FCBparasiempre
Dołączył/a: grudzień 2020
Biała Podlaska
33 obserwujących
0 obserwowanych
Której reprezentacji, do której powołany został zawodnik Barcy, kibicujesz?
Komunikat
Polecający
Ładowanie...
Historia komentarza
Ładowanie...
1
@lucca87 Argentynie zdecydowanie! Później Hiszpanii a na końcu Belgii.
13
Cules pamiętają!
Feliz cumpleaños panie Salvador! Z okazji 85-tych urodzin.
3 kwietnia 1941 r. w L’Arboç urodził się Salvador Sadurni, legendarny bramkarz. Salvador Sadurni charakteryzował się potężną sylwetką i był ubrany niemal zawsze na czarno. Obok Ramalletsa i Zubizarrety prawdopodobnie największa legenda jaka stała w bramce FC Barcelony. Jako jedyny z tej trójki był wychowankiem Dumy Katalonii i nigdy jej nie opuścił (nie licząc rocznego wypożyczenia do Mataró). Jego idolem był Ramallets, który dał mu szansę, a do jego rozwoju przyczynił się również ówczesny trener Barçy- Ladislao Kubala. Dzisiaj wspomina, że był on „najważniejszym trenerem w jego karierze”. Jako jeden z niewielu stosował specjalne treningi dla golkiperów. Sadurní trzykrotnie zdobył Trofeo Zamora ale miał również szansę na czwarte trofeum, lecz jego trener, Olsen, zdecydował się nie wystawić go w ostatnim spotkaniu. By zdobyć nagrodę zawodnik musiał rozegrać przynajmniej 22 mecze w sezonie. Po przyjściu Cruyffa, Sadurní zdobył z Blaugraną jedyne mistrzostwo Hiszpanii. Miało to miejsce w sezonie 1973/74 i co ciekawe bramkarz opuścił pamiętne zwycięstwo 5:0 na Bernabéu z powodu kontuzji. Ostatni sezon spędzony w Barcie był najgorszy w całej karierze. Tak oto go wspomina: ,,trener Weisweiler nie chciał nawet o mnie słuchać i dał mi szansę jedynie pod koniec sezonu, gdy graliśmy w różnych wsiach. Tak źle to zniosłem, że nie chciałem już nic słyszeć o piłce nożnej’’. Salvador Sadurni rozegrał dla Dumy Katalonii 500 spotkań w tym 247 w La Liga. 1 września 1976 r. odbył się pożegnalny mecz Sadurniego, Rife oraz Torresa na Camp Nou przeciwko Stade Rennes wygrany 2:0.
Dziękujemy serdecznie za oddanie i wierność FC Barcelonie.
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@Kapitan hawk
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
10
Źródła nieszczęścia:
Wszyscy doskonale wiedzą że pecha przynosi nadepnięcie na żabe albo na cień drzewa, przechodzenie pod drabiną, siadanie tyłem do kierunku jazdy, spanie głową w nogach łóżkach, otwieranie parasola pod dachem, liczenie sobie zębów czy zbicie lustra ale w piłkarskim świecie lista ta okazuje się zbyt krótka. Carlos Bilardo, trener reprezentacji Argentyny podczas mundiali w 1986 i 1990 r. nie pozwalał aby jego piłkarze zajadali się przynoszącym pecha kurzym mięsem i zmuszał ich do jedzenia wołowiny, pobudzającej wydzielanie kwasu moczowego. Silvio Berlusconi zakazał natomiast fanom śpiewać tradycyjny hymn drużyny ,,Milan, Milan”, ponieważ(jego zdaniem) wywoływał on złe wibracje, które paraliżowały piłkarzy. W zamian kazał skomponować w 1987 r. nowy hymn - ,,Milan dei nostri cuori”. Freddy Rincon, czarnoskóry gigant i podpora reprezentacji Kolumbii, zawiódł oczekiwania kibiców podczas mundialu w 1994 r. W jego grze nie było nawet odrobiny entuzjazmu. Dopiero po jakimś czasie wyszło na jaw że nie chodziło o brak chęci, lecz nadmiar strachu. Pewien wróżbita z Bonaventury, miasta na wybrzeżu, z którego pochodził piłkarz, przepowiedział wynik turnieju i zalecił mu nadzwyczajną ostrożność bo w przeciwnym razie niechybnie złamie noge. ,,Uważaj na nakrapianą”- powiedział mając na myśli piłke, oraz: ,,Strzeż się żółtaczki i czerwonki”, co było wyraźną aluzją do kartek: żółtej i czerwonej. Tuż przed rozpoczęciem mundialu w 1994 r. włoscy specjaliści od czarnej magii zapewniali że ich kraj zdobędzie Puchar Świata. ,,Liczne rytuały czarnej magii uniemożliwiają zwycięstwo Brazylii”- oświadczyła gazeta wydawana przez ,,Włoskie Stowarzyszenie Magów”. Ostateczny wynik z pewnością nie przyczynił się do zwiększenia prestiżu tej szacownej instytucji.
@Adran360
@Bernard777
@Gary
@Kapitan hawk
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@MoralnyKarzel
@Ogorinho1974
@Safrani
13
Król futbolowej obłudy:
Cesarz. Ten pseudonim jest doskonale znany w futbolu. Nosił go słynny Franz Beckenbauer. Dziś przedstawimy historię innego „Kaisera”. Chodzi o Cesarza, którego śmiało można nazwać królem piłkarskiej obłudy – Carlosa Henrique Raposo. Ów ,,Kaiser” może uchodzić za kogoś w rodzaju futbolowego Nikodema Dyzmy, choć czasem może się wydawać, że Dyzma jest przy nim tylko płotką. Zanim przybliżymy bliżej jego sylwetkę, spójrzmy na jego metrykę. Wygląda ona obiecująco. Wynika z niej, że Carlos Henrique Kaiser był piłkarzem takich klubów jak Botafogo, Fluminense, Flamengo, Vasco da Gama, grał też w Meksyku, Stanach Zjednoczonych i Argentynie oraz we francuskim Ajaccio. Wygląda to więc solidnie ale jeśli przyjrzymy się głębiej samym statystykom, to dojdziemy do wniosku, że użycie słowa „grał” jest dużym nadużyciem. Carlos Henrique był w tych klubach, ale w żadnym z nich nie rozegrał ani jednego spotkania. Początkowo Raposo rzeczywiście przejawiał spory talent. W wieku juniorskim kopał piłkę na tyle dobrze, że zwróciły na niego uwagę znaczące brazylijskie kluby. Z czasem okazało się, że seniorski futbol to zupełnie co innego niż młodzieńcza zabawa w piłkę nożną. Zabawa – to słowo klucz w przypadku tego piłkarza. Młokos pod względem piłkarskim przestał się rozwijać, ale już w młodym wieku uzależnił się on od gwiazdorskiego trybu życia. Zaczął on więc szukać różnych metod, żeby utrzymać się na powierzchni. I w tym momencie zaczyna się przedstawienie. Pierwszym jego elementem jest przydomek piłkarza – Kaiser. To nic, że nasz bohater był napastnikiem, a słynny „Cesarz” Beckenbauer obrońcą. Ten majestatyczny przydomek pasował jak ulał, bo kojarzył się z wielką postacią ze świata futbolu. Kto nie chciałby mieć w swoich szeregach brazylijskiego „Kaisera”? Przecież to marketingowy majstersztyk! Dalej miało jednak być już znacznie trudniej. Sam przydomek przecież nie zapewni mu godnego kontraktu, ale znajomości mogą przynieść wiele korzyści. Raposo zaprzyjaźnił się z czołowymi brazylijskimi piłkarzami jak Romario, Edmundo, Branco, Renato Gaucho czy Ricardo Rocha. Kiedy jeden z nich zmieniał klub, proponował też, by działacze zwrócili uwagę na utalentowanego napastnika.
W ten sposób „Kaiser” był zapraszany na testy, najczęściej trzymiesięczne. Na początku tłumaczył, że nie jest w pełni formy i musi się odbudować fizycznie i dlatego potrzebuje nieco więcej czasu niż trzy miesiące. Potem kiedy już rzekomo się przygotował, wychodził na boisko i przy pierwszym kontakcie z piłką padał na ziemię jak rażony piorunem. Kontuzja! Raposo grał w czasach, kiedy medycyna nie była jeszcze tak rozwinięta, żeby sprawdzić, czy kontuzja jest rzeczywista, czy może jest tylko wymysłem piłkarza na uniknięcie odpowiedzialności, tak więc czas mijał, „Kaiser” pobierał pensję, a na boisku nie było po nim śladu. Na takiego piłkarza z porcelany patrzy się krzywo, ale Carlos Henrique był niezwykle ceniony przez działaczy kolejnych klubów. Z czego to wynika? Będąc w Botafogo piłkarz bardzo często posługiwał się telefonem komórkowym. Warto wspomnieć, że w tych czasach mało kto miał taki telefon, więc samo posiadanie takiego gadżetu było nie lada gratką. Raposo wciąż odbierał telefony i rozmawiał z kimś po angielsku, tłumacząc, że dzwonią do niego agenci zagranicznych klubów, które są gotowe zrobić wszystko by mieć go w swoich szeregach. Skoro wszyscy się o niego biją, to trzeba mu zaoferować nowy kontrakt! Sielanka trwała do czasu, kiedy jeden z członków sztabu szkoleniowego podsłuchał rozmowę i zdał sobie sprawę z faktu, że Raposo ni w ząb nie zna języka angielskiego. Postanowił więc sprawdzić, jak to jest z jego telefonem i kiedy piłkarz był pod prysznicem, szkoleniowiec sprawdził tajemniczą komórkę, która okazała się być… zabawką. Jak bardzo przebiegły musiał być „Kaiser”, żeby przez tyle lat pozorować wysokie umiejętności piłkarskie? Odpowiedzią niech będzie historia z Bangu. Będąc w tym klubie i oczywiście lecząc kontuzję, piłkarz zasiadł na ławce rezerwowych. Początkowo był zapewniany, że i tak nie zagra, ale kiedy wynik był niekorzystny trener postanowił wyciągnąć asa z rękawa i wprowadzić go na boisko. Raposo podniósł się z wielką werwą i zamiast się rozgrzewać podbiegł do kibiców drużyny przeciwnej, wdrapał się na siatkę i obrzucał ich inwektywami. Doszło nawet do rękoczynów! Sędzia nie zastanawiał się długo i pokazał piłkarzowi czerwoną kartkę zanim ten postawił stopę na murawie. Sam piłkarz tłumaczył się następująco: ,,Zanim cokolwiek powiecie, posłuchajcie mnie przez chwilę. Bóg dał mi ojca, którego straciłem, ale potem dał mi kolejnego (chodzi o prezydenta Bangu, Castora de Andrade). Nigdy nie pozwolę żeby ktokolwiek mówił, że mój ojciec jest złodziejem a fani posunęli się do takiego czynu. Musiałem interweniować.” Prezes de Andrade natychmiast zaoferował mu nowy kontrakt. Wszystko, co do tej pory napisaliśmy, jest mocno niewiarygodne, ale to jeszcze nie koniec. Legendy o Raposo dotarły w końcu do Europy i piłkarz otrzymał ofertę z Gazalec Ajaccio. We Francji odbiło się to szerokim echem, bo w końcu do klubu przybywał brazylijski napastnik, który grał u boku Romario czy Edmundo. Zorganizowano wielką fetę, która miała poprzedzać mecz sparingowy. „Kaiser” został przedstawiony kibicom, ci przyjęli go z wielką radością, szczególnie kiedy ten zaczął wybijać piłki w trybuny. W tamtych czasach fani mogli zatrzymać piłki jako pamiątki, więc Raposo wybijał i wybijał, aż w końcu piłek zabrakło. Skończyło się na tym, że sparing się nie odbył, a trener zaaplikował swoim podopiecznym trening biegowy. „Kaiser” pozostał w Ajaccio przez kilka kolejnych sezonów. Zagrał około 20 spotkań, wchodząc na boisko z ławki rezerwowych. Potem wrócił do Brazylii i zakończył swoją niezwykle bogatą karierę. Po kilku latach opowiedział o wszystkim brazylijskim mediom. Mówił, że od zawsze chciał być piłkarzem, ale nie chciał grać w piłkę i udało mu się to. Jego historię można traktować jak magiczną sztuczkę słynnego iluzjonisty, można też uważać go za oszusta, który przechytrzył wszystkich i zapewnił sobie godne zarobki oraz rozrywkowy tryb życia. Jednak czy idąc na występ iluzjonisty nie chcemy zobaczyć magicznych sztuczek? A czy oszust nie nabiera tylko tych, którzy dają się nabrać?
@Ogorinho1974
@Safrani
@MoralnyKarzel
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@Kapitan hawk
@Gary
@Bernard777
@Adran360
11
Genialny Wilimowski dał popis:
2 kwietnia w drugiej kolejce ligowej sezonu 1939 polskiej ligi drużyna Ruchu Chorzów wybrała się do Warszawy na mecz z Warszawianką. Debiut ligowy węgierskiego trenera Petera Szabo wypadł bardzo okazale. Zwycięstwo 5:0(!) zmazało częściowo plamę meczu w Krakowie(porażka 1:2 z Garbarnią). ,,Przegląd Sportowy” w swoim stylu pisał: ,,Ślązacy mieli pierwszą połowe wyjątkowo słabą. Ruch miał jeszcze sporo luk”. Mimo iż gazeta ta lubowała się w krytyce hajduckiej a może już chorzowskiej jedenastki, to jednak wielokrotnie przebijała inną prase sportową w relacjach z meczów. Również i tym razem jej opis stanowił rzetelne źródło informacji. Oczywiście nadal było to narzekanie dziennikarza, który krytykował że na trybunach pojawiło się za dużo publiczności, że było ciasno i że Warszawa nie ma porządnego boiska do rozgrywania meczów ligowych. Tygodnik ,,Raz, Dwa, Trzy” napisał że w meczu tych dwóch drużyn nie było żadnej niespodzianki a Warszawianka stała pod znakiem walącego się ogrodzenia, wszystko się w niej waliło. Nieprzygotowana do zawodów wytrzymała tempo tylko do przerwy, pozostawiając później Wilimowskiemu wolną ręke a ściślej mówiąc wolną noge w strzelaniu goli według uznania. Kiedy w siatce bramkarza Warszawianki Kondrackiego zatrzepotał piąty gol, na trybunach rozpoczął się festiwal uszczypliwości wobec piłkarzy ze stolicy. Gole, które strzelał Wilimowski padły w 25, 52, 70 oraz 71 minucie meczu. Piątego dołożył Słota w 88 minucie. Szczególnie o dwóch strzałach genialnego snajpera warto wspomnieć. ,,Pierwszego gola ,,Ezi” zdobywa swoim najbardziej typowym sposobem, piłka niby ,,strzepnięta” od niechcenia idzie jakimś fałszem do bramki. Trzeciego gola Wilimowski strzelił mając na karku dwóch graczy, idzie w lewo a strzał kieruje wprost w przeciwny róg. Po meczu publiczność rozentuzjazmowana wpada na boisko by porwać Wilimowskiego, liczni wojacy pochodzenia śląskiego uprzedzają warszawiaków i sami wynoszą swego pierona do szatni”- tak opisywał ,,Przegląd Sportowy”. Kończąc wątek tego meczu, Teodor Peterek nie strzelił w nim rzutu karnego a dziennikarz ,,Przeglądu Sportowego” ochrzcił go ,,Longinusem”, nawiązując do postaci Longinusa Podbipięty, bohatera ,,Ogniem i mieczem”, którego wygląd był podobny do Peterka. Mecz w Warszawie był debiutem ligowym Ruchu z dzielnicy Chorzów Batory. Pozostał jeszcze debiut na boisku w Chorzowie a le o tym wspomnę 9 kwietnia.
@Adran360
@Bernard777
@FcPortoFan1999
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@NeroTFP1
@Ogorinho1974
10
Jubileusz na remis:
2 kwietnia 2013 r. FC Barcelona rozegrała mecz numer 500 w rozgrywkach międzynarodowych o stawke. Blaugrana zremisowała to spotkanie 2:2 w Paryżu z tamtejszym PSG w ramach ćwierćfinałowego starcia Ligi Mistrzów. Bilans wszystkich meczów wyniósł 279 zwycięstw, 114 remisów i 107 porażek. Ten bilans nadal mamy bardzo korzystny i niech już tak zostanie na zawsze. PSG walczyło o odwieszenie już na pierwszy mecz Ibrahimovicia, który otrzymał 2 mecze dyskwalifikacji za wybryk na Estadio Mestalla. Ostatecznie ta sztuka się udała i ,,Ibra” zagrał. Blaugrane wzmocnił "Tito" Vilanova, który po kuracji w Nowym Jorku wrócił do Hiszpanii. Poleciał po niego Roura aby w samolocie zdać przełożonemu sprawę z sytuacji. Barça mecz zremisowała ale wróciła z kontuzjowanym, nie wiadomo na jak długo Messim oraz wykluczonym na co najmniej miesiąc Mascherano, więc Vilanova miał o czym myśleć, tym bardziej że z powodów zdrowotnych praktycznie nie grał Puyol.
@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360
2
@escarabajo "naszej legendy - Depaya". Z całym szacunkiem do pana Depaya ale on z pewnością nie jest legendą FC Barcelony. Takich napastników było na pęczki w naszym klubie, którzy nie zasłużyli na status legendy.
11
Niesprawiedliwy rewanż:
Dokładnie 110 lat temu na "Estadio O'Donnell" w Madrycie rozegrano mecz rewanżowy w półfinale Pucharu Króla pomiędzy Realem Madrid a FC Barceloną. I wtedy zaczęły się najpoważniejsze incydenty. Dwóch piłkarzy Blaugrany, Santiago Massana i Vinyals, nie pojechało z oficjalną drużyną(z powodu osobistych zobowiązań) i pojechało późniejszym pociągiem, który następnie się zepsuł. Osiem godzin opóźnienia uniemożliwiło im dotarcie na mecz, ale ani Real Madryt, ani Federacja nie zgodziły się na przełożenie meczu o jeden dzień. Barça wyszła na boisko z dziewięcioma zawodnikami, spodziewając się przybycia pozostałych dwóch w każdej chwili. W tym momencie interweniowała jedna z kluczowych postaci historii, Paco Bru. Chociaż był na emeryturze od roku(w tamtym czasie był sędzią) jego status zawodnika Barçy i brak doświadczenia w grze pozwoliły mu dołączyć do meczu w połowie pierwszej połowy. Bru był na trybunach jako reporter „Mundo Deportivo” a Costa, który podróżował jako rezerwowy, dołączył do niego. Barça, teraz z 11 zawodnikami, uległa 4:1 i zaplanowano powtórkę meczu(różnica bramek nie była jeszcze czynnikiem w przepisach). Trzeci mecz, mimo wysiłków Blaugrany, również rozegrano w Madrycie. Odbył się on 13 kwietnia, o czym nie omieszkam wspomnieć.
@Adran360
@Bernard777
@Gary
@Kapitan hawk
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@MoralnyKarzel
@Ogorinho1974
@Safrani
10
Johan Cruyff mógł podpisać kontrakt z Espanyolem:
Były piłkarz i trener Barcelony był o krok od podpisania kontraktu z odwiecznym rywalem z miasta, ale jeden telefon zmienił wszystko. Johan Cruyff jest jedną z kluczowych postaci w historii Barcelony ze względu na swoją rolę zarówno jako piłkarza, jak i trenera, obok Joana Gampera, Ladislao Kubali i Leo Messiego. Legenda Latającego Holendra mogłaby jednak wyglądać zupełnie inaczej, gdyby na początku lat 80. podpisał kontrakt z RCD Espanyol, znanym wówczas jako Español. Johan Cruyff, piłkarz Blaugrany w latach 1973-1978, zdobył z katalońskim klubem mistrzostwo La Liga i Puchar Króla. Pierwszy tytuł był szczególnie celebrowany, przerywając 14-letnią niemoc w najważniejszych rozgrywkach europejskich. Jego spektakularny gol przeciwko Atlético Madryt a przede wszystkim zwycięstwo 5:0 nad Realem Madryt na Bernabéu, na zawsze zapiszą się w historii. Cruyff opuścił Barçe w 1978 roku i kontynuował karierę w Stanach Zjednoczonych. W 1981 roku podpisał kontrakt z Levante, grającym w drugiej lidze ale jego kariera nie okazała się zbyt udana. Historia mogła jednak potoczyć się zupełnie inaczej. Cruyff doszedł do porozumienia z RCD Espanyol, klubem, który wcześniej pozyskał Kubalę i Di Stéfano. Miał wszystko uzgodnione z katalońskim klubem. Chciał wrócić do Barcelony, ale otrzymał telefon z poradą, aby się wycofał i kontynuował transfer. Cruyff zerwał umowę z Espanyolem, gdy powiedziano mu, że podpisanie kontraktu z katalońskim klubem zamknie mu drogę do ewentualnego powrotu do FC Barcelony. Wybrał Levante a później zakończył karierę w Ajaxie i Feyenoordzie. W 1988 roku Cruyff powrócił do Barcelony jako menedżer, z którym zdobył cztery kolejne tytuły mistrzowskie i Puchar Europy w 1992 roku, pierwszy dla klubu, który rozpaczliwie potrzebował wielkiego triumfu na kontynencie. Przez osiem lat był szefem Barcelony a jego dziedzictwo na kultowym Camp Nou jest wieczne.
@1LY0
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@Kapitan hawk
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@MoralnyKarzel
1
@Safrani To też prawda, choć gro piłkarzy marzyło o grze w zagranicznych klubach i sławie z tym związaną...
1
@Safrani No dokładnie. Idealnie to ujałeś. Nawet Gieksa potrafiła zagrać w europejskich pucharach bodaj siedem razy z rzędu, ustanawiając rekord. No cóż, inne czasy, inny świat...
2
@Comentateiro Urban jest lepszym trenerem. Tu nie chodzi o to kto dowiózł, tylko o czas budowania kadry. Z pustego i Salomon nie naleje. Dla Urbana trzeba dać więcej czasu a zbuduje zdecydowanie lepszą kadre. Na dzień dzisiejszy na mistrzowską impreze nadają się tylko: Lewandowski, Zalewski, Szymański i Zieliński. To za mało nawet na baraże, co pokazał fartowny mecz z Albanią...
4
@FCBparasiempre
Z trzech dostępnych drużyn (Leeds, Celtic i Feyenoord) los przydzielił Legii mistrzów Holandii. Mowa tutaj o drużynie, która w latach 60-tych wygrała Eredivisie 4 razy, a na początku lat 70-tych rywalizowała jak równy z równym z bodaj najlepszym Ajaxem w historii. Choć Feyenoord zdobywał mistrzostwo kraju w następnych dekadach, to nigdy później drużyna z Rotterdamu nie osiągnęła podobnego poziomu. Na przełomie lat lat 60-tych i 70-tych osiągnęła swój peak. Pierwszy mecz został zaplanowany na 1 kwietnia 1970 roku. Nie tylko w stolicy, ale też w całym kraju oczekiwano awansu do finału. Opinia publiczna doskonale zdawała sobie sprawę, że Legia jest w stanie wygrać ten dwumecz. Feyenoord miał problemy w poprzednich rundach z awansem i w konfrontacjach z Milanem oraz Vorwärts Berlin musieli dwukrotnie odrabiać straty (0:1 i 2:0 w obu dwumeczach). Jeśli Legia trafi z formą, można wypracować niezłą zaliczkę przed wizytą w Holandii. Na wypełnionym ponad miarę Stadionie Wojska Polskiego (30 tysięcy widzów) obie drużyny nie spełniły oczekiwań mediów i kibiców. Rzęsisty deszcz spowodował, że z murawy zrobiła się błotnista maź. W tych warunkach Legionistom trudniej było o zdobycie bramki, choć kontrolowali przebieg meczu. Dogodne sytuacje marnowali Brychczy oraz Małkiewicz. W Przeglądzie Sportowym relacjonowano, że w normalnych okolicznościach atmosferycznych Legia miałaby większe szanse na wypracowanie przewagi. Warunki jednak były jakie były i remis 0:0 był niewątpliwym sukcesem Feyenoordu. Data meczu oczywiście zobowiązywała, więc spiker na stadionie postanowił zażartować z kibiców na trybunach. W przerwie meczu powiedział, że po spotkaniu na terenie pływalni obok stadionu będą przyjmowane zapisy na wyjazd do Amsterdamu i rewanżowy mecz w Rotterdamie. Koszt – 150 zł. Ludzie podobno zdębieli. Nie dziwne. Żartować z możliwości wyjazdu na zachód w czasach, gdy było to bardzo trudne do zrealizowania? Ironia wyższych lotów. Prima Aprilis w wersji komunistycznej. Na to spotkanie do Warszawy przybyło wielu kibiców z Holandii. Fakt ten nie jest niczym wyjątkowym i Stadion Wojska Polskiego gościł niejedną zorganizowaną grupę fanów. Wizyta ta jednak przeszła do historii z innego powodu. Kibice w Warszawie mogli pierwszy raz zobaczyć kibiców innej drużyny, która w zupełnie nieznany dotąd sposób manifestowała swoje oddanie klubowi. Z charakterystycznymi cylindrami w czerwone i białe pasy, z szalikami oraz flagami w barwach Feyenoordu fani z Holandii pokazali, jak można wspierać swoją drużynę. Dla fanów Legii było to zupełnie nowe doświadczenie i po raz pierwszy ujrzeli sposób kibicowania w ten sposób – w czasach „szarej” komunistycznej rzeczywistości był to niewątpliwie powiew zachodniej cywilizacji i najprawdopodobniej od tego momentu możemy zaobserwować początek transformacji kibicowskiej w Polsce – takiej, w której wykorzystuje się barwy klubu jako element identyfikacji oraz manifestacji w trakcie meczów. Kibiców ktoś przecież musi pilnować. W czasach PRL wszystkie mecze były objęte procedurą zabezpieczenia przez oddziały milicji. Szczególną uwagę miały spotkania z zachodnimi reprezentacjami lub klubami. Nie inaczej było w ramach tej rywalizacji. Choć w tym przypadku prestiż i znaczenie meczu były dużo wyższe. Nie było do tej pory tego typu widowiska sportowego, zatem plan zabezpieczenia przez służby był specjalny. Poza przeznaczeniem większej liczby oddziałów w rejonie ulic Łazienkowskiej, Rozbrat i Czerniakowskiej, na samym stadionie również znajdowała się nadprogramowa liczba służb. Łącznie ponad 3000 mundurowych oraz 71 różnego rodzaju pojazdów. Na szczególną uwagę zasługują również dodatkowe „uwagi i zalecenia” dla wszystkich funkcjonariuszy.
Poza standardowymi wytycznymi takimi jak: „niedopuszczanie do gromadzenia się kibiców”; „izolowanie awanturujących się nietrzeźwych osobników”; „legitymowanie wszystkich, których zachowanie jest odstępstwem od normy”, pojawiły się również uwagi, których do tej pory trudno uświadczyć w peerelowskich planach zabezpieczania sportowych imprez masowych: „Wszystkie wystąpienia w stosunku do obywateli powinny być przemyślane, praworządne z zachowaniem pełnego spokoju”; „ (…) interwencję natychmiast przerwać w przypadku nieprzychylnej reakcji ze strony widowni (…)”; „W toku działań pododdziałami zwartymi kategorycznie zabrania się stosowania brutalnych metod w stosunku do zatrzymanych”; „Obserwacja grupy kibiców holenderskich pod kątem ustalenia ich kontaktów z obywatelami PRL (w miarę możliwości ustalić rodzaj tych kontaktów)”; „Zwracanie uwagi w swoim zasięgu działania w celu ujawniania i niedopuszczenia do kolportażu wrogich lub pacyfistycznych ulotek i haseł”. Wszystkie te zalecenia zawarte w oficjalnym planie zabezpieczenia meczu świadczą o bardzo poważnym podejściu do spotkania ze strony władz. Przy tak ogromnej grupie przybyszy z Holandii (plan zakładał obecność nawet 5 tysięcy Holendrów) bardzo istotnym czynnikiem całego przedsięwzięcia było niedopuszczenie do wszelkich prób niepożądanego kontaktu Polaków z obywatelami Zachodu. Handel towarami, walutą lub co gorsza – potencjalne szpiegostwo, były dla służb bardzo istotnym aspektem kontroli. Przy czym pamiętano, aby zachować umiar w ewentualnej interwencji, o czym świadczy użycie słów „kategorycznie zabrania się”. Świeżo w pamięci były zajścia z Marca 1968 roku – trybuny niepotrzebnie prowokowane mogły doprowadzić do zamieszek z milicją, co w obliczu obserwacji ze strony mediów zachodnioeuropejskich, władz UEFA oraz Holendrów na stadionie mogło zdecydowanie zaszkodzić ekipie Gomułki, która już i tak chyliła się ku upadkowi. Wracając do rywalizacji. Podróż do Holandii nie odbyła się bez problemów. Podczas odprawy na lotnisku celnicy na kontrolę osobistą zaprosili Grotyńskiego i Żmijewskiego. Jak się okazało, wspomniani zawodnicy Legii mieli przy sobie dość duże kwoty dolarów amerykańskich. Niedobrze. Przewóz obcej waluty ponad dozwolony limit stanowił w Polsce Ludowej poważne przestępstwo. Wiceprezes Legii płk. Porotejko później tak informował: ,,Po przeprowadzonej odprawie celnej przedstawiciel kierownictwa klubu z-ca sekretarza generalnego mjr Korol, na sygnał przedstawiciela Punktu Kontroli Granicznej, wspólnie z nim dokonał rozmowy z zawodnikami: sierż. Grotyńskim i sierż. Żmijewskim, polecając zostawić obcą walutę, którą posiadają przy sobie. Rozmowa była przeprowadzona dyskretnie, a zawodnik Żmijewski natychmiast przekazał ponad 2 tysiące dolarów USA.” Sytuacja na pewno wpłynęła na obu wspomnianych zawodników, ale też rykoszetem musieli dostać pozostali koledzy z drużyny. Niepotrzebny problem zwiększył poziom stresu wśród wszystkich piłkarzy, bardzo możliwe zatem, że koncentracja na meczu uciekła gdzieś w inne, niepotrzebne rejony.
Rewanż zaplanowano na 15 kwietnia, więc Wojskowi mieli dwa tygodnie na szlifowanie formy. Brać komunistyczna – tym razem w NRD – pomogła i udostępniła swoje obiekty treningowe. Klub Vorwärts Berlin nie tylko służył swoją infrastrukturą, ale także radą (Vorwärts grał z Feyenoordem w ćwierćfinale). Na nic to niestety pomogło. Najpierw na początku spotkania z ostrego kąta strzałem głową Grotyńskiego pokonał Van Hanegem, a w 31. minucie genialnym wolejem z około 20 metrów popisał się Hasil. Cały mecz pod kontrolą mieli Holendrzy, więc zwycięstwo 2:0 było jak najbardziej zasłużone. Po meczu w Przeglądzie Sportowym relacjonowano, że niewątpliwy wpływ na postawę Wojskowych miały dwa czynniki. Po pierwsze wspomniana sprawa z przewozem waluty. Oczywiście ciężko zrzucać winę porażki tylko na dwóch zawodników, lecz obserwatorom tamtego spotkania nie ulegało wątpliwości to, że tego dnia nie byli zupełnie skoncentrowani na boisku. A i reszta drużyny podobno była bardzo nerwowa jeszcze przed samym spotkaniem. Drugą kwestią były warunki, w jakich przygotowywali się zawodnicy Legii. Ani obiekty treningowe w Berlinie, ani tym bardziej w Warszawie, nie pozwalały przygotować się na odpowiednim poziomie. Feyenoord dysponował dużo lepszą bazą treningową – to również mogło mieć wpływ na przebieg spotkania. Po powrocie do Polski z Grotyńskiego i Żmijewskiego ukarano opłatą celno-skarbową, co pozwoliło zatuszować całą sprawę.
1.04.1970 – Legia Warszawa – Feyenoord Rotterdam 0:0 15.04.1970 – Feyenoord Rotterdam – Legia Warszawa 2:0 (Van Hanegem 3, Hasil 31)
W 2020 roku minęło 50 lat od dwumeczu z Feyenoordem i pamiętnej kampanii Legii Warszawa. Nigdy później Legia nie dysponowała podobnym potencjałem w jednym momencie. Dzisiaj tacy zawodnicy jak Deyna, Brychczy, Gadocha, Blaut, Żmijewski, Pieszko czy Stachurski byliby podstawowymi graczami wielu bardzo dobrych drużyn w Europie. Ba, każdy zawodnik z tamtej drużyny spokojnie odnalazłby się na zachodzie. Paradoksalnie czasy komunistyczne pozwoliły odnieść taki sukces. Może wojsko nie zapewniało obiektów treningowych na poziomie przyzwoitym i europejskim, lecz zakaz opuszczania Polski pozwolił zatrzymać wszystkich zawodników w swoim ,,prime timie”. Czy byłoby to dzisiaj możliwe? Wątpię. Swoją drogą, sezon 1969/1970 był(według wielu ekspertów) najlepszym sezonem polskich klubów w europejskich pucharach. Nie tylko występy Legii okazały się bardzo dobre, ale również Górnik Zabrze zaprezentował kapitalną dyspozycję, docierając do finału Pucharu Zdobywców Pucharów. Takie to były czasy. Czy doczekamy kiedyś ponownie takiego sezonu? To już temat na inną debatę.
9
@FCBparasiempre
Sezon 1969/1970 w europejskich pucharach Legia miała niemalże perfekcyjny. Format rozgrywek oczywiście zdecydowanie różnił się od współczesnej odmiany Ligi Mistrzów, lecz nadal Puchar Europy Mistrzów Klubowych był najważniejszym turniejem w Europie. Na przestrzeni ośmiu spotkań Legia Warszawa udowodniła, że należała wówczas do najlepszych drużyn Starego Kontynentu. Format Pucharu Europy miał zupełnie inny wymiar, niż to co dzisiaj obserwujemy w Lidze Mistrzów. Udział brały tylko drużyny, które były mistrzami swoich lig. Nie było żadnych grup, tylko faza pucharowa. Nie było żadnego rankingu, koszyków czy obostrzeń politycznych, na podstawie, których wykluczano jakieś konfrontacje. Każdy mógł trafić na każdego. Prawdziwy turniej mistrzów, prawdziwy prestiż. W dzisiejszych realiach sponsoringowych, marketingowych i komercyjnych– awykonalne. Sezon 1968/1969 Legia Warszawa skończyła na szczycie tabeli z dwupunktową przewagą nad Górnikiem Zabrze. Było to trzecie mistrzostwo kraju dla Legii, które kończyło okres wyczekiwania na kolejnego mistrza od 1956 roku. W tym samym sezonie Legia całkiem przyzwoicie poradziła sobie w Pucharze Miast Targowych i dotarła w nim do 1/8. Porażka w dwumeczu z węgierskim Ujpesti Budapest skończyła przygodę Wojskowych, ale napędziła do mocnego finiszu w lidze i Pucharze Polski (porażka w finale z Górnikiem Zabrze). Sezon ten stanowi podstawę świetnej postawy w kolejnym, bo właśnie wtedy umocnił się kształt drużyny, według wielu uznawanej za jedną z najlepszych w historii klubu. Jeśli nie najlepszą. Podstawowa 11 wyglądała w następujący sposób: Władysław Grotyński, Antoni Trzaskowski, Feliks Niedziółka, Andrzej Zygmunt, Władysław Stachurski, Bernard Blaut, Kazimierz Deyna, Lucjan Brychczy, Robert Gadocha, Jan Pieszko oraz Janusz Żmijewski. Trenerem tamtej ekipy był Edmund Zientara. Były piłkarz Legii trenował Wojskowych między 1969 a 1971 rokiem. Wykorzystał potencjał drzemiący w drużynie i zbudował zupełnie wyjątkowy kolektyw. Co ciekawe Zientara jest jednym z dwóch ludzi w historii klubu, którzy zdobyli mistrzostwo Polski jako zawodnik i trener. W sezonie 1969/1970 skład był niemal identyczny, z drobną zmianą, gdzie Feliksa Niedziółkę zastąpił Zygfryd Blaut (zagrał więcej minut). Ta drużyna grała ze sobą od wielu miesięcy i niemal na pamięć znali swoje ruchy. W sezonie 1968/1969 przegrali w lidze raptem 3 mecze, a w sezonie 1969/1970 powtórzyli ten wyczyn (na 26 kolejek). Kolejny atut to niewątpliwie genialna druga linia. Trio Blaut-Deyna-Brychczy, można śmiało powiedzieć, wyprzedziło swoje czasy. To, że była to najlepsza linia pomocy w Polsce było oczywiste. Jednak mecze w Europie pokazały, że mieliśmy do czynienia z wyjątkową skalą talentu na arenie międzynarodowej. Oprócz efektywnej i efektownej gry, Panowie Blaut, Deyna i Brychczy dokładali – dosłownie – worek bramek. W sezonie 1968/1969 we wszystkich rozgrywkach zdobyli łącznie 34 bramki (atak zdobył 35 bramek!). Pomoc zatem odpowiadała za 45% potencjału w ataku. Kazimierz Deyna był najlepszym strzelcem Legii w lidze (12 goli). W Pucharze Polski również (5). Były solidne podstawy, by z nadzieją spoglądać na kolejny sezon w Europie. Na początek mistrzom Polski los przydzielił mistrza Rumunii – zespół UT Arad. Pierwszy mecz zaplanowano na 18 września 1969 roku w Rumunii. Pierwszych 6 kolejek w polskiej lidze napawało optymizmem Wojskowych (4 zwycięstwa, 2 remisy, bilans goli 13:3), lecz balonika świadomie nie pompowano.
W pamięci pozostawały bowiem poprzednie występy Legii w Pucharze Europy, w których odpadali w pierwszej rundzie. Na wyjeździe Legioniści wywalczyli bardzo dobry wynik, bo wygrali 2:1. Choć mistrz Rumunii prowadził już od 7. minuty, to Legii udało się odeprzeć napór w pierwszej połowie i na przerwę schodzili z bagażem jednej bramki. Kolejnych już nie stracili. W drugiej połowie najpierw w 66. minucie stan meczu wyrównał Żmijewski, a dziewięć minut później wynik podwyższył Gadocha. Rezultat świetny, wracamy do Polski. To co wydarzyło się w Warszawie, przeszło do historii występów polskich drużyn w europejskich pucharach. Myślę nawet, że jest to jeden z bardziej niesamowitych wyczynów w historii Pucharu Europy w ogóle. 1 października w Warszawie 15 tysięcy osób zgromadzonych na stadionie było świadkami wybitnego meczu Wojskowych. Choć po pierwszej połowie wynik 0:0 tego nie zapowiadał. Rumunii dzielnie walczyli przeciwko ewidentnie lepszej Legii, ale w drugiej połowie, dokładnie w 51. minucie pękli. Pierwszą bramkę zdobył Bernard Blaut. UT Arad nie wytrzymał nacisku i w 70. minucie Gadocha pogrzebał szanse Rumunów na awans. Następnie w ciągu 15 minut Legioniści zdobyli kolejne sześć bramek. Wszystkie zdobyli w ciągu 34 minut! Było to niebywałe, nawet jak na tamte czasy i tamten charakter gry. Ostateczny wynik – 8:0. Legia melduje się w drugiej rundzie. Choć na pierwszy rzut oka może się wydawać, że drużyna mistrza Rumunii była chłopcem do bicia, to już spieszę wytłumaczyć – otóż nie. W następnym sezonie Pucharu Europy UT Arad w pierwszej rundzie wyeliminował… obrońcę trofeum. Zatem była to poważna drużyna.
18.09.1969- UT Arad – Legia Warszawa 1:2 (Domide 7 – Żmijewski 66, Gadocha 75) 1.10.1969 – Legia Warszawa – UT Arad 8:0 (B. Blaut 51, Gadocha 70, 74, Brychczy 73, Stachurski 78, Deyna 81, Żmijewski 83, Pieszko 85) 2 Runda – Legia vs AS Saint-Etienne
W kolejnej fazie Legioniści trafili na mistrza Francji, poprzeczka powędrowała zatem wyżej. W owym czasie byli absolutnymi dominatorami w swoim kraju. Od sezonu 1966/1967 rokrocznie zdobywali mistrzostwo Ligue 1, aż do 1970 roku. Dodać również należy, że w pierwszej rundzie Saint-Etienne wyeliminowało Bayern Monachium, który już wtedy był bardzo mocną drużyną. Mecz zaplanowany na 12 listopada poprzedziły negocjacje z Telewizją Publiczną, która miała niemały problem. Tego samego dnia zaplanowane było także spotkanie Górnika Zabrze z Rangersami w ramach Pucharu Zdobywców Pucharów. TVP zapłaciło Legii 150 tysięcy złotych tylko po to, by zorganizować mecz później, gdyż godziny obu meczów się pokrywały. Dosyć hojna dotacja, ale jak się wkrótce okazało – słuszna. Nie dość, że telewidzowie obejrzeli zwycięstwo Górnika, to jeszcze byli świadkami wygranej Legii 2:1. Choć pierwsza połowa tego nie zapowiadała. W 39. minucie prowadzenie Francuzom dał Herve Revelli. Trybuny były bardzo niespokojne i kilka niebezpiecznych przedmiotów lądowało na murawie, a druga połowa została nawet opóźniona ze względu na wybuchające petardy. Sytuacja na pewno dawała podstawy sędziemu, by przerwać mecz i oddać walkowera mistrzowi Francji. Na szczęście do tego nie doszło i warszawianie mogli odrobić straty. Trwało to długo, ale w 78. minucie Jan Pieszko wyrównał stan meczu, a pięć minut później zwycięstwo dał Kazimierz Deyna. Do Francji Legia wybrała się zatem z jednobramkową zaliczką. Optymizm jednak tonowano, ponieważ w poprzedniej rundzie Saint-Etienne ograło na własnym stadionie Bayern aż 3:0. Nie było mowy o żadnym odpuszczaniu. O tym, że ta rywalizacja była dla Francuzów istotna świadczy fakt, że cały numer gazety Sport Actualites był poświęcony rewanżowemu spotkaniu między mistrzem Polski a Francji. Lecz niewiele brakło, by to spotkanie się w ogóle nie odbyło. Wszystko przez strajk w zakładach energetycznych. Gdyby nie było oświetlenia, Legii musiałby zostać przyznany walkower. Taka sytuacja – na szczęście miejscowych – nie miała miejsca i mecz został rozegrany. 26 listopada na trybunach zebrało się 30 tysięcy kibiców oczkujących od swoich zawodników zwycięstwa, a żeby awansować wystarczył wynik 1:0 dla gospodarzy. Było zimno, a murawa była w fatalnym stanie przez wcześniejsze opady śniegu. Bądź co bądź, warunki dla obu drużyn były jednakowe. Tak jak przewidywano – Saint-Etienne na swoim stadionie mocno naciskało, a Legioniści skupili się raczej na szczelnej obronie oraz groźnych kontratakach.
Jednak wynik bardzo długo wynik utrzymywał się korzystny dla Legii. Bezbramkowy remis promował Wojskowych do kolejnej rundy. W 85. minucie Kazimierz Deyna uciszył miejscowe trybuny i ostatecznie pogrzebał nadzieje Francuzów. Jeden z kontrataków przyniósł oczekiwany skutek. Deyna przyjął piłkę w polu karnym przeciwnika, spojrzał, przymierzył i… Zobaczcie sami. Porażka była szokiem dla Francuzów. Jak to, absolutny hegemon we Francji nie może przejść drugiej rundy? No tak to, nie może. Nie z taką Legią. Francuzi byli na tyle pewni siebie, że przed meczem zorganizowali wystawną kolację, zapewne po to, by uczcić awans. Niestety Legioniści na uroczystym posiłku przebywali głównie we własnym gronie z raptem kilkoma francuskimi działaczami. Prezes Saint-Etienne nie zdobył się na gest szacunku i nie pogratulował Legii awansu. Doceniła ich jednak francuska, gdzie Deynę określono – po raz pierwszy – mianem „Le General”. Wymowne.
12.11.1969 – Legia Warszawa – AS Saint-Etienne 2:1 (Pieszko 78, Deyna 83 – Revelli 39) 26.11.1969 – AS Saint-Etienne – Legia Warszawa 0:1 (Deyna 85)
Następną rundą był już ćwierćfinał. Gorący teren, fanatyczni kibice, mistrz Turcji. Na Legię czekało bardzo trudne zadanie, bowiem spotkania z Galatasaray nigdy nie należą do łatwych przepraw. Ani w latach 70 XX wieku, ani w XXI wieku. Pierwszy mecz zaplanowano na 4 marca 1970 roku w Stambule. Zanim jednak do niego doszło, Legia miała możliwość odbycia okresu przygotowawczego w Bułgarii (trenowano na terenach innego wojskowego klubu – CSKA Sofia), gdzie zagrali mecze sparingowe z lokalnymi drużynami – między innymi CSKA. Dodatkowo Legia wybrała się na mini tournée we Francji i Belgii, gdzie również zagrali serię meczów z miejscowymi drużynami, a wszystko po to, by przygotować się do rywalizacji z mistrzem Turcji. Przeciwnicy byli wybierani świadomie – tak, aby przypominać stylem gry Galatasaray. Zanim piłkarze obu zespołów wybiegli na murawę, dali o sobie znać miejscowi fani. Sztuczka z dekoncentrowaniem piłkarzy przeciwnej drużyny, gdy ci są w hotelu, nie jest taka nowa. Właśnie wtedy Turcy korzystali z tego typu „narzędzi” i próbowali zagłuszać spokój oraz wypoczynek Wojskowych. Podczas samego meczu również byli żywiołowi. W charakterystyczny dla siebie sposób, korzystając z petard oraz rac postanowili zgotować Legionistom „piekło”. Czy skutecznie? Nie do końca. Wynik był dobry dla mistrzów Polski – 1:1. Nawałnica gospodarzy nie przyniosła skutku, a groźniejsze sytuacje wypracowywali sobie Wojskowi, aż w końcu w 37. minucie sposób na bramkarza gospodarzy znalazł Lucjan Brychczy. Tuż po przerwie stan meczu wyrównał Ayhan Elmastasoglu i wynik ten(mimo silnego naporu Galatasaray) nie uległ zmianie. Korzystny wynik dla Legii przed rewanżem w Warszawie. Dwa tygodnie później, 18 marca, Legia mogła czuć się faworytem. Po pierwsze grali u siebie, a po drugie sytuacja w lidze była w miarę spokojna, więc piłkarze grali bez obciążenia zaciętą walką o mistrzostwo Polski. Mimo wszystko presja była całkiem duża i 25 tysięcy osób na Stadionie Wojska Polskiego oczekiwało awansu. W prasie zastanawiano się, czy zawodnicy poradzą sobie z tym ciężarem. W mecz mocno wszedł zespół przyjezdnych, mogłoby się wydawać, że presja krępuje poczynania Legionistów. Jednak problemu takiego nie miał bohater całego dwumeczu – Lucjan Brychczy. Dwukrotnie wprowadził trybuny w ekstazę – w 11. i 55. minucie. Awans do półfinału stał się faktem i Legia dokonała tego jako pierwsza polska drużyna w historii.
4.03.1970 – Galatasaray SK – Legia Warszawa 1:1 (Elmastasoglu 47 – Brychczy 37) 18.03.1970 – Legia Warszawa – Galatasaray SK 2:0 (Brychczy 11, 55)
7
Najlepsza Legia w historii:
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@AssisMoreira
@Arkon
@Adran360
12
Wybitne legendy futbolu:
1 kwietnia 1927 r. urodził się Ferenc Puskas. Dla starszego pokolenia najlepsi piłkarze w historii to Pelé, Diego Maradona i Johan Cruyff a młodsi bez zastanowienia wskazują na Lionela Messiego i Cristiano Ronaldo. Warto jednak wiedzieć, że swego czasu po zielonej murawie biegał ktoś taki jak Ferenc Puskás – napastnik, którego na przełomie lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych obawiali się wszyscy obrońcy. „Galopujący Major”, jak nazywano go z powodu służby w węgierskiej armii, był zawodnikiem kompletnym, uznanym w 1953 roku przez czasopismo „World Soccer” za najlepszego na świecie. Ci, którzy śledzili wnikliwie jego grę twierdzą, że potrafił strzelać bramki z każdej odległości obiema nogami i głową, a także dysponował znakomitym przeglądem pola, pozwalającym mu notować wiele asyst. W latach 1945-56 zdobył dla reprezentacji Węgier 84 gole w 85 występach. Nigdy później Magiczni Madziarzy nie odnosili większych sukcesów, bo za takie trzeba uznać złoty medal olimpijski w 1952 roku oraz drugie miejsce na mundialu dwa lata później. ,,Jeszcze przed końcowym gwizdkiem strzeliłem wyrównującą bramkę ale sędzia liniowy wskazał pozycję spaloną” – wspominał Puskás finał mistrzostw świata z Niemcami, w którym Węgrzy prowadzili już 2:0, lecz ostatecznie polegli 2:3. ,,Nigdy mu tego nie wybaczę, chociaż na boisku się nie kłóciliśmy. Po prostu przegraliśmy i zwiesiliśmy głowy. W końcu arbiter ma zawsze rację. Po meczu pojawiło się mnóstwo plotek, że go sprzedaliśmy, ale to nonsens.” Cały kraj był załamany tą porażką a piłkarze zostali poproszeni przez służby mundurowe o niepokazywanie się na ulicy dopóki sytuacja się nie uspokoi. Gdy wydawało się, że napędzani przez niesamowitego Puskása Magiczni Madziarzy na mundialu w 1958 roku znów powalczą o najwyższy laur, niecałe dwa lata przed szwedzką imprezą na Węgrzech wybuchła krwawa rewolucja, z powodu której Ferenc postanowił opuścić kraj i wyjechać do Hiszpanii. W odwecie rodzima federacja nałożyła na niego osiemnastomiesięczną dyskwalifikację na wszystkich frontach. W razie powrotu do ojczyzny piłkarzowi groziła kara śmierci za dezercję, więc w kadrze narodowej nie wystąpił już nigdy więcej. Co ważne, „Galopujący Major” nie był w swojej decyzji odosobniony, ponieważ podobnie do niego postąpiło wielu kolegów po fachu czy trenerów. ,,Miałem wtedy już prawie trzydziestkę na karku, więc ta dyskwalifikacja brzmiała dla mnie jak wyrok. W pewnym momencie odezwali się jednak do mnie ludzie z Realu Madryt. Powiedziałem im, że jestem za gruby i chyba nie dam już rady grać zawodowo, ale następnego dnia pojawiłem się w Madrycie i odbyłem bardzo dziwną rozmowę z prezydentem klubu – Santiago Bernabéu. Nie mieliśmy tłumacza, więc ja mówiłem po węgiersku, a on po hiszpańsku. W pewnym momencie zacząłem gestykulować: „wszystko w porządku, ale spójrz na mnie – mam 18 kilogramów nadwagi”. Wtedy on odparł: „To już twój problem, a nie mój”.
Przed emigracją Ferenc spędził siedem lat w klubie Budapest Honvéd FC, dla którego w 164 występach zdobył 165 goli! Po owocnej karierze w ojczyźnie okraszonej sukcesami z reprezentacją można było przypuszczać, że gra dla Realu Madryt będzie dla Węgra jedynie krótkim przystankiem przed sportową emeryturą. Wszyscy, którzy tak uważali, okrutnie się jednak pomylili. W latach 1958-66 w barwach ,,Los Blancos” „Galopujący Major” rozegrał 180 spotkań i strzelił w tym czasie aż 156 goli. Królewscy z nim w składzie sięgnęli po dziesięć trofeów: pięć mistrzostw Hiszpanii, Puchar Króla, trzy Puchary Europy oraz Puchar Interkontynentalny. Sam zainteresowany natomiast aż czterokrotnie wygrywał rywalizację o ,,Trofeo Pichichi” dla najlepszego strzelca La Liga. ,,W Madrycie nigdy nie czułem się obco i nie musiałem się wstydzić swojego pochodzenia. Jeśli gdzieś pojawialiśmy się z ,,Los Blancos”, to zawsze witały mnie małe grupki Węgrów. Uważali mnie za jednego ze swoich, ponieważ z powodu wydarzeń w 1956 roku ojczyznę opuściło około sto tysięcy moich rodaków. Cieszę się, że mogłem być częścią tej wielkiej drużyny. Atmosfera w zespole była wspaniała, a to jeden z kluczy do sukcesu. Obcokrajowcy odgrywali tu ważną rolę. Razem z Francuzem polskiego pochodzenia Raymondem Kopą i Argentyńczykiem Alfredo Di Stéfano ciągle ogrywaliśmy Hiszpanów w karty”. W finale Pucharu Europy w 1960 roku na ,,Hampden Park” w Glasgow Real Madryt rozbił Eintracht Frankfurt 7:3, a „Galopujący Major” ustrzelił w tym spotkaniu pokera (4 gole). Tymczasem węgierskie władze uważały go za zdrajcę ojczyzny. Zakazano transmisji spotkań Królewskich, a gazetom nakazano o ich węgierskim napastniku pisać tylko źle. Prawdziwi kibice na wszelkie możliwe sposoby szukali jednak relacji telewizyjnych z meczów ,,Los Blancos” oraz prawdziwych informacji o swoim idolu. ,,Po opuszczeniu Węgier przyrzekłem sobie, że już nigdy tam nie wrócę. Zostałem naprawdę okropnie potraktowany po tym jak przez szmat czasu dawałem z siebie wszystko. Dwadzieścia pięć lat później zmieniłem zdanie i zdecydowałem się na powrót. Cieplejszego powitania na lotnisku nie mogłem sobie wymarzyć. To było niesamowite. Czułem się jak jakaś gwiazda muzyki pop”.- wspominał Węgier. Po zakończeniu kariery sportowej Ferenc Puskás został trenerem. Największe sukcesy odnosił z Panathinaikosem Ateny, z którym wywalczył dwa mistrzostwa Grecji oraz finał Pucharu Europy. Zmarł w Budapeszcie 17 listopada 2006 roku w wieku 79 lat.
@1LY0
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@Kapitan hawk
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@MoralnyKarzel
12
Taktyka „Cholo” niestety poskutkowała:
1 kwietnia 2014 r. FC Barcelona remisuje z Atletico Madryt 1:1 w pierwszym ćwierćfinałowym meczu Ligi Mistrzów. Jedynego gola(ratującego remis) dla Barçy strzelił w 71 minucie Neymar. Atletico na Camp Nou zaskoczyło Blaugrane odwagą, zagrało w myśl przedmeczowych słów Courtois: ,,Już złapaliśmy bestie, teraz trzeba ją tylko przywiązać”. Gracze Simeone wywierali presją na zastępującym kontuzjowanego Victora Valdesa Jose Pinto, gdyż ten słabo grał nogami. Strzał życia wyszedł Brazylijczykowi Diego, który w pierwszej połowie wszedł za kontuzjowanego Diego Coste i goście wywieźli z Camp Nou cenny remis.
@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360
10
A to ci historia:
1 kwietnia 1977 r. Rinus Michels odsunął od drużyny Rexacha i Marciala. Hiszpanie postanowili więc wynająć boisko za 600 peset i trenowali indywidualnie przez 90 minut. Powodem problemów obu piłkarzy były wydarzenia z wcześniejszego weekendu. FC Barcelona przegrała w Burgos tracąc praktycznie szanse na tytuł mistrzowski a Rexach, Marcial i Neeskens udali się do Madrytu, mając na to zgode trenera Michelsa. W jednej z dyskotek Marcial spoliczkował gościa lokalu, który wykonał piłkarzom zdjęcie bez ich zgody. Hiszpan twierdził iż ,,nie uderzył go zbyt mocno i sam też oberwał ale nie pamięta od kogo bo w starciu uczestniczyło mnóstwo ludzi”. Marcial lamentował również że uderzona osoba poszła ,,wypłakać się na komisariat a on nawet nie zdążył wypić zamówionego whiskey”. Pikanterii sprawie dodawał fakt iż zarówno Marcial, jak i Rexach negocjowali nowe umowy w klubie. Dla pierwszego z nich oznaczało to koniec gry w Blaugranie i przejście do Atletico Madryt. Marcial Manuel Pina Morales(tak brzmi jego pełne nazewnictwo) jest jedynym piłkarzem w historii Primera Division, który strzelał gole Realowi Madryt w czterech różnych klubach. Udało mu się nawet strzelić 2 gole w jednym meczu z rzutów wolnych zarówno lewą jak i prawą nogą.
Wystarczył jeden(i to za zgodą trenera) wyskok aby usunąć z drużyny naprawdę wartościowego pomocnika. Czy Michels aby nie przesadził…?
@Adran360
@Bernard777
@Gary
@Kapitan hawk
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@MoralnyKarzel
@Ogorinho1974
@Safrani
2
Co z tego że reprezentacja Polski w meczu ze Szwecją miała więcej z gry i w przekroju całego meczu była lepsza? Meczów nie wygrywa się będąc optycznie lepszym. Tu trzeba być skuteczniejszym i nie popełniać takich głupich błędów. Takie błędy na takim poziomie w kryciu i my chcemy się pokazać na mundialu? Z czym do ludzi!? Już mecz z Albanią pokazał tragedie w defensywie i tylko potężny fart w postaci niewykorzystanych setek przeciwnika uratował nas od kompromitacji. Takich reprezentacji jak Polska i Szwecja nie ma prawa być na mundialu, takich patałachów to krew zalewa oglądać...
11
„Puchar Wszystkich”:
W wyniku kryzysu instytucjonalnego i sportowego, który dotknął FC Barcelone pod koniec lat 20-tych minionego wieku, odczuwalnego zwłaszcza na skutek zmniejszającej się liczby socios, latem 1931 roku zarząd pod wodzą Gasspara Rosesa postanowił powiązać liczne środki żeby zażegnać złą sytuację finansową klubu. Oprócz obniżenia pensji pracownikom, szefowie Barçy opowiedzieli się również za zlikwidowaniem treningów na boiskach „Sol de Baix", czyli terenach, które klub wynajął w 1926 roku. Uchwalono także przeniesienie siedziby z eleganckich biur w domku przy skrzyżowaniu ,,Passeig de Gracia z Diputacio”, gdzie mieściła się ona między 1929 a 1932 rokiem w latach sprawowania mandatu przez Tomasa Rosesa. Pokrycie kosztów tej lokalizacji oznaczało wydatek rzędu 20 000 peset rocznie. Zajęto więc parter w skromniejszym budynku przy ul. Consell de Cent. Kilka lat później w czasie wojny domowej miasto cierpiało z powodu licznych bombardowań, które w sposób szczególny dotknęły ludność cywilną. Ataki rozpoczęły się w lutym 1937 roku ale do jednego z najbardziej krwawych zdarzeń doszło w marcu 1938 roku, kiedy w ciągu trzech dni barcelończycy przeżyli aż 12 nalotów. Grupy nocnych bombardowań włoskiego legionu powietrznego stacjonującej na Balearach, dokonały pierwszego natarcia zrzucając wiele bomb na „Ciutat Vella” i „Eixample”. Na skutek ataku zginęło 14 osób a 43 zostały ranne, uszkodzeniu uległo też kilka budynków. Ostateczny bilans ofiar po tym trzydniowym intensywnym bombardowaniu Barcelony, które według niektórych źródeł odbyło się na osobisty rozkaz Mussoliniego wyniósł 979 zmarłych, chociaż nie jest to liczba precyzyjna ponieważ wiele osób uznano za zaginione. Jednym z miejsc najbardziej zdewastowanych przez bomby była siedziba FC Barcelony. Za piętnaście 12:00 w nocy bomba zrzucona przez włoskie lotnictwo zniszczyła połowę budynku przy ulicy, który częściowo zamienił się w ruiny. Na skutek eksplozji zginęło pięciu sąsiadów ale na szczęście Josep Cubells, dozorca klubu, który obserwował atak z tylnego balkonu budynku wyszedł z niego bez szwanku. Tamto bombardowanie uszkodziło też inne pobliskie zabudowania przy tej samej ulicy. Najbardziej zniszczoną częścią budynku były biura klubu. Jak opowiadał dziennikarz Albert Maluquer: „Część posesji zamieniła się w gruzy a pośród nich połyskiwały puchary klubu, flagi i dokumenty". Wybuch bomby spowodował że zawaliła się fasada budynku wychodząca na ulicę ,,Consel de Cent”, zburzone zostały także cztery piętra ponad biurami klubu. W wyniku eksplozji zniszczeniu uległo ponad 350 klubowych trofeów a Cubells natychmiast zebrał ich resztki rozglądając się po gruzowisku żeby uratować co się da. Niestety szybka reakcja Cubellsa i tak nie pomogła w uratowaniu setek pucharów, które zostały pogrzebane pod gruzami. Ich resztki przechowywano do czasu aż w 1962 roku, kiedy klub borykał się z problemami finansowymi wynikającymi z wysokich kosztów budowy Camp Nou, jeden z dyrektorów sprzedał je za 700 peset handlarzowi złomem.
Rok później ówczesny członek zarządu Carles Barnils, dowiedziawszy się że kilku kibiców z penyi klubu postanowiło kupić ten złom żeby przerobić go na małe nocniki, porozmawiał z handlarzem chcąc odzyskać resztki trofeów zniszczonych podczas bombardowania. Mając je już z powrotem Barnils zlecił w 1963 roku hucie ,,Industrias Cabrera” żeby zrobiono z nich jedno trofeum: „Puchar Wszystkich". Ważył 300 kg, był wysoki na 1 m i 63 cm. Został zaprojektowany przez Oscara Zabale i wyrzeźbiony przez artystę Joana Mataro. Puchar stał się symbolem przetrwania klubu na przekór przeciwnościom wojny i frankistowskich represji. Później były dyrektor wręczył „Puchar Wszystkich" zarządowi na czele, którego stał Enric Llaudet. Ciekawym aspektem tej historii jest to, że trofeum to przez wiele lat pozostawało zapomniane w jednym z klubowych magazynów, pozornie niezauważone. Co więcej, trudno było nawet znaleźć zdjęcie trofeum, które w końcu trafiło wraz z pucharem do muzeum FC Barcelony w 1984 roku. Zburzenie biur klubu na skutek bombardowania z marca 1938 roku spowodowało zwołanie w trybie pilnym zebrania rady klubu na stadionie ,,Les Corts” w celu uzgodnienia zmiany siedziby. Poszukiwaniem nowego budynku miał się zająć Francesc Xavier Casals, od 1937 roku członek Komitetu pracowniczego, który kierował FC Barceloną. Casals znalazł odpowiednie lokum na pierwszym piętrze budynku przy Ronda de Fermin Salvochea(obecnie Ronda de Sant Pere), której nazwa upamiętniała anarchistycznego burmistrza Kadyksu z 1873 roku. Siedziba klubu znajdowała się w tym miejscu w latach 1938-1939.
@Adran360
@Bernard777
@Gary
@Kapitan hawk
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@MoralnyKarzel
@Ogorinho1974
@Safrani
12
Bardzo ciężki orzech(czyt. Sevilla) do zgryzienia:
31 marca 2018 r. FC Sevilla remisuje na Ramon Sanchez Pizjuan z FC Barceloną 2:2. Sevilla FC była bliska przerwania passy Blaugrany: wygrywali 2-0 na pięć minut przed końcem ale Barça zdołała wyrównać i pozostała niepokonana w La Liga po 30 kolejkach. Po przerwie na mecze międzynarodowe Duma Katalonii przystąpiła do meczu z Messim w kadrze, który doznał urazu. Argentyńczyk nie znalazł się w wyjściowym składzie a z nim na ławce rezerwowych drużynie brakowało motywacji. Mecz rozpoczął się niepewnie ale z upływem minut przerodził się w szaleńczą walkę punkt za punkt. Barça nie naciskała, Sevilla natomiast tak. Po kilku ostrzeżeniach gospodarze w końcu zdobyli bramkę w końcówce pierwszej połowy, po znakomitej akcji, która uwypukliła brak defensywnej intensywności zespołu Valverde. Zawodnicy Sevilli trzykrotnie podawali piłkę w polu karnym aż Franco Vázquez otrzymał asystę od Correi na skraju pola karnego, otoczony przez pięciu rywali i umieścił ją w siatce. Druga połowa przebiegała według tego samego scenariusza. Andaluzyjczycy szybko zdobyli drugiego gola, tym razem po tym, jak Muriel doskoczył do dobitki Ter Stegena po strzale Escudero. Chwilę później Barça omal nie straciła trzeciego gola po rajdzie Navasa, który będąc sam na sam z bramkarzem, strzelił obok bramki. Piqué wybił piłkę z linii bramkowej a „Mudo” również nie zdołał wykorzystać dobitki.
Próbując pobudzić do odrobienia strat, Messi wszedł na boisko a Barcelona zdawała się odnajdywać swój rytm dzięki kilku szybkim atakom. Sevilla jednak nie poddała się i sama stworzyła więcej okazji a Banega był jej współautorem. Zmarnował tę okazję ale ostatecznie sprawdziło się powiedzenie, że „kto przebacza, ten w końcu za to płaci”. W 87. minucie Luis Suárez strzelił z bliskiej odległości po rzucie rożnym, zmniejszając stratę. Dwie minuty później Messi przejął piłkę na skraju pola karnego i swoim skutecznym wykończeniem doprowadził do wyrównania. Sevilla nie wygrała już trzech meczów ligowych. Nadal zajmuje szóste miejsce, mając dwa punkty przewagi nad Gironą, która również zremisowała w sobotę, ale może zostać wyprzedzona przez Betis, jeśli ich odwieczny rywal wygra w poniedziałek. Tymczasem Barcelona nadal prowadzi, mając nad Atlético wyraźną przewagę, wynoszącą tymczasowo 12 punktów.
@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360
11
Cenny remis na ,,Emirates Stadium”:
31 marca 2010 r. FC Barcelona remisuje 2:2 w pierwszym ćwierćfinałowym meczu z Arsenalem w Londynie w Lidze Mistrzów. Gdyby nie Almunia, Arsenal mógłby przegrać 0:4. Z drugiej strony, Barça nie potrafiła zagrać na sto procent do samego końca i dała sobie strzelić dwie bramki. Żeby było ciekawiej, w rewanżu mogą się jeszcze zdarzyć różne rzeczy pod nieobecność zawieszonych za kartki Piqué i Puyola. Guardiola na pewno nie był zadowolony. Pierwsza połowa to nieprzerwana dominacja gości, którzy wyjątkowo, zagrali w ustawieniu 4-4-1-1 z Keitą i Pedro na bokach, Messim za Ibrahimoviciem. Już w pierwszych 20 minutach nieodpowiedzialna gra Arsenalu w obronie powinna była doprowadzić do jego klęski. W bramce fantastycznie spisywał się jednak Almunia, a obaj napastnicy z Katalonii nie umieli wykorzystać swoich szans. Ojcem tej przewagi był przede wszystkim Xavi a także Daniel Alves i Maxwell(który pierwszą połowę skończył z bilansem celnych podań 20/20). Zupełnie nie funkcjonowała druga linia Arsenalu, Song co prawda biegał do przeciwnika mającego piłkę, ale mógł być tylko w jednym miejscu na raz. Zawodzili Fàbregas i Diaby, podobnie jak Arszawin, który szybko zszedł kontuzjowany. Nasri spisywał się dobrze przez cały mecz ale efekty przyniosło to dopiero po przerwie. Blaugrana fantastycznym kryciem i skracaniem pola gry, redukowała możliwości podań do przodu. Gospodarze bardzo często tracili piłkę, i stąd brały się okazje bramkowe Messiego i Ibrahimovicia. Szwed i Argentyńczyk stale schodzili na boki, pomagali w rozgrywaniu i inteligentnie szukali dziur w obronie. Na przerwę Arsenal schodził stłamszony, ale z remisem 0:0, zawdzięczanym fenomenalnej grze swojego bramkarza. Już w pierwszej minucie drugiej połowy padła bramka dla Katalończyków – Ibrahimović przelobował na 20. metrze Almunię, po pięknym prostopadłym podaniu górą od Piqué. Druga bramka Szweda była także efektem prostopadłego podania(tym razem Xaviego) i potwierdziła, że obrona Arsenalu jest bardzo wrażliwa na tego typu zagrania i napastników umiejących w odpowiednim momencie wybiec zza linii spalonego. Zresztą, już w pierwszej połowie z boiska musiał zejść kontuzjowany Gallas a do defensywy przeniósł się Song.
Wydawało się, że bramki mogą paść tylko dla Barcelony, ale Walcott zaraz po wejściu na boisku strzelił na 1:2. Na brawa zaliczył Bendtner, który świetnie zagrał mu piłkę na wolne pole. W 85. minucie, gdy już było wiadomo, że w rewanżu nie będą mogli zagrać za kartki Fàbregas i Piqué, zespół Guardioli dotknęło kolejne nieszczęście. Za bardzo wątpliwy “faul” Puyola na Fàbregasie sędzia Busacca podyktował karnego i wyrzucił lidera obrony gości z boiska. Wychowanek Blaugrany wyrównał na 2:2… i przy okazji naciągnął sobie mięsień łydki. Do końca meczu już tylko człapał po boisku i było widać, że żadna z drużyn już nie zdoła wygrać. Jeśli ktoś pokazywał klasę w tym meczu, to tylko Barcelona, Almunia i Nasri. Katalończycy przewyższali znacznie drużynę Wengera grą zespołową, organizacją w obronie, pewnością siebie. Xavi, Keita czy Busquets nie zastanawiali się dziesięć razy przed podaniem lub dryblingiem, tylko je wykonywali. Świetnie naciskali też przeciwników, którzy często się gubili i tracili piłki. Z taką grą Arsenal nie ma czego szukać w Barcelonie bo nawet z rezerwowym środkiem obrony mistrzowie Hiszpanii spokojnie wykorzystają każdy błąd.
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Marusek
@Ogorinho1974
@Safrani
0
@alone49 Jeśli to jakaś tam "antycypacja" to dlaczego nie piszesz że Robert tak zrobi w dzisiejszym meczu i że tak przewidujesz to co się wszystko dopiero zdarzy? A nie że od razu pudło i tak dalej...
0
@alone49 A ty nie uważasz że wstawianie komentarza o Robercie Lewandowskim, który rzekomo pudłuje, jest co najmniej głupie!?
10
Ciężka przeprawa z „Depor”:
31 marca 2007 r. Barça postawiła na swoje doświadczenie i pokonała Deportivo La Coruña 2:1 w 28 kolejce Primera Division. Blaugrana utrzyma pozycję lidera tabeli przez kolejny tydzień po zwycięstwie nad Deportivo dzięki dwóm „psychologicznym” bramkom Messiego i Eto'o, którzy zdobyli gole odpowiednio: pod koniec pierwszej połowy i na początku drugiej połowy i którzy po raz kolejny udowodnili, że są dwoma najlepszymi wzmocnieniami Blaugrany w tej końcowej fazie rozgrywek. Gra FC Barcelony w pierwszych minutach była elektryzująca. Z bardzo blisko ustawionymi formacjami i napastnikami atakującymi wysoko na boisku, drużyna Blaugrany szybko odzyskała posiadanie piłki i wkrótce przejęła nad nią kontrolę. W tym obiecującym początku nadeszła pierwsza szansa dla Barcelony: strzał Xaviego minął bramkę minimalnie. Wydawało się, że Barça będzie miała pole do popisu ale to była tylko iluzja. Deportivo, mimo że zbliżyło się do niebezpieczeństwa dopiero w pierwszej połowie, kiedy Andrade uderzył półwolejem a Valdés wybił go na rzut rożny, zdołało powstrzymać lidera. De Guzmán i Juan Rodríguez pracowali niestrudzenie w środku pola a mobilność Cristiana, Estoyanoffa i Verdú sprawiała, że obrona Azulgrany była w ciągłym napięciu przez wiele minut pierwszej połowy. Barça miała problemy z wyjściem z własnej połowy i tylko raz zagroziła bramce Aouate'a rzutem wolnym Ronaldinho. Sędzia Ayza Gámez również utrudniał gospodarzom znalezienie rytmu, wielokrotnie przerywając grę i odgwizdując liczne faule w środku pola. W ten sposób mecz zaczął się rozwijać z elementami, które najlepiej pasowały Deportivo: walką, ciężką pracą i brakiem precyzji. Krótko mówiąc, była to niewygodna, chaotyczna gra, której Barça najwyraźniej nie potrafiła wykorzystać. Aż do momentu, gdy Ronaldinho po raz kolejny udowodnił, że jest najbardziej decydującym graczem w lidze, zostawiając Colocciniego w „błyskotliwej” czapce i podając piłkę między liniami do Messiego, który uderzył klatką piersiową i strzelił obok Aouate tuż przed przerwą na 1:0. Ekipa Depor odczuła skutki straconej bramki już na początku drugiej połowy i wydawało się, że straciła zapał do gry, gdy pięć minut po przerwie Eto'o wykończył akcję z pierwszej piłki pomiędzy Ronaldinho i Xavim(2-0). Dzięki temu, że mecz układał się po ich myśli a Barça cieszyła się spokojem ducha wynikającym z gry przy korzystnym wyniku, otrząsnęła się z presji i zaczęła cieszyć się grą.
Messi mógł podwyższyć wynik na 3:0, ale poślizgnął się, gdy musiał tylko wykorzystać asystę Iniesty na lewej stronie a Eto'o był bliski powiększenia przewagi mocnym strzałem z krawędzi pola karnego. Wprowadzenie Adriána do osamotnionego Rikiego zrewolucjonizowało grę i tchnęło życie w drużynę Deportivo, która wydawała się bez życia. Młody napastnik z Asturii najpierw zagroził w sytuacji sam na sam z Valdésem, ale nie pomylił się przy drugiej okazji: wbiegł w pole karne, zostawiając Puyola i Thurama w tyle, po czym spokojnie umieścił piłkę obok nadbiegającego bramkarza Barcelony(2:1). Debiut Adriána w roli strzelca gola w La Liga ożywił drużynę Rijkaarda a przede wszystkim Ronaldinho, który niemal przypieczętował zwycięstwo strzałem z ostrego kąta, który Aouate jednak wybił a także asystą piętką, która pozostawiła Eto'o w spokoju, zanim Kameruńczyk uderzył piłkę w ciało bramkarza drużyny Depor. Jednak Deportivo miało jeszcze jedną szansę na wyrównanie na trzy minuty przed końcem meczu: kolejnym strzałem Adriana, który wykorzystał błąd Edmilsona przy wybiciu piłki, po raz trzeci wystawiając na próbę czujnego Víctora Valdésa. Na szczęście wynik już się nie zmienił.
@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360
1
@alone49 Aha, wszystko jasne. Bez komentarza...
0
@alone49 Jaki galaktyczny!? Drogi użytkowniku, żaden Robert Lewandowski teraz nie gra! Nie pleć bzdur!
0
@alone49 Ale jaki ty teraz mecz ogladasz?
8
Było tak blisko…
Dokładnie 80 lat temu FC Barcelona w dramatycznych okolicznościach straciła mistrzostwo Hiszpanii. W ostatnim meczu Duma Katalonii podejmowała FC Seville na ,,Camp de Les Corts” i potrzebowała zwycięstwa aby wyprzedzić swoich rywali w tabeli. Goście niespodziewanie objeli prowadzenie ale w 63 minucie do remisu doprowadził Jose Bravo Dominguez dając Blaugranie nadzieje. Katalończycy zamknęli rywala w polu karnym lecz nie zdołali zdobyć zwycięskiego gola. Mistrzostwo Hiszpanii powędrowało więc do Sevilli, jako jedyne w jej dotychczasowej historii.
@Adran360
@Bernard777
@Gary
@Kapitan hawk
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
11
Oto fragment obszerniejszego tekstu, którego wkrótce zamieszcze:
"Oprócz wyjątkowej wizji gry na boisku, Węgier stał się bezwzględnym specjalistą od stałych fragmentów gry. Kubala, pionier taktyki, która później zyskała miano „paradinha ”, nigdy w swojej karierze nie spudłował rzutu karnego. Jego potężny strzał uczynił go jednym z pierwszych piłkarzy, którzy posyłali rzuty wolne ponad mur, a jego wyrafinowana technika urzekła kibiców Blaugrany. Wszyscy chcieli zobaczyć fenomen z Węgier a z powodu ogromnego popytu na bilety, Barça musiała opuścić stary stadion Les Corts, aby zbudować nowy, gigantyczny Camp Nou. Od 2009 roku stoi tam brązowy pomnik Kubali, oddający hołd pierwszemu wielkiemu idolowi medialnemu klubu."
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Kapitan hawk
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@MoralnyKarzel
@Ogorinho1974
@Sysia11