0

@clyde Tak, ten sam spektakularny i decydujący skrzydłowy obecnego Realu Madrid...

0

@nieprzysiadalnosc Napewno? Nawet gdyby nigdy nie trafił do Realu Madrid?

9

@FCBparasiempre
Czas zatarł wiele śladów po tym napastniku urodzonym w Durango, który bronił barw Blaugrana na początku lat dwudziestych XX wieku. José Landazabal Uriarte zapisał się w historii FC Barcelony w sezonie 1918/19. Nie zrobił tego jednak pod żadnym ze swoich nazwisk. Ani też z imieniem… Zawsze był znany jako Lakatos. Czas zatarł wiele śladów po tym napastniku, urodzonym w Durango (przy ulicy Kalebarria, bez numeru) 18 marca 1898 roku, ale w każdej drużynie, w której grał, wyróżniał się siłą, bezgranicznym zaangażowaniem i umiejętnością strzelania goli. Sam Lakatos wspominał w wywiadzie dla tygodnika „Football” w połowie marca 1919 roku, że miał około 10 lat, kiedy zaczął grać na pozycji środkowego napastnika w Irala-Barri FC, „grając każdy mecz w espadrylach”. Stamtąd przeniósł się do Hispanii, drużyny, z którą w wieku 14 lat zdobył mistrzostwo juniorów, jako kapitan, „również w espadrylach”. Wkrótce potem dołączył do New Club jako lewy skrzydłowy. Bez problemu zaadaptował się na pozycję napastnika lub pomocnika. Miał do tego warunki fizyczne i umiejętności. Z New Club zdobył mistrzostwo drugiej ligi w sezonie 1916/17. „Również w espadrylach?” – zapytał dziennikarz. „Nie, stary, nie. Co gorsza, w pożyczonych butach, bo zawsze byłem pod wiatr” – odpowiedział Lakatos, dając do zrozumienia, że lubi robić to, co kocha najbardziej i że nie ma zbyt wielu zmartwień. Szczęśliwy człowiek. Athletic Bilbao zauważyło go i włączyło do swojej drużyny na sezon 1917/18, aby zastąpił Zubizarretę. Wspomina, że jego pierwszym meczem w barwach biało-czerwonych był mecz z Arenas w ramach „Press Cup”: „Wygraliśmy 2:1 i to był jeden z najlepszych dni w moim życiu, kiedy dałem zwycięstwo, mimo że mieliśmy remis po jednej bramce”. Wywiadu, który odbywa się podczas posiłku na tarasie w Artxandzie, nie można przegapić. Lakatos robi krótką pauzę, by zawołać kelnera: „Hej, kolego! Wino, lekkie, w porrónie, ale z wodą gazowaną, wiesz, taką specjalną z Belmonte”. Przed nim czekała „wspaniała paella, która zapiera dech w piersiach a potem krewetki z majonezem i pieczony kurczak z frytkami”. Już wtedy był znany jako Lakatos, przezwisko, którego nigdy nie lubił, jak przyznał w 1919 roku: „Sprawiało mi to wiele przykrości… Jakieś cztery lata temu przyjechała tu słynna węgierska drużyna (Ferencvaros). Otóż w ich podstawowej jedenastce był niejaki Lakatos (Imre Schlosser Lakatos), a według ekspertów od spraw fizycznych, byłem jego odbiciem, i od tamtej pory zaczęli nazywać mnie Lakatos, Lakatos… i ten przydomek się przyjął”. Zanim rozpoczął swój drugi sezon w Athletic Bilbao, wybrał przygodę gry w Katalonii. W Bilbao poznał sportowca Paco Bru, który zapewnił mu miejsce w barcelońskiej drużynie Canadienses FC „na bardzo dobrych warunkach”. To stwierdzenie potwierdza, że Lakatos grał tam, gdzie zarabiał najwięcej. Był jednym z pierwszych nieoficjalnych profesjonalnych piłkarzy, znanych wówczas jako „nieoficjalni piłkarze”. Jednak Canadienses FC, promowany przez zarząd tej popularnej firmy komercyjnej i zatrudniany przez jej pracowników, wkrótce potem został rozwiązany. Niektórzy przypisywali jego upadek postrzeganej nieprawidłowości w firmie posiadającej drużynę piłkarską, inni skargom na wystawianie nieoficjalnych profesjonalistów, takich jak Lakatos. W każdym razie, pobyt Baska w klubie był krótki, a najlepsi zawodnicy szybko znaleźli szansę w innych drużynach. Dyrektor zapewnił ich jednak, że dopóki będą dobrze grać, pozostaną w firmie. Lakatos uległ pokusie Barcelony i zadebiutował w koszulce Blaugrany 15 września 1918 roku w meczu Sabadell-Barça (1:2) rozegranym na cześć Monistrol. Twierdził, że to właśnie w tym klubie cieszył się „największym wsparciem”. Zdobył dwa mistrzostwa Katalonii (1918/19 i 1919/20) oraz Puchar Katalonii (1919/20, w finale nie zagrał). Przegrał finał Pucharu Katalonii 1918/19 z Arenasem (5:2, po dogrywce) w Madrycie 18 maja 1919 roku. Tego dnia skład wyjściowy Barcelony przedstawiał się następująco: Bru; Reguera, Costa; Torralba, Sancho, Blanco; Viñals, Lakatos, Martínez, Alcántara i Garchitorena. On rozpoczął sezon 1920-21 z Martinenc, drużyną, która grała w Grupie B Katalońskich Mistrzostw (druga liga). Kontynuował z sąsiedzką drużyną Sant Martí w sezonie 1921-22. Grał w trzecim sezonie, 1922-23, osiągając awans do Grupy A po wygraniu barażu o awans przeciwko Avenç del Sport (1-1 i 1-0). W tym sezonie doszło do pierwszego w historii hiszpańskiego mistrzostwa pomiędzy zwycięzcami drugiej ligi a Martinenc, po pokonaniu Balompédica Linense w ćwierćfinale (który nie pojawił się) i Racing Langreano w półfinale, zdobył tytuł 13 maja 1923 r. w Atocha, pokonując Esperanza de San Sebastián 4-2 w finale. Skład wyjściowy był następujący: Pallejà; Mariné, Costa; Comorera, Monfort, Besas; Vilar, Lakatos, Albadalejo, Barrachina i Rodríguez. Lakatos przypieczętował zwycięstwo w 85. minucie i zapewnił swojej drużynie zwycięstwo.

Lakatos opuścił jednak Martinenc i wrócił do FC Barcelony, pojawiając się ponownie 27 maja 1923 roku w meczu z Bishop Auckland (5:0, strzelił gola) na Les Corts, tego samego dnia, w którym zadebiutował węgierski bramkarz Plattko. Rozegrał jeszcze jeden mecz, z Gracią (2:1) 24 czerwca w El Vendrell, z okazji otwarcia stadionu w tym mieście, ale już nigdy nie zagrał. On wcześniej grał dla Espanyolu w dwóch meczach towarzyskich przeciwko Viktorii Žižkov, 23 marca i 14 kwietnia 1923. Było to typowe w meczu międzynarodowym, gdzie, pomimo przyjacielskiego charakteru, przygotowanie dobrego widowiska (wygranie) było niemal sprawą o znaczeniu narodowym. Podpisałby kontrakt z Espanyolem na sezon 1923-24, ale wcześniej, w sierpniu 1923, grał dla regionalnej drużyny Vizcaya w meczu towarzyskim przeciwko Deportivo Oviedo (6-1). Jako zawodnik Espanyolu, zagrał również dla reprezentacji Katalonii w meczu pamiątkowym dla Gabriela Bau 24 lutego 1924, przeciwko Avenç del Sport (4-5). Skład Katalonii był następujący: Ferrando; Coma, Montesinos; Querol, Helvig, Ròdenas; Vilar, Navarrete, Lakatos, Mauri i Juanico (Mairlot). Z Espanyolem zajął trzecie miejsce w mistrzostwach Katalonii. Wrócił do Martinenc na sezon 1924-25 (unikając spadku w barażach o awans) oraz 1925-26 (spadając z ligi), drużyna, która zawsze go ceniła i darzyła wielkim szacunkiem. 30 czerwca 1926 roku został uhonorowany. Martinenc zmierzył się z drużyną gwiazd Barcelony, w której składzie znaleźli się tacy zawodnicy jak Piera, Samitier i Alcántara. Gospodarze rozgromili gości 6:1, a „Laka” strzelił swoje dwa ostatnie gole jako zawodnik Martinenc. Opuścił Katalonię w wieku 27 lat, aby dołączyć do Gimnástico de Valencia (1926-27), później grając dla Patria de Zaragoza (1927-28), z którym zmierzył się z FC Barcelona w Copa del Rey (1:3 na El Arrabal, po golu strzelonym przez niego, i 7:0 na Les Corts). W 1928 roku wrócił do rodzinnego regionu, aby zakończyć karierę piłkarską, ale wrócił do sportu, tym razem w Sociedad Deportiva Plentzia, debiutując 6 maja 1929 roku w meczu z Gerniką (0:0) u boku Gerardo Melzera. Lokalne plotki w Plentzii nazywały go „naukowcem Lakatosem”, zahartowanym wówczas setkami meczów piłkarskich, ale pozbawionym charakterystycznej dla niego determinacji. Pozostał w Plentzii do sezonu 1929-30. W wieku 31 lat zawiesił buty na kołku. Po zakończeniu kariery piłkarskiej ślad po nim zaginął, aż do momentu, gdy nekrolog ukazał się w gazecie ABC. Zmarł w Bilbao 2 lutego 1970 roku. Znaleziono go martwego z przyczyn naturalnych w pensjonacie, w którym mieszkał. Miał 71 lat i 11 miesięcy.

1

Pomijając już sam fakt że Manchesterowi City należał się rzut karny na początku meczu, to z bólem serca trzeba przyznać że ten cały Real jest jednym z głównych kandydatów do wygrania Ligi Mistrzów a sam Viniciusz Junior jest jednym z najlepszych skrzydłowych świata. Oj przydał by się nam taki Viniciusz na lewe skrzydło...

6

@FCBparasiempre
17 marca 1959 r. w Krakowie urodził się Jan Karaś, pomocnik, zdobywca Pucharu Polski z Legią(1989). Niedawno oglądał z synem nasz mecz z Brazylią na Mundialu. ,,Ojciec a dlaczego ty za każdym razem tak ostro wpieprzasz się w tego Socratesa?”. ,,Bo inaczej nie dałbym mu rady. Na każdego trzeba mieć skuteczny sposób”- uśmiecha się Karaś, jeden z najciekawszych polskich piłkarzy i niespełniony bohater Mundialu w Meksyku. Po jego kapitalnym strzale z 25 metrów w meczu z Brazylią o ćwierćfinał mistrzostw Świata piłka trafiła w poprzeczke i z impetem odbiła się tuż przed linią bramkową. ,,Gdybym więcej ćwiczył w młodości, to pewnie wpadłaby do siatki”- przekomarza się pan Jan. Wtedy było jeszcze 0:0. Ostatecznie Polacy przegrali 0:4 i odpadli z Mundialu. Kto wie, może na turniej w ogóle by nie pojechali, gdyby w październiku 1984 r. Karaś nie wszedł do gry w drugiej połowie meczu z Grecją. W Zabrzu do przerwy przegrywaliśmy 0:1. Dopiero akcje pomocnika Legii całkowicie odmieniły gre Polaków i w końcu wygraliśmy 3:1. Karaś jest wychowankiem Hutnika Kraków. Spędził tam dużo czasu, chyba zbyt dużo. ,,Przyjeżdżali do mojego domu ludzie z Widzewa, kierownik Stefan Wroński i nawet sam prezes Sobolewski. Namawiali na przenosiny, zabrali mnie do Łodzi, żebym sobie wszystko zobaczył. Czułem że im strasznie zależało i mnie też zaczynało się podobać”- opowiada Karaś. To był początek lat 80-tych. Widzew już pokazał się w pucharach, grał coraz ciekawszą piłke. Niemal w tym samym momencie co Widzew do Karasia zaczeli przyjeżdżać wysłannicy innych klubów- Górnika Zabrze, Lecha Poznań, Stali Mielec, no i pytała o niego też Legia. ,,Głowa aż mi puchła od tych ofert ale szybko na ziemie sprowadził mnie dyrektor Kombinatu Metalurgicznego Huty imienia Lenina. Osobiście przyjechał do klubu z krótkim przemówieniem do działaczy, że kogo jak kogo ale tego Karasia nie wolno nikomu sprzedawać. W mig szefowie klubu wezwali mnie na dywanik i jasno przekazali że żadne podchody Widzewa ich nie interesują i że nie pójde też do Legii, nawet jeśli dałaby za mnie czołg, ani do Lecha, choćby oferował dwie lokomotywy, ani do Stali za obietnice trzech samolotów, ani do Górnika za cztery pociągi towarowe z węglem”- relacjonuje pan Jan. Miał zostać w Nowej Hucie i już! ,,No i ja, grzeczny chłopak zostałem. Grałem jak najlepsi. Następnie 3 lata uparcie walczyłem o awans do ekstraklasy ale się nie udawało. Najpierw drugie miejsce, potem trzecie… Ciągle czegoś brakowało”- zaznacza Karaś. Nie był już juniorem i nie chciał do końca życia kisić się w drugiej lidze. ,,Jesienią 1982 r. kończył mi się kontrakt ale zaczynał… szantaż. Straszyli że muszę zostać bo będę miał problem. Tylko że ja strachliwy nie byłem. Zdążyłem się zahartować. Gdy wszedłem do szatni Hutnika miałem 17 Lat. Jakież tam się działy sceny! Kłótnie, bójki, obraza boska! I ja młodzian w takim towarzystwie. Szybko sięgnąłem po papierosy. Trener Brożyniak jak to zobaczył to chciał mi urwać łeb i wlepiał kary finansowe. Zresztą z powodu tych fajek przezywał mnie ,,Pecik”. Nikt mnie jednak nie złamał! Każdemu umiałem się postawić, nikomu nie pozwoliłem żeby mną bezdusznie rządził. Nigdy!”- na ostatnie słowo kładzie bardzo mocny nacisk pan Jan. ,,Po 7 latach gry liczyłem że będę mógł odejść jak normalny piłkarz, który zostawił w klubie trochę zdrowia, a tu nagle taki ordynarny szantaż… Straszyli mnie że jak odejde to nigdzie nie będę grał a ja patrzyłem jak widzewiacy znakomicie pokazują się w Europie i szlag mnie trafiał bo przecież mógłbym być jednym z nich”- wspomina Karaś. Dociśnięty do muru przedłużył kontrakt ale jednocześnie wymyślił desperacki sposób na wyrwanie się z drugoligowego więzienia. ,,Do tej pory przez 5 lat udawało mi się wykręcać od armii. Układ był taki że co roku dostawałem bilet do wojska, zanosiłem go do klubu i tam załatwiali odroczenie, no bo jedyny żywiciel rodziny albo niezbędny pracownik przemysłu hutniczego. Za piątym razem, gdy znowu dostałem bilet, zamiast odnieść działaczom, włożyłem go do kieszeni. Poprosiłem brata żeby mnie zawiózł tam, gdzie jestem wzywany, czyli do jednostki wojskowej do Warszawy”- relacjonował pan Jan. Karaś doskonale wiedział iż w takiej sytuacji Hutnik nie jest w stanie go zatrzymać i że w końcu odezwie się Legia. Domyślał się że nie przypadkowo wszystkie wezwania do wojska jako miejsce odbycia zasadniczej służby zawsze wskazywały stolicę. Przyjechał pare dni wcześniej przed datą zameldowania w jednostce. Uznał że to doskonała okazja by wybrać się na trening Legii. Całkiem prywatnie jako przypadkowy kibic, który zza płotu chce się pogapić na legionistów. ,,Patrzyłem sobie na ćwiczących piłkarzy i krążącego wśród nich Kazimierza Górskiego, który wtedy prowadził drużynę. Patrzyłem i… jakoś odechciało mi się zgłaszać tak od razu do wojska. Dopiero co przyjechałem, więc uznałem że mam jeszcze czas. Nie ukrywam, narozrabiałem trochę. Jak? No… porządziłem, wrzuciłem na luz. Do jednostki spóźniłem się 3 dni, więc na przywitanie od razu powędrowałem do ancla(wojskowego aresztu). Wiele mi to nie pomogło bo w koszarach też odzywała się moja niepokorna dusza. Byłem w nich w sumie 43 dni ale większość jednak w anclu.”- snuje swoją opowieść Karaś.

Sprawy się komplikowały bo przecież wyjechał do Warszawy żeby wreszcie zacząć grać w ekstraklasie a póki co przytrafiały mu się przygody godne wojaka Szwejka. Na szczęście w Legii nie tracili Karasia z radarów. Z drużyną zdążył już się rozstać Kazimierz Górski, lecz jego następca Jerzy Kopa też miał pojęcie o istnieniu takiego piłkarza, tyle że właśnie na tym fakcie jego skromna wiedza się kończyła. Pojechał do jednostki zobaczyć krnąbrnego kandydata do gry w Legii. ,,Dali mi nawet nowy mundur żebym porządnie wyglądał przy tej prezentacji. Ktoś Kopie błędnie przekazał że jestem obrońcą a że miałem tylko 175 cm, patrząc na mnie, wyraźnie się skrzywił. Sam był trochę wyższy ode mnie, więc zmierzyl mnie z góry: ,,Ty jakiś mikry jesteś. Co z ciebie za obrońca?”. Ależ mnie zagotował! Nie wytrzymałem, odezwał się mój charakter. Spojrzałem mu zaczepnie prosto w oczy i cofnąłem się o krok: ,,Nie będę stal blisko żeby o pana nie zawadzić ale wie pan co? Takich jak pan to ja – o tak wciągam, jedną dziurką nosa a drugą wypuszczam. Nawet nie poczuje że ktoś tam był”. Po czym oczywiście wykonałem gest wciągania nosem. Taki byłem, nic na to nie poradze”- opowiadał pan Janek o pierwszym spotkaniu z trenerem Legii. Jerzy Kopa nie skreślił go po osobliwej wymianie uprzejmości. Dal mu szanse na treningu i szybko doszedł do wniosku iż ma do czynienia z bardzo dobrym piłkarzem. Zanim jednak Karaś w nowym klubie zaczął normalnie funkcjonować, czekał go jeszcze kawałek wyboistej drogi w wojsku. W szatni Legii lubił gadać z Krzysztofem Adamczykiem ale największe wrażenie robił na nim Henryk Miłoszewicz. ,,Byliśmy świetnymi kolegami. Imponował mi technika użytkową. Czasami ludzie zachwycają się że ktoś ileś tam razy odbije piłke piętą czy kolanem. Dla mnie miarą jakości techniki jest to, czy w pełnym biegu, na maksymalnym zmęczeniu potrafisz dograć precyzyjna piłke do zasuwającego kolegi. Jeśli to potrafisz, wtedy jesteś gość. Heniek potrafił, ja też się starałem”- zaznacza bez fałszywej skromności Karaś. ,,Na wiosne 1983 gramy z Lechem Poznań a w Lechu Mirek Okoński. Gdyby ,,Mundek” dzisiaj grał w naszej lidze, robiłby nie za gwiazde, tylko za konstelacje gwiazd. Wszyscy na boisku bali się do niego zbliżać bo wiadomo jaki był z niego magik, sztuczką mógł każdego ośmieszyć. Ja to miałem gdzieś, ostro wpieprzyłem się w niego na początek. Musiało zaboleć. No i dobra, teraz to możemy grać”- zagaj jak łobuziak pan Jan. Podobną metode zastosował w pamiętnym meczu z Brazylią na Mundialu. ,, Zakładałem że jeśli Brazylijczycy są lepsi, to pewnie wygrają ale najpierw muszą nas pokonać. Piechniczek kazał mi pilnować Socratesa. Wszyscy wiedzieli kto to jest. Pan piłkarz. Patrze na niego, chudy, wysoki i myśle sobie: ,,No to zobaczymy, na co cię stać, tyczko do podpierania gałęzi”. No i nie dawałem mu spokoju. Wszystkie chwyty dozwolone, inaczej z takim czarodziejem nie miałbym żadnych szans”- wyjaśnia ale w jego słowach nie czuć nawet nuty usprawiedliwienia. Tak samo było w meczu z Holandią w eliminacjach ME 1988 już za trenera Łazarka. ,,Zbyszek Boniek zaproponował w szatni: ,,Niech Janek Karaś będzie kapitanem”. Wszyscy się zgodzili. Założyłem opaske i mówię: ,,Panowie, gramy tak, że wióry muszą lecieć, bo inaczej nie ma co wychodzić na boisko”. Też wszyscy przytaknęli. Wśród rywali Koeman, Rijkaard, Gullit, Van Basten… Niedawno zapytał mnie kolega oglądając ten mecz w telewizji: ,,Słuchaj, była ta akcja że wyjechałeś z jednym Holendrem za linie końcową między fotoreporterów i dość długo nie wstawaliście. Co tam się działo?”. Bo ja koniecznie musiałem go jeszcze przygnieść kolanem- odpowiadam. Taka to była walka o bezbramkowy remis”- relacjonuje pan Janek. Karaś przypomina iż boisku nie jest miejscem do kalkulacji. To pole bitwy dosłownej. Tak jak we wspomnianym meczu z Grecją, w którym choć sam gola nie strzelił, został cichym bohaterem. Wejść przy stanie 0:1 i skończyć na 3:1, oto marzenie każdego dublera. Lecz Karaś zapłacił za to słoną cene… ,,Miałem świetną okazje sam na sam. Bramkarz rzucił mi się na lewą noge. Powinien być rzut karny ale mniejsza z tym. Coś mnie zabolało w kolanie. Zamrozili i grałem dalej. Schodzę po meczu do szatni, lekarz ogląda noge i mówi: ,,Janek, ty masz chyba zerwane więzadło!. Wróciłem do Warszawy a tam doktor Machowski: ,,Człowieku jak ty mogłeś grać przez pół godziny z zerwanym więzadłem?! Zdziwiłem się jeszcze bardziej niż on. Kilka miesięcy miałem z głowy ale na wiosne wróciłem i znowu była forma”- uściśla Karaś. Dziś jest schorowanym człowiekiem, jakby natura wystawiała mu bezduszny rachunek za te wszystkie piłkarskie lata i burzliwe przygody. ,,Położe się spać a rano nie mogę się ruszyć. Mam tak zniszczone stawy że aż mi palce powykrzywiało. O pracy fizycznej mogę zapomnieć. Nie mam siły chodzić. Od 15 lat jestem na rencie. W lutym 2020 roku wygasło mi świadczenie a potem w kraju były ważniejsze sprawy niż rozpatrzenie wniosku o przedłużenie go na kolejny rok ale walcze, żyje. Taki już jestem że nigdy się nie poddam”- podsumowuje swoje życie pan Janek. Z meczu z Brazylią zostały mu wspomnienia, buty piłkarskie oraz koszulka grającego wówczas z nr. 4 Edinho…

5

0

@Bernard777 A czy ty zdajesz sobie sprawe kim był Paulino Alcantara a zwłaszcza Ladislao Kubala dla Barcuni?

11

Hattrick Messiego:

17 marca 2019 r. FC Barcelona pokonała Betis Sevilla na wyjeździe 1:4 w 28 kolejce Primera Division. Messi został oklaskiwany nawet przez kibiców Betisu a spektakularnym golem zapewnił drużynie zwycięstwo 4-1. „ Nigdy nie widziałem takiego piłkarza jak Messi. Grać u jego boku to przywilej” – powiedział Setién. „To błogosławieństwo żyć w erze Leo Messiego” – dodał Valverde. „ Messi jest wyjątkowy; to, co robi, jest niepowtarzalne” – zapewnił Piqué. To tylko niektóre z wyróżnień, jakie argentyńska gwiazda otrzymała w tę niedzielę, choć największe z nich padły na stadionie Villamarín. „Messi, Messi, Messi” – skandowali kibice Betisu zrywając się z miejsc, gdy Argentyńczyk przypieczętował zwycięstwo swojej drużyny, strzelając czwartego gola. Reakcję tę można zrozumieć jedynie po obejrzeniu widowiska piłkarskiego, jakie „La Pulga” zaprezentował w „Heliópolis” i które doprowadziło do remisu w lidze z FC Barceloną. Argentyńczyk przyzwyczaił nas do świetnych występów ale niedzielny występ znalazłby się w pierwszej piątce jego najlepszych występów, gdyby nie hat-trick(a miał ich już 51) z dwoma golami na koncie. Właśnie wtedy, gdy Betis grał najlepiej, Messi jasno dał do zrozumienia, kto tu rządzi. Strzelił pierwszego gola z efektownego rzutu wolnego z dystansu a piłka wpadła w górny róg bramki bramkarza. Zapierający dech w piersiach pierwszy gol. Ale to nie wszystko. Tuż przed przerwą zawodnik Barcelony z numerem 10 poprowadził drużynę na ścieżkę zwycięstwa, strzelając lewą nogą po efektownym podaniu piętą autorstwa Suáreza.

W końcu, gdy mecz był już prawie rozstrzygnięty, Messi przypieczętował porażkę niemożliwym podcięciem. Argentyńczyk otrzymał podanie od Rakiticia i już pierwszym kontaktem z piłką uniósł ją wysoko, nie dając bramkarzowi żadnych szans. „Bramka jak na PlayStation”, jak powiedziałby Setién i taka, która zaparła Pau Lópezowi dech w piersiach . Jego zdumiona mina po porażce wyraźnie pokazywała geniusz, jaki właśnie zaprezentował Messi. Dzieło sztuki, docenione przez kibiców Villamarín, którzy, niczym na samym Camp Nou, wiwatowali i skandowali hasła na cześć argentyńskiej gwiazdy. „Nie pamiętam, żeby kibice gości kiedykolwiek wiwatowali na mój widok po strzeleniu gola”- Messi ze swojej strony wyraził wdzięczność kibicom za reakcję. „Nie przypominam sobie, żeby kibice gości kiedykolwiek dopingowali mnie po golu. Zawsze traktują nas tu bardzo dobrze” – powiedział po meczu. A jednej z nocy, kiedy błyszczał najjaśniej, poświęcił się oddaniu hołdu swojemu trenerowi. „Valverde bardzo dobrze czytał grę i taktycznie to był idealny mecz; nie cierpieliśmy ani przez chwilę. Kiedy nie mieliśmy piłki, byliśmy zorganizowani, a kiedy ją mieliśmy, graliśmy jak zawsze” – dodał. Dzięki temu nowemu pokazowi piłki nożnej Messi jasno pokazał, że mimo 15-letniego pobytu w elicie, jego statystyki nie mają granic. W tamtym sezonie strzelił już 39 goli i zaliczył 21 asyst. Co więcej, wczoraj wieczorem powiększył przewagę w walce o Złotego Buta i z 29 golami w lidze wyprzedził Mbappé (26). Został także jedynym piłkarzem w historii La Liga, który strzelił trzy gole przeciwko Betisowi i Sevilli w tym samym sezonie. Dzięki temu nowemu zwycięstwu stał się piłkarzem, który odniósł najwięcej zwycięstw w oficjalnych meczach z FC Barceloną (477), wyprzedzając Xaviego (476). Krótko mówiąc, porażające liczby, które jasno pokazują, dlaczego w tę niedzielę świat piłki nożnej po raz kolejny poddał się Messiemu.

@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Sysia11

10

Dublet „La Pulgi” w Lidze Mistrzów:

Genialna gra Lionela Messiego zapewniła obrońcom tytułu FC Barcelonie awans do ćwierćfinału Ligi Mistrzów, w którym rozgromili 17 marca 2010 r. VfB Stuttgart 4-0 w rewanżowym starciu 1/8 Ligi Mistrzów. Po hat-tricku w La Liga Argentyńczyk dał Blaugranie prowadzenie w meczu, strzelając gola w 13. minucie, odegrał kluczową rolę przy drugiej bramce Pedro i sam strzelił kolejną bramkę a następnie późne trafienie rezerwowego Bojana Krkicia przypieczętowało dwumeczowe zwycięstwo 5-1. Zwycięstwo FC Barcelony dało jej trzeci z rzędu awans do ćwierćfinału i podtrzymało nadzieje Hiszpanów po odpadnięciu z rozgrywek w La Liga, w których odpadli Real Madryt i FC Sevilla. Trener Pep Guardiola nie umieścił Zlatana Ibrahimovicia w wyjściowym składzie na Camp Nou, decydując się na wystawienie trójki napastników składającej się z Messiego, Thierry'ego Henry'ego i Pedro. Henry, który rzadko występował w wyjściowym składzie, oddał pierwszą próbę na bramkę już w drugiej minucie. Kapitan reprezentacji Francji dobiegł do podania Messiego i zadał Lehmannowi potężny cios. Mistrzowie na początku wyglądali na zdenerwowanych, ale Messi uspokoił ich nerwy swoim charakterystycznym biegiem i wykończeniem.

Po przejęciu piłki tuż za połową boiska gości pobiegł w kierunku wycofującej się obrony Stuttgartu i oddał strzał lewą nogą, który minął bramkarza Jensa Lehmanna i wpadł do siatki. Dziewięć minut później Piłkarz Roku FIFA stał się twórcą. Świetnie wyważone podanie Yaya Toure'a wyprowadziło piłkę na lewą stronę boiska, a napastnik Pedro perfekcyjnie wyczuł moment swojego biegu i odebrał bramkę niskiemu dośrodkowaniu pomocnika z Wybrzeża Kości Słoniowej. Messi popisał się sprytniejszą akcją, a w 55. minucie jego strzał głową skierował piłkę tuż obok prawego słupka bramki Lehmanna. Messi ponownie pokonał Lehmanna płaskim strzałem z krawędzi pola karnego w 60. minucie, skutecznie przekreślając nadzieje Stuttgartu. Był to jego ósmy gol w czterech meczach we wszystkich rozgrywkach. Gdy Barca potwierdziła swoją dominację, Messi niemal skompletował hat-tricka strzałem głową w 68. minucie, ale Lehmann obronił strzał, a Krkić minutę później zamknął mecz, zmieniając Andresa Iniestę.

@Sysia11
@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@Adran360

0

@Kapitan hawk Bardzo bym sobie życzyl takiego wyniku ale zwyczajnie w to nie wierze! To jest marzenie ścietej głowy. Ogladam ostatnio mecze City i wyglada to słabo a chwilami nawet bardzo słabo...

12

Fantastyczny rekord Blaugrany:

17 marca 1901 r. FC Barcelona pokonała na wyjeździe Gimnastic Tarragona 18:0(!) w Pucharze Alfonso Macaya(prekursorze Mistrzostw Katalonii). Jest to najwyższe zwycięstwo w historii klubu w meczu o stawke. W meczu tym 9 goli! (co również jest rekordem klubu) strzelił Joan Gamper. Uczynił to zresztą po raz drugi z rzędu w tych rozgrywkach co jest absolutnie niebywałe! Tak, tak, założyciel Barçy był w tamtych czasach genialnym napastnikiem ale również świetnym sportowcem w innych dyscyplinach. Natomiast jeśli chodzi o Copa Macaya, to pomimo wysokich wygranych Blaugrany, po puchar sięgnęła wówczas Hispania CF(nie istniejący już klub z Barcelony). Następną edycje Copa Macaya rok później, zdobyła już jednak Duma Katalonii.

@Adran360
@Bernard777
@Gary
@Kapitan hawk
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@MoralnyKarzel
@Ogorinho1974

2

@Marusek Wspaniała, wręcz cudowna historia, pomimo PRL-owskich realii. Szkoda że nie pochodze z Łódzkiego, bądź Śląskiego województwa; miałbym wówczas komu kibicować na żywo! A jeśli chodzi o Widzew, to również szkoda że byłem wówczas jeszcze gówniarzem i nikt by mnie nie zabrał raczej na taką wycieczke...

14

Wybitne postacie argentyńskiego futbolu:

16 marca 1938 r. urodził się Carlos Salvador Bilardo, były argentyński piłkarz, trener i ginekolog. Jako zawodnik pełnił funkcję pomocnika i większość swojej kariery spędził w San Lorenzo de Almagro i Estudiantes de La Plata w latach 60-tych. Bilardo z reprezentacją Argentyny wygrał mistrzostwo świata na mundialu Mexico 1986 a we Włoszech w 1990 r. wicemistrzostwo. Bilardo nazywano ,,El narigon”- Wielki nos ale Bilardo miał jeszcze coś, co wyróżniało go w futbolowym środowisku. Skończył studia medyczne i został lekarzem. Pracował w najlepszych klubach: Estudiantes , Deportivo Cali, San Lorenzo, FC Sevilla i Boca Juniors. W tych dwóch ostatnich trenował Maradone. Jest jedną z najwybitniejszych postaci argentyńskiego futbolu ale we własnym kraju doceniono go dopiero, kiedy doprowadził kolumbijskie Deportivo do finału Copa Libertadores, po czym federacja kolumbijska powierzyła mu funkcje trenera reprezentacji. Kiedy Argentyna przegrała mundial w Hiszpanii, Bilardo jako trener mistrzowskiego Estudiantes w lidze Metropolitano, stał się naturalnym kandydatem na trenera kadry i był nim przez 8 lat.

Jego szkoła futbolu nazywana „bilardizmo”, nakazywała zawodnikom wykonywanie poleceń trenera i trzymanie się nakreślonych przez niego planów meczu. Z kolei Menottismo, szkoła Menottiego dawała graczom większą swobode ale mimo tych reguł Bilardo nie ograniczał piłkarzy i Argentyna pod jego wodzą grała w Meksyku bardzo ładnie, widowiskowo, strzelała sporo goli. Kiedy już zdobyła tytuł, w szatni na Estadio Azteca Bilardo się rozpłakał i jak twierdzi w swojej książce Maradona, powtarzał tylko nazwisko swojego mistrza, słynnego, nieżyjącego wówczas trenera Estudiantes Osvaldo Zubeldii. To on jako pierwszy trener w Argentynie rozpoczynał przygotowania do meczu od zebrania informacji na temat każdego zawodnika w drużynie przeciwnika i jej stylu. Bilardo przestrzegał tych zasad i w pewnym stopniu także dzięki temu, podczas mundialu we Włoszech doszedł z Argentyną do finału. Drużyna grała wtedy znacznie słabiej niż w Meksyku. Zwykle opanowany, nie wytrzymał, kiedy w finale mundialu w Meksyku Burruchaga strzelił gola na 3:2 a wszyscy piłkarze Argentyny przez minute się cieszyli. Bilardo krzyczał na nich, przeklinał, groził, kazał cofnąć się napastnikom a wszystko to miało być jasnym przekazem: ,,Co z tego że prowadzicie jednym golem. To jest finał mistrzostw świata, do końca meczu pozostało aż 5 minut a po drugiej stronie boiska stoją Niemcy!”.

@Sysia11
@Ogorinho1974
@MoralnyKarzel
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@Kapitan hawk
@Gary
@Bernard777
@Adran360

13

Spektakularny wyczyn w dziejach polskiego futbolu:

16 marca 1983 r. na Anfield Road, FC Liverpool pokonał Widzew Łódź 3:2 w rewanżowym meczu ćwierćfinałowym Pucharu Mistrzów i… odpadł z rozgrywek! Jeszcze w dniu rewanżu Widzew zyskał niewielką przewagę. Wcześniej poważnym problemem były kartki Andrzeja Grębosza. W związku z tym iż bohater pierwszego meczu pauzował, na jego pozycji zagrał Tłokiński a więc była to strata po części podwójna. Tyle że z drugiej strony Kenny Dalglish, lider Liverpoolu, z samego rana obudził się z potężnym bólem brzucha i mimo wysiłków lekarzy po południu ogłoszono że nie będzie w stanie zagrać. Jednak zawodnicy z Anfield sprawiali wrażenie, jakby ta informacja ich nie dotyczyła. Po fatalnym zagraniu ręką Filipczaka, gola z rzutu karnego strzelił dla gospodarzy Phil Neal. W tym okresie widzewiacy bronili się jak nigdy przedtem. Dziennikarz ,,The Times” w swojej relacji podkreślał że ,,Obrona Widzewa nie panikowała, choć po początkowym okresie, kiedy składała się z 9 zawodników, szybko przeszła do ustawienia z jedenastoma piłkarzami w okolicy własnego pola karnego. Teraz piłkarze Liverpoolu rzadko pojawiali się na własnej połowie, walili raczej nieustannie w mur białych koszulek”. Powodzenie przyniosła tradycyjna polska szkoła gry, czyli szybki atak. Graeme Souness poślizgnął się, piłke przechwycił Rozborski i od razu posłał ją do Smolarka a ten popędził na bramke Grobbelaara i został sfaulowany. Sędzia podyktował rzut karny. Souness po meczu przyznał iż był to najgorszy błąd w jego całej dotychczasowej karierze. Może wpływ na pomyłke Sounessa miała śliska murawa. Przecież jeszcze na godzinę przed meczem była kompletnie zalana. Tadeusz Świątek opowiadał że był wówczas zafascynowany systemem zupełnie w Polsce nie znanym. Kilku pracowników chodziło po boisku i wbijało w nie metalowe pręty. Wkrótce powierzchnia nadawała się do gry, była wręcz stworzona do szybkiej wymiany piłki ale i błędów, takich jak ten, który przytrafił się szkockiemu pomocnikowi. Pierwotnie karnego miał strzelać Smolarek. Trener Żmuda zaznaczył że jeśli to on będzie faulowany, wtedy wykonawcą będzie kolega Smolarka z pokoju Tłokiński i tak też się stało. Nie był to jakiś nadzwyczajnie wykonany karny. Właściwie przy odrobinie szczęścia Grobbelaar mógł go obronić ponieważ piłka przeleciała mu pod brzuchem. Tłokiński wypuścił powietrze, znowu wszystko do niego docierało. Nawet na chwile ucichł doping, który większość z nich pamięta do dziś jako najlepszy przy jakim kiedykolwiek grali. Gdy w 52 minucie Filipczak zagrał do Smolarka a ten podwyższył na 2:1, wszystko było rozstrzygnięte. Liverpool strzelił jeszcze 2 gole ale do awansu potrzebował czterech. Trener Paisley przed sezonem zapowiadał 4 trofea. Kilka dni przed swoim pierwszym meczem z Widzewem przegrał w Pucharze Anglii a teraz odpadł z Pucharu Europy. Pozostałe trofea zgarnął, wygrał tytuł mistrza Anglii oraz Puchar Ligi.

,,Było wielkie rozczarowanie. Byliśmy przekonani iż mamy najlepszy zespół w Europie. Oczywiście Widzew nam zaimponował w pierwszym meczu, lecz wciąż uważaliśmy że jesteśmy w stanie odrobić straty. To był w końcu Liverpool”- podkreślał pomocnik Ronnie Whelan. Piłkarze Widzewa wygrali nie tylko awans ale również uznanie angielskiej publiczności. Widzewiacy początkowo chcieli szybko umknąć do szatni bo mieli w pamięci stek wyzwisk i przedmiotów, które leciały swego czasu na nich z trybun Old Trafford. Spotkała ich jednak niespodzianka. Fani The Reds urządzili Widzewowi owacje na stojąco a przecież początkowo było zupełnie inaczej. Młynarczyk w pierwszej połowie miał za sobą kibiców z The Kop, najtańszej trybuny zawładniętej przez najwierniejszych fanów. Na początku gdy chodził po piłke, musiał wycierać twarz ze śliny miejscowych chuliganów, uchylać się przed monetami, udawać że nie słyszy różnych odmian najpopularniejszego słowa tworzących najbardziej wymyślne przekleństwa znane w języku angielskim. Teraz wszystko się zmieniło. ,,Przeszły mnie dreszcze”- przyznał Włodzimierz Smolarek, który potem paradował w oryginalnym hełmie, który dostał od angielskiego policjanta, podobnie zresztą jak Tłokiński. To oni byli największymi bohaterami tego meczu. Wieczorem podczas kolacji Paisley rozmawiał nawet ze Smolarkiem, sondował możliwości jego przejścia do klubu z Anfield. Pan Włodek już wcześniej miał oferty z europejskich klubów, choćby w tym samym roku negocjował z Hellas Verona, która wkrótce miała stać się jedną z najmocniejszych włoskich drużyn ale Liverpool to był zupełnie inny poziom. Zresztą Smolarek był wówczas rozchwytywany, wiadomo że był bardzo zaawansowany w rozmowach z Eintrachtem i ostatecznie trafił właśnie do niemieckiego klubu, tyle że 3 lata później. Podczas gdy rozmawiał z przedstawicielami Liverpoolu i rozdawał autografy, z Tłokińskim wstępnie negocjowali przedstawiciele RC Lens, którzy przyjechali, a jakże, po Smolarka. Ówczesny trener Lens, Gerard Houllier i jego asystent Joachim Marx, były reprezentant Polski, mieli przełamać lody pomiędzy Smolarkiem a Francuzami. Po pierwszej rozmowie z trenerem Żmudą wiadomo było że nic z tego nie wyjdzie. Żmuda zaproponował więc Tłokińskiego. Do Polski piłkarze Widzewa wracali jako bohaterowie już nie tylko łodzi ale całego kraju. Stali się jego ambasadorami, tak jak kiedyś w latach 60-tych piłkarze Górnika Zabrze, którzy walczyli i zwyciężali w meczach z największymi drużynami Starego Kontynentu. Pokonując Liverpool stali się na pewno jedną z dwóch największych drużyn klubowych w historii polskiego futbolu. Przez długie jeszcze miesiące na stadionach Polski byli witani owacyjnie, wizytowali zakłady pracy, domy dziecka, zakłady karne. Było to apogeum popularności Widzewa bo przecież zespół już od dłuższego czasu był numerem 1 w kraju, co zresztą doskonale wykorzystywał prezes Sobolewski, wprowadzający wbrew wszystkim swój kapitalistyczny model zarządzania. Fani z całej polski wysyłali prośby o pamiątki do klubu. Widzew stał się więc symbolem i wzorem. Dziennikarze usłyszeli nawet pod szatnią poznańskiego Lecha, jak Wojciech Łazarek, trener bezpośredniego rywala łodzian do wygrania mistrzostwa Polski, krzyczy na odprawie: ,,Musicie grać twardo! Musicie być jak Widzew!”.

To co wyprawiał wówczas Widzew w Europie przechodzi ludzkie pojęcie, zwłaszcza że grał już bez Bońka, który odszedł do Juventusu. Czegoś takiego nie dokonał żaden Polski klub i raczej już nie dokona. Ja osobiście jako gówniarz oglądałem ten mecz w Polskiej telewizji i byłem wówczas tak szczęśliwy i dumny że nie zapomnę tego do końca życia! Jeśli ktoś jest zainteresowany historią ,,tamtego” Widzewa to polecam książke ,,Wielki Widzew”.

@Adran360
@Bernard777
@FcPortoFan1999
@Gary
@Kapitan hawk
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani

13

Duma Katalonii w Lidze Mistrzów:

16 marca 1994 r. FC Barcelona pokonała w fazie grupowej LM Spartak Moskwa 5:1(1:1) na Camp Nou. W grupie A faworytem do zwycięstwa była oczywiście Blaugrana, której głównym problemem pozostawał wciąż obowiązujący limit trzech obcokrajowców w meczu. Cuyff miał w składzie Koemana, Laudrupa, Stoiczkowa i Romario, więc wybór był trudny a jeden gwiazdor każdorazowo obrażony. Najpierw padło na Stoiczkowa, choć to właśnie 2 gole Bułgara w rewanżowym meczu drugiej rundy kwalifikacji z Austrią Wiedeń zapewniły Barcie awans do fazy grupowej. W drugim meczu na ławce zasiadł Romario, w trzecim Laudrup, podobnie jak i w czwartym. Właśnie mecz tej serii, wygrany ze Spartakiem 5:1 był pierwszym, w którym popis dał duet rywalizujących ze sobą na boisku ale przyjaźniących się szczerze poza nim(Stoiczkow został chrzestnym dziecka Romario) napastników. W piątym znowu na trybunach zasiadł Stoiczkow a w szóstym Laudrup. Jak widać nietykalny był tylko Ronald Koeman.

@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360

11

Zapomniane legendy FC Barcelony:

16 marca 1930 r. urodził się Ramón Villaverde, urugwajski pomocnik. Zakup Urugwajczyka z Kolumbijskiego Millonarios F.C. był jednym z największych transferów FC Barcelony lat 50-60 z poza Europy. Grał najczęściej w środku pomocy albo na skrzydle ale nawet grając na skrzydle często schodził do środka, gdzie w pełni wykorzystywał swój niezwykły talent do czytania gry. Podobnie jak wielu latynoamerykańskich graczy w jego czasach, Villaverde miał potężny strzał i niesamowitą kontrolę, w tym niezwykłą umiejętność omijania przeciwników bez pozornie nawet dotykania piłki. On i galicyjski napastnik Luis Suárez doskonale się rozumieli, podczas gdy jego fani i koledzy szczególnie cenili jego prosty, przyziemny charakter. Był także wspaniale zdyscyplinowany, jeśli chodzi o swój potencjał, co wydatnie pokazał w sezonie 1963/64, kiedy zgodził się spędzić ostatni rok swojego kontraktu na wypożyczeniu w Racing Santander, mówiąc: „Nie jestem jeszcze za stary na piłkę nożną, ale jestem za stary, by grać dla Barçy”. Villaverde w barwach Blaugrany zdobył 151 goli, zdobywając 2 mistrzostwa Hiszpanii, 2 Puchary Miast Targowych oraz 2 Puchary Hiszpanii. Villaverde zmarł w Barcelonie 15 września 1986 roku w wieku zaledwie 56 lat.

@Adran360
@Bernard777
@Gary
@Kapitan hawk
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@MoralnyKarzel
@Pawel13sz

0

@LAMC_10 To bardzo dobrze! Każdy szanujący się cule winien o tym wiedzieć i pamiętać...

13

Czy wiecie że…

16 marca 1920 r. FC Barcelona rozegrała towarzyskie spotkanie ze Slavią Praga na ,,Camp del Carrer Industria”, wygrane nie bez trudu 3:2. Był to pierwszy mecz w historii z drużyną z Europy środkowowschodniej.

@Safrani
@Ogorinho1974
@MoralnyKarzel
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@Kapitan hawk
@Gary
@Bernard777
@Adran360

12

Wobec takiej historii, żaden cule nie może przejść obojętnie:

16 marca 1938 r. Barcelona została zbombardowana przez włoskie lotnictwo. Od początku wojny domowej niektórzy piłkarze Barçy wraz z zawodnikami Athletic Bilbao uczestniczyli w walkach. Rok wcześniej po zamordowaniu Josepa Sunyola, sekretarz generalny Rossend Calvet wraz z trzema byłymi działaczami klubu załatwił Blaugranie tournée po Ameryce Południowej. Część piłkarzy zdecydowała się zostać w Meksyku a Balmanya i Escola uciekli do Francji. W 1938 r. podczas jednego z nalotów na Barcelone, jedna z bomb spadła na budynek siedziby Barçy, w którym znajdowały się trofea i dokumenty klubowe. Calvet wraz z Josepem Cubellsem i innymi działaczami przez kilka dni odzyskał większość przedmiotów.

@Adran360
@Bernard777
@Gary
@Kapitan hawk
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@MoralnyKarzel
@Ogorinho1974
@Safrani

0

@PIWOSZ89 Jeśli to ten Maldini, to jest to już wnuczek Maldiniego.

12

Sokrates: „Chciałbym umrzeć w niedzielę i mieć Koryntian za obrońców”:

Dzisiaj chciałbym poświęcić kilka słów Sokratesowi, piłkarzowi wyjątkowemu, który stał się fenomenem i idolem fanów SC Corinthians i całej Brazylii. Sokrates już od najmłodszych lat łączył studia medyczne z piłką nożną, co było czymś niezwykłym wśród piłkarzy jego czasów, tym bardziej w kraju takim jak Brazylia. Zadebiutował w zawodowej piłce nożnej w 1974 roku w Botafogo a w 1978 roku podpisał kontrakt z drużyną, która miała stać się drużyną jego życia – Corinthians. W Corinthians stał się prawdziwą legendą po rozegraniu 298 meczów i strzeleniu 172 goli(mimo że nie był napastnikiem). Oczywiście zaczął wyrabiać sobie miejsce w reprezentacji Brazylii i został kapitanem oraz prawdziwą ikoną Seleção. Jego wyjątkowa sylwetka i wyrazista, charakterystyczna broda sprawiły, że był natychmiast rozpoznawalny. W barwach „Verdeamareli” rozegrał 60 meczów i strzelił 22 gole. Socrates był obecny na dwóch Mistrzostwach Świata, w Hiszpanii w 1982 r. i Meksyku w 1986 r. a także na dwóch edycjach Copa America w 1979 i 1983 r. Co ciekawe, nie zdobył żadnego tytułu ze swoją reprezentacją, mimo że spektakularny i ofensywny styl gry Brazylii był doceniany na całym świecie. Piłkarz zawsze okazywał troskę i zaangażowanie w sprawy społeczne. Jego opaski na głowę z hasłami protestacyjnymi wszelkiego rodzaju były jego znakiem rozpoznawczym. Co więcej, był jedną z sił napędowych ruchu „Demokracja Koryncka ”, pionierskiego ruchu na rzecz samorządności w sporcie w swoim kraju. Jego jedynym doświadczeniem w grze za granicą był występ w Fiorentinie, gdzie grał przez jeden sezon. Jednak Sócrates nie zaadaptował się do europejskiej piłki nożnej i wrócił do kraju, aby grać w takich drużynach jak Flamengo i Santos. Nawet jego śmierć miała legendarny wydźwięk. W wywiadzie z 1983 roku Sokrates stwierdził: „Chciałbym umrzeć w niedzielę, mając Corinthians jako mistrzów”. Jak na ironię, zmarł w niedzielę, 4 grudnia 2011 roku. Tego samego popołudnia jego ukochany klub został mistrzem ligi.

@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Comentateiro
@Gary
@Kapitan hawk
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@MoralnyKarzel

17

Rinus Michels, najlepszy trener w historii?

Ciekawe, że nazwisko Rinusa Michelsa nie jest tak dobrze znane przeciętnemu kibicowi piłki nożnej, jak nazwiska innych wybitnych postaci, takich jak Arrigo Sacchi, Alex Ferguson, Johan Cruyff a nawet Helenio Herrera. Jednak dla wielu był on najwybitniejszym menedżerem w historii piłki nożnej. Człowiek, który grał w Ajaxie przez niemal całą swoją karierę, wkrótce rozpoczął swoją podróż na ławce rezerwowych, wywierając ogromny wpływ na futbol. Wielu uważa go wręcz za prekursora nowoczesnej piłki nożnej (w najlepszym tego słowa znaczeniu). Holenderski menedżer prowadził Ajax w latach 1965-1971, budując prawdopodobnie najlepszą drużynę w historii. Ta drużyna, z Cruyffem jako gwiazdą, zdobyła trzy Puchary Europy z rzędu, choć tylko pierwszy z nich został zdobyty pod wodzą Michelsa. Stamtąd przeniósł się do FC Barcelony (z którą zdobył mistrzostwo ligi), a następnie objął posadę selekcjonera reprezentacji Holandii na Mistrzostwach Świata w 1974 roku. Na tym turnieju drużyna znana jako „Mechaniczna Pomarańcza” wzbudziła sensację swoim stylem gry opartym na posiadaniu piłki, wywieraniu presji na przeciwnika i grze kombinacyjnej. Tak zwany „futbol totalny”. Po Mistrzostwach Świata, na których Holandia przegrała z Niemcami, Rinus Michels został trenerem Ajaxu i Barcelony, po czym rozpoczął przygodę w lidze amerykańskiej i został trenerem niemieckiego klubu Kolonia. Reprezentacja Holandii ponownie skorzystała z jego usług w połowie lat 80. Michels zapisał się w historii z drużyną, w której grali Van Basten, Gullit, Rijkaard, Koeman i spółka. Holendrzy zdobyli tytuł mistrza Europy w 1988 roku, co było ich największym sukcesem w historii.

Jak wspomnieliśmy na początku artykułu, mamy zapewne do czynienia z trenerem nieco zapomnianym w mediach, jednak cieszącym się uznaniem różnych instytucji i przyznawanym nagrodami, które uznają go za najlepszego trenera w historii.



W 1999 roku FIFA uznała go za najlepszego trenera XX wieku, zaś prestiżowy magazyn „France Football” umieścił go na pierwszym miejscu listy 50 najlepszych trenerów wszech czasów, wyprzedzając Alexa Fergusona i Johana Cruyffa, którzy zajęli odpowiednio drugie i trzecie miejsce. Wpływ Rinusa Michelsa nie ograniczał się jednak do sukcesów trenerskich; obejmował on również dziedzictwo, jakie pozostawił po sobie w piłce nożnej. Jego najwybitniejszym uczniem był Johan Cruyff, o którym wielokrotnie wspominaliśmy i który kontynuował jego styl gry zarówno w Ajaxie, jak i ponownie w FC Barcelonie. Z kolei Johan miał za ucznia Pepa Guardiolę, który nalegał na ten model, gdy był trenerem Blaugrany, przechodząc do historii jako jedna z najlepszych drużyn wszech czasów, zdolna do zdobycia wielu tytułów.

@Safrani
@Ogorinho1974
@MoralnyKarzel
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@Kapitan hawk
@Gary
@Bernard777
@Adran360

1

@blakkudium Xavi Espart? A kto to do jasnej cholery??

11

Piłkarz Realu Madryt, który otrzymał owację na stojąco na Camp Nou:

Wróćmy do przypadku piłkarza Realu Madryt, który otrzymał owację na stojąco na Camp Nou, stadionie ich odwiecznych rywali. 10 lutego 1980 roku Real Madryt przybył do FC Barcelony aby zagrać w „El Clásico”, największym piłkarskim derbach Hiszpanii. W składzie drużyny znalazł się młody Brytyjczyk Laurie Cunningham. Lewoskrzydłowy przybył do stolicy Hiszpanii za 195 milionów peset (najdroższy transfer w historii klubu w tamtym czasie) z West Bromwich Albion, gdzie rozegrał dwa znakomite sezony. Grając w ataku u boku Santillany i Juanito, Cunningham stał się gwiazdą meczu. Angielski piłkarz rozmontował obronę Barçy gradem zwodów, dryblingów i rajdów skrzydłem. Chociaż wynik do przerwy pozostał 0:0, dwa gole w drugiej połowie, zdobyte przez Garcíę Hernándeza i Santillanę(po znakomitej grze Brytyjczyka), dały Realowi Madryt zdecydowane zwycięstwo na własnym boisku, u boku odwiecznego rywala.

Choć nie strzelił gola, kibice na Camp Nou docenili znakomity występ Cunninghama. Zawodnik Realu Madryt otrzymał owację na stojąco od kibiców drużyny przeciwnej, co było dość nietypowe w tak zaciętym meczu. Oto fragment relacji Alfredo Relaño z meczu dla „El País”: „Jedynym pocieszeniem dla kibiców Blaugrany była radość z widowiska, jakie Cunningham zapewniał za każdym razem, gdy piłka spadała mu pod nogi. Jego dryblingi, omijające brawurowe wślizgi Zuvirii, nagłe zrywy i popisy panowania nad piłką, były nagradzane owacjami, jakby mecz rozgrywany był na stadionie Realu Madryt. Kibice Barcelony pokazali, że potrafią kibicować najlepszej drużynie, nawet jeśli Barça nie jest najlepsza…”. Pierwszy sezon Cunninghama w Realu Madryt był udany. Wystąpił w 29 meczach i strzelił 8 bramek. Co więcej, Real Madryt zdobył dublet(La Liga i Copa del Rey). Jednak jego forma stopniowo spadała, głównie z powodu kontuzji, które uniemożliwiły mu utrzymanie poziomu, jaki prezentował w pierwszym roku w drużynie. Od tego momentu rozpoczął serię wypożyczeń do klubów w Anglii, Francji a nawet Hiszpanii. Sporting Gijón i Rayo Vallecano(w dwóch oddzielnych okresach) były jego pozostałymi klubami w Hiszpanii. W sezonie 1988-1989 awansował do Pierwszej Ligi z klubem z Vallecas. Po zakończeniu sezonu i w trakcie negocjacji w sprawie przedłużenia kontraktu z klubem, Cunningham uległ tragicznemu wypadkowi samochodowemu, w którym zginął. Miał 33 lata. Na zawsze pozostanie w pamięci jako pierwszy piłkarz Realu Madryt, który otrzymał owację na stojąco na stadionie swojego odwiecznego rywala.

@Adran360
@Bernard777
@Gary
@Kapitan hawk
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@MoralnyKarzel
@Ogorinho1974
@Safrani

0

@Lionel_Messi10 Nie mogli zagrać na Wembley czy choćby na Camp Nou, jak słusznie sugeruje @Kozinho. ?

1

@Frimpong A, no to już rozumiem. W takim razie wszystkiego najlepszego tobie i twojemu klubowi, niech się wiedzie!

1

@FcPortoFan1999 ??? O co chodzi jaki Frimpong?

12

Czy wiemy że:

15 marca 1892 r. narodził się jeden z najpopularniejszych klubów na świecie. Liverpool Football Club mógłby się nigdy nie narodzić, gdyby nie jedna postać. W roku 1892 powstał spór o najem, w efekcie czego Everton opuścił Anfield a prezes klubu John Houlding został wspólnie z garstką fanów i tylko trzema zawodnikami z pierwszego zespołu. Jednak był zdecydowany tworzyć historię piłki nożnej w mieście. Utworzył więc od podstaw nowy klub, wybrał nazwę Liverpool... i stworzył legendę. Nawet on sam nie mógł przewidzieć jak udany będzie jego plan. Po ponad 120 latach, „The Reds” jest jednym z najbardziej utytułowanych klubów na świecie, 19-krotni Mistrzowie Kraju, 8-krotni zwycięzcy FA Cup, 9-krotni zwycięzcy Pucharu Ligi, 6-krotni zdobywcy Pucharu Europy i 3-krotni zdobywcy Pucharu UEFA.

@Safrani
@Ogorinho1974
@MoralnyKarzel
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@Kapitan hawk
@Gary
@Bernard777
@Adran360

0

@LeoMessiiBarcaPepa No ja też odnosze takie wrażenie. Tyle się dzieje na świecie, tylko naszego Leosia nam brak...

Media

Sonda

Której reprezentacji, do której powołany został zawodnik Barcy, kibicujesz?