15

Feliz cumpleaños Ivanie! 38 lat kończy dziś Ivan Rakitič, wszystkim cules bardzo dobrze znany pomocnik. Dziękujemy za wszystkie chwile radości i poświęcenie dla Dumy Katalonii. Bywaj zdrów!
@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360

6

No i teraz w końcu po pracy wypije(i to pomimo postu!) za urodzinowe mojego wspaniałego napastnika murzynka Samuela!
Za Ivana Rakiticia również!

15

Feliz cumpleaños sympatyczny murzynku Samuelu! 45 lata temu urodził się Samuel Eto’o Fils, mój ulubiony napastnik Barcuni. Przy tej okazji chciałbym tylko dodać że po przybyciu do Barçy latem 2004 r. Eto’o i Deco, zakochałem się w Dumie Katalonii na amen! Już rok wcześniej, kiedy grał Ronaldinho sympatyzowałem z Blaugraną lecz nie miałem możliwości oglądania jej, jedynie śledziłem wyniki na telegazecie. Najbardziej właśnie uwielbiałem Eto’o, Ronaldinho i Puyola. Dopiero po pewnym czasie doceniłem wartość Xaviego, Iniesty czy choćby Marqueza. To były cudowne, niemal beztroskie czasy…

Kameruńczyk Samuel Eto'o, groźny środkowy napastnik, uważany jest za jednego z najlepszych piłkarzy na świecie w latach 2000-cznych. W latach 2003, 2004, 2005 i 2010 był zdobywcą Złotej Piłki Afryki. Jest utalentowanym strzelcem i chwalono go również za jakość gry zespołowej. Samuel Eto'o Fils urodził się 10 marca 1981 roku w Duala w Kamerunie. Ukończył szkolenie piłkarskie w „Kadji Sports Academy” w Duali. W wieku piętnastu lat, grając w UCB Douala, kameruńskim klubie drugiej ligi, błyszczał w Pucharze Kamerunu: jego błyskotliwe ataki i zadziwiająca pewność siebie urzekały obserwatorów. Skontaktowali się z nim już skauci prestiżowego Realu Madryt i w 1996 roku podpisał kontrakt z klubem „Merengue”. Jednak występy tego młodego kandydata nie były przekonujące i w sezonie 1997-1998 został wypożyczony do CD Leganés, klubu grającego w drugiej lidze hiszpańskiej. W 2000 roku Kameruńczyk został wypożyczony do innego hiszpańskiego klubu, Realu Mallorca. Eto'o od razu zyskał sympatię zarządu klubu, który wykupił jego kontrakt za 4,4 miliona euro. Ten transfer jest najdroższym w historii Realu Mallorca. Samuel Eto'o kwitł na Majorce; został najskuteczniejszym strzelcem swojej drużyny a w 2003 roku zdobył z nią Puchar Króla. Jednakże Real Mallorca, ze względu na brak środków finansowych, nie może rywalizować z dużymi europejskimi klubami. W 2004 roku Samuel Eto'o został uwiedziony przez potężny klub FC Barcelona. W koszulce Blaugrany Eto'o stanie się gwiazdą światowego formatu. Wygrał Mistrzostwo Hiszpanii w 2005 i 2006 roku(był wówczas najskuteczniejszym strzelcem La Liga). Przede wszystkim w 2006 roku wygrał Ligę Mistrzów: w finale, na Stade de France w Saint-Denis, przeciwko angielskiemu klubowi Arsenal, strzelił jednego z dwóch goli zapewniających zwycięstwo Dumie Katalonii 2:1. W sezonach 2006-2007 i 2007-2008 jego karierę zahamowały kontuzje. Jednak sezon 2008-2009 był dla Eto'o i FC Barcelony pasmem wielkich osiągnięć. W ataku stworzył wraz z Francuzem Thierrym Henrym i Argentyńczykiem Lionelem Messim wyjątkowe trio. Barça oczarowała Europę olśniewającą grą w piłkę nożną a niemal każdy występ drużyny nosi znamiona geniuszu. Z katalońskim klubem Eto'o osiągnął nieprawdopodobny sukces: zdobył mistrzostwo Hiszpanii, Puchar Króla i przede wszystkim, po raz drugi, wygrał Ligę Mistrzów; W finale tych rozgrywek, na Stadionie Olimpijskim w Rzymie strzelił pierwszego z dwóch goli dających zwycięstwo FC Barcelonie nad Manchesterem United (2:0). Jednak świat piłki nożnej jest pełen niespodzianek: trener Blaugrany Josep Guardiola nie zamierzał uczynić Samuela Eto'o jednym z filarów swojego zespołu w sezonie 2009-2010. Kameruńczyk dołączył do Interu Mediolan, gdzie od razu zyskał sympatię kibiców na stadionie Giuseppe Meazzy. Portugalski trener Interu, José Mourinho, wyznaczył mu nową rolę: grał głównie na pozycji napastnika, u boku Argentyńczyka Diego Milito. Doceniany przez wszystkich kolegów z drużyny i chwalony za bezinteresowność, Samuel Eto'o był jednym z architektów triumfu Interu w 2010 roku: klub zdobył Mistrzostwo Włoch, Puchar Włoch a przede wszystkim Ligę Mistrzów, pokonując w finale Bayern Monachium (2:0), notując przy tym wyjątkowy hat-trick. Latem 2011 roku Samuel Eto'o opuścił Inter Mediolan, by dołączyć do rosyjskiego klubu Anży Machaczkała, gdzie otrzymywał ogromną pensję (20 milionów euro rocznie). W sierpniu 2013 roku opuścił rosyjski klub, który zmagał się z problemami finansowymi, i dołączył do Chelsea (Anglia). W sierpniu 2014 roku podpisał kontrakt z innym angielskim klubem, Evertonem. Na początku 2015 roku podpisał kontrakt z nowym klubem, Sampdorią Genoa, ale we Włoszech spędził tylko kilka miesięcy. Następnie dołączył do klubu Antalyaspor (Turcja).

W reprezentacji Kamerunu Samuel Eto'o zadebiutował w 1997 roku. Na Mistrzostwach Świata we Francji w 1998 roku brał udział anonimowo (nie znalazł się w podstawowym składzie i Kamerun odpadł w pierwszej rundzie). W 2000 roku zdobył Puchar Narodów Afryki (CAN) z drużyną Indomitable Lions. Podczas tych zawodów strzelił cztery gole, w tym jednego w finale przeciwko Nigerii (2-2, 4 strzały na bramkę do 3). W tym samym roku, w Sydney, został wraz ze swoimi młodymi kolegami z drużyny mistrzem olimpijskim. W finale w przerwie Kamerun prowadził z Hiszpanią (2-0); ale ona się podnosi i wyrównuje (Eto'o strzela drugiego gola); Po serii rzutów karnych Kamerun zdobył złoty medal. W 2002 roku Indomitable Lions ponownie wygrali CAN. Natomiast w tym samym roku na Mistrzostwach Świata w Korei Południowej i Japonii Kamerun, który zajmował trzecie miejsce w grupie za Niemcami i Irlandią, odpadł już w pierwszej rundzie. W 2008 roku podczas Mistrzostw Świata w Piłce Nożnej Kamerun uległ w finale Egiptowi (1-0). Eto'o z kolei strzelił pięć goli podczas turnieju. Następnie w CAN strzelił szesnaście goli, stając się najskuteczniejszym strzelcem w historii tych rozgrywek. W 2010 roku Kamerun odpadł w ćwierćfinale CAN i w pierwszej rundzie Mistrzostw Świata w RPA. Dla reprezentacji i Samuela Eto'o niepowodzenia goniły koleje losu: Kamerun nie zakwalifikował się do Pucharu Narodów Afryki 2013 a na Mistrzostwach Świata 2014 w Brazylii odpadł już w pierwszej rundzie. W sierpniu 2014 roku Samuel Eto'o ogłosił zakończenie kariery reprezentacyjnej.

@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani

0

@Bernard777 A co oznacza Murcki Kostuchna. Czyżby dzielnica?

11

@FCBparasiempre
Z perspektywy czasu, Juan Sebastian Veron, który obchodzi dzisiaj swoje urodziny, swoją grą potrafił zachwycać we Włoszech i Argentynie. Mimo średnio udanej męczarni na Wyspach Brytyjskich, tam też nie przepadł kompletnie. Jednak jak sam wielokrotnie podkreślał Italia to miejsce odpowiednie do niego. Całą opowieść o dzisiejszym jubilacie, trzeba chyba zacząć od ojca Juana Ramona Verona, który przez lata występował jako napastnik, czterokrotnie grając w reprezentacji Argentyny, spędzając większość swojej kariery w Estudiantes La Plata. Zaliczył też trzyletni epizod w Panathinaikosie Ateny. Gdy w 1975 roku na świat przyszedł jego syn, Juan Ramon wrócił do Estudiantes a następnie trzy sezony spędził w Kolumbii i znów wrócił do La Platy, miasta położonego kilkadziesiąt kilometrów od Buenos Aires. Co ciekawe, gdy rodził się jego syn, on akurat rozgrywał mecz, bo trener nie chciał go tracić i nie przekazał zawodnikowi o tak ważnym momencie w jego życiu. Młody Juan Sebastian od razu miał więc lepsze wejście do ekipy „Lwów”, gdzie na treningi zaprowadził go ojciec, przez kolejne lata czynnie uczestniczący w życiu klubu m.in. jako doradca. Całe dzieciństwo miał w głowie jednak tylko piłkę, przez co gorzej szło mu w szkole. Skończyło się tym, że rzucił szkołę i poszedł do pracy do zakładu wulkanizacyjnego. Inaczej było jednak na boisku. Veron junior od razu zaczął sobie wypracowywać dobrą pozycję w klubie, jeszcze w czasach juniorskich. Po prostu prezentował się nad wyraz dobrze, co udowadniał też w młodzieżowych reprezentacjach. Mimo że dysponował potężnymi warunkami fizycznymi, popisywał się bardzo elegancką grą. Nie wykopywał piłki, nie lubił się o nią „bić”. Miał wyraźne inklinacje ofensywne. A gdy dostawał futbolówkę do nogi, zaczynała się prawdziwa sztuka. Ujawniał duszę artysty. Potężny strzał z dystansu, a do tego podania najwyższej klasy, znajdujące najmniejszą lukę w szeregach obronnych rywali, czy też długie dopieszczone zagrania. Prawdziwy artysta, którego dziś najprościej porównać do Kevina De Bruyne, mieszanym z Andreą Pirlo. To wszystko nie umknęło uwadze pierwszej drużyny, gdzie młody Argentyńczyk wszedł jak po swoje. Od pierwszych meczów zawładnął środek pola i już w drugim sezonie, znacząco przyczynił się do wydostania „Lwów” z drugiej ligi na najwyższy poziom rozgrywek w Argentynie. Było jednak wiadomo, że Estudiantes, wydostające się z okopów to za małe progi na takiego zawodnika, dodatkowo klub miał problemy finansowe i tuż po awansie trafił do argentyńskiego potentata, Boca Juniors. Tam spędził jednak tylko pół roku, bo nadeszła oferta z Europy. W Buenos Aires grał jednak w jednym zespole z Diego Armando Maradoną. Veron przeniósł się za około sześć milionów funtów do Sampdorii Genua, gdzie trafił pod wodzę Svena-Gorana Erikssona. Zaliczył już wtedy swoje pierwsze występy w pierwszej reprezentacji. Zaliczył dwa bardzo dobre sezony w Serie A i powoli Genua zaczynała się robić zbyt ciasna. Czarował swoją grą, strzelał kapitalne bramki z dystansu i zwracał na siebie uwagę przeciwników. Choć posturą i wyrazem twarzy przerażał, z piłką przy nodze stawał się innym piłkarzem, który na boisku widział dużo więcej.

W 1998 roku Daniel Passarella powołał go na mistrzostwa świata. Tam Argentyńczycy odpadli w ćwierćfinale, ulegając Holandii, jednak sam Juan Sebastian mógł uznać turniej za udany. Zagrał komplet minut, łącznie z dogrywką w spotkaniu z Anglią w 1/8 finału, a do tego dorzucił trzy asysty, po jednej w meczu z Jamajką w fazie grupowej, oraz Anglią, a następnie Holandią, popisując się kapitalnym prostopadłym podaniem do Claudio Lopeza. Po światowym czempionacie cena za niego wzrosła. Parma zapłaciła za niego ponad trzykrotność ceny, za którą w ogóle trafił na Półwysep Apeniński. Tam wytrzymał jeden sezon, ale z ekipą „Gialloblu” wygrał Puchar Włoch oraz Puchar UEFA, gdzie we wcześniejszej fazie Parma mierzyła się w pamiętnych meczach z Wisłą Kraków, ostatecznie wygrywając dwumecz jedną bramką. A Veron zanotował asystę, przy golu Enrico Chiesy. Jak się później okazało, to właśnie „Biała Gwiazda” sprawiła Włochom największe trudności, bowiem w późniejszych fazach raczej dość pewnie ograli Glasgow Rangers, Bordeaux, Atletico Madryt, a także w wielkim finale Olympique Marsylię, wygrywając 3:0. Wtedy Veron również zanotował asystę, znów przy trafieniu Chiesy, ustalającym wynik spotkania. Dużo bardziej Parma męczyła się w Pucharze Włoch, gdzie m.in. w finałowym dwumeczu, bramkami na wyjeździe pokonała Fiorentinę. Alberto Malesani największe bronie wystawił dopiero po przegranym pierwszym meczu z Udinese. W rewanżu wystąpiła już najmocniejsza ekipa z Veronem, Hernanem Crespo, czy Gino Baggio, a sam argentyński pomocnik zdobył bramkę i dorzucił asystę, prowadząc Parmę do zwycięstwa 4:0. Następnie zdobył po jednym golu w obydwu spotkaniach z Interem w ramach półfinału. Dodatkowo Parma zajęła trzecie miejsce w lidze, a Veron zdobył w lidze jedną bramkę i sześć asyst. Mimo że nie pojechał na Copa America, to wszystko zaprocentowało kolejnym sporym transferem, gdy za równowartość 30 milionów euro trafił do Lazio, znów pod skrzydła Erikssona. Tam wejście miał wyborne. W swoich pierwszych ośmiu meczach w lidze zapisał na koncie pięć bramek i tyle samo asyst. A prawdziwą popisówką był niesamowity gol z Hellasem Verona, gdy skierował piłkę do bramki prosto z rzutu rożnego, a jakby tego było mało, miał jeszcze dwie asysty. Debiut w nowych barwach zaliczył z kolei z Manchesterem United w ramach Superpucharu Europy. „Biancocelesti” wygrali na Stade Louis II w Monako 1:0 po trafieniu Marcelo Salasa, a Veron rozegrał pełne 90 minut i zgarnął tytuł najlepszego zawodnika meczu. Na boisku czarną robotę za jego plecami odwalał wtedy Diego Simeone, przez co Argentyńczyk mógł się zająć kreowaniem. Problemem według Erikssona było jednak jego nocne życie. Veron miał jednak szczęście, bo tam bardzo szybko temperował go szwedzki szkoleniowiec, przez co nie był w stanie całkowicie „popłynąć” i piłka nigdy nie zeszła u niego na dalszy plan. Szybko ułożył też sobie relacje z kibicami, którzy nie mogli wytrzymać, że gwiazdor ich ukochanego zespołu nosi tatuaż Che Guevary. Razem z kolegami dotarł też do ćwierćfinału Ligi Mistrzów, gdzie lepsza okazała się Valencia. Do tego vicemistrzostwo Włoch i Puchar Włoch. Trzeba przyznać, że rosły Argentyńczyk zaliczył bardzo korzystne wejście do zespołu. Swoją formę podtrzymał też w kolejnym sezonie, gdy skończył go z czterema bramkami i dziesięcioma asystami w 32 spotkaniach. Przeszkadzać zaczęło mu delikatnie zdrowie i kolejne mniejsze urazy. Dodatkowo był mocno eksploatowany w reprezentacji, będąc etatowym pomocnikiem w eliminacjach do mistrzostw świata, w których „Albicelestes” w 18 spotkaniach zanotowali tylko jedną porażkę.

Świetna postawa Verona w reprezentacji i stolicy Włoch zaprocentowała kolejnym ogromnym transferem. Kolejnymi powodami tego okazało się odejście Svena-Gorana Erikssona oraz problemy finansowe klubu ze stolicy Włoch. A prawdopodobnie najważniejsze były problemy z prawem. Szybko bowiem okazało się, że „Mała Wiedźma” grał w Serie A na włoskich papierach, które, krótko mówiąc, były „lewe”, wpisał tam bowiem włoskich dziadków, którzy nie istnieli. W swoich szeregach zapragnął go za to mieć sir Alex Ferguson i Manchester United wyłożył na niego ponad 40 milionów euro, bijąc angielski rekord transferowy. Sam szkoleniowiec był zafascynowany dotychczasową ekipą „Biancocelesti” na czele właśnie z sympatycznym łysolem. Nie było jednak wielką tajemnicą, że Szkot chciał w swojej drużynie również Marcelo Salasa, który pogrążył jego zespół w pamiętnym starciu o Superpuchar Europy i Alessandro Nestę. Legendarny szkocki trener od razu wkomponował go do środka pomocy, gdzie rządził razem z Royem Keanem oraz Paulem Scholesem. To okazało się jednak problemem, bowiem „Czerwone Diabły” przez lata grały czwórką pomocników. Nagle Ferguson postanowił coś zmienić i chciał do Keane’a, Scholesa i skrzydłowych Giggsa i Beckhama, wrzucić kogoś z całkowicie innego świata. W całym pierwszym sezonie zagrał 40 spotkań, strzelił pięć bramek i dołożył sześć asyst. Już w swoim drugim miesiącu dostał też statuetkę dla najlepszego gracza miesiąca w Premier League. Wszystko zwieńczył wyjazdem na mistrzostwa świata, gdzie Argentyna po trzech meczach wróciła do domu. Nasz bohater zagrał we wszystkich, w dwóch z nich wyprowadzając swój zespół w roli kapitana. Po powrocie z Korei i Japonii jego forma wzrosła, a błyszczał szczególnie w Lidze Mistrzów, gdzie strzelił cztery bramki i dodał pięć asyst. W lidze z kolei miał tylko dwie bramki i trzy asysty. Niestety w drugiej połowie sezonu dopadła go kontuzja, przez którą pauzował półtora miesiąca. „Czerwone Diabły” skończyły jednak sezon serią 18 spotkań bez porażki, dzięki czemu zdobyli tytuł. Do tego dotarli do półfinału Ligi Mistrzów, gdzie lepszy okazał się Real Madryt, w pamiętnym dwumeczu, gdy kapitalny mecz i hattrick Ronaldo dał awans do finału „Królewskim”. Veron właśnie w rewanżu zaliczył powrót na boisko po kontuzji. Problemem okazało się jednak to, że Argentyńczyk nie do końca przystosował się do angielskiego stylu gry. Był typowym artystą, który potrzebował troszkę miejsca, by móc czynić cuda. Mimo wzrostu (186 cm) nie lubił walki wręcz i ciągłych ostrych wejść. Lecz miewał doskonałe zagrania, które potrafiły wpłynąć na wynik i to najbardziej cenił Alex Ferguson, jednak w dłuższej perspektywie nie potrzebował zawodnika w środku pola, któremu bliżej do „dziesiątki”. Dodatkowo samemu Argentyńczykowi nie było po drodze z językiem angielskim, a także deszczową pogodą. Przez dłuższy czas bronił go jednak Ferguson, który na zaczepki dziennikarzy odpowiedział na konferencji tak: ,,On you go. I’m no fucking talking to you. He’s a fucking great player. Yous are fucking idiots”

Po sezonie przeszedł do Chelsea za ponad 20 milionów euro. Tam jednak kompletnie przepadł, występując w zaledwie 14 spotkaniach. W tym czasie przestał już dostawać powołania do kadry. A sam wielokrotnie mówił, że marzy mu się powrót na Półwysep Apeniński. Kolejne dwa lata spędził w barwach Interu Mediolan, gdzie wracał do formy. Mimo kolejnych drobnych urazów zdobył z „Nerrazurri” Puchar Włoch. W drugim sezonie zdobył scudetto. W całym sezonie rozegrał 35 spotkań, ale strzelił tylko jedną bramkę i miał siedem asyst. Po sezonie postanowił wrócić do korzeni i podpisał kontrakt z Estudiantes La Plata, gdzie z mniejszymi i większymi przerwami spędził kolejnych 11 lat. I to była druga młodość tego zawodnika. Spisywał się znakomicie, doprowadzając swoją ekipę do pierwszej od 23 lat Apertury, gdy w dwumeczu „Lwy” pokonały wielkie Boca Juniors. Mało tego. W 2009 roku Veron w roli lidera zespołu osiągnął największy sukces w historii, zdobywając Copa Libertadores, wygrywając w dwumeczu z Cruzeiro Belo Horizonte, a sam zaliczył asystę przy zwycięskim golu Mauro Boselliego. Wcześniej wobec świetnej formy na rodzimych boiskach, Alfio Basile przywrócił go do pierwszej reprezentacji, co spowodowało też grę w Copa America, gdy „Albcelestes” przegrali w finale z Brazylią. W 2010 roku pojechał też na mistrzostwa świata, powołany przez Diego Maradonę, a po nieudanym turnieju oficjalnie zakończył karierę w narodowych barwach. W 2010 roku zdobył też drugi raz z Estudiantes Aperturę. W 2012 roku wobec kolejnych kłopotów zdrowotnych postanowił zakończyć przygodę z boiskiem. Po roku jednak wrócił do gry na kolejny sezon i po sezonie zakończył karierę. Ponownie jednak wrócił, jednak z innego powodu. Założył się z kibicami, że nie wykupią 65% karnetów. Ci jednak spięli się i wykonali limit, bowiem Veron obiecał, że gdy to zostanie spełnione, ponownie przywdzieje klubową koszulkę i pomoże zespołowi w meczach. Wtedy był już w La Placie innym człowiekiem, bowiem w 2014 roku został wybrany prezydentem klubu. Do zakładu podszedł jednak bardzo poważnie. Przez dłuższy czas trenował z trenerem personalnym, by należycie przygotował go do powrotu na boisko. Zanotował pięć spotkań, w których zdążył zaliczyć asystę. Prezydentem był do 2021 roku. Następnie postanowił ograniczyć swoją działalność w klubie na tyle, że został wiceprezydentem.

Statystyki i osiągnięcia:

Lazio Rzym

1x mistrzostwo Włoch (2000)

1x Superpuchar UEFA (2000)

1x Puchar Włoch (2000)

1x Superpuchar Włoch (2001)

AC Parma

1x Puchar UEFA (1999)

1x Puchar Włoch (1999)

Manchester United

1x mistrzostwo Anglii (2003)

Inter Mediolan

1x mistrzostwo Włoch (2006)

1x Puchar Włoch (2005)

1x Superpuchar Włoch (2006)

Estudiantes La Plata

1x Copa Libertadores (2009)

2x mistrzostwo Argentyny (2007, 2010)

Osiągnięcia indywidualne:

2x Piłkarz Roku w Argentynie (2006, 2009)

2x Najlepszy Piłkarz Południowej Ameryki (2008, 2009)

9

1

@Safrani A to nie można tak było od razu pisać, tylko znowóż po łacinie!!?

12

Zapomniane legendy rodzimego futbolu:

9 marca 1962 r. urodził się Jan Furtok, napastnik, który przez lata z powodzeniem występował na poziomie Bundesligi. Do czasów Roberta Lewandowskiego, to właśnie legenda GKS-u Katowice była najlepszym strzelcem ligi naszych zachodnich sąsiadów z naszego kraju. Jan Furtok jest wychowankiem Górnika Katowice, ale na szerokie wody udało mu się wypłynąć w barwach miejscowego GKS-u. Napastnik w barwach „Gieksy" spędził ponad 10 lat i w rozgrywkach ligowych zdążył w tym czasie strzelić 77 goli w 169 meczach oraz zdobyć Puchar Polski. Jego dobra skuteczność została dostrzeżona przez niemieckie kluby. Piłkarz przeniósł się najpierw do Hamburgera SV a następnie do Eintrachtu Frankfurt. Łącznie w obu tych zespołach występował przez siedem lat. W sumie zdobył w lidze niemieckiej 59 goli i zaliczył 30 asyst. Po tym okresie powrócił do GKS-u Katowice, gdzie zakończył karierę. Jan Furtok zmarł po długiej chorobie Alzheimera 26listopada 2024 r.

@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@FcPortoFan1999
@Bernard777
@Adran360

1

@Safrani A coz to do cholery te predykcje znaczą?

1

@FcPortoFan1999 No siadła ale głównie z powodu tego, że trener wymienił cały przód, tego Veige i innych. To raczej nie tylko z powodu Oskara...

0

@FcPortoFan1999 Aaaa no to już rozumiem, tyle tylko że musze ci uwierzyć na słowo, gdyż sam musiałbym to zobaczyć w kilku meczach i w pełni zweryfikować a na to nie mam zbyt dużo siły i czasu....

1

@FcPortoFan1999 No to rzeczywiście już wszystko tak rozumiem że kompletnie nic nie rozumiem no ale dobra, mniejsza z tym!

0

@FcPortoFan1999 Tyle że wygrali po golu z ewidentnego spalonego!
Znaczy sie awansowali, gdyż sam mecz zremisowali.

0

@FcPortoFan1999 A co to u diabła znaczy!?

13

„The Special One”:

9 marca 2004 r. Manchester United remisuje z FC Porto 1:1 i w efekcie odpada z Champions League. Pierwsza w historii 1/8 finału Ligi Mistrzów nie rzuciła na kolana. W 16 meczach padło zaledwie 29 goli. Tylko w dwóch parach lepsze okazały się drużyny, które w swoich grupach zajęły drugie miejsca: Deportivo La Coruña wyeliminowało mianowicie Juventus a FC Porto Manchester United. Pomimo absencji Roya Keana, lidera środka pola, Manchester United do ostatniej minuty prowadził u siebie z FC Porto. Gola strzelił Paul Scholes a drugie jego trafienie, jak najbardziej prawidłowe nie zostało uznane przez sędziego Valentina Iwanowa. „Działo się coś dziwacznego. W trakcie drogi po triumf w Lidze Mistrzów wielokrotnie zdarzało się że sędziowie niesłusznie odgwizdywali spalone napastnikom przeciwników, choć powtórki pokazywały że rywalom Porto udało się uniknąć pułapki offside'owej. Zdarzało się to jednak tak często że w grę wchodzić musiało coś więcej niż szczęście, obrońcy Porto zachowywali się tak przekonująco, gdy sygnalizowali spalonego, nawet gdy go nie było że asystenci sędziego głównego regularnie dawali się im nabrać"- pisze Cox w „Gegen pressing i tiki Taka". Czyli gdyby funkcjonował wtedy „VAR” Porto nie wygrałoby Ligi Mistrzów. Opisane zachowanie defensorów to była kolejna diabelska sztuczka Mourinho, w tamtym przypadku decydująca. „Porto nigdy nie odrobiłoby po 0:2”- powiedział cytowany przez Barkleya Bobby Robson i zapewne miał rację. W doliczonym czasie po wolnym McCarthy’ego bramkarz Tim Howard wybił piłkę wprost pod nogi Costinhi, który wepchnął ją do siatki. Przyszły triumfator był o sekundy wyeliminowania we wczesnej fazie imprezy a gdyby do tego doszło nie powstałaby legenda Jose Mourinho i dzieje futbolu w ogóle potoczyłyby się inaczej. Jak sam powiedział: „Moja drużyna po 90 minutach odpadła... A w 91 weszła do ćwierćfinału". W ten sposób chwała „Mou” zaczęła rosnąć, wszak Manchester United do ćwierćfinału Ligi Mistrzów nie przebił się po raz pierwszy od 8 lat a taniec radości, który w swym charakterystycznym długim płaszczu portugalski trener wykonał po golu Costini przeszedł do historii Ligi Mistrzów jako obrazek równie ikoniczny co cios karate Louisa Van Gaala.

@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani

12

Luis Suarez przypieczętowuje zwycięstwo:

W sobotę 9 marca 2019 r. na Camp Nou FC Barcelona pokonała Rayo Vallecano 3:1 w 27 kolejce Primera Division, dzięki golom Gerarda Pique, Lionela Messiego i Luisa Suareza. Ernesto Valverde wystawił na mecz z Rayo bardzo mocny skład, mimo że spotkanie odbyło się zaledwie cztery dni przed rewanżowym meczem Ligi Mistrzów z Lyonem. W wyjściowym składzie znaleźli się Gerard Pique, Sergio Busquets, Messi i Luis Suarez a Philippe Coutinho zastąpił Ousmane'a Dembele. Blaugrana całkowicie zdominowała pierwszą połowę, ale nie stworzyła zbyt wielu okazji. Pique strzelił głową obok bramki a Coutinho mógł jedynie delikatnie uderzyć w kierunku Stole Dimitrievskiego po efektownej akcji. Rayo przypłaciło to stratą bramki otwierającej wynik za sprawą Raula de Tomasa. Piłka została podana do napastnika, który pobiegł za obrońcą Barçy i strzelił nisko obok Marca-Andre ter Stegena. FC Barcelonie udało się wyrównać przed przerwą za sprawą Pique. Messi dośrodkował z rzutu wolnego z prawej strony a niepilnowany Pique skierował piłkę głową do siatki na sześć minut przed przerwą. W przerwie Ernesto Valverde wprowadził Arthura za Dembele a Blaugrana szybko objęła prowadzenie, wykorzystując rzut karny. Nelson Semedo został sfaulowany przez Jordiego Amata w polu karnym a Messi wykorzystał rzut karny, dając FC Barcelonie prowadzenie. Reszta drugiej połowy przebiegła bez większych wydarzeń, aż do momentu, gdy Luis Suarez w końcówce zapewnił sobie bezpieczną przewagę. Rezerwowy Ivan Rakitić podał piłkę do napastnika, który z bliskiej odległości umieścił ją w siatce, zapewniając drużynie trzy punkty.

@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360

11

Czy wiemy że…

9 marca 1996 r. padł gol ligowy numer 4000 dla FC Barcelony. Zdobył go Guillermo Amor w przegranym 4:1 wyjazdowym meczu z Valencia CF. Ten pomocnik był jednym z pierwszych piłkarzy ukształtowanych w La Masíi, do której trafił w wieku 12 lat. W ciągu dekady spędzonej na Camp Nou zdobywał gole, które zapisały się w pamięci wielu culés.

@Adran360
@Bernard777
@Gary
@Kapitan hawk
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@MoralnyKarzel
@Ogorinho1974
@Safrani

9

Bukmacherzy i… pierwszy ustawiony mecz w historii?

W lidze piłkarskiej, która jest profesjonalna od 1885 r., tak jak miało to miejsce w Anglii i w kraju, w którym już wcześniej popularne były zakłady bukmacherskie, nie dziwi fakt, że pierwszy znany przypadek korupcji i ustawiania meczów związanych z domami bukmacherskimi miał miejsce właśnie tam, w kolebce futbolu. W 1915 roku piłka nożna przeżywała rozkwit. Świat zakładów bukmacherskich opanował ją tak samo, jak wcześniej wyścigi konne i boks. Drobne, nielegalne zakłady były powszechne w pubach, ale to u legalnych bukmacherów obstawiano naprawdę duże sumy pieniędzy. Nie było brytyjskiego miasta ani miasteczka, w którym nie byłoby kilku takich miejsc, gdzie można było zaryzykować kilka szylingów, obstawiając różne sporty i gry. W 1915 roku, mimo że I wojna światowa wybuchła już rok wcześniej, Związek Piłki Nożnej( FA) podjął decyzję o kontynuowaniu rozgrywek. „Nie zawiesimy ligi z powodu wojny ” – oświadczył prezes federacji, uzyskując jednocześnie od swojego rządu zgodę na powołanie zawodowych piłkarzy do wojska dopiero po zakończeniu sezonu ligowego 1914-15. Ta kontrowersyjna decyzja spotkała się z ostrą krytyką części ówczesnego społeczeństwa brytyjskiego. W każdym razie, ostatnia kolejka sezonu ligowego rozegrana została 3 kwietnia. Liverpool, znajdujący się w środku tabeli i niemający o co grać, udał się do pobliskiego Manchesteru aby zmierzyć się z United, który walczył o utrzymanie w barażu z Chelsea o miejsce w pierwszej lidze, w meczu barażowym z Tottenhamem Hotspur, rozgrywanym wówczas w First Division, drugim poziomie angielskiej piłki nożnej. Bukmacherzy uważali Liverpool za zdecydowanego faworyta, drużynę, która również miała przyjechać i ukarać swoich sąsiadów i już zaciekłych rywali z Manchesteru. Tak się jednak nie stało. Manchester United wygrał 2:0 a brytyjski bukmacher wypłacił mu wygraną 7 do 1. Według współczesnych relacji mecz był skandaliczny. Niektórzy piłkarze Liverpoolu zachowywali się leniwie, jakby mecz ich nie dotyczył a ich przeciwnicy nie byli Manchesterem United. Co więcej, podczas meczu doszło do dziwnego incydentu. Sędzia podyktował rzut karny dla gości, który w groteskowy sposób wykonał Jackie Sheldon, uniemożliwiając wykonanie rzutu karnego swojemu partnerowi od wykonywania rzutów karnych, O'Connellowi, wyznaczonemu przez menedżera. Śledztwo przeprowadzone przez Związek Piłki Nożnej i gazetę „The Guardian” pozwoliło ustalić źródło dziwnego zachowania zawodników obu drużyn. Siedmiu z nich obstawiało znaczące kwoty w punkcie bukmacherskim w miejscowości położonej między Liverpoolem a Manchesterem. Właściciel punktu zidentyfikował zawodników a co gorsza dla Westa, zakłady obstawiano w jego rodzinnym mieście Hucknall, gdzie z pewnością nie pozostały niezauważone.

Zamieszani w sprawę byli Sandy Turnbull, Arthur Whalley i napastnik Enoch West z Manchesteru United oraz Tom Fairfoul, Tom Miller, Bob Purcell i Jackie Sheldon, podejrzany o wykonanie rzutu karnego, z Liverpoolu. Gazeta „Guardian” przez wiele tygodni poświęcała wiele uwagi największemu jak dotąd skandalowi sportowemu. Przyznanie się bukmachera i podejrzane zachowanie zawodników takich jak West, najskuteczniejszy strzelec angielskiej ligi kilka lat wcześniej w Nottingham Forest, który nie wykorzystał klarownych okazji do zdobycia gola lub zmarnował klarowne okazje, obciążyły pozostałych. Football Association dożywotnio wykluczyła siedmiu piłkarzy. Mimo to wynik pozostał w mocy a Chelsea została zdegradowana do Pierwszej Dywizji(degradacja nigdy nie nastąpiła, ponieważ liczba drużyn w angielskiej lidze wzrosła z 20 do 22 pod koniec wojny). Kiedy wojna się skończyła a rozgrywki ligowe zostały wznowione, pięciu z zamieszanych w to osób otrzymało amnestię po przyznaniu się do oszustwa i publicznych przeprosinach a inny, Turnbull, który zaciągnął się do wojska, zmarł we Francji podczas wojny. To samo nie stało się z Enochem Westem, który nadal zaprzeczał swojemu udziałowi w spisku i utrzymywał swoją niewinność. Twierdził, że piłki rzucane na trybuny nie miały innego celu niż strata czasu, wybicie piłki i zachowanie zwycięstwa, które utrzymałoby ich w najwyższej klasie rozgrywkowej. Przyznał się, że był z zawodnikami na kilku piwach, ale twierdził, że nie wiedział o żadnym ustawianiu meczów. Odmówił przeprosin, a jego zakaz obowiązywał do 1945 roku, kiedy to sąd w Manchesterze orzekł na jego korzyść, uznając go za niewinnego w sprawie ustawiania meczów i podkreślając, że nie ma niezbitych dowodów na jego skazanie za przestępstwa sportowe. Sam fakt przebywania z niektórymi zawodnikami nie dowodził jego udziału w procederze a Związek Piłki Nożnej został zobowiązany do przywrócenia go do gry i publicznego oczyszczenia jego imienia. W listopadzie 1945 roku otrzymał list znoszący jego 30-letni zakaz (najdłuższy w historii brytyjskiej piłki nożnej) i informujący go, że może zarejestrować się w dowolnym angielskim zespole bez żadnych ograniczeń. Oczywiście, do tego nie doszło; Westowi brakowało nieco ponad trzy miesiące do sześćdziesiątych urodzin.

@Adran360
@Bernard777
@Gary
@Kapitan hawk
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@MoralnyKarzel
@Ogorinho1974
@Safrani

0

@NeroTFP1 Co ty gadasz!!!??? Wręcz przeciwnie!!! To własnie Oskar powinien być powołany do kadry i to natychmiast!

5

No to, co zrobił Oskar Pietuszewski w takim hicie, to jest po prostu niewiarygodne! No jeśli teraz Oskar nie zagra w barażach reprezentacji Polski do mundialu, to będzie bardzo mocno obciążało pana Jana Urbana...

1

@FcPortoFan1999 No to siadamy wygodnie w fotelach, zapinamy pasy i... jazda!

1

@FcPortoFan1999 Tak czy siak zapowiada się wielkie widowisko. W końcu to dwie wielkie firmy!

0

O! Dzisiaj Classico! Czemu nikt nie mówi że dzisiaj taki hicior na „Estadio da Luz” po raz 260 w historii? A po raz 184 w Liga Portugal. I to już za chwile!

10

Paco Liaño, jako pierwszy najlepszy zdobywca „Zamora Trophy” w historii hiszpańskiej ligi:

Paco Liaño to jeden z bramkarzy, którzy wywarli największe wrażenie na tych z nas, którzy zetknęli się z piłką nożną w latach 90-tych. Kantabryjski bramkarz był członkiem jednej z drużyn, które zapisały się w historii tamtego okresu– „Super Dépor” Arsenio Iglesiasa. Hiszpański bramkarz zapisał się w historii La Ligi w sezonie 1993-1994, kiedy Deportivo La Coruña minimalnie straciło swój pierwszy tytuł mistrzowski. Pośród goryczy po przegranej w końcówce ostatniej kolejki, zarówno klub, jak i kibice Deportivo znaleźli pocieszenie w zdobyciu przez bramkarza „Trofeum Zamory” za najmniejszą liczbę straconych bramek w tym sezonie. Paco Liaño nie tylko został bramkarzem, który stracił najmniej bramek(18) ale także zapisał się w historii jako najlepszy zdobywca „Trofeum Zamora” w historii, rozegrał wszystkie 38 meczów, co daje mu średnio 0,47 gola na mecz. Czegoś takiego nikt wcześniej nie osiągnął. Kantabryjski piłkarz dorzucił w ten sposób swoje drugie trofeum(w poprzednim sezonie dzielił je z Santiago Cañizaresem, który wówczas grał w Celcie Vigo, odwiecznym rywalu Deportivo ). Tym razem jednak było ono wyjątkowe, ponieważ zdobył je sam i osiągnął najwyższą średnią bramek na mecz od początku istnienia rozgrywek w sezonie 1928-1929. Co więcej, Liaño stracił też najmniej bramek w drugiej lidze, gdy grał w Sestao (1990-1991). Gorzki smak braku tytułu mistrzowskiego został osłodzony zaledwie rok później. Deportivo, z Paco Liaño w bramce, zdobyło Puchar Króla na Santiago Bernabéu w historycznym finale przeciwko Valencii. Co więcej, przed odejściem z klubu, dołożył do swojej kolekcji również Superpuchar Hiszpanii w sezonie 1995-1996.

Rekord Liaño został nie tak dawno wyrównany przez Jana Oblaka, bramkarza Atlético Madryt. Słowak stracił również 18 bramek w 38 meczach w sezonie 2015-2016, co daje mu niesamowitą średnią 0,47 gola na mecz.

@Safrani
@Ogorinho1974
@MoralnyKarzel
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@Adran360

9

@FCBparasiempre
Teófilo Cubillas to najlepszy zawodnik w dziejach peruwiańskiego futbolu. Podbił serca kibiców reprezentacji a z ukochanym klubem nigdy nie potrafił się rozstać, bo wracał tam trzy razy. Za każdym razem w innych okolicznościach. Bohater artykułu przyszedł na świat 8 marca 1949 roku w Limie. Od samego początku kariery do jej końca przylgnął do niego pseudonim ,,Nene” (Dzieciak) .Wszystko to ze względu na chłopięcy, infantylny wygląd – jedną z wizytówek Cubillasa. Bohater artykułu wychowywał się w Ponte Piedra, jednej z dzielnic na północy Limy. Karierę rozpoczął w niewielkim Huracan Boys i to tam pobierał pierwsze nauki w piłkarskim cechu rzemieślniczym. Jednak to nie Huracan stał się domem Cubillasa. Pewnego dnia drużyna Dzieciaka zmierzyła się w meczu towarzyskim z Alianza Lima – naówczas trzynastokrotnym mistrzem Peru. W sparingu spisał się wystarczająco dobrze, by szefostwo klubu z Limy uznało, że warto zaproponować mu choćby grę w kategoriach juniorskich. Z klubem o biało-granatowych barwach związał się praktycznie do końca swojej kariery. Dziwny to romans – z klubu czterokrotnie odchodził i trzykrotnie wracał. Legendą został jednak do końca. Jak się okazało, wyłowienie perełki, jaką był Cubillas, nie było jedynie pozyskaniem go dla samego pozyskania. To jedna z tych historii, w których okazuje się, że nadprzyrodzone siły zsyłają piłkarski talent na chudego, drobnego i niepozornego sukcesora. W lidze peruwiańskiej zadebiutował jako siedemnastolatek i – uwaga – w wieku tym został królem strzelców rozgrywek z dziewiętnastoma bramkami na koncie. Dodajmy tylko, że Cubillas grał na pozycji mediapunty, a więc łącznika pomocy i ataku (królem strzelców został także w 1970 roku). Na przestrzeni ligowych rozgrywek szybko poznano się na fenomenie ciemnoskórego młodzieńca – dysponował on kapitalną wizją gry, coraz lepiej uderzał z dystansu i częstował znakomitymi zagraniami ze stałych fragmentów – a przy tym piekielnie skutecznym wykończeniem akcji. German Leguia, kolega Cubillasa z reprezentacji, wspomina grę Cubillasa tak: „Myślał tak szybko, że gdy zastanawiałeś się, co on zamierza zrobić, on już dawno to robił”. Piłkarze, którzy dotychczas byli jego idolami, stali się jego równorzędnymi partnerami lub rywalami. Doskonała gra młokosa dała powody sztabowi reprezentacji, by powołać go do reprezentacji na mecze eliminacji do mistrzostw świata. W eliminacjach Peru znalazło się w grupie z Boliwią i Argentyną. Awansować mogła tylko jedna drużyna. Peruwiańczycy z Cubillasem w składzie pokonali na stadionie w Limie faworyzowaną Argentynę 1:0. Postawieni w trudnej sytuacji Albicelestes musieli wygrać, by myśleć o wyjeździe o Meksyku. Tak się jednak nie stało – na słynnej La Bombonerze reprezentacja w biało-czerwonych trykotach dzięki remisowi 2:2 wywiozła z niebezpiecznego terenu punkt i mogła zastanawiać się nad zakwaterowaniem w którymś z meksykańskich hoteli. Na światowym turnieju talent Cubillasa eksplodował. Za umiejętnościami Nene musiał stać ktoś więcej niż małe futbolowe bożki. To musiała być robota potężnego piłkarskiego boga.

W momencie debiutu Cubillasa w reprezentacji Peru selekcjonerem ekipy był Valdir Pereira. Słynny Didi. Jedna z twarzy brazylijskich sukcesów na przełomie lat 50. i 60., cichy strażnik sukcesu Garrinchy i Pelego na mundialach w Szwecji i Chile. Jak przyznawał Cubillas, to Valdir pomógł mu w ukształtowaniu swojego piłkarskiego „ja” – dzięki Didiemu dopracował grę lewą nogą, strzały z dystansu i rzuty wolne. Bardzo prawdopodobne jest, że pełna, choć krótka, symbioza szkoleniowca i jednej z największych gwiazd ekipy złożyła się na późniejsze sukcesy Peru. W pierwszym meczu (dla Peru był to w ogóle pierwszy występ w historii mistrzostw świata) Nene i spółka zmierzyli się z Bułgarią. Pomimo dwubramkowej przewagi Europejczyków do 50. minuty Los Incas zdołali ustrzelić gola kontaktowego (Gallardo), chwilę później wyrównać (Chumpitaz), a za kwadrans wyjść na prowadzenie. Jak łatwo się domyślić, za sprawą Cubillasa i jego fantastycznego rajdu, zakończonego siłowym strzałem w prawy dolny róg bramki Simeonowa. Drugi mecz – przeciwko drużynie Maroka – to kolejny popis umiejętności peruwiańskiego Dzieciaka… I kolejne dwie bramki, w głównej mierze składające się na pewne 3:0. Ostatni mecz, z RFN z fenomenalnym Gerdem Müllerem na czele, kończy się porażką 1:3 po hat tricku niemieckiego snajpera. I tutaj, choć w cieniu wielkiego Bombera, Cubillas zdołał zdobyć bramkę. Meksyk i cały świat mogły już w trakcie turnieju nieśmiało prorokować, komu należy się tytuł największego jego odkrycia. W tym wszystkim warto dodać, że na kilka dni przed meczem z Bułgarią w peruwiańskim Ancash doszło do jednego z największych w historii świata trzęsień ziemi. W wyniku połączonej z osunięciami ziemi, lawinami śnieżnymi i błotnymi katastrofy zginęło od 60 do 70 tysięcy osób – nie wspominając o dziesiątkach czy setkach tysięcy bez dachu nad głową. Nene po latach, w wywiadzie dla FIFA TV, wspomina, że dobra postawa na światowym czempionacie miała przynieść choć odrobinę ukojenia pogrążonym w żałobie Peruwiańczykom. W ćwierćfinale pojawia się poważna przeszkoda na drodze do sukcesu – Brazylia. Z Pele, Carlosem Alberto, Rivelino czy Tostao w składzie. Nikt się specjalnie nie łudził, że Peru stać na pokonanie jednego z faworytów. Już Niemcy obnażyli słabości Inków. Canarinhos zastosowali dość łagodny wymiar kary. Zwycięstwo 4:2 wystarczyło, by spokojnie przejść do kolejnej rundy i konsekwentnie maszerować po trzecie w historii mistrzostwo świata. Reprezentacja Peru wraca do domu. Ranny, obolały naród i tak jest dumny z Sotila, Perico, Challe i Gallardo. Największą radość przynosi jednak Nene – niepozorny, drobniutki dwudziestojednolatek z tytułem najlepszego południowoamerykańskiego piłkarza turnieju, najlepszego młodego piłkarza. Do tego z brązowym butem. Murowany transfer? Niekoniecznie. Po mistrzostwach młody atakujący wrócił do Alianzy. Transfer przyszedł dopiero w 1974 roku. Real Madryt? Barcelona? Benfica? Bayern? Żaden z nich. Złożona z największych gwiazd Ameryki Południowej ekipa przyjechała na mecz pokazowy do Bazylei, by zmierzyć się z europejską jedenastką marzeń. Oczywiście fantastycznym występem podbija serce przedsiębiorcy, Rudiego Reisdorfa, który postanowił ściągnąć go do FC Basel. Wiąże się z tym zabawna historia.

Biznesmen spytał Cubillasa, jaka jest jego wartość na rynku i ile trzeba za niego zapłacić. Cubillas, niewiele się zastanawiając, postanowił wymyślić sumę, według niego, nie do zapłacenia. ,,100 tysięcy dolarów” – miał odpowiedzieć Reisdorfowi. Dla szwajcarskiego bogacza suma ta okazała się fraszką. Nene nigdzie nie chciał odchodzić, ale podbita o kolejne dwieście tysięcy kwota ostatecznie przekonała działaczy Alianzy. W Szwajcarii nie czuł się zbyt komfortowo. Poczucie samotności, nadopiekuńczość ze strony Reisdorfa, konieczność dbania o dietę i pilnowania planu treningowego sprawiły, że Cubillas schudł w Bazylei osiem kilo! Do tego nieprzyjazny, mroźny klimat bardziej odstraszał od gry niż do niej zachęcał. Nieszczęśliwy piłkarz miał odejść do FC Barcelony, prawdopodobnie to jedna z większych strat dla hiszpańskiej piłki w latach siedemdziesiątych, że do transferu nie doszło. Transakcję miał ponoć utrudniać sam Reisdorf, mimo, że FC Barcelona gotowa była zapłacić blisko milion dolarów! Ostatecznie peruwiański crack wylądował w FC Porto. Nie był to oczywiście szczyt marzeń, ale przynajmniej udało się wyrwać z mroźnej Szwajcarii. Przyszłe sezony przyniosły odrobinę stabilności. Po wywalczeniu miejsca w składzie Porto pozostał tam przez trzy kampanie – raz udało się nawet zdobyć mistrzostwo Portugalii. To nadal wciąż nie było to… W międzyczasie europejskiej tułaczki świat piłki reprezentacyjnej po raz kolejny przypomniał sobie o bohaterze tekstu. Wszystko za sprawą Copa América w 1975 roku. Cubillasa okrzyknięto najlepszym zawodnikiem turnieju (choć w przypadku ówczesnej rywalizacji chyba łatwiej mówić o lidze, bo Copa América trwało od lipca do października i spotkania rozgrywano w każdym z krajów). I wcale nie było tak, że doskonały turniej dał szansę na prestiżowy transfer. Przeciwnie, Nene pozostał w Porto jeszcze przez dwa sezony… A potem wrócił do Limy. Tylko na dwa sezony. Potem przygoda na Florydzie. A tam, oprócz słońca, idylli i aligatorów, lukratywny kontrakt z Fort Lauderdale Strikers. Klubem skupiającym później całą piłkarską śmietankę towarzyską – Gerda Müllera, Gordona Banksa czy George’a Besta. Nie ukrywajmy – piłkarzy, którzy przychodzili tu świadomi, że mają najlepsze lata za sobą. W przyjaznym, subtropikalnym klimacie Cubillas doskonale się odnalazł. Został tu na dłużej – na cztery długie sezony… By znowu wrócić tam, gdzie zawsze czekano na niego z szeroko otwartymi ramionami. Rok 1978 to mistrzostwa w Argentynie. Następny wielki czempionat w wykonaniu atakującego reprezentacji Peru – niestety, tylko do drugiej rundy, w której Peru zebrało tęgie lanie od Argentyńczyków, Brazylijczyków i Polaków i nie zdobyło nawet bramki. Hat-trick w meczu z Iranem i dwa trafienia przeciwko Szkocji, w tym jedno zasługujące na miano jednej z najpiękniejszych bramek z rzutu wolnego w historii mistrzostw świata (strzelał zewnętrzną częścią stopy, czym zmylił chyba wszystkich obecnych na stadionie) zapisały się w annałach peruwiańskiej piłki. Jose Luis Chilavert opowiadał po latach: „Kiedy zobaczyłem, jak Cubillas bije rzuty wolne, powiedziałem sobie: ja też tak chcę!”

Na pierwszy rzut oka Alianza była jak wierna mu kobieta, którą Cubillas nieustannie zdradzał, wracał z podkulonym ogonem a potem znów ją oszukiwał i od niej odchodził. I można śmiało się z takim założeniem zgodzić, gdyby nie to, że do stolicy kraju i umiłowanej drużyny wracał jako sensacja turnieju, syn marnotrawny czy wreszcie: jako kamień węgielny pod odbudowę zniszczonej drużyny. A konieczność takiej budowy nastąpiła pod koniec 1987 roku. Alianza Lima, już bez Teo, szykowała się do powrotu do domu po jednym z wyjazdowych meczów. Na pokładzie znajdowało się szesnastu piłkarzy, trzech sędziów, pięciu trenerów, cztery osoby z zarządu klubu, ośmioro członków załogi i osiem cheerleaderek. Tuż przed lądowaniem zdano sobie sprawę z awarii podwozia. Zaczęły się problemy z lądowaniem. Samolot wpadł do wody. Przeżyła tylko jedna osoba – pilot. Katastrofa wstrząsnęła całym światem piłkarskim. Ekipa, bliska zdobycia mistrzostwa, rozpadła się w tragicznych okolicznościach. W odtworzeniu zespołu pomogły między innymi chilijskie Colo Colo, zaprzyjaźnione z klubem z Limy. Do drużyny zgłosił się także Nene. Wówczas zbliżający się do czterdziestki, podstarzały, ale nadal czujący moralny obowiązek ratowania klubu kształtującego go piłkarsko… Bardziej niż realny ratunek był to prostu ludzki gest ze strony piłkarza. W polskim języku istnieje przysłowie „Nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki”. Jest, niestety, błędnie rozumiane i wyrwane z kontekstu – każe nam unikać powtarzania czegoś, czym paraliśmy się już wcześniej. Tak dla zasady. Sprawa ma się nieco inaczej, gdy zacytujemy pełną jego wersję: „Nie można dwa razy wejść do tej samej rzeki, bo już inne napłynęły w nią wody”. Wynika, że do rzeczonej można wchodzić do woli – nawet i tysiąc razy. Po prostu zawsze będzie się to działo w innych okolicznościach. Tak, jak za każdym razem do Alianzy wracał inny Nene.

2

@ShawnC Zgadza sie! Dlatego też nie rozpisywałem się nad tą "remontadą", gdyż zwyczajnie nie zasłużyliśmy na awans do ćwierćfinału a do tego jeszcze pomógł nam sędzia...

13

Remontada:

8 marca 2017 r. FC Barcelona pokonała na Camp Nou PSG 6:1 w rewanżowym meczu 1/8 Ligi Mistrzów i dzięki temu awansowała do ćwierćfinału. Gole zdobywali: Luis Suarez, Messi, Neymar, Sergi Roberto oraz samobójczą Layvin Kurzawa. Honorowego gola dla PSG strzelił Edison Cavani.

@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@AssisMoreira
@Bernard777
@Adran360

0

@Marusek Naprawde wierzysz w to co mówisz?

1

@UriBoyka Przecież Collina był najlepszym na świecie arbitrem! Czy on tego wogóle nie widział? Jeśli nawet nie dostrzegł(w co troche wątpie) to powinien to widzieć przynajmniej liniowy!

Media

Sonda

Której reprezentacji, do której powołany został zawodnik Barcy, kibicujesz?