9

Argentina!
Vamos, vamos! Argentina,

Vamos, vamos! a ganar,

que esta banda quilombera
no te deja, no te deja de alentar!

13

Kluczowe zwycięstwo na wyjeździe:

28 marca 1920 r. FC Barcelona pokonała na „Estadio de Amute”, Real Union de Irun 0:1 w pierwszym meczu ćwierćfinału Pucharu Króla. Gola na wage zwycięstwa strzelił genialny Paulino Alcantara już w 5 minucie meczu. Gol Alcantary okazał się bezcenny, gdyż w rewanżu na „Camp del Carrer Industria” Blaugrana po zaciętym boju tylko zremisowała z Realem 4:4 i w efekcie awansowała do półfinału.

@Adran360
@Bernard777
@Gary
@Kapitan hawk
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani

14

@FCBparasiempre
27 marca 1921 r. urodził się brazylijski bramkarz Moacir Barbosa. Jest rok 1963, remont Maracany bierze na celownik między innymi drewniane bramki. Pewien czarnoskóry mężczyzna zabiera jedną z nich. W domu rąbie je siekierą na kawałki a potem pali na popiół. Nie, nie potrzebował się ogrzać, nie, nie urządzał osobliwego grilla – tym mężczyzną był Moacir Barbosa, próbujący dokonać egzorcyzmów. To gol na porąbaną i spaloną przez niego bramkę zmienił narodowego bohatera w symbol narodowej hańby. Brazylijski synonim pecha. Nietykalnego. Trędowatego. Człowieka wytykanego palcami na ulicach. Dla wszystkich poza Barbosą czas płynął, a on, jak w „Dniu świstaka”, został uwięziony w przegranym finale mundialu 1950, w zapętlonej przez pięćdziesiąt lat akcji Schiaffino z Ghiggią, bo rzucała ona cień na każdy dzień reszty jego życia. „Maksymalny wyrok w Brazylii to trzydzieści lat. Ja dostałem pięćdziesiąt lat za coś, czemu nawet nie jestem winny”- Moacir Barbosa w 2000 roku, kilka tygodni przed swoją śmiercią. Od 1502 do 1860 Brazylia była największym na świecie importerem niewolników. To również Brazylia była jednym z ostatnich krajów, które zniosły niewolnictwo, ten zapis przyszedł w 1888. Moacir Barbosa urodził się trzy dekady później, ale tylko skrajny naiwniak mógłby sądzić, że skoro niewolnictwa nie było, to sytuacja czarnoskórych była taka sama jak innych grup etnicznych. Często – o, jakie proroctwo – byli kozłami ofiarnymi, obwinianymi za różne problemy społeczeństwa. Ten, kto nazywa futbol tylko grą, głupim kopaniem kawałka skóry, jest ignorantem. W Brazylii czarnoskórzy zawodnicy piłkarscy zmieniali wizerunek całej grupy społecznej. Cały kraj kochał Leonidasa. W niemal każdej brazylijskiej czołowej drużynie pojawiały się czarnoskóre gwiazdy. To wydatnie przekładało się na los(poprzez odpruwanie łatek) setek tysięcy. Ktoś kiedyś powiedział, że Robert Lewandowski jednoosobowo wykonał w Niemczech lepszy PR dla Polski i Polaków, niż lata dyplomacji. Nie wiem czy tak jest – nie mam danych. Ale kto się z tym zgodzi, zachowując proporcje, zrozumie i tamten czas w Brazylii. Moacir Barbosa był powojenną gwiazdą bramki Vasco. Wyróżniał się spokojem w grze, który emanował na całą linię obrony. Stanowił wzór piłkarza fair play, grał czyściutko, nigdy żaden napastnik nie ucierpiał w starciu z nim. Słynął też z tego, że grał bez rękawic. To mu zostało, nawet na poziomie reprezentacyjnym. Twierdził, że w ten sposób lepiej czuje piłkę. Oswaja ją a ta bardziej się go słucha. Zdarza się, że trzy punkty jakaś potęga przyznaje sobie przed rozegraniem meczu. Ale nigdy chyba później nie było to zrobione z taką pompą, jaką w 1950 w Brazylii. W dniu finału Prezydent FIFA, Jules Rimet, przygotował już przemowę na cześć Brazylii. Dla Urugwaju nie przewidział żadnej. Piłkarze faworyta byli tego dnia odwiedzani przez szereg polityków, którzy roztaczali przed nimi wizje tego, co nastąpi po sukcesie. Pojawił się minister edukacji, pod którą wtedy podpadał sport. Sam prezydent Brazylii powiedział: „Stoicie tutaj, tylko jeden krok od nieśmiertelnego trofeum, który wygracie dla całego kraju”. Do tego tabun dziennikarzy i fotografów. Pod obiektem treningowym czekał szereg cwaniaków z kartami „MISTRZOWIE ŚWIATA” czekającymi na podpisy, które można by z szalonym zyskiem sprzedać już wieczorem. ,,Ja dotrzymałem słowa, że powstanie Maracana, wy dzisiaj dotrzymajcie słowa, że zostaniecie mistrzami”– powiedział tuż przed meczem burmistrz Rio de Janeiro. Takie podejście zadziałało na Urugwajczyków jak płachta na byka. Jedna z czołowych brazylijskich gazet koronowała Brazylię przed meczem. Serio, napisali – oto mistrzowie świata. Kapitan Urugwaju, Varela, kupił tę gazetę i przyniósł do urugwajskiego obozu. Trener Juan Lopez Fontana zobaczył w tym potencjał, by obudzić w swoich zawodnikach diabła. Sprawić, by mecz miał personalną stawkę dla każdego zawodnika.

Według legendy, gazeta została podarta na poszczególne stronice, każdy gracz dostał po kilku, a potem Fontana miał powiedzieć: ,,Jak będziecie musieli iść za potrzebą, weźcie to ze sobą. Wrzućcie do toalety i szczajcie na nie”. Jednak trzeba przyznać, że rzadko zdarza się na wielkim turnieju taka demolka, jaką Brazylia sprawiła w Copa America 1949. 9:1 z Ekwadorem. 5:0 z Kolumbią. 10:1 z Boliwią. 7:1 z Peru. 5:1 z Urugwajem. 7:0 w finale z Paragwajem. Barbosa wraz z drużyną byli nie do zatrzymania. Golkiper w zgodnej opinii nie miał sobie wtedy w kraju równych. Nic dziwnego, że rok później, grając u siebie mundial, Brazylia była murowanym faworytem, szczególnie gdy Anglicy skompromitowali się z USA. W finałowej grupie Brazylia wygrała 6:1 z Hiszpanią i 7:1 ze Szwecją. Ale, znowu lub „jak zwykle” nie chodziło tylko o piłkę. Brazylia poszukiwała swojej tożsamości. Powodu do dumy narodowej, ale i czegoś jednoczącego. W kraju rozkochanym w piłce nożnej, a do tej pory bez wygranej w nim, mundial nadawał się do tego celu. To były wręcz pewnego rodzaju kompleksy, widoczne nawet po budowie Maracany. Powstawała kilka lat. Oddano ją ze dwa tygodnie przed finałami. Nie miała być w sensie stricte funkcjonalna – miała być wielka, największa na świecie, podkreślająca sukces Brazylii. Dlatego obiekt powstawał według projektu na dwieście tysięcy miejsc. Urugwaj w finale stanowił tylko przystawkę. Szósta drużyna południowoamerykańskiego czempionatu. Drużyna, która z tymi samymi rywalami, których Brazylijczycy demolowali na mundialu bez mrugnięcia okiem, toczyła zacięte, pełne zwrotów akcji boje. Nawet to jednak nie uzasadnia takiego lekceważenia. Wściekły na całe zamieszanie był szkoleniowiec Flavio Costa, który próbował uspokajać, mówić „poczekajmy na końcowy gwizdek”, ale nie był w stanie zatrzymać tej fali. ,,Wiem, o co chcecie zapytać: gdzie jest w tej opowieści Barbosa, posłany od ładnych kilku akapitów na margines? Otóż właśnie tam, gdzie być powinien – na marginesie. Nieprzypadkowo. Bo nie bierze jak do tej pory udziału w litanii przewin, całej serii kardynalnych błędów, podczas gdy finalnie wszystko skupi się tylko na nim. Tak jakby to on kazał brazylijskiej prasie pompować balonik. Tak jakby to on zaprosił polityków, przez których – według Henrika Brandao Jonssona, autora książki „Joga Bonito” – piłkarze Brazylii nawet nie zdążyli spokojnie zjeść posiłku i już zameldowawszy się na Maracanie, trener Flavio Costa głodnym piłkarzom kombinował w ostatniej chwili kanapki z serem. Nie kazał Juvenalowi, pilnującemu lewej strony, po której to stronie padnie feralny gol, pić dzień przed meczem, przez co Juvenal miał kaca. Nie miał wpływu na to, że jedyny możliwy zastępca Juvenala był kontuzjowany”. Brazylia przeważała, wyszła na 1:0. Zresztą prawdopodobnie ze spalonego. Angielski arbiter sędziował pod gospodarzy. Varela, kapitan Urugwaju, kłócił się Georgem Readerem ładnych kilka minut po bramce. Ta bramka tylko jeszcze bardziej podrażniła Urugwajczyków. Schiaffino strzelił na 1:1 a w samej końcówce… Bramka do dziś jest analizowana. Nie, nie pod kątem przepisów, pod kątem tego, co zrobił Barbosa. Cała strona odsłonięta a w środku Shiaffino, który spodziewał się podania. Tymczasem Ghiggia „dziubnął” piłkę i ta wpadła do siatki na krótkim słupku. Brazylia przegrała. Według jednej z legend wokół tego meczu, piłkarze mieli uciekać ze stadionu w przebraniach zakonnic. Ghiggia powie po latach: ,,Tylko trzech ludzi uciszyło Maracanę. Frank Sinatra, Jan Paweł II i ja”. Do dziś krążą pogłoski, że na stadionie kilku kibiców zmarło wtedy na zawał serca. Ktoś miał popełnić samobójstwo – nadawał to sam New York Times. Nie chce mi się w to wierzyć. Nawet słowa dramaturga Nelsona Rodrigueza „Każde miejsce ma katastrofę narodową, coś w rodzaju Hiroszimy. Naszą katastrofą, naszą Hiroszimą była porażka przeciwko Urugwajowi w 1950” wydają się niesmaczną przesadą. Tam zagłada setek tysięcy, tu tylko przegrany mundial. Ale to pokazuje, jak bardzo Brazylia i Brazylijczycy zainwestowali emocjonalnie w zespół, jak bardzo cała pozasportowa otoczka, tożsamościowa, kulturowa, odgrywała tutaj rolę. Alex Bellos twierdził, że ten mecz na jakiś czas złamał pewność siebie całego narodu. Za to wszystko, przez jedną interwencję został obwiniony Barbosa. Cały kraj rytualnie go grillował. Głuchy na argumenty Flavio Costa, który otwarcie krytykował Juvenala.

„Barbosa, który tak wiele razy grał dobrze, tym razem zawalił. Każdy drugorzędny bramkarz by sobie poradził”– pisało następnego dnia ,,Estado de S. Paulo”, stanowiąc tylko jeden z głosów w jednolitym chórze. Jego temat wałkowały stacje radiowe. Moacir krył się w domu razem z żoną, a krążyły niemożliwe pogłoski: nawet taka, że spalą mu dom. Gdy zaczęła się liga, był nieustannie wyzywany na wszystkich stadionach. Już wcześniej zdarzały się wobec niego rasistowskie odzywki, teraz rozgorzały z nową mocą. „Nawet kryminaliście z czasem się wybacza, gdy odpokutuje swoje grzechy. Mi nigdy nie wybaczono”- mówił Barbosa w 1999 r. Wyobrażacie sobie jak zły mecz musiałaby rozegrać reprezentacja Polski, żeby aż odcinając się od tej klęski zmieniono barwy kadry? Ja sobie nie wyobrażam a po ,,Maracanazo” tak uczyniono. Brazylia przestała grać w bieli, zaczęła w kolorach, które są ikoniczne do dzisiaj. Brazylijscy czarnoskórzy bramkarze przez jedną sytuację Moacira mieli pod górkę przez kolejne dekady. Ukuł się mit, żeby takiego na bramkę po prostu nie dawać a już na pewno nie w kadrze. Barbosa po skończeniu kariery piłkarskiej nie dał rady zaczepić się w piłce. Fatum dopadło go i tutaj – jednoznacznie postrzegany przez zawalenie gola wszech czasów, nie mógł znaleźć zatrudnienia w futbolu. Tylko Vasco pomogło mu ogarnąć pracę, ale wymowne: pracę ratownika na pływalni mieszczącej się blisko Maracany. Nie wiem co najbardziej mnie uderza w tym, że jego mecz wciąż się toczył. Czy ten epizod z porąbaniem i spaleniem bramek. Czy to, że gdy akurat przez pewien czas komentował mecze, sam prezes brazylijskiej federacji Ricardo Teixeira zabronił mu pracować przy kluczowym spotkaniu Canarinhos, bo a nuż przyniesie pecha. Z tej samej przyczyny Mario Zagallo nie wpuścił Barbosy do ośrodka treningowego, gdzie Moacir chciał życzyć powodzenia Claudio Taffarelowi – Moacir był już wtedy po siedemdziesiątce, staruszek przegoniony spod bram. Niezwykłe, a pokazujące jak głęboko kulturowo uwikłana jest tamta jedna interwencja: w 1988 miał premierę film, którego osią jest próba powrotu w czasie i nie dopuszczenia do bramki Ghiggii. Nominowana do prestiżowej nagrody sci-fi Hugo Award powieść „Brasyl” także znalazła miejsce dla Barbosy: w jednej z historii, główna bohaterka chce by Moacir wystąpił w publicznym procesie telewizyjnym, w którym cały naród stanowiłby oskarżyciela. Biografia „Ostatnia parada Moacira Barbosy” to jedno, i jakkolwiek mądrze zwraca uwagę w roli mediów przy kreowaniu idoli, ale też przegranych, tak pozostaje biografią sportowca – aby trafić na karty sci-fi czy filmów fabularnych trzeba zupełnie innego rozgłosu, innego znaczenia. Ale chyba jednak najbardziej uderza to, gdy powiedział, że żaden mecz, nawet tamten finał, nie wprowadził go w taki smutek, jak sytuacja, gdy pewna matka na ulicy wskazała go palcem i powiedziała swojemu synowi: ,,Zobacz, to człowiek, przez którego płakała cała Brazylia”. To niewyobrażalne tkwić całe życie w cieniu takiej winy, tak powszechnie rozpoznawalnej, umieszczonej głęboko w sercach wszystkich Brazylijczyków, nie tylko tych, którzy widzieli Maracanazo. W zasadzie pretensje przekazywane z pokolenia na pokolenie. ,,Płakał mi w rękaw: nie jestem winny! Było nas jedenastu!”- Tereza Borba. Na początku drugiej połowy lat dziewięćdziesiątych Barbosie zmarła żona. Nowotwór zabrał osobę, która nie tylko całe życie była dla niego wsparciem, ale też pomagała nieść brzemię. Był dobrze po siedemdziesiątce, a dostawał tylko emeryturę za pracę ratownika pływalni. Rzecz w tym, że nawet ta praca była na pół etatu, więc jakoś wiązali koniec z końcem razem z żoną, ale ostatecznie emerytura była na tyle mała, że nie wystarczała nawet na opłaty mieszkaniowe. Przez jakiś czas żył u kogoś w małym pomieszczeniu na podwórzu. Nawet tu doszło do włamania i okradziono go z koszulki reprezentacji Brazylii. A jednak wtedy, w najgorszym momencie, zaświeciło słońce.

Tereza Borba miała wtedy może dwadzieścia lat, prowadziła sklepik na plaży, gdy rozpoznawała Barbosę jak kręci się po plaży. Wyglądał jak bezdomny, którym w istocie był. Tereza pomagała mu, a z czasem zaprosiła go do domu, gdzie mieszkała z mężem. Odstąpili mu cały pokój. Państwo Borbowie pomagali mu, a on przyjmował tę pomoc, ale czuł się z nią nieswojo – często mówił, że zawadza, że lepiej, aby sobie poszedł. Ale Borba stała się w istocie jego przybraną córką. Sama wychowała się bez ojca. W zupełnie obcej osobie Moacir znalazł prawdziwe rodzinne ciepło i bezinteresowną pomoc. Później Borba zadzwoniła do Euricio Mirandy, polityka, ale też działacza Vasco. Miranda jaki był, taki był, według wielu umoczony w korupcję, ale Barbosie pomógł, załatwił mu również skromny comiesięczny czek z klubu, ale który pozwalał już na samodzielne życie. Miranda wraz z Teresą zgłosili również pewien projekt burmistrzowi Rio, a on się do niego zapalił. Znowu Maracana. Znowu tamci piłkarze – przynajmniej wszyscy, którzy jeszcze żyli w 1999 roku. Z wieloma nie widział się od dekad. I tam, na tym boisku, w otoczeniu postaci, które pamiętały Maracanazo, burmistrz Rio przeprosił Moacira za cały brazylijski naród. Impreza z pompą, z honorami – wszystko na rzecz przeklętego. Atmosfera wokół piłkarza w tej ostatniej godzinie zaczęła się zmienić. W obronie Moacira stanął Dida. Barbosa udzielił dużego wywiadu w czołowym brazylijskim talk show. I cały czas miał tamten mecz żywy, jakby odbył się wczoraj, cały czas o akcji opowiadał z najdrobniejszymi detalami. Tereza Borba wspominała, że gdy w 2000 roku urządziła Moacirowi urodziny, ten miał na nich powiedzieć: ,,Jeśli jutro bym umarł, umarłbym jako szczęśliwy człowiek”. Umarł tydzień później. Na grobie ma wyryte: „Tu spoczywa godny podziwu, pogodny człowiek. Taki, jakiego pan Bóg mógł stworzyć tylko w jednym ze swoich najlepszych momentów”. ,,Zrobił tak wiele dla kraju a został ukrzyżowany po jednym meczu”- Dida. Jeden błąd, kilka sekund, a ciągnęło się za nim przez całe życie. Nie w sposób anegdotyczny, nie przez docinki kolegów, ale wydatnie wpływając na jego życie. Na pierwszy rzut oka, niezrozumiałe. Ale na drugi – Brazylia tak bardzo chciała i potrzebowała wygrać, z tak wielu przyczyn pozasportowych, że klęska z Urugwajem stała się klęską narodową. Wszyscy Brazylijczycy, który mieli ogrzać się w blasku chwały, stali się przegrańcami. Sport potrafi pośredniczyć w emocjach, ktoś strzela gola, bije rekord skoczni, a cieszysz się tym samym szczęściem, dzielisz tę samą dumę. Tu dzielono gorycz porażki i chciano tej goryczy się pozbyć. Więc zrzucono cały jej bagaż na jednego człowieka. „To nie my przegraliśmy. To przegrał Moacir Barbosa”. Nie było to logiczne, nie było to prawdziwe, ale było widać z jakiejś głębokiej psychologicznej przyczyny konieczne, choć skazywało jedne plecy na ciężar, który powinien rozłożyć się na cały naród. W 2014 roku Moacira Barbosy znaleźć się już nie dało.

17

Nieco zapomniane legendy polskiego futbolu:

27 marca 1974 r. urodził się Marek Citko, pomocnik. Siedmiu mistrzów olimpijskich i dwójka wicemistrzów. Tak wyglądała dziewiątka z TOP-10 najlepszych sportowców polski w roku Igrzysk Olimpijskich w Atlancie. Jedyny wyłom spośród medalistów w gronie laureatów stanowił piłkarz - Marek Citko. Po mistrzostwie Polski, udanych występach z Widzewem w Lidze Mistrzów oraz golu strzelonym Anglikom na Wembley, stał się największą piłkarską gwiazdą Polski i największą nadzieją na sukcesy. Szybki, dobrze wyszkolony technicznie, niekonwencjonalny w swych rozwiązaniach a w decydujących momentach, w starciach o dużą stawke, skuteczny pod bramką przeciwników w okresie największego marazmu polskiego futbolu na międzynarodowym poziomie. Jawił się dzięki temu jako piłkarz światowego formatu. Zaczynał w Jagiellonii Białystok w sezonie 1992/93. Swego czasu dziennikarze ,,Przeglądu Sportowego” Piotr Wołosik i Łukasz Olkowicz ochrzcili ten klub mianem ,,najgorszej drużyny w historii Ekstraklasy”. Punktowo rzeczywiście dorobek stawiał ja na szarym końcu w dziejach najwyższego poziomu rozgrywek. Liczba zawodników, którzy wtedy postawili pierwszy krok na drodze do kariery, nie ma chyba jednak sobie równych w całych latach 90-tych. Tomasz Frankowski, Mariusz Piekarski, Jacek Chańko oraz właśnie Citko. We wrześniu 1995 roku, po 2 latach gry w II lidze, Citko przeszedł z Jagielloni do Widzewa. Na tle ściągniętych w przerwie letniej Siadaczki, Miąszkiewicza a zwłaszcza Koniarka, nie on zdawał się głównym wzmocnieniem Widzewa. Tymczasem w krótkim czasie to pomocnik rodem z Białegostoku na amen zawojował łódzką publiczność. Od 8 kolejki nie opuścił już żadnego meczu i na koniec sezonu świętował swoje pierwsze mistrzostwo Polski. Przyczynił się do niego między innymi 5 golami. Jeszcze lepiej spisał się w kolejnej edycji, gdy pokonał golkiperów 8 razy a Widzew obronił zaś panowanie w Ekstraklasie. Świetnie wyglądał na arenie międzynarodowej. Łódzki klub powtórzył wyczyn Legii i awansował do fazy grupowej Ligi Mistrzów. Citko swym golem w eliminacjach przeciwko Broendby pozwolił odrobić część strat przy prowadzeniu 3:0 dla rywali. Potem zaś Paweł Wojtala zdobył słynnego gola na wage awansu. Pomocnik Widzewa strzelił też gole mistrzowi Niemiec(późniejszemu zdobywcy Ligi Mistrzów)- Borussi Dortmund oraz po fenomenalnym lobie, pokazywanym we wszystkich telewizjach świata- Atletico Madryt. Występy indywidualne dały mu wielką sławe, choć samemu klubowi nie zapewniły awansu do kolejnej fazy.

Dopełnieniem świetnego sezonu był gol przeciwko Anglii na Wembley. Citko dostał piłke w okolicy 11 metra, podciągnął ją do ,,piątki” a następnie przerzucił ją nad Seamanem. Ostatecznie biało-czerwoni przegrali to starcie 1:2 ale wrażenie wywołane trafieniem było olbrzymie. Citko trafił do TOP-10 Plebiscytu ,,Przeglądu Sportowego”. W analogicznym zestawieniu Telewizji Polskiej znalazł się na drugim miejscu w 1996 r. a w konkursie programu III Polskiego Radia oraz ,,Super Ekspressu” nawet wygrał! Wtedy też odebrał nagrodę dla Odkrycia Roku według ,,Piłki Nożnej” oraz Piłkarza Roku. Citko był na samym szczycie pod względem popularności. W Polsce wybuchło wtedy zjawisko zwane ,,Citkomanią”. Piłkarz stał się bohaterem popularnych programów i gazet. Nie mógł spokojnie przejść na ulicy. Był chyba jedynym tak powszechnie znanym wśród Polaków piłkarzem lat 90-tych. Jego nazwisko przewijało się nawet w serialach. Dopytywały się o niego największe europejskie kluby. Najbliżej podpisania umowy był z Blackburn Rovers. Mistrzowie Anglii z 1995 wykładali na stół naprawdę duże pieniądze. Citko kręcił nosem na proponowaną lige i… czekał na jeszcze lepsze oferty. Zamiast tego przyplątała mu się jednak poważna kontuzja ścięgna Achillesa. Długotrwałe leczenie zabrało mu ponad jeden sezon. Po powrocie nie był już tym samym zawodnikiem co wcześniej. Próbował odbudować się pod wodzą swego ulubionego trenera Franciszka Smudy w Legii ale poza krótkim przebłyskami nie był w stanie nawiązać do formy z Widzewa. Grał potem w Groclinie Dyskobolii, Cracovii oraz Polonii Warszawa. Poza dwoma mistrzostwami wywalczonymi z łódzkim klubem, na koncie miał wicemistrzostwo(z Widzewem) i brązowy medal(z Legią). W reprezentacji Polski zagrał 10 razy i strzelił 2 gole. Poza Anglikami na liste strzelców wpisał się w starciu z Brazylią. Po kontuzji nie wystąpił już ani razu. Niektórzy(z większym zaufaniem do ,,magii cyfr”) twierdzili że uraz ten nie powinien dziwić. Dotknął bowiem ,,kadrowicza przeklętego”. Citko był wszak 666 piłkarzem w historii, który wystąpił w reprezentacji. Grę w Ekstraklasie oprócz kontuzji przerywały mu także zagraniczne epizody. Grał jeszcze w lidze izraelskiej oraz szwajcarskiej. Po zakończeniu kariery przez krótki okres doradzał właścicielowi Polonii Warszawa- Józefowi Wojciechowskiemu. Zaliczył też epizod w roli dyrektora sportowego Wisły Kraków.

@Adran360
@Bernard777
@FcPortoFan1999
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani

13

Pewne zwycięstwo z Nawarryjczykami:

27 marca 2025 r. FC Barcelona pokonała na „Estadi Olímpic Lluís Companys” CA Osasuna 3:0 w ramach 27 kolejki La Liga. Barça wysunęła się na prowadzenie w tabeli LaLiga, mając trzy punkty przewagi po łatwym zwycięstwie 3-0 nad przyjezdną Osasuną w czwartek, przedłużając tym samym serię meczów bez porażki we wszystkich rozgrywkach do 19. Ferran Torres otworzył wynik spotkania dla gospodarzy w 11. minucie, strzelając z pierwszej piłki z odległości sześciu metrów, po dośrodkowaniu Alejandro Balde, co dało wspaniałego gola dla całej drużyny. 10 minut później Dani Olmo powiększył prowadzenie, wykorzystując rzut karny po faulu a w 77. minucie Robert Lewandowski głową zapewnił zwycięstwo. Niepokonana od końca grudnia, Barça jest jedyną drużyną w pierwszej piątce lig europejskich, która w 2025 roku nie przegrała ani razu. Zdobyła 63 punkty w 28 meczach, podczas gdy mistrzowie, Real Madryt, zajmują drugie miejsce z 60 punktami a Atletico trzecie z 56 punktami na 10 kolejkach przed końcem sezonu. „Od teraz każdy mecz jest finałem i dzisiejszy nie był wyjątkiem. Rozwiązaliśmy go szybko i solidnie, a to jest najważniejsze. Trzy punkty i idziemy dalej” – powiedział Torres dziennikarzom. W meczu pierwotnie przełożonym na 8 marca z powodu śmierci lekarza katalońskiego klubu, Carlesa Minarro Garcii, trener FC Barcelony Hansi Flick wystawił znacznie zmieniony skład z powodu nieobecności spowodowanych kontuzjami i powrotu zawodników z meczów międzynarodowych do zdrowia. Mimo że Lewandowski i Raphinha rozpoczęli mecz na ławce rezerwowych, Barça nie traciła ani chwili i zdecydowanie rozgromiła rywali, którzy nie oddali ani jednego celnego strzału. Dziesięć minut po tym, jak Torres otworzył wynik spotkania, Pedri posłał długie podanie przez środek boiska, które Olmo złapał w biegu, unikając pułapki ofsajdowej, ale został zatrzymany przez bramkarza Sergio Herrerę, gdy ten próbował go ominąć. Herrera popisał się znakomitą interwencją, broniąc strzał Olmo z rzutu karnego, ale sędzia nakazał powtórzenie rzutu karnego, ponieważ piłkarz Osasuny wszedł w pole karne przed wykonaniem rzutu karnego. Hiszpański napastnik nie pomylił się przy drugiej próbie, strzelając nisko obok prawego bramkarza. Olmo został zmuszony do opuszczenia boiska z powodu kontuzji mięśniowej a jego miejsce zajął pomocnik akademii Fermín López. Zespół Flicka kontrolował posiadanie piłki i stworzył kilka szans, głównie za sprawą skrzydłowego Lamine Yamala. Torres był o krok od powiększenia przewagi w 38. minucie, gdy strzał z rzutu wolnego z krawędzi pola karnego trafił w poprzeczkę. Barça zmarnowała kilka dobrych sytuacji, ale zanim Lewandowski z bliskiej odległości skierował głową do siatki dośrodkowanie Lópeza, piłka odbiła się od poprzeczki.

@Ogorinho1974
@Safrani
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Kapitan hawk
@Gary
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360

13

Wybitne legendy FC Barcelony:

27 marca 1932 r. urodził się Sigfrido Gracia Royo, najlepszy lewy obrońca w historii FC Barcelony. To był niezniszczalny piłkarz, który rozgrywał w trakcie sezonu nawet 50 spotkań! Gracia niespodziewanie przebił się do pierwszego zespołu z drużyny rezerw i z dnia na dzień stał się kluczowym zawodnikiem. Jego styl budził wielki podziw widowni. Sigfrid zawsze poświęcał się na boisku i słynął z tego iż zawsze dawał z siebie wszystko. Regularne występy i nieustannie wysoka dyspozycja spowodowała że Gracia był królem swojej pozycji i mógł czuć się w zespole niezagrożony. Podczas zmian trenerów każdy kolejny szkoleniowiec zawsze rozpoczynał ustalanie składu właśnie od Sigfrido. Grał na wszystkich frontach stąd zdumiewająca jak na tamte czasy liczba rozegranych spotkań na sezon(50). Całkowicie poświęcił się karierze w Dumie Katalonii. Był kochany i szanowany przez wszystkich zawodników i zarząd zespołu z miasta Gaudiego. Wyznawał zasadę że gdy dasz z siebie wszystko na boisku to nie będziesz miał do siebie nigdy pretensji. Podczas swojej kariery Gracia rozegrał 525 spotkań. Z Dumą Katalonii zdobył 3 mistrzostwa Hiszpanii, 4 Puchary Hiszpanii, 3 Puchary Miast Targowych oraz Puchar Evy Duarte.

Cześć i chwała legendom Dumy Katalonii!

@Adran360
@Bernard777
@Gary
@Kapitan hawk
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@MoralnyKarzel
@Ogorinho1974
@1LY0

1

Mecz z Albanią? Owszem, wygrany. Jednak z taką grą(zwłaszcza defensywna) na tle takiego przeciwnika, to nasza reprezentacja w zasadzie jest skazana na porażke w Sztokholmie. Powiem więcej, z taką grą to reprezentacja nie ma absolutnie prawa pokazywać się na mundialu! Nie mam zamiaru po raz kolejny oglądać rozczarowania i wstydu na mistrzowskiej imprezie. Lepiej niech sobie darują te "fajerwerki" i oszczędzą nerwów polskiemu kibicowi...

15

,,Krewka” Czarnogóra podbita:

26 marca 2017 r. reprezentacja Polski pokonała Czarnogóre 1:2 w eliminacjach mistrzostw świata Rosja 2018. To bardzo gorący teren. Wiedzą o tym wszyscy, którzy kiedykolwiek mierzyli się na wyjeździe z reprezentacją Czarnogóry. W Podgoricy Biało-czerwoni w przeszłości grali raz. Cztery i pół roku wcześniej po bardzo nerwowym spotkaniu zremisowali 2:2 a obie drużyny mecz kończyły w dziesiątkę. Tym razem obyło się bez czerwonych kartek a konfrontacja przyniosła zespołowi Adama Nawałki sukces. Zwycięską bramkę(trzecią i ostatnią w reprezentacyjnej karierze) zdobył Łukasz Piszczek. W całej reprezentacyjnej karierze Łukasz Piszczek rozegrał 65 spotkań. Strzelił w nich 3 gole, co jak na zawodnika, który w przeszłości był napastnikiem, nie jest może specjalnie imponującym wynikiem. Jeśli chcielibyśmy wybrać trafienie, które było najważniejsze, należałoby wskazać to ostatnie – właśnie w meczu w Podgoricy. To ono dało Biało-czerwonym trzy punkty. Bohater gospodarzy Stefan Mugoša sprawił zaś, że Czarnogórcy prawie do samego końca mogli liczyć na korzystny rezultat.

@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@FcPortoFan1999
@Bernard777
@Adran360

15

Szczyt bezczelności!

26 marca 2010 r. Johan Cruijff został ogłoszony honorowym Prezydentem FC Barcelony. Decyzja zarządu Joana Laporty została później cofnięta przez Sandro Rosella, który twierdził że statut klubu nie przewiduje takiej funkcji. Cruijjf zwrócił prezydenckie insygnia i przestał pojawiać się na Camp Nou.

Pomyśleć że ci socios przez tyle lat pozwalali rządzić takim sukinsynom jak Rosell i Bartomeu…

@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani

11

Kolejne zapomniane El Clasico:

26 marca 1983 roku, gdy FC Barceloną zarządzał César Luis Menotti, drużyna ponownie pokonała Real Madryt, tym razem na Camp Nou 2:1 w 30 kolejce Primera Division. Juanito dał prowadzenie „Białym” ale Diego Maradona(45 m.) i Perico Alonso(77 m.), ojciec przyszłego trenera Realu Madryt, Xabiego Alonso, odwrócili losy meczu. Nosząc numer 5, Perico grał w środku drużyny, obok Schustera a przed nim Maradona. Nie chodziło o to, że zagrał cały mecz, ale o to, że zdecydował się grać. W piekielnej atmosferze, gdy mecz był kilkakrotnie przerywany z powodu rzucanych przedmiotów i różnych incydentów, Juanito wyprowadził Real Madryt na prowadzenie już po 20 minutach, popisując się wspaniałym podcięciem nad nadbiegającym Urrutim. Walka o mistrzostwo ligi, na zaledwie cztery kolejki przed końcem, wyglądała coraz gorzej dla Blaugrany. Tuż przed przerwą Maradona strzelił gola głową z bliskiej odległości. Na Camp Nou zawrzało – jeden z kibiców zmarł na zawał serca podczas świętowania – i wszystko rozstrzygnęło się w ostatnich 45 minutach. Napięcie rosło z każdą minutą. Santillana miał dwie okazje, by podwyższyć wynik na 1:2 ale refleks Urrutiego pokrzyżował jego plany. Wynik pozostał remisowy na 13 minut przed końcem. Następnie Maradona wpadł w pole karne Realu Madryt. Otoczony przez rywali, przerzucił piłkę w kierunku pola karnego. Pojawił się tam Periko Alonso. Urodzony w Tolosie zawodnik pełen zaangażowania, determinacji, siły i serca, stworzył moment geniuszu. Przerzucił piłkę nad nadbiegającym Garcíą Remónem i, minąwszy bramkarza, z łatwością strzelił gola. Ekstaza ogarnęła stadion Barçy. To był jedyny gol, jakiego Alonso Sr. strzelił Realowi Madryt w koszulce Blaugrany( trzy strzelił w barwach Realu Sociedad). Był bohaterem wieczoru. Z ośmioma punktami do zdobycia, jego drużyna utrzymała trzecie miejsce, ale teraz traci tylko dwa punkty do Athletic Bilbao i jeden do Realu Madryt. „Odnieśliśmy bardzo ważne zwycięstwo ale myślę, że teraz powinniśmy myśleć tylko o wygraniu kolejnego meczu. Od teraz do końca sezonu FC Barcelona ponosi wielką odpowiedzialność i nie możemy sobie pozwolić na odpuszczenie” – powiedział po zwycięstwie.

Dwa zwycięstwa nad Realem Madryt ale tytuł przypadł Athletic Bilbao, prowadzonemu przez Javiera Clemente. „Wtedy nie zdobyliśmy wielu tytułów. Zmienił się trener a Maradona pauzował przez długi czas z powodu zapalenia wątroby ale te mecze z Madrytem były inne. Zawsze są” – wspominał Esteban Vigo.

@Safrani
@Ogorinho1974
@MoralnyKarzel
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@Kapitan hawk
@Gary
@Bernard777
@Adran360

12

Zapomniane El Clasico:

Dokładnie 110 lat temu FC Barcelona pokonała FC Madrid 2:1 na ,,Ciudad Condal Velodrome” w ramach pierwszego półfinału Copa del Rey. Gole dla Barçy zdobyli: genialny Paulino Alcantara oraz Vicenç Martinez. Honorowego gola dla przeciwników zdobył legendarny Santiago Bernabeu. Rewanż w Madrycie wygrali gospodarze 4:1 a że wówczas nie liczyła się ilość zdobytych goli, więc doszło do powtórki pierwszego meczu, o czym napisze 13 kwietnia.

@Adran360
@Bernard777
@Gary
@Kapitan hawk
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@MoralnyKarzel
@Ogorinho1974

1

@tribo I bardzo dobrze że oglądasz. Takie mecze zasługują aby je pamiętać i pokazują jak trudne i wyczerpujące są mistrzostwa świata...
Jedyne co mnie dziwi to pora oglądania tejże retransmisji...?

7

@FCBparasiempre
Piąty kontrowersyjny mecz(siły Franco wkraczają na Les Corts), Barcelona 5, Real Madryt 5. Trzy gole Realu Madryt padły na spalonym a gol Barcelony został uznany za legalny. Słabe sędziowanie (Fombona), który musiał zostać odprowadzony do szatni przez policję. LVE. Wtorek, 12 stycznia 1943 r. Strona 9. Artykuł napisał Santiago García, postać, która dla kibiców Barcelony mówi wszystko. Jest on przeciwnikiem Barcelony, ponieważ jego ojciec ma bardzo niski numer członkowski RCD Espanyol. Później został redaktorem sportowym w LV i być może kiedyś jego artykuły o Barcelonie zostaną ponownie opublikowane, na przykład ten o odpadnięciu Realu Madryt z Pucharu Europy przez pana Leafe… ale jest ich o wiele więcej… Odnosząc się do postawy sędziego, powiedział: „Pan Fombona miał do czynienia z meczem rozegranym prawidłowo, który nie przysporzył mu wielu komplikacji, a mimo to nie udało mu się rozwiązać jedynego trudnego momentu, jaki się pojawił: nietypowego zatrzymania piłki przez Marzá (białego bramkarza), najwyraźniej kontuzjowanego, leżącego na ziemi, którego gra była kontynuowana bez żadnej decyzji sędziego”. W sekcji poświęconej bramkom lub kontrowersyjnym zagraniom, oprócz poprzedniej, czytamy: „Barcelona zareagowała, wymuszając kolejne rzuty rożne, które nie pociągnęły za sobą żadnych konsekwencji. Po dośrodkowaniu Valle, Martin i Marzá ruszyli w stronę piłki, a napastnik Barcelony najwyraźniej umieścił ją ręką w bramce przeciwnika a Fombona zasygnalizował faul. Wkrótce potem sędzia zaatakował Alonso (białego) w polu karnym i nakazał wykonanie rzutu karnego spoza pola karnego”. Pięć goli strzelonych przez Real Madryt nie wskazuje na żadne problemy natury regulaminowej. Nie wypowiedział się na temat eskorty sędziego przez policję do szatni.

EMD. 11 stycznia 1943 r. Strona 2. Raport z meczu podpisał A. Soler Borrell. Odnosząc się do sędziego oraz bramek nieuznanych i przyznanych, zgadza się on z D. Jaume, uważając, że nieuznana bramka Martina nie powinna zostać uznana, a ostateczna bramka Realu Madryt nie powinna zostać uznana. Mimo to podtytuł raportu brzmi: „ Mecz z dużą liczbą bramek, pełen emocji dzięki zawrotnemu tempu, który zakończył się sprawiedliwym remisem, po tym jak indywidualne wyniki obu połówek (4:2 i 1:3) pokazały przewagę odpowiednio Catalano i Realu Madryt”. Co ciekawe, dziennikarz A. Olle Bertrán zajrzał za kulisy, przeprowadzając wywiady z dyrektorami i zawodnikami obu drużyn. Ipiña tak relacjonuje kibiców: „Kibic zachowywał się bardzo dobrze. Prawdopodobnie widzieliście, jak protestowali przeciwko nieuznanemu golowi Martina strzelonemu ręką. Ale ich wybuch gniewu szybko opadł. To zawsze przyjemne miejsce do gry”. Ze słów Ipiñi nie wynika, że sędzia musiał być eskortowany przez policję do szatni z powodu wielkiego skandalu. Ale z kibicami Barcelony nikt nie może zadzierać, więc powiedzą: „Reżim Franco nie pozwalał na relacjonowanie incydentów meczowych, bo były cenzurowane”.

W „El Mundo Deportivo” z 15 lutego 1943 roku, na stronie 3, doniesiono, że Barcelona pokonała Castellón 7:1 a piłkarze zadedykowali mecz Modesto, apteczce, który wyjaśnił powód: „ W Castellón, pod koniec meczu, który wygrała Barcelona, doszło do drobnego incydentu i zostałem aresztowany na polecenie dyrektora klubu El Sequiol. Na szczęście nic poważnego się nie stało. Ale chłopaki powiedzieli mi dziś po południu przed wyjściem, że strzelą mi wielkiego gola… i dotrzymali słowa”. Można z tego wywnioskować, że bycie kibicem Barcelony wiązało się z możliwością pójścia do więzienia, ponieważ wiele lat później, za czasów reżimu Franco, mityczny i legendarny kibic Barcelony Manuel Vázquez Montalbán stwierdził: „Czwartą organizacją do oczyszczenia, po komunistach, anarchistach i separatystach, jest klub piłkarski Barcelona”. Ten pisarz „zrobił fortunę” pisząc przeciwko Realowi Madryt, czyli pisząc przeciwko frankizmowi, w tamtym czasie, i z tego powodu nigdy nie poszedł do więzienia, mimo że był kibicem Barcelony, chociaż został uwięziony za punkt pierwszy, ale to już inna historia.

Barcelona Daily. 12 stycznia 1943 r. Strona 13. Raport z meczu podpisany jest przez BAL-LON. Opisuje on występ Fombony w następujący sposób: „Sędzia z Asturii, pan Fombona, sędziował mecz, ale niezbyt satysfakcjonująco, ponieważ nie śledził uważnie gry i nie ukarał niezliczonych fauli. Mecz nie stał się dla niego zbyt skomplikowany dzięki temu, że przeciwnicy byli dwiema „historycznymi” drużynami, które nie chciały brać spraw w swoje ręce, co ostatecznie obróciło się przeciwko nim”. Nie ma w nim wzmianki o nieuznanych bramkach ani o bramkach zdobytych na pozycjach spalonych. Nie ma też mowy o publiczności. Według D. Jaume, piątego gola strzelił biały napastnik Alday, co pokrywa się z danymi Diario de Barcelona, ale nie z danymi LVE i EMD, które przypisują gola Mardonesowi.

Szósty kontrowersyjny mecz. Athletic Bilbao 5 Barcelona 2. Przy wyniku 1:1, gol Martina został anulowany, a pierwszy został uznany. Przeanalizuj zachowanie sędziego. LVE. Wtorek, 23 marca 1943 r. Strona 10. To kronika Cifry, z pewnością antybarcelońska, ponieważ opisuje sprawę „nieuznanej bramki” w następujący sposób: „Zderzyły się dwie wspaniałe drużyny, a Atlético Bilbao udowodniło swoją wyższość. Gdyby nie słaby występ Iriondo, liczba bramek byłaby imponująca. Dwie bramki, które sędzia nie uznał dla Atlético, zostały niesłusznie anulowane, podobnie jak ta nieuznana dla Barcelony (proszę pana, panie Jaume, opowiada pan tylko 33% historii)”. W raporcie nie wspomniano, kiedy Barcelona zdobyła nieuznaną bramkę. Wskazano, że pierwsza nieuznana bramka dla Bilbao padła przy wyniku 1:1, a druga przy wyniku 5:2. Ostatnie zdanie raportu brzmi: „Pomijając trzy wymienione błędy, sędzia spisał się dobrze”.

EMD. Poniedziałek, 22 marca. Strona 3. Kronika jest podpisana przez specjalnego korespondenta Carlosa Pardo (pamiętacie tego, którego żona pomogła Realowi Madryt awansować do Pucharu Europy? Zobaczcie numer 48 CIHEFE). Część kroniki nosi tytuł: „Zasłużony triumf drużyny z Bilbao”. Inna część ma równie znaczący tytuł: „Krótka historia siedmiu bramek i trzech, których nie strzelono”, z którego można wywnioskować, że zgadza się on z Cifrą, że padły trzy nieuznane bramki. W tym przypadku, przy wyniku 1-1, sędzia nie uznał bramki dla Bilbao z powodu spalonego, nie wnikając, czy był on, czy nie, a następnie skomentował niekorzystną dla Barcelony a mianowicie zagranie ręką obrońcy Bilbao w polu karnym. Przy wyniku 3:1, dochodzi do akcji, w której Martin uderza głową piłkę, obrońca wybija ją, a piłkarze Barcelony protestują, sądząc, że piłka przekroczyła linię bramkową. Sędzia przyznaje rzut rożny, który zostaje wykonany bez konsekwencji. Następnie, przy wyniku 5:2, w raporcie wspomina się o nieuznanym golu dla Bilbao. W raporcie nie sprecyzowano również, który gol Barcelony został nieuznany, ale nie wspomniano o nim, gdy wynik wynosił 1:1. Odnośnie sędziego, skomentował to następująco: „Jeśli do tego wszystkiego dodamy słabe sędziowanie Tamarita Falaguery (zamiast Falguery, jak twierdzi pan Jaume), który uparcie nie szukał korzyści dla żadnej ze stron, dojdziemy do wniosku, że na wyjazd do Bilbao tak naprawdę wystarczyło sakwy, żeby strzelić gole”.



Barcelona Daily. Wtorek, 23 marca 1943 r. Strona 15. Kronika jest podpisana przez C. W odniesieniu do nieuznanych bramek, sędzia wspomina jedynie w następujący sposób: „ Sędzia z Walencji, Tamarit Falaguera, sędziował mecz w sposób akceptowalny, pomimo niesłusznego nieuznania dwóch bramek dla gospodarzy i jednej dla Barcelony”.

WNIOSEK ALTERNATYWNY.

Analizując wypowiedzi „kultowego” historyka Barcelony, D. Jaume Sobrequésa i Callicó, na temat „rozbojów” Barcelony na katalońskiej tożsamości w najbardziej krwawym okresie ligi frankistowskiej w sezonie 1942–1943, a także kroniki z tamtego okresu z trzech barcelońskich gazet, można dojść do wniosku, że podobieństwo jest „jak ogień i woda”. Ale winę za ten „kradzież” ponosi Real Madryt. Niektóre dodatkowe, uzupełniające historie z tego sezonu pozostawiono na przyszłość, gdzie naświetlone zostaną prześladowania, którym reżim Franco poddał FC Barcelonę, aby nie przedłużać sprawy.

7

@FCBparasiempre
EMD. Poniedziałek, 7 grudnia 1942 r. Strona 3. Relacje z meczów piszą dwaj dziennikarze. A. Soler Borrell relacjonuje grę na boisku, a A. Olle Bertran relacjonuje szatnię. Podobnie jak wcześniej w LVE, kronikarz nie wspomina ani o żadnej nieuznanej bramce dla Barcelony, ani o tym, że przy trzecim golu dla Bilbao był spalony. Uważa jednak, że rzut karny podyktowany na początku meczu z Barceloną miał decydujący wpływ na przebieg meczu i rozpoczyna swoją kronikę od podtytułu: „Rzut karny, który był zbyt decydujący”. Wygląda na to, że pan Jaume ma rację mówiąc, że doszło do skandalu wśród opinii publicznej. Kronika opisuje ten fragment następująco: „Poczucie, że Barcelona przegra mecz, który wydawał się jej przeznaczony do wygrania, wywołało poważne niezadowolenie wśród publiczności. Sędzia zapłacił za to ogromną złością. Później drużyna zapłaciła cenę, przegrywając”. Publiczność na Les Corts, którą osoby z zewnątrz uparcie uważają za jedną z najlepszych w Hiszpanii, była wczoraj niesprawiedliwa i straciła opanowanie. Przynajmniej większość, sądząc po tym, co powiedziano. A najbardziej żałosną rzeczą, lub największym rozczarowaniem dla tych, którzy byli zdenerwowani, był wynik ich nadmiernej pasji, gdyż skazili swoich faworytów (na szczęście nie sędziego), przez co stracili spokój, którego tak rozpaczliwie potrzebowali, aby wykorzystać wczoraj swoje dobrze znane, ale w dużej mierze uśpione cechy. Rzut karny, choćby wydawał się niesprawiedliwy, nie powinien umniejszać sprawiedliwości w oczach dorosłej widowni, ani też nie powinien mieć negatywnego wpływu na grę pokrzywdzonych, którzy posiadają jakość i klasę jak Barcelona. Jeśli chodzi o sędziego, dziennikarz raz nazwał go Sanchezem Ocañą, a innym razem Sanchisem Orduñą. Odnosząc się do incydentu z rzutem karnym, wydaje się mówić dwie sprzeczne rzeczy. Z jednej strony: „Sanchis Orduña był surowy w karaniu faulu popełnionego na Zarrze, gdy katalońska obrona próbowała powstrzymać jego natarcie. Dwóch zawodników było zdeterminowanych, by to zrobić, i doszło do zderzenia, w którym wszyscy trzej upadli na ziemię”, a następnie dodaje: „Faul niewątpliwie miał miejsce i tylko sędzia mógł ocenić, czy zasłużył na tak ostrą karę. I właśnie o to zdawała się spierać z nim publiczność, ponieważ oczywistość faulu była niepodważalna”. Następnie ocenia występ sędziego: „Pod każdym innym względem sędzia z Walencji wykonał dobrą robotę, pomimo tego, jak źle się dla niego potoczyły sprawy. Na szczęście nie stracił opanowania i dobrze poradził sobie z ostrą i intensywną walką, która toczyła się z zachowaniem zasad fair play i bez niebezpiecznej przemocy”.

W tym miejscu pojawia się dygresja, by skomentować fragment kroniki, o którym pan Jaume nie wspomina: „Potem… Potem nie było już nieszczęścia, tylko szczęście, ponieważ Atlético Bilbao nie posunęło się ze swoją chciwością do ostateczności, jakby litując się nad pechem drużyny przeciwnej, a Zarra jak dziecko spudłował pewnego gola; Benito opatrznościowo obronił kolejnego, którego Miró nie dopuścił do bramki, a sędzia najwyraźniej chciał przypodobać się krytykantom, wybaczając odbicie tego samego Benito obiema rękami od piłki, która wślizgiwała się na jego terytorium”. Podano fragment tekstu, który dziennikarz napisał w szatni o kibicach: „Wczoraj na Les Corts stracili panowanie nad sobą i ściszyli głos. Cały trybun wokół nas zamienił się w ryczące, pełne pasji morze. Zagorzali kibice zapomnieli o dopingowaniu swoich zawodników, skupiając się na sędzim, a przez całą pierwszą połowę drużyna była zarażona ogólną nerwowością, do tego stopnia, że nie była w stanie skompletować ani jednego dobrze wykonanego ataku ani zrobić niczego dobrze”. W innym miejscu wyjaśnia: „ Wczoraj w loży prezydenckiej wielu dygnitarzy oglądało mecz. Przewodniczył mu Jego Ekscelencja Generał Moreno Calderón, Gubernator Wojskowy Plaza, a wśród gości były dwie wysoko postawione osobistości ze świata sportu: pan Javier Barroso, prezes Hiszpańskiej Federacji Piłkarskiej; pan Touron, sekretarz Komitetu Narodowego Hiszpańskiego Związku Kolarskiego; oraz pan Javier de Mendoza z Katalońskiej Federacji (były dyrektor FC Barcelona)”. Pyta pana Barroso o mecz a ten odpowiada: „Mecz, który nie wyróżniał się niczym szczególnym. Nie był to wspaniały mecz, ale Atlético zasłużenie wygrało dzięki skuteczniejszemu i bardziej praktycznemu stylowi gry przeciwko drużynie ze słabą obroną i linią ataku, która wydawała się dziś po południu nieco zdezorientowana”. To jasne jak słońce, kolejny dowód na antybarcelońskie nastroje w federacji i prześladowania, jakie muszą znosić ze strony Madrytu. Wszyscy w Barcelonie znają złotą zasadę: przywódcy wojskowi i polityczni wchodzą do loży VIP na stadionie Barcelony, bo są do tego zmuszeni, a do loży VIP na stadionie Realu Madryt wchodzą na zaproszenie.

Barcelona Daily. Wtorek, 8 grudnia 1942 r. Kronika jest podpisana przez BAL-LON. Podobnie jak poprzednie, skupia się na grze rzutów karnych, a także, podobnie jak poprzednie, na ich znaczeniu, co nie przeszkadza mu stwierdzić: „Zwycięstwo Atlético było ewidentnie zasłużone, choć być może „minimalna” zmiana byłaby bardziej zgodna z ogólnym przebiegiem meczu”. Odnośnie pracy sędziego, wygłosił on obszerny komentarz, który przytaczamy w całości: „A gdy drużyny zostaną przeanalizowane łącznie i indywidualnie a zasadność zwycięstwa Bilbao zostanie uprzednio uznana, przedstawimy naszą szczerą opinię na temat kary nałożonej przez walenckiego sędziego, pana Sanchiza (tu Sanchiz zamiast Sanchis) Orduñę, która – również naszym zdaniem – zmieniła obraz meczu. Około piętnastu minut po rozpoczęciu meczu, podczas jednego z szybkich kontrataków napastników Bilbao, Zarra, zmierzający prosto w kierunku bramki Miró, został zaatakowany przez kilku piłkarzy Barcelony, nie wszystkich naraz, ale jeden po drugim, próbując przeszkodzić mu w oddaniu strzału. Nie został on sfaulowany, a wręcz podcięty i zmuszony, z powodu braku możliwości ucieczki, do podania do Iriondo. W tym momencie sędzia zasygnalizował faul, a ponieważ doszło do niego w polu karnym, podyktował rzut karny, który Arqueta zamienił na pierwszą bramkę tego popołudnia. Faul rzeczywiście miał miejsce – naszym zdaniem – i przy ścisłej interpretacji – być może przesadnej, ponieważ gra była uczciwa, a nie było w niej brutalności ani złych intencji – powinien zostać ukarany. Jednakże szczerze żałujemy, że ta sama ścisła interpretacja nie została zastosowana w całym meczu. W polu karnym przed obiema bramkami doszło do wielu drobnych, ale jednak fauli, z których niektóre były poważniejsze i groźniejsze niż ten ukarany. Boli nas, że mecz, który zapowiadał się ciekawie i emocjonująco, został zniweczony przez ten szczegół ze strony sędziego, pogłębiony innymi, mniej istotnymi błędami. Po tym wszystkim bez wahania nazywamy jego występ niewystarczającym. Warto zauważyć, że Barcelona grała ostatnie dziesięć minut bez Martina, który został zabrany do szatni, co było dla nich kolejnym utrudnieniem. Nie było więc nieuznanego gola dla Barcelony i żadnego gola na spalonym dla Bilbao, ale zgadzam się z D. Jaumem, że sędzia się pomylił, chociaż Bilbao zasłużyło na zwycięstwo. W sprawie skargi na prześladowanie sędziów i tego, co zostało powiedziane w El Mundo Deportivo 9 grudnia 1942 r. („uporczywe prześladowanie niektórych sędziów przeciwko Barcelonie z powodów pozbawionych wszelkiej logiki sportowej”). Ponieważ pan Jaume wspomina o notatce protestacyjnej, w dniach po meczu w El Mundo Deportivo szukano na jej poparcie dowodów, ale między środą 9 grudnia a niedzielą 13 grudnia nie znaleziono żadnego komentarza na ten temat. Uczciwie rzecz biorąc, autor uważa, że chociaż nie ma publicznie dostępnych informacji na temat tej notatki, mogła ona jednak istnieć; w związku z tym należy przyznać panu Jaume kredyt zaufania. Nie jest to już tak jasne w przypadku zdania, które D. Jaume przypisuje dziennikowi „El Mundo Deportivo” z 9 grudnia 1942 r.

Dzisiejszy numer liczy 4 strony. Wiadomości piłkarskie znajdują się na stronach 2 i 3. Na stronie 2 wymieniono relacje z meczów drugiej ligi, sankcje nałożone przez Katalońską Federację Piłkarską oraz subskrypcję na rzecz zawodnika z C.D.F. Gavá, który zmarł przedwcześnie. Na stronie 3 znajduje się informacja o zbliżającym się meczu Barcelony w Sewilli, a mówiąc o Atlético, czytamy: „To przekracza wszelkie granice. A ponieważ nie chcemy zapuszczać się w sferę nadprzyrodzoną, z szacunkiem uchylamy kapelusza i z pokorą przyznajemy: Athletic Bilbao... jesteście najwięksi”. FS podpisuje kronikę. Wspomniano także o kronice Barcelony, która rozegrała mecz towarzyski na Les Corts przeciwko Real Sociedad, który wygrała 0-1 a także kolejny w Madrycie, jako hołd dla Quincoces, gdzie Cesar gra z Atlético de Aviación przeciwko Madrytowi, gdzie zremisowano 2-2. Ale czy brakuje pierwszej strony? Otóż zawiera ona transcendentalną mowę „Caudillo” wygłoszoną podczas „Trzeciej Rady Narodowej” oraz zdjęcie z kroniką „Armii, profilu Hiszpanii w teraźniejszości i w historii”. Między innymi pojawiło się także zaproszenie od El Mundo Deportivo z prośbą o premię świąteczną dla Błękitnej Dywizji świata sportu. Barcelona nie potrzebuje tego ogłoszenia, ponieważ z pewnością już przekazała pieniądze na ten cel. Zobacz „Diario de Barcelona” z 25 listopada 1941 r., strona 9, gdzie można przeczytać o kwotach zebranych w Barcelonie na ten świąteczny bonus: „W ramach ogólnokrajowej zbiórki na świąteczny bonus Błękitnej Dywizji, prowadzonej przez Sekcję Kobiet FET i JONS, wczoraj w Delegaturze Prowincjalnej Sekcji Kobiet w tej stolicy zebrano w gotówce następujące kwoty: Poniżej znajduje się lista, gdzie w pozycji piętnastej widnieje informacja o Club de Futbol Barcelona 1000 punktów”. Wniosek: Autor niniejszego artykułu nie był w stanie odnaleźć frazy, którą wypowiedział pan Jaume, a która pojawiła się 9 grudnia 1942 r. w El Mundo Deportivo. Sprawdzano także kolejne dni aż do niedzieli 13-go i również nie znaleziono tam tej frazy. Nawiasem mówiąc, na stronie 11. widnieje informacja o premii świątecznej dla Błękitnej Dywizji Katalońskiego Związku Piłki Nożnej: 500 pkt.

11

@FCBparasiempre
Tym historykiem jest Jaume Sobrequés i Callicó, autor: „Història del FC Barcelona: El Barça, un club, una ciutat, un país”. Pan Jaume opowiada „swoją historię” wspomnianej Ligi w tomie 2, rozdziale 2, zatytułowanym „Trudna tama okresu powojennego i pierwsze sukcesy międzynarodowe. 1940–1957”. Sezon La Liga 1942-1943 był prawdziwie burzliwy: Duma Katalonii była atakowana przez sędziów o uprzedzeniach, które można by określić mianem obsesyjnych a które w rzeczywistości odzwierciedlały głęboko zakorzenioną niechęć władz politycznych reżimu do FC Barcelony. Jeśli wierzyć kronikom z tamtych czasów, Barça przegrała w tym sezonie sporo meczów z powodu decyzji sędziowskich silnie podyktowanych nastrojami antybarcelońskimi, przesiąkniętymi antykatalońskimi fobiami. Pierwszy epizod miał miejsce podczas meczu otwarcia rozgrywek na „Chamartín”, przeciwko Realowi Madryt(27 września 1942 roku). Real Madryt prawdopodobnie i tak wygrałby mecz(i rzeczywiście wygrał, kończąc mecz wynikiem 3:0) ale sędzia Fombona przeoczył dwa ewidentne rzuty karne popełnione przeciwko Césarowi. To było jak prolog do wielkiego spektaklu, który miał się dopiero rozegrać. 25 października 1942 roku na „Les Corts” rozegrał się skandaliczny mecz sędziowski Iturralde. Czterdzieści tysięcy widzów z podziwem obserwowało „koncert gwizdków” sędziego, który unieruchomił piłkarzy gospodarzy bez żadnych fauli z lewej i prawej strony. Valencia, obrońcy tytułu mistrzowskiego, choć w fazie schyłkowej, zdołali pokonać Barcelonę 2:1, postępując niesportowo. 29 listopada w Oviedo, gdzie FC Barcelona przegrała 3:2, pojawił się kolejny dręczyciel katalońskiego klubu: sędzia Ocaña. Piłkarze Barcelony ponownie zostali unieruchomieni przez sędziego a gole Martína i Césara Rodrigeuza zostały anulowane bez powodu. Trzeci akt tego prześladowania miał miejsce na „Les Corts”, gdzie 6 grudnia 1942 roku FC Barcelona przegrała z potężnym Athletic Bilbao 1:3. Na cztery minuty przed końcem meczu sędzia Sanchis Orduña nie uznał wspaniałego gola Escolá, a trzy minuty później przyznał trzeciego gola piłkarzowi Bilbao Iriondo, który był ewidentnie na spalonym. Skandal był ogromny. To ciągłe nękanie zmusiło zarząd do zajęcia stanowiska wobec kibiców, którzy z biegiem sezonu stawali się coraz bardziej oburzeni. Po meczu z Bilbao zarząd wysłał „pełen szacunku, ale stanowczy” list protestacyjny do Narodowego Stowarzyszenia Sędziów, wyrażając zaniepokojenie „systematyczną stronniczością wobec Barcelony w sędziowaniu”. W liście zaproponowano powołanie „delegata federacji” na mecze, specjalizującego się w nadzorowaniu decyzji sędziowskich. Odrzucenie skarg zarządu dotyczących pracy sędziów stworzyło niezwykle napiętą atmosferę. „Mundo Deportivo” wyraziło zaniepokojenie „uporczywym prześladowaniem FC Barcelony przez niektórych sędziów, z przyczyn niemających żadnej sportowej logiki”(9 grudnia 1942 r.).

Druga połowa sezonu La Liga rozpoczęła się na Les Corts 10 stycznia 1943 roku, kiedy Real Madryt grał w deszczowe popołudnie. Obecność sędziego Fombony była złym omenem i gdyby nie wspaniała gra Barcelony, zwycięstwo przypadłoby „Białym” w meczu, który zakończył się remisem 5:5. Fombona przyznał Realowi Madryt trzy bramki, które były ewidentnie na spalonym, i nie uznał gola Barcelony. Na minutę przed końcem, gdy Barça prowadziła 5:4, Alsua z Realu Madryt zaatakował bramkarza Argilę, z czego skorzystał Alday, który wśród ogromnego zamieszania strzelił wyrównującego gola. Policja musiała eskortować sędziego do szatni. Pomimo tego niepowodzenia Blaugrana kontynuowała passę zwycięstw i zbliżyła się do lidera tabeli. Następnie, 29 marca, nadszedł kluczowy mecz na San Mamés z Athletic Bilbao. Tam rozstrzygał się tytuł, a sędzią był Tamarit Falguera. Przy wyniku 1:1, Martin strzelił pięknego gola, którego Tamarit początkowo uznał, ale później, zgodnie z instrukcjami sędziego liniowego, nie uznał. Od tego momentu morale drużyny Barcelony gwałtownie spadło a Athletic Bilbao wygrał 5:2. Mimo to Barça zakończyła ligę na trzecim miejscu z 32 punktami, za Athletic Bilbao (36 punktów) i Sevillą (33 punkty). Mariano Martin, z 32 golami, został ogłoszony królem strzelców a katalońska prasa jednogłośnie ogłosiła Barçę „moralnym zwycięzcą” rozgrywek. Aby przybliżyć czytelnikowi kontekst, pan Jaume urodził się w 1943 roku, miał więc mniej niż rok, gdy miały miejsce wszystkie poprzednie „napady”, które tak szczegółowo opisuje.

KOLEJNA ALTERNATYWNA HISTORIA PRZEZ KRONIKI CZASÓW. Zastosowana metodologia.

Aby zweryfikować liczne dane przedstawione powyżej czytelnikowi, wybrano trzy katalońskie publikacje jako przykłady kronik z tamtych czasów, mianowicie „La Vanguardia”(wówczas Española), „El Mundo Deportivo” i „Diario de Barcelona” a następnie przeprowadzono przegląd tego, co każda z nich wskazuje na temat wyżej wymienionych meczów, aby zweryfikować wszystkie punkty wskazane przez pana Jaume. Czytelnik powinien wiedzieć, że jeśli w tych kronikach nie ma komentarzy pana Jaume'a, to dlatego, że reżim Franco nakazał trzem gazetom, co publikować przeciwko Blaugranie, czyli przeciwko Katalonii. Na początek powiem, że pan Jaume ma pewne wątpliwości co do dat niektórych spotkań, o których wspomina, ale to może się zdarzyć każdemu a zatem jest to usprawiedliwione. W ten sposób wskazuje się na 25 października 1942 r., mecz 1:2 pomiędzy FC Barceloną i Valencią w Las Corts, a w rzeczywistości był to 4 października 1942 r. Wskazuje to na 29 marca 1943 r., mecz na San Mamés, który zakończył się wynikiem 5-2, pomiędzy Atlético i Barceloną, ale w rzeczywistości był to 21 marca 1943 r. Pierwszy mecz naznaczony kontrowersjami. Real Madryt 3 Barcelona 0. Dwa rzuty karne dla Cesara.

„LVE”. Wtorek, 29 września 1942 r. Strona 7. Istnieje bardzo krótki, niepodpisany raport meczowy, w którym stwierdza się, że Madryt zasłużył na zwycięstwo i ubolewa nad nieobecnością Martina w ataku. Nie wspomina się w nim o dwóch rzutach karnych przyznanych Cesarowi.

„EMD”. Poniedziałek, 28 września 1942 r. Strona 2. Raport Alfila. Nie wspomina również o incydencie z rzutem karnym, a co więcej, przedstawia sędziego jako wspaniałego. „Sztuczka” polega na tym, że jest to raport Alfila, który, będąc agencją „profrankistowską”, broni Realu Madryt i jest wrogo nastawiony do Barcelony.

„Barcelona Daily”. Wtorek, 29 września 1942 r. Strona 13. To niepodpisany artykuł, który nie wspomina o dwóch rzutach karnych przyznanych Cesarowi, który jest następcą Martina i którego nieobecność również została odnotowana. Odnośnie Cesara, piszą: „Jego następca, Cesar, był dość dyskretny, marnując dogodne okazje do zdobycia gola” a o sędzim, podobnie jak w poprzednim przypadku, można przeczytać, że nie miał żadnych trudności. W związku z tym nie opublikowano żadnych informacji na temat dwóch rzutów karnych przyznanych Cesarowi.

Drugi kontrowersyjny mecz. Zobacz, jak prasa ocenia sędziego i czy wynik był zasłużony: Barcelona 1, Valencia 2. LVE. Wtorek, 6 października 1942 r. Strona 8. Artykuł, napisany przez Fco ORS, jest niewątpliwie antybarceloński i nosi tytuł „Straciliśmy linię ataku”, w którym autor ubolewa nad nieobecnością Martina i krytykuje niektórych piłkarzy Barcelony. Na przykład o Cesarze pisze: „Mały olbrzym z „Los Cármenes”(w zeszłym sezonie był wypożyczony do Granady na część służby wojskowej) skurczył się na Les Corts”. Nie ocenia on strasznego unieruchomienia „koncertu gwizdka”, ale ostatnie zdanie jego kroniki brzmi: „Ale, pomijając bramki, niekwestionowany zwycięzca w Walencji”.

EMD. Poniedziałek, 5 października 1942 r. Kronika jest podpisana przez A. Solera Borrella. Po wyświetleniu wyniku dużym drukiem, nagłówek poniżej brzmi: „Valencia wygrała minimalnie, choć mogła wygrać z większą przewagą. Barcelona, której brakowało spójności w ataku, była zniechęcona kontuzją Escoli”. Zespół sędziowski opisał to następująco: „Sędzia Iturralde dobrze sędziował”. A. Soler będzie kolejnym krytykiem Barcelony.

„Barcelona Daily”. Wtorek, 6 października 1942 r. Strona 18. Raport jest podpisany BAL-LON. Wspomina się w nim również o kontuzji Escolá jako o możliwym wpływie na wynik, o czym, nawiasem mówiąc, pan Jaume nie wspomina, a jednak wydaje się, że to właśnie ona była decydującym czynnikiem. Odnosząc się do występu sędziego, powiedział: „Sędzia Iturralde sędziował mecz w sposób akceptowalny”. BAL-LON jest również przeciwny Barcelonie.

Trzeci kontrowersyjny mecz. Oviedo 3 Barcelona 2. Dwie bramki nieuznane, jedną Martina i drugą Cesara. LVE. Wtorek, 1 grudnia 1942 r. Strona 8. Raport podpisała „Cifra”, kolejna francuskojęzyczna agencja prasowa, i, jak można się było spodziewać, nie krytykuje on sędziego ani nie wspomina o nieuznanych golach. To kolejny przykład tego, z czym zmaga się FC Barcelona.

EMD. Poniedziałek, 30 listopada 1942 r. Strona 2. Raport podpisał specjalny korespondent Joaquín Soler Serrano. Podtytuł brzmi: „Barcelona przegrywa, z powodu pecha, mecz, który wygrała swoją grą”. Reporter mówi o lepszej grze Barcelony i stwierdza, że najlepszym piłkarzem Oviedo jest ich bramkarz. Nie wspomina absolutnie o dwóch nieuznanych golach. Odnosząc się do pracy sędziego, stwierdza: „Sędzia, choć miał kilka drobnych błędów, był akceptowalny”. Przeprowadza wywiady z zawodnikami i menedżerami obu drużyn: kapitan Oviedo, Herrerita, mówi: „Barcelona oczywiście grała lepiej od nas”. W szatni przeciwnika Raich mówi: „Przegraliśmy niesprawiedliwie. Wynik w ogóle nie odzwierciedla przebiegu meczu” a delegat drużyny, pan Calvet, dodaje: „ Moja opinia o meczu? Cóż… że wygrała Opatrzność a drużyna, która zagrała najlepiej, przegrała”. Obie strony twierdzą, że to był pech a nie wina sędziego, ale jestem pewien, że piłkarze Madrytu mogliby bez problemu powiedzieć cokolwiek o sędzim...

„Barcelona Daily”. Wtorek, 1 grudnia 1942 r. Strona 13. Kronika jest podpisana C. (Cifra?). Nie ma w niej żadnej wzmianki o nieuznanych golach, a o sędzim czytamy: „Sędziował mecz dość słabo, wykazując się wyraźnym brakiem autorytetu, sędzia Ocaña”. Czwarty mecz budzący kontrowersje ( Jaume nazywa go trzecim). Barcelona 1 Athletic Bilbao 3. Gol dla Barcelony nie został uznany, mimo że był ważny a trzecia bramka Bilbao została uznana za spaloną.

Występ sędziego. LVE. Wtorek, 8 grudnia 1942 r. Strona 12. Raport jest niepodpisany. Nie wspomina o nieuznanym golu Barcelony. Odnośnie trzeciego gola Bilbao, opisuje go następująco: (Wynik brzmiał 0:2, a Barcelona podwyższyła na 1:2 w 21. minucie drugiej połowy): „Nadzieje Barcelony na ewentualny remis okazały się krótkotrwałe, ponieważ pięć minut później Zarra podał do Gainzy, który następnie posłał długie dośrodkowanie do Iriondo, który w biegu strzelił trzeciego gola dla swojej drużyny i ostatniego tego popołudnia (1:3)”. Protokoły, w których według pana Jaume'a padł drugi gol dla Barcelony i trzeci gol dla Bilbao, nie pokrywają się, gdyż, jak wynika z powyższego, miały one miejsce w 21. i 27. minucie drugiej połowy, a nie niemal pod koniec meczu. Ocena sędziego jest następująca: „Sędzia Sanchis Orduña miał pecha, że zdenerwował kibiców, prawidłowo karząc za ewidentny i niezaprzeczalny faul na Zarrze – który został sfaulowany przez dwóch rywali i sfaulowany – w polu karnym, co doprowadziło do pierwszej bramki dla Bilbao. Poza tym jego sędziowanie nie było ani błyskotliwe, ani nie popełnił on żadnych rażących błędów, pomimo przymusowo hałaśliwej postawy większości kibiców, którzy, niewątpliwie porzucając reputację uczciwego i sportowego ducha, jaką się cieszył, machali chusteczkami, parodiując, nie wiemy, czy żądania o ucieczkę na arenę, czy też, w nieco zniekształcony sposób, rzymskie tłumy na walkach gladiatorów”. Ktokolwiek podpisał się pod powyższym dokumentem, nie pokazuje swojej twarzy, jest przeciwnikiem Barcelony i złym Katalończykiem.

10

Według jednego z historyków-kultystów klubu, tytuł mistrza ligi z sezonu 1942-43 został „skradziony” Dumie Katalonii:

@Adran360
@Bernard777
@Kapitan hawk
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@MoralnyKarzel
@Ogorinho1974
@Safrani

11

Dramatyczne przeżycia ze szczęśliwym zakończeniem:

25 marca 1981 r. po 24 dniach niewoli, legendarny napastnik FC Barcelony Enrique Castro Gonzalez, zwany „Quini”, został uwolniony przez policje z warsztatu w Saragossie. Jednego z napastników schwytano w Ginebrze w Szwajcarii podczas próby podjęcia pieniędzy z banku. Zatrzymany zdradził miejsce pobytu dwóch pozostałych przestępców. Mimo długiej przerwy w grze Quini szybko dołączył do zespołu i zdążył jeszcze zostać królem strzelców La Liga z 20 golami a także zdobyć 2 decydujące gole w Madrycie w finale Pucharu Hiszpanii przeciwko swojej byłej drużynie-Sportingowi Gijon. Bez wątpienia Quini był jednym z największych bohaterów w historii Dumy Katalonii.

@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@Kapitan hawk
@Gary
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360

13

Grande Espectacolo El Clasico!

25 marca 1945 r. FC Barcelona popisała się ,,La Manitą” gromiąc na ,,Estadio Les Corts” w 21 kolejce Primera Division Real Madrid 5:0(!) po 2 golach genialnego Cesara Rodrigueza oraz po jednym Bravo, Escoli i Mariano Gonzaleza. Tym samym Blaugrana umocniła się w tabeli na pozycji lidera z 3 punktową przewagą właśnie nad Królewskimi i nie oddała już prowadzenia do końca rozgrywek, triumfując po raz drugi w historii mistrzostw Hiszpanii.

@Adran360
@Bernard777
@Gary
@Kapitan hawk
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@MoralnyKarzel
@Ogorinho1974
@Safrani

12

Zapomniane legendy futbolu:

24 marca 1949 r. urodził się Ruud Krol, holenderski obrońca, 2-krotny wicemistrz świata oraz 2-krotny zdobywca Pucharu Mistrzów. Rudolf Josef Krol(bo tak brzmiało jego pełne imię) to legendarny obrońca Ajaxu i reprezentacji Holandii oraz jeden z najlepszych defensorów świata w historii futbolu. W Ajaksie grał przez 11 lat od 1969 do 1980 r. Stanowił też o sile reprezentacji Holandii, której był czołowym graczem podczas obydwu Mundiali w 1974 i 1978 roku. Podczas pierwszego z nich w trakcie meczu z Argentyną zasłynął odzyskaniem piłki i błyskawicznym dalekim podaniem, po którym Cruyff zdobył gola. Krola wybrano wraz z Niemcem Braitnerem i Brazylijczykiem Marinho najlepszym lewym obrońcą Mundialu w RFN! To była ulubiona pozycja Ruuda ale grywał także na prawej obronie a z czasem coraz częściej na pozycji środkowego. W 1974 roku strzelił gola samobójczego, za którego… dostał premię! Regulamin drużyny mówił bowiem że należy się ona za każdego gola na Mundialu zdobytego przez Holendra. Trudno sobie wyobrazić defensywę Ajaksu bez tego piłkarza a jednak debiutował w klubie dopiero w 1969 r., kiedy do Feyenoordu Roterdam odszedł etatowy lewy obrońca Ajaksu Theo van Duijvenbode. Ruud Krol był graczem potrafiącym przewidywać sytuacje na boisku. Miał jednak pecha bowiem z walki o pierwszy Puchar Europy w 1971 roku wyeliminowała go poważna kontuzja nogi. Krol osiągnął wspaniałą formę dopiero po odejściu Cruyffa i Neeskensa, w drugiej połowie lat 70-tych. Po odejściu z Ajaxu w 1980 r. wyjechał aż do Kanady do Vancouver Whitecaps. Potem do połowy lat 80-tych grał skutecznie we włoskim SSC Napoli i francuskim AS Cannes. Jako trener prowadził samodzielnie reprezentację Egiptu. W 2005 r. pracował również tymczasowo jako asystent trenera Ronalda Koemana w Ajaxie.

@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@Kapitan hawk
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani

13

Wyjątkowe legendy argentyńskiego futbolu:

24 marca 1948 r. urodził się znakomity napastnik Delio Onnis. Jest on bodaj najlepszym Argentyńczykiem, który nigdy nie założył koszulki reprezentacji kraju. Urodzony we Włoszech zawodnik radził sobie całkiem nieźle w argentyńskich Club Almagro i Gimnasia y Esgrima La Plata ale potem, w wieku zaledwie 23 lat wyjechał do francuskiego Reims (65 meczów i 39 goli). We Francji szybko stał się ważną postacią, lecz dopiero po transferze do Monaco pokazał pełnię swoich możliwości (231 gier i 157 goli) a potem trafiał jeszcze w barwach Tours i Toulonu. Jego dorobek we francuskiej Ligue 1 zamknął się na 299 trafieniach, co do dziś jest niepobitym rekordem.

@Sysia11
@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@Kapitan hawk
@Gary
@Bernard777
@Adran360

14

Przełomowe mecze polskiego futbolu:

24 marca 2001 r. reprezentacja Polski pokonała na wyjeździe Norwegie 3:2 w eliminacjach mistrzostw świata Korea Japonia 2002. Jeśli ktoś chce zrozumieć, na czym polegała trenerska koncepcja Jerzego Engela, powinien koniecznie uważnie obejrzeć ten mecz. Konfrontacja na ,,Ullevaal Stadion” to była kwintesencja „futbolu na tak”. To był najlepszy i najbardziej dramatyczny mecz Polaków w całych eliminacjach. W pierwszej połowie Olisadebe dwa razy wykorzystał błędy rywali i było aż 2:0. W drugiej połowie Polacy roztrwonili przewagę. Na długie minuty dali się zepchnąć do obrony i zaczeli popełniać stare grzechy. Zanosiło się na bardzo ciężką końcówke, tym bardziej że jedną zmiane wymusiła kontuzja bramkarza. Po jednej z interwencji Adam Matysek aż zwijał się z bólu. „Przygotowywaliśmy zmiane ale Norwegowie ruszyli dalej z piłką. Adam dokonał czegoś niebywałego. Mimo niesamowitego bólu z powodu zerwania trzech mięśni barku, chorą ręką odbił piłke w sytuacji sam na sam z norweskim napastnikiem ale wstać z ziemi już nie mógł”- opisuje w książce „Futbol na tak” Engel. Selekcjoner tak bardzo był wdzięczny Matyskowi że później zabrał go na mundial, choć jego forma była wielką zagadką a powołanie powinien otrzymać któryś z młodszych i lepiej dysponowanych bramkarzy. Na „Ullevaal” Matyska zastąpił Jerzy Dudek, który liczył na gre od początku meczu. Dlatego trudno mu było ukryć rozgoryczenie, gdy w przeddzień spotkania trener powiedział że usiądzie na ławie. „Przez 10 minut się nie odzywałem, tak byłem wściekły. Byłem kompletnie załamany, prawie całą noc nie spałem. Na spacerze wszyscy widzieli że nie jestem sobą. Nie chciałem z nikim rozmawiać”- zwierzał się w swojej książce Dudek. W Oslo zagrał jednak w końcówce i dzięki udanym interwencjom też stał się polskim bohaterem, choć już przy pierwszej próbie obrony wyciągał piłke z siatki. Zrobiło się 2:2. Engel przyznaje że właśnie wtedy stanął przed jedną z najtrudniejszych decyzji w całych eliminacjach: wpuścić defensywnego Wałdocha i bronić remisu, czy ofensywnego Bartosza Karwana i walczyć o zwycięstwo. Postawił na Karwana. „Zadecydowała żyłka hazardzisty. Kiedy Karwan był przygotowany do wejścia, to żeby nie miał jakichkolwiek wątpliwości, wyraźnie powiedziałem mu: »Nie wracaj do obrony, graj jak trzeci napastnik«”- wspominał Engel.

Na 10 minut przed końcem meczu Karwan dzięki sprytnemu wyjściu na czystą pozycje głową strzelił gola. „Ja w Polsce mam jeszcze kilku takich Karwanów”- chwalił się po meczu Engel, co budowało mit potężnej polskiej drużyny. Polacy w Oslo mieli też dużo szczęścia. W pierwszej połowie ich rywale musieli grać pod mocne słońce, które po zmianie stron już nie świeciło tak ostro. Zapanowała euforia bo przecież biało-czerwoni mieli już na koncie dwa wyjazdowe zwycięstwa z najgroźniejszymi rywalami z grupy. Po 4147 dniach polskiej reprezentacji wreszcie udało się strzelić zwycięskiego gola w meczu o punkty w ostatnich 10 minutach gry. „Zwycięstwo w Oslo otworzyło nam bramy do mistrzostw świata”- zawyrokował już po zakończeniu eliminacji Jerzy Engel.

@Adran360
@Bernard777
@FcPortoFan1999
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani

14

Zapomniane legendy rodzimego futbolu:

Józef Sobota przyszedł na świat 24 marca 1903 roku. Do 1922 roku reprezentował Bismarckhütter Ballspiel Club. Po upadku niemieckiego zespołu, zgłosił swój akces do Ruchu Hajduki Wielkie. Już wówczas 19-letni filigranowy (był najmniejszym wzrostem piłkarzem nie tylko Ruchu, ale i Śląska, miał tylko 156 cm!) napastnik przebojem wdarł się do składu Ruchu i mimo tak młodego wieku zyskał status gwiazdy. Sobotta (takie nazwisko nosił do 1937, kiedy zmienił na polsko brzmiące Sobota) posiadał przeciętne warunki fizyczne i miał słabą technikę, ale te braki nadrabiał zdolnością odnajdywania się w polu karnym przeciwnika, instynktem strzeleckim, intuicją boiskową, pracowitością, ambicją, szybkością, sprytem oraz przebiegłością. Posiadał zmysł do gry kolektywnej oraz ostry, zaskakujący strzał. – „Z Ruchu wyróżnić należy przede wszystkim Sobotę, duszę ataku i najlepszego strzelca… Na niego gra cała drużyna, wszystkie piłki są na niego skierowane” – wypowiadał się o piłkarzu ,,Ilustrowany Kuryer Codzienny” z Krakowa. W 1926 roku strzelił kilkanaście goli, dzięki którym Ruch sięgnął po swój drugi tytuł mistrza Górnego Śląska oraz zdobył ,,Puchar Stanisława Fliegera”. Grał w mistrzostwach Polski zostając najlepszym strzelcem swojego zespołu. W 1927 roku Sobota zadebiutował w ekstraklasie. Zapisał się w annałach klubowych jako zdobywca pierwszego gola w lidze (ŁKS Łódź 1-3), ponadto we wrześniu 1929 roku w meczu z Czarnymi Lwów został autorem jubileuszowego 100 ligowego gola! W każdym sezonie, od 1927 do 1930, strzelał minimum 10 ligowych bramek. Od 1922 do 1932 rozgrał 145 ligowych meczów i zdobył aż 56 goli. Był tak ważnym piłkarzem dla swojego klubu, iż działacze wielokrotnie wysyłali pismo do PZPN z prośbą o rozegranie powtórki meczu jako powód podając nieobecność zawodnika w składzie! Sobota był intelektualistą, urzędnikiem państwowym, który pracował w Hucie Batory oraz wyróżniającym się żołnierzem. Pozostawił po sobie duże zasługi dla 75 Pułku Piechoty w Chorzowie, z którym zdobył tytuł mistrza Wojska Polskiego. Szkoda, że piłkarz nie urodził się kilka lat później i nie doczekał się czasów, kiedy Ruch zdominował przedwojenną polską ligę, wywalczył aż pięć tytułów mistrza Polski.

„Na pożółkłych, pamiątkowych, niemal zabytkowych dziś zdjęciach zawsze stawał z dala od „wieżowców”. Kiedy kibic-fotograf chciał go uwiecznić razem z Teodorem Peterkiem długo zastanawiał się w jaki sposób podciągnąć się w górę przynajmniej o kilkanaście centymetrów. Czasem sięgał po piłkę, stawał na niej i różnica poważnie malała. Ale to tylko na marginesie, bo mały wzrostem Sobota był wielkim piłkarzem. Intuicyjny zmysł do gry kombinacyjnej, kolektywnej, kąśliwy strzał, zapewniły mu wiele futbolowych zaszczytów… - wypowiadał się o nim dziennikarz Sportu. Józef Sobota był typem zawodnika, który z góry wiedział, gdzie spadnie piłka, dlatego wiele bramek strzelał… głową! W swoim jedynym meczu z orłem na piersi również strzałem głową zmusił do kapitulacji estońskiego bramkarza. – „ …A temu ostatniemu udaje się szalonym szczupakiem powietrznym, wsadzić głową piłkę do siatki” – czytamy w sprawozdaniu meczowym Przeglądu Sportowego. Po meczu dziennikarze PS napisali, że lewy łącznik jednak nie radził sobie z rosłymi zawodnikami z Estonii. – „Wstawienie Soboty było wielkim błędem: gracz ten wobec dużych i szybkich przeciwników nie istniał prawie na boisku”. Kapitan związkowy polskiej reprezentacji Tadeusz Synowiec już więcej nie powołał zawodnika do kadry. Na osłodę pozostały mu regularne występy w reprezentacji Górnego Śląska przeciwko niemieckim drużynom oraz gra w reprezentacji Ligi przeciwko śląskim piłkarzom.

Sobota próbował swoich sił również na ławce trenerskiej. Jeszcze będąc piłkarzem Ruchu uzyskał papiery na instruktora piłkarskiego. W zamian za zasługi dla Ruchu działacze powierzyli mu opiekę nad zespołem juniorów, a dzięki swoim kontaktom, młodzieżowe zespoły były często zapraszane na obozy piłkarskie PZPN. W 1937 roku powierzono mu pierwszy zespół "niebieskich". Jego debiut z AKS Chorzów zakończył się porażką 1-3. Zaledwie po 6 kolejkach zastąpił go Austriak Günther Ringer. Ruch wówczas wywalczył trzecie miejsce w lidze. W 1938 roku ponownie poprowadził Ruch w pierwszych 7 kolejkach, a następnie zastąpił go Węgier Ferenc Fogl. Tym razem były piłkarz miał znaczący wkład w wywalczony tytuł mistrzowski. Niedługo przed wybuchem wojny objął stanowisko kierownika drużyny. Po wojnie dalej aktywnie pracował w sporcie, ale już jako działacz.

Piłkarz Ruchu zmarł 2 kwietnia 1979 roku. – „Józef Sobota był zawsze związany z Ruchem, głęboko przeżywał dole i niedole swego klubu. Odszedł powszechnie lubiany wielki sportowiec, który na zawsze pozostanie w pamięci wszystkich, którzy kiedykolwiek się z nim zetknęli” – napisał o nim ,,Sport”.

@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@FcPortoFan1999
@Bernard777
@Adran360

11

Debiut ,,Generała”:

24 marca 1998 r. Xavi Hernandez zadebiutował w barwach Dumy Katalonii. Debiut przypadł na mecz półfinałowy Pucharu Katalonii z UE Lleida, wygranym przez Blaugrane 2:1 po dwóch golach Jofre Gonzaleza.

@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani

10

,,Urruti t’estimo”:

24 marca 1985 r. bramkarz Barçy Javier Urruticoechea obronił rzut karny w meczu 30-tej kolejki Primera Division z Realem Valladolid. Duma Katalonii potrzebowała zwycięstwa na Estadio Jose Zorrilla aby zapewnić sobie na 4 kolejki przed końcem sezonu, pierwsze po 11 latach przerwy mistrzostwo Hiszpanii. W 88 minucie arbiter podyktował rzut karny dla gospodarzy. Do jedenastki podszedł Salwadorczyk Gonzalez a ,,Urruti” obronił karnego. Do historii przeszły słowa charyzmatycznego Katalońskiego spikera radiowego Joaquima Marii Puyala, który skuteczną interwencje golkipera Blaugrany skwitował wielokrotnie powtarzanymi słowami: ,,Urruti t’estimo”, co po katalońsku oznacza ,,Urruti kocham cię!”.

@Safrani
@Ogorinho1974
@MoralnyKarzel
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@Kapitan hawk
@Gary
@Bernard777
@Adran360

1

@Safrani Nowa murawa powiadasz? I na to też są pieniądze...? Wiesz co, serce nie sługa ale mimo wszystko ja już mam tego wszystkiego serdecznie dość! Najzwyczajniej nie moge na to patrzeć...

1

@Safrani Ah źle odczytałem! Przepraszam. Tylko po co oni sajgon robią na tym boisku?

1

@Safrani Co to znaczy a na Widzew dzisiaj tak? Bo nie rozumiem?

9

@FCBparasiempre
24 marca 1898 r. w Manili urodził się Juan Garchitorena de Carvajal. Juan trafił do FC Barcelony w 1916 roku i grał jako skrzydłowy, ofensywny pomocnik i napastnik. Co ciekawe sfałszował on swój paszport aby uchodzić za Baska, mimo że w rzeczywistości urodził się na Filipinach. Według ówczesnego regulaminu obcokrajowcy mieli zakaz uczestniczenia w rozgrywkach o mistrzostwo Katalonii ale skoro Blaugrana teoretycznie nie znała jego prawdziwych korzeni, pozwoliła mu zagrać w kilku meczach. Wstawienie do składu Garchitoreny wywołało ostrą polemikę, kiedy Espanyol, który wiedział o wszystkim zanim jeszcze rozpoczęły się rozgrywki, postanowił oskarżyć Barçe o bezprawne wystawienie piłkarza, kierując stosowne pismo do Katalońskiej Federacji Piłkarskiej. Akt oskarżenia oparty na raporcie sporządzonym przez profesora prawa międzynarodowego Josepa Triasa de Besa, został przedstawiony 2 dni po przegranych 0:3 derbach z Dumą Katalonii, rozgrywanych 17 grudnia 1916 r. na stadionie przy ulicy Industria, z Garchitoreną w składzie. Gdy potwierdziło się że dokumenty piłkarza są sfałszowane, federacja zadecydowała o odjęciu FC Barcelonie punktów z meczów, w których występował ,,Garchi”, jak powszechnie nazywano piłkarza. Klub się sprzeciwił ale na nic się to zdało i w ostatecznym rachunku przegrał mistrzostwo, którego jednak nie zdobył też Espanyol bo ten z kolei został oskarżony przez Barçe o… bezprawne wystawienie obrońcy Reiga. Wydarzenia doprowadziły do dymisji Rosesa jako jednego z dyrektorów Katalońskiej Federacji Piłkarskiej, po tym jak zaproponował możliwość powtórzenia meczów rozegranych przez Blaugrane. Koniec końców tytuł trafił w ręce FC Espanya, barcelońskiego klubu założonego w 1905 roku, który w 1923 r. połączył się z FC Gracia. Tymczasem Garchitorena, zidentyfikowany ostatecznie jako Argentyńczyk ale syn Hiszpanki, nadal występował w FC Barcelonie. W koszulce Blaugrany rozegrał w sumie 35 meczów strzelając w nich 12 goli. Podczas pobytu w klubie wywoływał ogromną zazdrość ze względu na swój wygląd. Przyczyniło się to do powstania wielu anegdot, jak chociażby tej, według której w trakcie meczu z Espanyolem odmówił uderzenia piłki głową, ponieważ boisko było ubłocone a on nie chciał pobrudzić sobie włosów. W 1920 r. porzucił uprawianie sportu żeby rozpocząć karierę aktora filmowego. Pod artystycznym pseudonimem Juan Torene były piłkarz wystąpił w ponad 30 filmach. Był też bohaterem głośnych romansów z ówczesnymi gwiazdami kina, na przykład z Amerykanką Myrną Loy… Playboy cule w Hollywood. Niedługo potem odkryto jego prawdziwe pochodzenie, które jak się okazało, nie było ani baskijskie, ani argentyńskie. Garchitorena urodził się w Manili i miał paszport amerykański, jako że Stany Zjednoczone utrzymywały wtedy kontrole nad tym azjatyckim archipelagiem. W latach 50-tych ożenił się z aktorką Natalie Moorehead, która już zakończyła karierę i osiadł w Santa Barbara w Kaliforni, gdzie mieszkał aż do śmierci, 27 czerwca 1983 r.

Kto z nas obecnie nie zna klubu, w którym grają zagraniczni zawodnicy? Chyba nikt. Mało kto jednak wie, że ponad sto lat temu w Hiszpanii drużyny nie mogły posiadać w kadrze piłkarzy spoza danego kraju. Przepisy te zmieniły się konkretnie w 1911 roku. Pięć lat później do Barcelony dołączył pierwszy zawodnik spoza Półwyspu Iberyjskiego– Juan Garchitorena. Piłkarz ten został zarejestrowany jako Hiszpan, gdyż miał fałszywy paszport, choć sam z czasem przyznał, że jest Argentyńczykiem. Czy to koniec z problemami określenia narodowości tego gracza? Niekoniecznie. Okazało się też, że ma baskijskie korzenie, a sam urodził się na Filipinach, w kraju, który był kolonią Hiszpanii. Jego rodzice emigrowali ze względu na to, że ich rodzinny obszar trafił do rąk nieprzyjaciela. Przyjmuje się, że Joan Garchitorena był pierwszym obywatelem Argentyny grającym w barwach Blaugrany. Rodzi się pytanie – dlaczego Barcelona nie chciała zarejestrować Juana jako Argentyńczyka, tylko jako Hiszpana? Odpowiedź jest bardzo prosta – aby uniknąć podejrzeń w starciach o Mistrzostwo Katalonii. Sprawa jednak szybko się wydała, a Blaugrana brała udział w pierwszym tak poważnym skandalu medialnym. Prywatnie Garchitorena uwielbiał whisky i był zawsze wrażliwy na punkcie swojego wyglądu. Tak, to były te czasy, kiedy nikt zbytnio nie czepiał się zawodników o picie alkoholu, czy palenie papierosów. Było to wówczas tak powszechne, jak wychodzenie dziś na „fajkę w przerwie obiadowej”. Był amatorem whisky w czasach, gdy ten napój był rzadkim alkoholem dla snobów. Kto go znał, wie, że nigdy nie pił sam. Biła od niego arogancja, wyjątkowo dbał o swój wygląd — wspominają José Ignacio Corcuera i Fernando Arrechea. Pewnego razu podczas meczu prowadzonego na błotnistym boisku w Hiszpanii (obecnie znajduje się ono za Szpitalem Klinicznym w Barcelonie) zrezygnował z główkowania piłki, aby nie ubrudzić włosów. Oprócz whisky Joan miał jeszcze jedną słabość. Były nią kobiety. Jego byli koledzy wspominają, że w relacjach damsko-męskich „był prawdziwym artystą”. Potrafił świetnie tańczyć, czym przyciągał do siebie płeć przeciwną. Potrafił też nieźle grać, ale nie tylko na boisko, ale i w życiu. Jego przenikające czarne oczy, nienaganny sposób ubierania się, a także umiejętności aktorskie sprawiły, że wszyscy widzieli do niego jedno miejsce: film.

Jak przewidziano, tak też się stało. Garchitorena wyemigrował do Stanów Zjednoczonych, gdzie świat poznał go pod pseudonimem Juan Torena. Wysoki, ciemnowłosy, dobrze znający język angielski – istne amerykańskie ciacho … To tylko kilka atrybutów byłego zawodnika Barcelony, które poprowadziły go z hiszpańskich boisk do Hollywood. Szybko stał się personą z pierwszych stron gazet, a jak wiadomo, wśród takich skandal goni skandal. Torena nie uchował się tej regule. Szybko przypisano mu romans z Helen Costello, a także jej bliską przyjaciółką — Mirną Loy. Nie potwierdzono, czy ich relacje opisywane w gazetach były prawdą. Odbiło się to jednak na psychice byłego zawodnika Barcelony. Stracił on poczucie humoru, które go cechowało. Torena zagrał w czterdziestu filmach. Del mismo barrio, Sucedió en La Habana, Sombras habanera, czy El hombre malo są najbardziej popularnymi produkcjami, w których wziął udział. Specjalizował się w latynoskich romansach ze względu na świetną znajomość hiszpańskiego, a także wygląd i charakter lowelasa. W 1936 roku zgodził się zagrać w „Meet Nero Wolfe” wraz z Marią Maringolą. Po trzech latach spędzonych w Kalifornii, w 1954 roku otrzymał amerykańskie obywatelstwo. Jego życie osobiste także uległo zmianie. Wziął ślub z aktorką Natalie Moorehead. Garchitorena zmarł w 1983 roku w Kalifornii.

7

Media

Sonda

Której reprezentacji, do której powołany został zawodnik Barcy, kibicujesz?