hernándeza Coronado, wpływową postać w zarządzie Realu Madryt. Hernández Coronado zaproponował mu powrót do trenowania madryckiej drużyny. Bru nie wahał się i przyjął ofertę, ostatecznie zastępując Roberta Edwina Firtha na ławce rezerwowych zimą 1933 roku. Od tego momentu aż do wybuchu wojny domowej w Hiszpanii pozostał w Realu Madryt, zdobywając dwa mistrzostwa Hiszpanii i ponownie prowadząc drużynę w tournée, tym razem do Niemiec, Austrii i Szwecji. Po zakończeniu bratobójczej wojny Bru kontynuował karierę w Realu Madryt do końca sezonu 1940/41, aczkolwiek z krótką przerwą. Ten sezon był jego trzecim występem w reprezentacji Hiszpanii. W styczniu 1941 roku reprezentacja powróciła do europejskich rozgrywek meczem towarzyskim z Portugalią w Lizbonie. Eduardo Teus, były piłkarz Realu Madryt i dziennikarz, został wybrany na trenera i rozważał poprowadzenie Bru jako trenera wybranej przez siebie drużyny. Pochodzący z Madrytu zawodnik poprowadził mecz, który zakończył się remisem 2:2. Lata mijały, ale Bru niestrudzenie kontynuował swoją pracę, zarządzając Granadą i Malagą, gdzie pełnił również funkcję sekretarza technicznego obu klubów. W 1946 roku powrócił do Espanyolu, tym razem pełniąc wyłącznie funkcję administracyjną. Na początku lat 50. przeniósł się do Realu Zaragoza, łącząc obowiązki sekretarza technicznego z pracą trenerską, z której to ostatniej zrezygnował w 1951 roku. Po krótkim okresie pracy w biurach w Córdobie wrócił do Madrytu. Od 1953 roku osiadł w rodzinnym mieście, pełniąc po cichu funkcję w sekretariacie Plus Ultra. Nigdy nie przeszedł na emeryturę i tylko dzięki naleganiom Ramóna Melcóna hiszpańska piłka nożna starała się docenić i uhonorować człowieka, który tak wiele znaczył dla sportu. Poza piłką nożną, Francisco „Paco” Bru był wszystkim.
7
@FCBparasiempre
Dla wielu hołd dla Paco Bru nadszedł za późno. Przynajmniej otrzymał go za życia, a nie po śmierci, gdy poczucie winy dręczy przywódców i próbują naprawić to, czego wcześniej nie zrobili. Nie zmieniło się to, że wydarzenie odbyło się dzięki naleganiom dziennikarza, mimo że pomysł krążył wśród instytucji od dawna. To Ramón Melcón, na łamach gazety „El Alcázar”, wskrzesił ten pomysł. Tym razem Federacja nie przymknęła oka i podjęła wyzwanie. Mecz pożegnalny zaplanowano na luty 1960 roku na Santiago Bernabéu, w którym honorowy zawodnik brał udział, wybierając zawodników. Podzielono ich na dwie drużyny: Północ kontra Reszta Hiszpanii, złożone z zawodników, którzy zakończyli karierę w poprzedniej dekadzie. 11 lutego, przy złej pogodzie, która sprawiła, że stadion był wypełniony tylko w połowie, obie drużyny wyszły na murawę. W składzie reprezentacji północnej znaleźli się: Lezama, Gabriel Alonso, Jugo, Mencia (Lesmes I), Ontoria, Nando, Iriondo, Panizo, Zarra, Venancio i Gainza. Pozostała część reprezentacji Hiszpanii to Trias, Seguer (Clemente), Lozano, Navarro, Muñoz, Gonzalvo III (Huete), Basora, Hernández, Cesar, Molowny (Montalvo) i Escudero. Przed meczem Paco Bru otrzymał liczne prezenty i wyróżnienia, a nawet wszedł na murawę przed jej rozpoczęciem. Pomimo złej pogody i stanu nawierzchni, mecz był widowiskiem. Weterani nie popisywali się szybkością i zwinnością tego wieczoru, ale zaprezentowali jakość i błyskotliwość, naśladując dawne czasy świetności. Jeśli chodzi o bramki, to padały i choć drużyna Północy zawsze wychodziła na prowadzenie(Venancio, Zarra i Ontoria), reszta reprezentacji Hiszpanii zawsze wyrównywała(Molowny, Escudero i Seguer). Ostatecznie padł remis trzema bramkami, kończąc przyjemny dzień publicznego uznania dla Paco Bru. W tym czasie odznaczony mieszkał i pracował w Madrycie. Pomimo 74 lat, pozostał aktywny jako sekretarz techniczny madryckiego klubu Plus Ultra. Całe jego życie kręciło się wokół piłki nożnej i tak pozostało niemal do końca jego dni. Pojawił się rak i w marcu 1962 roku przeniósł się z Madrytu do Malagi, aby być bliżej córki. Jego śmierć nadeszła niespodziewanie w kwietniu. Wraz z jego odejściem odeszła jedna z najważniejszych postaci hiszpańskiej piłki nożnej. Człowiek, który w pierwszych sześciu dekadach XX wieku był piłkarzem, trenerem, menedżerem, działaczem federacji, sędzią, sekretarzem technicznym, a przede wszystkim pierwszym selekcjonerem reprezentacji. Wiadomość o jego śmierci mogła nie wzbudzić należnego zainteresowania. Mogło to być spowodowane jego zaangażowaniem w Plus Ultra, drużynę z drugiej i trzeciej ligi w tamtym czasie, w dekadzie poprzedzającej jego śmierć. Gazeta MARCA poświęciła temu całą ostatnią stronę a na przykład w ABC i Mundo Deportivo ukazały się krótkie notatki prasowe podpisane przez agencje Mencheta i Cifra, a w Hoja del Lunes Manuel Rosón, inny wielki znawca początków piłki nożnej w stolicy, poświęcił temu krótką kolumnę. Jednak kariera piłkarska Francisco „Paco” Bru Sanza była rozległa, z centralnym punktem, który ostatecznie uczynił go pionierem i z którego jest najbardziej pamiętany: jego udział w reprezentacji Hiszpanii, która rywalizowała na Igrzyskach Olimpijskich w Antwerpii w 1920 roku. Zanim osiągnął tę pozycję, pełnił każdą możliwą rolę w piłce nożnej w ciągu pierwszych dwóch dekad XX wieku. Pomimo urodzenia w Madrycie, wyemigrował z rodziną na Filipiny, gdy miał zaledwie sześć lat, aż utrata hiszpańskiej kolonii zmusiła jego rodzinę do powrotu do Hiszpanii. Osiedlili się w Barcelonie i tam rozpoczął karierę sportową. Założył, grał dla i przewodniczył Internacional de Barcelona; później grał dla FC Barcelona i RCD Espanyol, oprócz bycia dyrektorem obu klubów; był także sekretarzem, przy kilku okazjach, Katalońskiego Związku Piłki Nożnej; Był dziennikarzem, a ostatecznie został sędzią, założył katalońskie stowarzyszenie sędziów, a nawet sędziował finały Pucharu Hiszpanii w 1916 i 1917 roku. W międzyczasie znalazł czas na zorganizowanie pierwszego meczu piłki nożnej kobiet w Hiszpanii.
Z jego kariery sędziowskiej zachowały się dwie anegdoty, z których jedna przetrwała próbę czasu. Pierwsza wydarzyła się podczas słynnego półfinału pomiędzy Realem Madryt i FC Barceloną w Copa del Rey w 1916 roku. Bru zakończył karierę piłkarską, ale udał się do Madrytu, aby relacjonować mecz dla El Mundo Deportivo. Niektórzy piłkarze FC Barcelony nie dotarli do stolicy na czas z powodu awarii pociągu, więc aby skompletować skład wyjściowy, wezwali Bru. Był już sędzią, ale wciąż był członkiem Barcelony, co dawało mu prawo do gry w reprezentacji Katalonii. Warto pamiętać, że w tamtych czasach było to całkowicie legalne. Co do drugiej anegdoty, zawsze istniało wiele jej wersji, więc najlepszym sposobem na jej opowiedzenie jest sięgnięcie do oryginalnych źródeł i przypomnienie sobie, jak sam Paco Bru opowiedział ją Ramónowi Melcónowi w serii wspomnień, które Melcón opublikował o rodowitym mieszkańcu Madrytu.„Zacząłem od ubrania się razem z zawodnikami, a pierwszą rzeczą, jaką zrobiłem, było wyjęcie pistoletu, który miałem w kieszeni i zostawienie go na ławce w szatni. Ubrałem się, chwyciłem pistolet i gwizdek i wyszedłem na boisko. W ciągu minuty wszyscy wiedzieli, co mam w kieszeni kurtki. Gdy tylko zaczął się pierwszy sygnał kłótni, przerwałem grę, podszedłem do grupy, która wszczęła kłótnię i powiedziałem bardzo poważnie: „Mam dość słuchania was. Albo się zamkniecie, albo możecie przeskoczyć przez mur”. […] Gest zadziałał, bo od tego momentu wszystko poszło gładko. […] Nigdy nawet nie dowiedziałem się, czy pistolet działa. Od tego dnia nie przestawałem go nosić w każdym meczu, który sędziowałem ”. Incydent miał miejsce podczas meczu Universitary-Atlético de Sabadell, który zapowiadał się na kontrowersyjne wydarzenie i nikt nie chciał go sędziować. Bru zgłosił się na ochotnika na to, co miało być jego pierwszym oficjalnym doświadczeniem w roli sędziego. Pomimo wszystkich zmian, jakich doświadczył w ciągu dwóch dekad spędzonych w piłce nożnej, Paco Bru był nadal amatorem, gdy nadeszło jego wielkie zadanie. W 1919 roku pomysł wysłania hiszpańskiej drużyny na Igrzyska Olimpijskie w Antwerpii krążył już w różnych kręgach sportowych i organizacjach, ale nie było do końca jasne, jak sfinansować wyprawę, jak wybrać zawodników, ani nawet kim mogliby być. Do 1920 roku niektóre z tych przeszkód zostały rozwiązane i wyjaśniono, że sportowcy muszą być amatorami, a nie profesjonalistami – status, który niektóre kluby i zawodnicy potajemnie praktykowali. Na zgromadzeniu federacji 1 czerwca 1920 roku, po kilku propozycjach wyboru drużyny i długich debatach, postanowiono wyznaczyć listę 25 zawodników. Nie było jednak nikogo, kto mógłby szkolić i trenować tych zawodników, ani nigdy nie grali razem. Co gorsza, boiska w Hiszpanii różniły się w zależności od regionu i stylu gry. Na północy boiska były miękkie, trawiaste, na południu twarde i suche, niczym ziemia, więc nie było jasne, jak dostosować wybraną drużynę. Ponieważ belgijskie boiska, na których miały się odbyć zawody, były bardzo podobne do tych w północnej Hiszpanii, postanowiono rozegrać serię meczów próbnych na boiskach tej części Półwyspu Iberyjskiego. Ostatecznie, kilka tygodni później, powołano triumwirat, który miał wybrać zawodników. W skład tria weszli Julián Ruete (do niedawna prezes Athleticu Madryt, a wówczas członek zarządu federacji), José Ángel Berraondo (były zawodnik Realu Madryt i Realu Sociedad, pełniący obecnie funkcję w federacji) oraz Luis Astorquía (jeden z założycieli Athleticu i prezes federacji północnej). Astorquía odrzucił propozycję, a ani Ruete, ani Berraondo nie wykazali większego zainteresowania podróżowaniem po Hiszpanii i pełnieniem funkcji trenerskich. Ostatecznie zdecydowano, że to Paco Bru będzie ich trenował i obserwował grę. W przeciwieństwie do dzisiejszych czasów, biorąc pod uwagę, że wówczas zdecydowana większość zawodników była amatorami, przygotowania były chaotyczne. Początkowo zaplanowano osiem meczów towarzyskich między połową lipca a początkiem sierpnia w Vigo, Oviedo, Gijón, Bilbao i San Sebastián. W meczach miały wziąć udział dwie drużyny: jedna zwana „Możliwą” (Possible), a druga „Prawdopodobną” (Probable), przy czym ta pierwsza była uważana za skład wyjściowy. Pierwsze dwa mecze, rozegrane na boisku Coya w Vigo, okazały się starciem między drużyną „Możliwą” (Possible) a grupą zawodników regionalnych aspirujących do dołączenia do kadry. Większość teoretycznie wybranych nie mogła wyjechać na tak wiele dni ani podróżować po Hiszpanii bez narażania się na problemy z pracodawcami. Pojawiły się również ukryte nieporozumienia z różnymi federacjami, a niektóre, jak federacje baskijskie, wywierały presję na organizatorów, początkowo odmawiając wysłania swoich zawodników. Z tego powodu mecze w Asturii zostały odwołane a mecze przeniesione do Bilbao, gdzie obecni byli zawodnicy baskijscy.
4
Człowiek, który był wszystkim w hiszpańskim futbolu:
@shaun
@MoralnyKarzel
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@Adran360
@1LY0
9
@FCBparasiempre
Dokładnie 10 lat temu, King Power Stadium; Leicester City-West Ham United.
Siedząc przed swoją maszyną do pisania IBM 196c, Julian Barnes nie potrafi się skoncentrować na dialogach nowej powieści. W tym momencie Leicester gra z West Ham a mecz może znacznie przybliżyć jego drużynę do wygrania Premier League. Rygorystyczny i zdyscyplinowany Barnes zmusza się do pisania w swoim londyńskim gabinecie, nie może jednak oderwać wzroku od telefonu, w którym minuta po minucie śledzi relację ze spotkania na stronie BBC. „1. minuta. Rzut wolny! Strzał głową Kouyate, Schmeichel broni opuszkami palców, piłkę odbija się najpierw od jednego słupka a potem od drugiego. To faktycznie jest rok Leicester!" Uśmiecha się na myśl o tym jak zmieniło się komentowanie meczów odkąd nastał internet. W dzieciństwie słuchał relacji w każdą sobotę o 5:00 po południu w audycji "Sports report". Kręcili się w pobliżu, lecz trzymali się na dystans- byli nauczycielami francuskiego, niezbyt zainteresowanymi piłką nożną. Urodził się w Leicester ale jego rodzina przeprowadziła się na przedmieście Londynu zaledwie 6 tygodni później. Kibicowanie Leicester było dla niego sentymentalną formą przynależności, sposobem nabycie innym na tej ziemi niczyjej. „10. minuta. Pierwsza okazja dla Leicester po faulu na Okazakim. Dośrodkowanie Albrightona i strzał Hutha przelatuje minimalnie obok słupka". Potem już nigdy nie słuchał meczów w radiu. Lubi zaczekać na „Match of the Day" żeby poznać wyniki. Lecz w tym roku jest inaczej. Odkąd wiosną się okazało że sen Leicester może się ziścić, podczas każdego meczu swojej drużyny Julian Barnes jest przyklejony do telefonu. Śledzenie relacji minuta po minucie wywołuje w nim cierpienie i ekscytację, to opóźnienie między akcją a komentarzem na ekranie przypomina narracyjny suspens w powieści kryminalnej. „18. minuta gooool! Któż by inny? Jamie Vardy wbiega w pole karne, dostaje piłkę od N’Golo Kante i posyła mocny strzał. Lisy pewnym krokiem zmierzają po najbardziej niespodziewany tytuł!" Sen, o tak, pisany wielką literą. Tyle razy pytano go w tym roku o sen że nawet nie wie co odpowiadać. Kiedy pod koniec lat 80-tych zatytułował tak opowiadanie, w którym Leicester zdobył krajowy puchar a reprezentacja Anglii wygrała mundial z piłkarzami jego drużyny, nigdy nie przypuszczał że zobaczy coś podobnego na własne oczy. Kapryśna fikcja, które łączy się z rzeczywistością, dokładna i precyzyjna niczym podwładna Flauberta. Czy ten Sen przetrwa poetycką sprawiedliwość? „45. minuta. Koniec pierwszej połowy. Historia się powtarza. Vardy strzela, Leicester się broni i utrzymuje wynik". Próbuje znowu skoncentrować się na pracy ale nie jest w stanie. W zeszłym roku podczas wizyty w Santiago de Compostela poprosił Świętego żeby Leicester nie spadł do Championship. Jeśli to sprawisz mógłbym nawet w ciebie uwierzyć, pomyślał obejmując figurę bo powiedziano mu że ma tak zrobić. Leicester bez kłopotu uratował się przed spadkiem. Barnes czuję że jeśli jego drużyna wygra w tym roku Premier League a w następnym Ligę Mistrzów będzie musiał podjąć wysiłek i naprawdę uwierzyć w Świętego Jakuba. „55. minuta. Czerwona kartka dla Vardy’ego! Druga żółta dla napastnika za symulowanie faulu. Czy Leicester dowiezie ten wynik w dziesiątkę?". Przeżył najtrudniejsze czasy, lata, kiedy najlepszym strzelcem zespołu był obrońca, z trzema samobójczymi golami. Dola drużyny ze środka tabeli, w najlepszym wypadku. Nauczył się kultywować smutek oraz pogardę dla arbitrów. Pamiętne dni zawsze były naznaczone agonią. Żadnej epickości, tylko przetrwanie. Pamięta jak Len Chalmers grał przez 60 minut ze złamaną nogą albo gola Steva Claridge'a strzelonego piszczelem w barażach w 1996 roku. „78 minuta. Zmiana. Daniel Amartey wchodzi za Riyhada Mahreza".
Wyobraża sobie drużynę zamkniętą we własnym polu karnym, z dziesięcioma zawodnikami wiszącymi na poprzeczce. Leicester nie może wygrać Premier League w inny sposób Julian Barnes ślepo pwierzy w Claudio Ranierego. W jego delirium włoski trener twardą i opanowaną ręką prowadził ten zespół nieudaczników. Kim był Mahrez? Kim był Kante? Zebrał ich wokół idei, w którą z pewnością nie wierzył nawet on sam. Szczery, rozsądny i(co Barnes ceni najbardziej) dobrze wychowany. Myśli o Ranierim i nie może przestać myśleć o nieobecnej postaci swojego ojca. „84 minuta. Gol! Andy Carroll bezbłędnie wykonuje rzut karny". Dopada go wspomnienie jednego z jego najgorszych dni na Stadionie. To było na Highbury prawie dwie dekady wcześniej. Siedział za bramką, której bronił Tim Flowers, kiedy zobaczył zbliżających się do niego Bergkampa, Vieirę, Henry’ego, Kanu i spółkę. Miliony funtów biegnące szaleńczo w jego stronę. Julian Barnes wpadł w panikę, poczuł się biedny, spauperyzowany. Nie może przestać myśleć o tamtej goleadzie, podczas gdy kompulsywnie odświeża stronę w telefonie i obawia się że padnie druga bramka dla West Ham. „86 minuta. Gooool! Niesamowity strzał Cresswella, którego Szmaichel nie dał rady obronić. Cóż za zwrot akcji w wyścigu po tytuł!". To się musiało stać. Kibicowanie Leicester jest niczym więcej jak kolejnym cierpieniem myśli Barnes, sposobem na przeniesienie jego głęboko z zakorzenionego pesymizmu również na piłkę nożną. W czterech kolejkach, które zostały do końca sezonu przegrają wszystkie mecze, Tottenham odrobi straty i kolejny raz obejdą się smakiem. To nie tylko wina arbitra. Charakter, przeklęty charakter nieudaczników. „94. minuta. To jeszcze nie koniec! Andy Carroll fauluje Jeffa Schluppa. Karmy dla Leicester!". To ty Jakubie? Czy to twój cud? Musi się udać, w tym roku to musi się udać. Wyobraża sobie Claudio Ranieriego przy linii bocznej, proszącego swoich piłkarzy o spokój. Karnego trzeba jeszcze wykorzystać. Ranieri zachowuje się jak ojciec, który ukrywa wszystkie niedostatki syna. Ojciec nas wszystkich, naiwnych marzycieli. Barnes wstaje z krzesła, przechadza się po gabinecie tam i z powrotem; ta minuta, zanim tekst pojawi się na ekranie, wydaje mu się całą wiecznością. „95. minuta. Goooool! Ulloa! Argentyńczyk wstrzymuje presję i oszukuje Adriana. Szaleństwo na King Power Stadium!". Promienny uśmiech pojawia się na jego twarzy. Oddycha głęboko. Musiałoby się zdarzyć coś nieprzewidzialnego żeby stracić przewagę 8 punktów na zaledwie kilka kolejek przed końcem sezonu ale wszystko jest możliwe. Rozpiera się na krześle, przeciąga i na powrót pochyla nad swoim IBM 196c. Nawet jego słabość do smutku nie tłumi tego spokoju. Julian Barnes myśli o siwych włosach włoskiego trenera. Kibicowanie Leicester, nawet w wypadku zwycięstwa, wciąż jest sentymentalną formą przynależności. „96 minuta. Koniec meczu! Grając w dziesiątkę drużyna Ranierego ratuje bardzo ważny punkt. Sen wciąż trwa!"
David Garcia Cames.
6
Claudio Ranieri to mój ojciec:
@1LY0
@Adran360
@Bernard777
@Gary
@Kapitan hawk
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Marusek
@MoralnyKarzel
10
Żywe legendy rodzimego futbolu:
17 kwietnia 1958 r. urodził się Marek Motyka, obrońca, mistrz Polski z Wisłą Kraków. ,,Ojciec lał mnie sznurem od maszynki za to że grałem w piłkę, bo on chciał żebym był pięściarzem. Dzięki futbolowi Trzymałem się przy życiu, mimo że moja mama zmarła gdy miałem 12 lat a ojciec był pijakiem i rzadko bywał w domu"- przypomina pan Marek. Napisanie że życie go nie rozpieszczało byłoby banałem. Wszystko mu się zaciekle walczyć od najmłodszych lat. W momentach gdy najtwardsze charaktery mogłyby się poddać, on ciągle usiłował patrzeć do przodu a gdy już świat zupełnie walił mu się na głowę poświęcał się grze w piłkę a w niej desperacko szukał optymizmu. ,, Piłka była mi pisana, choć mogła okazać się też moim przekleństwem. W każdym razie babcia kiedyś powiedziała że Pan Bóg mnie ukarał bo zamiast być na komunii młodszej siostry wolałem grać w meczu. Byłem już wtedy piłkarzem Koszarawy Żywiec. Mieliśmy ważne spotkanie z Wiktorią Jaworzno, no a w domu komunia. Oni będą grali a ja będę sobie siedział przy stole i opychał się smakołykami? Na pewno nie! Uciekłem na mecz. Wszystko szło dobrze do momentu, gdy nasz bramkarz wychodząc do piłki nie zapomniał krzyknąć: ,, moja!". Z takich wrzasków był znany aż kibice czasem się śmiali. Tym razem nie dał żadnego sygnału, więc też ruszyłem do piłki. Kopnął mnie w plecy, upadłem na ziemię, momentalnie pośmiałem, z trudem łapałem powietrze. Okazało się że dwa żebra strzeliły. Moje szczęście że chwilkę wcześniej lekarz Wiktorii udzielał pomocy swojemu piłkarzowi i był jeszcze za bramką. Koledzy z drużyny myśleli że mam jakiś problem z żołądkiem, więc trzeba mnie unieść, żebym złapał oddech. Lekarz surowo zabronił, gdyż złamane żebra mogły przebić przeponę i to byłby mój koniec. Zawieźli mnie do szpitala, dostałem zastrzyk rozluźniający, powoli zajęli się problemem. Tego samego dnia przywieźli też chłopaka z meczu drużyny rezerw, któremu bramkarz przy próbie interwencji wybił chyba wszystkie zęby. Leżeliśmy potem razem. W każdym razie ta historia przeniosła też dobre owoce. Wtedy interesował się mną już Hutnik Kraków ale nie byłem przekonany. Pojawiały się różne wątpliwości czy powinienem tam iść. Najpierw w hutniku przestraszyli się że połamałem nogi, i Jednak gdy usłyszeli że to ,, tylko" żebra, bez wahania zaproponowali transport do Krakowskiego szpitala na Żeromskiego i leczenie na ich koszt. Nie skorzystałem ale miałem znak że naprawdę im na mnie zależy i chcą pomagać. Wtedy już wiedziałem że chcę iść do Hutnika. Ojciec bardzo dobrze zarabiał, Lecz wszystko przepijał. Jeszcze gorzej że gdy sobie wypił źle nas traktował. Włączała mu się agresja, nieraz uciekaliśmy z domu. Mama miała z nim ciężkie życie ale była bardzo dzielna. Pracowała jako pielęgniarka w przychodni. Po pracy żeby dorobić, no bo ojciec nie dawał pieniędzy, chodziła robić zastrzyki chorym na cukrzycę i zwykle zabierała mnie, małego dzieciaka ze sobą. Miała stałych pacjentów i gorąco życzyłem im żeby żyli jak najdłużej, gdyż dzięki temu mama będzie miała dodatkowy zarobek. Wszyscy ją przeżyli. Mama nagle poczuła się źle, choć wcześniej nigdy nie narzekała na zdrowie. Wreszcie pobrali jej krew do badania, gdyż pracowała w przychodni i każdy widział że wygląda coraz gorzej. Wracała akurat do domu, gdy Przyszły wyniki. Zaawansowana białaczka. Natychmiast przyjechało pogotowie. Lekarze uznali że trzeba ją przewieźć do Krakowa. Miałem z nią jechać karetką. Sprawy poszły jednak tak szybko że wezwano helikopter. W nim już nie było dla mnie miejsce. W najczarniejszych myślach nie mogłem przypuszczać że już nigdy nie zobaczę mamy... W Krakowie Zrobili jej transfuzję krwi ale pomogło tylko na chwilę. W mojej szkole intendentką była znajoma mamy. Zaproponowała że zadzwonimy do niej do szpitala. Mama nie wiedziała że mam ucho przy słuchawce i słyszałem co mówi do koleżanki. ,, Władziu ja już wiem że nie wrócę. Proszę cię, na ile będziesz mogła, dowiaduj się co z Kasią i Markiem". Wpadłem w szał, gdy to usłyszałem. Płakałem i nie mogłem się uspokoić. Czy 12-letnie dziecko kochające swoją matkę mogło usłyszeć coś gorszego? Mama zmarła 3 tygodnie od zdiagnozowania białaczki. Zostałem sam z ojcem. Czteroletnią siostrę wzięła na wychowanie rodzina.
Ciężko mi się żyło, ojciec nadal specjalnie się mną nie interesował. Dopiero później sprowadziła się babcia, gdyż wiedziała jak mi trudno i że trzeba zadbać żebym miał co zjeść. Ojciec rzadko bywał w domu a jeśli już to był pijany. Musiałem sam Jakoś zarabiać pieniądze. Żeby kupić sobie spodnie chwytałem za łopatę i ładowałem nad rzeką żwir, płacili od przyczepy. No i przede wszystkim piłki pilnowałem. Gdy już byłem w Krakowie, z ojcem doszedłem do jako takich relacji. Moja siostra wyszła już wtedy za mąż ale zabiegałem o jej powrót do Żywca żeby przy okazji zaopiekowała się też tatą nie chcę opowiadać o szczegółach, jednak nic z tego nie wyszło i znowu powodem było jego pijaństwo. Siostra musiała się z Żywca wyprowadzić. Gdy miała 24 lata zginęła z mężem w wypadku samochodowym... Pewne sprawy spowodowały że do ojca potem dotarło że jego zachowanie było powodem tych strasznych nieszczęść. Pierwszy raz widziałem go tak przygnębionego i płaczącego. Zbyt późne były te łzy... Zmarł na raka krtani w wieku 60 lat. Ojciec chciał żebym został pięściarzem bo kiedyś podczas treningu uderzył trenera i go wylali. Miał charakter bitnika z wiejskiej zabawy, chyba rozumiecie o co mi chodzi. Z tą piłką się jednak zawziąłem i nie mógł mnie powstrzymać nawet pijący i agresywny ojciec. Byłem coraz starszy, już się go nie bałem. Gdy grałem w Wiśle Kraków ojciec spotkał kolegów na rynku w Żywcu, którzy zaczęli mnie chwalić że Marek zdobył mistrzostwo polski i że gra w europejskich pucharach oraz że trafił do kadry narodowej A on na to z dumą: ,, moja krew!". Eh ten mój ojciec... Z Wisłą Kraków zdobyły mistrzostwo ale niech ktoś nie myśli że drogę do tych zaszczytów miałem usłaną różami. W ogóle Niewiele brakowało a z Hutnika zamiast do Wisły trafiłbym do Ruchu Chorzów. Byłem już dogadany, coś tam podpisałem. Przyjąłem nawet zaliczkę 30 000 zł. Przywiozłem pieniądze do Żywca. Kładę na stół i mówię że trzeba je gdzieś dobrze ukryć żeby ojciec nie znalazł bo wiadomo co z nimi zrobi. Babcia aż zaniemówiła bo nigdy tylu banknotów nie widziała. Zaczęła nerwowo chodzić po mieszkaniu i zastanawiać się, gdzie to schować. W końcu rozpruła poduszkę i tam włożyła. Spała na niej i Cieszyła się że będą bezpieczne. Szybko jednak je zabrałem bo okazało się że trzeba oddać ruchowi. Gdy rozniosło się że idę do Chorzowa, Wisła ruszyła do ataku. Przywieźli mnie do prezesa Zbigniewa Jabłońskiego. Dał mi to samo co Ruch, też łącznie z mieszkaniem i nawet z lepszym autem. Na szczęście udało się odkręcić sprawę w Chorzowie. Wejście do wiślackiej szatni Miałem trudne bo jednak dla miejscowych byłem intruzem z Żywca. Na dodatek trener oraz Lenczyk za chwilę odstrzelił Adama musiała, który właściwie został zmuszony do odejścia do Arki Gdynia A skoro ja byłem nowym obrońcą, w oczach szatni mnie to obciążało. Było parę ostrych spięć, nie powiem ale broniłem się, jak umiałem. Walczyłem o swoje. Na przykład Antoni Szymanowski, jeden z moich idoli, którego grę specjalnie przychodziłem oglądać, kiedy jeszcze byłem w hutniku, przyjął mnie bardzo chłodno. Nie zaproponował żebym mówił do niego na ty. Najważniejsze że on został przesunięty na pozycję Libero a ja zacząłem grać na prawej obronie. Wiosną 1978 roku byłem podstawowym piłkarzem, zdobyliśmy Mistrzostwo Polski zaczęła mnie doceniać. Nie chodziłem z nimi w miasto na imprezy, alkoholu po doświadczeniach z ojcem w ogóle nie piłem. Do dzisiaj się dziwię dlaczego w tamtych czasach nie zdobyliśmy Mistrzostwa Polski 5-6 razy, całą serią. To był młody skład utalentowanych piłkarzy, który powinien być coraz lepszy ale nie był. To jest jednak niepojęte. W tych dobrych czasach grałem też w reprezentacji polskiej Dopiero gdy nastał Antoni Piechniczek już nie dostawałem powołań. Czułem że chyba miał do mnie żal że gdy był trenerem w Bielsku-Białej i Opolu nie zgadzałem się na transfery, mimo że właśnie on bardzo mnie chciał. Na długi czas pozostałym wierny Wiśle Kraków, choć gdy miałem 24 lata mocno zabiegało o mnie belgijskie Charleroi. Gdy właściciel klubu zobaczył I jak gram w sparingu, nazwał mnie ,,Le bulldozer". W tak młodym wieku nie było jednak szans żebym dostał w Polsce zgodę na zagraniczny transfer. Zwisło przeżyłem spadek ale podobnie jak Leszek Lipka Zostałem w zespole żeby pomóc w drugiej lidze. Grałem w niej trzy sezony aż do powrotu do ekstraklasy. Dopiero wtedy odszedłem. Miałem już 32 lata a potem nawet zaliczyłem epizod w Krakowie. To było trudne piłkarskie życie, parę ostrych zakrętów musiałem pokonać. Najważniejsze że nigdy nie dałem się złamać. Potrafię to docenić"- kończy swoją opowieść Marek Motyka.
@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@FcPortoFan1999
@Bernard777
@Adran360
9
Zapomniany mistrz olimpijski:
17 kwietnia 1949 r. w Wymiarkach urodził się Zbigniew Gut. Twardy, bojowy, szybki i nieustępliwy zawodnik, który najczęściej grywał w obronie. Szczególną rolę odegrał w meczu z NRD na igrzyskach olimpijskich w Monachium. Jadąc na igrzyska, nie miał na koncie żadnego występu w pierwszej reprezentacji. Po cichu liczył, że dostanie szansę w meczach z Ghaną czy z Kolumbią ale się pomylił. Trener Górski szansę debiutu dał mu w kluczowym meczu z NRD. Nieznany szerzej zawodnik grał na boku pomocy i raz wspierał kolegów w obronie a raz grał w ataku, czym dezorientował rywali. Później wystąpił jeszcze w meczach z Danią, z ZSRR, w którym zmienił go Zygfryd Szołtysik i w pamiętnym finale z Węgrami. Dorastał w Wymiarkach – małej robotniczej osadzie koło Żagania. W wieku 14 lat trafił do pierwszej drużyny miejscowej Iskry. Grał na środku ataku, był szybki jak błyskawica i strzelał gole niemal w każdym meczu. Wkrótce sięgnął po niego trzecioligowy Promień Żary. Po ukończeniu szkoły zaczął pracę jako ślusarz w miejscowej fabryce. Nie zanosiło się, że młody chłopak zrobi dużą karierę ale wypatrzył go były piłkarz Odry Opole Zbigniew Bania, który polecił piłkarza swojemu byłemu klubowi. Początki w Odrze łatwe nie były. Trener Teodor Wieczorek przesunął go na obronę ale większość czasu Gut spędzał na ławce.
Równolegle uprawiał lekkoatletykę, osiągał dobre rezultaty w sprintach i skokach, był reprezentantem Opola na I Ogólnopolskiej Spartakiadzie Młodzieży we Wrocławiu. Zadebiutował w pierwszym zespole Odry wiosną 1969 r. ale jesienią po kłótni z trenerem Jarkiem był bliski zakończenia gry w piłkę. Zacisnął jednak zęby i zaczął mocno trenować. Wiosną wszedł już na stałe do składu i stał się jednym z najsilniejszych punktów zespoły. Wkrótce zaczął też grać w reprezentacji Under-23 trenera Strejlaua, gdzie również spisywał się znakomicie. Pojechał z reprezentacją na mistrzostwa świata ale mecz drugiej rundy ze Szwecją, w którym zastąpił odsuniętego od składu Musiała, był jego ostatnim w narodowych barwach. Po mundialu przeszedł do Lecha, gdzie spędził pięć sezonów a potem wyjechał do Francji. Występował w Paris FC, Stade Français, Red Star 93 i Saint-Jean de Maurienne niedaleko Grenoble, gdzie osiadł na stałe po zakończeniu kariery. Wzbudzał podziw swoją znakomitą sprawnością fizyczną. Mówiono o nim, że to piłkarz, który nigdy się nie męczy. Swoją prostą, nieprzewidywalną grą sprawiał rywalom spore problemy. W Reprezentacji rozegrał 11 meczów. Zmarł 27 marca 2010 r. w Saint-Jean-de-Maurienne.
@Adran360
@Bernard777
@FcPortoFan1999
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
11
Zapomniane rekordy futbolu:
17 kwietnia 1937 roku w meczu Szkocja – Anglia(3:1) w British Home Championship na Hampden Park padł światowy rekord frekwencji na meczu piłkarskim. Na trybunach zasiadło 149 547 widzów. To wciąż rekordowa frekwencja na meczu futbolowym w Europie. Tydzień później 147 000 ludzi obserwowało pojedynek Celtic – Aberdeen w finale Pucharu Szkocji. Do starego Hampden Park należy także "klubowy rekord Europy publiczności" – 136 505 w 1970 roku podczas potyczki Celtiku z angielskim Leeds United. Rekord przetrwał 13 lat, potem został pobity na Maracanie w Rio de Janeiro na Mundialu w Brazylii.
@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@Kapitan hawk
@Gary
@Bernard777
@Adran360
@1LY0