FCBparasiempre
Dołączył/a: grudzień 2020
Biała Podlaska
33 obserwujących
0 obserwowanych
Której reprezentacji, do której powołany został zawodnik Barcy, kibicujesz?
Komunikat
Polecający
Ładowanie...
Historia komentarza
Ładowanie...
1
@Geble To prawda, cudowne były to lata. W tym wypadku to chyba żaden bramkarz nie miał by szans tego obronić! A Valdes? No cóż miał kilka poważnych wpadek, jednak to i tak jeden z najlepszych katalońskich bramkarzy wszechczasów...
0
@Nieznajomy W takim razie należałoby wszystkie mecze rozstrzelić na inne godziny. Wówczas ogladalność byłaby jeszcze większa...
16
Zaskoczony Guardiola: „Nawet siedmiu bramkarzy razem wziętych nie zdołałoby obronić uderzenia Juninho”:
Trener FC Barcelony Josep Guardiola wyraził swoje zadowolenie z remisu 1:1 z Olympique Lyon 24 lutego 2009 roku w pierwszym meczu 1/8 finału Ligi Mistrzów i usprawiedliwił Víctora Valdésa z gola zdobytego przez Brazylijczyka Juninho Pernambucano. „To był wspaniały gol i nawet siedmiu bramkarzy razem wziętych nie dałoby rady go obronić” – powiedział, nawiązując do rzutu wolnego wykonanego przez Brazylijczyka, który zaskoczył bramkarza Barçy stojącego na linii bocznej boiska. Guardiola w każdym razie podkreślił wartość remisu na stadionie „Stade Gerland”. „Uważam to za bardzo dobry wynik. Strzeliliśmy gola bardzo dobrej drużynie i myślę, że trudno będzie nam awansować do ćwierćfinału” – stwierdził trener Katalonii. Guardiola zauważył również, że był to „świetny mecz, który pozwolił nam skorygować błędy w przyszłości” i dodał, że ten mecz pomoże drużynie odzyskać „rytm gry”. Trener Blaugrany utrzymywał, że pomimo wyraźnej dominacji Lyonu w pierwszej połowie, nie obawiał się o końcowy wynik. „W przerwie poprawiliśmy błędy, dlatego mieliśmy bardzo dobrą drugą połowę” – wyjaśnił.
„Sprawa jest nadal otwarta”- Trener Olympique Lyon Claude Puel ubolewał dziś nad zmarnowanymi szansami przez swoich piłkarzy i uważa, że zasłużyli na zwycięstwo nad FC Barceloną w pierwszym meczu 1/8 finału Ligi Mistrzów. „Wciąż mamy takie same szanse na awans. Ale żałuję wyniku, bo biorąc pod uwagę naszą grę, powinniśmy byli wygrać” – powiedział francuski trener. Puel powiedział, że nie jest ani rozczarowany, ani zadowolony z wyniku i uważa, że „los jest wciąż otwarty”. „Mamy nad czym pracować, zwłaszcza po naszej grze w pierwszej połowie. Powinniśmy byli wyjść na przerwę z dwu- lub trzybramkową przewagą” – stwierdził. Francuski trener przyznał, że jego drużyna straciła dużo bramek w drugiej połowie, co wynikało z ogromnego wysiłku włożonego w pierwszych 45 minutach. Dla Puela zwycięstwo jego zespołu nie oznaczałoby żadnych zmian w taktyce na rewanż. „Na Camp Nou nie można wyjść na boisko z zamiarem remisu, więc nawet gdybyśmy wygrali, musielibyśmy wyjść na boisko i strzelić gola” – podsumował. Warto sobie przypomnieć:
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@Kapitan hawk
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@MoralnyKarzel
@Ogorinho1974
0
@directedbyfcb No ale jaka jest tego przyczyna?
0
@Chimera To akurat nie jest wyczerpująca odpowiedź...
Więc dalej nie rozumiem z jakiego powodu?
0
Może mi ktoś logicznie wyjaśnić z jakiegoż to powodu mecz Ligi Mistrzów pomiędzy Atletico Madryt a Club Brugge jest rozgrywany o godzinie 18:45, kiedy wszystkie mecze Ligi Mistrzów są rozgrywane o 21:00?
10
Spektakularne wydarzenie z historii ,,La Roja”:
24 lutego 1993 r. sześciu piłkarzy Barçy wystąpiło w pierwszym składzie reprezentacji Hiszpanii. W erze trenerskiej Guardioli zawodnicy Dumy Katalonii stanowili ważne ogniwo w drużynie narodowej i wielokrotnie zdarzało się iż większość graczy pierwszego składu stanowili piłkarze Blaugrany. 15 lat wcześniej desygnowanie do gry w meczu eliminacyjnym do mistrzostw świata 6 piłkarzy Barçy było jednak niezwykłym wydarzeniem. Na dodatek w 79 minucie meczu z Litwą na boisko wszedł siódmy zawodnik Blaugrany Thomas Christiansen, grający wówczas w Barcelonie B. Już 3 minuty po wejściu na plac gry strzelił piętą pięknego gola. Na murawie miał zastąpić Bakero ale wskutek błędu na kartce przekazanej arbitrowi technicznemu zmienił Julio Salinasa.
@Safrani
@Ogorinho1974
@MoralnyKarzel
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@Kapitan hawk
@Gary
@Bernard777
@Adran360
13
Ciężka przeprawa z „Nietoperzami”:
24 lutego 1957 r. FC Barcelona pokonała na „Camp de Les Corts” Valencie CF 3:2 w 24 kolejce Primera Division po golach Estanislao Basory, Ramona Villaverde oraz Eulogio Martineza. W pierwszych minutach niedzielnego meczu na Les Corts pomiędzy Valencią a FC Barceloną goście przejęli inicjatywę, ale wkrótce potem gospodarze, głównie napastnicy, popisali się długą i zróżnicowaną gamą znakomitych zagrań. Ich indywidualne wysiłki, koordynowane przez Kubalę, zapewniły im wygodną przewagę do przerwy, na tyle dużą, że przeciętny kibic Barcelony, a nawet przeciętny widz, z optymizmem spoglądał na resztę meczu i jego ostateczny wynik. Blaugrana splatała i rozplatała ataki na wciąż grzązkim po wczorajszym deszczu „Les Corts” lub być może z powodu wymaganych prac konserwacyjnych. Valencia, w mniejszym stopniu, odpowiedziała, ale ich początkowy wysiłek, a także wysiłki, które powtarzali momentami w tej obiecującej, typowo barcelońskiej pierwszej połowie, nie wykraczały poza Ramalletsa, który, bardzo pewny siebie i potwierdzając swoją nową, zasłużoną i możliwą akceptację jako bramkarz reprezentacji, popisał się spektakularnymi obronami. Pierwsze piętnaście minut przyniosło Dumie Katalonii, za ich doskonałą grę, zasłużoną nagrodę w postaci dwóch goli. Potem grali równie dobrze jak wcześniej a nawet lepiej, ale Valencia zamkneła im drogę do bramki Goyo. Do bramki dotarły jedynie echa kilku jęków, odbijających się od strzałów raczej niecelnych niż celnych, lub miny, że bramkarz był na swoim miejscu, jak należy, i jego obowiązkiem było je przechwycić. Valencia miała jednak kilka prób a nawet strzał Arety trafił w poprzeczkę bramki Ramalletsa, jednak wynik do przerwy się nie zmienił. Na ponad pół godziny przed końcem meczu FC Barcelona prowadziła już 3:0, dzięki Eulogio Martínezowi, który z jednego z tych kątów, które tylko on wydaje się potrafić stworzyć na Les Corts, ponownie pokonał Goyo. Mimo pewnych wahań Goyo okazał się jednym z najskuteczniejszych zawodników Walencji w drużynie gości, która w tym roku nie zajęła wysokiego miejsca w tabeli, mimo wysiłków trenera Miró, który starał się poprawić jej pozycję. Przy tak korzystnym wyniku, zwłaszcza u siebie, sjesta wydawała się nieunikniona. I tak zobaczyliśmy, jak pomocnicy Barçy zawodzą. Po pierwsze, uparcie przeszkadzali lub wspierali znakomitą, jak dotąd, grę ofensywnych kolegów z drużyny. Po drugie, robili więcej, niż mogli, i mniej, niż by chcieli. Ten niewielki spadek koncentracji wpłynął na obronę Blaugrany a w drugiej połowie, od połowy boiska w dół, pół tuzina zawodników, którzy tworzą formacje obronne każdej szanującej się drużyny, po zdobyciu prowadzenia, cofnęło się o krok w każdym aspekcie gry. Korzystny wynik był niemal na wyciągnięcie ręki, ponieważ goście niemal wyrównali. Kibice pewni siebie mocno się zaniepokoili a ci, którzy zarządzali meczem, również mieli swoje kłopoty, ponieważ nie zareagowali tak, jak powinni, na niemal nieoczekiwany koniec meczu, który wydawał się łatwy przed jego rozpoczęciem a tym bardziej w przerwie.
Chociaż były piłkarz FC Barcelony, Areta, został złapany na spalonym, gdy Valencia strzeliła swojego pierwszego gola, później dał kolejny dowód swojej wiedzy i tego, co każdy zawodowiec powinien i potrafi zrobić, stając naprzeciwko swojego byłego klubu, który być może nie do końca docenił jego prawdziwą wartość. Ta trójka kryjących byłaby niemal bez znaczenia, gdyby Areta, niesłusznie atakowany (z powodu transferu), nie był później tym, który stał się mózgiem kolejnej bramki, tej, która napełniła niepokojem większość kibiców zgromadzonych na Les Corts. Areta, w umiejętnym i odważnym rajdzie(tak odważnym, że po dośrodkowaniu piłkę trzeba było złapać z krawędzi pola karnego) posłał idealnie wyważone, niskie dośrodkowanie, które Ramallets niemal przechwycił. Dośrodkowanie dotarło do kolegi z drużyny, który potężnym strzałem do pustej bramki zdobył drugiego, alarmującego gola dla Valencii. Po raz kolejny udowodniono, że nie ma gorszego wroga w piłce nożnej niż piłkarz stojący naprzeciwko swojego byłego klubu i kolegów z drużyny. W związku z tym, że w drugiej połowie Barça straciła kontrolę nad grą a Valencia zyskała na znaczeniu, zależnie od gry niektórych ze swoich najskuteczniejszych lub najbardziej znanych piłkarzy, mecz, w którym wyraźnie dominowała FC Barcelona, prawie zakończył się remisem... aż do 57. minuty, kiedy to trzy gole zdobyte i żadna stracona były logicznym, ale ostatecznie nie do utrzymania wynikiem.
@Adran360
@Bernard777
@Gary
@Kapitan hawk
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@MoralnyKarzel
@Ogorinho1974
@Safrani
9
Zapomniane legendy argentyńskiego futbolu:
23 lutego 1907 r. urodził się Roberto Eugenio Cherro, legendarny napastnik nazywany ,,Cabecita de Oro”(złota główka). Większość swojej kariery grał w Boca Juniors, strzelił 221 goli w 305 meczach dla klubu (we wszystkich oficjalnych rozgrywkach), co uczyniło go najskuteczniejszym piłkarzem Boca Juniors, dopóki jego rekord nie został pobity przez Martína Palermo w 2010 roku. Cherro zdobył pięć tytułów mistrzowskich z Boca, pięć razy był najskuteczniejszym strzelcem klubu a w latach 1926, 1928 i 1930 trzykrotnie został najskuteczniejszym strzelcem argentyńskiej Primera División. Wraz z Varallo i Benitezem Caceresem stworzył najgroźniejszy w dziejach tego słynnego klubu trójząb ataku. Znalazł się w składzie Argentyny na premierowe mistrzostwa świata w Urugwaju i zagrał w jednym spotkaniu. Z Argentyną brał udział w igrzyskach w Amsterdamie (srebrny medal) i triumfował w Copa América 1929 oraz 1937. W kadrze grał w latach 1926–1937, gdzie w 16 meczach zdobył 13 goli.
@Sysia11
@Ogorinho1974
@MoralnyKarzel
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@Adran360
2
@Kapitan hawk A przeciwko Chelsea czasem nie strzelił? Bo już nie pamiętam dokładnie?
16
Dublet „La Pulgi” na „Emirate Stadium”:
Dokładnie 10 lat temu FC Barcelona zrobiła ważny krok w kierunku ćwierćfinału Ligi Mistrzów UEFA, wygrywając na wyjeździe z Arsenalem 2:0 w północnym Londynie, dzięki dwóm bramkom Lionela Messiego. Dzięki kompletnemu występowi, Blaugrana zdominowała posiadanie piłki i ostatecznie pokonała zaparkowany autobus Kanonierów. Co więcej, kataloński gigant przedłużył swoją spektakularną serię meczów bez porażki do 33. Idealny wieczór. Gospodarze mieli jasny plan na pierwszą połowę: bronić i kontratakować. Robili to z kompetencją, sprawiając Barcelonie kłopoty. Najlepszą okazję w tej połowie miał Arsenal, ale Alex Oxlade-Chamberlain nie zdołał wykończyć strzału w polu karnym a Ter Stegen popisał się ważną interwencją. Blaugrana miała niemal pełną kontrolę nad piłką w pierwszych 45 minutach, ale nie udało jej się przełożyć dominacji na realne okazje, częściowo dzięki potężnemu murowi obrony Arsenalu. W ostatnich minutach Katalończycy zaczęli jednak powoli znajdować małe przestrzenie, a Luis Suárez miał dwie duże okazje. Pierwszą z nich zdecydował się podać, a w drugiej spudłował strzał głową z bliska. Bardzo fizyczna pierwsza połowa zakończyła się bezbramkowo, ale ten intensywny mecz zapowiadał się obiecująco przez resztę spotkania.
Barça nadal utrzymywała się przy piłce i miała problemy z obroną, podczas gdy Arsenal pozostał na boisku i czekał na odpowiedni moment do ataku. Mieli znakomitą okazję po strzale głową Oliviera Giroud ale Ter Stegen popisał się niesamowitą paradą. A potem, gdy Kanonierzy w końcu ruszyli do ataku, zostali przyłapani. W błyskawicznej akcji, w której uczestniczyło całe trio „MSN”, Neymar podał Messiego w pole karne, a Argentyńczyk całkowicie wybił Petra Čecha z pola karnego miękkim podaniem, po czym wykończył akcję, dając Barcelonie prowadzenie. Na domiar złego dla Arsenalu, Mathieu Flamini, który właśnie wszedł na boisko jako rezerwowy, popełnił głupi faul na Messim w polu karnym. Najlepszy piłkarz świata nie chybił rzutu karnego i posłał piłkę obok bramkarza, podwajając prowadzenie. Fantastyczne zwycięstwo na wyjeździe, dwa gole Messiego przeciwko Cechowi i wielki krok w stronę 1/8 finału. Cóż to był za wieczór. A na koniec składy:
Arsenal: Cech; Bellerín, Mertesacker, Kościelny, Monreal; Coquelin (Flamini), Ramsey; Chamberlain (Walcott), Özil, Sánchez; Giroud (Welbeck)
FC Barcelona: Ter Stegen; Alves, Piqué, Mascherano, Alba; Busquets, Rakitić, Iniesta; Messi, Suárez, Neymar
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@Kapitan hawk
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@MoralnyKarzel
@Safrani
12
Pierwszy oficjalny mecz FC Barcelony przeciwko Jose Mourinho:
23 lutego 2005 r. FC Barcelona pokonała na Camp Nou Chelsea FC 2:1 w ramach pierwszego starcia 1/8 Ligi Mistrzów. W 32 minucie samobójczego gola strzelił Beletti i goście wyszli na prowadzenie. Z kolei w 55 minucie za niebezpieczny atak na Victora Valdesa, czerwoną kartke ujrzał Didier Drogba. Blaugrana wciąż jednak biła głową w mur i Frank Rijkaard zdecydował się na wpuszczenie na boisko ,,jokera” w postaci Argentyńczyka Maxi Lopeza, sprowadzonego do klubu zaledwie miesiąc wcześniej. Roszada ta okazała się zbawienna bowiem Maxi odmienił losy meczu, zdobywając gola w 66 minucie i prezentując oryginalną ,,cieszynke” imitującą ruchy kurczaka. W 73 minucie mocnym strzałem z pola karnego gola zdobył genialny Samuel Eto’o i Barça ostatecznie wygrała ten mecz, lecz 2 tygodnie później przegrała pechowo w rewanżu, w wyniku czego odpadła z rozgrywek. Po meczu Mourinho głośno wyrażał oburzenie pracą szwedzkiego arbitra Friska i podburzał kibiców ,,The Blues” przeciwko niemu. Friskowi w kolejnych tygodniach grożono śmiercią, przez co 12 marca ogłosił zakończenie kariery sędziowskiej.
@Safrani
@Ogorinho1974
@MoralnyKarzel
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@Gary
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360
10
,,Pyrrusowe” zwycięstwo w El Clasico:
23 lutego 1941 r. FC Barcelona pokonuje na „Estadio Chamartin” Real Madryt 1:2 w przedostatniej kolejce Primera Division, po golach Jose Bravo i Mariano Martina. Honorowego gola dla gospodarzy zanotował Barinaga. Jednak to zwycięstwo na niewiele się zdało, gdyż w końcowej tabeli Blaugrana uplasowała się dopiero na 4 pozycji.
@Adran360
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@MoralnyKarzel
@Ogorinho1974
@Safrani
13
,,Guarani” po raz pierwszy i jak dotąd ostatni:
22 lutego 1953 r. meczem Peru-Boliwia(0:1) zainaugurowano 22 edycje Copa America. Impreza miała się odbyć w Paragwaju, lecz znów powtórzyła się historia z 1924 roku. Paragwaj znękany wyniszczającymi wojnami i równie przewlekłymi niepokojami wewnętrznymi, nie stanął jeszcze na nogach. Słowem znów nie było warunków aby ten biedny kraj był w stanie zorganizować impreze o takiej randze. W efekcie CONMEBOL postanowił przenieść rozgrywki gdzie indziej. Wybór padł na stolice Peru, Lime. Gospodarze grający wówczas chyba najbardziej radosny i widowiskowy futbol na kontynencie, zdawali sobie sprawę iż peruwiańscy artyści przy wszystkich swych walorach grzeszą niefrasobliwością i dość powierzchownym stosunkiem do skomplikowanych zagadnień taktycznych. Dlatego zaangażowali europejskiego trenera, który tę wesołą gromadke uroczych lekkoduchów zagonił do katorżniczej pracy podczas półrocznego zgrupowania, mającego wymusić żelazną dyscyplinę. W rezultacie zespół został dobrany niezwykle starannie. Mistrz świata Urugwaj, potraktował turniej w Limie eksperymentalnie, mając przed sobą perspektywę obrony tytułu w Szwajcarii w 1954 r. Postanowiono więc sprawdzić nowy zaciąg młodszych piłkarzy, stanowiących bezpośrednie zaplecze pierwszej kadry. Jak zwykle bitną drużynę przysłała Boliwia. Dzielni górale szczycili się fenomenalnym technikiem Victorem Ugarte, który z roku na rok gruntował swą wysoką międzynarodową reputacje. Z kolei najsłabszy Ekwador nie miał nic do stracenia i może to właśnie nastawienie przyniosło mu dwa remisy, z których ten z Paragwajem był doprawdy zaszczytny. Wicemistrzowie świata, Brazylijczycy już nieco otrząsnęli się po szoku Maracany, po drodze pocieszając się tytułem mistrza turnieju Panamerykańskiego w 1952. Nadal grali wielcy rutyniarze: Danilo, Bauer i Zizinho a momentami również Ademir, lecz pozycje starych asów atakowała równie zdolna a może nawet zdolniejsza generacja. Obrońcy Djalma Santos i Nilton Santos mieli w niedalekiej przyszłości utworzyć parę dwukrotnych mistrzów świata, Do tych zaszczytów miał poprowadzić Canarinhos genialny dyrygent Valdir Pereira zwany Didi. Geniusz strategiczny pomocnika Fluminense w roku 1953 dopiero dojrzewał, lecz jego przebłyski potrafili dojrzeć przenikliwi obserwatorzy. Na prawym skrzydle pojawił się ktoś, kto udanie wypełnił luke pomiędzy Tesourinha a Garrinchą a mianowicie Julio Botelho, który podobnie jak oni był fenomenem dryblingu. Brazylia odzyskiwała pewność siebie i z takim składem była pewna zwycięstwa. Lecz oto znów, podobnie jak w 1949, na jej drodze pojawił się utrapiony Paragwaj. Cztery lata wcześniej był on o włos od pozbawienia Canarinhos niemal stuprocentowego tytułu a i tak swoją postawą zaimponował wszystkim. Tym razem ekipa ,,Guarani” postanowiła nie zaniedbać niczego, co mogłoby ja przybliżyć do upragnionego celu jakim był Puchar Ameryki.
Turniej w Limie stał pod względem sportowym przynajmniej na takim poziomie, na jakim leży stolica Peru. Wszystkie mecze przebiegały w atmosferze zażartej walki i obfitowały w niezliczone przykłady ambicji graniczącej z poświęceniem. Nawet skazani na pożarcie outsajderzy nie sprzedawali tanio skóry. Doświadczyli tego pewni siebie gospodarze w meczu otwarcia ulegając lekceważonej Boliwii. W tych mistrzostwach naprawdę nie było mocnych. Każdy prędzej czy później znajdował swojego pogromcę. Rozsierdzone Peru odegrało się na Brazylii, pokonując ją przy aplauzie 55 tys. widzów jednym golem. Chile po 3 golach nieuchwytnego Moliny pokonało 3:2 Urugwaj ale za to uległo gładko Paragwajowi 0:3. Brazylia uznała jednobramkową wyższość Peru, wcześniej w identycznym stosunku pokonując Urugwajczyków. Przed ostatnim teoretycznie meczem turnieju(Peru-Urugwaj) sytuacja była jasna. Paragwaj i Brazylia zgromadziły po 8 punktów, Peru i Chile miały ich po 7. Choćby najskromniejsze zwycięstwo dawało gospodarzom absolutny triumf i nawiązanie do pamiętnych dni glorii z 1939 r. Sprawa wydawała się przesądzona. ,,Celestes” grali wprawdzie nieźle ale gdzież im tam było do mistrzów świata z 1950. Jednak noc decydującego starcia okazała się jedną z najczarniejszych w dziejach peruwiańskiego futbolu. Na nic zdały się trudy wielomiesięcznego forsowanego zgrupowania i dyscyplinujące nauki. ,,Inkowie” ruszyli z ogromnym rozmachem odkryci jak na uroczystej paradzie. Ich cyrkowe popisy spotkały się ze stoicką obojętnością betonowej pary Gonzalez-Martinez. Cała drużyna Celestes zgromadziła się na własnej połowie skutecznie odpierając szaleńcze lecz nieskoordynowane ataki. Za to z rzadka, bez pardonu, wypuszczała ,,zatrute strzały”. Szybki skrzydłowy Pelaez dwukrotnie pokazał niefrasobliwej obronie peruwiańskiej jaki numer ma naszyty na błękitnej koszulce. Jeszcze Romero dobił osłupiałych gospodarzy na 0:3! Ten zaskakujący rezultat diametralnie odwrócił sytuacje. Na placu boju pozostały z dorobkiem 8 punktów Paragwaj i Brazylia. Dokładnie 1 kwietnia zmierzyły się one w dodatkowym(de facto finałowym) meczu. Ten bój Davida z Goliatem zelektryzował publiczność Paragwajczycy wyszli na boisko z taką determinacją, jakby mieli walczyć o życie. Brazylijczycy skupieni w równie zaciętym milczeniu. Rozgorzała twarda, bezlitosna batalia, w trakcie której nikt nie odstawił nogi. Trzeszczały kości ale obyło się bez przelewu krwi. Ozdobą tego dramatycznego meczu były iście homeryckie pojedynki, jakie toczyli najlepsi ,,cabezadores”, czyli główkarze obu zespołów- Herrera i Baltazar. Paragwajczyk w 98 przypadkach na 100 skakał wyżej ale dwukrotnie dał się wywieźć w pole i tyleż razy Riquelme wyciągał piłke z siatki. Jednak Herrera nie miał powodów do wstydu. Baltazar głową strzelał silniej i celniej niż nogą. Paragwajczycy byli wszakże o jedno trafienie lepsi. Bramkarza Castilho pokonali Atilio Lopez, wspomagający napastników Manuel Gavilan oraz uderzający jak grom Ruben Fernandez. Gdy brytyjski sędzia Dean odgwizdał koniec meczu przy stanie 3:2, ,,Guarani” pośród wiwatów wykonali runde honorową niemal pijani ze zmęczenia i bezgranicznego szczęścia. Powrót do kraju był jednym pasmem triumfów. Na lotnisku oczekiwały bohaterów narodowych nieprzebrane tłumy a na ulice wyległa chyba cała ludność Asuncion.
@Safrani
@Ogorinho1974
@MoralnyKarzel
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@Kapitan hawk
@Gary
@Bernard777
@Adran360
11
@FCBparasiempre
Czujesz dym, słyszysz pisk ruszającego pociągu. Dziesiątki dzieci tłoczą się przy oknach. Nie ma uśmiechów. Pięści uniesione w górę, gniew i puste spojrzenia. Ta podróż nigdy nie powinna się odbyć. Najsmutniejsza w historii. Żadnych gier, żadnych piosenek. Mroźna atmosfera rozdarta rozdzierającym serce krzykiem: Żegnaj, mamo! ... Pożegnałam się z tatą na zawsze kilka dni temu, a właśnie pożegnałam się z tobą. W 1937 roku hiszpańska wojna domowa osiągnęła swój szczyt. Front Nacjonalistyczny posuwał się naprzód przez Półwysep Iberyjski. Walki w Kraju Basków były szczególnie ciężkie. Głód, nędza i śmierć. W obliczu żądań samych bojowników republikańskich, prezydent Kraju Basków, Aguirre, podjął decyzję o ewakuacji tysięcy baskijskich dzieci, ryzykując, że staną się „ludźmi bez Boga i bez ojczyzny”. Tak więc z tekturową tabliczką zawieszoną na piersiach, dokumentami w trzech językach i ciężkim bagażem niepewności i smutku, dzieci wyruszyły do Rosji; wśród nich był młody mężczyzna z Renteríi, Agustín Gómez de Pagola. Kilka miesięcy później legendarna baskijska drużyna piłkarska „Euzkadi” przybyła do Moskwy w ramach swojej międzynarodowej trasy, będącej jednym z ostatnich źródeł finansowania, z których rząd Aguirre'a na uchodźstwie skorzystał. Po raz kolejny piłka nożna i wojna stały się zwrotkami tej samej pieśni. To wydarzenie wywarło głęboki wpływ na młodego Agustína, który już wtedy odnosił sukcesy w piłce nożnej. Jeden z najważniejszych rosyjskich klubów, Torpedo Moskwa, szybko zapewnił sobie jego usługi. Nie trwało długo, zanim rosyjscy kibice padli do stóp „Legendarnego Baska”. Z Torpedo zdobył on dwa Puchary ZSRR i został nagrodzony tytułem Mistrza Futbolu. Ten dzieciak, który przybył z drugiego końca Europy mając na sobie jedynie to, co miał na sobie i nie znając ani słowa po rosyjsku, w ciągu kilku lat stał się prawdziwą gwiazdą radzieckiego sportu.
„ Agustin cieszył się fenomenalną reputacją sportowca, gdziekolwiek się pojawił. Miał wrodzone cechy: nosa do strzelania goli, zrozumienie gry, umiejętność ustawiania się, wizję… Gdybyśmy grali jeszcze w XIX wieku, on grałby już w XX…”- Ruperto Sagasti. Ale szczyt jego kariery piłkarskiej miał dopiero nadejść. Agustín był członkiem radzieckiej reprezentacji olimpijskiej na igrzyskach w Helsinkach. To było niezwykłe; nie do pomyślenia było, że obcokrajowiec będzie reprezentował ZSRR. Jednak ten sukces przyniósł ze sobą dramatyczny moment. Zabroniono mu wejścia na boisko. Władze zdecydowały, że Bask nie może reprezentować ich na igrzyskach olimpijskich. Drużyna przegrała, co było do przewidzenia, ponieważ Gómez był prawdziwym filarem defensywy tej drużyny. „Stwierdzenie, że Agustín był przygnębiony, to mało powiedziane; Agustín czuł się zdruzgotany”. Po śmierci Stalina w 1953 roku nastąpiła odwilż w stosunkach między reżimem Franco a ZSRR. Ta atmosfera pozwoliła na repatriację „dzieci” w 1956 roku. Agustín wykorzystał okazję i wrócił do Hiszpanii na pokładzie statku Krym . Zabrał ze sobą list od Realu Madryt, w którym proszono go, aby nie podpisywał kontraktu z żadnym innym klubem. Wkrótce miał się zmierzyć z rzeczywistością. Wszyscy rosyjscy Hiszpanie stanowili zagrożenie, ale Agustín był nim bardziej niż inni; był znaną postacią w Rosji i został odznaczony na Kremlu. Co gorsza, nie ukrywał swoich komunistycznych wartości. Został uznany za „zbyt czerwonego”. Real Madryt wycofał się a przed rodziną Gómeza zamknęły się wszystkie drzwi.
Kilka miesięcy później nadarzyła się okazja. Atlético Madryt zaproponowało mu kontrakt na pozostałe mecze sezonu; potem mieli zobaczyć, co się wydarzy. W wieku 34 lat i po kilku miesiącach bez treningów, Agustín wkracza na boisko Metropolitano. Jego nerwowość i brak formy nie pozostają niezauważone; co gorsza, kibice szybko skupiają na nim swoje komunistyczne uprzedzenia. Ciekawość wokół Gómeza została rozwiana. Ten zawodnik rozczarował, pokazując, że choć kiedyś był gwiazdą, to już nią nie jest. Agustín się tego nie spodziewał; był oszołomiony. W jego głowie wciąż rozbrzmiewały rosyjskie okrzyki radości. Z drugiej strony, jego rodacy go odrzucili. Nie mógł tego znieść. Wrócił do Kraju Basków, zostawiając wszystko, zapominając o kontrakcie i pieniądzach. Upokarzające przesłuchania na komisariacie były częste a sytuacja finansowa przytłaczająca. Ale pojawiło się koło ratunkowe: klub Tolosa zaproponował mu kontrakt trenerski. Później trenował historyczny klub: Real Unión de Irún. Rodzina Gómezów w końcu odnalazła stabilizację. To właśnie w tym czasie Agustín zaczął organizować Komunistyczną Partię Kraju Basków. Policja wkrótce go aresztowała i uwięziła w Madrycie. Jego aresztowanie stanowiło problem dyplomatyczny dla reżimu Franco. W ZSRR rozpoczęto kampanię na rzecz jego uwolnienia. Tymczasem Agustínowi udało się uciec z więzienia. „Wczoraj w Madrycie uciekł niebezpieczny przestępca polityczny Agustín Gómez, członek Komitetu Centralnego PCE (Komunistycznej Partii Hiszpanii). Policja i Gwardia Cywilna kontrolują drogi. Osoby, które mogą pomóc w poszukiwaniach tego niebezpiecznego przestępcy, proszone są o zgłoszenie się…” Agustín po raz kolejny musi uciekać z Hiszpanii. Tym razem na dobre. Z wygnania jego rola w Partii Komunistycznej była decydująca. Jego własny dom stał się miejscem ważnych spotkań z tak wybitnymi postaciami, jak Dolores Ibárruri, znana z „La Pasionaria”. Mając silne ortodoksyjne przekonania komunistyczne, opowiadał się za sowiecką inwazją na Czechosłowację, co doprowadziło do konfrontacji z przywódcą PCE, Santiago Carrillo i założenia nowej PCE, która miała podawać się za autentyczną. Po kilku latach całkowitego zaangażowania w politykę i wykonywania operacji dla KGB, los chciał, że pełne wydarzeń życie Agustína Gómeza de Pagoli zakończyło się zaledwie 3 dni przed życiem jego odwiecznego wroga Franco. Jego nagrobek wyraźnie odznacza się na tle śniegu Cmentarza Dońskiego, niczym zimna metafora walki polityka, obrońcy, który nigdy się nie poddaje. „ Niektórzy uważali go za urodzonego polityka, tak jak inni za urodzonego piłkarza.”- Arguis Arlauskas Pinedo. Reżyser filmu dokumentalnego „Życie i śmierć w Rosji”.
8
Niesamowita historia Agustína Gómeza, jednego z „dzieci Rosji”:
@Adran360
@Bernard777
@Gary
@Kapitan hawk
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@MoralnyKarzel
@Ogorinho1974
@Safrani
0
@wpwelement A na pytania i prośby to nie raczycie odpowiadać?
No to może poza regulaminem moge się dowiedzieć z jakiego powodu nie można oznaczać więcej użytkowników?
Ps. To jak to jest z tym regulaminem że mogłem go łamać przez bite 2 tygodnie!?
Coś nie jednak nie tak jest z waszym regulaminem...
0
@wpwelement No jak to łącznie z odpowiedziami, jak wszyscy użytkownicy korzystali i korzystają z tego że oznaczają innych użytkowników w odpowiedzi na swój komentarz. A właściwie to co komu przeszkadza że oznaczy się kogoś dodatkowo w odpowiedzi na komentarz?
A tak wogóle to czemu nie odpowiadacie na moje pytania w prywatnych wiadomościach dotyczące właśnie oznaczania użytkowników?
0
@wpwelement No przecież oznaczam 10 a pozostałych moge w odpowiedzi na swój komentarz
2
Komentarz usunięty
10
Jeden z najlepszych dryblerów lat 90-tych:
Kiedy hiszpański kibic piłki nożnej starszego pokolenia zostaje zapytany o nazwisko jednego z najlepszych dryblerów z dzieciństwa, jedno nazwisko natychmiast przychodzi na myśl: Onésimo Sánchez, „hiszpański Garrincha”. Co prawda, z jakiegoś powodu ten utalentowany i szybki skrzydłowy nie zrobił kariery w największych klubach Hiszpanii ani Europy, ale bez wątpienia był jednym z najlepszych w swojej epoce. Urodzony w Valladolid w 1968 roku, Onésimo szybko wyróżnił się w młodzieżowych szeregach swojego rodzinnego klubu. W wieku zaledwie 18 lat zadebiutował w La Liga w barwach „Puceli”, gdzie spędził dwa sezony. W wieku 20 lat został wypożyczony do Cádiz CF, również grającego w La Liga. Tam zwrócił na siebie uwagę samego Johana Cruyffa, który sprowadził go do Barcelony. W katalońskim klubie grał na zmianę w rezerwach i pierwszym składzie. To naprawdę niezwykłe osiągnięcie. Jego czas w Barcelonie był spektakularny, jak sam wspomina w wywiadach. Zagrał w Superpucharze Europy przeciwko Milanowi Sacchiego, pojawiając się na boisku przez kilka minut i bez strachu stawiając czoła niejakiemu Paolo Maldiniemu, który padł ofiarą sztuczek tego młodego i utalentowanego prawego skrzydłowego. Jednak pod koniec sezonu wrócił do Valladolid, gdzie rozegrał trzy bardzo udane sezony. W sezonie 1993/94 podpisał kontrakt z Rayo Vallecano. W Vallecas ponownie cieszyli się obecnością zawodnika, który potrzebował piłki w trudnych momentach, który potrafił odwrócić losy meczu. Zawsze był niesamowitym rozgrywającym i katalizatorem, gdy jego drużyna musiała odrobić straty. W koszulce Rayo doświadczył spadku i natychmiastowego awansu, zostawiając drużynę dokładnie tam, gdzie ją zastał. To właśnie wtedy, w 1996 roku, dostał szansę podpisania kontraktu z drużyną z europejskimi aspiracjami, Sevillą FC. Nic nie mogło być dalsze od prawdy. Klub z „Nervión” miał fatalny sezon, który zakończył się spadkiem do Second Division a Onésimo miał bardzo mało czasu na grę. Po raz kolejny Rayo Vallecano, Burgos i Palencia były ostatnimi drużynami, które miały okazję grać z tym wyjątkowym zawodnikiem, którego na zawsze zapamiętają wszyscy kibice, którzy mieli go w swoich drużynach, jak i ci, którzy cierpieli z jego powodu. Jeden z najlepszych dryblerów, z tym stylem w stylu Maradony, który zawsze nas oczarowywał i sprawiał, że podskakiwaliśmy z miejsc.
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@Kapitan hawk
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@MoralnyKarzel
0
No i prosze! Na "El Sadar" fajniutki meczyk i wzorowe sędziowanie,
E Viva Espana!
1
@MoralnyKarzel Tego tekstu napewno jeszcze nie publikowałem! To jest tylko krótka biografia. Natomiast publikowałem o nim(i nie tylko o nim) inny, znacznie obszerniejszy tekst zatytuowany: Humberto Maschio: ostatni z aniołów o brudnej twarzy.
2
Komentarz usunięty
12
Wszystko, czego nie wiedziałeś o nagrodzie Puskasa:
Czym jest Nagroda Puskása? Piłka nożna i sztuka nie są ze sobą sprzeczne; wręcz przeciwnie. Przez całą historię dzieliły czas i przestrzeń, obdarowując nas prawdziwie niezapomnianymi arcydziełami. Jakże nie podziwiać kunsztu Hugo Sáncheza „Señor Gol” z czasów jego gry w Realu Madryt, czy arcydzieła Diego Armando Maradony, „Bramki Stulecia” na stadionie Azteca podczas Mistrzostw Świata w Meksyku w 1986 roku, żeby wymienić tylko kilka? Historyczne gole, które zapisały się w pamięci wielu osób i które, podobnie jak mistrzostwa i indywidualne osiągnięcia, zasługują na uznanie. Z tego powodu powstała Nagroda Puskása, przyznawana piłkarzowi, który strzeli najładniejszego gola sezonu. FIFA definiuje ją jako „nagrodę przyznawaną piłkarzowi, którego bramka jest uznawana za najbardziej znaczącą pod względem estetycznym, niezależnie od rozgrywek, płci czy narodowości strzelca”. Należy jednak pamiętać, że dodano następujące wyjaśnienie: „pod warunkiem, że bramka nie była wynikiem szczęścia lub błędu i że została zdobyta zgodnie z zasadami fair play”. Ten artykuł pozostawia wiele miejsca na wyobraźnię, stawiając pytanie o kryteria wyboru najlepszych goli. Teraz przeanalizujemy wszystkie kluczowe aspekty jednej z najpiękniejszych i często pomijanych nagród naszych czasów. Zanim zaczniemy, najważniejsze jest pytanie: kim był Ferenc Puskás, którego nazwisko zostało uhonorowane tą nagrodą? Puskás był hiszpańsko-węgierskim piłkarzem, który zasłynął z gry w Realu Madryt. Z klubem zdobył pięć tytułów mistrza La Liga, jeden Puchar Generalísimo, trzy Puchary Europy, jeden Puchar Interkontynentalny i cztery Trofea Pichichi. Ten rekord plasuje go w gronie najwybitniejszych piłkarzy w historii. Był również członkiem reprezentacji Węgier, która w tamtym czasie była uważana za najlepszą na świecie. Jego czysta gra, zacięta rywalizacja i niesamowite gole strzelone w sposób, który można by opisać w najbardziej fachowym podręczniku piłkarskim, sprawiły, że FIFA od 2009 r. organizuje na swojej stronie internetowej głosowanie w celu ustalenia, która bramka roku była najpiękniejsza.
Przy wyborze najlepszych bramek sezonu brane są pod uwagę cztery kryteria: estetyka bramki, jej znaczenie w grze, brak czynników takich jak szczęście lub błędy przeciwnika, które mogłyby ułatwić jej zdobycie, oraz uczciwa gra prezentowana przez strzelca bramki w trakcie meczu. Proces przebiega następująco: najpierw wybieranych jest dziesięć najwybitniejszych goli roku. Następnie losowana jest lista trzech, z której wybierany jest najlepszy gol sezonu. Zwycięzcę Nagrody FIFA Puskás wybiera międzynarodowe jury złożone z legend FIFA i fanów FIFA.com z całego świata. Obie grupy jurorów mają równą wagę, niezależnie od liczby głosujących w każdej grupie (tj. głosy oddane na Legendy FIFA i głosy kibiców stanowią połowę całości, niezależnie od liczby głosów w każdej grupie). Członkowie finałowego tria zostaną ogłoszeni później a zwycięzcy wszystkich nagród zostaną ogłoszeni podczas gali The Best FIFA Football Awards, która odbędzie się w Zurychu 17 stycznia 2022 roku.
Laureaci Nagrody Puskasa na przestrzeni dziejów:
Nagrodę tę zainaugurował Cristiano Ronaldo (Portugalia, 2009) a za nią podążali gracze takiej rangi jak Hamit Altıntop (Niemcy, 2010), Neymar (Brazylia, 2011), Miroslav Stoch (Słowacja, 2012), Zlatan Ibrahimovic (Szwecja, 2013), James Rodríguez (Kolumbia, 2014), Wendell Lira (Brazylia, 2015), Mohd Faiz Subri (Malezja, 2016), Olivier Giroud (Francja, 2017), Mohamed Salah (Egipt, 2018), Daniel Zsori (Węgry, 2019), Son Heung-min (Korea Południowa, 2020), Erik Lamela (Argentyna, 2021), Marcin Oleksy (Polska, 2022), Guilherme Madruga (Brazylia, 2023), Alejandro Garnacho (Argentyna, 2024) oraz Santiago Montiel (Argentyna, 2025).
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@Kapitan hawk
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@MoralnyKarzel
4
Komentarz usunięty
13
Dzień, w którym Maradona i Simeone pojechali na „Estadio Las Gaunas” „sami”:
W niedziele 21 lutego 1993 r. FC Sevilla przybyła na legendarny stadion „Las Gaunas” z silnym składem w sezonie 1992-1993, mając nadzieję na awans do europejskich pucharów. Unzué, Simeone, Bango, Suker … ale ponad wszystkim, jak można było się spodziewać, stanął Diego Armando Maradona. Argentyńska gwiazda przybyła do Sewilli po triumfach w Napoli, mając już 32 lata i wciąż ciążący nad nim cień wczesnych problemów z narkotykami. Jednak zarówno Maradona, jak i Sevilla stopniowo odzyskiwali formę, stopniowo się poprawiając i osiągając szczyt formy w grudniu, zapewniając sobie miejsce w europejskich pucharach. „El Pelusa” stopniowo poprawiał swoją kondycję fizyczną i zaliczył kilka znakomitych występów, które zachwyciły kibiców Sevilli. Ale to wszystko było iluzją, a potem nadszedł mecz na Las Gaunas z CD Logroñés, który był punktem zwrotnym w tym sezonie. Dwóch argentyńskich reprezentantów w kadrze, Diego Armando Maradona i Diego Simeone poleciało do Argentyny, aby rozegrać mecz z reprezentacją bez zgody klubu. Obaj przylecieli do Logroño w dniu meczu prywatnym samolotem, co było dość powszechne dla Maradony, który wielokrotnie podróżował samodzielnie w trakcie sezonu. Mając akurat wystarczająco dużo czasu, aby wylądować i dotrzeć na „Las Gaunas”, by założyć buty, zarówno Maradona, jak i Simeone znaleźli się w wyjściowym składzie Carlosa Bilardo. Jednak stres związany z tak długą podróżą i grą na tak trudnym boisku z wymagającym przeciwnikiem, takim jak Logroñés, zwłaszcza u siebie, sprawiły, że porażka była nieunikniona. Reprezentacja „Rio” zapewniła sobie wyraźne i zasłużone zwycięstwo 2:0 dzięki bramkom Garcíi Pitarcha i jednym Olega Salenko. W ten sposób selekcjoner gospodarzy, Carlos Aimar, przechytrzył swojego rodaka Bilardo. Od tego dnia nic już nie było takie samo. Luis Cuervas, prezes Sevilli, wpadł we wściekłość i obaj piłkarze zostali ukarani. Relacje Maradony z zarządem pogorszyły się od 21 lutego 1993 roku, a andaluzyjska drużyna ostatecznie nie zakwalifikowała się do Pucharu UEFA.
@Szalik
@Sysia11
@shaun
@Safrani
@Ogorinho1974
@MoralnyKarzel
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
3
Komentarz usunięty
14
Niewytłumaczalna porażka w Lidze Mistrzów:
21 lutego 2007 r. FC Barcelona przegrała na Camp Nou z Liverpoolem 1:2 w pierwszym meczu 1/8 Champions Lig. Całe barcelonismo liczyło na to, że Blaugranie jako pierwszej uda się przełamać swoistą klątwe i wygrać Lige Mistrzów dwa razy pod rząd. Sprawy się jednak mocno skomplikowały po pierwszym meczu z ,,The Reds”. Chociaż już w 14 minucie Deco wyprowadził Barçe na prowadzenie, to przyjezdnym udało się odwrócić losy spotkania. Tuż przed przerwą fatalny błąd popełnił Valdes, który poślizgnął się na linii bramkowej i w efekcie sam strzelił sobie gola, jednak trafienie zapisano Bellamy’emu. W 74 minucie Bellamy dograł piłke do Johna Arne Riise i norweski obrońca wyprowadził Liverpool na prowadzenie. To była katastrofa a słupek po uderzeniu Deco z rzutu wolnego na 3 minuty przed końcem jeszcze bardziej utwierdził wszystkich cules w przekonaniu że lepszy nie zawsze wygrywa. Blaugrana znów oddała więcej strzałów i częściej była przy piłce, jednak znów przegrała ważny mecz. „Potrzebny będzie cud”, „Pożegnanie już blisko”- komentowały media lutowe wydarzenia na Camp Nou. „Benitez rozpracował Rijkaarda i znalazł sposób na unieszkodliwienie Messiego. Argentyńczyka pilnował Arbeloa a wsparcia udzielał mu Agger oraz Riise. Leo był zaskoczony a Barça zbyt wolno konstruowała swoje ataki”- dodały media.
Ależ byłem wówczas wściekły na Valdesa że odpierdzielił taki numer! Przecież jak się później okazało to wystarczył ,,nam” remis na Camp Nou aby wyeliminować Liverpool…
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@Kapitan hawk
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@MoralnyKarzel
2
Komentarz usunięty