FCBparasiempre
Dołączył/a: grudzień 2020
Biała Podlaska
33 obserwujących
0 obserwowanych
Której reprezentacji, do której powołany został zawodnik Barcy, kibicujesz?
Komunikat
Polecający
Ładowanie...
Historia komentarza
Ładowanie...
18
Po stokroć Feliz cumpleaños Tarzanie!
Panie i Panowie, szanowni cules, Carles Puyol Saforcada kończy dzisiaj 48 lat! Wznieśmy toast za żywą legendę Blaugrany.
Wszyscy go znamy i wszyscy kochamy. Przy okazji urodzin Carlesa przypomnę ciekawy okres w jego życiu dotyczący Figo. Otóż Luis Figo dla Carlesa był przede wszystkim pierwszym idolem z pierwszych lat pobytu w Barcelonie. Figo trafił do Barçy latem 1995 r. a ,,Tarzan” kupował w tamtym czasie wszystkie lokalne gazety sportowe, wycinał jego zdjęcia i umieszczał w specjalnym albumie aby się nie pogniotły. Siedemnastoletni Katalończyk był wówczas przekonany że treningi w La Masii to tylko piękny epizod w jego życiu i po powrocie do domu będzie mógł udekorować tymi fotkami swój pokój w La Pobla. Dla ,,Puiego” największym dowodem jego umiejętności było to że Johan Cruijff chciał go mieć u siebie pomimo obecności w składzie tak znakomitych piłkarzy jak Stoiczkow oraz Laudrup. Gdy w sezonie 1999/2000 Carles przebił się wreszcie do pierwszego składu, Portugalczyk miał już status wielkiej gwiazdy, był jednym z kapitanów i grał pierwsze skrzypce u kolejnych trenerów Barçy. To właśnie Figo obok Guardioli oraz Rivaldo był futbolistą, któremu Puyol przyglądał się ze szczególna uwagą. ,,Udzielił mi wielu trafnych wskazówek podczas moich początków w pierwszej drużynie”- mówił ,,Pui”. – »Powiedział po portugalsku: ,,Kiedy masz piłke młody, to nie komplikuj sobie życia i zawsze szukaj najprostszych rozwiązań«. Starałem się go słuchać”. Tarzanowi w Portugalczyku imponowała nie tylko świetna technika czy bajeczna wizja gry ale również wielka wola walki i stawianie dobra zespołu ponad wszystko inne.
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
12
Piłkarze, którzy grali na dwóch Mistrzostwach Świata w różnych reprezentacjach narodowych:
Piłka nożna i polityka czasami idą ręka w rękę. W historii, z różnych powodów, zdarzało się, że piłkarze grali na Mistrzostwach Świata w różnych reprezentacjach. Przyjrzymy się kilku najbardziej uderzającym przykładom.
LUIS MONTI I ATILIO DEMARÍA
Pierwszymi piłkarzami, którzy reprezentowali różne reprezentacje narodowe na Mistrzostwach Świata, byli Luis Monti i Atilio DeMaría. Obaj wystąpili w koszulce Argentyny podczas pierwszych w historii Mistrzostw Świata w Urugwaju w 1930 roku. Cztery lata później zdobyli mistrzostwo, grając dla Włoch w turnieju w 1934 roku.
JOSÉ EMILIO SANTAMARÍA
Podobny przypadek do poprzednich. Santamaría został powołany przez Urugwaj na Mistrzostwa Świata w 1954 roku. Ponownie, osiem lat później, grał z Hiszpanią na Mistrzostwach Świata w Chile w 1962 roku.
FERENC PUSKAS
Jeden z najlepszych piłkarzy w historii Węgier. Reprezentował swój kraj na Mistrzostwach Świata w 1954 roku a osiem lat później, w Chile w 1962 roku grał w reprezentacji Hiszpanii jako weteran.
JOSÉ ALTAFINI
Przypadek Altafiniego jest dość niezwykły. Piłkarz zdobył mistrzostwo z Brazylią na Mistrzostwach Świata w 1958 roku, na których zadebiutował niejaki Pelé. Cztery lata później, w Chile w 1962 roku założył koszulkę Azzurri włoskiej reprezentacji.
PROSINECKI, JARNI I ŠUKER
Wojna na Bałkanach sprawiła, że wielu piłkarzy grało w barwach Jugosławii na Mistrzostwach Świata we Włoszech w 1990 roku, a później w reprezentacji Chorwacji w 1998 roku. Dotyczy to Roberta Jarniego, Davora Šukera(który został powołany, ale nie zadebiutował w 1990 roku) i Roberta Prosineckiego. Przypadek Prosineckiego jest dość znaczący, ponieważ jest on jedynym piłkarzem, który strzelał gole dla różnych reprezentacji narodowych w historii Mistrzostw Świata. Dokonał tego w barwach Jugosławii w 1990 roku i Chorwacji w 1998 roku. Na koniec zostawiliśmy wyjątkowy przypadek w historii piłki nożnej. Dejan Stanković zagrał na trzech mistrzostwach świata w różnych reprezentacjach, co jest wyczynem nieporównywalnym z żadnym innym. Urodzony w Belgradzie, został powołany do Jugosławii w 1998 roku, do Serbii i Czarnogóry w 2006 roku a w końcu do Serbii w 2010 roku.
@Szalik
@shaun
@Ogorinho1974
@MoralnyKarzel
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@Kapitan hawk
@Bernard777
@Adran360
10
Pionier hiszpańskiej piłki nożnej:
Kiedy mówimy o Real Racing Club de Santander, niewątpliwie mamy na myśli klub pionierski. Kantabryjska drużyna, jak zobaczymy poniżej, zawsze pojawia się jako pierwsza w niezliczonych historycznych wydarzeniach hiszpańskiej piłki nożnej. Kantabryjski klub miał zaszczyt być jednym z założycieli ligi hiszpańskiej. W sezonie 1928-1929 był jednym z 10 klubów tworzących Pierwszą Dywizję: Arenas de Getxo, Athletic Club de Bilbao, FC Barcelona, Athletic Club de Madrid, RCD Espanyol, CD Europa, Real Madrid FC, Real Sociedad, Real Unión Club de Irún i sam Racing de Santander. Dokładnie rok wcześniej, w obliczu wyraźnej potrzeby stworzenia ligi z najlepszymi klubami w kraju, wyłoniły się dwie równoległe ligi. Były to dwie odrębne grupy klubów. Po jednej stronie byli „minimaliści”, którzy opowiadali się za utworzeniem rozgrywek ligowych tylko dla drużyn, które były mistrzami Hiszpanii( Athletico Club, Real Madryt, Real Sociedad, FC Barcelona, Real Unión de Irún i Arenas de Getxo ). Po drugiej stronie byli „maksymaliści”, którzy opowiadali się za ligą z najlepszymi drużynami z całej Hiszpanii. W ten sposób, równolegle z Ligą Mistrzów, czyli Ligą Sześciu Zespołów, narodziła się Hiszpańska Liga Piłkarska, początkowo składająca się z dziewięciu drużyn, z późniejszymi trzema kolejnymi. Ta „Najwyższa Liga”, jak ją powszechnie nazywano, pozostała niekompletna, ponieważ nie wszystkie drużyny rozegrały taką samą liczbę meczów. Co ciekawe, w momencie zawieszenia rozgrywek na czele tabeli znajdował się Racing Santander. Pozostałe drużyny to: RCD Espanyol, Athletic Madryt, Real Sporting, Sevilla FC, Valencia FC, Iberia Sport Club, Real Murcia, RC Celta de Vigo, CA Osasuna, Deportivo Alavés i Real Unión de Irún(dodany później). Co więcej, klub z Kantabrii był pierwszym reprezentantem Hiszpanii w półoficjalnych rozgrywkach europejskich. Pionierem był Racing, który brał udział w Turnieju Kolonialnym w Paryżu w 1931 roku. Kantabryjska drużyna reprezentowała Hiszpanię po zajęciu drugiego miejsca w lidze po wycofaniu się Athletic Club de Bilbao, ówczesnego mistrza. Trzy lata później klub Santander był również pierwszym w hiszpańskiej ekstraklasie, który pozyskał zagranicznych zawodników. Byli to Meksykanie Manuel Alonso Pría i Luis de la Fuente Hoyos.
Racing Santander, mimo że nie poprzestał na tym, może pochwalić się również tym, że był jednym z faworytów w pierwszym meczu transmitowanym w telewizji w Hiszpanii. Miało to miejsce 24 października 1954 roku na stadionie Santiago Bernabéu a zmierzyły się ze sobą Real Madryt, gospodarze, i zielono-biało-czerwoni. Ale ci, którzy sądzą, że pionier hiszpańskiej piłki nożnej zadowoli się tym, co już zostało wspomniane, są w błędzie. Racing po raz kolejny był pierwszym zespołem, który umieścił reklamę na swojej koszulce. W 1981 roku zielono-biali założyli koszulkę „Teka” w zamian za 10 milionów peset. W tym samym sezonie, ale nieco później, Real Madryt dodał do swojej koszulki kolejną markę sprzętu AGD – Zanussi. Wreszcie w 1991 roku kantabryjski klub jako pierwszy został zarejestrowany jako publiczna spółka akcyjna(Sociedad Anónima Deportiva), co miało wyznaczyć przyszłość współczesnej piłki nożnej. Jak widać, Racing de Santander utorował drogę pozostałym klubom w naszym kraju, stając się wielkim pionierem hiszpańskiej piłki nożnej.
@Ogorinho1974
@MoralnyKarzel
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@Kapitan hawk
@Gary
@Bernard777
@Adran360
@1LY0
17
Genoa FC i jej niewiarygodna klątwa:
Genoa FC to jeden z najważniejszych klubów włoskiej piłki nożnej. Genueńczycy byli pierwszymi wielkimi dominatorami włoskiej piłki nożnej, zdobywając trzy pierwsze mistrzostwa ligi i pięć z sześciu pierwszych. Co więcej, mogą poszczycić się tym, że są najstarszym klubem we Włoszech, założonym w 1893 roku. W sumie Genoa zdobyła 9 tytułów mistrzowskich, co plasuje ją na czwartym miejscu wśród najbardziej utytułowanych klubów we Włoszech. Tylko trzej giganci(Juventus, AC Milan i Inter) przewyższają ich pod tym względem. W tym miejscu musimy jednak skupić się na tym, co nazywamy „klątwą Genui”, ponieważ ich ostatnie Scudetto zostało zdobyte w 1924 roku. Jak wielu z Was wie, Włoska Federacja Piłkarska symbolicznie przyznaje każdemu klubowi gwiazdkę(po włosku Stella) za każde 10 tytułów mistrzowskich zdobytych w historii klubu. Gwiazdki te umieszczane są nad herbami i dumnie eksponowane na koszulkach klubów. Niestety Genoa utknęła na 9 tytułach mistrzowskich i wygląda na to, że ta gwiazda nigdy nie nadejdzie, ponieważ od ostatniego mistrzostwa minęło ponad sto lat. Jeśli chodzi o Puchar Włoch, Genoa również nie może czuć się zbyt pewnie. Ich jedyny puchar zdobyła w odległym sezonie 1936-1937. Byli również wicemistrzami w latach 1939-1940. Włosi zmagali się więc z długą posuchą w zdobywaniu tytułów. Na poziomie europejskim ich największym osiągnięciem był awans do półfinału Pucharu UEFA w sezonie 1991-1992. To ich najbliższy kontakt z trofeum w ostatnich dekadach.
Genua i Sampdoria rozgrywają jedne z najbardziej emocjonujących derbów we włoskiej piłce nożnej. Oba kluby grają na stadionie Luigi Ferraris, który może pomieścić 36 000 widzów. Zanim Sampdoria powstała w 1946 roku, ich rywalami były Gimnástica Sampierdarenese(założona w 1899 roku) i Andrea Doria Genova (założona w 1900 roku). Połączenie tych dwóch klubów dało początek Sampdorii. Kto wie, czy ta susza, klątwa czy też seria pecha Genoi wkrótce się skończy, ale pewne jest, że jest to jeden z najbardziej osobliwych(i dramatycznych) przypadków w historii piłki nożnej.
@1LY0
@Adran360
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
0
@mr Barca Przypominają się szkolne lata. Choć ja nie byłem wcale gruby, to jednak niemal zawsze stałem na bramce...
13
Najgrubszy bramkarz w historii futbolu:
Jego olbrzymia waga nie przeszkadzała mu w karierze piłkarskiej. Ba! Zdobył nawet Puchar Anglii. William Foulke nie na darmo nosił przydomek „Fatty” (Grubas), ważył wszak 150 kg. Jego życie trwało niestety tylko 42 lata. Poznajcie historię najbarwniejszego bramkarza w historii brytyjskiej piłki nożnej. Urodził się 12 kwietnia 1874 roku w Dawey, w Anglii. Po skończeniu szkoły występował w drużynie, która powstała w jego zakładzie pracy. Profesjonalną karierę rozpoczął w klubie Blackwell Colliery. Szybko przeniósł się do Sheffield United za kwotę 20 funtów. W nowym klubie zadebiutował 1 września 1894 roku. Trzy lata później mógł się cieszyć z wicemistrzostwa kraju, a Foulke ze swoimi kolegami mógł się dodatkowo cieszyć rekordem najlepszej defensywy w kraju. To między innymi dzięki jego wspaniałej postawie między słupkami, Sheffield mogło walczyć o tytuł najlepszej jedenastki w Anglii. Nie umknęło to uwadze ówczesnego selekcjonera reprezentacji Anglii, który powołał „Fatty’iego” na mecz przeciwko Walii (4:0). Mecz ten był jedynym w kadrze naszego bohatera.
Kolejny sezon przyniósł mu mistrzostwo, a dziennikarze zaczęli nazywać Williama „największym bramkarzem na świecie”. Foulke dysponował ogromną siłą, w meczu przeciwko Liverpoolowi w 1898r. podniósł za nogi George’a Allana i trzymał go w taki sposób, że jego głowa wisiała zaraz nad murawą. Podczas finałowego meczu FA Cup 1902, sędzia Tom Kirkham niesłusznie uznał gola dla Southamptonu. „Fatty” Foulke będąc niezadowolony z tego powodu, wpadł nagi do pokoju sędziów. Przerażony arbiter schował się w szafie. Mecz powtórzono i zawodnicy Sheffield United wznieśli w górę trofeum, wygrywając 2:1. W barwach klubu z Bramall Lane, William Foulke rozegrał ponad 350 meczów. Jego wynagrodzenie wynosiło 4 funty tygodniowo (zwykły pracownik w tamtych czasach zarabiał 1 funta). W roku 1905 przeszedł za 50 funtów do Chelsea. Foulke z miejsca stał się ulubieńcem kibiców i przez jakiś czas był nawet kapitanem „The Blues”. Ciągle przybierał na wadze. Jedna z anegdot głosi, że „Fatty” przybył pewnego razu jako pierwszy na posiłek Chelsea. W momencie, gdy koledzy pojawili się w stołówce… nie było już nic do zjedzenia! W ekipie z Londynu rozegrał zaledwie 35 spotkań, po czym przeniósł się za 50 funtów do Bradford City. Zakończył tam swoją karierę piłkarską. Rzekomym powodem tego kroku był fakt, że Foulke był coraz mniej sprawny. Mówi się, że przy wzroście 195 cm, „Fatty” ważył około 150-160 kg. Był jedną z najbarwniejszych postaci angielskiej piłki. Wśród jego dokonań można znaleźć m.in.: złamanie poprzeczki podczas jednego z meczów w Bradford, siadanie na rywalach, czy podtapianie ich w kałuży. Zmarł 1 maja 1916 r. Jako przyczynę śmierci bramkarza, podaje się marskość wątroby.
@shaun
@MoralnyKarzel
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@Kapitan hawk
@Gary
@Bernard777
@Adran360
@1LY0
12
Wybitne legendy futbolu:
12 kwietnia 1941 r. urodził się Robert Moore, mistrz świata z 1966 r. oraz zdobywca Pucharu Zdobywców Pucharów z 1965 r. Moore jako pierwszy angielski piłkarz został uznany przez BBC za Sportową Osobowość Roku, udekorowano go również Orderem Imperium Brytyjskiego a zespoły rockowe śpiewały o nim piosenki. Został zapamiętany jako stoper-król obrony! Po śmierci Moore’a w 1993 r. wielki Franz Beckenbauer powiedział: ,,Bobby był moim idolem. Jestem dumny że mogłem grać przeciwko niemu’’. Pele nazwał go największym obrońcą, przeciwko któremu miał okazję wystąpić, dodając: Koszulka, którą założył na mecz z Brazylią w 1970r. jest do dziś moim najcenniejszym trofeum’’. Fotografia półnagich Moore’a i Pelego, dwóch piłkarskich geniuszy ściskających się i wymieniających koszulkami po przegranym przez Anglików ćwierćfinale mistrzostw świata w Meksyku- obiegła cały świat stając się jednym z najsłynniejszych zdjęć w historii sportu. Mówi się że każdy angielski piłkarz marzy o tym by wejść po schodach słynnego Wembley do loży królewskiej i z rąk Jej Królewskiej Mości przyjąć trofeum i gratulacje. Bobby Moore należy do szczęśliwców, którym to marzenie spełniło się aż trzykrotnie, gdy w latach 60-tych odbierał z rąk Królowej Elżbiety Puchar Anglii, Puchar Zdobywców Pucharów oraz Puchar Rimeta za zdobycie z reprezentacją mistrzostwa świata. W jednym z wywiadów przyznał szczerze że trudno mu uwierzyć że te godności stały się jego udziałem: ,,Natura nie obdarzyła mnie specjalnym talentem. Zwątpiłem nawet czy ambicja zostania zawodowym piłkarzem kiedykolwiek się urzeczywistni. Zanim klub West Ham United otworzył mi drogę do kariery, zamierzałem poświęcić się pracy kreślarza lub drukarza’’. Mimo iż Moore był jednym z najlepszych stoperów w historii futbolu to szybkość, przyspieszenie czy zwrotność nigdy nie były jego atutami. Jeśli chodzi o talenty motoryczne to nawet u szczytu kariery pozostawał graczem co najwyżej średniej klasy. Tym co jego grze nadawało wyjątkowość było opanowanie, zdolność konstruktywnego myślenia, przegląd sytuacji na boisku oraz umiejętność przewidywania zachowania napastników przeciwko którym grał. Ten gość ma 3 pary oczu-mówili specjaliści. ,,Opanowanie Bobby’ego było czymś nadzwyczajnym, już jako dziecko był taki. Nigdy nie odczuwał stresu nawet podczas najważniejszych spotkań. Przeciwnie, wtedy grał lepiej, królował na boisku’’-napisał w swoich wspomnieniach sir Geoff Hurst-kolega Moore’e z reprezentacji. Spokój czy umiejętność czytania gry pozwalały mu nie tylko na precyzyjne wślizgi w najwłaściwszym momencie i bycie dokładnie tam, gdzie wymagał tego interes drużyny ale także na uruchamianie napastników długimi dokładnymi podaniami. Pierwsze buty piłkarskie dostał w wieku 8 lat i w tym czasie mecze rozgrywał na porytych dołami i pokrytych śmieciami klepiskach londyńskiego przedmieścia „Barking”. W 1956r. został zawodnikiem West Ham. Założył koszulkę z numerem 6, z którym grał do końca kariery. W 2008r. klub zdecydował że w trykocie z tym numerem nie zagra już żaden inny piłkarz gdyż jest to numer na zawsze zastrzeżony dla legendarnego stopera. W 1962 Moore został powołany do reprezentacji Anglii szykującej się do mistrzostw świata w Chile, w których zagrał we wszystkich meczach a rok później został kapitanem drużyny. ,,Ta drużyna była pełna wielkich postaci ale mimo to było jasne że to on będzie kapitanem’’- wspomina Hurst podkreślając iż swoim zachowaniem Bobby wprowadzał na boisku porządek i dyscyplinę. ,,Nigdy się nie wydzierał, nie był agresywny, niczego nie wymuszał. Jeśli mu się coś nie podobało okazywał to spoglądając pogardliwie gdzieś w bok i wszyscy wiedzieli o co chodzi’’.
Jako kapitan w 1966 doprowadził Anglię do tytułu Mistrza Świata! Cały świat patrzył na wzruszający moment, gdy Bobby odbiera Puchar z rąk Królowej Elżbiety. To wtedy stał się narodową ikoną. W 1968 zdobył z Anglią brązowy medal mistrzostw Europy a w 1970 był jej kapitanem podczas mundialu w Meksyku. Nie był to dla Moore’a rok szczęśliwy-Anglia nie obroniła tytułu a w dodatku tuż przed imprezą, podczas zgrupowania w Kolumbii został oskarżony o kradzież biżuterii w hotelowym sklepie i przez cztery dni przebywał w areszcie domowym. Bobby dołączył do drużyny już w Meksyku i potwierdził że jest najlepszym stoperem świata. Świadczy choćby o tym jego słynna(wciąż oglądana przez kibiców na You Tube)interwencja w meczu z Brazylią przeciwko szarżującemu w polu karnym Jairzinho. Wykonana z elegancją, niebywałym spokojem i chirurgiczną precyzją przeszła do legendy futbolu zyskując miano wślizgu doskonałego. Mimo niepowodzenia na Mundialu w 1970 Moore nadal miał pewne miejsce w kadrze. Reprezentacyjną karierę zakończył w 1973 meczem z Włochami. Dla Anglii rozegrał w sumie 108 spotkań w tym 90 jako kapitan, schodząc z murawy jako pokonany zaledwie 17 razy! W 1974 po 18 latach gry Bobby za 25 tys. funtów odszedł z West Hamdo Fulam-lokalnego rywala z niższej ligi. Karierę sportową zakończył 4 lata później w USA. W 1993 Moore ogłosił że jest poważnie chory mimo to 3 dni potem komentował mecz Anglii na Wembley. Zmarł tydzień później na raka w wieku 51 lat. ,,Mój kapitan, mój lider, moja prawa ręka. Był duchem i sercem zespołu. Opanowany piłkarz, któremu ufałem jak nikomu innemu. Bez niego Anglia nie byłaby mistrzem świata!’’-powiedział o nim sir Alf Ramsey. W 2003 Angielski Związek Piłki Nożnej uznał Moore’a za najznakomitszego angielskiego gracza 50-lecia. Cztery lata później jego pomnik z brązu stanął przed głównym wejściem stadionu Wembley. Pod nim umieszczono napis: ,,Piłkarz bez skazy. Król obrońców. Nieśmiertelny bohater z 1966 roku. Pierwszy Anglik, który uniósł do góry Puchar Świata. Ulubieniec East Endu. Największa legenda West Ham United. Narodowy skarb. Mistrz Wembley. Nadzwyczajny kapitan. Dżentelmen wszechczasów’’. Robert Moore zmarł 24 lutego 1993 r. w Londynie.
@1LY0
@Adran360
@Bernard777
@Gary
@Kapitan hawk
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
13
Gdzie diabeł nie może tam… Messiego pośle:
12 kwietnia 2011 r. FC Barcelona zapewniła sobie awans do półfinału Ligi Mistrzów, wygrywając na wyjeździe z Szachtarem Donieck 1:0. Blaugrana zagrała zacięty mecz, pokonując przeszkody postawione przez Szachtar Donieck, który mimo straty w pierwszym meczu dzielnie walczył o zwycięstwo. Trzy tysiące kilometrów od Doniecka, Sir Alex Ferguson, który również zaryzykował we wtorek z Manchesterem United, określił ten okres sezonu mianem „skrzypiącego tyłka”. Luźne tłumaczenie idiomu( „skrzypiący tyłek” ) odnosi się do skrzypiącego odgłosu wydawanego na siedzeniu, gdy ktoś jest niespokojny. Niepokój, który pojawia się w kluczowym momencie rozgrywek. Dlatego Guardiola wystawił swój najsilniejszy skład, dodając Afellaya, który dodał ataku pazura. Szachtar nie odpuszczał i pomimo znaczących braków w obronie Lucescu dał z siebie wszystko polegając w dużej mierze na swoich brazylijskich zawodnikach. W ósmej minucie Valdés obronił kluczową interwencję po strzale Douglasa Costy z bliskiej odległości, po efektownym podaniu Jadsona. Stadion był w stanie wysokiej presji a Barcelona z trudem radziła sobie z jej odreagowaniem. Na szczęście wynik pierwszego meczu nieco ją uspokoił, w przeciwnym razie byłby to koszmar. Minął kwadrans zanim drużyna Guardioli zbliżyła się do bramki Piatowa, co zbiegło się ze zmianą piłki, jedyną, której brakowało presji w tym meczu. Od tego momentu Barça zaczęła gromadzić posiadanie piłki, choć nie stwarzała realnego zagrożenia i zawsze była czujna na rosnącą agresję Szachtara. Ukraińcy grali szybko skrzydłami i zagrażali Jadsonowi w środku pola. W miarę upływu minut, początkowy atak gospodarzy osłabł, choć nie zniknął całkowicie. Barcelona rozpoczęła swoją typową grę opartą na posiadaniu piłki a Messi wystawił Piatowa na próbę. Bramkarz miał trudniej, gdy po pół godzinie gry Afellay perfekcyjnie dośrodkował z lewej strony do Adriano, ale obrońcy wybili piłkę, gdy bramkarz był już w defensywie. Chwilę później FC Barcelona była bliska zdobycia pierwszego gola, gdy do bramki wszedł Messi. Argentyńczyk podał piłkę pod kosz, ale Piatow popisał się znakomitą interwencją, uniemożliwiając zdobycie gola. Argentyńczyk nie zmarnował kolejnej okazji. Oddał płaski strzał, dając Barcelonie prowadzenie 0:1. Messi zadebiutował w europejskich pucharach w Doniecku w 2004 roku i to właśnie tam strzelił swojego rekordowego gola. Historyczny gol dla kibiców Blaugrany, jego 48. bramka w tym sezonie. Messi strzelił go w 42. minucie swojego 45. meczu. Argentyńczyk wciąż powiększa swój dorobek. Tuż przed przerwą Jadson ponownie wystawił na próbę umiejętności Valdésa. Brazylijczyk popisał się perfekcyjnym rzutem wolnym, który kataloński bramkarz obronił fenomenalną interwencją.
W drugiej połowie William stwarzał problemy, ale nie potrafił znaleźć skutecznego strzelca. Barça dobrze rozgrywała piłkę od tyłu, kontrolując jej posiadanie a Messi w 58. minucie przedarł się przez obronę. Rzucił się do przodu jak błyskawica, posyłając wspaniałe podanie do Afellaya, którego strzał został znakomicie obroniony przez Piatowa a następnie posłał piłkę obok bramki po strzale Alvesa. Kolejne fale ataków brazylijskich piłkarzy Szachtara dodały meczowi emocji. Guardiola wykorzystał okazję, aby zarządzać minutami swoich zawodników, zmieniając Pedro na Xaviego, Milito na Piqué, a Jeffrena na Villę. W końcówce zmęczenie dało o sobie znać a Valdés po raz kolejny znakomicie obronił potężny strzał Mkhitaryana. Chwilę później Messi, Alves i Pedro, którego strzał był wysoki, omal nie strzelili drugiego gola. Szachtar miał jednak najwyraźniejszą okazję po strzale głową Boliwijczyka Moreno, który mógł doprowadzić do wyrównania na siedem minut przed końcem. Ukraińcy próbowali, z wielką determinacją, do ostatniego tchu. Donbass Arena będzie jednym z obiektów Euro 2012; być może zagrają tam również Hiszpanie. To stadion, który ma wiele wspomnień z hiszpańskiej piłki nożnej, dzięki sukcesom FC Barcelony na tym stadionie i pierwszemu wyjazdowemu zwycięstwu Guardioli w fazie pucharowej Ligi Mistrzów.
@Sysia11
@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360
10
Pożegnanie z europejskimi pucharami:
W środę 12 kwietnia 1978 roku Johan Cruyff rozegrał swój ostatni mecz w europejskich pucharach dla FC Barcelony. Był to rewanżowy mecz półfinału Pucharu UEFA, gdzie PSV wyeliminowało Blaugrane z finału, który musiał rozegrać w dwumeczu z Bastią, co pozbawiło Johana szansy na pożegnanie się z klubem i zdobycie Pucharu UEFA. Holendrzy obronili prowadzenie 3-0 z pierwszego meczu, przegrywając na Camp Nou 1:3 z drużyną prowadzoną na boisku przez Cruyffa i trenowaną przez Michelsa. Obecność Michelsa, Neeskensa i Cruyffa w katalońskiej drużynie sprawiła, że atmosfera na ,,Philips Stadion” podczas pierwszego meczu była piekielna. Pod koniec meczu holenderski trener Blaugrany narzekał, że „goniąc Cruyffa jak psy myśliwskie, gnali za nim w obu meczach”, natomiast trener PSV Kees Rijvers nie przebierał w słowach, krytykując idola swojego kraju, opisując go jako „doskonałego aktora w polu karnym, wirtuoza w sztuce wywalczania rzutów karnych”. W pierwszym meczu Cruyff doświadczył jednego z najbardziej wrogich warunków, z jakimi zetknął się w swojej europejskiej karierze, będąc wygwizdywanym przez kibiców za każdym razem, gdy dotykał piłki. Ledwo wszedł do gry a Barça została zmiażdżona przez Holendrów, którzy wygrali 3-0 i dodatkowo stracili Neeskensa w meczu rewanżowym z powodu kartek.
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@Lionel_Messi10
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
@shaun
@Szalik
11
@FCBparasiempre
12 kwietnia 1974 r. urodził się brazylijski lewy obrońca Sylvio Mendes Campos Júnior, powszechnie znany jako Sylvinho (czasami alternatywnie pisany jako Silvinho ), brazylijski menedżer piłkarski i były zawodnik, obecnie zarządzający reprezentacją Albanii w piłce nożnej. Wcześniej lewy obrońca, karierę rozpoczął w Corinthians. Został podpisany przez Arsenal w 1999 roku i przez dwa sezony w klubie był popularnym zawodnikiem. Odszedł do Celty de Vigo z La Liga, zanim dołączył do FC Barcelona w 2004 roku, z którym zdobył między innymi Ligę Mistrzów UEFA w 2006 i 2009 roku. Wrócił do Anglii, aby spędzić swój ostatni sezon jako zawodnik w Manchesterze City w latach 2009–10. Po objęciu stanowiska menadżerskiego przez krótki czas pracował we francuskim klubie Lyon i brazylijskiej drużynie Corinthians, zanim w 2023 roku został trenerem reprezentacji Albanii, która następnie zakwalifikowała się do UEFA Euro 2024. Urodzony w São Paulo w Brazylii Sylvinho rozpoczął karierę w Corinthians w 1994 r. Z Timão Sylvinho wygrał Copa do Brasil w 1995 r. Z Corinthians zwyciężył także w 1998 r. w najwyższej klasie rozgrywkowej Brazylii, Campeonato Brasileiro Série A. Sylvinho również wygrał Campeonato Paulista w 1995, 1997 i 1999 razem z Corinthians. W 1999 roku został pierwszym brazylijskim zawodnikiem, który podpisał kontrakt z angielskim klubem Arsenal, z którym podpisał kontrakt przed rywalem z północnego Londynu, Tottenhamem Hotspur, który złożył mu liczne oferty. Wkrótce stał się pierwszym wyborem na lewej obronie, wypierając wieloletniego ulubieńca fanów Nigela Winterburna.
Na początku swojego pierwszego sezonu doznał porażki, kiedy nie wykorzystał rzutu karnego w rzutach karnych, gdy Arsenal odpadł z Pucharu Ligi z Middlesbrough a sezon zakończył się porażką 4:1 w rzutach karnych z tureckim klubem Galatasaray w Pucharze UEFA 2000 Finał, choć tym razem nie przyjął rzutu karnego. Podczas swojego drugiego sezonu w klubie został zastąpiony przez Ashleya Cole'a. Strzelał gole przeciwko Sheffield Wednesday, Charlton Athletic i Chelsea. Strzelił także dwa gole w Lidze Mistrzów dla Arsenalu przeciwko Sparcie Praga i Spartakowi Moskwa. W sezonie 2000–2001 Sylvinho znalazł się w Drużynie Roku PFA. Podczas swojej pracy w Arsenalu Sylvinho był zarejestrowany na podstawie portugalskiego paszportu, co pozwalało na uznanie go za obywatela Unii Europejskiej i zwolnienie go z wymogów dotyczących pozwolenia na pracę. Brytyjskie służby imigracyjne zbadały ważność tego dokumentu, zanim Sylvinho przeprowadził się do Celta Vigo, gdzie został sklasyfikowany jako obywatel Brazylii. Sylvinho powiedział po transferze do Celty, że nie miał pojęcia, że jest zarejestrowany w Arsenalu jako obywatel Portugalii i powiedział, że była to wyłącznie decyzja kierownictwa klubu. W 2001 roku przeniósł się do Celty Vigo, gdzie grał przez trzy lata, strzelając gola w lidze przeciwko Barcelonie 26 stycznia 2003 roku, swojemu przyszłemu klubowi. Stał się popularną postacią wśród fanów klubu, pomagając drużynie po raz pierwszy w historii zakwalifikować się do Ligi Mistrzów w sezonie 2003–2004. Sylvinho uzyskał hiszpański paszport w 2004 r., wydany mu po trzyletnim pobycie w Hiszpanii. Pozwoliło mu to ominąć ograniczenia dotyczące zawodników spoza UE w La Liga. W 2004 roku, po opłaceniu transferu w wysokości 2 milionów euro, podpisał kontrakt z FC Barcelona, z którą wygrał trzy krajowe ligi w latach 2005, 2006 i 2009 a także Ligę Mistrzów w latach 2006 i 2009. Po serii dobrych występów w 2008 r. otrzymał przedłużenie do 2009 r.
Zagrał cały mecz w zwycięstwie FC Barcelony 2:0 nad obrońcą tytułu Manchesterem United w finale Ligi Mistrzów UEFA 2009, przed zawieszonym Erikiem Abidalem , który trzy lata wcześniej był niewykorzystanym rezerwowym w finale. To był jego ostatni mecz w katalońskim klubie. Manchester City odwiedził Camp Nou 19 sierpnia 2009 roku i po pokonaniu Barcelony 1:0 w towarzyskim meczu, prowadził rozmowy na temat dołączenia Sylvinho do nich pod koniec miesiąca, łącząc się tym samym z rodakiem Robinho. 24 sierpnia 2009 roku ogłoszono, że podpisał kontrakt z City na zasadzie wolnego transferu z rocznym kontraktem. Zadebiutował przeciwko Scunthorpe United w Pucharze Ligi. Po raz pierwszy w lidze wystąpił 12 grudnia 2009 roku w meczu przeciwko Bolton Wanderers po nieobecności kontuzjowanego Wayne'a Bridge'a. Swojego pierwszego gola dla Manchesteru City strzelił w wygranym 4:2 meczu ze Scunthorpe w Pucharze Anglii 24 stycznia 2010 roku spektakularnym uderzeniem z dystansu. W dniu 8 czerwca 2010 roku ogłoszono, że kontrakt Sylvinho wygasł i że opuści klub wraz z Benjani Mwaruwari, Jackiem Redshawem, Karlem Moore'em i Martinem Petrovem.
Po otrzymaniu swojego pierwszego międzynarodowego powołania w 1997 roku pod wodzą Mario Zagallo na mecz z Rosją, Sylvinho dołączył do kadry Brazylii na Złoty Puchar CONCACAF w 1998 roku, podczas którego ostatecznie zajęli trzecie miejsce i tym samym zdobył z drużyną brązowy medal. Następnie zadebiutował w reprezentacji Brazylii w towarzyskim meczu z Walią w Cardiff 23 maja 2000 roku, który zakończył się zwycięstwem 3:0. Cztery dni później zagrał w towarzyskim meczu z Anglią w Londynie, który zakończył się remisem 1:1. Następnie wystąpił w sumie w 6 występach w reprezentacji, będąc rezerwowym dla Roberto Carlosa na lewym obrońcy. Jego ostatni występ w reprezentacji Brazylii miał miejsce 28 marca 2001 w meczu eliminacyjnym do Mistrzostw Świata przeciwko Ekwadorowi. W dniu 7 lipca 2011 r. Sylvinho ogłosił, że odchodzi z piłki nożnej. Został zatrudniony jako zastępca menedżera Cruzeiro 27 września 2011 r. Po pracy w Sport Recife i Náutico wrócił do Corinthians 5 lipca 2013 r. jako zastępca menedżera w Tite. W dniu 13 grudnia 2014 roku został mianowany asystentem trenera Roberto Manciniego przez włoski klub Inter Mediolan. W dniu 20 lipca 2016 roku dołączył do reprezentacji Brazylii jako asystent Tite po raz kolejny. 9 kwietnia 2019 r. został mianowany menadżerem reprezentacji Brazylii do lat 23 przed Letnimi Igrzyskami Olimpijskimi w 2020 r. ale nie objął kierownictwa. 19 maja 2019 roku ogłoszono, że Sylvinho zastąpi Bruno Génésio w Olympique Lyonnais. Rodak Juninho Pernambucano, ikona klubu, został dyrektorem ds. piłki nożnej. W swoim debiucie na stanowisku menedżerskim seniorów 9 sierpnia wygrał 3:0 z Monako a tydzień później zwyciężył u siebie 6:0 z Angers. Nie wygrał już więcej meczów w następnych siedmiu meczach ligowych i został zwolniony 7 października 2019 roku po porażce 1:0 z rywalem Saint-Étienne w derbach Rodanu. 23 maja 2021 roku ogłoszono powrót Sylvinho do Corinthians jako nowego menadżera w ramach kontraktu do końca następnego roku. Tydzień później w swoim debiucie przegrał u siebie 1:0 z Atlético Goianiense po niewykorzystanym rzucie karnym. 3 lutego 2022 roku, zaledwie po trzech meczach nowego sezonu, został zwolniony po porażce 1:2 u siebie z rywalem Santosem. W dniu 2 stycznia 2023 roku Albański Związek Piłki Nożnej ogłosił, że osiągnął porozumienie z Sylvinho w sprawie objęcia funkcji nowego głównego trenera reprezentacji Albanii i że Pablo Zabaleta i Doriva dołączą do niego jako asystenci trenerów. Siedem dni później został oficjalnie mianowany głównym trenerem i podpisał 18-miesięczny kontrakt, którego celem była kwalifikacja do UEFA Euro 2024. Zadebiutował 27 marca w przegranej 1:0 na wyjeździe z Polską w kwalifikacjach, ale później poprowadził drużynę do finałów, remisując 1:1 z Mołdawią 17 listopada. Czterema zwycięstwami, trzema remisami i tylko pierwszą porażką Albania wygrała grupę, wyprzedzając Czechy w bezpośrednim pojedynku; Sylvinho otrzymał Złotą Odznakę Orła z rąk premiera Albanii Edi Ramy. Sylvinho, szybki, niezawodny i utalentowany technicznie lewy obrońca, był znany szczególnie ze swoich nakładających się przebiegów a także umiejętności dośrodkowań lewą nogą; posiadał również dobrą świadomość taktyczną, atrybuty defensywne i koncentrację, co umożliwiło mu również grę jako pomocnik a czasami nawet skrzydłowy.
7
Żywe, niedoceniane legendy FC Barcelony:
@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360
11
Premiery Dumy Katalonii:
12 kwietnia 1925 r. FC Barcelona rozegrała swój pierwszy w historii mecz z klubem z Ameryki Południowej. Przeciwnikiem był Nacional Montevideo a mecz na ,,Camp de Les Corts” zakończył się wynikiem 2:2 po dwóch golach legendarnego Josepa Samitiera. Naturalnie był to mecz towarzyski. Warto wspomnieć iż w ekipie ,,Urusów” zagrał(i strzelił jednego z goli) słynny napastnik Hector Scarone, który rok później występował w barwach… Blaugrany.
@Adran360
@Bernard777
@Gary
@Kapitan hawk
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
13
Dzień, w którym Maradona zagrał w błocie aby uratować chore dziecko:
Legenda Diego Armando Maradony jest powszechnie znana ale oprócz jego błyskotliwej gry na boisku, „El Pelusa” jest również bohaterem niezliczonych opowieści i anegdot. Jego nałogi doprowadziły go do popełnienia niezliczonych błędów, ale jego skromne serce pozostawiło po sobie wzruszające historie, które poruszają nas do dziś. Jeden z najbardziej uderzających przykładów miał miejsce w 1985 roku, kiedy młody Maradona dopiero co przybył do Włoch. Neapol oszalał na punkcie jego transferu a Maradona był tak uwielbiany, że stadion San Paolo był wypełniony po brzegi w każdą niedzielę. Dwadzieścia pięć kilometrów dalej, w miejscowości Acerra, zdesperowany ojciec skontaktował się z Pietro Puzone, pomocnikiem Napoli pochodzącym z tego regionu. Jego syn był chory, cierpiał na deformację podniebienia, która szpeciła mu twarz i potrzebował pilnej operacji w Szwajcarii. Zdesperowany, by uratować syna Lukę, Gennaro(tak nazywano odważnego ojca) skontaktował się z Napoli z prośbą o pomoc klubu. Zaproponował zorganizowanie meczu charytatywnego na stadionie San Paolo w celu zebrania funduszy, ale klub Partenopei odrzucił jego prośbę. Wydawało się, że pomysł nie zostanie zrealizowany, ale kiedy historia dotarła do Diego, wszystko się zmieniło. Maradona był zdeterminowany, by pomóc rodzinie i próbował przekonać klub. Argentyńczyk ponownie spotkał się z odmową ze strony prezesa Corrado Ferlaino ale Maradona ostatecznie sprzeciwił się swojemu szefowi, aby mu pomóc. Maradona, Puzone i kilku jego kolegów z drużyny zgodziło się rozegrać mecz, a dzień po zwycięstwie nad Lazio, 12 piłkarzy Napoli udało się do Acerry, aby rozegrać mecz na stadionie miejskim. 25 stycznia 1985 roku, ku zdumieniu kibiców, Maradona i jego koledzy z drużyny rozgrzewali się na błotnistym parkingu, przygotowując się do meczu na swoim lokalnym boisku. Napoli Maradony miało grać z Acerraną. Boisko nie było w najlepszym stanie ale Maradona nie przejmował się błotem i ryzykiem kontuzji. Numer 10 pokazał swoją skromność i(wspominając czasy gry na ziemnych boiskach w Argentynie) wziął udział w meczu charytatywnym, który dziś byłby nie do pomyślenia. Najlepszy piłkarz na świecie ryzykował kontuzję w meczu towarzyskim ale myśl o uratowaniu małego Luki była dla niego ważniejsza niż ewentualne konsekwencje, jakie mógł ponieść jego klub.
Maradona i Puzone zorganizowali mecz 12-osobowy , aby nie był on uznawany za mecz piłki nożnej i tym samym uniknąć potencjalnych sankcji ze strony Napoli i FIFA. Napoli pokonało Real Acerrana 4:0 dwoma golami Maradony a jego drugi gol przypominał gola, którego strzelił Anglii w Meksyku w 1986 roku. Ale najważniejsze w tym meczu było to, że ludzie mogli cieszyć się oglądaniem swojego idola, pomagając jednocześnie chłopcu. Diego przekazał 15 z 20 milionów lirów zebranych tego zimnego, deszczowego popołudnia, dzięki czemu zdesperowany ojciec mógł poddać syna operacji. Osiemnaście lat później Luca mógł podziękować mu za ten gest w programie telewizyjnym i dziś żyje zdrowo i szczęśliwie, wspominając idola, który uratował mu życie. Tego popołudnia, pośród błota i bagna, objawił się prawdziwy Maradona: ziemski bóg z cnotami i wadami, który jednak z pokorą i miłością do piłki wyciągał rękę do wszystkich, którzy prosili go o pomoc.
@Sysia11
@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@Kapitan hawk
@Gary
@Bernard777
@Adran360
1
O jes! Gol Brentford. Pięknie i bravissimo!
16
Espanyol zapomniał już, jak się pokonuje Dume Katalonii:
Od ostatniego zwycięstwa Espanyolu, FC Barcelona zdobyła 10 tytułów a Espanyol dwukrotnie spadł do Drugiej Ligi. Barça jest największym klubem w Barcelonie i Katalonii. A RCD Espanyol jest jego największym lokalnym rywalem. Różnica między tymi dwoma klubami jest obecnie bardzo duża ale nie zawsze była tak duża. Kibice Espanyolu pamiętają kilka pamiętnych zwycięstw na Camp Nou. Na przykład zwycięstwo 3:1 w sezonie 1981/82, po golach Magureguiego i Lauridsena. Ostatnie zwycięstwo Espanyolu na stadionie Barçy miało miejsce 21 lutego 2009 roku, po dwóch golach Ivána de la Peñi (2:1). Od tego czasu Barça nie przegrała nawet ze swoim rywalem w La Liga. Nadal są niepokonani na stadionie RCD w najważniejszych hiszpańskich rozgrywkach. Barça i Espanyol mierzyły się ze sobą 179 razy w La Liga a bilans spotkań wyraźnie przemawiał na korzyść Blaugrany: 105 zwycięstw, 34 porażki i 40 remisów (347 bramek do 184). Co więcej, Barça świętowała swoje dwa ostatnie tytuły mistrzowskie na stadionie RCDE, po zwycięstwach, które głęboko rozczarowały Espanyol. Po legendarnym golu Ivána, Duma Katalonii wygrała Puchar Króla, La Ligę, Ligę Mistrzów, Superpuchar Hiszpanii, Superpuchar UEFA i Klubowe Mistrzostwa Świata w 2009 roku – najlepszym w swojej historii. Espanyol, sobotni rywal Barcelony, jest w kryzysie. Wykorzystują dobrą grę w pierwszej połowie. Zajmują dziesiąte miejsce z 38 punktami, połowę drużyny Hansiego Flicka. W meczu na Cornellà Barcelona wygrała 2:0. Derby Cornellà-El Prat miały druzgocący wpływ na drużynę Manolo Gonzáleza, która przeżywała złotą erę pod wodzą nowego właściciela Alana Pace'a. Kibice marzyli o Europie, nawet jeśli miała to być tylko Liga Europy. Dziś kibice Espanyolu zdają sobie sprawę, że obecny sezon nie będzie miał szczęśliwego zakończenia ale zwycięstwo na Camp Nou byłoby najlepszym pocieszeniem po trzech miesiącach trudności. Espanyol zakończył rok 2025 z 31 000 kibiców, w porównaniu z 26 800 kibicami Barcelony. Choć ich baza kibiców jest stosunkowo niewielka, są oni lojalni, a klub szczyci się tym, że jest „wspaniałą mniejszością” Katalonii.
Derby Cornellà-El Prat miały druzgocący wpływ na drużynę Manolo Gonzáleza, która przeżywała złotą erę pod wodzą nowego właściciela Alana Pace'a. Kibice marzyli o Europie, nawet jeśli miała to być tylko Liga Europy. Dziś kibice Espanyolu zdają sobie sprawę, że obecny sezon nie będzie miał szczęśliwego zakończenia ale zwycięstwo na Camp Nou byłoby najlepszym pocieszeniem po trzech miesiącach trudności. Tymczasem Barça mierzy się z derbami, myśląc o rewanżowym meczu ćwierćfinałowym Ligi Mistrzów z Atlético. Po porażce 0:2 na Camp Nou, drużyna Hansiego Flicka będzie potrzebowała cudu na Metropolitano. Sobotni mecz to dla lidera ligi raczej przeszkoda niż wzmocnienie. Na osiem kolejek przed końcem sezonu Barça ma sześć punktów przewagi nad Realem Madryt, swoim odwiecznym rywalem. Starcie z Espanyolem może być trudnym meczem dla Flicka, który będzie musiał zdecydować, czy dać odpocząć kluczowym zawodnikom, którzy mają teraz ciężki okres. Espanyol również nie ma wiele do stracenia, ale jest zdeterminowany, by odnieść pierwsze zwycięstwo na Camp Nou od 17 lat. Ich ostatnie zwycięstwo u siebie na tym stadionie ma jeszcze dłuższą historię. Miało ono miejsce w 2007 roku, gdy trenerem Espanyolu był Ernesto Valverde a FC Barcelonę prowadził Frank Rijkaard. Od tego czasu Blaugrana zdobyła 10 tytułów mistrza La Liga, a Espanyol dwukrotnie spadał do Second Division.
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
1
Lets go Brentford! Lests go!
8
@FCBparasiempre
Wychodzisz na mecz z jasnym celem. Przegrać jak najmniej. Zdarzało ci się już w tych eliminacjach dostać lanie 0:13 czy 0:8, ale są to wyniki do zaakceptowania. Nie wiesz że za chwilę wydarzy się tragedia. Twoja drużyna zapisze się w kartach historii przez najwyższą porażkę w meczu międzynarodowym. Przegrywasz 0:31! Z Australią w strefie Oceanii było jak z młodszym bratem, któremu strzelasz 20 goli a on ci żadnego. Z tą jednak różnicą że on nie potrafi jeszcze liczyć, więc cieszy się po prostu że z Tobą kopie. 22:0 z Tonga, 17:0 z Wyspami Cooka, 16:0 z Wyspami Cooka, 13:0 z Wyspami Salomona. To kilka wyników ,,Socceroos” do feralnego spotkania z Samoa Amerykańskimi w 2002 roku. Tylko Nowa Zelandia potrafiła im się przeciwstawić. Licząc od lat 90. do dziś – zagrali z Australią 18 razy. 15 razy przegrali, raz zremisowali i dwa razy w słodkim stylu, bo w finałach pucharu kontynentu, wygrali po 1:0. Samoa Amerykańskie to połączenie największej wyspy, która nazywa się Tutuila i sześciu mniejszych wysepek na Oceanie Spokojnym. Jest to terytorium nieinkorporowane Stanów Zjednoczonych. Mieszka tam ponad 50 tysięcy ludzi. 11 kwietnia 2001 roku. Reprezentanci Amerykańskiego Samoa są po dwóch porażkach w swoich debiutanckich eliminacjach do mundialu. 0:13 i 0:8. Pierwszy raz w historii mają zmierzyć się z wielką Australią, która dwa dni wcześniej rozprawiła się z Tonga 22:0. W 1987 roku na turnieju Południowego Pacyfiku przegrali 0:20 z Papuą-Nową Gwineą, ale kto by to pamiętał. Przyznaję, że nieco patetycznie napisałem we wstępie, że nie wiedzieli o zbliżającej się tragedii. Mogli się jednak domyślać. Dlaczego? Zabroniono grać niemal wszystkim podstawowym zawodnikom. Zażądano od nich paszportu amerykańskiego. Tylko bramkarz, Nicky Salapu, spełniał to kryterium. Australia w tamtej chwili głośno debatowała o opuszczeniu swojej strefy eliminacyjnej. Potrzeba było argumentów. Właśnie dlatego wpakowali reprezentacji Tonga 22 gole. Piłkarze Samoa Amerykańskiego ostatecznie nie dostają pozwolenia na grę, co wielu określa mianem spisku. Młodsi zawodnicy mają szkolne egzaminy, więc ich też nie da rady powołać. Zbierają zespół dzieciaków ze średnią wieku 18 lat i trzema 15-latkami w składzie. Nie wszyscy w życiu w ogóle zagrali w spotkaniu 90-minutowym. Nie mają najmniejszego pojęcia o taktyce i nie potrafią skakać do główek.
Nicky Salapu był największą gwiazdą tamtego zespołu. Jako jedyny mógł zagrać. Po porażce wielokrotnie z niego żartowano, jednak prawda jest taka, że gdyby nie on, to skończyłoby się na 50 straconych bramkach. Nawet zainteresowało się nim kilka zagranicznych klubów. Twierdził jednak, że do tego meczu w ogóle nie powinno dojść i że niepotrzebnie kompletowali zupełnie przypadkowy zespół. Czy był zawstydzony klęską? Miał bardzo wysokie ambicje: ,,Chcę być jak Fabien Barthez. Znasz gościa, który gra w Manchesterze United? mam jego rękawice z autografem, ale nie są oryginalne. Cieszyłem się grą. Nie czuję się zawstydzony, bo każdy z nas się czegoś nauczył. Jeśli moglibyśmy wystąpić pierwszym składem, to mogłoby być 0:5, 0:6. Bez moich najlepszych obrońców nic nie mogłem zrobić.” Tony Langkilde, menedżer zespołu, miał żal do federacji, samych Australijczyków i przede wszystkim do mediów, które niepochlebnie wypowiadały się o umiejętnościach piłkarzy Samoa Amerykańskiego, nie przedstawiając do tego prawdziwej wersji zdarzeń. Efektowną porażkę trzeba było sprzedać. Nieważne, że prawie nikt z podstawowej kadry nie mógł zagrać: ,,Prawdopodobnie od początku celowali w rekord i nic nie byliśmy w stanie zrobić. Mogliby ustąpić, przecież nie potrzebowali tych bramek. Przeszkadza nam, że ludzie się odwracają i mówią, że nie powinno nas być w tym turnieju. Nie rozumieją, dlaczego nie mamy tak silnego zespołu i nie znają problemów, które musieliśmy pokonać.” Tablica pokazuje 32:0. Stracony gol co 2 minuty i 45 sekund. Przegrani leżą wykończeni na murawie. Dali z siebie tyle, ile mogli. Byli po prostu bezradni. Często mylnie mówi się o wyniku 32:0. Nawet FIFA się pogubiła. Wszystko przez osobę, która ręcznie zmieniała liczbę bramek na tablicy wyników. Jednego gola sędzia Ronan Leaustic nie uznał z powodu spalonego. Padały one jednak tak szybko, że można było się pomylić. ,,Nikt nie rozumiał! ani widzowie, ani dziennikarze, ani ludzie, którzy ręcznie obsługiwali tablicę wyników. To było nadzwyczajne. usłyszałem odgłosy za drzwiami naszej szatni. Otworzyłem je i zobaczyłem dziennikarzy! Szybko zorientowałem się, że coś się dzieje. konieczne było wyjaśnienie i podanie prawidłowego wyniku” – mówił dla France Football. Zostali ewidentnie oszukani w sprawie paszportów. To przecież sprawa na olbrzymią aferę. To jednak całkowicie nie ten typ ludzi. Po prostu to zaakceptowali, nadal wesoło tańczyli i zaczęli się modlić o pozytywny rezultat. ,,Ci chłopcy akceptowali wszystko z godnością. Nie walczyli o swoje prawa tak, jak powinni. Powiedziałem do komisarzy FIFA, że ci oni i tak zamierzają się jakimś cudem zebrać. Zapytałem – czy takiego właśnie meczu chcecie? wynik nic dla nich nie znaczy” – mówił David Smith.
David Smith zajmował się sprawami organizacyjnymi. Pełnił rolę łącznika pomiędzy reprezentacjami. Był zdumiony radością, jaką prezentowali goście z Samoa. Potrafili się świetnie bawić i to po totalnym blamażu, co czytamy w wypowiedzi łącznika. Przegrali 0:31, ale to nie przeszkodziło im rozerwać się wieczorem w Coffs Harbour, gdzie odbył się mecz: ,,Przegrali w fatalnym stylu, ale stanęli w szeregu z rękami na ramionach kolegów i śpiewali. Są fantastycznymi śpiewakami. Gdyby to był konkurs śpiewu, to wszyscy inni by się poddali. Świetni ludzie, świetne głosy, ale w piłkę grać nie umieli. byli fatalni, okropni. Rezerwy z siódmej ligi amatorskiego zespołu by ich pokonały. Byli to jednak najlepsi ludzie, jakich poznałem.” Dobrze znacie scenę z filmu „Ucieczka do zwycięstwa”. Punktem kulminacyjnym jest mecz, który rozgrywają między sobą alianccy więźniowie i drużyna niemiecka. Jeńcy tworzą plan, by uciec w przerwie, jednak ostatecznie wychodzą na murawę i w drugiej połowie ogrywają we wspaniałym stylu Niemców. Piłkarze z Samoa Amerykańskiego przegrywali do przerwy 0:16, ale nawet nie myśleli o ucieczce. Sędzia by się pewnie nie pogniewał, bo w notesie powoli brakowało miejsca na zapisywanie kolejnych strzelców: ,,Samoańczycy nie próbowali uciekać w przerwie! Pod koniec pierwszej połowy zdałem sobie sprawę, że nie mam już zbyt wiele miejsca do notowania strzelców bramek. Po wznowieniu australijski gracz zapytał mnie, czy wziąłem flipchart!”. Archie Thompson strzelił w tamtym spotkaniu 13 goli! Dla reprezentacji zdobył 28 goli, z czego niemal połowę stanowiły te z pojedynku z Samoa. Na pytanie zadane przez Four Four Two, czy dostał cztery piłki, odpowiedział: ,,Nie, tylko jedną a powinienem! Powinienem był się dowiedzieć, czy tak można.” Australia swoje mecze eliminacyjne do mistrzostw świata i kontynentu gra z drużynami azjatyckimi od 2006 roku, a to spotkanie było jednym z największych argumentów do opuszczenia federacji Oceanii. Gdyby nie to, kat Amerykańskiego Samoa zapewne uzbierałby w kadrze tych goli jeszcze więcej. Bardzo ucieszył się z rekordu, jakim było 13 goli jednego zawodnika w meczu międzypaństwowym, jednak pytał, czy jest sens gry z takimi zespołami: ,,Pobicie rekordu świata jest spełnieniem marzeń. Tylko musisz widzieć też z kim gramy i pytać, czy jest sens. To strata czasu. Ich zawodnicy byli na koniec uśmiechnięci. Niewiele więcej mogli zrobić. Myślę, że chcieli w ogóle wyjść z połowy. Reprezentanci Samoa Amerykańskiego oddali jeden celny strzał na bramkę. W 86. minucie. Michael Petkovic jednak obronił. Dopiero w 2011 roku wygrali swój pierwszy mecz. 2:1 z Tonga. O pracy trenera Thomasa Rongena z tą kadrą opowiada dokument Next goal wins. Gwiazdą reprezentacji był Nicky Salapu. Ten sam, który puścił 31 bramek z Australią. W obronie grał też Jaiyah Saelua, pierwszy transseksualista w eliminacjach MŚ. Od tego czasu futbol na tej wyspie się rozwija. W eliminacjach do mundialu w Rosji byli bardzo bliscy przejścia pierwszej fazy eliminacyjnej. Pokonali dwie ekipy – Tonga i Wyspy Cooka. Wyprzedziła ich tylko drużyna Samoa. Zmobilizowali się po tym, jak na całym świecie ich wyśmiewano. Rekord ten utrzymywał się do lipca 2015 roku. Wtedy to reprezentacja Fidżi pokonała Mikronezję 38:0 w Igrzyskach Pacyfiku. Kilka dni później Vanuatu wygrało z nimi jeszcze więcej. 46:0. Bramkarz otwarcie przyznał dziennikarzowi Guardiana, że pierwszy raz na tej pozycji zagrał trzy tygodnie wcześniej. 0:30 z Tahiti, 0:38 z Fidżi, 0:46 z Vanuatu. Da się być gorszym od Samoańczyków. Piłkarze tej reprezentacji odetchnęli z ulgą. Od tamtej chwili nie byli już najgorsi.
7
Australia ustanawia rekord świata:
@1LY0
@Szalik
@shaun
@MoralnyKarzel
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@Kapitan hawk
@Bernard777
@Adran360
13
Żywe legendy rodzimego futbolu:
11 kwietnia 1963 r. urodził się Waldemar Fornalik. Człowiek-legenda Ruchu, „Waldek King”, wieloletni zawodnik i trener Niebieskich, którego chorzowscy kibice do dziś darzą ogromnym szacunkiem. Obecnie ze świecą szukać piłkarza, który byłby tak przywiązany do barw klubowych, by spędzić w nim całą karierę. Waldemar Fornalik występował na pozycji obrońcy – jako stoper lub po lewej stronie, czasem jako defensywny pomocnik. Choć rozegrał w lidze 233 mecze (zdobył 4 bramki), to nie przełożyło się to na grę w najważniejszej drużynie w kraju – reprezentacji Polski. Życie napisało dla niego inny scenariusz. Fornalik raz przywdział koszulkę z orzełkiem na piersi, ale było to spotkanie nieoficjalne. W 1993 roku PZPN wysłał do Stanów Zjednoczonych... drużynę Ruchu, która 29 września wystąpiła w sparingu z Meksykiem (0:0, k. 4-3) pod szyldem… Polski B. Zgodę na to wydał ówczesny selekcjoner pierwszej reprezentacji Andrzej Strejlau. Mecz rozegrano na ,,Coliseum Stadion” w Oakland. W polskim zespole pojawili się m.in. Piotr Lech, Jacek Bednarz, Michał Probierz i Dariusz Gęsior. W reprezentacji Fornalik zadebiutował po wielu latach ale jako selekcjoner. Został nim 10 lipca 2012 roku. Na pierwszy mecz w nowej roli czekał do 15 sierpnia. Nie wypadł on okazale. Biało-czerwoni przegrali w kiepskim stylu towarzyskie starcie z Estonią (0:1) na ,,A. Le Coq Arena” w Tallinie. Fornalik pracował z reprezentacją przez ponad rok. Głównym celem był awans do mistrzostw świata w Brazylii w 2014 roku. Tej misji „Waldek King” i spółka nie zdołali podołać. Po raz ostatni w roli trenera drużyny narodowej wystąpił 15 października 2013 roku w spotkaniu z Anglią (0:2) na stadionie Wembley w Londynie, które zakończyło nieudane eliminacje mundialu. Polska zajęła dopiero czwarte miejsce w grupie. Po nieudanej przygodzie z kadrą – choć tu głosy są podzielone – wydawało się, że kariera trenerska Fornalika niechybnie dobiegnie końca. Jednak ci, którzy przedwcześnie skreślali go jako szkoleniowca, musieli posypać głowy popiołem. Trener nie czuł się wypalony. Wrócił do Ruchu Chorzów (pracował w nim już wcześniej), a potem przeniósł się do Gliwic. I to był strzał w dziesiątkę. Z Piastem sięgnął w 2019 roku po mistrzostwo Polski. ,,Gdybym tego głodu nie czuł, nie byłoby tego wszystkiego, co wydarzyło się po reprezentacji. U nas często pokutuje takie przekonanie, że trener koło sześćdziesiątki to już jest stary trener. (...) Dzisiaj często jesteśmy zachwyceni tym, że młody trener ma ileś tam lat a nie patrzymy na doświadczenie i na to, kto jak pracuje. Oczywiście nie ma reguły, nie chcę nikogo krytykować ani nikomu ubliżać”- wypowiadał się pan Waldemar. Fornalik stał się więc ponownie „Waldkiem Kingiem”. Czas pokaże, jak potoczy się jego kariera trenerska. Jedno nie ulega wątpliwości – ten szkoleniowiec nie powiedział jeszcze ostatniego słowa.
Sukcesy: Mistrz Polski z Ruchem Chorzów jako piłkarz (1989) 3. miejsce w I lidze (ekstraklasie) z Ruchem Chorzów jako piłkarz (1983) Mistrz Polski z Piastem Gliwice jako trener (2019) Wicemistrz Polski z Ruchem Chorzów jako trener (2012) 3. miejsce z Ruchem Chorzów jako trener (2010) 3. miejsce w ekstraklasie z Piastem Gliwice jako trener (2020)
@Adran360
@Bernard777
@FcPortoFan1999
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
9
Legendy polskiego sportu:
11 kwietnia 1911 r. urodził się Ryszard Koncewicz, polski piłkarz, trener, działacz piłkarski, selekcjoner reprezentacji Polski, żołnierz. Ryszard Koncewicz przyszedł na świat siedem lat przed odzyskaniem przez Polskę niepodległości. Z całą rodziną mieszkał na Łyczakowie we Lwowie, niedaleko miejsca nazywanego dzisiaj Cmentarzem Orląt Lwowskich. Był niewysokim mężczyzną, 162 centymetry wzrostu. Na obrońcę się nie nadawał, ale na rozgrywającego jak najbardziej. Został juniorem polskiego klubu piłkarskiego Lechia Lwów. Występował w nim aż do wybuchu drugiej wojny światowej. Jak tylko rozpoczęła się agresja Niemiec na Polskę zaciągnął się do wojska. Został wcielony do 40. pułku Piechoty Dzieci Lwowskich. Uzyskał stopień podpułkownika. Skierowano go do obrony Warszawy. Po jej kapitulacji trafił do niewoli. Do końca wojny przebywał w kilku obozach jenieckich. W oflagu IIC Woldenberg założył konspiracyjny klub piłki nożnej, KS Lwów. „Zawsze mówił ze swadą, posługując się piękną polszczyzną, z delikatnym lwowskim akcentem. Była to naprawdę osobowość wyjątkowa” - pisał Michał Listkiewicz, członek Stowarzyszenia Woldenberczyków. Po zakończeniu działań wojennych rozpoczął pracę szkoleniową. W roku 1945 miał już 34 lata. Był to moment, w którym wybrał pracę trenera. Nie chciał rozstawać się z piłką nożną. Jego celem było stworzenie - jak byśmy dzisiaj powiedzieli - „narodowego modelu gry”. Tak ocenił Koncewicz jakość pracy szkoleniowej w polskiej piłce nożnej na silesiasport.pl: „Liczyli na szczęście lub przypadek. Tak grać nie wolno. Trzeba zawsze prowadzić otwartą grę”. Pracował w Ruchu Chorzów. Zdobył z nim mistrzostwo Polski w 1951. Później przeszedł do Polonii Bytom, z którą w 1954 wywalczył tytuł mistrza naszego kraju. Jednak jego nowatorskie, ale z drugiej strony ostre, metody pracy nie znalazły uznania w oczach podopiecznych. Mimo niewątpliwych sportowych sukcesów. „Bardzo wymagający trener miał, w opinii zawodników, trudny charakter. Z Polonii został wydalony za względu na skargi piłkarzy w zarządzie. Czuli się przez niego strofowani i atakowani” - można było przeczytać na silesiasport.pl. Na szczęście władze innych klubów nie przestraszyły się tej opinii.
W roku 1956 przeszedł do Legii Warszawa, z którą wygrał ligę oraz zdobył puchar kraju. Później trenował jeszcze Gwardię Warszawa. W niej zakończył współpracę z klubami. W roku 1948, z racji nowatorskiego podejścia do kwestii szkoleniowych oraz organizacyjnych, został zaproszony do współpracy przez ówczesnego selekcjonera Polski Wacława Kuchara. Połączenie pracy w reprezentacji z działalnością w klubach wyszło tylko na dobre. W roku 1950 po raz pierwszy prowadził drużynę narodową samodzielnie. Władze naszej piłki poszły za ciosem i powołały Koncewicza na szefa Rady Trenerów Związku. Od tego czasu był jeszcze ośmiokrotnie proszony o zajęcie się zespołem narodowym. Pracował z przerwami aż do roku 1970. Był coraz bliżej stworzenia profesjonalnego systemu zarządzania drużyną narodową. Strzałem w przysłowiową dziesiątkę było prowadzenie zespołów klubowych i reprezentacji w tym samym czasie. Koncewicz dostrzegł wszystkie bariery we współpracy terenu z reprezentacją. Tak wypowiadał się, o problemach jakie napotkał, w książce „Piłka Nożna” autorstwa Stefana Grzegorczyka, Jerzego Lechowskiego oraz Mieczysława Szymkowiaka: „Ujemny wpływ na pracę selekcjonera wywierają nie najlepiej układające się stosunki na linii klub – reprezentacja. Mimo słownych deklaracji trenerów klubowych o uznaniu priorytetu reprezentacji, dla wielu z nich nadal bliższe są interesy własnego klubu. Trzeba też powiedzieć, że właściwą selekcję utrudnia wciąż nie najlepsza praca zawodników w zespołach klubowych. Dla potrzeb reprezentacji jest to za mało”. Drugą bolączką była postawa samych reprezentantów na zgrupowaniach. Trener jako osoba hołdująca twardym zasadom, postanowił to zmienić. Udało się to po sławnej „Aferze Kuflowej”. W roku 1962 Polska przegrała mecz z wicemistrzami świata Czechosłowacją (1:2). Po nim wszyscy udali się na obiad. Czołowa gwiazda naszej drużyny Ernest Pohl do posiłku zamówił dwa piwa. Koncewicz poprosił kelnera o odniesienie ich do baru. Pohl jednak zapłacił i wypił na oczach całej drużyny. W dodatku skomentował całe zajście: „Jestem dorosły i nikt nie będzie zabraniał mi wypicia po meczu butelki piwa. Dzieci i ryby głosu nie mają”. Selekcjoner nałożył na niego trzymiesięczną dyskwalifikacje. Ale to nie był koniec. Ówczesnym prezesem PZPN był Marian Ryba, który wziął te słowa do siebie. Pohl nie zagrał w drużynie narodowej przez kolejne dwa lata. „Mało kto pamięta, że przed erą Górskiego był Koncewicz’" - wspominał Jerzy Engel na silesiasport.pl. Pod koniec lat sześćdziesiątych Koncewicz pomału kończył już wielokrotną współpracę z drużyną Polski. Selekcjonerem reprezentacji U21 został Kazimierz Górski. „Koncewicz zawsze wiedział czego chce, jak trzeba pracować w klubach i w PZPN, ale bardzo często napotykał, z różnych względów, bariery nie do sforsowania. Przetarł jednak szlaki innym. Niemal wszyscy zawodnicy, z których korzystał później Górski wyszli spod jego ręki (…) Kostka, Oślizło, Anczok, Deyna, Maszczyk, Ćmikiewicz, Szołtysik, Lubański, Gadocha” - wspominali autorzy w książce „Piłka Nożna”. Koncewicz do roku 1980 był wiceprezesem PZPN ds. szkolenia. W historii naszej reprezentacji jest rekordzistą. Ryszard Koncewicz zmarł 15 marca 2001 r. w Warszawie.
@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@FcPortoFan1999
@Bernard777
@Adran360
9
FC Sevilla przycina skrzydła Dumie Katalonii:
11 kwietnia 2015 r. Sevilla zacieśniła walkę o tytuł mistrza La Liga remisując 2:2 z FC Barceloną w meczu, który początkowo wyglądał bardzo korzystnie dla podopiecznych Luisa Enrique, zdobywając dwie bramki w ciągu pierwszej połowy godziny. Jednak Sevilla odwróciła losy meczu, zmniejszając przewagę Barçy nad Realem Madryt w lidze do zaledwie dwóch punktów. Był to jeden z najtrudniejszych wyjazdowych meczów Blaugrany w sezonie, jednak Barça narzuciła swoją wolę wspaniałą pierwszą godziną, w której utrzymała absolutną kontrolę nad grą i wypracowała sobie dwubramkową przewagę, która wydawała się nie do pokonania dla całkowicie zdezaktywowanej Sevilli. Jednak strzał z dystansu Banegi zmienił wszystko i Sevilla, pobudzona fantastyczną atmosferą i intensywnością typową dla drużyny wschodzącej, która nie przegrała u siebie od 14 miesięcy, odwróciła losy meczu pod każdym względem. Po kilku najlepszych okresach Barcelony w ostatnich tygodniach, mecz przerodził się w rewolucję Sevilli. Barcelona traciła opanowanie w miarę upływu minut, a Sevilla ostatecznie zapewniła sobie remis, który wydawał się zwycięstwem dzięki bramce Gameiro. Barça, zapomniawszy o dwóch świetnych golach Messiego i Neymara nie potrafiła zareagować i straciła dwa punkty, zbliżając się do ligowej stawki Realu Madryt, który kilka godzin wcześniej odniósł pewne zwycięstwo nad Eibarem.
Nikt nie spodziewał się takiego meczu po spektakularnym początku Barcelony. Podopieczni Luisa Enrique spowolnili Sevillę od pierwszej minuty i tuż przed upływem kwadransa wyszli na prowadzenie dzięki efektownemu golowi Messiego, który po raz kolejny, dzięki swojej popisowej akcji, podwyższył wynik na 0:1. Otrzymał podanie od Neymara w polu karnym, opanował piłkę i perfekcyjnie umieścił ją w siatce. Sevilla nie dawała oznak życia a Barça świetnie się bawiła. Do tego stopnia, że zazwyczaj nieuchwytny Neymar ponownie trafił do siatki pięknym rzutem wolnym, którego Sergio Rico nie zdołał obronić. Minuty pełne wina i róż dla Barcelony, która nagle stanęła naprzeciw rozszalałej Sevilli, która rzuciła się do ataku, gdy niepilnowany Banega spróbował szczęścia, oddając potężny strzał z dystansu w 37. minucie, którego nie zdołał obronić Bravo. Sevilla mogła nawet wyrównać przed przerwą, ale zadanie to zostawiła na drugą połowę, w której nabrała pewności siebie i rozczarowała Barcelonę. Luis Enrique szukał Xaviego na ławce rezerwowych i wpuścił na boisko rozgniewanego Neymara, ale bezskutecznie. Sevilla ruszyła do ataku i wyrównała po dobrze rozegranej akcji Reyesa, który dośrodkował do Vidala, który wrzucił piłkę w pole karne a Gameiro podwyższył wynik na 2:2. Remis był odzwierciedleniem dobrej gry Sevilli a Barça, która bardzo się starała w ostatnich minutach, żałowała zmarnowanych szans, zwłaszcza ze strony nieobliczalnego Suáreza, i opuszczała twierdzę Pizjuán z poczuciem, że tytuł mistrzowski mógł być praktycznie pewny.
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
10
Skromne zwycięstwo w PZP:
11 kwietnia 1979 r. FC Barcelona pokonała na Camp Nou KSK Beveren 1:0 w pierwszym meczu półfinałowym Pucharu Zdobywców Pucharów. Jedynego gola na wage zwycięstwa zdobył Carles Rexach z rzutu karnego w 65 minucie.
@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360
11
Feliz cumpleaños panie Thiago!
11 kwietnia 1991 r. urodził się Thiago Alcantara. Z pochodzenia jest Brazylijczykiem, jego ojciec Mazinho zdobył z Canarinhos mistrzostwo Świata w 1994 r. W tym samym roku cała rodzina przeniosła się do Hiszpanii, gdzie Mazinho jeszcze przez kilka lat grał w piłke a synowie przyjęli hiszpańskie obywatelstwo. Thiago był wyróżniającym się zawodnikiem młodzieżowych drużyn Blaugrany i już w wieku 18 lat zadebiutował w pierwszym zespole. Wszyscy wiemy kto pozwolił mu zadebiutować w FC Barcelonie i jak potoczyły się dalej jego losy…
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
7
Wyjątkowy przypadek w historii Mistrzostw Świata:
Giuseppe Bergomi to jeden z najwybitniejszych włoskich piłkarzy w historii. Obrońca spędził całą karierę w Interze Mediolan; jest on zresztą drugim piłkarzem z największą liczbą oficjalnych występów w barwach tego klubu(757), ustępując jedynie Javierowi Zanettiemu (858). Zaliczył również 81 występów w reprezentacji Włoch, strzelając 6 goli. Dziś jednak skupimy się na jego bezprecedensowym wyczynie z reprezentacją. Bergomi brał udział w czterech Mistrzostwach Świata. Pierwszy, rozegrany w Hiszpanii w 1982 roku, okazał się ogromnym sukcesem, a tytuł zdobyła reprezentacja Włoch. Grał również w edycjach 1986, 1990 i wreszcie 1998 we Francji. Co najciekawsze, włoski zawodnik nigdy nie rozegrał meczu kwalifikacyjnego do turnieju finałowego w żadnej z tych edycji. W 1982 roku Bergomi zadebiutował bezpośrednio w fazie finałowej. W 1986 roku włoska reprezentacja awansowała jako obrońcy tytułu. W 1990 roku „Azzurri” awansowali bezpośrednio jako gospodarze. Wreszcie, na Mistrzostwach Francji w 1998 roku, mimo że zawodnik był już poza grą w reprezentacji, w ostatniej chwili został powołany do kadry. W swojej długiej karierze Giuseppe Bergomi odnosił również wielkie sukcesy na szczeblu klubowym. Z Interem Mediolan zdobył mistrzostwo Serie A, Puchar Włoch, Superpuchar Włoch i trzy Puchary UEFA. Co ciekawe, dwa z trzech finałów europejskich, które wygrała ta drużyna, odbyły się w Rzymie i Mediolanie. W ciągu ponad 20 lat gry w pierwszej drużynie Interu dzielił szatnię z jednymi z najlepszych piłkarzy wszech czasów, takimi jak Walter Zenga, Lothar Matthäus, Andreas Brehme, Jürgen Klinsmann, Dennis Bergkamp, Ruben Sosa, Iván Zamorano i Ronaldo Nazário. Zawiesił buty na kołku w 1999 roku w wieku 36 lat i, jak wspomniano we wstępie, był piłkarzem z największą liczbą występów w historii klubu do 2011 roku, kiedy to został wyprzedzony przez Argentyńczyka Javiera Zanettiego. W barwach Nerazzurrich strzelił 28 goli. Cztery występy Bergomiego na Mistrzostwach Świata bez konieczności rozgrywania meczów kwalifikacyjnych czynią go wyjątkowym i bardzo ciekawym przypadkiem. Zobaczymy, czy komuś uda się go prześcignąć lub przynajmniej mu dorównać, choć wydaje się to mało prawdopodobne.
@Adran360
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@MoralnyKarzel
@Ogorinho1974
@Safrani
7
@FCBparasiempre
10 kwietnia 1973 r. urodził się Roberto Carlos, Mistrz Świata 2002(Korea;Japonia); Wicemistrz Świata 1998(Francja); 2-krotny zdobywca Copa América: 1997, 1999 oraz 3-krotny Zdobywca Ligi Mistrzów: 1998, 2000, 2002(z Real Madryt). Ten wiecznie uśmiechnięty, dysponujący niesamowicie potężnym uderzeniem z dystansu Brazylijczyk był synonimem nowoczesnego lewego obrońcy, włączającego się do akcji ofensywnych. Myślisz „lewy obrońca”, mówisz „Roberto Carlos”. Myślisz „Roberto Carlos”, mówisz „Real Madryt”. Ten zawodnik był związany z klubem z Santiago Bernabeu aż przez 11 lat i zawsze będzie kojarzony z naszym klubem. Urodził się 10 kwietnia 1973 roku w Sao Paulo. Ciekawe jest pochodzenie jego imienia. Otóż zostało nadane mu na cześć znanego brazylijskiego piosenkarza. Chyba nikt nie spodziewał się na początku, że ten właśnie chłopiec będzie o wiele, wiele sławniejszy i rozpoznawany pod każdą szerokością geograficzną. Jak wielu Brazylijczyków, Roberto Carlos pochodził z biednej rodziny a futbol pomagał mu zapomnieć o wielu codziennych kłopotach i biedzie. Jego przygoda z futbolówką rozpoczęła się w wieku 14 lat, w 1987 roku, kiedy zapisał się niewielkiego klubu Uniao Sao Joao Arras. W 1992 roku przeniósł się do Atletico Mineiro Belo Horizonte a w 1993 roku trafił do znanego brazylijskiego klubu – Palmeiras Sao Paulo i pomógł mu w zdobyciu dwóch tytułów mistrza Brazylii w 1993 i 1994 roku. Niewiele później w Europie Massimo Moratti postanowił, że uczyni Inter Mediolan wielkim klubem zdobywającym wiele trofeów, na co najlepszą metodą było uruchomienie dużej gotówki na transfery. Dzięki temu filigranowy lewy obrońca rodem z Brazylii trafił do światowej stolicy mody. W klubie z Mediolanu Carlos trafił pod opiekuńcze skrzydła angielskiego trenera Roya Hodgsona, ale zabawił tam tylko jeden, ale udany sezon, ponieważ zagrał w nim w 30 spotkaniach i strzelił 6 bramek. Po tym jednym jedynym sezonie w Mediolanie, Brazylijczyk przeniósł się do Madrytu, gdzie na dobre rozwinął skrzydła. Za tym transferem stał Fabio Capello, który w Madrycie długo nie wytrzymał, bo tylko sezon. Jak się później okazało, o wiele dłużej pozostał wierny barwom „Królewskich” Roberto Carlos. Debiut lewego obrońcy przypadł na dzień 31 sierpnia 1996 roku i był to mecz rozgrywany w La Corunii, przeciwko tamtejszemu Deportivo. Pierwszy sezon w Madrycie zakończył się zdobyciem mistrzostwa Hiszpanii, a już po dwóch latach Brazylijczyk miał na swoim koncie triumf w Lidze Mistrzów, którą zresztą wygra jeszcze dwa razy: w 2000 i 2002 roku. Podczas gry w Realu, Roberto Carlos stał się najlepszym lewym obrońcą na świecie i świetnie wywiązywał się zarówno ze swoich obowiązków w defensywie, jak i w ofensywie. Efektowne rajdy z piłką po lewej flance, atomowe strzały z dystansu i świetnie wykonywane rzuty wolne stały się jego znakiem firmowym. Zdobywał z Realem kolejne trofea, przetrwał erę „Galacticos”, zmieniali się kolejni trenerzy, a on ciągle cieszył się ich zaufaniem. Co ważne ciągle cieszył się grą, a kibice często mogli zauważyć jego szeroki od ucha do ucha uśmiech podczas meczów. W przeciwieństwie do wielu swoich rodaków nie miał opinii balangowicza – wręcz przeciwnie, często był stawiany za wzór profesjonalizmu, przyzwoitości i nigdy nie był uczestnikiem jakichkolwiek skandali. Może dlatego przez cała swoją karierę cieszył się dobrym zdrowiem, niewielką ilością kontuzji i być może dlatego gra w piłkę do dziś, mimo 37 lat na karku. Roberto Carlos był wierny Realowi bardzo długo. Grał z wieloma piłkarzami, którzy już zakończyli kariery, jak Mijatović, Sanchiz, Suker, Helguera, był świadkiem eksplozji talentu Raula, przetrwał erę „Galacticos” i grał także z wieloma młodymi piłkarzami, którzy grają w Madrycie do dnia dzisiejszego, m.in. Marcelo – swoim następcom. Brazylijczyk zachował się także bardzo profesjonalnie w momencie odejścia z Madrytu. Do ostatniej chwili nie chciał przyznać, że to dyrekcja klubu nie chciała spełnić jego wielkiego marzenia, czyli zakończenia kariery w białej koszulce „Królewskich”. Przyznał to dopiero po przejściu do nowego klubu – Fenerbahce Stambuł .
W klubie z Madrytu rozegrał aż 475 meczów i strzelił 62 gole. Zapadł w pamięć wszystkim, a wielu uważa go za najlepszego w historii futbolu lewego obrońcę. W 2007 roku odszedł do Turcji, a na lotnisku w Stambule został przywitany jak król. Wiele tysięcy fanatycznych tureckich kibiców zgotowało mu przywitanie godne najlepszego piłkarza świata. Także w tym klubie dawał z siebie wszystko, ale nie zapomniał o Realu. W sezonie 2009/2010 gdy często mówiło się o brakach na pozycji lewego obrońcy, Roberto Carlos deklarował, że z chęcią wróci do swojego „domu”, na Santiago Bernabeu choćby tylko na rok, by pomóc swojemu ukochanemu klubowi. Jednak nikt z dyrekcji klubu, ani sztabu szkoleniowego nie był zainteresowany pozyskaniem Brazylijczyka, wobec czego wrócił do swojej ojczyzny. W styczniu 2010 zasilił Corinthians, gdzie występował razem z Ronaldo. Na początku lutego 2011 jego zespół niespodziewanie odpadł z Copa Libertadores już w pierwszej fazie turnieju (przegrana z kolumbijskim Deportes Tolima), a kibice uznali Roberto Carlosa za jednego z najbardziej winnych porażki. Twierdzono, że kontuzja, która wykluczyła obrońcę z rewanżowego meczu, była przez niego symulowana w celu uniknięcia odpowiedzialności za ewentualną porażkę. Pogróżki kierowane pod jego adresem spowodowały, że kilka dni później poprosił klub o rozwiązanie z nim kontraktu mającego obowiązywać do końca 2011 roku i 11 lutego odszedł z Corinthians. W sumie rozegrał dla Corinthians 61 meczów i zdobył 5 goli. Dzień później przyjął ofertę gry w Andży Machaczkała, dagestańskim klubie występującym w lidze rosyjskiej, podpisując kontrakt do końca sezonu 2012/13. 29 września 2011 otrzymał ofertę poprowadzenia swojego zespołu jako trener, przyjął je i stał się następcą Gadżi Gadżajewa. Ostatni mecz w barwach Andży rozegrał pod koniec 2011. Kontrakt z klubem obowiązywał go do czerwca 2013, lecz umożliwiał mu przedwczesne przejście na sportową emeryturę. W marcu został skreślony ze składu drużyny[4]. Były Galacticos został wówczas jedynie asystentem trenera w Andży W piłce klubowej Roberto Carlos osiągnął bardzo wiele. Wygrał z Realem praktycznie wszystkie możliwe trofea, a i z reprezentacją Brazylii na niwie reprezentacyjnej nie ma się czego wstydzić. Imponujący jest jego dorobek w kadrze – aż 132 mecze i 11 goli. Wiele jego bramek jest do tej pory wspominanych przez kibiców, jak choćby tak strzelona w 1997 roku podczas towarzyskiego meczu z Francją. Brazylijczyk uderzył bardzo mocno piłkę obok muru, i gdy zdawało się, że nie ma prawa trafić do siatki i minie bramkę w bardzo dalekiej odległości, ta zatoczyła łuk i zatrzepotała w siatce. Wszyscy kibice na stadionie, przed telewizorami i stojący w bramce „Tricolores” Fabian Barthez byli zdumieni i trwali przez pewien czas w tym osłupieniu. Rzuty wolne i strzały z dystansu były największą bronią filigranowego Brazylijczyka – rekord prędkości uderzonej przez niego piłki wynosi 178 km/h, a piłkarze rywali stojący w murze, często na widok Carlosa rozpędzającego się do piłki przed uderzeniem z rzutu wolnego, czynili znak krzyża i modlili o zachowanie życia. Tak długa gra na wysokim poziomie nie byłaby możliwa, gdyby nie profesjonalizm, dbanie o siebie i zaangażowanie na treningach. Na pewno pod tym względem Roberto Carlos może być wzorem dla wielu młodych piłkarzy dopiero zaczynających przygodę z piłką. Jego odejście z klubu w takich, a nie innych okolicznościach pokazuje, jak bezwzględna czasem potrafi być polityka prowadzona przez Real. Nie był on pierwszym zasłużonym dla klubu zawodnikiem, który został pożegnany w nieprzyjemnych okolicznościach – warto przypomnieć odejścia Hierro, Salgado, Helguery czy Luisa Figo. Tak czy owak Brazylijczyk jest chyba najwybitniejszym lewym obrońcą w historii futbolu a z pewnością najbardziej ofensywnym.
5
Wybitne legendy futbolu:
@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@Gary
@Bernard777
@Comentateiro
@AssisMoreira
@Adran360
9
@FCBparasiempre
W historii piłki nożnej przewinęło się wiele postaci, które odcisnęły duże piętno na tej dyscyplinie sportu. Byli to piłkarze, działacze z ciekawą wizją, czy wreszcie trenerzy. To właśnie szkoleniowcy zmieniali niejednokrotnie spojrzenie zwykłego kibica piłki nożnej. Odmieniali wizję tego sportu, rozwijali taktykę, czy byli po prostu nieprzeciętnymi osobami. Kimś takim z pewnością był Helenio Herrera, legenda Interu Mediolan. Helenio Herrera urodził się 10 kwietnia 1910 roku w Buenos Aires. Oficjalnie, ponieważ są spore wątpliwości co do jego daty narodzin. Mówi się, że Helenio dokonał zabiegu odmłodzenia, edycji swoich papierów, co często można zauważyć wśród obywateli krajów afrykańskich. Hipoteza dotycząca oficjalnej daty narodzin Herrery mówi, że urodził się sześć lat później. Co by nie pisać, to i tak szybko życie nakazało jego rodzinie wyjechać z rodzinnych stron, by osiedlić się w Casablance. Ojciec Helenio, Francisco, był bowiem stolarzem z Andaluzji o poglądach anarchistycznych. Naturalnie przez to został wygnany z Hiszpanii. Matka, Maria Gavilán Martínez, która była sprzątaczką, musiała układać wraz z mężem życie na nowo. Pomogło im to znacząco przyjście na świat młodego Helenio. Casablanca była w latach dwudziestych XX wieku miastem kolonialnym Francji. Herrera trafił z racji tego do jednej z francuskich szkół, gdzie spotkał rówieśników z różnych części Europy. Znaleźli się wśród nich choćby Żydzi, Hiszpanie, Włosi, czy naturalnie Francuzi. Pomogło to stać się Herrerze swego rodzaju poliglotą, aczkolwiek mówił on w mieszance języków włoskiego i hiszpańskiego. Z czasem zaraził się pasją do piłki nożnej, czego efektem był jego wyjazd do Paryża. Tam próbował rozwijać swoją karierę piłkarza. Pierwszym klubem, w którym zagrał we Francji, był Club Athlétique des Sports Généraux. Wcześniej bowiem próbował sił w klubach w Maroko takich, jak Roches Noires i Racing Casablanca. Kolejnymi klubami w karierze Herrery były Stade Français, Charleville, Excelsior Roubaix, Red Star Olympique i CSM Puteaux, w którym rozpoczął karierę trenerską. Początek jego historii jako trenera przypadł na szybki koniec kariery piłkarskiej. Spowodowane było to urazem kolana, jaki przytrafił się Herrerze, gdy miał on około 20 lat. Helenio już wtedy tworzył wokół siebie specyficzną aurę wielkości. Był niezwykle pewny swoich racji. ,,Moją zaletą jest to, że wielcy gracze są pomnikami zarozumiałości, kiedy stają się menedżerami. Nie wiedzą, jak uczyć kogoś, co naturalnie zrobili z tak wielką łaską. Nie w moim przypadku”– podsumował Helenio Herrera. Już wtedy Herrera w sposób enigmatyczny, specyficzny starał się przedstawiać swoje przemyślenia na temat futbolu. W tym samym czasie rozwijał się jego zamordyzm trenerski. Można powiedzieć, że współczesnym odpowiednikiem legendy Interu jest Diego Simeone. Piłkarz Atletico, Alfonso Aparicio wspominał, że Helenio Herrera zmuszał drużynę „Los Colchoneros” do trzygodzinnych treningów dziennie.
Helenio Herrera swoją karierę trenerską w Hiszpanii rozpoczął w Realu Valladolid. Nie popracował tam jednak zbyt długo, co okazało się cechą charakterystyczną dla jego kariery trenerskiej. Następnie trafił do Madrytu i Atletico, gdzie zaczął święcić pierwsze triumfy w swojej karierze, czego dowodem są zdobyte dwa tytuły mistrza Hiszpanii w sezonach 1949/1950 i 1950/1951. W zespole z Madrytu wytrzymał trzy lata, po czym w 1952 roku trafił do Malagi. Tam jednak metody Herrery nie trafiły na podatny grunt i jeszcze w tym samym roku odszedł do Deportivo La Coruna. Tam również szybko pogoniono Herrerę, po czym trafił do Sevilli. Co prawda jego przygoda w Andaluzji trwała 4 lata, ale nie była owocna w sukcesy. Po odejściu z Hiszpanii wylądował w portugalskim Belenenses, ale szybko zatęsknił za większą częścią Półwyspu Iberyjskiego. Wrócił do jednego z dwóch najwspanialszych klubów w historii kraju, do FC Barcelony. Herrera dostał misję zdetronizowania najlepszej wówczas drużyny świata, czyli Realu Madryt. Zespół naszpikowany takimi piłkarzami, jak Gento, Di Stefano, czy Puskas wygrywał wówczas wszystko. Warto jednak pamiętać, że mogło być zupełnie inaczej, ponieważ Di Stefano był piłkarzem Barcelony, gdzie miał problemy z opuszczeniem klubu na rzecz Realu. Doszło wręcz do interwencji rządu w tej sprawie. Mimo wszystko Herrera zastał grupę naprawdę świetnych piłkarzy. Luis Suarez, Sandor Kocsis, Zoltan Czibor, czy przede wszystkim ten, przez którego Herrera był zmuszony odejść – Ladislao Kubala. Herrera próbował bowiem za wszelką cenę udowodnić, że Kubala źle się prowadzi i próbuje pokazać jakieś niewytłumaczalne choroby. Prawdą jest, że Kubala nadużywał alkoholu. Konflikt miał również podłoże czysto sportowe, ponieważ Kubala, grający przyjemnie i lekko dla oka nie bardzo chciał dostosować się do bezpośredniej piłki Herrery. Sportowo detronizacja Realu się udała, ponieważ Barcelona zdobywała tytuły mistrza Hiszpanii, ale psychologicznie Herrera musiał polec. Piłkarze po pewnym czasie mieli dość jego zamordyzmu i wtrącania się w każdy aspekt życia. Po tym wszystkim odszedł do Włoch, gdzie zaczęła tworzyć się jego legenda. Po odejściu z Barcelony Herrera trafił do Mediolanu. Wkrótce po jego nadejściu, a dokładnie rok po tym zdarzeniu, do Serie A wrócił AC Milan z Nereo Rocco na ławce. Miały być to narodziny wielkiej rywalizacji nie tylko tych dwóch klubów, ale przede wszystkim dwóch strategów. Nikt nie przypuszczał wówczas, że obaj stworzą podwaliny pod zupełnie nowy system taktyczny– catenaccio. ,,Jeśli nie stracimy bramki, nie przegramy meczu”- z takiego założenia wychodził Herrera. Catenaccio polegało na możliwie najczęstszej grze w obronie, by jak najwięcej piłkarzy broniło. Do Herrery i Rocco zarazem przylgnął przez to tytuł „morderców futbolu”. Paradoksalnie jednak zespół Interu grał mimo catenaccio ciekawie dla oka. Herrera po przyjściu do Włoch postanowił zupełnie zmienić podejście wszystkich ludzi interesujących się piłką. Do tej pory mało kogo obchodzili trenerzy.
,,Kiedy Herrera przyjechał do Włoch, nikt tak naprawdę nie znał nazwisk trenerów”- wspominał Sandro Mazzola. Liczyli się wówczas tylko piłkarze. Herrera, jako że lubił być w centrum uwagi, nie mógł tego przeboleć i postanowił sobie za cel stanąć na piedestale. Swoje rządy w Interze rozpoczął podobnie, jak w Barcelonie. Niezwykle ciężkie treningi i obozy miały tworzyć charaktery piłkarzy „Nerazzurrich. Innym punktem w planie Helenio było pozbycie się niesfornych piłkarzy. Za cel obrał sobie Juana Valentina Angelillo, który podobnie jak Kubala źle się prowadził. Angelillo nie miał jednak na tyle wysokiego statusu społecznego w Mediolanie, czego efektem było jego odejście. Następnie z klubu wyleciał Armando Picchi, który zbyt często wdawał się w dyskusje z „dyktatorem”, jak określany był Herrera. Picchi po tym został wysłany do Varese. Jedynym piłkarzem, który przetrwał wszystkie zagrania Herrery był Mario Corso, lewoskrzydłowy. On miał znacznie więcej szczęścia, ponieważ był pupilem właściciela Interu, Angelo Morattiego. Herrera oprócz zamordyzmu szczycił się tym, że był po części też psychologiem. Mówiło się, że Inter czy wcześniej Atletico wygrywały swoje mecze przed ich rozpoczęciem. W Atletico potrafił wyjść przed piłkarzami na płytę boiska, by uwaga fanatyków przeciwnika skupiła się na nim, po czym zmęczeni kibice nie mieli energii do wsparcia drużyny. W Interze z kolei brał piłkarzy w okrąg i wielokrotnie sugerował im, że przyjechali nie po to, by gdzieś grać, tylko by wygrać. Fanatyzm Herrery i chęć wygrywania omal nie doprowadziły go jednak na łono Abrahama. Otóż w drugim okresie pracy w Interze przeżył atak serca. Kilka lat później z kolei przetrwał wypadek, w którym złamał kręgosłup. W Interze ostatecznie wygrał trzy razy mistrzostwo Włoch, dwa razy Puchar Europy i tyle samo Pucharów Interkontynentalnych. W 1968 roku Herrera trafił do AS Romy. Tam już szło mu znacznie gorzej. Nie pomogła mu również sytuacja z Giuliano Taccolą, piłkarzem „Giallorossich”, który po ataku serca został wręcz zmuszony do wyjazdu z drużyną na mecz (słynny zamordyzm). Po porannym treningu przy zimnej pogodzie Herrera tylko bardziej naraził Taccolę na powtórny atak serca. Piłkarz oglądał co prawda mecz z trybun, jednak w szatni przytrafił mu się zawał, czego efektem był zgon zawodnika. Kibice bardzo mocno obwiniali Herrerę za to zdarzenie. Z czasem w Romie łączy się również polski wątek, ponieważ Herrera mierzył się w słynnym trójmeczu w półfinale Pucharu Zdobywców Pucharów. Później powrócił on do ukochanego Mediolanu, jednak po ataku serca postanowił zrezygnować z tak ostrych treningów i stresu. Potrenował później jeszcze w Rimini, by zakończyć karierę w Barcelonie. Po tym czasie zaczął pisać do różnych gazet artykuły, by w 1997 roku odejść z tego świata. Oto, jak pożegnał go legendarny Gianni Brera. ,,Najważniejsze dla mnie jest to, że nigdy nie jest fałszywy, nawet wtedy, gdy sam się zmusza. Helenio Herrera jest zawsze prawdziwy, jeśli nie zawsze nam się podoba”– Brera 33 lata wcześniej. Helenio Herrera jak można łatwo zauważyć, był osobą ciekawą, kontrowersyjną, ale nie można odmówić mu charyzmy i zaangażowania w swoją pracę. Nie znosił sprzeciwu, ale zarazem doceniał tych, którzy chcieli skoczyć za nim w ogień.
6
,,El Mago”:
@Adran360
@Bernard777
@Gary
@Kapitan hawk
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
@Sysia11
13
Genialny Wilimowski ,,otworzył” sezon 1938:
Inauguracja sezonu wypadła w Niedziele Palmową 10 kwietnia. Początek wyznaczono na 16.30 a przeciwnikiem ,,Niebieskich” był Śmigły Wilno. Na trybunach przy ulicy Cichej zgromadziło się około 3 tys. widzów, co jak na Ruch było dość przeciętnym wynikiem. Warto jednakże zaznaczyć iż tego dnia była bardzo niesprzyjająca pogoda. Opady śniegu z deszczem i przenikliwe zimno nie zachęcały do przyjścia na stadion. Powszechnie spodziewano się łatwego i wysokiego zwycięstwa gospodarzy. Tymczasem początek był zgoła sensacyjny. Już w drugiej minucie wilnianie po składnym zagraniu ataku zdobyli gola. ,,Niebiescy” ruszyli do ataku i po chwili Wilimowski w swoim stylu wyrównał. Dalsza część pierwszej połowy przebiegała pod dyktando gospodarzy, którzy po strzale głową Peterka po rzucie rożnym objęli prowadzenie 2:1. Jednakże goście jeszcze przed przerwą zdołali wyrównać i po 45 minutach wynik brzmiał 2:2. W drugiej połowie z każdą minutą rósł napór Ruchu. Niesamowite rzeczy w bramce gości wyczyniał bramkarz Czarski, który obronił kilkanaście strzałów ,,Niebieskich”. Na początku drugiej odsłony meczu obronił rzut karny egzekwowany przez Peterka. Dopiero w końcówce spotkania rozwiązał się worek z golami a te gole zdobyli: Wilimowski z podania Wiechoczka, Peterek po główce przy rzucie wolnym Giemzy i na sam koniec po pięknej dwójkowej akcji z Wodarzem, ponownie Wilimowski. Ostatecznie Ruch wygrał 5:2 i rozpoczął marsz po kolejne mistrzostwo Polski.
@1LY0
@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@NeroTFP1
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@Adran360
13
El Clasico w cieniu katastrofy:
10 kwietnia 2010 r. FC Barcelona pokonała Real Madrid 0:2 na Estadio Santiago Bernabeu w 31 kolejce Primera Division. Na ten mecz czekał cały świat. Owszem, odbył się ale kibice w Polsce pierwszy raz w historii oglądali wydarzenie w ciszy, bez komentarza dziennikarzy sportowych. ,,Szok. To bardzo ciężkie wyzwanie i takie nienaturalne. Szczerze mówiąc, nie pamiętam nic z tego, jak komentowałem mecz”- wspominał komentator Canal+ Leszek Orłowski. Wiadomość, jaką dostaliśmy przed meczem na Estadio Santiago Bernabeu, zwaliła z nóg. O 8:41 w Smoleńsku rozbił się samolot z parą prezydencką i 94 osobami na pokładzie. Plan komentatorów wywrócił się do góry nogami. 10 kwietnia 2010 r. odbyło się drugie El Clasico w sezonie. Niezwykły piłkarski klasyk, którego stawką było mistrzostwo Hiszpanii. Real Madryt i FC Barcelona jak walec rozjechały resztę rywali i o tytuł grały już między sobą. Nad trzecią Valencią miały 21 punktów przewagi! Wielka uczta na stadionie, a dla Rafała Wolskiego to był pierwszy komentowany klasyk od 2005 r. Canal+ transmitował ostatecznie ten mecz bez komentarza, aby uszanować pamięć ofiar. - Takie trudne momenty trzeba przeżyć, przemyśleć. Dotarło do mnie dość szybko. To chwile, które nas hartują, powodują, że z tego wszystkiego wychodzimy mocniejsi. Myślę, że to jest uniwersalne i dotyczy każdej branży. Masz większy dystans. Coraz lepiej rozumiesz, że nie wszystko zależy od ciebie. Wspominam ten mecz jako niezłą szkołę, ale tak bardziej w sensie ludzkim - mówił nam Wolski. Razem z Orłowskim komentował ten mecz do "puszki". Ich głos można było usłyszeć dopiero w powtórkach. Dziennikarze z całego świata wyrazili Polakom współczucie i kondolencje na trybunie prasowej. Nie potrafili uwierzyć, że katastrofa zdarzyła się naprawdę. To był trudny dzień także dla Jerzego Dudka. Polski bramkarz "Królewskich" w tym spotkaniu był rezerwowym. Kiedyś grał w jednej drużynie z Lechem Kaczyńskim. ,,W 2007 roku w Cardiff skutecznie walczyliśmy o prawo gospodarza dla Polski na Euro 2012. Wywarł na mnie bardzo dobre wrażenie. Rozmawiał, żartował”- wspominał "Przeglądowi Sportowemu".
Dzięki inicjatywie Dudka wielki klasyk, na który patrzył cały świat, został poprzedzony minutą ciszy. Ze stadionowych głośników grano utwór Ennio Morricone z oscarowego filmu "Pewnego razu na Dzikim Zachodzie". Wprawił prawie wszystkich na stadionie w zadumę. W swoim pierwszym klasyku na Bernabeu Cristiano Ronaldo grał z czarną opaską. Tak cały Real łączył się z Dudkiem i wszystkimi Polakami w tragedii. "Królewscy" starali rzucić się na rywala, ale goście zachowywali stoicki spokój. Gole dające triumf FC Barcelonie strzelili Lionel Messi i Pedro po cudownych asystach Xaviego. Real miał swoje sytuacje, ale nie potrafił ich wykorzystać. Cały atak opierał się na Ronaldo, szczególnie od momentu wejścia będącego wówczas bez formy Karima Benzemy. Z kolei Katalończycy dziurawili obronę rywala raz za razem. Choć kontry ekipy z Madrytu nie ustawały, to nie odpuszczało wrażenie, że Barcelona miała wyraźną przewagę na boisku i kontrolowała sytuację. Po meczu Joan Laporta, ówczesny prezydent "Blaugrany", stwierdził, że "to był mecz, w którym walka dominowała nad pięknem, czyli dokładnie taki, jakiego chciał Real". Trzeba jednak podkreślić, że Barcelona świetnie rozegrała spotkanie taktycznie i po wcześniejszym sezonie pełnym sukcesów wciąż przez jej grę przemawiał głód zwycięstwa. Ten mecz okazał się decydujący w wyścigu o mistrzostwo Hiszpanii. FC Barcelona wygrała 2:0, została samodzielnym liderem i nie oddała prowadzenia w tabeli do końca rozgrywek. Jednak zwycięstwo "Dumy Katalonii" dla części kibiców w naszym kraju zapewne zeszło na drugi lub dalszy plan.
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani