FCBparasiempre
Dołączył/a: grudzień 2020
Biała Podlaska
33 obserwujących
0 obserwowanych
Której reprezentacji, do której powołany został zawodnik Barcy, kibicujesz?
Komunikat
Polecający
Ładowanie...
Historia komentarza
Ładowanie...
8
@FCBparasiempre
Wychodzisz na mecz z jasnym celem. Przegrać jak najmniej. Zdarzało ci się już w tych eliminacjach dostać lanie 0:13 czy 0:8, ale są to wyniki do zaakceptowania. Nie wiesz że za chwilę wydarzy się tragedia. Twoja drużyna zapisze się w kartach historii przez najwyższą porażkę w meczu międzynarodowym. Przegrywasz 0:31! Z Australią w strefie Oceanii było jak z młodszym bratem, któremu strzelasz 20 goli a on ci żadnego. Z tą jednak różnicą że on nie potrafi jeszcze liczyć, więc cieszy się po prostu że z Tobą kopie. 22:0 z Tonga, 17:0 z Wyspami Cooka, 16:0 z Wyspami Cooka, 13:0 z Wyspami Salomona. To kilka wyników ,,Socceroos” do feralnego spotkania z Samoa Amerykańskimi w 2002 roku. Tylko Nowa Zelandia potrafiła im się przeciwstawić. Licząc od lat 90. do dziś – zagrali z Australią 18 razy. 15 razy przegrali, raz zremisowali i dwa razy w słodkim stylu, bo w finałach pucharu kontynentu, wygrali po 1:0. Samoa Amerykańskie to połączenie największej wyspy, która nazywa się Tutuila i sześciu mniejszych wysepek na Oceanie Spokojnym. Jest to terytorium nieinkorporowane Stanów Zjednoczonych. Mieszka tam ponad 50 tysięcy ludzi. 11 kwietnia 2001 roku. Reprezentanci Amerykańskiego Samoa są po dwóch porażkach w swoich debiutanckich eliminacjach do mundialu. 0:13 i 0:8. Pierwszy raz w historii mają zmierzyć się z wielką Australią, która dwa dni wcześniej rozprawiła się z Tonga 22:0. W 1987 roku na turnieju Południowego Pacyfiku przegrali 0:20 z Papuą-Nową Gwineą, ale kto by to pamiętał. Przyznaję, że nieco patetycznie napisałem we wstępie, że nie wiedzieli o zbliżającej się tragedii. Mogli się jednak domyślać. Dlaczego? Zabroniono grać niemal wszystkim podstawowym zawodnikom. Zażądano od nich paszportu amerykańskiego. Tylko bramkarz, Nicky Salapu, spełniał to kryterium. Australia w tamtej chwili głośno debatowała o opuszczeniu swojej strefy eliminacyjnej. Potrzeba było argumentów. Właśnie dlatego wpakowali reprezentacji Tonga 22 gole. Piłkarze Samoa Amerykańskiego ostatecznie nie dostają pozwolenia na grę, co wielu określa mianem spisku. Młodsi zawodnicy mają szkolne egzaminy, więc ich też nie da rady powołać. Zbierają zespół dzieciaków ze średnią wieku 18 lat i trzema 15-latkami w składzie. Nie wszyscy w życiu w ogóle zagrali w spotkaniu 90-minutowym. Nie mają najmniejszego pojęcia o taktyce i nie potrafią skakać do główek.
Nicky Salapu był największą gwiazdą tamtego zespołu. Jako jedyny mógł zagrać. Po porażce wielokrotnie z niego żartowano, jednak prawda jest taka, że gdyby nie on, to skończyłoby się na 50 straconych bramkach. Nawet zainteresowało się nim kilka zagranicznych klubów. Twierdził jednak, że do tego meczu w ogóle nie powinno dojść i że niepotrzebnie kompletowali zupełnie przypadkowy zespół. Czy był zawstydzony klęską? Miał bardzo wysokie ambicje: ,,Chcę być jak Fabien Barthez. Znasz gościa, który gra w Manchesterze United? mam jego rękawice z autografem, ale nie są oryginalne. Cieszyłem się grą. Nie czuję się zawstydzony, bo każdy z nas się czegoś nauczył. Jeśli moglibyśmy wystąpić pierwszym składem, to mogłoby być 0:5, 0:6. Bez moich najlepszych obrońców nic nie mogłem zrobić.” Tony Langkilde, menedżer zespołu, miał żal do federacji, samych Australijczyków i przede wszystkim do mediów, które niepochlebnie wypowiadały się o umiejętnościach piłkarzy Samoa Amerykańskiego, nie przedstawiając do tego prawdziwej wersji zdarzeń. Efektowną porażkę trzeba było sprzedać. Nieważne, że prawie nikt z podstawowej kadry nie mógł zagrać: ,,Prawdopodobnie od początku celowali w rekord i nic nie byliśmy w stanie zrobić. Mogliby ustąpić, przecież nie potrzebowali tych bramek. Przeszkadza nam, że ludzie się odwracają i mówią, że nie powinno nas być w tym turnieju. Nie rozumieją, dlaczego nie mamy tak silnego zespołu i nie znają problemów, które musieliśmy pokonać.” Tablica pokazuje 32:0. Stracony gol co 2 minuty i 45 sekund. Przegrani leżą wykończeni na murawie. Dali z siebie tyle, ile mogli. Byli po prostu bezradni. Często mylnie mówi się o wyniku 32:0. Nawet FIFA się pogubiła. Wszystko przez osobę, która ręcznie zmieniała liczbę bramek na tablicy wyników. Jednego gola sędzia Ronan Leaustic nie uznał z powodu spalonego. Padały one jednak tak szybko, że można było się pomylić. ,,Nikt nie rozumiał! ani widzowie, ani dziennikarze, ani ludzie, którzy ręcznie obsługiwali tablicę wyników. To było nadzwyczajne. usłyszałem odgłosy za drzwiami naszej szatni. Otworzyłem je i zobaczyłem dziennikarzy! Szybko zorientowałem się, że coś się dzieje. konieczne było wyjaśnienie i podanie prawidłowego wyniku” – mówił dla France Football. Zostali ewidentnie oszukani w sprawie paszportów. To przecież sprawa na olbrzymią aferę. To jednak całkowicie nie ten typ ludzi. Po prostu to zaakceptowali, nadal wesoło tańczyli i zaczęli się modlić o pozytywny rezultat. ,,Ci chłopcy akceptowali wszystko z godnością. Nie walczyli o swoje prawa tak, jak powinni. Powiedziałem do komisarzy FIFA, że ci oni i tak zamierzają się jakimś cudem zebrać. Zapytałem – czy takiego właśnie meczu chcecie? wynik nic dla nich nie znaczy” – mówił David Smith.
David Smith zajmował się sprawami organizacyjnymi. Pełnił rolę łącznika pomiędzy reprezentacjami. Był zdumiony radością, jaką prezentowali goście z Samoa. Potrafili się świetnie bawić i to po totalnym blamażu, co czytamy w wypowiedzi łącznika. Przegrali 0:31, ale to nie przeszkodziło im rozerwać się wieczorem w Coffs Harbour, gdzie odbył się mecz: ,,Przegrali w fatalnym stylu, ale stanęli w szeregu z rękami na ramionach kolegów i śpiewali. Są fantastycznymi śpiewakami. Gdyby to był konkurs śpiewu, to wszyscy inni by się poddali. Świetni ludzie, świetne głosy, ale w piłkę grać nie umieli. byli fatalni, okropni. Rezerwy z siódmej ligi amatorskiego zespołu by ich pokonały. Byli to jednak najlepsi ludzie, jakich poznałem.” Dobrze znacie scenę z filmu „Ucieczka do zwycięstwa”. Punktem kulminacyjnym jest mecz, który rozgrywają między sobą alianccy więźniowie i drużyna niemiecka. Jeńcy tworzą plan, by uciec w przerwie, jednak ostatecznie wychodzą na murawę i w drugiej połowie ogrywają we wspaniałym stylu Niemców. Piłkarze z Samoa Amerykańskiego przegrywali do przerwy 0:16, ale nawet nie myśleli o ucieczce. Sędzia by się pewnie nie pogniewał, bo w notesie powoli brakowało miejsca na zapisywanie kolejnych strzelców: ,,Samoańczycy nie próbowali uciekać w przerwie! Pod koniec pierwszej połowy zdałem sobie sprawę, że nie mam już zbyt wiele miejsca do notowania strzelców bramek. Po wznowieniu australijski gracz zapytał mnie, czy wziąłem flipchart!”. Archie Thompson strzelił w tamtym spotkaniu 13 goli! Dla reprezentacji zdobył 28 goli, z czego niemal połowę stanowiły te z pojedynku z Samoa. Na pytanie zadane przez Four Four Two, czy dostał cztery piłki, odpowiedział: ,,Nie, tylko jedną a powinienem! Powinienem był się dowiedzieć, czy tak można.” Australia swoje mecze eliminacyjne do mistrzostw świata i kontynentu gra z drużynami azjatyckimi od 2006 roku, a to spotkanie było jednym z największych argumentów do opuszczenia federacji Oceanii. Gdyby nie to, kat Amerykańskiego Samoa zapewne uzbierałby w kadrze tych goli jeszcze więcej. Bardzo ucieszył się z rekordu, jakim było 13 goli jednego zawodnika w meczu międzypaństwowym, jednak pytał, czy jest sens gry z takimi zespołami: ,,Pobicie rekordu świata jest spełnieniem marzeń. Tylko musisz widzieć też z kim gramy i pytać, czy jest sens. To strata czasu. Ich zawodnicy byli na koniec uśmiechnięci. Niewiele więcej mogli zrobić. Myślę, że chcieli w ogóle wyjść z połowy. Reprezentanci Samoa Amerykańskiego oddali jeden celny strzał na bramkę. W 86. minucie. Michael Petkovic jednak obronił. Dopiero w 2011 roku wygrali swój pierwszy mecz. 2:1 z Tonga. O pracy trenera Thomasa Rongena z tą kadrą opowiada dokument Next goal wins. Gwiazdą reprezentacji był Nicky Salapu. Ten sam, który puścił 31 bramek z Australią. W obronie grał też Jaiyah Saelua, pierwszy transseksualista w eliminacjach MŚ. Od tego czasu futbol na tej wyspie się rozwija. W eliminacjach do mundialu w Rosji byli bardzo bliscy przejścia pierwszej fazy eliminacyjnej. Pokonali dwie ekipy – Tonga i Wyspy Cooka. Wyprzedziła ich tylko drużyna Samoa. Zmobilizowali się po tym, jak na całym świecie ich wyśmiewano. Rekord ten utrzymywał się do lipca 2015 roku. Wtedy to reprezentacja Fidżi pokonała Mikronezję 38:0 w Igrzyskach Pacyfiku. Kilka dni później Vanuatu wygrało z nimi jeszcze więcej. 46:0. Bramkarz otwarcie przyznał dziennikarzowi Guardiana, że pierwszy raz na tej pozycji zagrał trzy tygodnie wcześniej. 0:30 z Tahiti, 0:38 z Fidżi, 0:46 z Vanuatu. Da się być gorszym od Samoańczyków. Piłkarze tej reprezentacji odetchnęli z ulgą. Od tamtej chwili nie byli już najgorsi.
7
Australia ustanawia rekord świata:
@1LY0
@Szalik
@shaun
@MoralnyKarzel
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@Kapitan hawk
@Bernard777
@Adran360
13
Żywe legendy rodzimego futbolu:
11 kwietnia 1963 r. urodził się Waldemar Fornalik. Człowiek-legenda Ruchu, „Waldek King”, wieloletni zawodnik i trener Niebieskich, którego chorzowscy kibice do dziś darzą ogromnym szacunkiem. Obecnie ze świecą szukać piłkarza, który byłby tak przywiązany do barw klubowych, by spędzić w nim całą karierę. Waldemar Fornalik występował na pozycji obrońcy – jako stoper lub po lewej stronie, czasem jako defensywny pomocnik. Choć rozegrał w lidze 233 mecze (zdobył 4 bramki), to nie przełożyło się to na grę w najważniejszej drużynie w kraju – reprezentacji Polski. Życie napisało dla niego inny scenariusz. Fornalik raz przywdział koszulkę z orzełkiem na piersi, ale było to spotkanie nieoficjalne. W 1993 roku PZPN wysłał do Stanów Zjednoczonych... drużynę Ruchu, która 29 września wystąpiła w sparingu z Meksykiem (0:0, k. 4-3) pod szyldem… Polski B. Zgodę na to wydał ówczesny selekcjoner pierwszej reprezentacji Andrzej Strejlau. Mecz rozegrano na ,,Coliseum Stadion” w Oakland. W polskim zespole pojawili się m.in. Piotr Lech, Jacek Bednarz, Michał Probierz i Dariusz Gęsior. W reprezentacji Fornalik zadebiutował po wielu latach ale jako selekcjoner. Został nim 10 lipca 2012 roku. Na pierwszy mecz w nowej roli czekał do 15 sierpnia. Nie wypadł on okazale. Biało-czerwoni przegrali w kiepskim stylu towarzyskie starcie z Estonią (0:1) na ,,A. Le Coq Arena” w Tallinie. Fornalik pracował z reprezentacją przez ponad rok. Głównym celem był awans do mistrzostw świata w Brazylii w 2014 roku. Tej misji „Waldek King” i spółka nie zdołali podołać. Po raz ostatni w roli trenera drużyny narodowej wystąpił 15 października 2013 roku w spotkaniu z Anglią (0:2) na stadionie Wembley w Londynie, które zakończyło nieudane eliminacje mundialu. Polska zajęła dopiero czwarte miejsce w grupie. Po nieudanej przygodzie z kadrą – choć tu głosy są podzielone – wydawało się, że kariera trenerska Fornalika niechybnie dobiegnie końca. Jednak ci, którzy przedwcześnie skreślali go jako szkoleniowca, musieli posypać głowy popiołem. Trener nie czuł się wypalony. Wrócił do Ruchu Chorzów (pracował w nim już wcześniej), a potem przeniósł się do Gliwic. I to był strzał w dziesiątkę. Z Piastem sięgnął w 2019 roku po mistrzostwo Polski. ,,Gdybym tego głodu nie czuł, nie byłoby tego wszystkiego, co wydarzyło się po reprezentacji. U nas często pokutuje takie przekonanie, że trener koło sześćdziesiątki to już jest stary trener. (...) Dzisiaj często jesteśmy zachwyceni tym, że młody trener ma ileś tam lat a nie patrzymy na doświadczenie i na to, kto jak pracuje. Oczywiście nie ma reguły, nie chcę nikogo krytykować ani nikomu ubliżać”- wypowiadał się pan Waldemar. Fornalik stał się więc ponownie „Waldkiem Kingiem”. Czas pokaże, jak potoczy się jego kariera trenerska. Jedno nie ulega wątpliwości – ten szkoleniowiec nie powiedział jeszcze ostatniego słowa.
Sukcesy: Mistrz Polski z Ruchem Chorzów jako piłkarz (1989) 3. miejsce w I lidze (ekstraklasie) z Ruchem Chorzów jako piłkarz (1983) Mistrz Polski z Piastem Gliwice jako trener (2019) Wicemistrz Polski z Ruchem Chorzów jako trener (2012) 3. miejsce z Ruchem Chorzów jako trener (2010) 3. miejsce w ekstraklasie z Piastem Gliwice jako trener (2020)
@Adran360
@Bernard777
@FcPortoFan1999
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
9
Legendy polskiego sportu:
11 kwietnia 1911 r. urodził się Ryszard Koncewicz, polski piłkarz, trener, działacz piłkarski, selekcjoner reprezentacji Polski, żołnierz. Ryszard Koncewicz przyszedł na świat siedem lat przed odzyskaniem przez Polskę niepodległości. Z całą rodziną mieszkał na Łyczakowie we Lwowie, niedaleko miejsca nazywanego dzisiaj Cmentarzem Orląt Lwowskich. Był niewysokim mężczyzną, 162 centymetry wzrostu. Na obrońcę się nie nadawał, ale na rozgrywającego jak najbardziej. Został juniorem polskiego klubu piłkarskiego Lechia Lwów. Występował w nim aż do wybuchu drugiej wojny światowej. Jak tylko rozpoczęła się agresja Niemiec na Polskę zaciągnął się do wojska. Został wcielony do 40. pułku Piechoty Dzieci Lwowskich. Uzyskał stopień podpułkownika. Skierowano go do obrony Warszawy. Po jej kapitulacji trafił do niewoli. Do końca wojny przebywał w kilku obozach jenieckich. W oflagu IIC Woldenberg założył konspiracyjny klub piłki nożnej, KS Lwów. „Zawsze mówił ze swadą, posługując się piękną polszczyzną, z delikatnym lwowskim akcentem. Była to naprawdę osobowość wyjątkowa” - pisał Michał Listkiewicz, członek Stowarzyszenia Woldenberczyków. Po zakończeniu działań wojennych rozpoczął pracę szkoleniową. W roku 1945 miał już 34 lata. Był to moment, w którym wybrał pracę trenera. Nie chciał rozstawać się z piłką nożną. Jego celem było stworzenie - jak byśmy dzisiaj powiedzieli - „narodowego modelu gry”. Tak ocenił Koncewicz jakość pracy szkoleniowej w polskiej piłce nożnej na silesiasport.pl: „Liczyli na szczęście lub przypadek. Tak grać nie wolno. Trzeba zawsze prowadzić otwartą grę”. Pracował w Ruchu Chorzów. Zdobył z nim mistrzostwo Polski w 1951. Później przeszedł do Polonii Bytom, z którą w 1954 wywalczył tytuł mistrza naszego kraju. Jednak jego nowatorskie, ale z drugiej strony ostre, metody pracy nie znalazły uznania w oczach podopiecznych. Mimo niewątpliwych sportowych sukcesów. „Bardzo wymagający trener miał, w opinii zawodników, trudny charakter. Z Polonii został wydalony za względu na skargi piłkarzy w zarządzie. Czuli się przez niego strofowani i atakowani” - można było przeczytać na silesiasport.pl. Na szczęście władze innych klubów nie przestraszyły się tej opinii.
W roku 1956 przeszedł do Legii Warszawa, z którą wygrał ligę oraz zdobył puchar kraju. Później trenował jeszcze Gwardię Warszawa. W niej zakończył współpracę z klubami. W roku 1948, z racji nowatorskiego podejścia do kwestii szkoleniowych oraz organizacyjnych, został zaproszony do współpracy przez ówczesnego selekcjonera Polski Wacława Kuchara. Połączenie pracy w reprezentacji z działalnością w klubach wyszło tylko na dobre. W roku 1950 po raz pierwszy prowadził drużynę narodową samodzielnie. Władze naszej piłki poszły za ciosem i powołały Koncewicza na szefa Rady Trenerów Związku. Od tego czasu był jeszcze ośmiokrotnie proszony o zajęcie się zespołem narodowym. Pracował z przerwami aż do roku 1970. Był coraz bliżej stworzenia profesjonalnego systemu zarządzania drużyną narodową. Strzałem w przysłowiową dziesiątkę było prowadzenie zespołów klubowych i reprezentacji w tym samym czasie. Koncewicz dostrzegł wszystkie bariery we współpracy terenu z reprezentacją. Tak wypowiadał się, o problemach jakie napotkał, w książce „Piłka Nożna” autorstwa Stefana Grzegorczyka, Jerzego Lechowskiego oraz Mieczysława Szymkowiaka: „Ujemny wpływ na pracę selekcjonera wywierają nie najlepiej układające się stosunki na linii klub – reprezentacja. Mimo słownych deklaracji trenerów klubowych o uznaniu priorytetu reprezentacji, dla wielu z nich nadal bliższe są interesy własnego klubu. Trzeba też powiedzieć, że właściwą selekcję utrudnia wciąż nie najlepsza praca zawodników w zespołach klubowych. Dla potrzeb reprezentacji jest to za mało”. Drugą bolączką była postawa samych reprezentantów na zgrupowaniach. Trener jako osoba hołdująca twardym zasadom, postanowił to zmienić. Udało się to po sławnej „Aferze Kuflowej”. W roku 1962 Polska przegrała mecz z wicemistrzami świata Czechosłowacją (1:2). Po nim wszyscy udali się na obiad. Czołowa gwiazda naszej drużyny Ernest Pohl do posiłku zamówił dwa piwa. Koncewicz poprosił kelnera o odniesienie ich do baru. Pohl jednak zapłacił i wypił na oczach całej drużyny. W dodatku skomentował całe zajście: „Jestem dorosły i nikt nie będzie zabraniał mi wypicia po meczu butelki piwa. Dzieci i ryby głosu nie mają”. Selekcjoner nałożył na niego trzymiesięczną dyskwalifikacje. Ale to nie był koniec. Ówczesnym prezesem PZPN był Marian Ryba, który wziął te słowa do siebie. Pohl nie zagrał w drużynie narodowej przez kolejne dwa lata. „Mało kto pamięta, że przed erą Górskiego był Koncewicz’" - wspominał Jerzy Engel na silesiasport.pl. Pod koniec lat sześćdziesiątych Koncewicz pomału kończył już wielokrotną współpracę z drużyną Polski. Selekcjonerem reprezentacji U21 został Kazimierz Górski. „Koncewicz zawsze wiedział czego chce, jak trzeba pracować w klubach i w PZPN, ale bardzo często napotykał, z różnych względów, bariery nie do sforsowania. Przetarł jednak szlaki innym. Niemal wszyscy zawodnicy, z których korzystał później Górski wyszli spod jego ręki (…) Kostka, Oślizło, Anczok, Deyna, Maszczyk, Ćmikiewicz, Szołtysik, Lubański, Gadocha” - wspominali autorzy w książce „Piłka Nożna”. Koncewicz do roku 1980 był wiceprezesem PZPN ds. szkolenia. W historii naszej reprezentacji jest rekordzistą. Ryszard Koncewicz zmarł 15 marca 2001 r. w Warszawie.
@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@FcPortoFan1999
@Bernard777
@Adran360
9
FC Sevilla przycina skrzydła Dumie Katalonii:
11 kwietnia 2015 r. Sevilla zacieśniła walkę o tytuł mistrza La Liga remisując 2:2 z FC Barceloną w meczu, który początkowo wyglądał bardzo korzystnie dla podopiecznych Luisa Enrique, zdobywając dwie bramki w ciągu pierwszej połowy godziny. Jednak Sevilla odwróciła losy meczu, zmniejszając przewagę Barçy nad Realem Madryt w lidze do zaledwie dwóch punktów. Był to jeden z najtrudniejszych wyjazdowych meczów Blaugrany w sezonie, jednak Barça narzuciła swoją wolę wspaniałą pierwszą godziną, w której utrzymała absolutną kontrolę nad grą i wypracowała sobie dwubramkową przewagę, która wydawała się nie do pokonania dla całkowicie zdezaktywowanej Sevilli. Jednak strzał z dystansu Banegi zmienił wszystko i Sevilla, pobudzona fantastyczną atmosferą i intensywnością typową dla drużyny wschodzącej, która nie przegrała u siebie od 14 miesięcy, odwróciła losy meczu pod każdym względem. Po kilku najlepszych okresach Barcelony w ostatnich tygodniach, mecz przerodził się w rewolucję Sevilli. Barcelona traciła opanowanie w miarę upływu minut, a Sevilla ostatecznie zapewniła sobie remis, który wydawał się zwycięstwem dzięki bramce Gameiro. Barça, zapomniawszy o dwóch świetnych golach Messiego i Neymara nie potrafiła zareagować i straciła dwa punkty, zbliżając się do ligowej stawki Realu Madryt, który kilka godzin wcześniej odniósł pewne zwycięstwo nad Eibarem.
Nikt nie spodziewał się takiego meczu po spektakularnym początku Barcelony. Podopieczni Luisa Enrique spowolnili Sevillę od pierwszej minuty i tuż przed upływem kwadransa wyszli na prowadzenie dzięki efektownemu golowi Messiego, który po raz kolejny, dzięki swojej popisowej akcji, podwyższył wynik na 0:1. Otrzymał podanie od Neymara w polu karnym, opanował piłkę i perfekcyjnie umieścił ją w siatce. Sevilla nie dawała oznak życia a Barça świetnie się bawiła. Do tego stopnia, że zazwyczaj nieuchwytny Neymar ponownie trafił do siatki pięknym rzutem wolnym, którego Sergio Rico nie zdołał obronić. Minuty pełne wina i róż dla Barcelony, która nagle stanęła naprzeciw rozszalałej Sevilli, która rzuciła się do ataku, gdy niepilnowany Banega spróbował szczęścia, oddając potężny strzał z dystansu w 37. minucie, którego nie zdołał obronić Bravo. Sevilla mogła nawet wyrównać przed przerwą, ale zadanie to zostawiła na drugą połowę, w której nabrała pewności siebie i rozczarowała Barcelonę. Luis Enrique szukał Xaviego na ławce rezerwowych i wpuścił na boisko rozgniewanego Neymara, ale bezskutecznie. Sevilla ruszyła do ataku i wyrównała po dobrze rozegranej akcji Reyesa, który dośrodkował do Vidala, który wrzucił piłkę w pole karne a Gameiro podwyższył wynik na 2:2. Remis był odzwierciedleniem dobrej gry Sevilli a Barça, która bardzo się starała w ostatnich minutach, żałowała zmarnowanych szans, zwłaszcza ze strony nieobliczalnego Suáreza, i opuszczała twierdzę Pizjuán z poczuciem, że tytuł mistrzowski mógł być praktycznie pewny.
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
10
Skromne zwycięstwo w PZP:
11 kwietnia 1979 r. FC Barcelona pokonała na Camp Nou KSK Beveren 1:0 w pierwszym meczu półfinałowym Pucharu Zdobywców Pucharów. Jedynego gola na wage zwycięstwa zdobył Carles Rexach z rzutu karnego w 65 minucie.
@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360
11
Feliz cumpleaños panie Thiago!
11 kwietnia 1991 r. urodził się Thiago Alcantara. Z pochodzenia jest Brazylijczykiem, jego ojciec Mazinho zdobył z Canarinhos mistrzostwo Świata w 1994 r. W tym samym roku cała rodzina przeniosła się do Hiszpanii, gdzie Mazinho jeszcze przez kilka lat grał w piłke a synowie przyjęli hiszpańskie obywatelstwo. Thiago był wyróżniającym się zawodnikiem młodzieżowych drużyn Blaugrany i już w wieku 18 lat zadebiutował w pierwszym zespole. Wszyscy wiemy kto pozwolił mu zadebiutować w FC Barcelonie i jak potoczyły się dalej jego losy…
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
7
Wyjątkowy przypadek w historii Mistrzostw Świata:
Giuseppe Bergomi to jeden z najwybitniejszych włoskich piłkarzy w historii. Obrońca spędził całą karierę w Interze Mediolan; jest on zresztą drugim piłkarzem z największą liczbą oficjalnych występów w barwach tego klubu(757), ustępując jedynie Javierowi Zanettiemu (858). Zaliczył również 81 występów w reprezentacji Włoch, strzelając 6 goli. Dziś jednak skupimy się na jego bezprecedensowym wyczynie z reprezentacją. Bergomi brał udział w czterech Mistrzostwach Świata. Pierwszy, rozegrany w Hiszpanii w 1982 roku, okazał się ogromnym sukcesem, a tytuł zdobyła reprezentacja Włoch. Grał również w edycjach 1986, 1990 i wreszcie 1998 we Francji. Co najciekawsze, włoski zawodnik nigdy nie rozegrał meczu kwalifikacyjnego do turnieju finałowego w żadnej z tych edycji. W 1982 roku Bergomi zadebiutował bezpośrednio w fazie finałowej. W 1986 roku włoska reprezentacja awansowała jako obrońcy tytułu. W 1990 roku „Azzurri” awansowali bezpośrednio jako gospodarze. Wreszcie, na Mistrzostwach Francji w 1998 roku, mimo że zawodnik był już poza grą w reprezentacji, w ostatniej chwili został powołany do kadry. W swojej długiej karierze Giuseppe Bergomi odnosił również wielkie sukcesy na szczeblu klubowym. Z Interem Mediolan zdobył mistrzostwo Serie A, Puchar Włoch, Superpuchar Włoch i trzy Puchary UEFA. Co ciekawe, dwa z trzech finałów europejskich, które wygrała ta drużyna, odbyły się w Rzymie i Mediolanie. W ciągu ponad 20 lat gry w pierwszej drużynie Interu dzielił szatnię z jednymi z najlepszych piłkarzy wszech czasów, takimi jak Walter Zenga, Lothar Matthäus, Andreas Brehme, Jürgen Klinsmann, Dennis Bergkamp, Ruben Sosa, Iván Zamorano i Ronaldo Nazário. Zawiesił buty na kołku w 1999 roku w wieku 36 lat i, jak wspomniano we wstępie, był piłkarzem z największą liczbą występów w historii klubu do 2011 roku, kiedy to został wyprzedzony przez Argentyńczyka Javiera Zanettiego. W barwach Nerazzurrich strzelił 28 goli. Cztery występy Bergomiego na Mistrzostwach Świata bez konieczności rozgrywania meczów kwalifikacyjnych czynią go wyjątkowym i bardzo ciekawym przypadkiem. Zobaczymy, czy komuś uda się go prześcignąć lub przynajmniej mu dorównać, choć wydaje się to mało prawdopodobne.
@Adran360
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@MoralnyKarzel
@Ogorinho1974
@Safrani
7
@FCBparasiempre
10 kwietnia 1973 r. urodził się Roberto Carlos, Mistrz Świata 2002(Korea;Japonia); Wicemistrz Świata 1998(Francja); 2-krotny zdobywca Copa América: 1997, 1999 oraz 3-krotny Zdobywca Ligi Mistrzów: 1998, 2000, 2002(z Real Madryt). Ten wiecznie uśmiechnięty, dysponujący niesamowicie potężnym uderzeniem z dystansu Brazylijczyk był synonimem nowoczesnego lewego obrońcy, włączającego się do akcji ofensywnych. Myślisz „lewy obrońca”, mówisz „Roberto Carlos”. Myślisz „Roberto Carlos”, mówisz „Real Madryt”. Ten zawodnik był związany z klubem z Santiago Bernabeu aż przez 11 lat i zawsze będzie kojarzony z naszym klubem. Urodził się 10 kwietnia 1973 roku w Sao Paulo. Ciekawe jest pochodzenie jego imienia. Otóż zostało nadane mu na cześć znanego brazylijskiego piosenkarza. Chyba nikt nie spodziewał się na początku, że ten właśnie chłopiec będzie o wiele, wiele sławniejszy i rozpoznawany pod każdą szerokością geograficzną. Jak wielu Brazylijczyków, Roberto Carlos pochodził z biednej rodziny a futbol pomagał mu zapomnieć o wielu codziennych kłopotach i biedzie. Jego przygoda z futbolówką rozpoczęła się w wieku 14 lat, w 1987 roku, kiedy zapisał się niewielkiego klubu Uniao Sao Joao Arras. W 1992 roku przeniósł się do Atletico Mineiro Belo Horizonte a w 1993 roku trafił do znanego brazylijskiego klubu – Palmeiras Sao Paulo i pomógł mu w zdobyciu dwóch tytułów mistrza Brazylii w 1993 i 1994 roku. Niewiele później w Europie Massimo Moratti postanowił, że uczyni Inter Mediolan wielkim klubem zdobywającym wiele trofeów, na co najlepszą metodą było uruchomienie dużej gotówki na transfery. Dzięki temu filigranowy lewy obrońca rodem z Brazylii trafił do światowej stolicy mody. W klubie z Mediolanu Carlos trafił pod opiekuńcze skrzydła angielskiego trenera Roya Hodgsona, ale zabawił tam tylko jeden, ale udany sezon, ponieważ zagrał w nim w 30 spotkaniach i strzelił 6 bramek. Po tym jednym jedynym sezonie w Mediolanie, Brazylijczyk przeniósł się do Madrytu, gdzie na dobre rozwinął skrzydła. Za tym transferem stał Fabio Capello, który w Madrycie długo nie wytrzymał, bo tylko sezon. Jak się później okazało, o wiele dłużej pozostał wierny barwom „Królewskich” Roberto Carlos. Debiut lewego obrońcy przypadł na dzień 31 sierpnia 1996 roku i był to mecz rozgrywany w La Corunii, przeciwko tamtejszemu Deportivo. Pierwszy sezon w Madrycie zakończył się zdobyciem mistrzostwa Hiszpanii, a już po dwóch latach Brazylijczyk miał na swoim koncie triumf w Lidze Mistrzów, którą zresztą wygra jeszcze dwa razy: w 2000 i 2002 roku. Podczas gry w Realu, Roberto Carlos stał się najlepszym lewym obrońcą na świecie i świetnie wywiązywał się zarówno ze swoich obowiązków w defensywie, jak i w ofensywie. Efektowne rajdy z piłką po lewej flance, atomowe strzały z dystansu i świetnie wykonywane rzuty wolne stały się jego znakiem firmowym. Zdobywał z Realem kolejne trofea, przetrwał erę „Galacticos”, zmieniali się kolejni trenerzy, a on ciągle cieszył się ich zaufaniem. Co ważne ciągle cieszył się grą, a kibice często mogli zauważyć jego szeroki od ucha do ucha uśmiech podczas meczów. W przeciwieństwie do wielu swoich rodaków nie miał opinii balangowicza – wręcz przeciwnie, często był stawiany za wzór profesjonalizmu, przyzwoitości i nigdy nie był uczestnikiem jakichkolwiek skandali. Może dlatego przez cała swoją karierę cieszył się dobrym zdrowiem, niewielką ilością kontuzji i być może dlatego gra w piłkę do dziś, mimo 37 lat na karku. Roberto Carlos był wierny Realowi bardzo długo. Grał z wieloma piłkarzami, którzy już zakończyli kariery, jak Mijatović, Sanchiz, Suker, Helguera, był świadkiem eksplozji talentu Raula, przetrwał erę „Galacticos” i grał także z wieloma młodymi piłkarzami, którzy grają w Madrycie do dnia dzisiejszego, m.in. Marcelo – swoim następcom. Brazylijczyk zachował się także bardzo profesjonalnie w momencie odejścia z Madrytu. Do ostatniej chwili nie chciał przyznać, że to dyrekcja klubu nie chciała spełnić jego wielkiego marzenia, czyli zakończenia kariery w białej koszulce „Królewskich”. Przyznał to dopiero po przejściu do nowego klubu – Fenerbahce Stambuł .
W klubie z Madrytu rozegrał aż 475 meczów i strzelił 62 gole. Zapadł w pamięć wszystkim, a wielu uważa go za najlepszego w historii futbolu lewego obrońcę. W 2007 roku odszedł do Turcji, a na lotnisku w Stambule został przywitany jak król. Wiele tysięcy fanatycznych tureckich kibiców zgotowało mu przywitanie godne najlepszego piłkarza świata. Także w tym klubie dawał z siebie wszystko, ale nie zapomniał o Realu. W sezonie 2009/2010 gdy często mówiło się o brakach na pozycji lewego obrońcy, Roberto Carlos deklarował, że z chęcią wróci do swojego „domu”, na Santiago Bernabeu choćby tylko na rok, by pomóc swojemu ukochanemu klubowi. Jednak nikt z dyrekcji klubu, ani sztabu szkoleniowego nie był zainteresowany pozyskaniem Brazylijczyka, wobec czego wrócił do swojej ojczyzny. W styczniu 2010 zasilił Corinthians, gdzie występował razem z Ronaldo. Na początku lutego 2011 jego zespół niespodziewanie odpadł z Copa Libertadores już w pierwszej fazie turnieju (przegrana z kolumbijskim Deportes Tolima), a kibice uznali Roberto Carlosa za jednego z najbardziej winnych porażki. Twierdzono, że kontuzja, która wykluczyła obrońcę z rewanżowego meczu, była przez niego symulowana w celu uniknięcia odpowiedzialności za ewentualną porażkę. Pogróżki kierowane pod jego adresem spowodowały, że kilka dni później poprosił klub o rozwiązanie z nim kontraktu mającego obowiązywać do końca 2011 roku i 11 lutego odszedł z Corinthians. W sumie rozegrał dla Corinthians 61 meczów i zdobył 5 goli. Dzień później przyjął ofertę gry w Andży Machaczkała, dagestańskim klubie występującym w lidze rosyjskiej, podpisując kontrakt do końca sezonu 2012/13. 29 września 2011 otrzymał ofertę poprowadzenia swojego zespołu jako trener, przyjął je i stał się następcą Gadżi Gadżajewa. Ostatni mecz w barwach Andży rozegrał pod koniec 2011. Kontrakt z klubem obowiązywał go do czerwca 2013, lecz umożliwiał mu przedwczesne przejście na sportową emeryturę. W marcu został skreślony ze składu drużyny[4]. Były Galacticos został wówczas jedynie asystentem trenera w Andży W piłce klubowej Roberto Carlos osiągnął bardzo wiele. Wygrał z Realem praktycznie wszystkie możliwe trofea, a i z reprezentacją Brazylii na niwie reprezentacyjnej nie ma się czego wstydzić. Imponujący jest jego dorobek w kadrze – aż 132 mecze i 11 goli. Wiele jego bramek jest do tej pory wspominanych przez kibiców, jak choćby tak strzelona w 1997 roku podczas towarzyskiego meczu z Francją. Brazylijczyk uderzył bardzo mocno piłkę obok muru, i gdy zdawało się, że nie ma prawa trafić do siatki i minie bramkę w bardzo dalekiej odległości, ta zatoczyła łuk i zatrzepotała w siatce. Wszyscy kibice na stadionie, przed telewizorami i stojący w bramce „Tricolores” Fabian Barthez byli zdumieni i trwali przez pewien czas w tym osłupieniu. Rzuty wolne i strzały z dystansu były największą bronią filigranowego Brazylijczyka – rekord prędkości uderzonej przez niego piłki wynosi 178 km/h, a piłkarze rywali stojący w murze, często na widok Carlosa rozpędzającego się do piłki przed uderzeniem z rzutu wolnego, czynili znak krzyża i modlili o zachowanie życia. Tak długa gra na wysokim poziomie nie byłaby możliwa, gdyby nie profesjonalizm, dbanie o siebie i zaangażowanie na treningach. Na pewno pod tym względem Roberto Carlos może być wzorem dla wielu młodych piłkarzy dopiero zaczynających przygodę z piłką. Jego odejście z klubu w takich, a nie innych okolicznościach pokazuje, jak bezwzględna czasem potrafi być polityka prowadzona przez Real. Nie był on pierwszym zasłużonym dla klubu zawodnikiem, który został pożegnany w nieprzyjemnych okolicznościach – warto przypomnieć odejścia Hierro, Salgado, Helguery czy Luisa Figo. Tak czy owak Brazylijczyk jest chyba najwybitniejszym lewym obrońcą w historii futbolu a z pewnością najbardziej ofensywnym.
5
Wybitne legendy futbolu:
@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@Gary
@Bernard777
@Comentateiro
@AssisMoreira
@Adran360
9
@FCBparasiempre
W historii piłki nożnej przewinęło się wiele postaci, które odcisnęły duże piętno na tej dyscyplinie sportu. Byli to piłkarze, działacze z ciekawą wizją, czy wreszcie trenerzy. To właśnie szkoleniowcy zmieniali niejednokrotnie spojrzenie zwykłego kibica piłki nożnej. Odmieniali wizję tego sportu, rozwijali taktykę, czy byli po prostu nieprzeciętnymi osobami. Kimś takim z pewnością był Helenio Herrera, legenda Interu Mediolan. Helenio Herrera urodził się 10 kwietnia 1910 roku w Buenos Aires. Oficjalnie, ponieważ są spore wątpliwości co do jego daty narodzin. Mówi się, że Helenio dokonał zabiegu odmłodzenia, edycji swoich papierów, co często można zauważyć wśród obywateli krajów afrykańskich. Hipoteza dotycząca oficjalnej daty narodzin Herrery mówi, że urodził się sześć lat później. Co by nie pisać, to i tak szybko życie nakazało jego rodzinie wyjechać z rodzinnych stron, by osiedlić się w Casablance. Ojciec Helenio, Francisco, był bowiem stolarzem z Andaluzji o poglądach anarchistycznych. Naturalnie przez to został wygnany z Hiszpanii. Matka, Maria Gavilán Martínez, która była sprzątaczką, musiała układać wraz z mężem życie na nowo. Pomogło im to znacząco przyjście na świat młodego Helenio. Casablanca była w latach dwudziestych XX wieku miastem kolonialnym Francji. Herrera trafił z racji tego do jednej z francuskich szkół, gdzie spotkał rówieśników z różnych części Europy. Znaleźli się wśród nich choćby Żydzi, Hiszpanie, Włosi, czy naturalnie Francuzi. Pomogło to stać się Herrerze swego rodzaju poliglotą, aczkolwiek mówił on w mieszance języków włoskiego i hiszpańskiego. Z czasem zaraził się pasją do piłki nożnej, czego efektem był jego wyjazd do Paryża. Tam próbował rozwijać swoją karierę piłkarza. Pierwszym klubem, w którym zagrał we Francji, był Club Athlétique des Sports Généraux. Wcześniej bowiem próbował sił w klubach w Maroko takich, jak Roches Noires i Racing Casablanca. Kolejnymi klubami w karierze Herrery były Stade Français, Charleville, Excelsior Roubaix, Red Star Olympique i CSM Puteaux, w którym rozpoczął karierę trenerską. Początek jego historii jako trenera przypadł na szybki koniec kariery piłkarskiej. Spowodowane było to urazem kolana, jaki przytrafił się Herrerze, gdy miał on około 20 lat. Helenio już wtedy tworzył wokół siebie specyficzną aurę wielkości. Był niezwykle pewny swoich racji. ,,Moją zaletą jest to, że wielcy gracze są pomnikami zarozumiałości, kiedy stają się menedżerami. Nie wiedzą, jak uczyć kogoś, co naturalnie zrobili z tak wielką łaską. Nie w moim przypadku”– podsumował Helenio Herrera. Już wtedy Herrera w sposób enigmatyczny, specyficzny starał się przedstawiać swoje przemyślenia na temat futbolu. W tym samym czasie rozwijał się jego zamordyzm trenerski. Można powiedzieć, że współczesnym odpowiednikiem legendy Interu jest Diego Simeone. Piłkarz Atletico, Alfonso Aparicio wspominał, że Helenio Herrera zmuszał drużynę „Los Colchoneros” do trzygodzinnych treningów dziennie.
Helenio Herrera swoją karierę trenerską w Hiszpanii rozpoczął w Realu Valladolid. Nie popracował tam jednak zbyt długo, co okazało się cechą charakterystyczną dla jego kariery trenerskiej. Następnie trafił do Madrytu i Atletico, gdzie zaczął święcić pierwsze triumfy w swojej karierze, czego dowodem są zdobyte dwa tytuły mistrza Hiszpanii w sezonach 1949/1950 i 1950/1951. W zespole z Madrytu wytrzymał trzy lata, po czym w 1952 roku trafił do Malagi. Tam jednak metody Herrery nie trafiły na podatny grunt i jeszcze w tym samym roku odszedł do Deportivo La Coruna. Tam również szybko pogoniono Herrerę, po czym trafił do Sevilli. Co prawda jego przygoda w Andaluzji trwała 4 lata, ale nie była owocna w sukcesy. Po odejściu z Hiszpanii wylądował w portugalskim Belenenses, ale szybko zatęsknił za większą częścią Półwyspu Iberyjskiego. Wrócił do jednego z dwóch najwspanialszych klubów w historii kraju, do FC Barcelony. Herrera dostał misję zdetronizowania najlepszej wówczas drużyny świata, czyli Realu Madryt. Zespół naszpikowany takimi piłkarzami, jak Gento, Di Stefano, czy Puskas wygrywał wówczas wszystko. Warto jednak pamiętać, że mogło być zupełnie inaczej, ponieważ Di Stefano był piłkarzem Barcelony, gdzie miał problemy z opuszczeniem klubu na rzecz Realu. Doszło wręcz do interwencji rządu w tej sprawie. Mimo wszystko Herrera zastał grupę naprawdę świetnych piłkarzy. Luis Suarez, Sandor Kocsis, Zoltan Czibor, czy przede wszystkim ten, przez którego Herrera był zmuszony odejść – Ladislao Kubala. Herrera próbował bowiem za wszelką cenę udowodnić, że Kubala źle się prowadzi i próbuje pokazać jakieś niewytłumaczalne choroby. Prawdą jest, że Kubala nadużywał alkoholu. Konflikt miał również podłoże czysto sportowe, ponieważ Kubala, grający przyjemnie i lekko dla oka nie bardzo chciał dostosować się do bezpośredniej piłki Herrery. Sportowo detronizacja Realu się udała, ponieważ Barcelona zdobywała tytuły mistrza Hiszpanii, ale psychologicznie Herrera musiał polec. Piłkarze po pewnym czasie mieli dość jego zamordyzmu i wtrącania się w każdy aspekt życia. Po tym wszystkim odszedł do Włoch, gdzie zaczęła tworzyć się jego legenda. Po odejściu z Barcelony Herrera trafił do Mediolanu. Wkrótce po jego nadejściu, a dokładnie rok po tym zdarzeniu, do Serie A wrócił AC Milan z Nereo Rocco na ławce. Miały być to narodziny wielkiej rywalizacji nie tylko tych dwóch klubów, ale przede wszystkim dwóch strategów. Nikt nie przypuszczał wówczas, że obaj stworzą podwaliny pod zupełnie nowy system taktyczny– catenaccio. ,,Jeśli nie stracimy bramki, nie przegramy meczu”- z takiego założenia wychodził Herrera. Catenaccio polegało na możliwie najczęstszej grze w obronie, by jak najwięcej piłkarzy broniło. Do Herrery i Rocco zarazem przylgnął przez to tytuł „morderców futbolu”. Paradoksalnie jednak zespół Interu grał mimo catenaccio ciekawie dla oka. Herrera po przyjściu do Włoch postanowił zupełnie zmienić podejście wszystkich ludzi interesujących się piłką. Do tej pory mało kogo obchodzili trenerzy.
,,Kiedy Herrera przyjechał do Włoch, nikt tak naprawdę nie znał nazwisk trenerów”- wspominał Sandro Mazzola. Liczyli się wówczas tylko piłkarze. Herrera, jako że lubił być w centrum uwagi, nie mógł tego przeboleć i postanowił sobie za cel stanąć na piedestale. Swoje rządy w Interze rozpoczął podobnie, jak w Barcelonie. Niezwykle ciężkie treningi i obozy miały tworzyć charaktery piłkarzy „Nerazzurrich. Innym punktem w planie Helenio było pozbycie się niesfornych piłkarzy. Za cel obrał sobie Juana Valentina Angelillo, który podobnie jak Kubala źle się prowadził. Angelillo nie miał jednak na tyle wysokiego statusu społecznego w Mediolanie, czego efektem było jego odejście. Następnie z klubu wyleciał Armando Picchi, który zbyt często wdawał się w dyskusje z „dyktatorem”, jak określany był Herrera. Picchi po tym został wysłany do Varese. Jedynym piłkarzem, który przetrwał wszystkie zagrania Herrery był Mario Corso, lewoskrzydłowy. On miał znacznie więcej szczęścia, ponieważ był pupilem właściciela Interu, Angelo Morattiego. Herrera oprócz zamordyzmu szczycił się tym, że był po części też psychologiem. Mówiło się, że Inter czy wcześniej Atletico wygrywały swoje mecze przed ich rozpoczęciem. W Atletico potrafił wyjść przed piłkarzami na płytę boiska, by uwaga fanatyków przeciwnika skupiła się na nim, po czym zmęczeni kibice nie mieli energii do wsparcia drużyny. W Interze z kolei brał piłkarzy w okrąg i wielokrotnie sugerował im, że przyjechali nie po to, by gdzieś grać, tylko by wygrać. Fanatyzm Herrery i chęć wygrywania omal nie doprowadziły go jednak na łono Abrahama. Otóż w drugim okresie pracy w Interze przeżył atak serca. Kilka lat później z kolei przetrwał wypadek, w którym złamał kręgosłup. W Interze ostatecznie wygrał trzy razy mistrzostwo Włoch, dwa razy Puchar Europy i tyle samo Pucharów Interkontynentalnych. W 1968 roku Herrera trafił do AS Romy. Tam już szło mu znacznie gorzej. Nie pomogła mu również sytuacja z Giuliano Taccolą, piłkarzem „Giallorossich”, który po ataku serca został wręcz zmuszony do wyjazdu z drużyną na mecz (słynny zamordyzm). Po porannym treningu przy zimnej pogodzie Herrera tylko bardziej naraził Taccolę na powtórny atak serca. Piłkarz oglądał co prawda mecz z trybun, jednak w szatni przytrafił mu się zawał, czego efektem był zgon zawodnika. Kibice bardzo mocno obwiniali Herrerę za to zdarzenie. Z czasem w Romie łączy się również polski wątek, ponieważ Herrera mierzył się w słynnym trójmeczu w półfinale Pucharu Zdobywców Pucharów. Później powrócił on do ukochanego Mediolanu, jednak po ataku serca postanowił zrezygnować z tak ostrych treningów i stresu. Potrenował później jeszcze w Rimini, by zakończyć karierę w Barcelonie. Po tym czasie zaczął pisać do różnych gazet artykuły, by w 1997 roku odejść z tego świata. Oto, jak pożegnał go legendarny Gianni Brera. ,,Najważniejsze dla mnie jest to, że nigdy nie jest fałszywy, nawet wtedy, gdy sam się zmusza. Helenio Herrera jest zawsze prawdziwy, jeśli nie zawsze nam się podoba”– Brera 33 lata wcześniej. Helenio Herrera jak można łatwo zauważyć, był osobą ciekawą, kontrowersyjną, ale nie można odmówić mu charyzmy i zaangażowania w swoją pracę. Nie znosił sprzeciwu, ale zarazem doceniał tych, którzy chcieli skoczyć za nim w ogień.
6
,,El Mago”:
@Adran360
@Bernard777
@Gary
@Kapitan hawk
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
@Sysia11
13
Genialny Wilimowski ,,otworzył” sezon 1938:
Inauguracja sezonu wypadła w Niedziele Palmową 10 kwietnia. Początek wyznaczono na 16.30 a przeciwnikiem ,,Niebieskich” był Śmigły Wilno. Na trybunach przy ulicy Cichej zgromadziło się około 3 tys. widzów, co jak na Ruch było dość przeciętnym wynikiem. Warto jednakże zaznaczyć iż tego dnia była bardzo niesprzyjająca pogoda. Opady śniegu z deszczem i przenikliwe zimno nie zachęcały do przyjścia na stadion. Powszechnie spodziewano się łatwego i wysokiego zwycięstwa gospodarzy. Tymczasem początek był zgoła sensacyjny. Już w drugiej minucie wilnianie po składnym zagraniu ataku zdobyli gola. ,,Niebiescy” ruszyli do ataku i po chwili Wilimowski w swoim stylu wyrównał. Dalsza część pierwszej połowy przebiegała pod dyktando gospodarzy, którzy po strzale głową Peterka po rzucie rożnym objęli prowadzenie 2:1. Jednakże goście jeszcze przed przerwą zdołali wyrównać i po 45 minutach wynik brzmiał 2:2. W drugiej połowie z każdą minutą rósł napór Ruchu. Niesamowite rzeczy w bramce gości wyczyniał bramkarz Czarski, który obronił kilkanaście strzałów ,,Niebieskich”. Na początku drugiej odsłony meczu obronił rzut karny egzekwowany przez Peterka. Dopiero w końcówce spotkania rozwiązał się worek z golami a te gole zdobyli: Wilimowski z podania Wiechoczka, Peterek po główce przy rzucie wolnym Giemzy i na sam koniec po pięknej dwójkowej akcji z Wodarzem, ponownie Wilimowski. Ostatecznie Ruch wygrał 5:2 i rozpoczął marsz po kolejne mistrzostwo Polski.
@1LY0
@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@NeroTFP1
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@Adran360
13
El Clasico w cieniu katastrofy:
10 kwietnia 2010 r. FC Barcelona pokonała Real Madrid 0:2 na Estadio Santiago Bernabeu w 31 kolejce Primera Division. Na ten mecz czekał cały świat. Owszem, odbył się ale kibice w Polsce pierwszy raz w historii oglądali wydarzenie w ciszy, bez komentarza dziennikarzy sportowych. ,,Szok. To bardzo ciężkie wyzwanie i takie nienaturalne. Szczerze mówiąc, nie pamiętam nic z tego, jak komentowałem mecz”- wspominał komentator Canal+ Leszek Orłowski. Wiadomość, jaką dostaliśmy przed meczem na Estadio Santiago Bernabeu, zwaliła z nóg. O 8:41 w Smoleńsku rozbił się samolot z parą prezydencką i 94 osobami na pokładzie. Plan komentatorów wywrócił się do góry nogami. 10 kwietnia 2010 r. odbyło się drugie El Clasico w sezonie. Niezwykły piłkarski klasyk, którego stawką było mistrzostwo Hiszpanii. Real Madryt i FC Barcelona jak walec rozjechały resztę rywali i o tytuł grały już między sobą. Nad trzecią Valencią miały 21 punktów przewagi! Wielka uczta na stadionie, a dla Rafała Wolskiego to był pierwszy komentowany klasyk od 2005 r. Canal+ transmitował ostatecznie ten mecz bez komentarza, aby uszanować pamięć ofiar. - Takie trudne momenty trzeba przeżyć, przemyśleć. Dotarło do mnie dość szybko. To chwile, które nas hartują, powodują, że z tego wszystkiego wychodzimy mocniejsi. Myślę, że to jest uniwersalne i dotyczy każdej branży. Masz większy dystans. Coraz lepiej rozumiesz, że nie wszystko zależy od ciebie. Wspominam ten mecz jako niezłą szkołę, ale tak bardziej w sensie ludzkim - mówił nam Wolski. Razem z Orłowskim komentował ten mecz do "puszki". Ich głos można było usłyszeć dopiero w powtórkach. Dziennikarze z całego świata wyrazili Polakom współczucie i kondolencje na trybunie prasowej. Nie potrafili uwierzyć, że katastrofa zdarzyła się naprawdę. To był trudny dzień także dla Jerzego Dudka. Polski bramkarz "Królewskich" w tym spotkaniu był rezerwowym. Kiedyś grał w jednej drużynie z Lechem Kaczyńskim. ,,W 2007 roku w Cardiff skutecznie walczyliśmy o prawo gospodarza dla Polski na Euro 2012. Wywarł na mnie bardzo dobre wrażenie. Rozmawiał, żartował”- wspominał "Przeglądowi Sportowemu".
Dzięki inicjatywie Dudka wielki klasyk, na który patrzył cały świat, został poprzedzony minutą ciszy. Ze stadionowych głośników grano utwór Ennio Morricone z oscarowego filmu "Pewnego razu na Dzikim Zachodzie". Wprawił prawie wszystkich na stadionie w zadumę. W swoim pierwszym klasyku na Bernabeu Cristiano Ronaldo grał z czarną opaską. Tak cały Real łączył się z Dudkiem i wszystkimi Polakami w tragedii. "Królewscy" starali rzucić się na rywala, ale goście zachowywali stoicki spokój. Gole dające triumf FC Barcelonie strzelili Lionel Messi i Pedro po cudownych asystach Xaviego. Real miał swoje sytuacje, ale nie potrafił ich wykorzystać. Cały atak opierał się na Ronaldo, szczególnie od momentu wejścia będącego wówczas bez formy Karima Benzemy. Z kolei Katalończycy dziurawili obronę rywala raz za razem. Choć kontry ekipy z Madrytu nie ustawały, to nie odpuszczało wrażenie, że Barcelona miała wyraźną przewagę na boisku i kontrolowała sytuację. Po meczu Joan Laporta, ówczesny prezydent "Blaugrany", stwierdził, że "to był mecz, w którym walka dominowała nad pięknem, czyli dokładnie taki, jakiego chciał Real". Trzeba jednak podkreślić, że Barcelona świetnie rozegrała spotkanie taktycznie i po wcześniejszym sezonie pełnym sukcesów wciąż przez jej grę przemawiał głód zwycięstwa. Ten mecz okazał się decydujący w wyścigu o mistrzostwo Hiszpanii. FC Barcelona wygrała 2:0, została samodzielnym liderem i nie oddała prowadzenia w tabeli do końca rozgrywek. Jednak zwycięstwo "Dumy Katalonii" dla części kibiców w naszym kraju zapewne zeszło na drugi lub dalszy plan.
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
1
@AssisMoreira A no to chiba że tak...
Smutne to wszystko ale jednak prawdziwe...
0
@Gary No poniękąd masz marcje. Jednak mimo straty do Valencii 9 punktów, to w teorii ta strata była do odrobienia, więc de facto jeszcze walczyliśmy o te mistrzostwo...
0
@SeWo77 Ferran Torres? Żartujesz chyba sobie! Ten patałach nie miał nawet prawa trafić do takiego klubu jak FC Barcelona...
0
@EzioAuditoreDF A tyle to i ja wiem, mnie się rozchodzi o konkretną przyczyne śmierci?
0
@Katalończyk 99 To jasne że nie ma gwarancji. No ale chyba na coś pan Jacek zmarł, jakaś przyczyna tego musi być? W końcu od samego powietrza nie umarł...
9
Śmierć tak zasłużonej postaci w polskim futbolu, w takim wieku to jest niewytłumaczalny szok! Z kolei ja jestem w szoku jak to możliwe że tak zdrowy facet i to jeszcze młodszy odemnie tak nagle zmarł? Wpisuje w google przyczyna śmierci ale żadne internety nie podają przyczyny tej tragedii? Na co własciwie pan Jacek zmarł, skoro był w dobrej formie?
12
Na kłopoty Messi:
10 kwietnia 2013 r. FC Barcelona zremisowała na Camp Nou z PSG 1:1 w ćwierćfinale Ligi Mistrzów. W rewanżu szala przechylała się na korzyść PSG, gdy na boisko został posłany kulawy Messi, który na jednej nodze wprowadził Barçe do półfinału. To był wspaniały czas ,,La Pulgi”. Bez niego na boisku, w końcówce pierwszego i na początku drugiego meczu, paryżanie wygrali z Katalończykami 3:1, z Messim przegrali 0:2. Blaugrana szósty raz z rzędu dotarła do półfinału Ligi Mistrzów. Gole w meczu zdobyli: Pedro(71 minuta) oraz Pastore(50 minuta).
@Sysia11
@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360
1
@PatrykBarca Coś mi się tam jarzy ale kompletnie nie pamiętam w jakim to było meczu?
Ps. Właśnie sprawdziłem i okazuje się że to był mecz ligowy z Bayernem z 2002 r. No ja napewno tego meczu nie oglądałem bo nie miałem dostępu do Bundesligi. Zapewne kojarze to z urywek telewizyjnych.
9
Dzień, w którym Valladolid stał się niezapomnianym wspomnieniem dla Andresa Iniesty:
10 kwietnia 2004 r. Real Valladolid przegrywa z FC Barceloną 1:3 w ramach 32 kolejki Primera Division. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt że pierwszego gola w barwach Dumy Katalonii strzelił Andres Iniesta. To był początek legendarnej kariery. Sezon 2003/2004 był jego pierwszym pełnoprawnym członkiem pierwszej drużyny a Valladolid odegrało w tym kluczową rolę. Real Valladolid podejmował FC Barcelonę na stadionie José Zorrilla a Iniesta dopiero rozpoczynał swoją zawodową karierę. Tego dnia zawodnik z Fuentealbilli rozpoczął mecz na ławce rezerwowych. Blaugrana, która walczyła o tytuł mistrzowski z Valencią CF, która ostatecznie zdobyła mistrzostwo, wyszła na boisko z takimi nazwiskami jak Ronaldinho, młody Xavi Hernández, Víctor Valdés, Saviola czy Luis García i wieloma innymi. Po stronie gospodarzy Bizarri miał za zadanie pełnić rolę muru przeciwko katalońskim atakom a obroną kierowali Torres Gómez lub Alberto Marcos. Atak odbywał się pod butami Óscara Gonzáleza lub Losady. Mecz rozpoczął się dla Realu Valladolid w najgorszy możliwy sposób. W 2. minucie Saviola trafił do siatki. Zimny prysznic od samego początku spotkania okazał się potężnym ciosem dla aspiracji „Blanquivioletas”. W 30. minucie Ronaldinho ponownie trafił do siatki, pokonując Bizarri. Było już 0:2 a szanse Valladolid malały. Jednak w drugiej połowie, w 66. minucie, Óscar González odwrócił losy meczu, strzelając gola na 1:2 i dając swojej drużynie szansę na zwycięstwo. Iniesta, wciąż siedzący na ławce rezerwowych, gdy Óscar González zasiał strach wśród piłkarzy FC Barcelony, wszedł na boisko w 79. minucie. Wystarczyło mu zaledwie 5 minut aby mecz z Valladolid stał się dla niego niezapomnianym przeżyciem. Luis Enrique otrzymał podanie od Xaviego na skraju pola karnego, podczas gdy młody Iniesta ruszył w stronę bramki, zasłaniając rozproszonego Torresa Gómeza. Były trener reprezentacji Hiszpanii zauważył to i podał mu prostopadłe podanie prostopadle w środek pola karnego. Nie zastanawiał się ani chwili. Iniesta uderzył piłkę lewą nogą, nie panując nad nią, po raz pierwszy, nie pozostawiając Bizarriemu innego wyboru, jak tylko patrzeć, jak piłka wpada do siatki po raz trzeci w meczu. To był wynik końcowy 1:3 w 84. minucie i pierwszy gol Andrésa Iniesty dla FC Barcelony w lidze krajowej. Tak Valladolid stało się niezapomnianym wspomnieniem dla piłkarza, który 10 kwietnia 2004 roku zasiał ziarno legendarnej kariery, która zakończyła się w wieku 40 lat.
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
14
Piłkarze, którzy kiedyś zagrali jako bramkarze:
Choć nie jest to najczęstsze zjawisko, istnieje długa lista zawodników z pola, którzy okazjonalnie grali na bramce. Od czerwonych kartek po kontuzje odniesione podczas zmian, przyjrzymy się kilku najbardziej uderzającym przypadkom.
PELÉ: Dla wielu, najwspanialszy piłkarz wszech czasów. Pelé zawsze chciał się rozwijać i nierzadko widywano go trenującego jako bramkarz. Robił to głównie z dwóch powodów: po pierwsze, aby spojrzeć na piłkę nożną z perspektywy bramkarza, co pozwalało mu poprawić swoje umiejętności strzeleckie. Po drugie, na wypadek, gdyby kiedykolwiek musiał stanąć między słupkami, aby pomóc swojej drużynie. Rzeczywiście, wydarzyło się to w 1959 roku w meczu Santosu z Grêmio. Pelé strzelił w tym meczu trzy gole, ale w drugiej połowie jego kolega z drużyny Gilmar doznał kontuzji. To właśnie wtedy brazylijska gwiazda stanęła na bramce i zaprezentowała się znakomicie. Jego koledzy z drużyny zawsze twierdzili, że był również świetnym bramkarzem.
SAMUEL ETO'O: Niewątpliwie jeden z najlepszych afrykańskich piłkarzy w historii. Przeżył niezapomniane chwile na Majorce, nie tylko strzelając gole i zdobywając tytuły z drużyną Vermilion, ale także zakładając rękawice bramkarskie. Miejsce było idealne: stadion San Mamés, mecz Majorki z Athletic Club de Bilbao. Leo Franco, bramkarz gości, został wówczas wyrzucony z boiska.
JOHN TERRY: Pamiętamy go jako jednego z najlepszych angielskich środkowych obrońców. Był legendą Chelsea przez wiele lat dowodząc defensywą klubu. To kolejny zawodnik z pola, który musiał grać na bramce. Miało to miejsce w 2006 roku, kiedy Petr Cech doznał urazu głowy, który zmusił go do noszenia charakterystycznego kasku do końca kariery i musiał zostać zmieniony.
RIO FERDINAND: Podobny przypadek jak w przypadku Johna Terry'ego. Ferdinand był jednym z najlepszych obrońców Manchesteru United w pierwszej dekadzie XXI wieku. W 2008 roku zagrał w bramce w meczu Pucharu Anglii z powodu kontuzji Van der Sara i wyrzucenia Kuszczaka z boiska.
JAVIER FARINÓS: Farinós odnosił sukcesy w Valencii, co doprowadziło do podpisania lukratywnego kontraktu z Interem Mediolan. To właśnie w barwach Nerazzurrich piłkarz z Walencji musiał zagrać kilka minut jako bramkarz na Mestalla przeciwko swoim byłym kibicom. To był rewanżowy mecz ćwierćfinału Pucharu UEFA. Valencia zremisowała 1:1 w Mediolanie ale Inter prowadził w rewanżu 1:0. W 89. minucie Toldo został wyrzucony z boiska a Włosi dokonali już wszystkich trzech zmian. Farinós stanął na bramce i zdołał zachować czyste konto, zapewniając swojej drużynie awans do kolejnej rundy.
@1LY0
@Safrani
@MoralnyKarzel
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@Kapitan hawk
@Gary
@Bernard777
@Adran360
2
@Gosciuu To jest ze strony internetowej przetłumaczone na język polski. Dużo artykułów jest sprzed kilku lat a ja nie zawsze mam czas to wszystko skorygować. Najmocniej przepraszam.
2
@FcPortoFan1999 Zgadza się. Już poprawiłem :) Po prostu po skopiowaniu źle dopisałem. Dzięki za poprawke :)
1
@Gosciuu Tak, tak. Chodzi tutaj o mecze bez porażki.
12
10 najlepszych serii bez porażki w historii europejskiej piłki nożnej:
W całej historii było wiele drużyn, które dominowały zarówno w swoich ligach, jak i rozgrywkach międzynarodowych, do tego stopnia, że wydawały się niepokonane, ale które 10 europejskich drużyn może pochwalić się najdłuższą serią meczów bez porażki?
10. REAL SOCIEDAD
Reprezentacja Basków osiągnęła serię 38 meczów bez porażki w sezonach 1978-1979 i 1979-1980. W sezonie 1979-1980 zabrakło im zaledwie jednego punktu do zdobycia mistrzostwa. Wśród ich najwybitniejszych zawodników byli między innymi Arconada , Perico Alonso i Zamora.
9. CHELSEA
Chelsea zaliczyła serię 40 oficjalnych meczów bez porażki. Dokonała tego w sezonie 2004-2005, w którym zdobyła Puchar Ligi Angielskiej i Premier League, tracąc tylko jedną porażkę i kończąc rozgrywki z 12 punktami przewagi nad drugim w tabeli Arsenalem.
8. FIORENTINA (WŁOCHY)
Florence zdobyła swój pierwszy w historii tytuł mistrza Włoch w sezonie 1955-1956, kończąc rozgrywki z ośmiopunktową przewagą nad AC Milan. Między tym sezonem a poprzednim, nie przegrała 40 meczów.
7. NOTTINGHAM FOREST
W sezonie 1977-1978 Nottingham Forest nie przegrał 42 meczów. Zespół Briana Clougha zdobył mistrzostwo Anglii i Puchar Ligi, ale co najbardziej imponujące, awansował z drugiej ligi w tym samym sezonie. Brian Clough, cudotwórca Nottingham Forest. Nie tylko osiągnął jedną z najlepszych serii bez porażki w historii ale dokonał tego w skromnym zespole.
6. FC BARCELONA
Kadra Blaugrany w sezonie 2017-2018 okazała się bardzo solidną drużyną. Do tego stopnia, że nie przegrała 43 meczów, zdobywając 25. tytuł mistrzowski i 30. Puchar Króla. Seria zwycięstw FC Barcelony zakończyła się w imponującym meczu z Levante, w którym „Granotes” zwyciężyli 5:4.
5. LIVERPOOL
Zespół Jürgena Kloppa od jakiegoś czasu pokazuje swój potencjał. Aktualni mistrzowie Ligi Mistrzów zaliczyli serię 44 meczów bez porażki między poprzednim a obecnym sezonem, choć odnosi się to tylko do Premier League, ponieważ w obecnych rozgrywkach kontynentalnych odpadli w fazie grupowej z Napoli.
4. JUVENTUS
Juventus osiągnął serię 49 meczów bez porażki w sezonie 2011-2012. Drużyna wygrała Serie A bez porażki i dotarła do finału Pucharu Włoch, gdzie zmierzyła się z Napoli, drużyną, która przerwała ich passę, pokonując turyński zespół 2:0.
3. ARSENAL
Londyńska drużyna, prowadzona przez Arsène'a Wengera , zyskała w świecie piłki nożnej przydomek „Niepokonani”. Stało się tak dzięki 49 meczom bez porażki w sezonie 2003-2004, w których zdobyli mistrzostwo Premier League bez straty gola. Mniej szczęścia mieli w Lidze Mistrzów, gdzie ich sąsiedzi, Chelsea, wyeliminowali ich z rozgrywek po zwycięstwie 1:2 na Highbury (2:3 w dwumeczu).
2. BAYERN MONACHIUM
Bayern Monachium pozostał niepokonany przez 53 mecze w sezonach 2012-2013 i 2013-2014. W sezonie 2012-2013 wygrał Bundesligę z 25-punktową przewagą nad Borussią Dortmund. Wygrał również Puchar Niemiec i Superpuchar Niemiec w rozgrywkach krajowych. W Lidze Mistrzów pokonał Juventus i Barcelonę odpowiednio 4:0 i 7:0 w dwumeczu w fazie pucharowej. Później zdobył trofeum, pokonując Borussię Dortmund 2:1 w finale.
1. AC Milan
Włoski klub, prowadzony przez Fabio Capello, jest rekordzistą pod względem najdłuższej serii meczów bez porażki w Europie z 58 meczami! Ten wyczyn został osiągnięty w sezonach 1991-92 i 1992-93. Zespół miał za sobą prawdopodobnie najlepszy okres w swojej historii pod wodzą Arrigo Sacchiego, poprzednika Capello. Po objęciu sterów przez Capello, zespół przyjął bardziej defensywny i bezpieczniejszy styl gry niż pod wodzą Sacchiego, choć mniej atrakcyjny. Zespół zakończył ligę włoską na pierwszym miejscu bez ani jednej porażki i dopiero w 24. kolejce kolejnego sezonu Parma zdołała zapewnić sobie zwycięstwo 1:0 na San Siro.
Która drużyna jako kolejna wskoczy na listę najlepszych serii bez porażki w historii? Czy komuś uda się jeszcze prześcignąć Milan Capello???
@Adran360
@Bernard777
@Kapitan hawk
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@MoralnyKarzel
@Ogorinho1974
@1LY0
1
@Witekk10 No jeśli twierdzisz że geniusz Messiego nie przekładał się na sukcesy w Lidze Mistrzów to rzeczywiście nie ma sensu prowadzić takiej dyskusji...
1
@esem91 Yamal też nie wiele lepszy podając piłki do przeciwników w kluczowym momencie pod bramka przeciwnika...