FCBparasiempre
Dołączył/a: grudzień 2020
Biała Podlaska
33 obserwujących
0 obserwowanych
Której reprezentacji, do której powołany został zawodnik Barcy, kibicujesz?
Komunikat
Polecający
Ładowanie...
Historia komentarza
Ładowanie...
13
Absolutna premiera El Clasico:
13 maja 1902 r. doszło do pierwszego w historii El Clasico(choć wówczas jeszcze tak tego nie nazywano). Pojedynek miał miejsce w Madrycie w półfinale turnieju o nazwie „Copa de la Coronacion”(de facto Puchar Króla), zorganizowanego z okazji koronacji króla Alfonsa XIII. Mecz rozpoczął się o godzinie 11.00 na Hipodromie przy La Castelannie, gdzie obecnie zlokalizowane jest Estadio Santiago Bernabeu. Bynajmniej, nie było to idealne miejsce do rozgrywania meczu. Boisko było bardzo długie i szerokie. Nic w tym dziwnego, bowiem odbywały się na nim wyścigi konne. Było to kolejne utrudnienie. Końskie łajno wykorzystywano do nawożenia murawy, co powodowało ryzyko wdania się w ranę zakażenia skutkującego tężcem. FC Barcelona pokonała ,,Los Blancos”(ówcześnie FC Madrid) 3:1 po dwóch golach Udo Steinberga i jednym Joana Gampera z rzutu karnego. Jednak pierwsi na prowadzenie wyszli ,,Los Blancos” po golu Irlandczyka Arthura Johnsona. Kibice wspierali zawodników obydwu drużyn, poza obcokrajowcami grającymi dla Barçy(było ich aż sześciu), których przywitały gwizdy. Przypomnijmy zatem wiekopomny skład Barçy z tego epokowego wydarzenia: Puelles, Llobet, Witty, Terradas, Mayer, Valdes, Parsons, Morris, Albeniz, Steinberg oraz Gamper. Dwa dni później Duma Katalonii spotkała się w finale z Club Vizcaya(późniejszy Athletich Bilbao). Mecz miał odbyć się rano ale przeciwnicy narzekali że w ciągu kilku dni grali już trzykrotnie i chcą odpocząć. Prawdziwym powodem protestu było oczekiwanie na obrońcę Careagę, który zdążył na popołudniowy termin pojedynku. O 22:25 Hans Gamper wysłał telegram do Barcelony: ,,Vizcaya- klub złożony z najlepszych zawodników z Bilbao wygrał 2:1. Mecz wyrównany. Publiczność zadowolona. Wracamy w sobotę po południu”. W finałowym składzie Blaugrany zagrało trzech szkockich braci Morris(John, Samuel i Henry). Inną ciekawostką jest fakt, że FC Madrid chciał aby FC Barcelona zagrała z nimi jeszcze raz o drugie miejsce, lecz Barça miała już zaplanowaną podróż powrotną. W wymyślonym międzyczasie ,,Copa Gran Peña” zagrali więc przegrani z półfinałów: FC Madrid i Club Español. Cały turniej uważany jest za prekursora Pucharu Hiszpanii.
@1LY0
@Adran360
@Bernard777
@Gary
@Kapitan hawk
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
9
@FCBparasiempre
12 maja 1963 roku, San Siro; Włochy – Brazylia.
Teraz wszyscy mówią o depresji Pelego. Podobno „O Rei” nie może się poruszać bez chodzika i dlatego zamkną się w domu. Tylko prawdziwi monarchowie potrafią z godnością zmierzyć się ze schyłkiem swojego panowania. A Pele zawsze miał klasę, na boisku i poza nim. Nie tak jak ci, których wielu miernych dziennikarzy próbowało ustawić z nim w jednym szeregu. Jestem Włochem, tifoso Milanu ale nawet gdybym pochodził z Neapolu uważałbym tak samo: król do końca swoich dni powinien się zachowywać, jak na króla przystało a Diego, który z piłką był bardzo dobry, odkąd nie miał jej przy nodze a zachowywał się jak klaun. Cristiano Ronaldo jest księciem, który bardziej przejmuje się tym żeby podobać się księżniczce niż kibicom a Messiemu, chociaż ma zadatki na króla brakuje charakteru aby nosić koronę jak należy. I nie mówię że to łatwe: niektóre korony są tak ciężkie że tylko nieliczni królowie radzą sobie z ich wagą. Podobno kiedy Edson Arantes de Nascimento przyszedł na świat, w stanie Minas Gerais stała się jasność i jego rodzice nadali mu imię wynalazcy żarówki. Tylko jeszcze nie wiedzieli że ten dzieciak na mundialu w Szwecji olśni cały świat jako zaledwie 17-latek. Poeta Horacio Ferrer napisał: „Księżyc/ był świecą w faweli. / a on ukołysał mrok, / chór tego głodu, / gdzie rodził się futbol i płacz / w najczystszej postaci". Piękne, prawda? Odkąd miałem zaszczyt nosić walizkę Pelego, przez ponad 40 lat zbierałem wszystko, co publikowano na jego temat: wycinki z gazet, książki, piosenki, wiersze, bajki, dosłownie wszystko. Mówią że to choroba naszego wieku: mamy obsesję na punkcie czegoś a ostatecznie ta obsesja nas pożera. Pozwólcie że to wyjaśnię. Poznałem Pelego w maju 1963 roku. Reprezentacja Brazylii zatrzymała się w hotelu, w którym pracowałem jako bagażowy. Miałem wtedy 16 czy 17 lat i już Dostąpiłem ze szczytu noszenia walizek najlepszych piłkarzy świata. W tamtym okresie brazylijski gwiazdor znajdował się w podobnej sytuacji jak teraz: też nie chciał wychodzić z pokoju. I nie robił tego, według prasy, Z powodu kłopotów z kolanem, będących pokłosiem wypadku samochodowego w Hamburgu, gdzie jego taksówka zderzyła się z autobusem. Tamte dni przypominały prawdziwe szaleństwo. Wtedy zrozumiałem jedną z Maksym hotelarstwa: znana jest pora przyjazdu ale nigdy odjazdu. Nie pamiętam ile mieliśmy nadgodzin kropkę Wszyscy pracownicy, od recepcjonistek po kucharzy. Nawet dyrektor wprowadził się do jednego z pokoi żeby być do dyspozycji gości 24 godziny na dobę. Chociaż poświęcenie było tego warte: brazylijscy dyrektorzy obdarowali nas garściami wejściówek na mecz i miałem szczęście że też dostałem jedną. Wreszcie miałem zobaczyć moich idoli na boisku! A gdyby Pele ostatecznie się wykurował, mógłbym się cieszyć z oglądania najlepszego piłkarza w historii. W przeddzień meczu hotel zamienił się w gniazdo paparazzi, czatujących na jakieś zdjęcie albo słowa króla. Wszyscy dziennikarze musieli zadowolić się wywiadami z Coutinho, Gilmarem albo Amarildo, kiedy schodzili, aby pospacerować po holu. „Impossible, del tutto Impossible", mówiliśmy tym, którzy nalegali na spotkanie z Pelem. „Non patra vederlo", powtarzaliśmy raz za razem. Przede wszystkim pewnemu młodemu hiszpańskiemu dziennikarzowi, który(jak twierdził) Przybył z Barcelony przez Neapol żeby porozmawiać, Cytuję „ze swoim przyjacielem Edsonem, którego jeszcze nie zna". Miał na sobie długi czarny płaszcz, białą koszulę i krawat. I bardzo znoszone buty. Skąd ja go kojarzyłem...? Słysząc, jak rozmawiam z innymi dziennikarzami, odkryłem że czasem przedstawiał się jako Martin Girard a czasem jako Gonzalo Suarez... Eureka! To on był prawą ręką Helenio Herrery, w tamtym czasie Idola w moim mieście. Teraz porównują go z Brianem Cloughem albo z Jose Mourinho ale Helenio zrewolucjonizował futbol jak nikt przed nim. Wybaczcie dygresję. Ten bezczelny młodzieniec, który ciągle pytał o Pelego, zajmował się podglądaniem dla Herrery rywali. Redagował wywiady, które Helenie robił sam ze sobą. Po latach opowiadano że napisał jego Wspomnienia a nawet książeczkę z kryminalnymi opowieściami, które H.H. Podpisał swoim nazwiskiem. Kto wie. W takie historie ostatecznie zawsze wkrada się literatura a to niebezpieczne dla tych, którzy poszukują faktów, nieprawdaż?
Tłum na ulicy krzyczał: "Pele! Pele! Pele!". I król od czasu do czasu wyglądał przez okno, jakby był papieżem a ludzie szaleli, ponieważ w rzeczywistości ujrzeli Boga. Nikt jeszcze nie wiedział czy Pele będzie mógł zagrać na San Siro przeciwko reprezentacji "Azzurrich", odsetki wiernych wystawało przed wejściem do hotelu żeby zobaczyć choćby jego cień po drugiej stronie zasłony. Tylko jedna osoba dostąpiła przywileju porozmawiania z nim w jego pokoju. Już się domyślacie kto, prawda? Suarez zjawił się następnego dnia, 11 maja, wcześnie rano na śniadanie zamówił bardzo gorącą kawę i świeżego crusanta. Kelnerowi, który go obsługiwał powiedział że przed wywiadem zawsze je to samo. Zapytałem, czy na ten poranek był umówiony jakiś wywiad ale żaden z kolegów nic o tym nie wiedział. Kiedy odwróciłem się w stronę jego stolika, na talerzyku zostały tylko okruszki. Przemierzając hol coś mnie tknęło. Ruszyłem na górę do pokoju i przystawiłem ucho do drzwi- Gonzalo Suarez dostał się do apartamentu króla! Incredibile! Zastanawiałem się czy zapukać, czy nie ale skoro nie słyszałem żadnych krzyków ani obelg, zdecydowałem się na ten drugi wariant. Stałem przy drzwiach przez ponad godzinę. Kiedy wreszcie się otwarły zobaczyłem jak Suarez i Pele przybijają sobie piątkę, niczym dwaj starzy przyjaciele. Nie mogłem w to uwierzyć! Razem zjechaliśmy windą i wtedy wyznał że to był dziwny wywiad: " nigdy nie poznałem króla, który czuł by tak duży strach przed Bogiem- powiedział. - Bardziej powinien obawiać się kopniaków, które jutro dostanie od Trapattoniego, Nie sądzisz?" "A więc zagra?", spytałem. „Jeśli pozwolą mu na to jego kolano i Bóg...", odparł, wychodząc z windy. Już go nie spotkałem, choć możliwe że następnego dnia był na stadionie. My mieliśmy miejsca w pierwszym rzędzie. Ogromnie się cieszyłem z naszego zwycięstwa 3:0. Coutinho, Rildo, Eduardo i Lima nic nie mogli zrobić w starciu z Maldinim, Vierim, Mazzolą i Corso. Gole strzelili Sormani, Mazzola z karnego i Bulgarelli. Król nie musiał patrzeć, jak jego drużyna się poddaje, ponieważ został zdjęty z boiska w 28 minucie pierwszej połowy. Trapattoni ledwie pozwolił mu dotknąć piłki i Pele snuł się po murawie, jakby Korona za bardzo mu ciążyła. Kiedy kierował się w stronę tunelu prowadzącego do szatni puścił oko do kamery ale w rzeczywistości puścił je do mnie i kiedy przechodził obok, krzyknąłem jego imię i przysięgam że na mnie spojrzał. Następnego dnia gazety wołały: "Trapattoni zaszachował króla". Zanim opuścił hotel, zdobyłem jego autograf na serwetce. Nawet nie wiecie ile razy myślałem o tym aby wystawić ją na aukcje. Mógłbym za nią dostać niezłe pieniądze, który rozwiązałoby wiele moich problemów ale czym że byłoby życie bez problemów... Kilka dni później ukazał się wywiad Gonzalo Suareza. Zapewniam że to była jedna z nielicznych sytuacji, kiedy O Rei otworzył swoją walizkę. Po tym, jak przeniosłem miliony z nich, zrozumiałem że wszyscy dźwigamy własny bagaż i że niewielu się przy tobie zatrzymuje, gdy pokazujesz co naprawdę masz w środku.
Miguel Angel Ortiz.
7
Ciężar walizki króla:
@Safrani
@Ogorinho1974
@MoralnyKarzel
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@Kapitan hawk
@Bernard777
@Adran360
@1LY0
10
Zawstydzający remis reprezentacji Polski:
12 maja 1971 r. przypada rocznica meczu z Albanią w kwalifikacjach Euro’72. Po udanym debiucie ze Szwajcarami, trener Kazimierz Górski szybko wziął wraz z drużyną zimny prysznic. Albańczycy nie dali się ograć w Tiranie, choć suma umiejętności indywidualnych była nieporównywalna, oczywiście na korzyść biało-czerwonych. Nie był to dobry prognostyk przed kolejnymi spotkania w eliminacjach mistrzostw Europy, w których reprezentacja Polski pod wodzą nowego selekcjonera dopiero powstawała… ,,Na usprawiedliwienie remisu, który był w gruncie rzeczy porażką mógłbym przytoczyć sporo przekonywających argumentów. Nie mogły jednak zmienić wyniku, który wywołał fatalny rezonans w opinii publicznej” – wspominał po latach Kazimierz Górski w książce „Piłka jest okrągła”. ,,O godzinie trzeciej po południu, kiedy zaczynaliśmy mecz, temperatura przekraczała 30 stopni. Było potwornie gorąco i duszno a do tego wysokie położenie miasta sprawiało, że zawodnicy zatykali się po kilkunastu minutach gry – kontynuował trener Górski. – Już w 5. minucie zdobyliśmy prowadzenie, po czym powtórzyła się stara śpiewka – lekceważenie przeciwnika, bezproduktywne zagrania, nonszalancka zabawa w kotka i myszkę. Kiedy gospodarze wyrównali, nasi ruszyli do szturmu i zdobyli nawet prowadzenie, lecz sędzia bramki nie uznał…”
Albania – Polska 1:1 ; Gole: Zhega 32 – Banaś 5.
POLSKA: Grotyński – Wraży, Winkler, J. Wyrobek, Anczok – Szołtysik, Deyna (69. Ćmikiewicz), Banaś, B. Blaut, Lubański, Gadocha (45. Kozerski).
@Adran360
@Bernard777
@FcPortoFan1999
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
10
Ikony polskiego futbolu:
12 maja 1929 r. urodził się Leszek Jezierski, piłkarz, reprezentant Polski a przede wszystkim ceniony trener. Karierę sportową rozpoczął w KS Lublinianka. Podczas odbywania służby wojskowej reprezentował Legię Warszawa, w barwach której w 6 meczach zdobył jednego gola. W 1953 r. przeniósł się do Łódzkiego Klubu Sportowego, z którym zdobył puchar i mistrzostwo Polski (w sumie do 1961 r. rozegrał 160 spotkań). W reprezentacji Polski zadebiutował 8 sierpnia 1954 r. w meczu z Bułgarią (w drużynie biało-czerwonych wystąpił 6 razy). Grał jeszcze w Starcie i Włókniarzu Łódź oraz w Stomilu Poznań. W karierze trenerskiej jego pierwszym sukcesem było zdobycie w 1966 r. mistrzostwa Polski juniorów z zespołem MKS Hala Sportowa. Kierując drużynami w naszym mieście, doprowadził łódzką piłkę nożną do bardzo silnej pozycji krajowej. W 1975 r. awansował z Widzewem Łódź do Ekstraklasy. Kolejnym krokiem w karierze trenerskiej był ŁKS, który prowadził w latach 1976–78, 1981–84, 1987–1990 i w sezonie 1995/96. Jego największymi osiągnięciami jako trenera było jednak zdobycie mistrzostwa Polski w 1979 r. z Ruchem Chorzów oraz wicemistrzostwa kraju w sezonie 1986/87 z Pogonią Szczecin. Prowadził też m.in. Lecha Poznań i Zawiszę Bydgoszcz. Trzykrotnie wybierano go na trenera roku w plebiscycie „Piłki Nożnej", działał także w radzie trenerskiej PZPN. Przydomek „Napoleon” nieprzypadkowo określał jego charakter i twarde trenerskie zasady, na temat których krąży wiele opowieści i anegdot, a sam Leszek Jezierski stał się piłkarska legendą. Ostatnie lata życia spędził w swoim domu w Sokolnikach. Zmarł 12 stycznia 2008 r. i został pochowany w Alei Zasłużonych na Cmentarzu Doły.
@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@FcPortoFan1999
@Bernard777
@Adran360
11
Bayern Monachium po raz trzeci z rzędu:
Dokładnie 50 lat temu Bayern Monachium pokonuje AS St. Etienne 1:0 w finale Pucharu Mistrzów. Bayern po raz trzeci znalazł się w finale najcenniejszych z pucharów i czekała go konfrontacja na ,,Hampden Park” w Glasgow z AS St. Etienne. Francuzi wyeliminowali po drodze Glasgow Rangers, Dynamo Kijów oraz PSV Eindhoven. Niemal wszyscy zawodnicy St. Etienne występowali w ówczesnej reprezentacji Francji a do najlepszych zaliczano bramkarza Curkoviča, obrońcę Janviona, pomocników Larque'a, braci Revellich a także napastników Rocheteau i Sarramagne. Bayern zaprezentował wypróbowany w wielu bojach skład, z którego tylko Dwóch zawodników wcześniej nie wystąpiło w finale pucharu Mistrzów a mianowicie obrońca Horsmann i Karl Heinz Rummnigge. Trener Cramer kolejny raz postawił na defensywę i Bayern starał się ją konsekwentnie realizować, choć żwawo poruszający się Francuzi bliscy byli uzyskania prowadzenia. Bathenay trafił w poprzeczkę a Santini w słupek. W 57 minucie Gerd Müller został sfaulowany przed polem karnym. Piłkę ruszył Beckenbauer a Franz Roth strzelił nad murem do siatki. Ten sam ,,Bulle" z Allegaeu, który 9 lat wcześniej przesądził o triumfie nad Glasgow Rangers w finale PZP, kolejny raz rozstrzygnął o zwycięstwie Bawarczyków. Trener St. Etienne Robert Herbin w ostatnich minutach posłał w bój Rocheteau, który siedział na ławce po kontuzji. Długowłosy skrzydłowy siał zamieszanie wśród obrońców Bayernu ale odpowiedź na pytanie dlaczego nie zagrał od początku była prosta. Po kontuzji nie był zdolny do wielkiego wysiłku. Herbin zaś twierdził że o zwycięstwie Bayernu przesądziło szczęście. Franz Beckenbauer także o nim wspomniał: ,, Mieliśmy szczęście ale ono jest konieczne aby zdobyć Puchar Mistrzów". Wielu nie przypadł do gustu trzeci, kolejny triumf Bawarczyków. Angielskie gazety pamiętały jeszcze o porażce Leeds i ,,Daily Mail" nazwał Bayern z grają ,, pasożytów" a ,, The Sun" nawet ,, złodziejami". Ciekawe że prasa Francuska przyjęła porażkę swojego mistrza z honorem. ,, Quotidien de Paris" napisał: ,, byłoby obrazą dla S. Etienne twierdzić że Bayern grał słabo". ,, Aurora": ,, sukces polega także na tym aby w odpowiednim czasie mieć szczęście, na tym polu St. Etienne okazał się gorszy od Bayernu". Był to już ostatni triumf drużyny, którą zaczął kształtować Čajkowski. Słynne trio, wokół którego budowali zespół kolejni trenerzy rozpadło się. Müller musiał poddać się operacji a Beckenbauer z powodu kłopotów w życiu osobistym a także problemów z urzędem skarbowym powędrował do USA, gdzie występował w słynnym Cosmosie Nowy Jork. W kolejnej edycji Bayern odpadł w ćwierćfinale z dynamem Kijów a następny sezon był jednym z najsłabszych w historii występów w Bundeslidze. Piłkarze prowadzeni przez Gyule Loranta wylądowali dopiero na 12 miejscu w tabeli.
@Adran360
@Bernard777
@Gary
@Kapitan hawk
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
12
Nerwowy rewanż ze szczęśliwym zakończeniem:
12 maja 2015 r. Bayern Monachium pokonał FC Barcelone 3:2 w półfinale Ligi Mistrzów. W rewanżu Bayern mógł doprowadzić do dogrywki ale akurat eksplodował Neymar, który na „Allianz” rozegrał być może swój najlepszy mecz w barwach Blaugrany. Gdyby nie jego popisy i 2 gole po podaniach Luisa Suareza, Bayern miałby szanse odrobić straty z Camp Nou. Stworzył sobie bowiem mnóstwo sytuacji, z których wykorzystał zaledwie trzy a to dzięki wspaniałej postawie ter Stegena. Po zakończeniu meczu w Monachium kamery uchwyciły moment, w którym roześmiani Messi i Luis Enrique padli sobie w objęcia i czule się wyściskali. Była to bardzo ważna chwila, gdyż od czasu wydarzeń styczniowych po przegranym meczu z Realem Sociedad, przez 3 miesiące trener i jego lider nie odzywali się do siebie w ogóle. Pokój został zawarty dopiero po pokonaniu potwora z Monachium. ,,Po wyeliminowaniu Bayernu wiedzieliśmy że najtrudniejsze już za nami a teraz pozostała nam radość z gry w finale”- wspominał Dani Alves.
@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360
11
Barça sięga po drugi Puchar Zdobywców Pucharów:
12 maja 1982 r. FC Barcelona pokonała w finale Standard Liege 2:1 i sięgnęła po raz drugi w historii po Puchar Zdobywców Pucharów. Rywale objeli prowadzenie w 8 minucie dzięki bramce Vandersmissena ale tuż przed przerwą wyrównał Alan Simonsen. Natomiast w 63 minucie zwycięskiego gola strzelił Quini. Trener Barçy Udo Lattek stwierdził iż teraz ,,czuje się spełniony”. Niemiecki szkoleniowiec wstawił do składu Migueliego, który w tamtej edycji pucharów wystąpił przez zaledwie 9 minut: ,,Sporo zaryzykowałem bo od dawna nie grał. Dlaczego na niego postawiłem? Pomyślałem że to idealny piłkarz na to starcie i sprawdziło się to w stu procentach”. Usunięty z boiska pod koniec meczu Meeuws miał inne zdanie na temat ,,Tarzana”: ,,Carrasco atakował co chwile dwoma wyprostowanymi nogami i sędzia nie reagował. Natomiast o Miguelim można powiedzieć wszystko, tylko nie to, że jest piłkarzem”. Holender Tahamata grający dla Standardu, pomimo porażki zdobył się na żart o Manolo, który krył go przez całe spotkanie: ,,Jestem pewien że wszedłby za mną nawet do łazienki”.
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
12
,,Copa” w rytmie samby:
11 maja 1919 r. Brazylia rozgromiła Chile 6:0(3:0) w meczu otwarcia trzeciej edycji Copa America. Pierwotnie turniej miał się odbyć rok wcześniej, jednakże epidemia grypy poraziła Rio de Janeiro, zmuszając organizatorów do przesunięcia terminu o kilka miesięcy. Cała Brazylia szczyciła się pięknym stadionem- „Estadio das Laranjeiras”, należącym do arystokratycznego klubu Fluminense, i na którym rozegrano wszystkie mecze turnieju. ,,Canarinhos” zmontowali naprawdę silną ekipe. Genialny Arthur Friedenreich miał godnego partnera w ataku Manoela Neco, trzy lata młodszego od wielkiego ,,Frieda”. Odważny, przebojowy drybler w tej edycji Copa America zdobył 4 gole i wraz z Friedenreichem został ,,goleadorem” turnieju. Zespół Chile ponownie stanowił zaledwie tło, chociaż wszyscy wpatrywali się w lewego obrońcę Gatica. Zademonstrował on bowiem po raz pierwszy akrobatyczną ewolucję. Będąc w powietrzu, tyłem do atakujących przeciwników, przerzucił piłke nad sobą, wykonując nogami ruch kojarzący się z widokiem krzyżujących się nożyc. Oddając sprawiedliwość krajowi, z którego pochodził wynalazca, poczęto powszechnie nazywać takie zagranie ,,chilena”. Z kolei Argentyna w niewiele zmienionym składzie była tym razem słabsza, chociaż Urugwajowi uległa(2:3) po wyrównanej walce. Obrońcy tytułu(Urugwaj) pokazali znane już walory najwyższej klasy. Do składu wrócił po kontuzji Isabelino Gradin, który w meczu z Argentyną popisał się atomowym strzałem oddanym w pełnym biegu z ponad 30 metrów. Obie świetne drużyny(Brazylia i Urugwaj) zmierzyły się dwukrotnie, gdyż po pierwszym remisowym meczu zebrały po 5 punktów. Po raz pierwszy w historii Copa America zarządzono zatem(3 dni później) mecz dodatkowy. W ogniu żywiołowego dopingu brytyjskie wzorce przegrały sromotnie z typowo brazylijskim temperamentem. Sam mecz był niezwykle dramatyczny i wyrównany. Saporiti, Foglino, Hector Scarone, Gradin i Romano dosłownie wychodzili ze skóry, lecz gospodarze uskrzydleni szaloną wrzawą nie ustępowali pola. Gol niezawodnego Friedenreicha w 107 minucie dogrywki przesądził wreszcie o pierwszym w dziejach triumfie Brazylii. Zaś but, którym ,,Fried” strzelił złotego gola, w charakterze trofeum czy może raczej swoistej relikwii, długie lata przyozdabiał witrynę jednego z ekskluzywnych pawilonów przy ulicy Ouvidor w Rio de Janeiro.
Z brazylijskim turniejem wiąże się też epizod tragiczny, zarazem dobrze oddający ducha tej rycerskiej, pełnej patosu epoki. Bramki urugwajskiej bronił Roberto Chery zwany ,,Poetą”. Dobry, choć nieco nerwowy, inteligentny chłopak miał wielkie uzdolnienia literackie. Swoje wiersze czytywał na głos przyjaciołom, również tym z boiska, stąd ów przydomek ,,Poeta”. 17 maja 1919,podczas meczu z Chile interweniował tak nieszczęśliwie że uderzył głową o słupek, tracąc momentalnie przytomność. Agonia na łóżku szpitalnym trwała 2 tygodnie. U jego wezgłowia czuwali na przemian koledzy z drużyny i gracze innych zespołów, uczestników turnieju. Zmarł 30 maja 1919, skończywszy zaledwie 23 lata. Dla uczczenia jego pamięci został rozegrany mecz Brazylia(w strojach Peñarol) z Argentyną(w koszulkach Urugwaju). Oba zespoły ufundowały puchar imienia Roberto Chery, który został uroczyście przekazany do honorowych zbiorów Peñarol, zaś w samym Urugwaju powstał klub o nazwie Roberto Chery, biorący w latach 1922-25 udział w rozgrywkach ,,heretycznej” ligi.
@1LY0
@Adran360
@Bernard777
@Kapitan hawk
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@MoralnyKarzel
@Ogorinho1974
@Safrani
10
Wybitne legendy urugwajskiego futbolu:
11 maja 1905 r. urodził się urugwajski napastnik Pedro Petrone, Mistrz Świata z 1930 r., 2-krotny Mistrz Olimpijski(1924 i 1928) oraz 2-krotny Zdobywca Copa America(1923 i 1924). W reprezentacji Urugwaju rozegrał 29 spotkań, strzelając 24 gole. Pedro był typem napastnika, który łączył w jedną spoistą całość walory brytyjskie i latynoską szkołę finezji. Zaczynał w klubie FC Charley na pozycji bramkarza co dało mu skoczność i sprężystość oraz wyborne przygotowanie fizyczne. Kiedy jednak w roku następnym zastąpił kogoś w napadzie i z miejsca strzelił 4 gole, stało się jasne co jest jego przeznaczeniem. W 1923 roku trochę przypadkowo towarzyszył kadrze narodowej na tournée po prowincji. W meczu z Colonią wszedł i ,,walną” ot tak sobie 5 goli pod rząd! Trener reprezentacji de Lucca natychmiast włączył go do pierwszego składu i tak 18-letni Petrone zawarł bliższą znajomość z kadrą narodową i współtworzył „Złotą armadę”, która skompletowała wszystkie możliwe na świecie zaszczyty. W 1924 Pedro przeszedł do wielkiego Nacional Montevideo, dla którego zdobył 146 goli w 128 meczach(warto obliczyć tą świetną przeciętną na mecz). W latach 1931-33 występował we włoskiej Fiorentinie gdzie w sezonie 1931/32 został królem strzelców zdobywając 25 goli! Natomiast rzadką ciekawostkę stanowi jego udział(wprawdzie w meczu towarzyskim) w barwach Peñarol w 1929, co wcześniej było wręcz nie do wyobrażenia ze względu na przepaść wrogości dzielącą oba klubowe giganty. Petrone nieco zwalisty, potężnie zbudowany mężczyzna, był prawdziwym postrachem każdej obrony. Do perfekcji opanował sztukę gwałtownego przeboju z reguły kończonego strzałem. Piłkę umiał osłaniać ciałem tak chytrze że przeciwnicy pozostawali bezradni. Na bramkę szedł jak taran na pełnej szybkości aż ziemia dudniła. Walił jak z armaty z 20., 30. a nawet 40 metrów ale nie były to bomby na oślep tylko w światło bramki. Pedro przy pewnych cechach właściwych angielskim „centrom napadu” panował nad piłką niewiele gorzej niż Scarone czy Andrade. Miał bogaty repertuar podań. Po prostu idealnie wykorzystywał wszystkie talenty, jakim tak sowicie obdarzyła go natura. Jego snajperskie wyczyny wzbogaciły potoczny język piłkarski. W Ameryce Południowej, kiedy jakiś obiecujący napastnik oddaje potężny strzał, którego siła dorównuje precyzji, wytrawni smakosze futbolowi mlaskając z uznaniem pomrukują zwięźle „Petroniano”!
@Safrani
@Ogorinho1974
@MoralnyKarzel
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@Kapitan hawk
@Gary
@Bernard777
@Adran360
10
Kosmiczne El Clasico:
Kolejne wielkie „show” i siedem goli w El Clasico! FC Barcelona znów lepsza od Realu. Zaledwie trzy dni po porażce w półfinale Ligi Mistrzów z Interem Mediolan, czyli dokładnie rok temu FC Barcelona stanęła przed kolejnym wielkim wyzwaniem. Rywalem w 35 kolejce La Liga był bowiem Real Madryt, który po ostatnich nieudanych El Clasico chciał udowodnić, że jest w stanie walczyć z „Blaugraną” jak równy z równym. Ostatecznie na „Estadio Montjuic” w Barcelonie zwyciężyli gospodarze, którzy po kapitalnych zawodach pokonali „Królewskich” 4:3 i tym samym zrobili ogromny krok w stronę mistrzostwa Hiszpanii. Od pierwszych minut spotkania obie ekipy wykazywały mocno ofensywne zapędy. Pierwszą poważną sytuację już w trzeciej minucie meczu stworzył sobie Real Madryt a dokładnie Kylian Mbappe, który skorzystał z błędu przy wyprowadzeniu piłki Pau Cubarsiego. Złą decyzję obrońcy piłkarze FC Barcelony postanowili zastąpić… jeszcze gorszą, gdyż przy próbie minięcia Wojciecha Szczęsnego polski golkiper popełnił ewidentny faul na napastniku Realu. To kolejny karny sprokurowany przez Szczęsnego w El Clasico. W tym przypadku decyzja sędziego Hernandeza Hernandeza mogła być tylko jedna – jedenastka dla „Królewskich”. Podszedł do niej sam Mbappe, którego pierwotną intencję wyczuł co prawda Szczęsny, jednak strzał okazał się zbyt mocny dla bramkarza „Dumy Katalonii”. Albo może rzucił się z za małą wiarą, żeby to obronić. Po tym golu do głosu doszła FC Barcelona, która sprowadziła rywala do defensywy. Swoich szans próbował prawy obrońca Eric Garcia, po którego celnym i silnym strzale interweniował Thibaut Courtois. W 15. minucie swoją sytuację stworzył sobie jednak Real, który wykorzystał wysoko ustawioną linię obrony gospodarzy. Prostopadła piłka od Viniciusa Juniora spowodowała, że w sytuacji „sam na sam” ze Szczęsnym znalazł się Kylian Mbappe. Wówczas francuski snajper zachował zimną krew i strzałem po ziemi przechytrzył bramkarza. El Clasico rządzi się jednak swoimi prawami i po raz kolejny na przestrzeni ostatnich miesięcy nie miało zamiaru zwalniać. Po straconym golu inicjatywa znów znalazła się w posiadaniu gospodarzy, którzy dwukrotnie spróbowali swoich sił z dystansu. Po uderzeniach Lamine’a Yamala i Gerarda Martina kapitalną robinsonadą wykazał się jednak Courtois. Belgijki golkiper nie był jednak nie do pokonania, gdyż w 19. minucie do jego siatki trafił zastępujący kontuzjowanego Julesa Kounde (bohatera poprzedniego El Clasico w finale Pucharu Króla) Eric Garcia. Prawy obrońca „Dumy Katalonii” idealnie odnalazł się w polu karnym i skorzystał z przedłużenia piłki głową przez Ferrana Torresa. To był drugi mecz z rzędu z golem obrońcy, którego mogło już w FC Barcelonie nie być, lecz pragnął go zatrzymać Hansi Flick. Bramka Garcii zwiastowała nadejście ogromnych kłopotów Realu Madryt. „Blaugrana” wrzuciła najwyższy możliwy bieg, nakręciła się, właściwie przez cały czas dominowała nad rywalem, stwarzała sobie kolejne okazje i sprowadziła „Królewskich” do głębokiej obrony. Upragnione wyrównanie stanu rywalizacji nadeszło w 32. minucie, kiedy to kapitalnym strzałem z fenomenalną rotacją popisał się Lamine Yamal. Hiszpański skrzydłowy nawet się nie zastanawiał i od razu uderzył, gdy tylko otrzymał piłkę. Idealnie ją dokręcił i mógł już cieszyć się z doprowadzenia do remisu. Wynik 2:2 nie utrzymał się jednak długo, ponieważ już dwie minuty później bramkę na 3:2 zdobyła FC Barcelona. Strzelcem gola była inna gwiazda „Dumy Katalonii” – Raphinha. Cała akcja bramkowa rozpoczęła się od sporej pomyłki Aureliena Tchouameniego, która umożliwiła Pedriemu posłanie prostopadłej piłki do głównego zainteresowanego. Otrzymawszy futbolówkę Raphinha oddał celny strzał po długim rogu bramki Courtois. „Duma Katalonii” odrobiła stratę w niecałe 20 minut i to jeszcze z nawiązką! To jednak wciąż nie był koniec pierwszej połowy, ponieważ gdy zegar wskazywał 45. minutę, to FC Barcelona jeszcze zdołała podwyższyć prowadzenie. W tym przypadku kolejnego gola strzelił Raphinha, który po wcześniejszym błędzie Lucasa Vasqueza i drugiej już asyście Ferrana Torresa ponownie pokonał bezradnego bramkarza Realu. W doliczonym czasie gry kibiców Realu nawiedziły jeszcze wspomnienia z październikowego El Clasico, gdy Kylian Mbappe mnóstwo razy znajdował się na pozycji spalonej. Teraz znów Francuz strzelił gola (który byłby przypieczętowaniem hat-tricka), jednak przy podaniu Jude Bellinghama był na minimalnym, aczkolwiek zauważalnym spalonym. Działo się mnóstwo do przerwy. Było aż dziewięć strzałów celnych. Co ciekawe, dwie okazje Realu zamieniły się… w dwie bramki. Imponująca skuteczność, ale już w defensywie tak dobrze nie było.
Druga część spotkania przyniosła widzom kontynuację tego, co działo się w pierwszej. Stroną dominującą znów była więc FC Barcelona, która jak najszybciej chciała strzelić piątego gola i doprowadzić do tzw. manity. Sztuka ta prawie udała się już w 51. minucie, kiedy do pustej bramki piłkę wpakował Lamine Yamal. Kiedy Estadio Montjuic wybuchł z radości, ekstazę fanów „Blaugrany” ukrócił arbiter liniowy, podnosząc chorągiewkę w geście spalonego. Następnie mecz przeszedł w lekką fazę stagnacji, która charakteryzowała się przede wszystkim długim rozgrywaniem ataków pozycyjnych przez zespół „Dumy Katalonii”. Dodatkowy impuls w grze ofensywnej gospodarzy dodało wejście na boisko Alejandro Balde, który przez ostatni miesiąc borykał się z kontuzją. Pochwalić należy także innego zmiennika, czyli Andreasa Christensena. Duński stoper zastąpił na boisku Pau Cubarsiego i godnie bronił dostępu do własnej bramki. Sytuacja FC Barcelony wydawała się idealna, a momentami nawet sielankowa. Kiedy przeciwnikiem jest jednak Real, nigdy nie można być w stu procentach pewnym swego. Przysłowiowe pomarańczowe światło piłkarze gospodarzy zobaczyli w 70. minucie, gdy gola na 4:3 strzelił Kylian Mbappe. Francuski snajper skorzystał wówczas z podania od Viniciusa i strzelił praktycznie do pustej bramki. Tym razem spalonego nie było i Real złapał kontakt. Kilka minut później znakomitą szansę, aby odpowiedzieć Realowi miał Raphinha, który zmarnował znakomite podanie od Lamine’a Yamala i chybił, nie mając przed sobą żadnego rywala. Coś takiego musi po prostu wpaść do bramki! W okolicach 80. minuty mieliśmy do czynienia z kontrowersją, ponieważ po strzale Ferrana Torresa w polu karnym piłka ewidentnie trafiła w rękę Aureliena Tchouameniego. Pierwotnie sędzia główny Hernandez Hernandez zdecydował się nie dyktować jedenastki, następnie podszedł do monitora VAR sprawdzić całą sytuację, po czym… utrzymał początkową decyzję. W 89. minucie meczu znakomitą okazję do wyrównania miał jeszcze młody zmiennik w szeregach „Królewskich” – Victor Munoz. Hiszpan nie wykorzystał jednak sytuacji „sam na sam” z Wojciechem Szczęsnym i uderzył wysoko nad poprzeczkę polskiego bramkarza. Mógł zostać bohaterem w debiucie! To był jego pierwszy mecz w barwach Realu Madryt. Ależ miałby moment. Doliczony czas gry przyniósł fanom FC Barcelony jeszcze jednego gola gospodarzy, którego strzelcem był Fermin Lopez. Ostatecznie bramka ta została jednak anulowana przez wcześniejsze zagranie ręką. Mecz zakończył się więc rezultatem 4:3 dla gospodarzy.
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
10
,,La Manita” na ,,Camp de Les Corts”:
11 maja 1952 r. FC Barcelona rozbija Real Valladolid 5:0 w półfinale Copa del Generalísimo po 2 golach Kubali i Vili oraz jednym Cesara Rodrigeuza.
@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Kapitan hawk
@Gary
@Bernard777
@Adran360
0
@Colon Jak właściwie mam rozumieć "zawsze go chciałem w Barcelonie i przyszedł"? Co ty niby od dziecka go znałeś że zawsze go chciałeś w Barcelonie?
19
Feliz cumpleaños don Andres Iniesta! Oczywiście z okazji 42 rocznicy urodzin. Wszyscy cules cię kochają i wszyscy o tobie pamiętają! Piłkarz przyszedł na świat w małej miejscowości Fuentalabilla w regionie Castilla-La Mancha, 125 kilometrów na zachód od Valencii. Kariere zaczynał w juniorach Albacete. W połowie lat 90-tych miał podobno otrzymać oferte ze szkółki Realu Madryt, lecz rodzice zadecydowali o wysłaniu go do barcelońskiej La Masii. Szybko stał się gwiazdą młodzieżowych drużyn Blaugrany i już w 2001 r. włączono go do kadry Barcelony B. W pierwszym zespole zadebiutował w sezonie 2001/02 za sprawą Carles Rexacha. Raptem w wieku 20 lat stał się ważną postacią drużyny i miał spory wkład w trofea zdobyte za kadencji Franka Rijkaarda jak i Josepa Guardioli. Z sezonu na sezon jego gra ewoluowała i stał się jednym z najlepszych ofensywnych pomocników świata, dysponując nadzwyczajną techniką i dryblingiem. Swój talent okazywał także w reprezentacji Hiszpanii, z którą zdobył 2 Mistrzostwa Europy oraz Mistrzostwo Świata, strzelając decydującego gola w finale mundialu w RPA przeciwko Holandii. W plebiscycie na Złotą Piłke 2010 zajął ,,tylko” drugie miejsce, gdyż w powszechnej opinii uważano że powinien zwyciężyć w tymże plebiscycie.
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
1
O tak! Campeones!! Barcunia Campeones!!!
Ps. Gwoli ścisłości sędziowania to wczoraj Eric Garcia powinien zostać usunięty z boiska za uderzenie łokciem Belingama, w rezultacie czego Realowi Madrid należał się rzut karny.
2
Szanowni cules, przed nami Grande Espectacolo El Clasico(!) po raz 307 w historii i po raz 192 w Primera Division. Bilans z ,,prześcieradłami” w La Liga mamy niestety niekorzystny, gdyż wynosi 80 do 76 na korzyść Realu ale za to na plus: Barça ma strzelonych 310 goli a przeciwnik o jednego gola mniej. Dzisiaj nadaża się okazja aby podreperować ten niekorzystny bilans na płaszczyźnie ligowej a zarazem przypieczętować majstra i to po raz pierwszy w dziejach w El Clasico! Przydałoby sie „nadziać dzisiaj dziadów na widelec, przeżuć, wypluć i rozdeptać jak robaka!”
Visca el Barça! Parasiempre!
11
@FCBparasiempre
10 maja 1969 r. urodził się Dennis Bergkamp. Pomimo tego że uznawano go za artystę futbolu, sam Dennis o popisach tylko dla sztuki mówił tak: “Generalnie nie lubię zwodów. Podoba mi się, gdy robią je inni, albo kiedy sam mam z nich korzyść. Jednak nie jest to moja ulubiona forma gry. Nie szukam okazji do zrobienia zwodu. To nie mój styl. Ja skupiam się na przyjęciu piłki, kontroli, podaniach. Czy jedno minięcie lub podanie pozwoli mi lub komuś innemu stanąć przed bramkarzem? Czy zdołam stworzyć miejsce do podania? To właśnie moja pasja, moja specjalizacja. Zwody to dla mnie… no, to tylko zwody. Uważam że za wszystkim musi stać jakaś myśl i znaczenie. Co wnosi zwód? Musi być użyteczny. Sztuka dla sztuki mnie nie interesuje”. Dennis Bergkamp jak wszyscy chłopcy w tamtych czasach uczył się grać w piłkę na ulicy i okolicznych trawnikach. Jako najmłodszy z czwórki braci miał kogo podpatrywać. Był znakomitym obserwatorem. Po każdym meczu potrafił opisać, jak padały bramki, gdzie stali zawodnicy i jak wyglądał przebieg meczu. Często samotnie odbijał piłkę o ściany, drzewa czy inne przeszkody na amsterdamskich ulicach. Już od czasu gdy był dzieckiem, fascynowała go piłka i jej ruch. Jego idolem był angielski pomocnik Glenn Hoddle. “Zawsze zachowywał równowagę. Podobało mi się, jak przyjmował piłkę w powietrzu i kontrolował ją. Natychmiastowa kontrola. Zawsze perfekcyjny kontakt.” Był bardzo wysportowanym dzieckiem. Startował w zawodach lekkoatletycznych i zdobywał nagrody w wielu konkurencjach, zwłaszcza biegowych. Jego ulubioną był pchnięcie kulą. Podobały mu się również inne sporty zespołowe, takie jak baseball czy koszykówka. Jednak z rówieśnikami, często dziećmi emigrantów z Surinamu, Turcji czy Maroka najczęściej grał w futbol. Jako że wyróżniał się na tle innych, kolejnym etapem były treningi w klubie. Metody szkoleniowe w latach 80. ubiegłego stulecia, bardzo się różniły od tych stosowanych obecnie. Trenerzy byli surowi i wprowadzali niemal wojskowy rygor na zajęciach. Treningi nie były tak dopracowane jak obecnie, a i młodym piłkarzom nie poświęcano tyle uwagi co teraz. Większość rzeczy musieli robić sami, i to jak twierdzi Dennis pomagało im tworzyć własną grę. Trenerzy nie przerywali co chwilę gry, by pokazać, co jest robione źle i jak dany zawodnik powinien się zachować. Bergkamp twierdzi, że to zabija kreatywność w tych chłopcach. Jak mają wymyślić własne rozwiązania boiskowych sytuacji, skoro wszystko jest robione za nich. Wielkim szczęściem Dennisa było to, że w Ajaksie trafił na Johana Cruijffa, który szybko zobaczył ogromne możliwości młodego Bergkampa. Najbardziej cenił w nim inteligencję i zmysł obserwacji: “Jest inteligentny i oto właśnie chodzi, ponieważ w futbol gra się głową, a nogi mają tylko w tym pomagać. Jeżeli nie używa się głowy, same nogi nie wystarczą. Dlaczego gracz musi gonić piłkę? Bo zbyt późno zaczął biec. Trzeba być uważnym, używać głowy i znaleźć właściwą pozycję. Jeśli za późno dobiegnie się do piłki, to znaczy, że wybrało się niewłaściwą. Bergkamp nigdy się nie spóźniał.” Aby szybciej przygotować Bergkampa do gry w pierwszym zespole, Wielki Johan użył sprytnego podstępu. Przeniósł Dennisa z najwyższej grupy juniorów A1 do młodszego rocznika A2. Dodatkowo kazał wystawiać go tam, na innych pozycjach niż grał dotąd, by mógł poznać różne zachowania na boisku i dzięki swoim umiejętnościom obserwacji, nauczyć się je wykorzystywać w swojej grze. Dennis wtedy tego nie rozumiał, ale po latach zrozumiał zamysł Cruijffa, który dodatkowo zaczął przygotowywać Bergkampa, do roli kreatora gry, co najlepiej było widać gdy Dennis grał w Arsenalu. “Kiedy jest się najlepszym piłkarzem, ma się więcej czasu, a kiedy ma się więcej czasu, trzeba go mądrze wykorzystać – pomagając innym graczom, rozmawiając z nimi, instruując ich i kierując nimi.” Bergkamp szybko powrócił do A1, i niedługo potem został powołany na mecz pierwszego zespołu. Dennis Bergkamp zadebiutował w seniorskim zespole Ajaksu 14 grudnia 1986 roku, w meczu przeciwko Rodzie JC. Nie stresował się tym i był pewny siebie, jak przez całą swoją karierę: “Naprawdę nie myślałem ‘Jezus Maria, gram dla Ajaksu!’. Po prostu czułem się dobrze, zupełnie naturalnie.” Po wygranym 2:0 meczu, w szatni do młodego Dennisa podszedł Frank Rijkaard, który był wtedy gwiazdą ,,Joden” i zapytał Bergkampa o wiek. Gdy usłyszał odpowiedź, powiedział: “Siedemnaście? No to masz przed sobą świetlaną przyszłość.”
Jednak na miejsce w pierwszym składzie Dennis musiał trochę popracować, ponieważ w pierwszych dwóch sezonach był tylko rezerwowym. W każdym kolejnym sezonie Dennis Bergkamp stawał się coraz ważniejszą postacią zarówno w Ajaksie, jak i ogólnie w holenderskim futbolu. Trzykrotnie w sezonach 1990/1991, 1991/1992 i 1992/1993 był najlepszym strzelcem ligi, a dwukrotnie w latach 1991 i 1992 został wybrany najlepszym graczem Eredivisie. Pod koniec sezonu 1992/1993, wraz z Wimem Jonkiem, podpisał kontrakt z Interem Mediolan. Ówczesny trener Ajaksu, Louis van Gaal, zarzucał wówczas Dennisowi, że nie dawał z siebie wszystkiego w końcówce sezonu. Trudno w to jednak uwierzyć, znając profesjonalizm i ambicję Bergkampa. Dennis teoretycznie mógł wybierać spośród wszystkich największych klubów w Europie, ale tak naprawdę już dużo wcześniej zdecydował się na grę we Włoszech. To była w tamtych czasach najsilniejsza liga na świecie. Jego agent i brat prowadzili negocjacje z dwoma klubami, Juventusem i Interem. Jednak przeczucie podpowiadało im by podpisać kontrakt z klubem z Mediolanu. Pierwszy sezon w Interze Bergkamp miał całkiem przyzwoity. Wprawdzie w lidze było przeciętnie, bo tylko 8 goli w 31 meczach, ale za to w pucharach zupełnie inaczej. 9 goli w Pucharze Włoch i 8 (najlepszy strzelec) w Pucharze UEFA robią wrażenie, zwłaszcza że Inter ostatecznie zdobył to drugie trofeum. Jednak włoscy trenerzy nie potrafili właściwie wkomponować Dennisa do zespołu. Można też powiedzieć, że nie chcieli zmieniać taktyki zespołu i ustawiać jego gry specjalnie pod Bergkampa. Dennis to widział, i pomimo że w Italii bardzo mu się podobało, postanowił zmienić klub. Jak się potem okazało, była to najważniejsza decyzja w jego piłkarskiej karierze. Bergkamp debiutował w kadrze za kadencji słynnego Rinusa Michelsa. Było to 26 września 1990 roku w towarzyskim meczu z Włochami. Szybko stał się podstawowym graczem reprezentacji Oranje, która była jednym z głównych faworytów mistrzostw Europy rozgrywanych w 1992 na szwedzkich boiskach. Broniący tytułu mistrzowskiego Holendrzy, wzmocnieni Bergkampem, wydawali się mieć wszelkie atrybuty, by obronić tytuł. Zwłaszcza gdy w fazie grupowej pokonali 3:1 Niemców, swoich odwiecznych rywali. Niestety porażka w półfinale z Danią, po serii rzutów karnych, zakończyła marzenia o obronie mistrzowskiego tytułu. Rozpoczęła zaś serię holenderskich klęsk w konkursach rzutów karnych na wielkich turniejach. Bergkamp był jednym z niewielu graczy, którzy nie zawiedli na tym turnieju. W eliminacjach do MŚ w Stanach Zjednoczonych reprezentacja Holandii spotkała się w grupie z Polską. Kadrze prowadzonej przez Andrzeja Strejlaua udało się zremisować na De Kuip w Rotterdamie, po znakomitym meczu przeciwko naszpikowaną gwiazdami drużyną Oranje. Niestety mecz rewanżowy w Poznaniu był kompletnie dla nas nieudany i przegraliśmy 1:3, a dwa gole strzelił nam Dennis Bergkamp. W USA Holendrzy ponownie zawiedli. Kłótnie w zespole zakończyły się wraz z porażką 2:3 w ćwierćfinale z późniejszymi zwycięzcami turnieju Brazylijczykami. Dennis po raz kolejny nie zawiódł, zdobył w tym turnieju trzy bramki, ale to nie wystarczyło, by zdobyć medal. W drodze powrotnej do kraju doszło do wydarzenia, które jak się wydaje, zadecydowało o tym, że Bergkamp przestał latać samolotami. Jeden z dziennikarzy zażartował sobie, że ma bombę i samolot musiał awaryjnie lądować. Ta sytuacja, w połączeniu z kilkoma innymi, które miały miejsce podczas podróży Bergkampa na mecze we Włoszech, skłoniła Dennisa do podjęcia tej trudnej decyzji. O swojej decyzji Bergkamp poinformował sztab kadry na zgrupowaniu przed wyjazdowym meczem z Białorusią w czerwcu 1995 roku. Dennis Bergkamp podpisał kontrakt z Arsenalem latem 1995 roku. Był wtedy rekordowym zakupem klubu z Londynu, ponieważ kosztował aż 7,5 miliona funtów. Na wyspach był jednym z graczy, którzy rozpoczęli proces zmian w Premier League. To on, wraz z trenerem Wengerem pokazał graczom Arsenalu jak się właściwie odżywiać. To on swoim profesjonalizmem i dążeniem we wszystkim, co robił do perfekcji, zmienił podejście wielu graczy do treningu. Ray Parlour powiedział: „To on zmienił całe nasze nastawienie do treningu. Wystarczyło popatrzeć, jak się prowadzi, by otworzyły ci się oczy.”
Po treningach z Bergkampem piłkarze myśleli, skoro on tak trenuje to może i oni powinni dać z siebie więcej. Otwierał innym graczom oczy na wiele aspektów funkcjonowania profesjonalnego piłkarza. To jakim wzorem był Bergkamp, najlepiej pokazuje wypowiedź Robina van Persie dla holenderskiej TV. Robin był wtedy na początku swojej kariery, a Dennis powoli ją kończył. „Wracał wtedy do formy po kontuzji. Trenował z dwoma chłopakami, piętnastolatkiem i szesnasto-, może siedemnastolatkiem, oraz trenerem od przygotowania fizycznego. Ćwiczyli podania i strzały z manekinami. Była to 45-minutowa sesja, a Dennis nie wykonał ani jednego podania, które nie byłoby perfekcyjne. On nie popełnił ani jednego błędu! Wszystko robił na sto procent, na maksa. Strzelał tak mocno, jak się dało, kontrolował piłkę, grę, bezpośrednie podania… To było piękne. Dla mnie to była po prostu sztuka.” Mimo tego wielkiego profesjonalizmu, właściwego odżywiania, dbałości o swoje ciało oraz oczywiście ogromnych umiejętności, Dennis przez pierwsze siedem meczów nie potrafił zdobyć gola dla Arsenalu. Jednak warto było wprowadzać te zmiany, ponieważ pod wodzą Wengera Dennis stał się legendą Arsenalu i całej ligi. Mimo że podczas całej swojej 11-letniej kariery w Londynie miewał też sezony kiedy bardzo się nie wyróżniał, to po latach ocenia się go jako jednego z tych piłkarzy, którzy zmienili Premier League. Zdecydowały o tym jednak nie tylko bramki, które strzelał, a bardziej jego styl gry i podania, dzięki którym kreował kolegom sytuacje do zdobycia gola. On, trzykrotny król strzelców Eredivisie, w Arsenalu miał więcej asyst niż strzelonych goli. Tylko w meczach ligowych zanotował 93 asysty i 87 goli. Stał się bardziej pomocnikiem niż napastnikiem. W Arsenalu Dennis wreszcie czuł się sportowo spełniony. Trener mu ufał i pozwalał grać tak jak lubi, a koledzy z drużyny idealnie się do tego dopasowali. „To, co Arsene powiedział o mnie, starającym się osiągnąć perfekcję, w tamtych czasach było prawdziwe dla całej drużyny. Byliśmy naprawdę bliscy ideału. Oczywiście, zdarzały się głupie mecze, podczas których nie mogłeś sensownie kopnąć piłki, ale przez większość czasu byliśmy po prostu niewiarygodni, bardzo bliscy sposobu, w jaki według mnie futbol powinien być rozgrywany.” Sam Arsene Wenger tak postrzega holenderską filozofię futbolu i samego Dennisa: „Oczywiście kocham sposób, w jaki Holendrzy patrzą na piłkę nożną. Mają pozytywną filozofię i budują swoją grę od podstaw. Mają też filozofię polegającą na stawianiu 'mózgowców’ w środku boiska. Uzdolnieni technicznie, myślący i bystrzy piłkarze są umieszczani na środku, w sercu drużyny. Dennis stanowi najlepszy symbol holenderskiej filozofii, bo opiera się ona na technice, wyobraźni i myśleniu. Jako trener możesz poprawiać grę jedynie wtedy, gdy taki piłkarz jest szanowany przez drużynę. To oznacza, że drużyna będzie grała w taki sposób, w jaki pasuje temu piłkarzowi. Robią to, jeśli czują, że leży to w ich interesie. Wielką siłą Dennisa było to, że koledzy z drużyny ogromnie go szanowali.” Po wspomnianych wcześniej MŚ w USA kolejnym turniejem, na którym Oranje mieli powalczyć o medale, były ME w 1996 roku. Dla Dennisa to był turniej na boiskach, które już dobrze znał. Niestety kadra Hiddinka była targana, jak to często u Holendrów bywa, wewnętrznymi konfliktami. Czarnoskórzy piłkarze, na których czele stali Clarence Seedorf i Edgar Davids, uważali, że trener faworyzuje białych graczy. Z taką atmosferą nie było szans na odniesienie sukcesu i Oranje odpadli w ćwierćfinale, oczywiście po serii rzutów karnych. Kolejnym turniejem były MŚ we Francji w 1998 roku. Był to turniej, na którym reprezentacja Holandii z Dennisem w składzie miała największe szanse na zdobycie tytułu mistrzowskiego. Potyczki z nimi obawiali się nawet gospodarze, czyli przyszli mistrzowie świata. Kolega Bergkampa z Arsenalu, Thierry Henry tak to opisuje: „Drużyna Brazylii nie była słaba, ale według mnie to Holendrzy tworzyli najsilniejszy skład turnieju. Kto wie, jak zagraliby w finale? Odczuliśmy znaczną ulgę. Byłem młody, ale pamiętam rozmowy starszych kolegów z drużyny. Naprawdę nie chcieli mierzyć się z Holandią, bo nie ważne, jaką taktykę obierzesz, Holendrzy są silni, szybcy i doskonali technicznie, mają wspaniały styl gry. Wszyscy chcieliśmy uniknąć starcia z ich reprezentacją. Prawdę mówiąc, zawsze tak było”.
Niestety ponownie seria rzutów karnych zadecydowała, że to Brazylia(a nie Holandia) zmierzyła się z Francuzami w finale. Rok 2000 i mistrzostwa Europy rozgrywane na stadionach w Belgii i Holandii, były ostatnim turniejem dla Dennisa Bergkampa. Niestety pomimo ogromnej przewagi Oranje w półfinałowym meczu z Włochami, Holendrzy nie byli w stanie pokonać Francesco Toldo. Doszło do konkursu jedenastek, który ponownie zakończył się przegraną Holendrów. Jest wiele teorii, dlaczego Holendrzy przegrywali konkursy jedenastek. Jedni mówią o nietrenowaniu tego elementu gry, inni o lekceważeniu rywala. Dennis jednak twierdzi, że to nieprawda. Każdy piłkarz podchodzi do karnego skoncentrowany i chce go strzelić jak najlepiej. Jednak wtedy pojawia się presja, a czasem decyduje zwykły przypadek. Bergkamp nie uważa, że kilkadziesiąt karnych wykonanych dodatkowo na treningu zwiększyłyby szanse Oranje w konkursach jedenastek. Jak każda legenda Dennis Bergkamp pozostawił po sobie akcje i bramki, które są setki tysięcy razy oglądane przez kibiców na całym świecie. Jedną z najbardziej kultowych jest ta z meczu Arsenalu przeciwko Newcastle z 2002 roku. Drugim golem, o którym wszyscy pamiętają, jest decydujące trafienie z meczu przeciwko Argentynie na MŚ we Francji w 1998 roku. Dennis Bergkamp zdobył 10 goli dla Holandii na wielkich turniejach, co jest rekordem, a jeżeli dodamy do tego 8 asyst (tylko Robben uzbierał ich tyle samo) mamy kompletnego napastnika. Na 90 minut gry Bergkamp zapewnia 0,3 asysty i zdobywa 0,4 gola. Jest to znakomity wynik jak na zawodnika, który dość rzadko występował jako najbardziej wysunięty napastnik Oranje. Dzięki 3,6 strzałom i 2,5 wykreowanym sytuacjom był bezpośrednio zaangażowany w 6 sytuacji bramkowych na mecz. W historii Ligi Mistrzów, w pojedynczym sezonie tylko pięciu graczy miało takie statystyki: Lionel Messi, Neymar, Cristiano Ronaldo, Nabil Fekir i Hakim Ziyech. Jak widać nawet jeżeli ludzie nie klasyfikują Bergkampa wśród najlepszych graczy na świecie, to od względem statystycznym z pewnością należy do tej kategorii. Na koniec wróćmy do tytułowej perfekcji, i zapamiętajmy słowa Dennisa Bergkampa, które najlepiej oddają go jako profesjonalistę: „Nawet jeśli jej nie osiągnę, jestem zadowolony tak długo, jak do niej dążę.”
7
Żywe legendy holenderskiego futbolu:
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
10
Zapomniane legendy rodzimego futbolu:
10 maja 1954 r. urodził się Józef Adamiec, środkowy obrońca. Pan Józef odszedł z Lecha Poznań a potem wyjechał na stałe do Niemiec oburzony zarzutami o sprzedaż meczu. ,,Przysięgam na wszystkie świętości że nie splamiłem się korupcją! Tymi bzdurnymi pomówieniami ktoś wyrządził mi straszliwą krzywdę! Nie mogłem tego przeboleć”- wspomina Adamiec. Nie za często zdarzali się profesjonalni piłkarze z gęstym zarostem. Przez pewien czas był on znakiem rozpoznawczym Adamca. Miał świetne warunki fizyczne a broda sprawiała że wyglądał jeszcze groźniej. Pan Józef piłkarskie nazwisko wyrabiał sobie w Ozimku Małapanew. W Ozimku gospodarze szykowali się na towarzyski mecz z zabrzanami, które przy okazji miało być pożegnaniem bohatera niniejszego tekstu. ,,Dzień przed meczem przyjechali do mnie Antoni Piechniczek z Józefem Zwierzyną i po prostu zabrali do Opola. Nie mogłem się oprzeć ich perswazji i dałem się namówić. Górnik przestał się liczyć i wcale tego nie żałuje. To był mój region, moja drużyna i mój klub”- wspomina Adamiec. W Odrze Piechniczek za pomocą zapobiegliwych działaczy zmontował mocną ekipe. W bramce Młynarczyk, na środku obrony właśnie Adamiec z Wójcickim, Kwaśniewski w pomocy i Tyc w ataku. W 1978 r. Odra była najlepsza na półmetku ligowych rozgrywek ale ostatecznie zakończyła sezon na 5 miejscu. Krążą różne teorie dlaczego tak się stało. ,,W tamtym czasie pojawił się nowy prezes klubu, który nie dogadywał się z zawodnikami. Nie wnikam czy miał podstawy ale z pewnością popsuło to atmosferę w szatni. Straciliśmy niepodważalny atut, czyli jedność i koncentracje na wspólnym celu”- opowiada pan Józef. Potem Odra zaczęła dołować, odchodzili z niej ważni piłkarze jak Kwaśniewski, Wójcicki i Młynarczyk. Ostatecznie Odra spadła do drugiej ligi w czerwcu 1981. ,,Chciałem zostać i pomóc w trudnym momencie. Z takim nastawieniem wybierałem się z żoną na urlop do Bułgarii i wtedy na Okęciu pojawił się trener Wojciech Łazarek”- snuje Adamiec. Spotkanie nie było przypadkowe. Łazarek specjalnie pofatygował się na lotnisko by zachęcić Adamca do zmiany klubu. Wtedy już pracował w Lechu Poznań. ,,Jak kiedyś Piechniczek w sprawie Odry, tak wówczas Łazarek umiał mnie przekonać że najlepiej będzie mi w Kolejorzu. Kiedy wróciliśmy z wczasów, wszystkie nasze meble z Opola były już przewiezione do nowego mieszkania w Poznaniu. Pierwszy sezon w Lechu nie był specjalnie udany, trochę się męczyłem. Miałem słaby rok, najpierw siedziałem na ławce a potem Łazarek wystawiał mnie jako defensywnego pomocnika. Wreszcie powiedziałem mu że chce grać na swojej pozycji. Trener wysłuchał moich argumentów i zrobił roszadę: ja na stoperze a Józek Szewczyk do pomocy i w końcu wszystko zaskoczyło”- wspomina piłkarz.
W 1983 r. Lech zdobył mistrzostwo kraju. Wiosnę Adamiec miał znakomitą. W meczu z Legią(1:0) na 4 kolejki przed końcem sezonu strzelił zwycięskiego gola w ostatnich sekundach meczu. Wcześniej tej samej wiosny Lech wygrał z wielkim Widzewem 3:1 a Adamiec strzelił dawnemu koledze Młynarczykowi dwa gole, oba po pięknych akcjach a jeszcze trzeciego wypracował. Do przerwy było 0:0, do gry wszedł dopiero w drugiej połowie z wyjątkowo ofensywnymi zadaniami i zagrał jedno z najlepszych spotkań w karierze. W następnym sezonie znowu było mistrzostwo i jeszcze Puchar Polski na dokładkę. ,,Gdybym od razu złapał wysoką forme w Lechu, zakład że byłbym w kadrze na mundial w Hiszpanii bo Piechniczek miał mnie na oku. W ekipie na mistrzostwa świata w Meksyku też mógłbym być. Wtedy jednak mieszkałem już w RFN. Żyli tam moi teściowie, zatem nie było problemu z legalnymi przenosinami, tyle że kariera piłkarska mi się popsuła. Straciłem dużo czasu na przymusowym zawieszeniu bo nie miałem zgody na zmianę klubu. Dwa tygodnie trenowałem z Borussią Dortmund. Pasowałem im ale nie było pozwolenia z Polski na moje przejście. Tak więc dyskwalifikacja i praktycznie koniec poważnej kariery”- opowiada nasz bohater, który miał wtedy 31 lat. Liczył się z takim scenariuszem a mimo to nie chciał już grać w Lechu. Wszystko z powodu jednego meczu z ŁKS przegranego 1:2. Kibice nie wierzyli że była to porażka po sportowej walce, tylko z premedytacją odpuszczony mecz, właśnie z inicjatywy Adamca. Posądzenie zapiekło go do żywego. ,, Po spotkaniu coś takiego zasugerował piłkarz ŁKS. Tak sobie ktoś rzucił że mecz został sprzedany i afera gotowa. Nie obronisz się przy takich plotkach i emocjach. No to ja po tylu latach przysięgam wam na wszystkie świętości że ani tego, ani żadnego innego meczu nie sprzedałem! Nie mógłbym Kolejorzowi zrobić takiego świństwa! Jak ktoś w ogóle mógł tak pomyśleć?! Owszem popełniłem prosty błąd przy straconym golu ale przecież takie historie się zdarzają. Ciągle żałuje że wyszedłem wtedy na boisko bo miałem kontuzje kolana. Chciałem pomóc i poprosiłem o zastrzyk znieczulający. Ryzykowałem zdrowie a ramach podziękowania oskarżono mnie o sprzedaż meczu… Mocno mnie to zabolało bo było strasznie niesprawiedliwe. To był wielki cios. Nie chciałem już grać w Lechu”- opisywał mocno poruszony pan Józef. Gdy Adamiec mieszkał już w Niemczech, odwiedzili go działacze Lecha przy okazji meczu Kolejorza z Borussią Mönchengladbach w Pucharze UEFA. ,,Dopiero wtedy wszystko sobie wyjaśniliśmy a prezes Nowak nawet prosił mnie żebym wrócił do Poznania i znowu grał w Lechu. Ja już nie chciałem. Na Bułgarską przyjechałem jedynie na pożegnanie Mirka Okońskiego. Było całkiem sympatycznie ale to tylko jedna wizyta. Kończyłem grać w Wormatii Worms. Miałem kłopoty zdrowotne, dosyć poważnie zachorowałem ale lekarze wyciągnęli mnie z tego i znów byłem zdrów jak ryba. Tęsknie za Polską, często odwiedzam moje rodzinne strony pod Opolem bo tam też mam dom. No i o Odrze zawsze pamiętam. Jakże mógłbym zapomnieć o tylu wspaniałych ludziach”- kończy swoją historie Józef Adamiec.
@Symson
@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@FcPortoFan1999
@Bernard777
@Adran360
0
@kamyk_23 Pierwsze słysze? Masz gdzieś tą wypowiedź z mediów?
10
Wybitne legendy argentyńskiego futbolu:
10 maja 1925 r. urodził się legendarny pomocnik Nestor Raul Rossi, 5-krotny mistrz Argentyny oraz dwukrotny zdobywca Copa America(1947 i 1957). W 1939 r. zaczął zabawe z piłką w piątej drużynie maleńkiego Acassuso. W 1941 próbował sił również w piątym składzie pierwszoligowego już Platense. Rok później wypatrzyło go bystre oko superszperacza River Plate, Renato Cesariniego. Lecz na debiut w pierwszej ekipie niezrównanej ,,La Maquinita” musiał czekać do 1945. Za to z jakim efektem! Debiut mistrzowski. Te mistrzowskie tytuły Rossi kolekcjonował seryjnie. Zarówno w River, jak i w kolumbijskim ,,Millonarios” a poza tym wraz z nim trafiło tam pół drużyny River, wobec czego grali razem dalej, rozumiejąc się w pół słowa. Po powrocie do River ,,Pipo” ponownie wyprowadził kolegów na szczyty a w 1959 przeniósł się do Huracanu, gdzie występował do roku 1961, w końcowym stadium w roli grającego trenera. Kolumbijska przygoda na równo 10 lat przerwała jego reprezentacyjną karierę. Copa America zdobył najpierw w 1947 a następnie dopiero w 1957 roku, w pierwszym przypadku wygrywając rywalizację o miejsce w składzie z samym Peruccą, zaś w drugim wziął góre nad znakomitym Eliseo Mouriño. Rossi miał wiele przydomków. ,,Voz” czyli głos, bowiem używał tego potężnego instrumentu na równi z nogami i głową. Jego stentorowy, huczący bas rozbrzmiewał donośnie w najdalszych zakątkach stadionu. Z czasem stał się tak sławny że doczekał się miana ,,Griton de America”- krzykacz Ameryki. Rossi był urodzonym przywódcą. Kiedy w 1945 trafił do pierwszej ekipy River, mogło się wydawać iż korząc się przed wielkością swych utytułowanych, starszych kolegów, będzie im wiązał sznurowadła. Skądże! Ten pyskaty smarkacz niepojętym sposobem z miejsca wymusił na nich bezwzględny posłuch. Trenerzy z niedowierzaniem przecierali oczy, kiedy Pedernera, Labruna i Loustau gorliwie przytakując, bez szemrania stosowali się do poleceń osiemnastolatka! Po prostu Nestor miał nature lidera, wodza, ,,caudillo”. Ponad wiek dojrzały, wyrośnięty, już jako nastolatek wyglądał jak mężczyzna. Lecz przede wszystkim był wybitną, niezwykle silną osobowością i świetnym piłkarzem. Doskonały technicznie, wyrafinowany drybler, rozporządzał mierzonym, precyzyjnym podaniem, którym wprawiał w ruch całą maszynerie River i reprezentacji. Ze środka boiska jednym krosem, jak za naciśnięciem guzika, puszczał w bój Pedernere lub Loustau. Wiedziony nieomylną intuicją chodził za napadem, przechwytywał bezpańskie piłki lub przejmował centry ze skrzydła i strzelał z dystansu. Dyrygował, kierował, rządził i widział wszystko. Po prostu Alfa i Omega drużyny, pan i władca!
@Adran360
@Bernard777
@Gary
@Kapitan hawk
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
@Sysia11
0
@Colon No cóż, generalnie epizod. To głównie dla jego koneserów ewentualnie koneserów Nietoperzy.
0
@Colon Spójrz tutaj i przetłumacz sobie przez googla: https://www.ciberche.net/histoche/jugador?player=72
0
@Colon Sprawdziłem i zgadza się. Co prawda grała tam tylko jeden sezon ale rzeczywiście grał!
0
@Colon Deschamp? On grał w Valencii? Całkowicie nie kojarze? A wracając do Valencii to tam bardzo istotną role odgrywał Hector Cuper. To był bardzo dobry trener, coś na wzór Simeone tylko w porównaniu z Cholo ustawiał zespół bardzo ofensywnie...
1
@Colon No tak z pamięci to raczej tam za długo chyba nie pograł, może ze 3 sezony? Ale to wystarczyło na status legendy.
Ps. Właśnie zobaczyłem że grał 4 sezony dla Nietoperzy, więc niewiele się pomyliłem.
0
Lionel Messi strzelając wczoraj gola przeciwko Toronto(?) "wykręcił" już 555 goli na poziomie Ekstraklasy. Pięknie wygląda ta liczba a to raczej jeszcze nie koniec strzelania...
14
Najwspanialsza i najsilniejsza Valencia w historii:
10 maja 2000 r. FC Barcelona wygrała na Camp Nou z Valencią 2:1 w rewanżowym starciu półfinałowym Ligi Mistrzów i w efekcie odpadła z rozgrywek. „Tak, tak, tak, Valencia jest w Paryżu” – rozlegało się z północnej bramki Camp Nou i całej Walencji, aby uczcić fakt, że drużyna Walencji zagra 24 maja w stolicy Francji z Realem Madryt w pierwszym finale Pucharu Europy między drużynami z tego samego kraju, po wyeliminowaniu FC Barcelony, pomimo przegranej 2:1. W Barcelonie zrodziło się marzenie drużyny z Walencji, po sensacyjnych rozgrywkach, w których zmierzyła się z najlepszymi na kontynencie. Teraz pozostała jej najtrudniejsza część: dokończenie gry w Saint Denis w meczu z Realem Madryt. Valencia potrafiła wzbudzić niepokój w Barcelonie niemal od pierwszej minuty, ale to w drugiej połowie istota futbolu walenckiego ujawniła się w najbardziej błyskotliwy sposób. W pierwszej połowie Barça, którą w tym tygodniu wzywał obrońca Abelardo, wykazała się odwagą i poświęceniem a jej jedynym celem było strzelenie goli Cañizaresowi. Dobrym przykładem jest sytuacja, w której Blaugrana rozczarowała rywali, ale podobna sytuacja miała już miejsce przy innych okazjach w podobnych okolicznościach; wahadłowy ruch piłki w kierunku skrzydeł, dośrodkowania w poszukiwaniu strzelca otoczonego przez czterech obrońców i niewiele pomysłów na posłanie piłki pod bramkę i przełamanie linii defensywnej. Srebrny ekran Valencii nie był mniej przewidywalny, ponieważ ożywił z jeszcze większą siłą esencję piłki nożnej, której twórcą był Argentyńczyk Héctor Cúper. Warto było zaryzykować, bo wynik 4-1 na Mestalla trzeba było bronić z całych sił. Dobry kontratak zawsze jest lepszy niż atak. I tak mijały minuty. Koledzy Pellegrino z tyłu przesunęli linię obrony na około 25 metrów od linii bramkowej i tak zawęzili pole gry, że Barça czuła, że gol nigdy nie padnie. Pierwsza niebezpieczna akcja nadeszła w 12. minucie. Zagrał ją pełen werwy Figo, który obok Abelardo zdawał się być jedynym, który zdał sobie sprawę, że Barcelona musi wygrać 3-0. Do 20. minuty Hesp dotknął piłki dziewięć razy, niektóre z nich były uderzeniami butów jego kolegów z drużyny. Zły znak dla Azulgrany, która powinna była pokazać bardziej niż kiedykolwiek, że ma ducha ofensywnego. W 21. minucie argentyński napastnik Claudio López obudził się a wraz z nim najbardziej podstawowe obawy, jakie mieli kibice Barcelony przed ostatnimi wizytami Valencii na Camp Nou. Argentyńczyk po kontrataku dośrodkował, ale nie udało mu się go wykończyć. W 32. minucie, po rażącym błędzie Franka de Boera, López wykazał się zabójczym instynktem i oddał strzał z 25 metrów, który miał wylądować w górnym rogu bramki, jednak ostatecznie minął bramkę. W drugiej połowie Valencia przerwała marzenia Blaugrany. Trzy kontry, trzy strzały na bramkę Hespa i FC Barcelona zaczęła zauważać, że gra zaczyna im się wymykać. Mendieta, po błędzie popełnionym przez Hespa i kolejnym popełnionym przez Claudio Lópeza, zdobył gola, wspaniałego gola. Za nim mogło pojawić się jeszcze pół tuzina zawodników ale napastnicy z Walencji pokazali swoją najmniej kompetentną stronę. Blaugrana, której puls zamarł po tych wydarzeniach, odpowiedziała dwoma golami, jednym autorstwa Franka de Boera a drugim Cocu, jednak na więcej nie starczyło już gospodarzom siły a tym bardziej czasu.
@Symson
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@Kapitan hawk
@Gary
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360
10
Dwusetny gol w El Clasico:
10 maja 1997 r. FC Barcelona skromnie pokonuje na Camp Nou Real Madrid 1:0 po golu Ronaldo Luisa Nazario w 44 minucie, w ramach 37 kolejki Primera Division. Gol Ronaldo był jednocześnie dwusetnym w historii El Clasico. Barça, prowadzona przez Bobby'ego Robsona, mogła pochwalić się takimi zawodnikami jak Guardiola, Luis Enrique, Figo czy Ronaldo i pokonała Real Madryt prowadzony z ławki przez Fabio Capello. Mimo porażki Real Madryt utrzymał pięciopunktową przewagę, co ostatecznie okazało się wystarczające do zdobycia tytułu mistrza La Liga, który wówczas był rozgrywany w 42 kolejkach.
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
11
Duma Katalonii triumfuje w europejskich pucharach:
10 maja 1989 r. FC Barcelona pokonuje w finale Sampdorie Genua 2:0 i trzeci raz w historii zdobywa Puchar Zdobywców Pucharów. To był pierwszy sezon Johana Cruijffa w roli szkoleniowca Barçy. Droga do finału wiodła przez 4 dwumecze, w tym między innymi pamiętną rywalizacje z Lechem Poznań. Ostatecznie podopieczni Cruijffa zagrali w finale rozgrywanym na Wandorskfstadion w Bernie – tym samym stadionie, na którym Blaugrana przegrała finał Pucharu Europy w 1961 r. i w tych samych koszulkach, w których jej zawodnicy wystąpili w nieszczęsnym finale w Sevilli w 1986 r. Obydwa zwycięskie gole z Sampdorią strzelili Baskowie: Julio Salinas już w 3 minucie i Lopez Rekarte z podania Solera(dwaj ostatni weszli z ławki rezerwowych) kwadrans przed końcem spotkania. Po powrocie do Barcelony piłkarze dwoma autokarami, w eskorcie zmotoryzowanych kibiców, udali się do ratusza a następnie na Camp Nou, gdzie oczekiwało na nich 15 tysięcy widzów.
Przeżyjmy to jeszcze raz:
@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360