FCBparasiempre
Dołączył/a: grudzień 2020
Biała Podlaska
33 obserwujących
0 obserwowanych
Której reprezentacji, do której powołany został zawodnik Barcy, kibicujesz?
Komunikat
Polecający
Ładowanie...
Historia komentarza
Ładowanie...
3
Komentarz usunięty
15
Żywe legendy rodzimego futbolu:
17 lutego 1972 r. urodził się Cezary Kucharski. Obecnie najbardziej znany jak rzutki menadżer i były już agent Roberta Lewandowskiego. W przeszłości Kucharski był jednak głównie skutecznym napastnikiem słynącym z ambicji i zawziętości. Jego charakter dobrze ilustruje historia z czasów gry w Stomilu Olsztyn. ,,Kucharz” wypożyczony przez Legie do niżej notowanego zespołu chciał udowodnić całemu światu że nadaje się jeszcze do gry na wyższym poziomie. W starciu z Polonią Warszawa brutalnym wślizgiem rozciął mu jednak łydke obrońca Tomasz Ciesielski. Za ten faul otrzymał tylko żółtą kartke. Zdenerwowany Kucharski leżąc na noszach wziął piłke… i uderzył nią sędziego w głowe. Arbiter pokazał mu więc czerwień. Na usprawiedliwienie Kucharskiego, rana była bardzo głęboka. Widać było nawet mięśnie. Sprawą zainteresowała się policja. Lekarze zaś stwierdzili że wystarczyłoby parę milimetrów aby zakończyć karierę tego zawodnika. Ostatecznie po miesiącu Kucharski zameldował się znów na murawie. Cel udało mu się wypełnić. Wrócił do Legii, zdobył z nią mistrzostwo Polski a potem pojechał na mundial i zagrał 65 minut w meczu z USA. W całej karierze w Ekstraklasie strzelił 90 goli w 256 meczach, co daje średnią 0,35 gola na mecz. Swój najlepszy sezon pod tym względem zaliczył w premierowej edycji. Jako gracz Siarki Tarnobrzeg 14-krotnie pokonał bramkarzy przeciwników. Do dziś z dorobkiem 20 goli jest najskuteczniejszym zawodnikiem Siarkowców w historii ich występów w Ekstraklasie. Największe sukcesy odniósł jednak razem z Legią. W barwach Wojskowych dwukrotnie był mistrzem Polski, zdobył Puchar Polski oraz Puchar Ligi. Imponująco wygląda także jego dorobek z europejskich pucharów. Dla stołecznej drużyny zdobył w nich w sumie aż 10 goli, co stawia go w klasyfikacji wszechczasów tylko za Deyną, Radoviciem, Pieszką, Kuchararczykiem i Żmijewskim. Pokonał m.in. bramkarzy Utrechtu, Besiktasu czy(dwukrotnie) Panathinaikosu Ateny. W reprezentacji Polski zagrał 17 meczów i strzelił 3 gole, w tym m.in. w starciu z Brazylią w składzie z Ronaldo i Romario. Był członkiem reprezentacji na MŚ w 2002 r. i zagrał na turnieju przeciwko USA. Został w ten sposób15-tym piłkarzem Legii w historii z występem na mundialu. Poza Polską grał w Szwajcarii, Hiszpanii oraz Grecji. Najdłuższy rozbrat z ojczyzną trwał jednak półtora sezonu, choć w pierwszym z tych krajów strzelił aż 18 goli w 45 meczach. Kariere zakończył w 2006 r. Później został posłem na Sejm a obecnie jest znanym menadżerem.
@Szalik
@shaun
@Safrani
@Ogorinho1974
@MoralnyKarzel
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Kapitan hawk
0
Pogonić tych Dejongów i Torressów z klubu gdzie pieprz rośnie. Patałachy cholerne, zakały rodziny to znaczy klubu... Zresztą Balde to samo a i Kunde nie lepszy...
5
Komentarz usunięty
12
Zapomniane legendy rodzimego futbolu:
17 lutego 1933 roku w Warszawie urodził się Krzysztof Baszkiewicz. Zaczął grać w piłkę w zespole OMTUR Bielany, skąd w 1949 roku jeszcze jako junior przeniósł się do Budowlanych Wola. Po trzyletnim pobycie w gdańskiej Lechii, w 1953 roku trafił do Gwardii Warszawa, szybko stając się jednym z najlepszych zawodników tego klubu. Mając u boku tak wyśmienitych piłkarzy jak bramkarz Tomasz Stefaniszyn czy Edmund Zientara i Stanisław Hachorek w 1954 roku zdobył Puchar Polski. Gwardziści w finale dwukrotnie mierzyli się z Wisłą Kraków. Pierwsze spotkanie w Warszawie zakończyło się wynikiem 0:0, a z powodu zapadających ciemności zostało przerwane. W powtórzonym finale, we Wrocławiu Gwardia wygrała 3:1 a jedną z bramek zdobył Krzysztof Baszkiewicz. Dwa gole dla gwardzistów dołożył Stanisław Hachorek, a dla rywali trafił Włodzimierz Kościelny. W sezonie 1955/56 Gwardia Warszawa, jako pierwsza w historii reprezentowała Polskę w europejskich pucharach. Została zgłoszona do Pucharu Mistrzów (zastępując decyzją władz piłkarskich Polonię Bytom). Po bezbramkowym remisie z Djurgårdens Sztokholm, spotkanie rewanżowe ze Szwedami odbyło się na Stadionie Wojska Polskiego w Warszawie (w obecności 25 tysięcy widzów). Niestety przegrali 1:4, ustępując bardzo twardo grającym rywalom. Na pocieszenie naszej drużynie został pierwszy w historii gol zdobyty w tych rozgrywkach przez Krzysztofa Baszkiewicza. W 1957 roku ze swą drużyną był bliski zdobycia mistrzostwa Polski, jednak ligowa karuzela pozwoliła tylko na wywalczenie drugiego miejsca, tuż za Górnikiem Zabrze. Tego wyniku gwardziści już nigdy nie powtórzyli… W barwach Gwardii Warszawa Baszkiewicz rozegrał 173 mecze i strzelił 66 goli. 29 maja 1955 zadebiutował w reprezentacji Polski w meczu towarzyskim z Rumunią, zremisowanym 2:2. W sumie w kadrze naszego kraju wystąpił w 20 spotkaniach i zdobył 4 gole. Jego karierę przerwała kontuzja, której nabawił się w meczu z Odrą Opole – tuż przed igrzyskami olimpijskimi w Rzymie. W latach 1964–1965 był asystentem trenera w reprezentacji Polski U-19. Zmarł w Warszawie 25 listopada 1993, miał zaledwie 60 lat…
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@FcPortoFan1999
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@MoralnyKarzel
0
@Gary No wiem! Dlatego pytam czy my jeszcze kiedykolwiek dożyjemy takiej "Manity"?
4
Komentarz usunięty
14
O takim El Clasico każdy cule powinien wspominać do końca życia:
17 lutego 1974 r. na Estadio Santiago Bernabeu, FC Barcelona pokonała Real Madryt w stosunku 5:0! Mecz ten jest uznawany za najlepsze spotkanie Johana Cruijffa w koszulce Blaugrany. W dniu spotkania było bardzo zimno i widzowie zajeli jedynie 1/3 pojemności stadionu. Przez pół godziny pojedynek był wyrównany. Ostatni kwadrans pierwszej połowy należał jednak do gości. Dwa gole strzelili: Asensi i Cruijff. W dodatku sędzia nie uznał Barcie jeszcze jednego prawidłowo strzelonego gola. Po przerwie Azulgrana strzeliła kolejne 3 gole autorstwa: ponownie Asensiego, Juana Carlosa i Sotila. W dodatku Rexach nie wykorzystał trzech stuprocentowych okazji na podwyższenie wyniku. Trener Realu-Molowny, żałował okazji Velazqueza w pierwszych minutach spotkania, gdyż wtedy ,,mecz mógłby potoczyć się zupełnie inaczej”. Natomiast Rinus Michels żartował sobie: ,,Takie liczby można zobaczyć tylko w bankach”, odpowiadając tym na pytanie czy Cruijff stanowi 80 % siły jego zespołu.
Swoją drogą czy my cules dożyjemy jeszcze kiedykolwiek ,,Manity” na Bernabeu?
@Szalik
@Sysia11
@Symson
@shaun
@Safrani
@Ogorinho1974
@MoralnyKarzel
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
0
@LukaszFan Słabym trenerem może i nie jest ale do "naszego" klubu nie pasującym. Nie można tak kozaczyć z blokiem defensywnym jak on to robi, zwłaszcza tak marnej jakości. Grając w ten sposób to on może co najwyżej zdobyć La Lige od czasu do czasu ewentualnie Puchar Króla ale nigdy Lige Mistrzów! Dla mnie osobiście to nie jest "ten" trener dla "nas"
5
@FCBparasiempre
@Ogorinho1974
@Safrani
@shaun
@Szalik
14
Premierowe El Clasico w Primera Division:
17 lutego 1929 r. FC Barcelona przegrała na ,,Camp de Les Corts” z Realem Madryt 1:2 w drugiej kolejce premierowych rozgrywek Primera Division, po honorowym golu Manuela Parery oraz 2 golach Morery dla Realu. W drugiej połowie meczu przy stanie 0:1 dla ,,Królewskich”, Argentyńczyk Emilio Sagi-Barba zmarnował rzut karny w 55 minucie(pierwszy w historii La Liga karny podyktowany dla Barçy). To było pierwsze ligowe El Clasico w historii. No cóż, żal tego niewykorzystanego karnego ale koniec końców Duma Katalonii została pierwszym mistrzem Hiszpanii!
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Kapitan hawk
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@MoralnyKarzel
0
Jeżeli tak wychwalany pod niebiosa przez gro cules trener FC Barcelony nie radzi sobie z drużyną, ustawia niedorzecznie blok defensywny na połowie przeciwnika a przedewszystkim nie potrafi skonsolidować jakże ważnej defensywy na przyzwoitym poziomie, to ja dziękuje za takiego trenera i mówie wprost: spadaj gościu skąd przyszłeś! To jaką postawe zaprezentowali zawodnicy we wczorajszym meczu to jest wstyd i hańba! I żaden faul na Kunde nie ma prawa być tu jakimkolwiek usprawiedliwieniem...
12
@FCBparasiempre
16 lutego 2011 r. Wojciech Szczęsny zadebiutował w Champions League. Jego premierowy występ przypadł na jeden z najlepszych występów Arsenalu FC w tych prestiżowych rozgrywkach. Sezon 2010/2011 był przełomowy dla Wojciecha Szczęsnego, którego pozycja na The Emirates Stadium zaczynała rosnąć. Przed tą kampanią, wychowanek Agrykoli Warszawa miał na koncie zaledwie jeden występ (starcie z West Bromwich Albion w III rundzie EFL Cup). W niej zaś stał się już pierwszym bramkarzem „Kanonierów”. W Premier League 20-letni wówczas golkiper zadebiutował 13 grudnia 2010 r. w rywalizacji z Manchesterem United. Niegroźnej, aczkolwiek uciążliwej kontuzji doznał bowiem Łukasz Fabiański, przeżywający w Arsenalu swój najlepszy czas. Na problemy z łokciem narzekał z kolei Manuel Almunia, ale Hiszpan nawet będąc zdrowym, miałby małe szanse na grę. Menedżera Arsene Wengera denerwowało jego niezadowolenie wynikające z niesatysfakcjonującej liczby występów. „The Sun” zatem już w poniedziałkowy poranek donosił, że z w starciu z „Czerwonymi Diabłami” w bramce stanie Szczęsny. Gdy dziennikarz „Gazety Wyborczej”, Robert Błoński spytał smsowo młodego Polaka, czy faktycznie zagra przeciwko MU, ten odpisał mu: „Owszem. I bardzo mi się to podoba”. Podobny poziom luzu, Szczęsny zaprezentował również na Old Trafford. Nie sparaliżowała go stawka ani klasa rywala. Przy zwycięskim golu Park Ji-Sunga dla United nie miał żadnych szans, obronił natomiast groźne uderzenia Andersona i Wayne`a Rooneya. „Wazzę” swoim prowokacyjnym zachowaniem wyprowadził z równowagi przed rzutem karnym w 45. minucie, przez co ten fatalnie spudłował. „To zawsze jest psychologiczna bitwa. chciałem przestraszyć rooneya. stanąłem przed linią bramkową i wróciłem na nią, dopiero gdy sędzia zwrócił mi uwagę. dzięki temu byłem bliżej piłki, a Rooneyowi wydawałem się większy. pewnie go przestraszyłem”– tłumaczył po końcowym gwizdku. Angielskie media różnie jednak oceniły jego występ w „teatrze marzeń”. „Zaczął nerwowo, od kilku niecelnych wykopów, ale z biegiem gry spisywał się coraz lepiej. Popisał się też jedną interwencją, przywołującą na myśl Petera Schmeichela w całej okazałości” – pisało „Sky Sports”. „Daily Mail” był już bardziej surowy: „Świetnie spisał się, gdy wybronił sytuację „sam na sam” z Andersonem, ale ustawienie się przy bramce dla Czerwonych Diabłów było niefortunne”. Generalnie jednak Szczęsny za swój premierowy mecz w Premier League zebrał przyzwoite noty. Gdy Fabiański wyzdrowiał, wrócił jednak pokornie na ławkę rezerwowych. Długo jednak na niej nie posiedział, bo „Fabian” doznał kolejnego urazu, tym razem już zdecydowanie bardziej poważnego. 5 stycznia 2011 r., w rywalizacji z Manchesterem City, bramkarz reprezentacji Polski doznał kontuzji barku, która wyeliminowała go z gry do końca sezonu. Wenger musiał więc wybierać między doświadczonym, ale „mającym muchy w nosie” Almunią, a zdolnym, ale wciąż nieopierzonym Szczęsnym. Zdecydował się na tę drugą opcję i chyba nie żałował. Polak z powodzeniem strzegł bramki „The Gunners” w spotkaniach Premier League, FA Cup i EFL Cup. Prawdziwy test czekał go jednak 16 lutego, gdy w dwumeczu 1/8 finału Ligi Mistrzów, londyńczycy mierzyli się z FC Barceloną. „Blaugrana” była zdecydowanym faworytem tamtej edycji Champions League, pewnie wygrywając grupę D. Podopieczni Arsene Wengera w fazie grupowej z kolei nie zachwycali. W niezbyt mocnej grupie H, z Szachtarem Donieck, SC Bragą i Partizanem Belgrad, zajęli dopiero 2. miejsce, przegrywając wyjazdowe starcia w Doniecku i Bradze. Z rywalizacji z „Dumą Katalonii” nie mieli też zbyt miłych wspomnień. Sezon wcześniej, przegrali bowiem z nią batalię w ¼ finału. Dramatyczny bój w Londynie skończył się remisem 2:2 (Arsenal odrobił dwubramkową stratę w ostatnich 20 minutach), ale już w Barcelonie, piłkarze Pepa Guardiola nie pozostawili wątpliwości, kto jest lepszy, wygrywając aż 4:1. Obie drużyny spotkały się również w finale Ligi Mistrzów w 2006 r. na Stade de France. „Kanonierzy” mimo gry w osłabieniu (czerwona kartka dla Jensa Lehmana) prowadzili do 76. minuty. Katalończycy w dramatycznych okolicznościach zdołali jednak przechylić szalę na swoją korzyść i wywalczyli drugi w historii Puchar Mistrzów. Arsenal mógł się pocieszać faktem, że od początku 2011 r. jest w znakomitej formie. 13-krotni mistrzowie Anglii wygrali bowiem osiem z dwunastu spotkań we wszystkich rozgrywkach. FC Barcelona w nowym roku również kroczyła niemal od zwycięstwa do zwycięstwa, choć akurat bezpośrednio przed pierwszą potyczką w LM przytrafił jej się remis w La Lidze z walczącym o utrzymanie Sportingiem Gijon 1:1.
Wszelkie obawy o postawę Arsenalu w starciu z Barcą były jednak niepotrzebne, bo 16 lutego 2011 r. „The Gunners” rozegrali jeden ze swoich najlepszych meczów w historii Champions League! Co prawda od 26. minuty, gospodarze przegrywali 0:1 po bramce Davida Villi. Były as Valencii CF otrzymał doskonałe, prostopadłe podanie od Leo Messiego i strzałem po ziemi pokonał Szczęsnego. „Jak się przepuszcza piłkę między nogami, to ma się złe samopoczucie. Trudno mnie chyba jednak winić za tego gola”– skomentował później tę sytuację w rozmowie z „Rzeczpospolitą”. Podobnego zdania był również jego ojciec, Maciej, który na łamach futbolnews.pl ocenił, że jego syn przy tym strzale niewiele mógł zrobić.
Londyńczykom długimi momentami nie układała się gra, ale w samej końcówce rywalizacji na The Emirates Stadium wznieśli się na wyżyny swoich możliwości. Najpierw w 78. minucie Victora Valdesa uderzeniem z ostrego kąta, w krótki róg zaskoczył Robin van Persie, a w 83. minucie znakomite podanie Samira Nasriego strzałem z pierwszej piłki zakończył Andrij Arszawin. „To był wyjątkowy piłkarski wieczór – rozpływał się nad grą swojego zespołu, Arsene Wenger. – wszyscy namawiali nas, żebyśmy grali inaczej, niż nam na to pozwala natura. nie zrobiliśmy tego. Fakt, że wygraliśmy, może wzmocnić wiarę w naszą filozofię, a to jest najważniejsze – dodał. Podkreślił również: – byliśmy silni nie tylko pod względem piłkarskim, ale także mentalnym. W meczu zFC Barceloną, gdy oni są w posiadaniu piłki, jesteśmy często narażeni na ataki, ale zachowaliśmy odporność i siłę. Szczęsny do pierwszego w historii zwycięstwa Arsenalu nad FC Barceloną w Lidze Mistrzów dołożył swoją cegiełkę. W końcówce spotkania obronił bowiem mocny strzał Daniego Alvesa. – On się niczego nie boi! – pod wrażeniem występu młodszego kolegi był Johan Djourou. „Przegląd Sportowy” z kolei pisał: „Po debiucie Polaka w Lidze Mistrzów można powiedzieć, że nie tylko zapukał do drzwi światowej elity, ale w swoim stylu bezczelnie je wyważył”. Dwumecz z FC Barceloną, podobnie jak przed rokiem, nie skończył się happy endem dla Arsenalu FC. A i Szczęsnego w bramce „Kanonierów” opuściło szczęście. Kilka dni przed rewanżem na Camp Nou, popełnił fatalny błąd w końcówce finału EFL Cup z Birmingham City, który kosztował „The Gunners” trofeum (1:2). Z kolei w drugim starciu z „Dumą Katalonii” po strzale Daniego Alvesa nabawił się kontuzji palca i już w 17. minucie zmuszony był opuścić boisko. Zastąpił go Manuel Almunia, zaś Arsenal przegrał 1:3 i pożegnał się z rozgrywkami Champions League.
@Ogorinho1974
@Safrani
@shaun
@Szalik
8
Debiut Wojtka w Lidze Mistrzów:
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@FcPortoFan1999
@Gary
@Kapitan hawk
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@MoralnyKarzel
0
Ja tylko przypomne że ostatni mecz z Gironą wygraliśmy rzutem na taśme a mianowicie zwycięskim golem Ronalda Araujo w doliczonym czasie gry. Dzisiaj z pewnością nie będzie lżej...
4
@FCBparasiempre
@Gary
@FcPortoFan1999
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360
14
Zapomniane legendy polskiego futbolu:
16 lutego 1931 r. w Bobrku urodził się Edmund Kowal. Z piłką potrafił zrobić niemal wszystko. Był genialnym dryblerem, czarował w Krakowie, w Warszawie i w Zabrzu. W każdym z tych miast zapisał się w pamięci miejscowych kibiców. Jako młody chłopak grał od rana do wieczora, często sam przeciwko kilku młodszym chłopcom. Długo nie chciał zapisać się do żadnego klubu. W końcu jednak w 1946 r. dzięki namowom Józefa Wieczorka i Marcelego Strzykalskiego dołączył do drużyny KS Odra przy Hucie Julia w rodzinnym Bobrku. Miał braki w przygotowaniu motorycznym, nie imponował szybkością, a do tego dość dziwnie i nienaturalnie biegał na całych stopach. Wszystko to nadrabiał jednak swoją znakomitą techniką. Jesienią 1952 r. przeniósł się do Krakowa i został zawodnikiem OWKS. W 1953 r. wystąpił w 21 meczach i siedem razy wpisywał się listę strzelców. Z zespołem zajął drugie miejsce w rozgrywkach i już od kolejnego sezonu najlepsi zawodnicy drużyny trafili do Legii. ZW Warszawie spędził trzy sezony. Rozegrał 58 meczów i 14 razy pokonywał bramkarzy rywali. Dwukrotnie z kolegami z zespołu sięgał po dublet (1955 i 1956). Później razem ze swoim przyjacielem Ernestem Pohlem przeszedł do Górnika, gdzie już w pierwszym sezonie poprowadzili swój nowy klub do mistrzostwa. Gracz wybitnie utalentowany i znakomicie wyszkolony technicznie. Na boisku bardzo często szukał nieszablonowych rozwiązań. W 1959 r. zdobył swój drugi tytuł mistrza kraju. Miał problemy z alkoholem i był za to zawieszany. Jednak dla wielu kolegów z boiska był najwybitniejszym piłkarzem swoich czasów.
,,To był największy talent, jaki widziałem w życiu. Prawdziwy artysta piłki. Kiedy pierwszy raz pojechałem z Górnikiem na obóz, zaszokował mnie tymi swoimi dryblingami. Na treningach wiele razy próbowałem odebrać mu piłkę, udawało mi się to bardzo rzadko. Do dziś pamiętam ten jego niecodzienny zwód. Zawsze robił nogą charakterystyczny „krzyżyk” nad piłką, wszyscy się na to nabierali. Jeździł z tą piłką we wszystkie strony, to było niewiarygodne” – opowiadał o nim z kolei Jan Kowalski. W reprezentacji rozegrał tylko osiem spotkań i strzelił jednego gola w meczu z Finlandią w 1956 r. Nie potrafiono odpowiednio wykorzystać jego wspaniałych umiejętności i ustawiano go inaczej niż w klubie. Zmarł śmiercią tragiczną. W 1960 r. podczas świąt Wielkiejnocy, wybrał się w odwiedziny do kolegi. Po drodze zauważył tramwaj i chciał wskoczyć do pędzącego wagonu. Niestety poślizgnął się na resztkach zlodowaciałego śniegu i przewracając się, wpadł pod koła tramwaju. Za pazuchą miał butelkę wódki, która rozbijając się dotkliwie go poraniła. Jedyną dla niego szansą była natychmiastowa dializa. W Warszawie odmówiono pomocy, więc wysłano go do Poznania. Niestety było już za późno. W Reprezentacji rozegrał 8 meczów, strzelając jednego gola.
@Szalik
@Safrani
@shaun
@Ogorinho1974
@MoralnyKarzel
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Kapitan hawk
13
@FCBparasiempre
16 lutego 1964 r. w Salvadorze urodził się José Roberto Gama de Oliveira, znany bliżej jako Bebeto, napatnik; mistrz świata z roku 1994 i wicemistrz z roku 1998, najlepszy piłkarz Ameryki Południowej z roku 1989. Brązowy medalista olimpijski na igrzyskach w Seulu oraz w Atlancie. Słynna „Kołyska” Bebeto z Mundialu w USA weszła na stałe do kanonu „cieszynek”. Choć, jak zauważył kiedyś komentator TVP Jacek Laskowski, z niejednej z takich kołysek dzieci rychło by wypadły, to w ten sposób obwieszczono na całym świecie już tysiące narodzin potomków piłkarzy. Debiut w pierwszej drużynie Vitorii zaliczył w 1982 roku. W swojej rodzinnej miejscowości nie spędził jednak zbyt dużo czasu. Po roku gry w Vitorii trafił do Flamengo, prawdopodobnie najpopularniejszego klubu w całej Ameryce Południowej. Z zespołu właśnie odszedł Zico a wkrótce potem Leovegildo Lins da Gama Júnior. Były to dwie niezwykle ważne postacie drużyny, która zdobyła właśnie mistrzostwo Brazylii. Pierwszy sezon Bebeto w nowym klubie nie był jednak udany. „Fla” nie obroniło mistrzostwa, a w finale rozgrywek spotkali się dwaj wielcy rywale czerwono-czarnych, Vasco i Fluminese, które ostatecznie wygrało. Rozczarowanie sportowymi wynikami pozostało jednak w cieniu tragedii, do jakiej doszło w grudniu 1984 roku. W katastrofie lotniczej zginęli wówczas Nilton, brat piłkarza a zarazem pilot samolotu oraz Cláudio Figueiredo Diz, kolega z zespołu. Bebeto zdołał otrząsnąć się po tej tragedii i stał się niezwykle silnym punktem zespołu Flamengo. W koszulce Rubro-Negro Bebeto występował aż do 1989 roku. Według różnych źródeł rozegrał ponad 280 meczów i strzelił ok. 150 goli. W czasie gry dla „Fla” trafił najpierw do młodzieżowej, a później dorosłej reprezentacji. Jeszcze w 1983 roku wygrał z reprezentacją do lat 20. Mistrzostwo świata. W 1985 przyszedł czas na debiut w kadrze seniorów. Na Mundial do Meksyku nie udało mu się jednak pojechać. Pewnym przełomem w jego reprezentacyjnej karierze były Igrzyska Olimpijskie w Seulu w 1988 roku. Podczas turnieju stworzył świetny duet z Romario. To właśnie ich gole pozwoliły Canarinhos dostać się do finału, gdzie jednak lepszy okazał się ZSRR. Prawdziwym popisem Bebeto była jednak Copa America 1989. Turniej rozgrywany był w dość dziwnym formacie – najpierw dwie 5-drużynowe grupy, a później 4-zespołowa grupa finałowa. W tej ostatniej fazie Brazylijczycy wygrali z Argentyną 2:0, Paragwajem 3:0 i Urugwajem 1:0 i zdobyli złoto, a sam Bebeto został z sześcioma golami na koncie królem strzelców turnieju. Wtedy był już piłkarzem Vasco da Gama.
Przejście do lokalnego rywala wywołało sporo kontrowersji. Bebeto nie przejmując się tym specjalnie, zaczął z wysokiego „C” – Vasco w 1989 roku zdobyło po raz drugi w swojej historii mistrzostwo Brazylii. Sukcesy reprezentacyjne i klubowe przełożyły się również na indywidualne laury – na koniec roku Bebeto otrzymał prestiżową nagrodę dla najlepszego piłkarza Ameryki Południowej. Kolejny rok nie był już tak udany, choć wiele wskazywało na to, że może być inaczej. Bebeto znalazł się w kadrze na Mundial, który w 1990 roku odbywał się na włoskich boiskach. Selekcjonerem był wówczas Sebastião Lazaroni, który hołdował dość osobliwej zasadzie – podzielił swoich napastników na pary: Careca miał występować z Mullerem, a Bebeto z Romario. Ten ostatni przyjechał na zgrupowanie z urazem, a sam Bebeto również doznał kontuzji przed meczem z Kostaryką. W ataku grali Careca i Muller, a Brazylia odpadła już w 1/8 po porażce z Argentyną 0:1. Nie minęły nawet dwa miesiące od zakończenia mistrzostw świata, gdy wznowiono rozgrywki Copa Libertadores. Vasco miało zapewniony udział w tych rozgrywkach jako mistrz Brazylii z poprzedniego sezonu. W 1/8 brazylijski klub wyeliminował chilijskie Colo-Colo, ale w ćwierćfinale lepsze okazało się kolumbijskie Atlético Nacional. W 1992 roku Bebeto okazał się najlepszym strzelcem całej ligi i choć tym razem Vasco nie zdobyło trofeum, to dla José Roberto Gamy de Oliveiry tytuł króla strzelców stał się szansą na przenosiny do Europy.
Trafił do Deportivo La Coruna. Klub ten w sezonie 1991/1992 cudem uratował się przed spadkiem, ale już w nowej kampanii (przede wszystkim dzięki Bebeto) stał się czołową drużyną La Liga. Pierwszy sezon na De Riazior był dla brazylijskiego napastnika rewelacyjny. Trzecie miejsce w tabeli i tytuł króla strzelców z 29 golami na koncie. W pokonanym polu zostali m.in. Ivan Zamorano i Christo Stoiczkov. W kolejnych rozgrywkach Bebeto strzelił „tylko” 16 goli, ale „Depor” bliskie było zdobycia pierwszego w swej historii mistrzostwa Hiszpanii. W ostatniej minucie ostatniego meczu sezonu wystarczyło wykorzystać rzut karny. Etatowym wykonawcą jedenastek było do tej pory Bebeto. Tym razem oddał piłkę Jugosłowianinowi Miroslavowi Đukićowi, który jednak nie zdołał umieścić piłki w siatce. Mecz z Valencią zakończył się wynikiem 0:0. Deportivo i Barcelona zakończyła sezon z równą liczbą punktów, ale klub z Katalonii miał lepszą różnicę bramek. Tytuł trafił na Camp Nou. Po latach w wywiadzie dla magazynu ,,FourFourTwo” Bebeto wspominał tamtą sytuację: „Nnie chciałem uderzać, bo miałem 4 cm przerwę w mięśniu przywodziciela, nie trenowałem na pełnych obrotach przez 4 tygodnie a Dukič zawsze trafiał rzuty karne, nawet na treningu nie chybił ani jednego. Pozwoliłem mu strzelać. Potem przepraszał mnie za to. Wtedy, powiedział: »Jest ok., pozwól mi strzelać « Tego dnia boisko było bardzo błotniste. Może gdybym to ja strzelał? Może zmyliłbym bramkarza i posłałbym piłkę wysoko w środek bramki? Dukič przepraszał później wszystkich. Niestety przez gorszy bilans goli przegraliśmy mistrzostwo z FC Barceloną”. To bolesne niepowodzenie, Bebeto w pełni zrekompensował sobie występem na Mundialu w USA, o którym była już tu mowa. Kolejny sezon w Hiszpanii to kolejne wicemistrzostwo, tym razem za Realem Madryt. Następna kampania (1995/1996) była ostatnią w barwach galicyjskiego klubu. Bebeto zdobył 25 goli, co było zupełnie dobrym wynikiem, a zespół z La Corunii zajął dopiero 9. Miejsce. Bebeto nieco niespodziewanie postanowił wrócić do Flamengo. Niestety, nie wszyscy przywitali go ciepło, pamiętając, że swego czasu przeszedł do Vasco da Gama.
Dalsza kariera klubowa niestety nie przyniosła sympatycznemu napastnikowi zbyt wielkich sukcesów. Sevilla, powrót do Vitorii, Cruzeiro, Botafogo, meksykański Toros Neza, japońska Kashima Antlers, kolejny pobyt w Vitorii, powrót do Vasco i nieudana przygoda z saudyjskim Al-Ittihad – te wszystkie kluby Bebeto zdążył zwiedzić w ciągu ostatnich 6 lat swojej kariery. Zawodowe granie w piłkę zakończył w 2002 roku. O ile ostatnie lata na niwie klubowej były raczej niesatysfakcjonujące, to w reprezentacji wciąż było miejsce dla pochodzącego z Salvadoru zawodnika. Przed mundialem w 1998 roku wydawało się, że będzie to miejsce na ławce rezerwowych, ale wobec kontuzji Romario to właśnie Bebeto stworzył duet z Ronaldo. Trzy gole (w tym znakomity w meczu z Danią) w turnieju to powtórka wyniku z 1994 roku, tym razem jednak Brazylijczycy nie zdobyli tytułu. W pamiętnym finale z Francją przegrali 0:3. Po mistrzostwach Bebeto już nigdy nie zagrał w reprezentacji, kończąc ten etap kariery z przyzwoitym dorobkiem 75 meczów i 38 goli w narodowych barwach. Skoro była mowa o Romario, to warto napisać, choć kilka słów o skomplikowanych relacjach między nim a bohaterem tego tekstu. Romario zwołał konferencję prasową przed Mistrzostwami Świata w 1994, aby ogłosić, że nie usiądzie obok Bebeto podczas lotu drużyny do Stanów Zjednoczonych. Po latach jednak relacje obu panów wyglądają całkiem przyzwoicie. W 2018 roku Bebeto udzielił wywiadu, w którym chwalił sobie współpracę z dwa lata młodszym kolegą: „Grałem z Romario tylko w reprezentacji narodowej. Graliśmy razem tylko w jednym meczu Flamengo, zanim wyjechał do Europy. Czy wiesz, że Brazylia nigdy nie przegrała meczu, gdy Bebeto i Romario grali razem(?) ani jednego meczu! Poza tym za każdym razem, gdy graliśmy razem, przynajmniej jeden z nas strzelił gola”. Jak podsumować karierę tego wiecznie uśmiechniętego napastnika? Z reprezentacją zdobył mistrzostwo i wicemistrzostwo świata, w Deportivo uznawany jest za legendę, w innym klubach wiodło mu się różnie. W reprezentacji jednak zawsze trochę w cieniu Romario lub Ronaldo. Pewnie Bebeto mógł wyjechać do Europy nieco wcześniej. Prawdopodobnie nie powinien był odchodzić z Deportivo w 1996 roku. Być może jego kołyska jest najbardziej kultową „cieszynką” w najnowszej historii futbolu.
@Ogorinho1974
@Safrani
@shaun
@Szalik
7
Sympatyczne legendy futbolu:
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@Kapitan hawk
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@MoralnyKarzel
6
@FCBparasiempre
@Gary
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360
13
Czy wiemy że…
16 lutego 1957 r. w finale pierwszego w historii Pucharu Narodów Afryki Egipt pokonał Etiopie 4-0. Wszystkie gole zdobył Mohammed Diab El-Attar 'El-Diba' w 2, 7, 68, i 89 minucie.
@Szalik
@shaun
@Safrani
@Ogorinho1974
@MoralnyKarzel
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Kapitan hawk
1
@Kapitan hawk Nie no, na przestrzeni tylu lat nie tylko Gamper był nieskazitelny. Wspomnijmy choćby zamordowanego Josepa Sunyola. No ale przyznasz że jednak Bartomeu przebił wszystkich swoimi "nieskazitelnymi" rządami?
1
@MoralnyKarzel Po pierwsze to nie jest mój prywatny tekst. Po drugie to ja nie jestem polonista a po trzecie: Oj tam czepiasz sie :) Daj spokój, przeca to nie książka ani gazeta...
4
@FCBparasiempre
@Ogorinho1974
@Safrani
@shaun
@Szalik
15
Referendum ,,Elefant Blau”:
16 lutego 1998 r. ogłoszono głosowanie nad wotum nieufności wobec prezydenta Nuñeza. Referendum odbyło się z inicjatywy organizacji ,,Elefant Blau” założonej 14.12.1997 r. przez Joana Laporte i Sebastiana Rocę. Jej członkowie potępiali rządy Nuñeza i chcieli udowodnić że klub popadł w ogromne długi. W styczniu 1998 r. ,,Elefant Blau” udało się zebrać ponad 6 tysięcy podpisów co było podstawą do organizacji głosowania przeciwko prezydentowi. Instytucja krytykowała odejście Ronaldo, słabą pracę z wychowankami, wysoką pożyczkę, którą zaciągnął klub oraz wypłacenie firmie ,,Kappa” wyższego odszkodowania za zerwanie umowy niż to wynikało z porozumienia. ,,Elefant Blau” nie zgadzała się również na liczne przywileje ze strony klubu dla przestępczych grup kibicowskich, wypominała brak budowy obiecanego miasteczka sportowego i alarmowała iż zarząd chce ograniczyć prawa socios. Działacze klubu bronili się twierdząc że nie powinno się przeprowadzać głosowania z przyczyn formalnych. Negowali również większość zarzutów, twierdząc iż Zgromadzenie Generalne wyraziło zgode na pożyczkę, wniosek nie precyzuje o jakie grupy kibicowskie chodzi a transfer Ronaldo nastąpił z winy poprzedniego zarządu(choć ówczesnym prezydentem był także Nuñez). 6 marca socios opowiedzieli się za pozostawieniem władz klubu ale rok później, również dzięki działalności ,,Elefant Blau”, Nuñez podał się do dymisji. Organizacja wystawiła do wyborów Lluisa Bassata, który przegrał jednak z Joanem Gaspartem. Po tym wydarzeniu niespodziewanie ,,Elefant Blau” uległa rozwiązaniu.
Jak widzieliśmy przy okazji prezydenta Bartomeu, dzisiejsi socios także przybierali się do usunięcia ,,Bartka’’, jak pies do jeża! Przecież można to było zrobić znacznie wcześniej. Ba! To nawet było obowiązkiem wobec klubu tak postąpić.
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@Kapitan hawk
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@MoralnyKarzel
2
Bawcie się póki czas:
0
@FcPortoFan1999 No nie znam tego trenera, gdyż nie śledze portugalskiej ligi ale skoro masz takie obawy to trzeba tego trenera zwolnić ale też mieć kogo poważnego żeby go zastąpić...
0
@FcPortoFan1999 Najważniejsze żeby dowieźli zwycięstwo do końca. W końcu to wyjazdówka a na wyjeździe na ogół idzie ciężko. Najważniejsze 3 punkty.
4
@FCBparasiempre
@Ogorinho1974
@Safrani
@shaun
@Szalik
12
Botafogo wygrywa finał w koszulce Deportivo La Coruña:
Puchar Teresy Herrery to jeden z najbardziej prestiżowych i najważniejszych letnich turniejów w hiszpańskiej piłce nożnej. Jest to jeden z najstarszych w kraju, ustanowiony w 1946 roku. Chociaż w ostatnich latach tego typu turnieje tracą na popularności do tego stopnia, że ich organizacja staje się coraz trudniejsza, turniej organizowany przez RC Deportivo de La Coruña wciąż utrzymuje się na wysokim poziomie. Skupimy się na edycji z 1996 roku, która, jak to zwykle bywa w tego typu turniejach, szczyciła się bardzo wysokim poziomem składu. W pierwszym półfinale gospodarze, RC Deportivo de La Coruña, zmierzyli się z brazylijskim Botafogo. W drugim półfinale Juventus Turyn zmierzył się z Ajaxem Amsterdam. Zwycięzca każdego meczu awansował do finału. Botafogo pokonało Deportivo La Coruña 2:1. Deportivo szybko objęło prowadzenie po rzucie karnym Txiki Beguiristaina w 6. minucie. Jednak brazylijska drużyna odwróciła losy meczu po bramkach Bentinho i Túlio Costy (gwiazdy drużyny). To zwycięstwo zapewniło Deportivo La Coruña miejsce w finale. W drugim półfinale Teresy Herrery, dwaj poprzedni finaliści Ligi Mistrzów musieli zdecydować, kto zmierzy się z Botafogo. Juventus (który już kilka miesięcy wcześniej pokonał holenderską drużynę w najważniejszych rozgrywkach europejskich) nie dał przeciwnikowi żadnych szans, zadając mu upokarzającą porażkę 6:0 dzięki hat-trickowi Padovano oraz bramkom Del Piero, Amoruso i Di Livio. Znakomity występ.
Ale tym, co naprawdę sprawiło, że ta edycja Trofeum Teresy Herrery przeszła do historii, była anegdota z finału. Botafogo i Juventus miały rywalizować o tytuł, ale najwyraźniej obie drużyny wystąpiły w swoich standardowych czarno-białych strojach. Rozwiązanie( zastosowane nawet na Mistrzostwach Świata) było dość prowizoryczne. Deportivo La Coruña pożyczyło swoją koszulkę Brazylijczykom, którzy oczywiście wyszli na boisko w oficjalnych spodenkach i skarpetkach. Kibice Depor, którzy oglądali ten finał, naturalnie szybko utożsamili się z brazylijską drużyną, ponieważ nosili koszulki Deportivo La Coruña. Być może dlatego Botafogo, wbrew wszelkim przeciwnościom, zdołało pokonać Juventus w rzutach karnych po spektakularnym meczu, który zakończył się historycznym remisem 4:4, wliczając dogrywkę. Amoruso (trzy gole) i Vieri strzelili gole dla włoskiej drużyny a Túlio (trzy gole) i França strzelili gole dla Brazylijczyków. W ten sposób Botafogo zdobyło swój pierwszy tytuł mistrzowski im. Teresy Herrery(zajmując drugie miejsce w 1959 roku). Zawodnicy odebrali jednak ogromne i prestiżowe trofeum w oficjalnych koszulkach w czarno-białe paski.
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@Kapitan hawk
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@MoralnyKarzel