13

Duma Katalonii w historycznym finale:

5 marca 1958 r. na Stamford Bridge w Londynie, FC Barcelona rozegrała pierwszy mecz finałowy z reprezentacją Londynu w ramach Pucharu Miast Targowych. Spotkanie zakończyło się remisem 2:2. Gole dla Blaugrany strzelili: Justo Tejada oraz Eulogio Martinez. Pomimo atutu własnego boiska, londyńska jedenastka musiała stawić czoła bardziej spójnej i dobrze znanej reprezentacji Hiszpanii. Paragwajski napastnik Eulogio Martinez wyprowadził Barçe na prowadzenie już w 10. minucie ale 18-letni Greaves niemal natychmiast odpowiedział dla gospodarzy. Justo Tejada przywrócił prowadzenie gościom jeszcze przed przerwą. Na dwie minuty przed końcem meczu Londyn wywalczył rzut karny. Obrońca Fulham, Jim Langley, wykorzystał rzut karny, przywracając remis i dając angielskiej drużynie szansę na walkę w rewanżu osiem tygodni później. To był pierwszy w historii finał Barçy europejskich rozgrywek pod egidą UEFA. Do rewanżu doszło 1 maja, o czym nie omieszkam wspomnieć.

@Adran360
@Bernard777
@Gary
@Kapitan hawk
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@MoralnyKarzel
@Ogorinho1974
@Safrani

11

(Nie)zapomniane legendy polskiego futbolu:

4 marca 1953 r. urodził się Paweł Janas, obrońca, zdobywca 3 miejsca na MŚ 1982. ,,Główkowałem w kierunku naszej bramki, licząc że Józek Młynarczyk w razie czego złapie. Nie zauważyłem że zrobił pare kroków do przodu. Piłka go przelobowała i wpadła. Tak swój żywot dla reprezentacji zakończył Stadion Dziesięciolecia. Mogę chyba mówić, że dzięki mnie”- gorzko żartuje Janas. To był mecz z Finlandią 17 kwietnia 1983 r., który miał odpowiednio nakręcić Polaków w walce o awans do finałów mistrzostw Europy. Najgorsze że po samobóju Janasa Polacy stracili moc, siłę, szybkość, entuzjazm; dosłownie wszystko! Jedyny polski medalista mistrzostw Świata, który później awansował na mundial z Biało-Czerwonymi też w roli selekcjonera, gole strzelał bardzo rzadko a dla narodowej drużyny tylko raz, w towarzyskim meczu z Libią(5:0) w sierpniu 1979. W tamtych czasach środkowi obrońcy nie zapuszczali się z taką odwagą pod bramke rywali. Janas w polskiej lidze uzbierał łącznie 2 gole, oba jeszcze w czasach gry w Widzewie. Głowa zawiodła go tylko w tym niefortunnym meczu z Finlandią. Bardzo możliwe(choć wtedy nikt tego tak nie oceniał) że feralnym swojakiem zamknął nie tylko stadion ale również sobie dostęp do kadry. Następnie było jeszcze spotkanie z ZSRR, towarzyskie 45 minut ze Szwajcarią i na tym koniec. Janas grał wówczas we Francji, lecz wcale mu to nie pomagało w zatarciu złego wrażenia. Wręcz przeciwnie, gdyby występował w naszej ekstraklasie, wszyscy na co dzień widzieliby że jest w wysokiej formie. Nad Sekwaną go cenili ale tylko tam.

Gdy więc Antoni Piechniczek montował ekipe na mundial w Meksyku, najpierw w eliminacjach a potem w ostatnich miesiącach przed turniejem, akurat tego medalisty z poprzednich mistrzostw nie brał pod uwagę. ,,Mógłbym się z tym łatwo pogodzić, w końcu byłem już po trzydziestce, tyle że ja wciąż trzymałem poziom na miare kadry. Mój problem polegał na tym, że ani selekcjoner, ani nikt z jego sztabu nie pofatygował się do Francji by zobaczyć, co sobą prezentuje, pogadać na mój temat z trenerem Guy Roux”- tłumaczył się Janas. Był przecież filarem defensywy Auxerre, które liczyło się w Ligue 1. W sezonie 1983/84 było trzecie, w następnym czwarte i w tym bezpośrednio przed mundialem- siódme. W Polsce jednak na nikim nie robiło to wrażenia. ,, Kilka lat temu Piechniczek wysłał mi pocztą swoją biografie. Otworzyłem a tam odręcznie napisana dedykacja z przeprosinami że mnie wtedy nie powołał do Meksyku. Nie ma co przepraszać, czasu nie cofniemy”- macha ręką Janas. Po latach sam na mistrzostwa Świata w Niemczech nie powołał filarów reprezentacji a mianowicie Jerzego Dudka i Tomasza Frankowskiego. Upiera się że to co innego, bo wtedy byli w kiepskiej formie. Sprawdzał ich w meczach towarzyskich i mieli szanse się wykazać… ,,Ja takiej szansy nie dostałem, choć byłem uznawany za jednego z czołowych obrońców w lidze francuskiej! Można to zweryfikować nawet dzisiaj”- argumentuje Janas.

Nie było go też w ekipie na Igrzyska Olimpijskie w Montrealu. ,,Wytypowano mnie do grupki zawodników, która ma być w pogotowiu, gdyby ktoś wypadł z kadry. Polecieliśmy nawet do Korei Północnej z młodzieżówką U-23 żeby w sparingach utrzymać rytm meczowy. I na tej wycieczce się skończyło bo z drużyny Kazimierza Górskiego jednak jakoś nikt nie chciał wypaść”- wspomina Janas. Z kolei w Legii został dłużej niż wymagał tego czas zasadniczej służby wojskowej. ,,Po 2 latach byłem gotów wrócić do Widzewa, jednak prezes Sobolewski sam mnie prosił, bym tego nie robił. Gdybym wrócił Legia wyrównałaby sobie tę strate powołując innego młodego widzewiaka”- zaznacza. W Legii przygotowywał się do turnieju życia. Przeszedł szlak bojowy z drużyną Piechniczka zaakcentowany dwoma bezcennymi zwycięstwami nad NRD(1:0 w Chorzowie, 3:2 w Lipsku) w kwalifikacjach. Występ na Mundialu w Hiszpanii dał mi sportowe spełnienie, które obejmuje całą karierę. Medal mistrzostw Świata, i to w sytuacji, w której zagrałem we wszystkich meczach, sprawia że już zawsze będę mówił o tym z największa satysfakcją”- zapewnia Janas. Po powrocie do Polski jeszcze półtora sezonu spędził w Legii. ,,Dałem się namówić Jurkowi Engelowi, który wtedy prowadził drużynę”- przypomina. Ostatni mecz zagrał jednak u Andrzeja Strejlała. W finale Pucharu Polski z Lechem Poznań boisko opuścił już w 5 minucie z powodu kontuzji. Zastąpił go młody Marek Jóźwiak, który w kolejnych sezonach miał być nowym filarem defensywy Legii. Natomiast Janas został wtedy przy Łazienkowskiej jako uczący się trener, który już 7 lat później poprowadził drużynę do ćwierćfinału Ligi Mistrzów.

@Adran360
@Bernard777
@FcPortoFan1999
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani

12

Wybitne legendy rodzimego futbolu:


4 marca 1943 r. w Radzyminie urodził się Janusz Żmijewski, znakomity napastnik, który swoim dryblingiem czarował na boisku. Przygodę z piłką zaczynał w OKS Otwock. Kiedy miał 17 lat zwrócił na siebie uwagę działaczy Legii. Macierzysty klub dostał wówczas za niego komplet piłkarskich strojów i kilkanaście par butów. Żmijewski trafił do zespołu juniorów, gdzie sumiennie trenował pod okiem Wacława Kuchara. Wkrótce dostał powołanie na centralne zgrupowanie kadry juniorów i razem z kadrą juniorów pojechał na turniej UEFA do Portugalii, gdzie Polska zajęła drugie miejsce. Po powrocie do kraju trener Górski włączył go do pierwszej drużyny. 23 kwietnia 1961 r. zadebiutował na ligowych boiskach w spotkaniu z Zawiszą Bydgoszcz (2:2). W drugiej części sezonu coraz częściej pojawiał się na boisku, a 3 września w meczu z Lechem strzelił swoje dwie pierwsze bramki. Szybko stał się ważnym elementem zespołu i coraz bardziej imponował skutecznością. Kwestią czasu było powołanie do reprezentacji. Pierwszy raz w biało-czerwonych barwach Żmijewski zagrał 1 listopada 1965 r. w przegranym 1:6 meczu z Włochami. Debiutu więc pewnie nie wspomniał zbyt miło. Dwa lata później dostał drugą szansę. W eliminacjach mistrzostw Europy dał prawdziwy popis swoich umiejętności w meczu z Belgią na stadionie Heysel. Jako pierwszy Polak w historii ustrzelił wówczas hat-tricka, a obecni na meczu uczestnicy kursu trenerskiego z Afryki nagrywali mecz, a potem pokazywali go w swoich krajach, stawiając Żmijewskiego jako wzór skrzydłowego.


Kiedy w 1968 r. do Polski przyjechali wirtuozi z Brazylii i w meczu na Stadionie Dziesięciolecia wygrali z nami 6:3, to właśnie Żmijewski strzelił chyba najładniejszą bramkę w tamtym spotkaniu. Wszedł w pole karne z piłką przy nodze i mijając trzech obrońców, pokonał brazylijskiego bramkarza. W 1970 r. przed wylotem na rewanżowy mecz półfinału Pucharu Europy z Feyenoordem podczas kontroli na Okęciu znaleziono przy Władysławie Grotyńskim i przy Żmijewskim dolary. O zdarzeniu poinformowano generała Zygmunta Huszczę, który poręczył za zawodników i ostatecznie mogli wylecieć z kraju. Po powrocie Żmijewskiego zdyskwalifikowano i oddano pod kuratelę koła Związku Młodzieży Socjalistycznej przy klubie. Przewodniczącym koła był Andrzej Badeński, który był przyjacielem Żmijewskiego. Resocjalizacja polegała na zwiedzaniu stołecznych knajp i graniu w pokera. W czasie jednej z nocnych gier piłkarz wygrał nawet od znanej aktorki volkswagena garbusa. Kiedy Legia zwróciła się z zapytaniem, czy Żmijewski zrozumiał swój błąd i czy można mu zaufać, Badeński za niego poręczył i piłkarz mógł zagrać w meczu ze Standardem Liège. Kiedy pojawił się na boisku, wzbudził wielki aplauz publiczności, a w 20. minucie strzelił bramkę, podwyższając na 2:0 i Legia nie dała już sobie wydrzeć zwycięstwa, awansując do ćwierćfinału.


Z warszawskim klubem był związany przez 11 sezonów. Rozegrał dla Wojskowych 236 meczów w lidze i strzelił 60 goli. Dwukrotnie zdobył mistrzostwo (1969 i 1970) i dwukrotnie Puchar Polski (1964 i 1966). W 1972 r. opuścił Warszawę i przeniósł się do Ruchu. Potem zaliczył jeszcze dwa sezony w Avii Świdnik i również dwa w barwach warszawskiej Polonii. Oprócz tego występował jeszcze w Pogoni Siedlce i Elektroniku Piaseczno, aż w końcu w 1978 r. wyjechał do Kanady. Tam aż do połowy lat 90-tych występował w klubach polonijnych. Z reprezentacją pożegnał się 9 listopada 1969 r. w wygranym 3:0 meczu z Bułgarią w Warszawie. W Reprezentacji rozegrał 15 meczów, strzelając 7 goli.
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@FcPortoFan1999
@Bernard777
@Arkon
@Adran360

15

Wybitne legendy futbolu:

4 marca 1951 r. urodził się Kenny Dalglish, 3-krotny zdobywca Pucharu Europy Mistrzów Klubowych-1978,1981,1984(z FC Liverpool); Zdobywca Superpucharu Europy-1977(z Liverpoolem) oraz 6-krotny Mistrz Anglii-1979,1980,1982,1983,1984,1986.

Kenny Dalglish to przez wielu określany jako najlepszy gracz w historii Liverpoolu. Kenny bowiem w każdym meczu pokazywał wspaniałą grę i był postrzegany jako szczególny zawodnik w zespole. „Jego geniusz nie pokazuje tylko jego własnych zdolności, ale także pozwala stworzyć świetną grę całej drużyny” – powiedział o nim Bob Paisley, trener, który przeprowadził transfer Dalgisha w sierpniu 1977 roku. Gdy Kevin Keegan przenosił się z Liverpoolu do Hamburga za 500 000 funtów wcześniej zakupiony zawodnik, Dalglish postrzegany był jako zmiennik za tego właśnie zawodnika. Liczono, że poprowadzi on klub do nowych sukcesów. Król Kenny szybko stał się bohaterem zespołu. Późniejsza współpraca z Ianem Rushem stworzyła prawdopodobnie najpiękniejszy duet w historii angielskiej piłki. Kapitalna wręcz gra Dalglisha połączona z twórczym stylem Rusha dała efekt, jaki mogą stworzyć tylko prawdziwe piłkarskie legendy. W 1978 roku zdobył on bramkę w rozgrywkach Pucharu Europy. Gol ten, strzelony przeciwko Bruges na Wembley był jednym z podstawowych przykładów tego, jak może on zatrzymać przeciwników, a w końcu zadać śmiertelny cios. Wraz z Rayem Clemence, Alanem Hansenem, Graeme Sounessem i Billy Liddellem został laureatem jednego z najwyższych brytyjskich odznaczeń – MBE. Pewne jest, że jeżeli Dalglish miałby na swoim koncie tylko grę dla Liverpoolu już byłby bohaterem na Anfield. Jednak sukcesy zdobyte z klubem na pozycji menadżera gwarantują mu bezsprzeczny status legendy. Po ośmiu wspaniałych latach gry na Anfield, w 1985 roku otrzymał propozycję zostania pierwszym graczem i zarządzającym jednocześnie.

W przeciągu 5 lat został trenerem roku trzy razy i dwa razy poprowadził Liverpool do sukcesu w Pucharze Anglii. Przez następne kilka lat regularnie zdobywał wraz z drużyną jeszcze inne wspaniałe trofea. Dalglish doprowadził również do transferów wielu wspaniałych graczy, włączając do nich Johna Barnesa, Petera Beardleya czy młodego Jamiego Redknappa. Jednym z jego sukcesów w samej drużynie było doprowadzenie do piłkarskiego rozwoju wspaniałego gracza Alana Hansena i ustanowienia go kapitanem zespołu. Alan odwdzięczył się za wiarę Dalglisha w jego talent i pokazywał jedne z najpiękniejszych wystąpień w historii Anfield Road. Mówiąc o transferach w tamtym okresie warto wspomnieć zakup przez Dalglisha Johna Aldidge. Zastąpił on bowiem legendę Liverpoolu Iana Rusha, podobnie, jak Dalglish kiedyś zastępował Keegana. Wstrząsające wydarzenia na Hillsborough 15 kwietnia 1989 roku były jednocześnie końcem Dalglisha w Liverpoolu jak i w końcu z piłką nożną. Dalglish próbował znaleźć jakieś inne rozwiązanie z tej sytuacji, jednak owe wydarzenia przerastały tego wrażliwego człowieka. Dlatego też w 1991 roku zrezygnował ze stanowiska trenera twierdząc że napięcie i smutek po tragedii Hillsborough są ponad jego możliwości. Skutek odejścia można porównać tylko z opuszczeniem klubu przez Billa Shanklly’ego. Niewielu wówczas dyskutowało na temat samych powodów tego odejścia, głównie bowiem panowało przerażenie, że jeden z najlepszych okresów w historii klubu właśnie się kończył. Dla zawodników Dalglish był osobą, która zaraziła ich pasją i radością gry w piłkę. Coś takiego można było przeżyć jeszcze tylko za czasów Billa Shankly’ego. Jego kierownicze sukcesy udowodniły że jego kariera na Anfield nie była żadnym przypadkiem. W swojej karierze był także trenerem klubu Newcastle United. Jako kierownik spędził również stosunkowo krótki okres w Celticu. Obecnie odpoczywa od futbolu będąc na piłkarskiej emeryturze.

@Safrani
@Ogorinho1974
@MoralnyKarzel
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@Kapitan hawk
@Gary
@Bernard777
@Adran360

12

Duma Katalonii przypieczętowuje awans do finału Copa del Rey:

4 marca 2015 r. FC Barcelona pokonała w rewanżowym półfinale Pucharu Hiszpanii Villareal 1:3. Wynik 3:1 w pierwszym meczu ostro kontrastował z planami Marcelino, który nie poddał się i postanowił dać odpocząć połowie drużyny w heroicznym meczu na Bernabéu. Blaugrana wprowadziła minimalne zmiany, wprowadzając jedynie Rafinhę za Rakiticia. Mecz rozpoczął się od stonowanego pokazu fajerwerków a piłkarze Villarreal wyszli na boisko niczym konie wyścigowe na „Grand National”. Stworzyli dwa groźne ataki, które wstrząsnęły obroną Barçy ale ich niepokój nie trwał długo. W trzeciej minucie FC Barcelona poprowadziła serię efektownych akcji, Messi podał piłkę prostopadle a Neymar pokonał bramkarza delikatnym lobem. Plan Marcelino legł w gruzach. Od tego momentu Villarreal i jego pomocnicy przejęli kontrolę nad grą. Blaugrana osłabła po golu, myśląc, że przeciwnicy będą musieli strzelić cztery gole. Pina, Trigueros i Jonathan zaczęli łatwo współpracować a okazje zaczęły się pojawiać. Czeryszew jako pierwszy wystawił na próbę ter Stegena, który powstrzymał Rosjanina znakomitą paradą. Uche miał kolejną dobrą okazję, ale jego strzał trafił w boczną siatkę. Barça nadal była nieskuteczna a tymczasem Vietto i Uche siali spustoszenie. W środku drzemki Barçy, padł gol wyrównujący, dzięki dośrodkowaniu z lewego skrzydła, które Jonathanowi udało się wykończyć przy dalszym słupku. Nadzieja odżyła w Villarreal, który znów zaczął wierzyć. Jednak obrazem, który zdominował pierwszą połowę, była koszmarna kontuzja Busquetsa po nieumyślnym podaniu Piny.

Villarreal wrócił do gry po przerwie a Blaugrana czuła presję, choć jej środkowi obrońcy pozostali nieugięci, niestrudzenie wybijając piłkę wysoko i nisko. Vietto miał szansę na wyrównanie strzałem głową, ale jego strzał przeleciał nad bramką Ter Stegena. Podopieczni Marcelino mogli wyrównać, ale nie udało im się zdobyć drugiego gola. Ich nadzieje całkowicie prysły, gdy Tomás Pina sfaulował Neymara od tyłu i otrzymał zasłużoną czerwoną kartkę. Dominacja Villarreal w środku pola przestała być skuteczna a gra zmieniła się tak dramatycznie że FC Barcelona wydawała się potrzebować zwycięstwa. Zaczęli atakować niemal z przyzwyczajenia i samozadowolenia. Xavi wszedł na boisko, kontrolował grę a potem padł drugi gol, który de facto zakończył remis. Mascherano kapitalnym podaniem obsłużył Luisa Suáreza samego przed Asenjo, którego spokojnie okrążył, po czym skierował piłkę obok Neymara, który próbował odeprzeć zagrożenie. Gra stopniowo traciła impet, stając się bardziej brutalna niż skuteczna, z ciągłymi faulami i częstymi wizytami sędziego na ławce rezerwowych. Mimo to Neymarowi należał się kolejny gol po nieudanej próbie odebrania piłki Suárezowi a gdy wydawało się, że mecz jest już stracony, wykończył on efektowne dośrodkowanie Xaviego, zdobywając dwa gole. Trzeba przyznać Villarrealowi że nigdy nie przestali szukać gola, w serii, która tylko podkreśliła ich znakomity styl gry.

@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani

11

Na kłopoty Messi:

4 marca 2009 r. FC Barcelona zremisowała na wyjeździe z Mallorca 1:1 w rewanżowym półfinale Copa del Rey i awansowała do finału. Dopiero wejście Messiego na boisko zrewolucjonizowało grę Blaugrany, która po raz pierwszy od jedenastu lat zagra w finale Pucharu Króla. Będzie to szósty finał pomiędzy Katalończykami a Athletic Bilbao. W drugiej połowie obie drużyny grały w dziesiątkę a Pinto obronił rzut karny wykonywany przez Martíego, dzięki któremu Mallorca prowadziłaby 2:0. Mallorca przełamała swoje zahamowania i zagrała bezkompromisowo przeciwko FC Barcelonie, wzmocnionej dwubramkową przewagą zdobytą na Camp Nou. Aby osiągnąć ten cel, piłkarze Gregorio Manzano wywierali wysoki pressing mający na celu utrudnienie komunikacji między pomocnikami a napastnikami Barçy. Zawsze na krawędzi, Mallorca ryzykowała wszystko, co mogła, w walce z bardzo niebezpiecznym przeciwnikiem, w którym metr przewagi może oznaczać granicę między przetrwaniem a śmiercią w butach. To Mallorca musiała przejąć inicjatywę, więc podopieczni Pepa Guardioli, mając czas po swojej stronie, rozgrywali piłkę po boisku i robili to celowo, cały czas szukając Hleba i Krkicia. Początkowa „czerwona” eksplozja, bardziej głośna niż merytoryczna, zbladła w obliczu powagi i siły rywala, który nie chciał oddać ani metra przewagi. Ale tuż przed przerwą Urugwajczyk Gonzalo Castro zdawał się podtrzymywać marzenia Mallorki o pucharze. Urugwajski skrzydłowy, praktycznie zapomniany od czasu przybycia do klubu z Balearów, posłał rakietę w stronę Pinto. W ciągu pierwszych pięciu minut po wznowieniu gry wydarzyło się wiele: FC Barcelona grała w dziesiątke po tym, jak Martín Cáceres został wyrzucony z boiska za faul na Castro w polu karnym a Pinto obronił rzut karny wykonany przez José Luisa Martí. W związku z tym Lionel Messi, który rozgrzewał się do wejścia na boisko, musiał poczekać, ponieważ Márquez zastąpił Iniestę, wypełniając lukę po Martínie Cáceresie. Argentyńczyk wszedł na boisko w 58. minucie, zastępując Krkicia. Messi bardzo szybko zaczął zaznaczać swoją obecność. Wywołał wykluczenie Josemiego i kilka okazji do zdobycia gola, jak choćby bezpośredni rzut wolny Daniego Alvesa , który Lux zdołał obronić. Od tego momentu Blaugrana odetchnęła z ulgą.

@Sysia11
@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@Adran360

13

Duma Katalonii uratowana przed spadkiem:

4 marca 1934 r. FC Barcelona zakończyła rozgrywki ligowe na… 9 pozycji z 10 zespołów w tabeli. Na najgorszy sezon w historii złożyło się kilka czynników. Jednym z nich była rozpoczęta sezon wcześniej przebudowa składu. Ponadto plaga kontuzji i kryzys instytucjonalny, który skończył się dymisją prezydenta Joana Comy. Barça w tamtym sezonie przegrała wszystkie mecze wyjazdowe a wygrała osiem u siebie, tracąc jedynie 2 punkty w meczu z Realem Madryt. Co ciekawe od trzeciego miejsca w tabeli Blaugrane dzieliło zaledwie 3 punkty, co świadczyło o bardzo wyrównanej walce. Kiedy jesteśmy mali i stajemy się kibicami piłki nożnej, jedną z pierwszych rzeczy, których zazwyczaj dowiadujemy się, jest to, że w Hiszpanii są trzy drużyny, które zawsze grały w Pierwszej Lidze: Real Madryt, FC Barcelona i Athletic Bilbao. I to stwierdzenie jest rzeczywiście niepodważalne. Jednak był czas, kiedy FC Barcelona spadła do Drugiej Ligi i mimo wszystko zagrała w Pierwszej Lidze w kolejnym sezonie. Posłuchajcie: Rozpoczął się nowy sezon niedawno utworzonej Ligi Narodowej. A konkretnie cofnijmy się do sezonu 1933/1934. Barça przeżywała jeden z największych kryzysów, zarówno na boisku, jak i poza nim, i w niczym nie przypominała klubu, jakim jest dzisiaj. Po zdobyciu pierwszego tytułu mistrzowskiego w historii (w sezonie 1928/1929), przez kolejne cztery sezony konsekwentnie plasowała się w pierwszej czwórce.

Jednak omawiany sezon był katastrofalny dla Blaugrany, która przegrała wszystkie dziewięć meczów wyjazdowych i jeden u siebie. W ostatniej kolejce Barça zmierzyła się z Realem Betis, który wygrał 1:0, co oznaczało spadek do Drugiej Ligi, gdyż drużyna zajęła dziewiąte miejsce w dziesięciozespołowej lidze . Na szczęście dla Barçy, La Liga zdecydowała się na rozszerzenie Pierwszej Ligi, z czego nie spadły ani Barça (przedostatnia), ani Arenas de Getxo (ostatnia). Atlético Madryt i Sevilla awansowały w tym sezonie a Pierwsza Liga rozrosła się do 12 drużyn z poprzednich 10. Blaugranie udało się utrzymać w najwyższej klasie rozgrywkowej i od tego czasu zaczęła się rozwijać, stając się gigantem, którym jest i był przez większość swojej historii. Jednak z technicznego punktu widzenia, FC Barcelona spadła do Drugiej Ligi tylko raz. Miało to miejsce 4 marca 1934 roku na stadionie Realu Betis.

@Adran360
@Bernard777
@Gary
@Kapitan hawk
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@MoralnyKarzel
@Ogorinho1974
@Safrani

10

Czy wiemy że…

3 marca 1999 r. Manchester United pokonał Inter Mediolan 2:0 w Lidze Mistrzów. Ćwierćfinałowy dwumecz MU z Interem był szeroko reklamowany jako rewanż za mundial między Beckhamem a Simeone. W meczu Argentyny z Anglią „Cholo” sprowokował „Becksa” a ten go kopnął, za co wyleciał z boiska. Obaj piłkarze okazali się jednak mądrymi ludźmi, gdyż nie doszło między nimi do żadnego spięcia a po meczu wymienili się koszulkami. Na boisku lepszy(a ściślej najlepszy) był Anglik bo to po jego dokładnych centrach oba gole strzelił York. Zwycięstwo 2:0 stawiało ,,Czerwone Diabły” w roli oczywistego faworyta do awansu, tym bardziej że w Interze Mircei Lucescu panowała kiepska atmosfera, gdyż kilku zawodników, w tym Djorkaeff i Ventola pozostawało skłóconych z rumuńskim trenerem.

@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani

12

Wybitne legendy futbolu:

3 marca 1965 r. w Niszu urodził się Dragan Stojkovič, legendarny pomocnik i tam stawiał pierwsze kroki w futbolu. Dobra gra w klubie sprawiła, że otrzymał pierwsze powołania do reprezentacji juniorskich, a później był w kadrze na IO oraz mecze eliminacji Mistrzostw Świata. Już wtedy wzbudził zainteresowanie jednego z największych klubów byłej już Jugosławii – Crvenej Zvezdy. W 1982 roku dał pierwszy wielki wywiad jugosłowiańskiemu magazynowi sportowemu Tempo. Było to podczas zgrupowania młodzieżowej reprezentacji. Miał wtedy 18 lat, był uczniem liceum ekonomicznego. Jak wspomina do dziś od zawsze fascynowała go też filozofia. Tych, z którymi się utożsamiał wymieniał w pierwszej kolejności Epikura i Demokryta. Darko Šarenac w tym wywiadzie zapytał Dragana, czy zostanie nowym Cruyffem? ,,Nie chce być kimś innym. Pozostanę Piksim. A kto to jest Piksi, co to znaczy? Wszyscy mnie tak nazywają, bo to mój ulubiony bohater z kreskówki [Pixie i Dixie]. Codziennie o 19:15 siadam przed telewizorem. Nie mam wtedy czasu dla rodziny, dziewczyny, kumpli i innych spraw. Jeśli mogę prosić, to chciałbym żeby w tytule tego wywiadu było napisane Piksi”. Z jednej strony można by nie brać tego na serio, ot jakiś młodzieńczy żart. Z drugiej strony dziś nazwalibyśmy to pewnie kreowaniem wizerunku, a czas pokazał jak przydomek Piksi stał się jednoznacznym skojarzeniem nie tylko dla kibiców z Jugosławii.

W miarę szybko został kapitanem Czerwonej Gwiazdy. Na boisku i poza nim był niekwestionowanym liderem tej cudownej grupy jugosłowiańskiej piłki. Technika, ale i niekonwencjonalne pomysły sprawiły, że wielu kibiców kojarzy go właśnie z takimi sytuacjami. Gol bezpośrednio z rzutu rożnego w derbach z Partizanem, proszę bardzo. Dla Jugosławii Piksi był jednym z kluczowych piłkarzy lat 90′. Gdyby nie kontuzje powinien zrobić większą karierę w Europie. Przez lata wielu kibiców, ekspertów zastanawiało się dlaczego reprezentacja Chorwacji odnosi więcej sukcesów od zdawałoby się „identycznej” czy bardzo podobnej (warunki fizyczne, mentalność, wyszkolenie techniczne) kadry Serbii. Po rozpadzie Jugosławii możemy mówić o dwóch ścieżkach „jugosłowiańskiej szkoły futbolu”. Serbowie pozostali wierni wieloletnim tradycjom, Chorwaci zaś dorzucili coś jeszcze, o czym wielu w Belgradzie zapomina. Chciałbym napisać – patriotyzm, jednak wielu z czytelników mogłoby to inaczej zinterpretować. Coś podobnego, bardziej emocjonalnego, namiętnego z przywiązaniem i odpowiedzialnością się z tym wiążącą. Przywiązanie do barw narodowych, które już od pierwszego meczu kadry z drużyną USA zakorzeniło się nie tylko w kibicach, ale również w piłkarzach. Z czego to wynika? Chorwaci od wielu lat, można powiedzieć od zawsze dążyli do odrębności, odróżnienia się od „braci prawosławnej wiary”. Czy to poprzez język, kulturę, sport… Chorwaci w ostatnim ćwierćwieczu zdobyli wicemistrzostwo świata (2018) oraz brązowy medal MŚ (1998), dla porównania Jugosławia/Serbia i Czarnogóra/Serbia tylko raz wyszła z grupy na Mundialu, chociaż za każdym razem „na papierze” posiadała mocny zespół, być może nawet mocniejszy niż sąsiedzi. Mieli indywidualności, Chorwaci mieli drużynę złożoną z indywidualności. Chociaż „Piksi” wiele lat spędził poza Europą zawsze podkreślał swoje przywiązanie i miłość do Serbii. W jednym z ostatnich wywiadów mówił: „Mieszkałem wiele lat zagranicą, ale to tu odczuwam te emocje. Tu jest moje miejsce i jeśli będzie trzeba oddam życie za Serbię”.

Zawsze przy wypowiadaniu takich górnolotnych słów trzeba brać je z dystansem. Tu jednak pojawia się słowo klucz „emocje”. Coś czego poprzednim selekcjonerom nie udało się wykrzesać z kadry. W Serbii większy wpływ na skład kadry mieli działacze i menadżerowie, którzy dla swoich wpływów i podniesienia wartości zawodników wpychali ich często na siłę do składu. To zjawisko niestety w dalszym ciągu obecne w bałkańskim futbolu. W takiej sytuacji, drużyna była na drugim, trzecim miejscu a oczekiwania z awansem do każdej wielkiej imprezy były porównywalne ze znanym z Polski „dmuchaniem balonika”, z którego jak zwykle nie wychodziło nic dobrego. Mógłbym wymienić jeszcze kilka cech wspólnych, które nas łączą bardziej z Serbami, aniżeli z Chorwatami. To zostawię na przyszłość. Należy sobie zadać pytanie czy „Piksi” będzie w stanie i(co ważniejsze) czy będzie miał możliwość realizowania w pełni swojej wizji prowadzenia drużyny narodowej. Tak długo trwające negocjacje mogą świadczyć również o tym, że nie chodziło o pieniądze ale właśnie o dobro drużyny i swobodę działania. W Crvenej Zveździe spędził 4 sezony jako piłkarz, po czym przeniósł się do Olympique Marsylia. Los sprawił, że to właśnie te drużyny w następnym sezonie zmierzyły się w finale Pucharu Mistrzów we włoskim Bari. Podczas serii rzutów karnych „Piksi” jakoś odmówił strzelania w serii rzutów karnych. We Francji oraz Włoszech nie pokazał tego by udowodnić, że jest gwiazdą. Wiele można zrzucić na kontuzje. Do Czerwonej Gwiazdy wrócił po zakończeniu kariery. Na wiele sposobów wykorzystywał swoje kontakty nabyte w Japonii. Pierwszym takim momentem był pożegnalny mecz „Piksiego”. Do Japonii przyleciał zespół z Belgradu a na murawie kibice mogli zobaczyć m.in. Nemanję Vidića. W 2005 objął stanowisko prezesa Czerwonej Gwiazdy. Na koszulkach pojawili się japońscy sponsorzy(Toyota, Sharp). Do czerwono-białych trafili też japońscy piłkarze. Zrezygnował z powierzonej mu funkcji w październiku 2007 roku. Od 2008 roku prowadzi tę drużynę, w której barwach zdobył 57 goli. W 2010 roku zdobył z klubem pierwsze w historii mistrzostwo Japonii.

@Safrani
@Ogorinho1974
@MoralnyKarzel
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@Kapitan hawk
@Gary
@Bernard777
@Adran360

2

Polskie dziewczyny, najwspanialsze są!!!
Vamos Polki!

11

@FCBparasiempre
Zico przyszedł na świat w 1953 roku a był wychowywany przez portugalskiego piekarza Jose, który kibicował Flamengo. Ale najwięcej zawdzięcza chyba przenikliwości... radiowca. Bez niego chłopak, który jest już mężczyzną w słusznym wieku, mógłby nie zostać wielkim piłkarzem. Gdy Zico miał trzynaście lat, zainteresował się nim Celso Garcia, reporter z radia, który(jak się okazało) otworzył mu drzwi do Flamengo. Tam zaczął testy. W dorosłej drużynie też szybko poszło. Dowód? W wieku 18 lat miał 22 mecze i strzelił 20 goli(!) a nie grał bynajmniej w środku ataku. Nie było mu jednak łatwo na początku w walce z rywalami. Niektórzy ironicznie nazywali go nawet... kurczakiem (por. ,,galinho”, zdrobnienie od ,,galo”), bo był po prostu wątły. Dostał ksywę "Galinho de Quintino", dlatego że Quintino Bocaiuva to dzielnica Rio, w której się wychował. Jeśli chodzi o sukcesy z Flamengo, to długo można wymieniać. Cztery tytuły mistrzowskie w kraju, siedem triumfów w mistrzostwach stanu Rio. Po kilka razy w tych rozgrywkach zdobywał koronę króla strzelców. Mało? No to przypomnijmy, że triumfował jeszcze w Copa Libertadores (a to była pierwsza wiktoria Flamengo w Copa). Później było jeszcze zwycięstwo w Pucharze Interkontynentalnym. Pewne 3:0 z Liverpoolem. A dorobek reprezentacyjny to 72 mecze i 52 gole. Neymar, Pele, Ronaldo, Romario są co prawda lepsi, ale to żadna ujma. To nawet przywilej być wymienianym w takim towarzystwie. Było ich trzech, a każdy zasłużył się na tyle, że do dziś są wspominane ich występy. Zico, Gabriel Barbosa i Adriano to bohaterowie Flamengo, którzy zapewniali tej drużynie splendor. Łączą ich nie tylko sukcesy. Chodzi też o symbolikę. Gracze określani kolejno jako Król, Książę i Cesarz wkładali w różnych okresach koszulki z numerami 9 i 10. Z nimi wiąże się uznanie i pewien mit. Skupmy się jednak na Zico. Dość szybko zaczął oswajać się z tą "dychą", bo już w szkółce piłkarskiej w 1968 roku. A nr 9 miał na koszulce od 1971. To wtedy przebił się do pierwszej drużyny. Mecz przeciwko Vasco da Gama w ,,Taca Guanabara” 29 lipca 1971 był jego debiutem. Dodajmy, że zakończony wygraną 2:1. Ta "dziesiątka" na plecach to, szczególnie w Ameryce Południowej, coś zgoła kultowego. Dlatego nie może zaskakiwać, że ten, który uchodzi za największego idola w historii Flamengo, wrócił do "dychy" w 1974 roku, bo wtedy jego pozycja była już naprawdę mocna.

Czytając opinie kibiców Flamengo można dowiedzieć się, że Zico, jak to zostało przez nich określone, "stworzył emblematyczną koszulkę z numerem 10 we Flamengo". To on dał klubowi światowy rozgłos. A owa "dziesiątka" stanowiła dla niego dodatkową motywację i inspirowała do rzeczy wielkich. To wymowne, że właśnie z tą "dychą" miał tak istotny wkład w największe osiągnięcia klubu, z którym w dodatku tak bardzo się utożsamiał. To wtedy wygrał Copa Libertadores i Puchar Interkontynentalny w 1981, a nie zapominajmy o tytułach Campeonato Brasileiro. Sława Zico rosła stopniowo, ale stać go było od początku na piękne gesty. Nie popadał w samozadowolenie, twardo stąpał po ziemi i nie cierpiał na megalomanię. Dowód? Gdy na Maracanie miał 6 kwietnia 1979 wystąpić "Król futbolu" w meczu charytatywnym z Atletico Mineiro, to Zico oddał Pelemu "dziesiątkę" Flamengo. A o co grano? Na szczytny cel. Dochód przeznaczono dla dotkniętych przez ulewy w stanie Minas Gerais. Kataklizm był taki, że zginęło 246 osób, a tysiące straciły dach nad głową. Wirtuozów podziwiało 140 tys. Brazylijczyków, a wynik końcowy to 5:1 dla Flamengo. Trzy gole strzelił Zico. Co ciekawe, Pele nie zdobył bramki, choć miał sposobność. Odmówił jednak strzelania z karnego. Wnikliwy badacz dziejów Flamengo, historyk futbolu Mauricio Nevesa przekonuje, że gdy Zico dostał już numer 10, to oddał go na krótko tylko dwa razy: raz Pelemu, a w 1983, gdy grał już w Udinese i wrócił do kraju, by wystąpić w pożegnalnym meczu bramkarza Raula. "Dziesiątkę" dostał Tita, a Zico wystąpił z numerem 11. Zico był często określany jako "biały Pele", co jest bardzo wymowne. To piękna egzemplifikacja jego wielkości. Trzy razy został najlepszym piłkarzem Ameryki Południowej, a działo się to w latach: 1977, 1981, 1982. W 1983 werdykt "World Soccer" ucieszył go najbardziej, wszak został najlepszym piłkarzem na świecie. Złotej Piłki jednak nie zdobył, bo... nie mógł. Do 1995 dostawali je tylko gracze z Europy. Po mundialu 2014 otwarto na Maracanie muzeum, w którym są pamiątki z mistrzostw świata. Także takie związane z trzema największymi w brazylijskim futbolu, którzy zadziwiali glob przez lata. Trzeba tu zrobić istotne zastrzeżenie: dwaj pierwsi byli niekwestionowanymi artystami, a Zico? On jednak budził wątpliwości estetów i zapamiętałych romantyków. Paweł Gunia, skaut Anderlechtu Bruksela, je rozwiewa. Brazylijczycy najbardziej cenią to, jak zawodnik kopie piłkę. To jest dla nich ważniejsze od... dryblingów. Zico umiał kopnąć ją jak wirtuoz. Nie dziwmy się zatem, że na Maracanie postawiono pomnik legendarnemu piłkarzowi Flamengo. Został tak upamiętniony gol, którego strzelił w 1982 podczas hiszpańskiego mundialu w meczu z Australią. Figura z brązu przedstawiająca Zico jest przy schodach wejściowych.

W 1980 doszło do rewolucji w brazylijskiej piłce. Selekcjonerem został 49-latek z Minas Gerais, który zyskał uznanie jako trener klubowy, prowadząc efektownie grające Atletico Mineiro z Belo Horizonte i Gremio Porto Alegre. Mowa o Tele Santanie. Stawiał na przygotowanie techniczne i granie "swojego futbolu", unikał dostosowywania ustawienia do rywali. Kierował się zasadą: perfekcja w każdym zagraniu i brak taktycznych rygorów. Przedkładał zespół nad indywidualności. Patrzył na poziom wyszkolenia piłkarzy i ich regularność, nie zważając na siłę fizyczną i wybieganie w takim stopniu jak poprzednik Claudio Coutinho. Jednocześnie, mimo że zasadniczy, to na pewno nie był pragmatyczny. Przeciwnie, kochał piękno futbolu. Znakiem rozpoznawczym jego Brazylii była fenomenalna druga linia złożona z Falcao, Cerezo, Zico i Socratesa. Z nią to była zjawiskowa drużyna. Bartłomiej Rabij, ekspert od latynoskiej piłki, pisał w książce "Podcięte skrzydła kanarka. Blaski i cienie brazylijskiego futbolu" tak: "To, co wymyślił Santana na mundialu 1982 było futbolowym cudem. Bo jego drużyna grała wprost cudownie, lekko, bajecznie i przyjemnie dla oka. Między genialną Brazylią z 1970 a drużyną Pepa Guardioli z lat 2008-2012 tylko Brazylia Tele Santany grała równie widowiskowy futbol. Pewnie, że ktoś może dorzucić Holandię, może Ajax z Cruyffem i Keizerem, może Milan Sacchiego, ale pisząc wprost: Brazylia grała na początku lat 80-tych futbol zjawiskowy". Tamta Brazylia miała dwóch kreatywnych defensywnych pomocników (Cerezo i Falcao), dwóch graczy schodzących na flanki (Eder obsadzał wtedy lewą, a Socrates lubił działać w centralnej strefie boiska). Był też duet napastników, a jako cofnięty grał właśnie Zico. Z kolei na szpicy Serginho Chulapa. Ta drużyna nie miała tylko chyżego środkowego napastnika, była za to grupa "naturalnych" ofensywnych pomocników, brakowało natomiast prawoskrzydłowego i prawego pomocnika. Santana grał va banque i oddawał prawą stronę rywalom. Dopiero później dostrzegł niedoskonałości swojej koncepcji. Brazylia do dziś z trudem wspomina klęskę z Urugwajem z 1950, ale to, co działo się w 1982, gdy zespół z Ameryki Południowej odpadł już w drugiej fazie grupowej, także jest zadrą, która wciąż uwiera. To był mecz, w którym pięknej Brazylii z Zico, Falcao, Socratesem wystarczał, by awansować do półfinału remis z Włochami a przegrała 2:3. Rossi strzelił wszystkie gole dla rywali. Po latach Zico i Rossi znaleźli się w galerii sław FIFA wraz z Karlem Heinzem-Rummenigge i Ronaldo. Niemiec to mistrz Europy z 1980 roku i dwukrotny wicemistrz świata, do niedawna prezes Bayernu Monachium, a trafił do galerii dopiero jako czwarty z tego kraju. Wcześniej ten zaszczyt spotkał: Franza Beckenbauera, Gerda Muellera oraz Lothara Matthaeusa. I tak dołączył do Brazylijczyka Pelego, Argentyńczyka Diego Maradony oraz Holendra Johana Cruyffa. Ronaldo był dwa razy mistrzem świata, a Zico zajął tylko trzecie miejsce na mundialu 1978, ale wiele razy był mistrzem Brazylii. Tak tłumaczono ten wybór. A Rossi to mistrz świata z 1982, król strzelców oraz najlepszy zawodnik turnieju. Galeria sław otwarta przez FIFA w 2011 roku ma siedzibę w meksykańskiej miejscowości Pachuca, w której w 1901 roku założono pierwszy w tym kraju piłkarski klub. Znajduje się tam również muzeum futbolu.

Po zakończeniu kariery piłkarskiej Zico nie próżnował. Jeśli chodzi o najciekawszy punkt w jego życiorysie, to można wskazać wizytę w siedzibie Międzynarodowej Federacji Piłkarskiej (FIFA) w Zurychu, która miała miejsce w 2015. Wtedy zapewniał, że poważnie rozważa włączenie się do walki o stanowisko prezydenta tej organizacji. Starając się przekonać do siebie prominentów z FIFA, dodawał, że "ma wystarczająco dużo wiedzy, by zaproponować zmiany, które "uzdrowią atmosferę wokół organizacji". Deklarował też, że zamierza wprowadzić zmiany, które zostaną przez wszystkich przyjęte z aprobatą. Podkreślał, że zrobił karierę na boisku i poza nim, więc futbol nie ma dla niego żadnych tajemnic. Dobrze wie, jakie rozwiązania są niezbędne. Tłumaczył, że na jego korzyść działa to, iż nigdy nie był związany z żadną frakcją FIFA, że jest kimś z zewnątrz, kto nigdy nie miał udziału w wątpliwych projektach. A kibice znają go tylko jako piłkarza i trenera, więc nie myślą o nim jako o działaczu, bo nigdy nim nie był. Gdy składał tę pamiętną wizytę w siedzibie FIFA i przedstawiał plan działań, to spotkał się z ówczesnym prezesem Seppem Blatterem. Ten Brazylijczyk był twardy i stanowczy, zdobył się na ostrą krytykę systemu wyborów szefa FIFA wskazując, że każdy kandydat musi mieć poparcie minimum pięciu federacji narodowych. Przy okazji Zico zdradził, że nie zdobył na razie poparcia ani jednego (także Brazylii), ale liczył, że do terminu zgłaszania kandydatur uda mu się to zrobić. Wiemy dobrze, co z tego wyszło. Wtedy był już trenerem Indian Club Goa i, jak sam mówił, nie miał za dużo czasu na wojaże po świecie i zdobywanie poparcia. Może to dobrze dla niego, bo mimo dobrych chęci pewnie miałby niewielkie szanse, by oczyścić skorumpowaną organizację. Był taki czas, gdy we Flamengo kwestionowano niezwykły rekord Leo Messiego. Przypomnijmy, o co dokładnie chodziło w tej sprawie. Historyk Bruno Lucena zaskoczył wszystkich w 2012 twierdząc, że Zico strzelił najwięcej goli w jednym roku, czyli 1979. Był jeszcze grudzień, więc Leo dołożył jeszcze dwa trafienia zamykając temat, ale ustalenia tego historyka są ciekawe. Tym bardziej, że wielu twierdziło, iż Messi gonił za rekordem Gerda Muellera. Niemiecki napastnik strzelił 85 goli w ciągu roku (1972), czyli mniej niż Zico. Co więcej, Brazylijczyk stracił część sezonu przez kontuzję. Lucena utrzymuje więc, że gdyby grał przez cały rok, to przekroczyłby granicę stu goli! Tak czy inaczej Zico to jeden z piłkarzy wszech czasów. Będąc pomocnikiem zdobył 647 bramek w rozgrywkach klubowych i ponad 50 dla reprezentacji Brazylii. Zico postanowił z kolegami podczas pandemii zachęcić rodaków do współpracy i przekazywania pieniędzy na pomoc dla przeludnionych faweli. Z inicjatywy Paulo Roberto dziewiętnastu byłych piłkarzy nagrało specjalny film, by przekonać rodaków do darowizn. Falcao przypomniał, że reprezentacja Brazylii z 1982 roku była znana z kreatywności i jedności, więc apelował o podobne działania w pandemii, by pomóc krajowi. ,,Biały Pele” został legendą Flamengo i reprezentacji Brazylii, ale trudno oprzeć się wrażeniu, że nie jest doceniany w takim stopniu, na jaki zasłużył. Grał w piłkę z rozwagą, ale też finezją. Po zakończeniu kariery nie zatracił się w nałogach, umie nadal trzeźwo myśleć. Jest już ostatnim z wielkiej trójki. Odeszli Pele i Garrincha.

10

Wyjątkowe legendy futbolu:
Dokładnie 73 lata kończy dziś Arthur Antunes Coimbra. O wspaniałej brazylijskiej legendzie przeczytacie w odpowiedzi na mój komentarz.

@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Comentateiro
@Gary
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@MoralnyKarzel
@Safrani

13

Wybitne legendy węgierskiego futbolu:

3 marca 1922 roku w Budapeszcie urodził się Nandor HIDEGKUTI (właściwie Nandor Kaltenbrunner). Był jedną z gwiazd złotej węgierskiej jedenastki - drużyny, która na początku lat 50-tych XX wieku zapoczątkowała nową erę w futbolu. Niepokonanej przez cztery lata, ogółem w 32 kolejnych meczach! Do legendy przeszły zwycięstwa Węgier nad Anglią - 6-3 w Londynie jesienią 1953 roku i 7-1 w Budapeszcie kilka miesięcy później. Hidegkuti to mistrz olimpijski z Helsinek (1952), wicemistrz świata (1954), wybitny strzelec i genialny drybler. Pytany o najlepszych piłkarzy, których spotkał na boisku, odpowiadał: bramkarz - Gyula Grosics, obrońca - Djalma Santos, pomocnik - Jozsef Bozsik, napastnik - Ferenc Puskas. Jesienią 1953 roku futbolowy świat wstrzymał oddech - Węgrzy upokorzyli na Wembley niepokonanych u siebie Anglików, trzy z sześciu goli strzelił Nandor Hidegkuti. Dwadzieścia lat później bohater niezwykłego meczu został trenerem Stali Rzeszów. I poniósł klęskę. Był jedną z gwiazd „Aranycsapat” - złotej węgierskiej jedenastki, prawdopodobnie najlepszej piłkarskiej drużyny XX wieku. A już na pewno najlepszej spośród tych, które nie zdobyły mistrzostwa świata. W bramce stał Gyula Grosics, w obronie grali Gyula Lorant, Jeno Buzanszky i Mihaly Lantos, w pomocy - Jozsef Bozsik i Jozsef Zakarias, w ataku Sandor Kocsis, Laszlo Budai, Nandor Hidegkuti, Zoltan Czibor i najsłynniejszy z nich Ferenc Puskas. Kres zjawiskowej drużyny nastąpił w 1956 roku, po tym, jak sowieckie czołgi zdławiły budapeszteńską rewolucję. Ale Węgrzy mieli już za sobą jeden dramat - dwa lata wcześniej przegrali w finale mistrzostw świata z Niemcami. W meczu, który przeszedł do historii pod nazwą "Cudu w Bernie". Dla rządzących krajem komunistów, wykorzystujących istnienie złotej jedenastki do celów propagandowych, to był cios. Piłkarze wracali do domów chyłkiem, pod osłoną nocy. Sugerowano, że sprzedali mecz za kilka mercedesów. Bramkarza Grosicsa oskarżono o zdradę i szpiegostwo. Hidegkuti dorastał w ubogiej dzielnicy Budapesztu, ale pochodził z arystokratycznej rodziny i naprawdę nazywał się Kaltenbrunner. Komuniści zmieniali jednak zawodnikom nazwiska na bardziej węgierskie. „Trener Gustav Sebes nazywał się Scharenpeck i miał pochodzenie żydowskie. Puskas to Purczeld, Lorant - Lipovics, Budai - Bednarik, Lantos – Lendenmayer”- przypomina Stefan Szczepłek, dziennikarz "Rzeczpospolitej", który w "Mojej historii futbolu" opisuje jak Sebes zagrał na nosie ideologom broniącym socjalistycznej ojczyzny przed burżuazją. Polecił nakręcenie propagandowego filmu, na którym matka Hidegkutiego przedstawiona jest jako przodownica pracy w cegielni. Mało kto jednak wie, że Hidegkuti posiadał wyraźny polski rodowód. O jego śmierci, 14 lutego 2002 roku, poinformowały wszystkie najważniejsze media sportowe świata a poważne brytyjskie gazety wydrukowały obszerne wspomnienia.

@Safrani
@MoralnyKarzel
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@Kapitan hawk
@Gary
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360

10

Rekord Blaugrany i hattrick „La Pulgi” na „Estadio Vallecas”:


Dokladnie 10 lat temu FC Barcelona odniosła zwycięstwo 5:1 nad Rayo Vallecano w 27 kolejce Primera Division i została pierwszą hiszpańską drużyną w historii, która nie przegrała 35 meczów we wszystkich rozgrywkach. Ivan Rakitić (22 m.) poprowadził Barçę na drodze do zwycięstwa, wykorzystując błąd bramkarza Rayo Juana Carlosa a następnie Lionel Messi (23 m.) podwoił przewagę. Rayo zostało zredukowane do gry w dziesiątkę tuż przed przerwą, po tym jak Diego Llorente otrzymał czerwoną kartkę za faul na Rakiticiu a Barca wykorzystała przewagę liczebną, gdy Messi (53 i 72 m.) skompletował hat-tricka. Honorowe trafienie dla gospodarzy zanotował Manucho (57 m.). Manuel Iturra również zobaczył czerwoną kartkę dla Rayo a Luis Suarez nie wykorzystał rzutu karnego, zanim Arda Turan (86 m.) strzelił swojego pierwszego gola dla Barçy. Dzięki temu zwycięstwu Blaugrana powiększyła przewagę na szczycie tabeli La Liga do ośmiu punktów, podczas gdy Rayo spadło na 17. miejsce po poniesieniu pierwszej porażki w siedmiu meczach. Podopieczni Luisa Enrique nie ponieśli porażki w lidze od 3 października, kiedy to przegrali na wyjeździe 2:1 z Sevillą. Barca początkowo miała problemy z wejściem w rytm gry na „Campo de Futbol de Vallecas”. Najbliżej zdobycia gola w pierwszej połowie był Rayo, ale strzał Ardiego Embarby został powstrzymany przez bramkarza Barcelony, Claudio Bravo. Gospodarze nie potrafili jednak wykorzystać dobrej passy na początku i strzelili bramkę otwierającą spotkanie Barcelonie po tym, jak Carlos posłał standardowe dośrodkowanie pod nogi Rakiticia, który nie pomylił się i umieścił piłkę w pustej bramce. Barca powiększyła przewagę zaledwie dwie minuty później. Messi pokonał Carlosa po wymianie podań z Neymarem. Sytuacja Rayo pogorszyła się tuż przed przerwą, po tym jak Llorente otrzymał polecenie wyjścia na boisko, mimo że wydawało się, że to on przejął piłkę w starciu z Rakiticiem.


Po przerwie Messi ponownie ukarał Rayo, strzelając bramkę po tym, jak Luis Suarez zobaczył, że jego strzał odbił się od słupka. Rayo zdobył bramkę rewanżową za sprawą byłego napastnika Manchesteru United, Manucho ale wszelkie nadzieje na nieoczekiwany powrót prysły, gdy Iturra otrzymał czerwoną kartkę za wpakowanie Sergio Busquetsa przed bramkę. Chociaż Carlos znakomicie obronił rzut karny Luisa Suareza, Messi niedługo potem skompletował hat-tricka, mijając wybiegającego bramkarza Rayo. Rezerwowy Arda Turan zakończył idealny wieczór dla FC Barcelony i Luisa Enrique, strzelając swojego pierwszego gola dla klubu, po tym jak głową skierował dośrodkowanie Jeremy'ego Mathieu w górny róg bramki.


@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Sysia11

12

El Clasico w cieniu skandalu:

3 marca 2001 r. Real Madryt zremisował w 25 kolejce La Liga z FC Barcelona na Bernabeu 2:2. Jednak ten klasyk powinien był zakończyć się wygraną Blaugrany. Dlaczego tak się nie stało? Otóż sędzia Losantus Omar anulował prawidłowo strzelonego gola w ostatniej minucie przez Rivaldo. Asystent głównego zasygnalizował pozycję spaloną trzech piłkarzy Barçy, choć żaden z nich nie brał udziału w grze a piłka uderzona przez Brazylijczyka odbiła się od nogi Ivana Helguery. Ani hiszpański obrońca, ani Iker Casillas nie protestowali, zupełnie nie spodziewając się iż gol nie zostanie uznany. Rivaldo stracił tym samym hattricka, gdyż wcześniej dwukrotnie odpowiadał na trafienia Raula Gonzaleza. Królewscy utrzymali 9 punktów przewagi nad Dumą Katalonii, która w efekcie straciła szanse na mistrzostwo Hiszpanii. Po meczu El Mundo Deportivo grzmiało ,,Kradzież stulecia”. No cóż, nie pierwszy i zapewne nie ostatni raz ,,niezależni” sędziowie robią nas w c***a.



@Safrani
@Ogorinho1974
@MoralnyKarzel
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@Adran360

13

Wszystkiego najlepszego ,,Murzynie”. Zdrowia, szczęścia i słodyczy cała Polska tobie życzy! Wiecie kto ma ksywke ,,Murzyn”? Większość kibiców Widzewa zapewne wie a przynajmniej powinna. Dzisiaj 70 lat kończy Zbigniew Boniek, postać, której nie musze chyba nikomu przedstawiać. Jednak jaki miał charakterek były prezes PZPN, to nie każdy sobie z tego zdaje sprawę. Otóż ,,Murzyn” swego czasu(jako piłkarz) grając w Widzewie, z kilkoma kolegami sprzedał mecz, w którym grał po raz pierwszy(i bodaj ostatni) jako…. środkowy obrońca! W przerwie meczu, pomocnik Widzewa, Ś.p. Krzysztof Surlit omal nie zatłukł Bońka na śmierć! Zdarzenie to miało miejsce w meczu z Pogonią Szczecin w kwietniu 1978 r. w 27 kolejce ekstraklasy(ówczesnej pierwszej ligi). Jeśli ktoś nie dowierza to odsyłam zainteresowanych do książki ,,Wielki Widzew”-rozdział VI.

@Adran360
@Bernard777
@FcPortoFan1999
@Gary
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@MoralnyKarzel
@Ogorinho1974
@Safrani

1

@Dankho94isback Masz racje! W takim razie dożywotnia dyskwalifikacja dla niego i amen!

14

Ten cały Rudiger, nie no, co za wstrętna małpa! co za menda! co za bandyta!!! żeby tak leżącego człowieka uderzać w głowe! I on nawet nie dostał żółtej kartki? Skandal!!! Do pudła z ta bestią! Może w końcu się opamięta! Dziadyga jeden

16

Epokowe mecze w historii polskiego futbolu:

2 marca 1983 r. Widzew Łódź pokonał FC Liverpool 2:0 na stadionie ŁKS-u w ćwierćfinale Pucharu Europy Mistrzów Klubowych. Są takie mecze, które zapewniają miejsce w historii. Dla Widzewa właśnie takim spotkaniem było to z 2 marca 1983 roku. Już awans do ćwierćfinału Pucharu Europy zespołu prowadzonego przez Władysława Żmudę był największym osiągnięciem w historii klubu. W nagrodę Włodzimierz Smolarek i spółka dostali szansę sprawdzenia swoich umiejętności na tle najlepszej drużyny Europy, bo za taką uznawany był wówczas naszpikowany gwiazdami europejskiej piłki Liverpool. ,,The Reds” triumfowali w tych rozgrywkach trzykrotnie w poprzednich sześciu sezonach a w tym czasie po puchar sięgały tylko angielskie kluby. Dlatego przed dwumeczem żaden z ekspertów nie dawał Widzewowi najmniejszych szans na końcowy sukces. Zainteresowanie starciem na stadionie ŁKS-u było ogromne. Kibice wypełnili nie tylko trybuny. Co odważniejsi wspinali się na maszty oświetleniowe, inni zajmowali miejsca na hałdach śniegu odgarniętego z płyty boiska. Wszyscy chcieli na żywo zobaczyć nie tylko wielkiego rywala, ale także wielką sensację z udziałem mistrzów Polski. Z całą pewnością nie zawiedli się. Wiadomo było że tamten sezon to pożegnanie Boba Paisleya, ówczesnego trenera Liverpoolu. Wszystko było ekscytujące. Po losowaniu była więc radość i podniecenie, lecz teraz tylko obawa przed kompromitacją. W dodatku na 5 dni przed meczem piłkarzy Widzewa zaatakowała epidemia grypy.

Pojawiły się plotki że piłkarze symulują żeby uprzedzić ewentualny atak prasy po wysokiej porażce. ,,Nie było żadnego symulowania. Kilku podstawowych zawodników, sześciu, może siedmiu naprawdę było poważnie chorych”- wspominał Tadeusz Świątek. We wtorek dzień przed meczem piłkarze spotkali się z trenerem na stadionie ŁKS i odbyli trening. Żmuda przywiózł ze sobą sporo materiału do przemyśleń. Zawodnicy mieli do niego duże zaufanie. Odprawa taktyczna była w przypadku tego mistrza analizy znacznie ważniejsza niż w innych klubach. Żmuda bardziej niż większość szkoleniowców wierzył w sprawczą siłę rozgryzania przeciwnika. Działacze Widzewa nazywali go nawet ,,Profesorem Tutką”. ,,Miał niezwykłą umiejętność rozpracowywania rywali. Potrafił wyjątkowo celnie opisać słabe i mocne strony. Był znakomity taktycznie. Przedstawiał zawodnika ze szczegółami, jakie ruchy najczęściej wykonuje, w którą stronę się obraca i można było na tym polegać”- opisywał Mirosław Myśliński. Szkoleniowiec Widzewa został ugoszczony przez rywali, obejrzał i nagrał mecz wyjazdowy Liverpoolu z Manchesterem U. ,,Z powrotem jechałem autokarem klubowym z Liverpoolem, rozmawiałem z trenerem Paisleyem. Pytałem go o różne rzeczy a on nawet nie zapytał o pogode w Łodzi. Byli tacy pewni siebie! Asystent Paisleya był wcześniej w Łodzi ale obserwował Widzew zaledwie 10 minut i jak mówią Widzewiacy zapytał gdzie w okolicy można napić się piwa”- opowiadał Władysław Żmuda. ,,To była fantastyczna drużyna. Kenny Dalglish, Ian Rush… Wiedzieliśmy że same umiejętności nie wystarczą, że są lepszymi piłkarzami”- przyznawał Krzysztof Kamiński. Piłkarze Widzewa na grząskim i lekko zmrożonym boisku na pewno zaskoczyli rywali atakiem od pierwszych minut. Jeszcze w pierwszej połowie bliscy zdobycia gola byli Grębosz i Tłokiński. Jednak to Liverpool był bliższy celu, jeśli za taki uznać wywiezienie z Łodzi choćby punktu.

W pierwszej połowie Ronnie Whelan strzelił nawet gola ale Jugosławiański sędzia odgwizdał spalonego. Po przerwie strzelił Tłokiński, który zgodnie ze wskazówkami Żmudy trzymał się blisko Grobbelaara. Bramkarz z Zimbabwe wypuścił piłke z rąk po dośrodkowaniu Grębosza i Tłokiński z 10 metrów wbił ją do pustej bramki. Natomiast Wiesław Wraga, malutki skrzydłowy, ten sam, który tak fantastycznie wszedł do zespołu w rundzie jesiennej, teraz zaczynał mecz na ławce rezerwowych. Na boisku pojawił się w 70 minucie w miejsce Filipczaka a 10 minut później po dośrodkowaniu Grębosza strzelił głową z 16-tu metrów. Właśnie on, piłkarz, który mierzył zaledwie 167 cm., najniższy na boisku! Młynarczyk zachował czyste konto. Był to kolejny fantastyczny mecz tego bramkarza. ,,Myślę że Józek był wtedy najlepszym na swojej pozycji na świecie. Oczywiście nasza prasa pisała że Dasajew jest najlepszy ale to była bzdura. W tym meczu idealnie pokazał się na tle Grobbelaara. Ten również uchodził za znakomitego bramkarza ale jednak Józek był klase wyżej”- mówił Tadeusz Świątek. Ostatecznie Widzew z dwubramkową przewagą z pierwszego meczu nie mógł być niczego pewnym w rewanżu a tym bardziej nie był faworytem na Anfield Road.

@Adran360
@Bernard777
@FcPortoFan1999
@Gary
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@MoralnyKarzel
@Ogorinho1974
@Safrani

14

Duma Katalonii w Pucharze Mistrzów:

2 marca 1960 r. FC Barcelona pokonała na wyjeździe Volverhampton Wanderers aż 2:5 w ramach ćwierćfinału Pucharu Mistrzów Klubowych i awansowała do półfinału. 4 gole(!) z rzędu w tym meczu strzelił genialny napastnik Sandor Kocsis a piątą dołożył Villaverde. Niestety w półfinale Barça opadła po dwumeczu z Realem Madryt. Wówczas w ekipie Królewskich prym wiódł Alfredo di Stefano, który swego czasu podpisał przecież kontrakt z Blaugraną lecz ówczesna ,,suwerenna” federacja hiszpańskiego futbolu zrobiła swoje. To jednak już historia na oddzielny artykuł(komentarz).



@Safrani
@Ogorinho1974
@MoralnyKarzel
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@Kapitan hawk
@Gary
@Bernard777
@Adran360

12

Dramatyczne przeżycia ze szczęśliwym zakończeniem:

2 marca 1981 r. Enrique Castro Gonzalez(napastnik Barçy zwany Quini) został porwany przez trzech zamaskowanych mężczyzn. Po meczu z Alicante, w którym Quini strzelił 2 gole, został on uprowadzony przez trzech sprawców. W czasie gdy jego los był nieznany, Blaugrana zdobyła tylko jeden punkt i przegrała 3 mecze, tracąc szanse na mistrzostwo La Liga. Po 23 dniach Quini został uwolniony a FC Barcelona zajęła dopiero 5 miejsce w La Liga. Czyja to była sprawka i w jakim celu to chyba nie trudno się domyśleć? Jednak ,,białasom” i tak nie udało się zdobyć mistrzostwa. Tym razem ,,oliwa okazała się sprawiedliwa”…

@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@Lionel_Messi10
@misterio
@Marusek
@MoralnyKarzel
@Ogorinho1974
@Safrani

12

Grande Espectacolo El Clasico:

2 marca 1952 r. FC Barcelona pokonała na ,,Camp de Les Corts” Real Madryt 4:2 w ramach 25 kolejki Primera Division. Hattrickiem w tym meczu popisał się genialny Cesar Rodriguez, natomiast pierwszego gola dla Barçy strzelił napastnik Jordi Vila Soler. Po tym zwycięstwie Duma Katalonii nie oddała już prowadzenia do końca rozgrywek i ostatecznie po raz 5 w historii sięgnęła po mistrzostwo Hiszpanii!

@Safrani
@Ogorinho1974
@MoralnyKarzel
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@Kapitan hawk
@Gary
@Bernard777
@Adran360

13

Szanowni rodacy, pamiętajmy!

Panie i Panowie, kochani sympatycy futbolu, 105 lat temu urodził się Kazimierz Górski! Wszyscy doskonale go znamy, więc pochylmy się w zadumie ku czci i pamięci wielce zasłużonego Polaka…

@Adran360
@Bernard777
@Gary
@FcPortoFan1999
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@MoralnyKarzel
@Ogorinho1974
@Safrani

10

Dlaczego w hiszpańskim futbolu używano białych kartek i czy mogą jeszcze wrócić?

Dziś stanowią integralną część piłki nożnej i postrzegamy je jako kolejny element zasad i gry. Jednak był czas, kiedy ich nie było. Mówimy oczywiście o kartkach, które zaczęto pokazywać na Mistrzostwach Świata w 1970 roku. Potrzeba stworzenia wizualnego sygnału, który wyraźnie wskazywałby, że zawodnik otrzymał żółtą kartkę od sędziego, pojawiła się po wyjątkowo zaciętym meczu pomiędzy Chile a Włochami podczas Mistrzostw Świata w 1962 roku. W tym spotkaniu sędzia Ken Aston nie zdołał uspokoić nastrojów obu drużyn, przez co mecz wymknął się spod kontroli. Musiał wyrzucić z boiska dwóch włoskich zawodników i wrócił do domu skrajnie sfrustrowany. W tamtych czasach sędzia ustnie ostrzegał zawodnika, aby zaprzestał protestów lub agresywnej gry. Jeśli ten sam zawodnik nie dawał za wygraną, był usuwany z boiska, ale wszystko odbywało się ustnie. Wywoływało to spore zamieszanie, ponieważ zawodnicy czasami nie zdawali sobie sprawy, że zostali ukarani za pierwszym razem. Co więcej, opinia publiczna nie miała możliwości dowiedzenia się o tych ostrzeżeniach udzielonych konkretnemu zawodnikowi. Problemy trwały nadal podczas Mistrzostw Świata w 1966 roku, kiedy to w meczu Anglia - Argentyna niemiecki sędzia Rudolf Kreitlein wyrzucił z boiska Argentyńczyka Antonio Rattína, który nie zdawał sobie sprawy z wcześniejszego ostrzeżenia z powodu bariery językowej. Podobnie, w tym samym meczu bracia Jack i Bobby Charltonowie zostali ustnie ukarani, nie zdając sobie z tego sprawy. Pilnie potrzebne było znalezienie metody, która jasno wskazywałaby, kiedy zawodnik otrzymuje żółtą kartkę. W ten sposób Ken Aston, który już w 1966 roku przeszedł na emeryturę, ale wciąż zasiadał w komisji sędziowskiej, wpadł na pomysł, aby żółtą flagą oznaczyć jako ostrzeżenie a czerwoną jako wyrzucenie z boiska po zatrzymaniu samochodu na światłach na Kensington High Street w Londynie. Ale jak to wdrożyć w meczu piłkarskim? To jego żona, Hilda, wycięła dla niego dwie kartki i zasugerowała, aby sędziowie nosili je w kieszeniach podczas meczów.

Po raz pierwszy żółte i czerwone kartki pokazano na Mistrzostwach Świata w 1970 roku. Pierwszym piłkarzem, który otrzymał żółtą kartkę na Mistrzostwach Świata, był radziecki piłkarz Kakhi Asatiani a Chilijczyk Carlos Caszely (grający wówczas w Levante) dostał czerwoną kartkę i został w związku z tym wyrzucony z boiska. Po zakończeniu Mistrzostw Świata w Meksyku w 1970 roku, w głównych ligach wprowadzono kartki. Początkowo jednak liga hiszpańska używała kartek białych i czerwonych. Powodem tego, choć nie ma oficjalnego wyjaśnienia, jest po prostu fakt, że w tamtym czasie telewizory były przeważnie czarno-białe, co ułatwiało rozróżnianie tych dwóch rodzajów kartek. Wprowadzono je dopiero w styczniu 1971 roku. Co ciekawe, pierwszym zawodnikiem, który otrzymał białą kartkę za wielokrotne protesty do sędziego, był legendarny napastnik „Quini” w meczu Espanyolu ze Sportingiem Gijón. Białe kartki były częścią La Ligi przez pięć lat, aż zostały zastąpione żółtymi i czerwonymi kartkami, do których wszyscy zdążyliśmy się już przyzwyczaić. Jednak od czasu do czasu pojawiały się głosy o możliwym powrocie tych kolorowych kartek. Dla przykładu, Platini opowiadał się za stworzeniem kartki, która umożliwiałaby wykluczenie piłkarza na 10 minut w celu uspokojenia nastrojów, bez jednoznacznego określenia decyzji. Kartka ta byłaby biała.

@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@MoralnyKarzel
@Ogorinho1974
@Safrani

10

Pasjonata morderstw:

Każdy potrzebuje czasami jakiejś odskoczni od codziennych obowiązków. Szef męczy nas zbliżającymi się ,,deadlinami” a w domu żona ciągle ogląda seriale i nie ma dla niej znaczenia, że chcesz zobaczyć mecz o półfinał mistrzostw Europy, między Polską a Portugalią. Wtedy najlepiej zająć się swoją pasją. Tylko co, jeśli są nią morderstwa? ,,Byłam już w tylu miejscach zbrodni z Martinem, że mam wrażenie, iż któregoś dnia sama zostanę zamordowana w jednym z nich”– mówi Geraldine O’neill, żona selekcjonera reprezentacji Irlandii. Martin O’Neill szerokiej publiczności jest głównie znany z boiska, jeszcze z czasów kiedy grał m.in. w Manchesterze City lub w Nottingham Forrest, gdzie spędził aż 10 lat. Młodsze pokolenia kojarzyć go mogą z ławki trenerskiej takich klubów jak: Celtic, Aston Villa czy Sunderland. Wśród najbliższych jednak – jest uznawany za dziwaka. Wszystko za sprawą specyficznej pasji. O’Neilla kręcą morderstwa, zwłaszcza te brutalne i zagadkowe. Młody Martin, nie będąc pewnym swojej piłkarskiej kariery, trenował i jednocześnie studiował prawo na Uniwersytecie Królewskim w Belfaście. Prawnikiem jednak nie został, przerywając studia po podpisaniu w 1971 roku kontraktu z Nottingham Forest. Odskocznią od boiskowych obowiązków stały się dla niego… morderstwa i zbrodnie. Jego koledzy opowiadają, że O’Neill potrafił wyciągać z policji w Nottingham dokumentację dotyczącą „Rozpruwacza z Yorkshire”, skazanego za zabójstwo 13 kobiet, czy też innych przestępców. Piłkarz z zapałem i ogromną pasją studiował każdy opis, zdjęcia i zeznania. To jednak nie wszystko – O’Neill w wolnych chwilach jeździł oglądać miejsca zbrodni i przyglądał się, jako widz, procesom sądowym. Fascynowała go osobowość zbrodniarzy oraz to, co ich skłaniało do popełniania zakazanego czynu.

Jego zainteresowanie zabójstwami rozpoczęło się jeszcze na kilka lat przed dołączeniem do drużyny Nottingham Forest. Irlandczyka z północy zafascynowała w 1962 roku sprawa Jamesa Hanratty’ego – zabójcy i gwałciciela. Był on jedną z ostatnich osób w Wielkiej Brytanii, która została skazana na śmierć i powieszona. Mimo wyroku skazującego najbliżsi długo wierzyli w jego niewinność. Po prawie 40 latach, w 2001 roku, zwłoki Hanratty’ego zostały ekshumowane i dzięki rozwiniętym metodom badań w medycynie sądowej, porównano DNA Jamesa, z tym znalezionym na miejscu zbrodni. Wyniki badań DNA potwierdziły winę. W niewinność z kolei wierzył wówczas obecny selekcjoner reprezentacji Irlandii. Był tak zaangażowany w sprawę, że postanowił spotkać się z sędzią, który wydał wyrok śmierci na Jamesa. Martin O’Neill jeździ w czasie wakacji do miejsc, w których popełniono zbrodnie. Odwiedził Lower Belgrave Street w Londynie, aby odtworzyć w swojej wyobraźni morderstwo niani, którego dokonał Lord Lucan. Pojechał do Dallas, do mieszkania Lee Harveya Oswalda, który jest uważany za zabójcę prezydenta Johna Fitzgeralda Kennedy’ego (istnieją liczne teorie spiskowe, według których snajperem był ktoś inny). Swoją pasję Martin dzieli z żoną, która razem z mężem jeździ oglądać i analizować miejsca, w których doszło do strasznych czynów. W klubie Wycombe Wanderers, którego trenerem w latach 1990-1995 był Martin O’Neill, żartowano, że Irlandczyk przyjął tę pracę ze względu na sąsiedztwo klubu z miejscem zbrodni Jamesa Hanratty’ego. Jednak jego pasja jest bardzo przydatna w obecnej pracy. Swoje obserwacje rozpraw sądowych, analizę mimiki i gestów przestępców, selekcjoner wykorzystuje w pracy z piłkarzami.

O’Neill skupia się na osobowościach zawodników, wyciąga wnioski i stara się pomóc im rozwinąć umiejętności. Jako trener, łączy swoją pasję z „wychowaniem” piłkarzy jeszcze w inny sposób. W 1981 roku Martin uważnie śledził rozprawę Petera Sutcliffe’a, czyli „Rozpruwacza z Yorkshire”. Ta sprawa na tyle go pasjonowała, że postanowił zabrać do jego domu piłkarzy, prowadzonego przez siebie Leicester. Wycieczkę do tego miejsca powtórzył, kolejnym razem zabierając na wyjazd swoją… ciężarną żonę. Pasja do morderstw nie jest jedyną specyficzną cechą Martina O’Neilla. Ostatnio selekcjoner zasłynął dzięki swojemu ekscentrycznemu poczuciu humoru (choć są tacy, którzy nazwaliby je szowinistycznym). W związku z trwającymi mistrzostwami Europy, O’Neill został zapytany o kwestię obecności żon, narzeczonych i dziewczyn piłkarzy w hotelu reprezentacji Irlandii. ,,Cóż, to zależy od tego, jak dobrze one wyglądają. Jeśli są naprawdę atrakcyjne, to będą bardzo mile widziane. Co do brzydkich, obawiam się, że nie” – zażartował selekcjoner reprezentacji Irlandii.

@Safrani
@Ogorinho1974
@MoralnyKarzel
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@Adran360

1

@Safrani No to od razu mów że to film historyczny o pierdolonych stalinowcach z 1939 roku. Widze że to bardzo wartościowy film...

1

@Safrani Zaraz zobacze na internecie o co chodzi bo jakoś mi nie wyjasniłeś konkretnie!

2

@Safrani Ale o jaki pojedynek chodzi w tym filmie, bokserski?

10

Wybitne postacie futbolu:

1 marca 1921 r. trzecim z kolei prezydentem FIFA został wybrany Jules Rimet, francuski działacz sportowy. Piastował ten urząd najdłużej w historii bo aż przez 33 lata! Rimet nazywany jest ojcem piłkarskich mistrzostw świata, ponieważ to on w 1928 r. wpadł na pomysł rozgrywania cyklicznych turniei, którymi pasjonują się miliony ludzi na całym świecie. Statuetka, którą zdobywali mistrzowie świata nazywana była jego nazwiskiem.

@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@Kapitan hawk
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@MoralnyKarzel
@Ogorinho1974

0

@APTAPT Okazuje się że ani Pablo anie Paco. On się nazywa Francisco Alcacer Garcia.

Media

Sonda

Której reprezentacji, do której powołany został zawodnik Barcy, kibicujesz?