1

@Safrani Bardzo wam dziękuje za te słowa otuchy i pozdrawiam. Miłej niedzieli :)

0

@allien18 Nie o taki sukces mi chodzi ale niejako do takiego sukcesu jak awans do Ekstraklasy też będe zmuszony świętować...

14

Valencia rozgromiona w krajowym pucharze:

17 maja 1953 r. FC Barcelona rozgromiła Valencie 5:0 w ramach pierwszego meczu 1/8 Pucharu Generalissimusa. Prawdziwy kibic Blaugrany mógłby powiedzieć, że teraz łatwo o tym mówić, nawet z tonem oczywistej nonszalancji, ale wspomnienie tych pierwszych czterdziestu pięciu a dokładniej czterdziestu czterech minut, pozostaje, podczas których mecz jedynie utwierdzał ich w obawach o rezultat, gdyż z dziesięcioma zawodnikami na boisku po dziewiętnastu minutach, z powodu przedwczesnej i przypadkowej kontuzji Bioski w zderzeniu z Ramalletsem i z dwiema przerwanymi formacjami(obrona bez Biosci i z Césarem oraz napastnicy bez Césara i z Bioscą) od trzydziestej minuty, kiedy środkowy obrońca FC Barcelony wrócił na boisko, i co gorsza, bez goli ani śladu po nich, problem, który obawiali się, że stworzy Valencia, przerodził się w niepokojące i nierozwiązywalne wyzwanie kwadratury koła. Mimo niepewnych komentarzy, które rozbrzmiewały w przerwie meczu, ożywionych jeszcze wrażeniem niezwykłego strzału Kubali, oddanego niemal pod koniec meczu i najwyraźniej na spalonym, który był w tym momencie jedynym pozytywem dla FC Barcelony, oprócz niewątpliwej przewagi w postaci pokonania Valencii pomimo liczebnej przewagi; mimo atmosfery niepokoju, która utrzymywała się z powodu pozornego potwierdzenia trudności, jakie spotkały Barçe w pierwszej poważnej rundzie Pucharu, nikt nie mógł sobie wyobrazić, że rozwiązanie meczu a tym bardziej całego spotkania, było tak bliskie, że czekało jedynie na pierwszy dźwięk gwizdka sędziego, by ujawnić się w najbardziej nieoczekiwany a jednak genialny i zdecydowany sposób, jaki mogła sobie wyobrazić wyobraźnia najbardziej pomysłowego i ambitnego kibica FC Barcelony. A jednak rzeczywistość, która była już namacalna w pierwszych nerwowych przepychankach drugiej połowy, miała wyglądać tak. W odpowiedzi na niedokładności, wątpliwości i wahania z pierwszej połowy, piłkarze Blaugrany, od Césara, który okazał się najsolidniejszym filarem obrony, po samego Bioscę, który zamknął połowę tuż przed jej rozpoczęciem spektakularnym strzałem głową, wszyscy wiedzieli, jak wykorzystać jeden z tych wybuchów nieodpartej skuteczności, które definiują, jako najbardziej uderzającą cechę, styl Barcelony. I przez dziesięć, piętnaście minut piłkarze Blaugrany rzucili się za piłkę z wielką determinacją, z prawdziwie mrożącą krew w żyłach wytrwałością i precyzją. Przytłoczeni tą duszącą presją, ich linie obrony zostały naruszone, ich zdolność do wytrzymania presji wyczerpana, Valencia, tak zazwyczaj odporna, uległa a jedynie zacięty bój Puchadesa wyłonił się z tej wspaniałej katastrofy niczym maszt sztandaru. Z pewnością nie było paktu z diabłem, ale Barcelona, w tym niezapomnianym kwadransie, diabelnie wcieliła w życie najbardziej klasyczne esencje futbolu: grę naziemną, szybką i ostrą. Wystarczy przypomnieć, że w niecałe dziesięć minut trzykrotnie wdarli się do bramki Valencii, tej bramki, której ich piłkarze bronią z przysłowiową zaciętością, energią i zaciekłością. Niecałe dziesięć minut wystarczyło Barcelonie, by zmiażdżyć Valencię, podcinając skrzydła ich serii Copa del Rey i, nie mając czasu na uspokojenie ich (tak szybka była zmiana), rozpalając dłonie kibiców, wywołując owacje za owacjami, przygotowując ich na podróż na Mestalla bez zmartwień, aczkolwiek z czujnym poczuciem bezpieczeństwa. A wszystko to za sprawą dziesięciu minut futbolu, autentycznego futbolu, bo właśnie taki był ten zaciekły i nieustępliwy atak na bramkę Valencii, przeplatany nieodpartymi momentami geniuszu.

Zmiażdżenie, jakie Barcelona z taką precyzją zadała Valencii, to zdumiewające zwycięstwo 0:5 (bo piąty gol padł akurat w momencie, by spotęgować katastrofalny charakter porażki), przeczy należnemu mu podziwowi. Ale jest, miażdży swoją decydującą siłą i teraz trzeba to przyznać. Prawda jest taka, że Valencia, grająca głęboko w bezskutecznej próbie obrony bramki, udowodniła swoją niezdolność do przebicia się przez obronę FC Barcelony. Z kolei Barça, atakując własną trójką obrońców, skutecznie wykorzystywała luki w defensywie Valencii i miała nawet okazje, by uczynić wynik 0:5 najbardziej donośnym w ostatnich latach. Ogólnie rzecz biorąc, mecz poza pierwszymi piętnastoma minutami drugiej połowy nie obfitował w emocje, niemal całkowicie pochłonięty typową dla Valencii zaciętą walką. Bezskutecznie próbowali zaskoczyć Barçe w okresie, gdy grali w dziesiątkę a następnie kontynuowali walkę nawet wtedy, gdy FC Barcelona skupiła się bardziej na utrzymaniu prowadzenia i ochronie swoich zawodników. Uwikłany w wir, w jaki często zamieniał się mecz, sędzia González Echevarría podzielił los Valencii. On również nie wywiązał się ze swoich obowiązków, sędziując bez należytej sprawiedliwości. Przyznał kontrowersyjnego pierwszego gola Kubali, zmarnował rzut karny dla Valencii i wywołał liczne protesty kibiców, zwłaszcza w napiętych momentach pierwszej połowy, gdy chęć pokonania przeciwnika wydawała się nieosiągalna.

@1LY0
@Adran360
@Bernard777
@Gary
@Kapitan hawk
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani

3

Ooo! Aż 1:3 w Radomiu wygrał Lech? No tego to się niespodziewałem. Pięknie, wspaniale sympatyczny Kolejorzu! Wielkie gratulacje za zdobycie mistrzostwa Polski! Swoją drogą czy ja w swoim życiu doczekam się jeszcze jakiegoś sukcesu mojego Widzewa?

10

Idol „Boskiego” Diego:

W chwalebnych latach 70-tych argentyński Club Atlético Independiente mógł pochwalić się kluczowym zawodnikiem: Ricardo Bochiniem. Ten utalentowany piłkarz, którego idolem był młody Diego Maradona, pozostawił niezatarty ślad w historii futbolu. Ricardo Enrique Bochini urodził się w styczniu 1954 roku w Zárate w prowincji Buenos Aires, 90 kilometrów od stolicy. Po sukcesach w rodzinnym klubie i bezskutecznych próbach gry w San Lorenzo i Boca Juniors, Bochini dołączył do Independiente w wieku 17 lat, szybko awansując w szeregach klubu. Choć nie jest tak znany w Hiszpanii, Bochini to postać legendarna a jego sukces jest znaczący w kraju, który dał światu piłkarskiemu Maradonę i Messiego. Przypomnijmy jego dziedzictwo, aby zrozumieć, dlaczego pozostaje źródłem inspiracji zarówno dla kibiców, jak i obstawiających. Dla tych drugich to wstyd, że historyczni piłkarze, tacy jak Bochini, nie są uwzględniani w ofercie dzisiejszych bukmacherów. Niewątpliwie jego obecność byłaby decydująca, przechylając szalę zwycięstwa w każdym meczu z najlepszymi gwarantowanymi kursami. Miesiąc po zwycięstwie Independiente w Copa Libertadores w 1972 roku, 18-letni Ricardo Bochini zadebiutował w pierwszym składzie na „El Monumental”, wchodząc z ławki rezerwowych w meczu z River Plate, przegranym 0:1. W 1973 roku Bochini był już stałym zawodnikiem drużyny walczącej o czwarty tytuł mistrza kontynentu w meczu z Colo-Colo. W decydującym finale jego wejście okazało się kluczowe dla Argentyńczyków. Jego kolega z ławki rezerwowych, Miguel Ángel Giachello, strzelił zwycięskiego gola w 106. minucie. Bochini był również kluczowym zawodnikiem Pucharu Interkontynentalnego w 1973 roku a także finałów Copa Libertadores w latach 1974 i 1975. Niezależnie od tego, czy strzelał wspaniałe gole, czy grał w znakomitym duecie z Danielem Bertonim, „El Maestro” zawsze sprostał swojemu przydomkowi. Rok 1975 był dla Bochiniego dziwnym rokiem. Został powołany do służby wojskowej, choć traktowano go inaczej niż większość rekrutów, ze względu na status jednego z najlepszych i najbardziej utytułowanych piłkarzy w kraju. Po zaledwie dwóch miesiącach zasady dla Ricardo zostały złagodzone i mógł on dostosować swój harmonogram do treningów i meczów Independiente. Pod koniec służby uczęszczał na zajęcia tylko dwa razy w miesiącu. Sezon 1988/89 Primera División okazał się ostatnim triumfem Bochiniego, w którym Independiente zdobyło mistrzostwo, kończąc sezon z ośmiopunktową przewagą nad najbliższym rywalem, Boca Juniors. Ostatni mecz Bochiniego dla El Rojo miał miejsce w maju 1991 roku, przed ich lojalnymi kibicami, przeciwko Estudiantes. Zanim zakończył karierę, miał na koncie ponad 600 występów w lidze, ustępując jedynie ekscentrycznemu bramkarzowi Boca Juniors, Hugo Gattiemu. Bochini strzelił 105 goli we wszystkich rozgrywkach w swojej karierze i choć osiągnięcie 100 bramek to godne pochwały osiągnięcie, to nie z celności był znany. Dla napastnika gra u boku Bochiniego była niemal gwarancją bramek. Ten ofensywny pomocnik był pomysłowym zawodnikiem, potrafiącym zwodzić przeciwników i podawać im piłkę. Miał znakomitą wizję gry, co pozwalało mu stwarzać niezliczone okazje prawą nogą; jego precyzyjne podania były tak legendarne, że doczekały się nawet własnego określenia w leksykonie argentyńskiej piłki nożnej: „podanie Bochiniego”. Bochini był rzadkością w argentyńskiej piłce nożnej, spędzając całą karierę w jednym klubie. Jest wiele godnych podziwu w człowieku, który zdobył dziewięć najważniejszych trofeów w ciągu 19 lat gry dla Independiente i którego dominacja na początku lat 70-tych nie uległa zmianie pomimo szybkiej rotacji menedżerów. Oprócz sukcesów drużyny, Bochini został uhonorowany kilkoma nagrodami indywidualnymi, w tym tytułem Argentyńskiego Piłkarza Roku w 1983 roku, Brązową Nagrodą dla Piłkarza Roku Ameryki Południowej w 1984 roku oraz miejscem w Drużynie Roku Ameryki Południowej w 1989 roku.

Jego wyczyny w Independiente prawdopodobnie nie w pełni przełożyły się na błyskotliwą karierę międzynarodową. Bochini zadebiutował w reprezentacji Argentyny w 1973 roku, ale w ciągu 13 lat rozegrał tylko 28 meczów w reprezentacji. César Luis Menotti powołał go na Mistrzostwa Świata w Meksyku w 1986 roku, mimo że miał 32 lata i prawdopodobnie minął już szczyt formy. Jednak miejsce w kadrze nie gwarantowało czasu gry, a Bochini pojawił się na boisku tylko pięć razy podczas całego turnieju. Pod koniec ćwierćfinału z Belgią, trener Carlos Bilardo ironicznie sprowadził go na boisko, aby zastąpił Jorge Burruchagę, któremu asystował przy zwycięskiej bramce w finale Copa Libertadores w 1984 roku. „Kiedy wszedł na boisko przeciwko Belgii na Mistrzostwach Świata, pierwszą rzeczą, jaką zrobiłem, było wypatrzenie go i podanie piłki” – napisał Diego Maradona, który w młodości ubóstwiał Bochiniego, w swojej autobiografii z 2004 roku pt. „El Diego”. „Pamiętam, że powiedziałem: to było jak granie jeden na jednego z Bogiem”. Bochini był wizjonerem na boisku, zawodnikiem, który potrafił patrzeć poza teraźniejszość i przewidywać kluczowe ruchy. W świecie zakładów bukmacherskich równie ważna jest jasna i strategiczna wizja. Platformą, która rozumie tę potrzebę i łączy najnowocześniejszą technologię z najlepszymi kursami na rynku, aby zagwarantować niezrównane wrażenia z obstawiania, jest „Game2Bet”. Ta usługa oferuje kompleksowe doświadczenie, łącząc zakłady sportowe, giełdę zakładów i gry kasynowe – wszystko na jednej platformie. Poza oczywistą zaletą zarządzania wszystkimi zakładami z jednego konta, ugruntowała swoją pozycję jako lepsza opcja z czterech dodatkowych powodów: Kursy są najbardziej konkurencyjne, jakie gracze mogą znaleźć. Interfejs jest niezwykle łatwy w użyciu. Użytkownicy mogą zasilać swoje konta bukmacherskie za pomocą kryptowalut. Duży wybór sportów. Mówiąc o szerokiej gamie sportów, lig i turniejów, na które można obstawiać, mamy na myśli 23 dyscypliny dostępne zarówno u bukmacherów, jak i na giełdzie. Należą do nich: Baseball, koszykówka, Boks, Wyścigi konne, Wyścigi chartów, Kolarstwo, Krykiet, Rzutki, Sporty elektroniczne, Sporty motorowe, Piłka nożna, Futbol amerykański, Futbol australijski, Golf, Hokej, Hokej na lodzie, mieszane sztuki walki, Rugby League, Rugby Union, Snooker, Tenis, Siatkówka. Ponadto możesz obstawiać wydarzenia polityczne i specjalne, takie jak Oscary czy Eurowizja. Różnorodność na tym się nie kończy. Każda dyscyplina sportowa oferuje szeroki wachlarz rynków zakładów, dzięki czemu użytkownicy znajdą opcje dopasowane do swoich preferencji. Oprócz bogatej oferty sportowej, Game2Bet oferuje również imponujący wybór gier kasynowych, oferując graczom jeszcze więcej możliwości. Niezależnie od tego, czy preferujesz tradycyjne gry kasynowe, sloty, czy popularne wśród młodszych pokoleń e-sporty, Game2Bet ma coś dla każdego. Oferta gier kasyna jest wspierana przez renomowanych dostawców, takich jak Ezugi i Evolution, co zapewnia wciągające i interaktywne wrażenia z gry. W katalogu znajdują się takie klasyki jak blackjack, bakarat, poker, Sic Bo, Hola Lo, Dragon Tiger i Fan Tan, a także ekscytujące pokoje z krupierem na żywo. Automaty te słyną zarówno z jakości, jak i różnorodności. Dzięki setkom dostępnych tytułów, takich jak „Goddess of the Moon MegaWays”, „Tombstone of Mercy”, „Babylon Riches” i „Gladiator Clash”, gracze mają do wyboru szeroki wachlarz opcji. Gry te są tworzone przez jednych z najlepszych dostawców w branży, takich jak „NetEnt”, „City Without Limits”, „Red Tiger” i „Big Time Gaming”, co gwarantuje wysoką jakość rozgrywki. Dostęp do wszystkich ofert z dowolnego miejsca i urządzenia jest kluczowy. Dlatego strona internetowa „Game2Bet” jest w pełni kompatybilna z urządzeniami mobilnymi, eliminując konieczność pobierania dodatkowej aplikacji. Dzięki temu użytkownicy mogą cieszyć się płynnym obstawianiem zakładów, niezależnie od tego, czy korzystają z tabletu, telefonu komórkowego, czy komputera. Ponadto „Game2Bet” szczyci się profesjonalnym zespołem obsługi klienta dostępnym 24/7. Zespół ten jest zawsze gotowy odpowiedzieć na wszelkie pytania i rozwiązać wszelkie problemy, zapewniając użytkownikom niezbędne wsparcie przez cały czas. Co najważniejsze, usługa jest dostępna w języku hiszpańskim, co ułatwia komunikację i poprawia komfort użytkowania.

Na swojej stronie internetowej „Game2Bet” podkreśla swoje zaangażowanie w słuchanie klientów, aby sprostać ich oczekiwaniom. Dlatego oferuje szeroki wybór metod płatności, w tym przelewy bankowe, „CashtoCode”, portfele elektroniczne, takie jak „Skrill”, „Token” i „Neteller” a także możliwość obstawiania zakładów za pomocą kryptowalut. Bezpieczeństwo jest priorytetem dla użytkowników dołączających do platformy online. „Game2Bet” dokłada wszelkich starań, aby zachować poufność danych osobowych i danych transakcji pieniężnych. Wszystkie protokoły szyfrowania są aktywne i stale monitorowane, aby zapewnić maksymalną skuteczność i ochronę. Ricardo Bochini może być stosunkowo mało znany w Europie, a jego kariera międzynarodowa nigdy nie nabrała rozpędu, ale jego wpływ na Argentynę i Copa Libertadores nie może zostać zignorowany. „El Bocha”, legenda jednego klubu, był kluczowym zawodnikiem jednej z najbardziej dominujących drużyn w historii południowoamerykańskiej piłki nożnej. Jest tak szanowany przez czerwoną połowę Avellanedy, że ma trybunę, a nawet ulicę prowadzącą do stadionu nazwaną jego imieniem. Pomimo wzrostu zaledwie 165 cm i braku typowej sprawności fizycznej, Bochini przełamał stereotyp legendy futbolu. Podobnie jak Maradona, pokazał, że sukces w sporcie zależy nie tylko od wyglądu fizycznego, ale także od wyjątkowej mentalności i umiejętności. Sportowcy tacy jak Bochini nie tylko osiągają sukcesy w swojej dyscyplinie, ale także inspirują swoją zwycięską mentalnością. Ta sama mentalność motywuje tych, którzy chcą założyć konto bukmacherskie w „Game2Bet” i cieszyć się kompleksowym doświadczeniem 3 w 1: zakłady sportowe, giełda i rozrywka kasynowa na jednym koncie, zaledwie jednym kliknięciem.

@Sysia11
@Ogorinho1974
@MoralnyKarzel
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@Kapitan hawk
@Gary
@Bernard777
@Adran360

1

@Adran360 W takim razie to zachłanny dziad z niego!

13

Wybitne legendy futbolu:

16 maja 1925 roku w Rio de Janeiro urodził się Nilton Santos, lewy obrońca, 2-krotny Mistrz Świata: 1958 i 1962. Nilton Santos przez całą piłkarską karierę związany był z jednym klubem a mianowicie Botafogo Rio de Janeiro. W barwach tego klubu rozegrał 723 spotkania i strzelił 11 goli. Był podstawowym graczem reprezentacji Brazylii podczas Mistrzostw Świata w Szwajcarii w 1954 roku, Mistrzostw Świata w Szwecji w 1958 roku oraz Mistrzostw Świata w Chile w 1962 roku. Na mistrzostwach świata w Szwecji strzelił gola, który przeszedł do historii futbolu a trzeba zaznaczyć iż w owych czasach bardzo rzadko obrońcy strzelali gole a zwłaszcza na Mundialu. Przypomnijmy zatem ten wyczyn Santosa; otóż Brazylia grała mecz z Austrią, była 5 minuta drugiej połowy i Brazylia starała się utrzymać wątłe prowadzenie 1-0. Nilton przyją piłkę na swojej połowie i ruszył do przodu. Niedaleko pola karnego przeciwnika podał do Altafiniego i zażądał jej z powrotem. Otrzymał ją tuż przed polem karnym i przerzucił rasowym lobem nad bramkarzem Szanwaldem. Było 2-0 a na 3-0 podwyższył Altafini i Austriacy już się nie podnieśli. Austria okazała się trudnym rywalem i nie wykorzystała dwóch dogodnych sytuacji na strzelenie goli tylko dzięki dobrze broniącemu Gilmarowi. Ostateczny wynik 3-0 dla Brazylii nie oddaje przebiegu gry. Gdyby nie gol Santosa rezultat mógłby być zupełnie inny. Niltona Santosa uważa się za pioniera gry ofensywnej wśród obrońców, który regularnie strzelał gole w barwach Botafogo. Nilton wyróżniał się spośród większości graczy. Był inteligentny, wygadany i przyjaźnił się z gwiazdami estrady. Lecz niewielu wiedziało iż pomimo sławy jaką zdobył grając w Botafogo i w reprezentacji, wrócił do nauki, zapisując się na wieczorowy kurs do „Colegio Juruena”, gdzie ukończył edukację przynajmniej na poziomie gimnazjum. Legendarny zawodnik cierpiał na chorobę Alzheimera, zmarł w wieku 88 lat w Rio de Janeiro 27 listopada 2013 roku. FIFA uznała Niltona Santosa za najlepszego lewego obrońcę w historii futbolu!

@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@Kapitan hawk
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani

0

@Adran360 A co on mało się do tej pory nachapał? Jeszcze mu mało!?

0

@Adran360 We wszystkich? Czyli że drugie i trzecie ligi też się liczą? W takim razie Robert niech idzie do drugiej ligi arabskiej i zdetronizuje tego chaliernego Ronaldo!

1

@Tarins Patrząc na osiągnięcia, to Samuel Eto'o zdobył dla Barcuni dwie ligi mistrzów i był głównym architektem tych sukcesów. Nie liczę już mistrzostw Hiszpanii...

1

@Adran360 Co to są za gole? w jakich rozgrywkach? Czy to tylko same mecze?

7

@FCBparasiempre
16 maja 1907 r. urodził się Antonin Puč, napastnik. Urodził się w czasach gdy Hitler jeszcze miał dwa jądra a na mapach świata próżno było szukać Polski. Pierwsze swoje mecze rozgrywał na ulicach Smichova, jednej ze starych dzielnic Pragi. Już licząc sobie sześć wiosen, uczęszczał na treningi do miejscowego klubu Cechie. W roku 1920, gdy Polacy stawiali czoło bolszewickiemu agresorowi, Antonin Puc przeniósł się do SK, innego zespołu ze stolicy Czech. Pięć lat później był już piłkarzem Slavii, drużyny której był jedną z największych gwiazd. Był dość drobnej postury, za to dysponował niesamowitym uderzeniem, które sprawiało olbrzymie problemy każdemu ówczesnemu bramkarzowi. Jego strzały były zaskakujące, gdyż mało kto wierzył, że człowiek o tak przeciętnej sylwetce może mieć w nodze prawdziwą petardę. Przeciwnicy nabierali się i często byli karani przez mierzącego 175 centymetrów napastnika. Szybki, zwinny mijał obrońców jak tyczki a w połączeniu ze wspomnianym wcześniej uderzeniem był zabójczą bronią. Świetne występy w praskim zespole zaowocowały powołaniem i regularną grą w reprezentacji. W eliminacjach do mistrzostw świata 1934 Czechosłowacy trafili na Polaków. Zespół Józefa Kałuży przegrał 1:2 i nie stawił się na rewanż, co jest pierwszym zanotowanym walkowerem w historii kwalifikacji. Powodem takiego obrotu spraw był ówczesny konflikt pomiędzy oboma państwami o Zaolzie, tj. terytorium Śląska Cieszyńskiego, które było głównym powodem sporów pomiędzy Polską i Czechosłowacją. Ministerstwo Spraw Zagranicznych wystosowało komunikat, w którym zakomunikowali, że mecz “nie służyłby dobrze stosunkom międzynarodowym” i zablokowali wydanie paszportów polskim piłkarzom. Warto wspomnieć, że w tym spotkaniu, które było zaplanowane na 15 kwietnia, w kadrze miał zadebiutować Ernest Wilmowski, który kilka dni wcześniej dopiero po raz pierwszy zagrał w lidze w barwach Ruchu Hajduki Wielkie. Rok po Anschlussie Austrii, w 1934 roku we Włoszech odbyły się drugie mistrzostwa świata w piłkę nożną. Wśród szesnastu zespołów, którym udało się zakwalifikować do głównego czempionatu, znalazła się drużyna Czechosłowacji. Turniej został rozegrany w dość nieprzyjemnej atmosferze, gdyż głównie był on promocją włoskiego faszyzmu i Benito Mussolini organizując go w swoim państwie, chciał pokazać, jak silny jest kult jego osoby na Półwyspie Apenińskim. Ponadto reprezentacje Brazylii i Urugwaju przybyły w rezerwowych składach. Była to odpowiedź za sytuację sprzed czterech lat, gdy tylko kilka reprezentacji ze Starego Kontynentu pojechało do Ameryki Południowej. Reszta tłumaczyła się olbrzymimi kosztami transportu. Biorąc wszystkie czynniki pod uwagę, trzeba powiedzieć jasno, że te mistrzostwa musiały paść łupem jakiegoś europejskiego zespołu. Dlatego Czechosłowacy mimo tego, że debiutowali na tej imprezie przybyli w dobrych humorach. Pierwszy swój mecz rozegrali 27 maja. Ich przeciwnikiem była inna europejska drużyna – Rumunia. Zwyciężyli oni 2:1 po bramkach właśnie Pucia i Oldricha Nejedliego, honorowe trafienie dla Rumunów zaliczył Stefan Dobay. W związku z tym, że w mistrzostwach udział brało tylko szesnaście zespołów, to pierwsza runda była jednocześnie 1/8 finału. W ćwierćfinale ekipa Karela Petru zmierzyła się ze Szwajcarią. I po 90 minutach gry dwunastotysięczna publiczność brawami nagradzała zwycięstwo reprezentacji Czechosłowacji 3:2. 3 czerwca rozegrane zostały półfinały. Puč i spółka musieli stawić czoło drużynie III Rzeszy. Niemców na łopatki rozłożył Oldrich Nejedly, strzelając trzy gole, Czech odesłał ich do meczu o trzecie miejsce. 10 czerwca na ówczesnym Stadionie Narodowej Partii Faszystowskiej(obiekt został wyburzony w 1953 roku) rozegrano finał mistrzostw świata pomiędzy gospodarzami imprezy i Czechosłowacją. Obecność Włochów w wielkim finale nie może dziwić, jedynie zaskoczyć może, że ich droga do meczu o złoty medal była dość wyboista. Oprócz pierwszego łatwego meczu, wygranego aż 7:1 z Amerykanami, Włosi ledwo zwyciężyli w starciach z Hiszpanami i Austriakami. Tym bardziej, że w spotkaniu z tymi drugimi Giuseppe Meazza zdobył gola poprzez wepchnięcie do bramki austriackiego bramkarza z piłką w rękach. Sędzia jednak przewinienia się nie dopatrzył i Włosi mogli zagrać w finale. Mecz wygrała drużyna z Półwyspu Apenińskiego 2:1. Do siatki bramki bronionej przez Frantiska Planicke trafili Raimudno Orsi i Angelo Schiavio. Wynik meczu otworzył właśnie Antonin Puč, jednak następne dwa ciosy zadali Włosi i tak o to po raz pierwszy w historii wygrali mistrzostwa świata. Warto dodać, że strzelec pierwszego gola dla gospodarzy turnieju był w połowie Argentyńczykiem, a przy akcji dające drugie trafienie Włochom duży udział miał Meazza, który jeszcze kilka minut wcześniej ledwo przeżył starcie z Czechosłowakiem. Z tym meczem związana jest jeszcze legenda mówiąca, że przed finałem do trenera Azzurich podszedł Mussolini i powiedział: “Masz to wygrać albo umrzeć”. Te słowa jednak nigdy nie zostały potwierdzone.

W przerwie pomiędzy turniejami Puč i jego koledzy ze Slavii dwukrotnie świętowali mistrzostwo Czechosłowacji. Tak samo liczbę tytułów zgarnęli ich sąsiedzi zza miedzy, Sparta. W 1938 roku w cieniu nadchodzącego konfliktu rozegrane zostały mistrzostwa we Francji. Tym razem na turniej nie dotarły reprezentacje Argentyny i Urugwaju. Argentyńczycy twierdzili, że to im należała się organizacja czempionatu, który przyznano Francuzom. Ponadto podczas tych mistrzostw po raz pierwszy przyjęto, że zapewniony występ na turnieju zapewniony ma mistrz świata i gospodarz. Pierwszym przeciwnikiem Czechosłowacji była Holandia. Po upływie regulaminowych dziewięćdziesięciu minut był bezbramkowy remis. W dogrywce Czechosłowacy strzelili trzy bramki i drużyna Oranje musiała pożegnać się z turniejem już w pierwszej rundzie. W ćwierćfinale Puč wraz z kolegami musiał stawić czoło Brazylii, która w 1/8 pokonała Polskę 6:5. 12 czerwca na stadionie w Bordeaux Canarinhos padł remis 1:1 i w związku z tym, że wówczas nie praktykowano rozstrzygania meczu rzutami karnymi czy złotym golem grano jeszcze jedno starcie. Oprócz tego, starcie te było rozgrywane w atmosferze walki na śmierć i życie. Z boiska usunięto trzech piłkarzy a kolejnych pięciu zostało kontuzjowanych. Pod koniec spotkania złamania śródręcza doznał bramkarz reprezentacji Czechosłowacji, Frantisek Planička, jednak dograł on ten mecz do końca. Dwa dni później na tym samym obiekcie Czechosłowacy już bez swojego golkipera nie dali rady drużynie z Ameryki Południowej i protoplaści Pelego i Ronaldo wygrali 2:1 eliminując wicemistrzów świata sprzed czterech lat. Ostatecznie tytuł obronili Włosi, którzy w finale zwyciężyli Węgrów 4:2. W chwili wybuchu II Wojny Światowej Antonin Puc pomimo tego, że na karku miał już trzydziestkę to miał jeszcze kilka lat gry przed sobą. Jednak poczynania Hitlera pokrzyżowały plany jego i kilku milionów innych ludzi. Karierę zakończył w czasie gdy już pewien Niemiec z wąsem wdrażał w życie plan Operacji Barbarossa a swoje ostatnie mecze rozgrywał dla Viktorii Žizkow i SK Smichov. Już podczas trwania zmagań wojennych Pu zdążył raz zagrać w reprezentacji Protektoratu Czech i Moraw. W tym zespole oprócz niego epizod zaliczyli inni piłkarze kadry Czechosłowacji m.in. Nejedly czy Bican. Najlepszy strzelec reprezentacji Czechosłowacji zmarł 18 kwietnia 1988 roku w Pradze.

11

Czy wiecie że…

16 maja 1925 r. International Football Board przyjął przepis o spalonym. Zaproponowana przez szkocką federację zasada brzmiała: ,,Atakujący zawodnik nie jest na spalonym jeżeli w momencie zagrania piłki pomiędzy nim znajduje się 2(wliczając bramkarza) zawodników drużyny przeciwnej’’. Przepis ten zastąpił wcześniejszą ,,zasadę trzech’’ i spowodował znaczne zwiększenie liczby goli na mecz.

@1LY0
@Adran360
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani

7

Trener, który przywrócił radość całej Argentynie i mnie!

16 maja 1978 r. urodził się Lionel Sebastian Scaloni, były obrońca i obecny trener ,,Albicelestes”. Scaloni jest wychowankiem Newell's Old Boys. W 1998 roku przeniósł się z Estudantes La Plata do hiszpańskiego Deportivo La Coruña, gdzie spędził kolejne osiem sezonów, w trakcie których został mistrzem Hiszpanii oraz zdobył jeden Puchar Króla i Superpuchar. W 2006 roku został wypożyczony do angielskiego West Hamu, po którego zakończeniu odszedł do Racingu Santander. W kolejnym sezonie Argentyńczyk znów zmienił klub, odchodząc do włoskiego Lazio, gdzie grał przez kolejne pięć lat, z roczną przerwą na wypożyczenie do RCD Mallorca. W styczniu 2013 roku został piłkarzem Atalanty, w której barwach zakończył karierę piłkarską w 2015 roku. W reprezentacji Argentyny zadebiutował w 2003 roku w spotkaniu przeciwko Libii. Wcześniej grał dla młodzieżowych reprezentacji Argentyny, z którą zdobył złoty medal Mistrzostw Świata U-20 w 1997 roku. Uczestniczył w Mistrzostwach Świata 2006, na których rozegrał jedno spotkanie w 1/8 finału przeciwko Meksykowi (2:1). Łącznie w reprezentacji rozegrał 7 spotkań. Po zakończeniu kariery został asystentem Jorge Sampaoliego, z którym pracował w FC Sevilli i reprezentacji Argentyny. Po nieudanych dla Albicelestes Mistrzostwach Świata 2018 został wraz z Pablo Aimarem ogłoszony tymczasowych trenerem kadry. W listopadzie 2018 roku został ogłoszony pełnoprawnym selekcjonerem. W 2019 roku prowadził drużynę Argentyny na turnieju Copa America, gdzie zdobył brązowy medal. W 2021 roku wygrał Copa America z reprezentacją Argentyny przełożonym z roku 2020 z powodu pandemii COVID-19. W 2022 roku wygrał Mistrzostwo Świata jednocześnie zostając trzecim selekcjonerem, który zdobył z Argentyną mistrzostwo świata, po Cesarze Luisie Menottim (MŚ 1978) i Carlosie Bilardo (MŚ 1986). Jest także pierwszym w historii selekcjonerem Argentyny, który zdobył Copa America i Mistrzostwo Świata.

@Symson
@Sysia11
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Kapitan hawk
@Bernard777
@Adran360

9

Ostatnie tango „La Pulgi” w barwach Blaugrana:

16 maja 2021 r. FC Barcelona przegrała 1:2 z Celtą Vigo w ostatnim meczu na Camp Nou w ramach 37 kolejki Primera Divisiion. Barça dobrze rozpoczęła i objęła prowadzenie, ale jak zwykle pod wodzą Ronalda Koemana, załamała się w drugiej połowie i straciła zwycięskiego gola w końcówce meczu, który był prawdopodobnie ostatnim meczem domowym Lionela Messiego w barwach Barçy. Przez pierwsze 30 minut Barça była lepszą drużyną, dominując w posiadaniu piłki i stwarzając sobie dobre sytuacje przy niskim bloku Celty, która nie naciskała tak wysoko, jak zwykle, i nie miała absolutnie nic do zaoferowania w kontratakach. Blaugrana była zawsze groźna, gdy piłki dotykał Lionel Messi. Kapitan ostatecznie strzelił gola dzięki znakomitej asyście Sergio Busquetsa, który perfekcyjnie dośrodkował na bramkę a Messi, po niespodziewanym strzale głową umieścił piłke w siatce. Gol był wisienką na torcie po świetnej półgodzinie gry FC Barcelony, która następnie załamała się i zaczęła tracić łatwe piłki, dając Celcie przestrzeń do ataku. Santi Mina strzelił gola z dystansu dzięki fatalnej obronie Gerarda Piqué, wyrównując wynik. Po przerwie mecz, który w całości był w rękach Blaugrany, wymknął się jej spod kontroli a Celta wyglądała na silniejszą i gotową do sprawiania problemów w drugiej połowie. W przerwie doszło do zaskakującej zmiany – Riqui Puig zastąpił Pedriego. To było dobre, bo oznaczało więcej minut dla Puiga, ale nie dobre, bo Pedri został zdjęty z boiska a na boisku pojawił się Ilaix Moriba. Młody zawodnik po prostu nie spisał się w tym meczu. Barça zaczęła połowę mocno, ale z czasem zaczęła tracić kontrolę a Celta z każdym kontratakiem stawała się coraz groźniejsza. Następnie Clément Lenglet został wyrzucony z boiska za dwie żółte kartki w ciągu 10 minut a obrona FC Barcelony była całkowicie niepilnowana i nie zdołała utrzymać wyniku. Po dośrodkowaniu Kevina Vázqueza, które trafiło w słupek, Santi Mina strzelił gola po dobitce na pustą bramkę a goście w końcówce wyszli na prowadzenie. Martin Braithwaite zmarnował okazję do zdobycia gola w końcówce i Messi tym razem nie zdołał się wybawić a końcowy gwizdek przerwał kolejną katastrofę Barçy, która oficjalnie odpadła z walki o tytuł. To było straszne.

@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
@Sysia11

11

Fantastyczny finał Blaugrany w PZP:

16 maja 1979 r. FC Barcelona zdobyła swój pierwszy Puchar Zdobywców Pucharów w historii, pokonując w finale Fortune Düsseldorf. Rozgrywki, w których brali udział zdobywcy krajowych pucharów, organizowano w latach 1961-99. Ogółem przeprowadzono 39 edycji a Barça wygrała czterokrotnie te rozgrywki, najwięcej ze wszystkich drużyn. W sezonie 1978/79 Duma Katalonii eliminowała kolejno Szachtar Donieck, Anderlecht(obrońców tytułu), Ipswich Town i SK Beveren aby w finale na St. Jakob Stadium w Bazylei ograć Fortune Düsseldorf po dogrywce 4:3. Był to jeden z najlepszych meczów w finałach europejskich pucharów. Przy stanie 1:1 Rexach nie strzelił karnego, jednak wyprowadził swój zespół na prowadzenie w dogrywce. Nie brakowało również heroicznych czynów. Otóż Migueli grał z unieruchomionym obojczykiem a Quini wystąpił krótko po wypadku samochodowym, w którym ucierpiał on i jego żona. Gwoli ścisłości przypomnę tylko strzelców goli dla Blaugrany: Tente Sanchez(5 m.), Asensi(35 m.), Rexach(103 m.) oraz Krankl(111 m.). Składy obu drużyn:

Barcelona: Artola, Zuviria, Migueli, Albaladejo (De la Cruz 57'), Costas (Martinez 67'), Neeskens, Rexach, Sanchez, Krankl, Asensi, Carrasco.

Fortuna Dusseldorf: Daniel, Brei (Weikl 25'), Zewe, Zimmermann (Lund 84'), Haltes, Kuhnen, Schmitz, T. Allofs, Bommer, K. Allofs, Seel.

Przypomnijmy:



@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@Kapitan hawk
@Gary
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360

1

@Bernard777 No niestety budze się z automatu tak jak do roboty. Zresztą i tak się budze 2 razy w nocy żeby sie odlać. Starość nie radość a już napewno nie taka radość jak mając 20 czy nawet jeszcze 40 lat :)
Dzięki i tobie również miłego weekendu.

13

Duma Katalonii triumfująca w Copa del Rey:

Szanowni cules, dokładnie sto(!) lat temu FC Barcelona wygrała siódmy w historii(i drugi z rzędu) Puchar Hiszpanii. W finale rozgrywanym na Estadio Mestalla pokonała Athletic Club de Madrid 3:2 po dogrywce. Tego dnia na Mestalla doszło do wyjątkowego zjawiska, które trwa do dziś: ogromna grupa członków klubu i grup kibiców podróżowała pociągiem z Barcelony do Valencii. Wsparcie tych setek kibiców niewątpliwie sprawiło, że piłkarze Blaugrany poczuli się jak w domu. Chociaż 90 minut zakończyło się remisem 2:2 po golach Samitiera(62 minuta) i Justa(63 minuta), o tytule zadecydowała dogrywka, dzięki doświadczonemu zawodnikowi, który wciąż miał nosa do strzelania goli: Paulino Alcántarze. To właśnie genialny Filipińczyk w 112 minucie strzelił decydującego gola na wage zwycięstwa. Wynik końcowy brzmiał 3:2 a upragnione trofeum wróciło do FC Barcelony. Finał uwydatnił gwiazdorski skład FC Barcelony, w tym bramkarza Ferenca Plattkó oraz napastników takich jak Samitier i Alcántara, którzy odegrali kluczową rolę w sukcesie Barçy w starciu z nieustępliwym Athletic Madryt. To zwycięstwo ugruntowało pozycję FC Barcelony jako potęgi we wczesnej hiszpańskiej piłce nożnej, rozgrywanej w okresie ekspansji Pucharu Króla, w którym w tym roku uczestniczyły 24 drużyny a system rozgrywek obejmował zarówno fazy grupowe, jak i pucharowe. Mecz ten przyciągnął uwagę mediów jako jeden z najbardziej emocjonujących meczów decydujących, podkreślając rosnącą rywalizację i talenty w hiszpańskiej piłce klubowej w latach 20. XX wieku. Po emocjonującym zwycięstwie w finale Pucharu Króla, kibice klubu wybuchli radością a trofeum zostało oficjalnie wręczone kapitanowi Josepowi Samitierowi na boisku Mestalla w Walencji. Po powrocie drużyny do Barcelony odbyła się wielka parada ulicami miasta, która przyciągnęła tysiące rozentuzjazmowanych fanów. Przypomne tylko iż Athletic Club de Madrid to była pierwsza nazwa Atletico Madryt. A oto historyczny skład Barçy z tego finału: Platko, Planas, Walter, Bosch, Sancho, Carulla, Just, Piera, Samitier, Alcantara oraz Sagi Barba.

@1LY0
@Adran360
@Bernard777
@Gary
@Kapitan hawk
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani

14

Piłkarze FC Barcelony, którzy opowiedzieli się za niepodległością Katalonii:

FC Barcelona zawsze była wielką katalońską drużyną sportową, a jeden z jej prezydentów, Narcís de Carreras, 17 stycznia 1968 roku powiedział, że klub to „coś więcej niż klub”. To zdanie doskonale oddawało specyfikę Barcelony w ostatnich latach frankizmu, dzięki obronie katalońskiej tożsamości instytucji. Zostało ono zaakceptowane przez zdecydowaną większość jej członków i kibiców. W latach 80-tych XX wieku pisarz Manuel Vázquez Montalbán określił Barcelonę mianem „nieuzbrojonej armii Katalonii”. Bardziej kontrowersyjne było poparcie klubu dla ruchu niepodległościowego w drugiej dekadzie XXI wieku, stanowisko to złagodniało pod rządami Josepa Marii Bartomeu. Upolitycznienie Blaugrany osiągnęło apogeum w finale Ligi Mistrzów w 2015 roku. W Berlinie tysiące kibiców Barçy eksponowało flagi niepodległościowe w dniu, w którym drużyna Luisa Enrique pokonała Juventus (3:1). UEFA ukarała klub grzywną i od tamtej pory hymn Ligi Mistrzów jest wygwizdywany na Camp Nou. „Estelada” była jednak praktycznie nieobecną flagą na Camp Nou w latach 70. i 80. i rzadko pojawiała się podczas uroczystości. Óscar García i Albert Ferrer prezentowali ją po tym, jak Barça Johana Cruyffa zdobyła jeden z dwóch tytułów mistrzowskich po „Cudzie na Teneryfie”. Pep Guardiola, jedna z największych ikon tamtejszej Barcelony, również publicznie oświadczył, że jest „ za prawem Katalonii do decydowania o swojej przyszłości ”. W Anglii, jako menedżer Manchesteru City, wzywał nawet do uwolnienia polityków uwięzionych w czasie ruchu niepodległościowego i nosił żółtą wstążkę. Stanowisko Guardioli jest zbieżne z poglądami politycznymi Gerarda Piqué i Xaviego Hernándeza, którzy konsekwentnie popierają referendum w Katalonii, mające na celu rozstrzygnięcie o jej przyszłości. Co ciekawe, wszyscy trzej grali w reprezentacji Hiszpanii a dwaj ostatni zdobyli mistrzostwo świata i Europy z „La Roja”. Carles Puyol zawsze był bardziej dyskretny w kontaktach publicznych, chociaż on i Xavi świętowali tytuły mistrzowskie Hiszpanii z katalońską flagą. Piłkarzem FC Barcelony, który w ostatnich dekadach najbardziej otwarcie popierał niepodległość Katalonii, jest Oleguer Presas. Były obrońca Sabadell, zwycięzca La Liga i Ligi Mistrzów pod wodzą Franka Rijkaarda, również sympatyzuje z ruchami antyestablishmentowymi i wyraził poparcie dla CUP (Kandydatury Jedności Ludu). Oleguer również wyraził odmowę gry dla Hiszpanii. Po fali krytyki, piłkarz rozwiązał sprawę po spotkaniu z Luisem Aragonésem, ówczesnym selekcjonerem reprezentacji Hiszpanii. Trener z Hortalezy nigdy więcej nie powołał Oleguera, który kilkakrotnie wywiesił flagę niepodległościową.

Historycznie Barça była ściśle związana z katalońską burżuazją, z którą Joan Gamper utrzymywał dobre relacje. Podobnie było z Agustí Montalem, który zawsze identyfikował się z dawną partią „Convergència i Unió” a także z Jaume Rosellem, ówczesnym menedżerem klubu i ojcem Sandro Rosella, prezesa Barçy w latach 2010-2014. Dzisiaj Barça jest klubem bardziej globalnym i mniej upolitycznionym, chociaż Pau Cubarsí, Dani Olmo, Joan García i Éric García pozowali z Esteladą (katalońską flagą niepodległościową) podczas świętowania swojego ostatniego tytułu mistrzowskiego. To samo dotyczyło Lewandowskiego. W przeszłości Laporta często wyrażał swoje poparcie dla niepodległości Katalonii i był członkiem parlamentu Katalonii oraz radnym miejskim w Barcelonie. Był również prezesem „Democràcia Catalana”, obecnie nieistniejącej partii. Dzisiaj Laporta skupia się na innych sprawach, przede wszystkim konsolidując finansową odbudowę klubu.

@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Kapitan hawk
@Gary
@Bernard777
@Adran360

10

@FCBparasiempre
Dawno, dawno temu, kiedy biały orzeł miał się dopiero wykluć a inne orły dopiero miały zacząć naukę latania, na świecie postrach siały trzy lwy. Trzy lwy zahartowane na białych klifach Dover nie miały sobie równych. Początkowo nie były w stanie się im przeciwstawić nawet czerwone smoki gniazdujące w Górach Kambryjskich. Jedynym, który potrafił ich powstrzymać, był czerwony lew, którego domem były zielone stoki Grampianów. Po kilku dekadach zażartych walk w Albionie lwy po raz pierwszy pojawiły się na kontynencie. W pierwszych dziesięcioleciach XX wieku kilkukrotnie odwiedzały stały ląd. Za każdym razem potwierdzały swoją wyższość. Radziły sobie z czarnymi orłami znad Dunaju czy z kogutami znad Sekwany. Nie straszne im były nawet czerwone diabły. Wydawało się, że nikt nie będzie w stanie nawiązać z nimi równorzędnej walki. Do czasu. Do czasu aż na ich drodze stanęli waleczni torreadorzy… Te trzy lwy to oczywiście piłkarska reprezentacja Anglii. Po raz pierwszy Wsypy Brytyjskie opuściła w 1908 r. W ciągu tygodnia odwiedziła Wiedeń, Budapeszt i Pragę. Rozegrała cztery spotkania. Wszystkie wygrała. Zdobyła 28 goli a straciła tylko dwa. Rok później Anglicy znowu pojawili się w Austro-Węgrzech. Znowu zdemolowali rywali, ale tym razem w trzech spotkaniach strzelili tylko 20 bramek i stracili aż pięć. Pokazali jednak piłkarzom z kontynentu, że sporo jeszcze muszą się nauczyć. Wrócili po ponad 10 latach. Ich przewaga nie była już tak ogromna. W 1921 r. wygrali jeszcze co prawda w Brukseli z Belgami 2:0, ale już dwa lata później starcie Trzech Lwów z Czerwonymi Diabłami zakończyło się remisem. Wynik ten podziałał mobilizująco na Anglików, bo w kolejnych 9 pojedynkach z zespołami spoza Wysp odnieśli komplet zwycięstw. Zbliżał się rok 1929, w którym po raz pierwszy mieli zmierzyć się z Hiszpanami, którzy znaczyli coraz więcej na piłkarskiej mapie świata. Rok 1929 zaczęli od kwietniowej porażki 0:1 ze Szkocją w Home Championship. W maju angielska reprezentacja rozpoczęła kolejne europejskie tournée. Podobnie jak w poprzednich latach ich rywalami były drużyny Francji i Belgii. 9 maja wygrali w Paryżu 4:1. Po meczu w The Times pisano o dość łatwym zwycięstwie, ale zaznaczano jednocześnie, że pod pewnymi względami gra była nieco rozczarowująca. Bardziej krytyczny był Daily Sketch and Graphic: ,,Anglicy nie grali za dobrze. Brakowało im prędkości i będą musieli się bardziej postarać, jeżeli chcą myśleć o pokonaniu Hiszpanii, która miesiąc wcześniej rozbiła Francję 8:1”– pisano. Dużo lepiej oceniano odniesione dwa dni później zwycięstwo nad Belgią. Anglicy wygrali w Brukseli 5:1, a prasa chwaliła grę reprezentantów: ,,Angielscy obrońcy z łatwością powstrzymywali belgijskich napastników, a po okresie silnego nacisku anglików, Belgowie przegrywali we wszystkich elementach gry – pisano w The Times”. Jednym z wyróżniających się zawodników tamtego spotkania był George Camsell. Strzelił cztery bramki, dziennikarze chwalili jego pomysłowość, a Sketch nazwał go objawieniem. Niestety napastnik doznał w tym starciu urazu, który wykluczał jego udział w spotkaniu w Madrycie. Prasa zauważała, że to dla zespołu dotkliwa strata i obawiano się, że brak Camsella ze względu na jego siłę i waleczność będzie mocno odczuwalny. W Hiszpanii panowało przekonanie, że pojedynek z Anglią jest krokiem w kierunku umocnienia swojej pozycji na arenie międzynarodowej. El Mundo Deprotivo pisało, że grając przeciwko Anglikom, Hiszpania robi olbrzymi, transcendentalny krok. Może się wydawać, że Hiszpanie czuli się zaszczyceni samą możliwością gry z ojcami futbolu, ale wcale nie stali na straconej pozycji. W swoich poprzednich dwóch meczach zaprezentowali naprawdę solidny futbol. W marcu rozbili Portugalię 5:0, a w kwietniu nie pozostawali złudzeń Francuzom, których ograli aż 8:1. Choć w pamięci kibiców ciągle żywa była porażka 1:7 z Włochami na igrzyskach w Amsterdamie, to rezultaty odnoszone w 1929 r. dawały im powody do optymizmu. Smaczku zbliżającemu się spotkaniu dodawał fakt, że Anglicy, jak to Anglicy czuli się wyraźnie lepsi. Kiedy angielski kapitan Jack Hill wyraził przekonanie, że upał może mieć wpływ na wynik meczu, ale to oni wygrają, bardzo nie spodobało się to hiszpańskiej prasie. Pisano o niesportowym zachowaniu, małym szacunku dla rywala i arogancji Anglików. ,,Anglia całkowicie wierzy w zwycięstwo. nie możemy oprzeć się wrażeniu, że ich wiara wydaje się przesadzona. Broń Boże, żebyśmy śmiało mówili, że mamy przewagę na papierze. Gdybyśmy wygrali, nasz prestiż utrwaliłby się na całym świecie. Mogłyby minąć epoki i lata, mogłyby zdarzyć się rozmaite katastrofy, ale już zawsze Hiszpania byłaby „narodem, który pokonał Anglię”– pisało z emfazą El Mundo Deportivo. Warto również zauważyć, że jednym z najważniejszych nauczycieli w hiszpańskim futbolu był Anglik – Fred Pentland. Miał za sobą grę w kilku angielskich klubach, pięciokrotnie reprezentował swój kraj na arenie międzynarodowej. W 1914 r. zaczął trenować niemiecką kadrę olimpijską. Wkrótce jednak wybuchła wojna i został internowany. W obozie podzielił więźniów na zespoły i zorganizował mistrzostwa. Po wojnie prowadził reprezentację Francji, z którą dotarł do półfinału igrzysk w Antwerpii w 1920 r. Po tym turnieju przeniósł się na drugą stronę Pirenejów.

Objął stery w Racingu Santander, który należał wówczas do najlepszych klubów na Półwyspie Iberyjskim. Prowadził również Athletic Bilbao, Atlético Madryt i Real Oviedo. Był zwolennikiem gry krótkimi podaniami, skupiał się na technice i panowaniu nad piłką. Odradzał piłkarzom naśladowanie stylu gry Anglików, czyli prostej taktyki i gry długimi podaniami. Namawiał ich do wykazywania na boisku tej samej odwagi i determinacji, która przyniosła im sukces na igrzyskach w 1920. Otworzył Hiszpanom oczy na wiele futbolowych aspektów. Dziś może wydawać się to śmieszne, ale to on nauczył piłkarzy jak poprawnie wiązać buty. ,,Zacznijmy poprawnie wykonywać proste rzeczy i reszta sama do nas przyjdzie”– powtarzał. W 1927 r. zdobył z Atlético Campeonato del Centro, czyli regionalne mistrzostwo centralnej Hiszpanii, co było dużym osiągnięciem dla pozostającego w cieniu lokalnego rywala madryckiego klubu. Pentland cieszył się dużym uznaniem w kraju, a dla wielu piłkarzy był prawdziwym autorytetem. Miał niezwykły dar czytania gry. Zdobyte doświadczenie w angielskiej i europejskiej piłce było bezcenne. ,,Zawsze potrafił stworzyć drużynę, która łączyła w sobie męstwo ze stylem i szybkością– pisał o nim Jimmy Burns w piłkarskiej furii. Nie może więc dziwić fakt, że jego wiedza była bardzo pożądana przed starciem z Anglią. Hiszpański trener José María Mateos włączył go do sztabu szkoleniowego jako swojego osobistego doradcę. Mecz zaplanowano na 15 maja 1929 r. Miał zostać rozegrany na Estadio Metropolitano de Madrid, na którym swoje spotkania rozgrywało wówczas Atlético. Bilety zostały wyprzedane już na dwa dni przed meczem. Według różnych źródeł od 30 do 45 tys. kibiców pojawiło się na stadionie, żeby oglądać swoich ulubieńców. Mimo że było to spotkanie towarzyskie, to pojedynek z Anglikami wiele znaczył dla dumy narodowej Hiszpanów. Po raz pierwszy mecz reprezentacji był transmitowany w ogólnokrajowej rozgłośni radiowej. Wyspiarze nie byli przyzwyczajeni do gry w wysokich temperaturach. Niektórzy próbowali zarzucać Hiszpanom, że specjalnie ustalili godzinę rozpoczęcia meczu na popołudnie, ale wobec braku sztucznego oświetlenia trudno było o inną decyzję. Spotkanie miało rozpocząć się o godzinie 17:00. Słońce co prawda było już niżej nad horyzontem, ale upał nadal był odczuwalny. Przedmeczowe losowanie wygrali Hiszpanie. Wybrali swoją połowę, a Anglicy dostali piłkę i to oni mieli rozpocząć grę. Wtedy dużo większą rolę niż dzisiaj odgrywały warunki pogodowe. Stadiony były bardziej otwarte, a co za tym idzie wpływ wiatru czy promieni Słońca nie był bez znaczenia. W pierwszej odsłonie Anglicy mieli grać pod wiatr, a Słońce mieli za plecami.

Hiszpanie rozpoczęli mecz w następującym zestawieniu: Ricardo Zamora – Félix Quesada, Jacinto Quincoces, Francisco Prats, Martín Marculeta, José María Peña, Jaime Lazcano, Severino Goiburu, Gaspar Rubio, José Padrón i Mariano Yurrita. Drużyna angielska zagrała w składzie: Ted Hufton – Tommy Cooper, Ernie Blenkinsop, Fred Kean, Jack Hill, John Peacock, Hugh Adcock, Edgar Kail, Joe Bradford, Joe Carter i Len Barry. Anglicy rozpoczęli, ale to Hiszpanie jako pierwsi przeprowadzili groźną akcję. Severino Goiburu, który był jedynym amatorem na boisku, otrzymał piłkę od Gaspara Rubio, sprytnie przedryblował obrońcę i znalazł się w dogodnej sytuacji do oddania strzału. Niestety futbolówka po jego uderzeniu przeleciała nad poprzeczką. Wkrótce jednak angielscy pomocnicy zaczęli radzić sobie z hiszpańskimi atakami i świetnymi podaniami obsługiwali swoich napastników. Po jednym z nich Joe Bradford miał okazję wyprowadzić swój zespół na prowadzenie, ale przestrzelił nad poprzeczką. Hiszpanie nie dawali za wygraną i odpowiedzieli strzałem lewego skrzydłowego Mariano Yurrity, który jednak minimalnie przestrzelił obok słupka. Powszechna była wówczas opinia, że drużyny z kontynentu potrafią dobrze rozegrać piłkę, ale brakuje im dokładności i zimnej krwi pod bramką rywali. Wkrótce gra zaczynała przybierać spodziewany obraz. Anglicy w krótkim odstępie czasu dwukrotnie pokonali Zamorę. ,,Po dziewiętnastu minutach Anglia otworzyła wynik dzięki trafieniu Cartera. Adcock ograł kilku przeciwników i w końcu ładnie zacentrował piłkę, a piłkarz West Bromwich umieścił ją w bramce. Po podobnej akcji obu zawodników kilka minut później Carter strzelił drugiego gola– relacjonowano w Sporting Life. Prasa winą za pierwszą bramkę obarczyła José Maríę Peñę i jego złe podanie. Sugerowano też, że przy obu straconych golach Zamora był zbyt niezdecydowany. To z kolei zirytowało kibiców, którzy dali wyraz swemu niezadowoleniu gwiżdżąc i bucząc. Anglicy, mając dwubramkową przewagę, powinni spokojnie kontrolować przebieg spotkania. Wiele drużyn przy takim wyniku mogłoby się załamać, ale nie Hiszpanie. Wzięli się do roboty i starali się odrobić straty. Prasa nazwała to później heroicznym powrotem godnym prawdziwego ducha La Furia. The Telegraph pisał, że Anglicy nie docenili przeciwników, a hiszpańscy zawodnicy żarliwie walczyli o wyrównanie. Ich starania przyniosły efekt jeszcze w pierwszej połowie. Na dziesięć minut przed jej końcem Zamora podał do Marculety, który zagrał do Peñy. Ten posłał ją do Yurrity, który po dwójkowej akcji z Padrónem oddał ją Marculecie. Po jego długim podaniu piłkę przejął Lazcano i świetnie obsłużył Rubio, który niskim strzałem pokonał Huftona. Kilka minut później było już 2:2. Trójkowa akcja Lazcano – Goiburu – Rubio zakończyła się potężnym strzałem tego pierwszego. Kibice byli zachwyceni. Po 45 minutach Hiszpanie remisowali z wielką, niepokonaną Anglią 2:2.

Ich radość nie trwała jednak długo. Krótko po wznowieniu gry Anglicy zepchnęli gospodarzy do obrony. Zamora musiał wspinać się na wyżyny swoich umiejętności, żeby obronić strzały Hilla i Barry’ego. Goście dwukrotnie egzekwowali rzuty rożne, ale nie byli w stanie złamać hiszpańskiej obrony, w której wyróżniaj się Marculeta, nazywany przez The Times wieżą siły. W końcu jednak zasieki Hiszpanów zostały przerwane. Bramkarz Hufton przerwał hiszpańską kontrę, zagrał do kolegów, którzy błyskawicznie wyszli do przodu, a Hill w świetnym stylu zdobył bramkę ponownie dającą prowadzenie. Hiszpanie nie rezygnowali, ale czas nieubłaganie mijał. Do końca pozostawało niewiele ponad dziesięć minut. Anglicy czuli się już zwycięzcami i powoli odliczali minuty do końcowego gwizdka. Wtedy jednak gospodarze zerwali się do jeszcze jednego ataku. Akcję Anglików przerwał Quesada, zagrał do Pratsa, który podał do Marculeta. Ten oddał piłkę Goiburemu, który ściął do środka, wymienił podania z Lazcano, zszedł do boku i dośrodkował na głowę Rubio, który potężną główką dał wyrównanie swojej drużynie. Nie zapominajmy, że w drugiej odsłonie Anglicy grali pod Słońce, które było coraz niżej nad horyzontem i z pewnością nie ułatwiało rozegrania piłki. Rubio wprawił kibiców w euforię. Niesieni falą entuzjazmu rozradowani fani wbiegli na murawę. Każdy chciał dotknąć i wyściskać strzelca gola. Zamieszanie trwało dobrych kilka minut ale w końcu służbom porządkowym udało się ich usunąć z boiska. Anglicy byli zaskoczeni i ze zdumieniem przyglądali się sytuacji na boisku. Ich dekoncentrację wykorzystał Goiburu, którego później obwołano bohaterem meczu. Chwilę po wznowieniu gry ruszył na bramkę w niesamowitym tempie i nie dał szans bramkarzowi. ,,Hufton nawet nie drgnął, kiedy Goiburu pokonał go po prostu wspaniałym strzałem”– pisało el Mundo Deportivo. Hiszpania prowadziła. Tłum znowu próbował wbiec na boisko, ale tym razem służby porządkowe zdały egzamin. Do końca spotkania wynik nie uległ zmianie. Trzy lwy poległy z rąk torreadorów niczym byki na korridzie. Anglicy ponieśli pierwszą w historii porażkę poza Wyspami Brytyjskimi. El Mundo Deportivo krzyczało w nagłówku: Hiszpania pokonała Anglię!, a na pierwszej stronie wydrukowano zdjęcia każdego hiszpańskiego zawodnika. ,,Na zwycięstwo Hiszpanii wpłynęło bardziej serce niż technika”– pisano. Anglicy byli w szoku. Spodziewali się dość łatwego zwycięstwa, byli pewni siebie, prowadzili grę, a mimo to przegrali. ,,Hiszpania grała dobrze i muszę przyznać, że nie spodziewałem się, że będą aż tak dobrzy. Nasza porażka naprawdę, naprawdę mnie rozczarowuje ale prawdą jest, że upał dawał się nam we znaki”– mówił po meczu angielski kapitan Jack Hill. Zamora zauważał, że zwycięstwo mogło być bardziej przekonujące, ale nikt nie może powiedzieć, że było dziełem przypadku. Według niego drużyna hiszpańska swoją postawą w drugiej połowie zasłużyła na zwycięstwo. Kilka dni po spotkaniu korespondent Daily Mail pisał: ,,Nigdy nie myślałem, że dożyję dnia, w którym zobaczę, jak jedenastu hiszpańskich piłkarzy upokorzy siłę(większą lub mniejszą)– angielskiej piłki. Większość gazet jednak ograniczała się do zdawkowych relacji o spotkaniu. Jonathan Wilson zwraca uwagę, że lekceważenie tego bądź co bądź historycznego meczu w angielskiej prasie, było jednym z najbardziej znaczących aspektów tamtego wydarzenia. Dużą rolę odegrały tutaj więzi historyczne a także animozje między oboma narodami. ,,Wśród artykułów, które zdawały się ważniejsze od pierwszej porażki Anglii z zagranicznym zespołem, było wręczenie dużego zegara krykieciście Wally’emu Hammondowi, zwycięstwo Tottenhamu podczas ich tournée po Malcie nad reprezentacją wojsk lądowych 2:0, transfer Williama Hilla do Portsmouth ze Scunthorpe United oraz informacja, że pierwszy finał żeńskich amatorskich mistrzostw Wielkiej Brytanii w golfa zostanie rozegrany pomiędzy panną Joce Wethered a panną Glenna Collett”– pisał Wilson w ,,The Anatomy of England”: A history in ten matches. Hiszpanie pokazali, że są liczącą się siłą na kontynencie i nikt nie może ich lekceważyć. Przywrócili kibicom wiarę i udowodnili, że potrafią grać w piłkę. W kolejnym roku pokonali takie zespoły jak Czechosłowacja, Włochy czy Portugalia. Zwycięstwa te były cenne, ale jednak minimalne. Prawdziwym egzaminem miał się okazać dla nich rewanżowy mecz z Anglią. 9 grudnia 1931 r. na Highbury przegrali jednak aż 1:7 a Zamora rozegrał jeden z najgorszych meczów w karierze. Nadzieje hiszpańskich kibiców, że ich ulubieńcy przejmą od Anglików rolę hegemonów w światowej piłce, okazały się przedwczesne. Tymczasem angielscy kibice utwierdzili się w przekonaniu, że porażka w Madrycie była jedynie wypadkiem przy pracy. Historia jednak pokaże, że przekonanie Anglików o własnej wyższości okaże się zgubne a najdobitniej udowodni to węgierska Złota jedenastka. Hiszpanie podważyli mit o niepokonanych Anglikach a Węgrzy ostatecznie się z nim rozprawili.

10

@FCBparasiempre
Dwóch braci grających dla jednego klubu to nic nadzwyczajnego w świecie futbolu. Znajdziemy wiele przykładów. Co z sytuacją, kiedy w jednej drużynie grała trójka braci? Zdarzają się podobne historie na etapie juniorskim ale w seniorach to prawdziwa rzadkość. Dlatego warta uwagi jest historia braci Céspedes. Nie dość, że w trójkę grali w pierwszej drużynie urugwajskiego Nacionalu, to byli liderami zespołu i do dzisiaj są prawdziwymi klubowymi legendami. Rodzina Cepsedes pochodziła z miasteczka Melo, położonego na wschodzie Urugwaju. W ostatniej dekadzie XIX w. Don Eusebio Céspedes i Doña Luisa Polanco de Céspedes przybyli do Montevideo w poszukiwaniu lepszego życia. Mieszkali w dużym domu na ulicy 19 kwietnia. Mieli pięcioro dzieci: Amílcara, Bolívara, Carlosa, Delię i Ernesto. W maju 1899 r. grupa studentów uniwersytetu założyła Club Nacional de Fútbol, który powstał z połączenia dwóch klubów: Uruguay Atlético i Montevideo F.C. Początkowo grali w Punta Carretas, gdzie przeniosło się wielu sympatyków futbolu ze wschodu kraju. Jednym z nich był właśnie Don Eusebio. Chętnie wspierał nową inicjatywę, choć sam już w piłkę nie grał. W futbolu swoich sił próbowało jednak jego trzech synów. Najstarszy, Amílcar, urodzony 15 maja 1882 r., Bolívar, który przyszedł na świat 19 grudnia 1883 r. i Carlos, który urodził się 31 grudnia 1884 r. Od razu pokochali piłkę. Bracia próbowali swoich sił w najstarszym urugwajskim klubie – Albionie, ale także w Artigas Football Club i Defensa Football Club. Kiedy ten ostatni połączył się z Nacionalem w 1900 r., to stali się zawodnikami Tricolores. W swoim nowym klubie zadebiutowali 12 sierpnia 1900 r. w meczu z załogą brytyjskiego pancernika HMS Flora. Na zespół marynarzy nie było wtedy mocnych w rejonie La Platy i również Nacional musiał uznać ich wyższość. Przegrał 1:2. Bracia Céspedes szybko dali się poznać jako silni i zwinni piłkarze. Zawsze grali odważnie i zostawiali serce na boisku. Amílcar zaczynał w środku pola, ale wkrótce został przekwalifikowany na bramkarza i całkiem dobrze sobie radził. Carlos początkowo grał na lewym skrzydle, ale ulubieńcem kibiców stał się jako środkowy napastnik. Bolívar miał chyba największy talent z całej trójki. Dysponował dużą szybkością i został zapamiętany jako niestrudzony, bramkostrzelny skrzydłowy. W tamtym czasie był najbardziej znanym z urugwajskich graczy. Ze względu na swoją ofiarną grę i wolę zwycięstwa odciskał piętno na każdym meczu, w którym grał. Carlitos Céspedes dysponował nadzwyczajnym dryblingiem, którego jednak często nadużywał. Był przeciwieństwem Bolívara, który zawsze zmierzał prosto na bramkę. Bolívar często miał pretensje do Carlitosa, że ten przez swoje dryblingi spowalnia grę i ułatwia zadanie obrońcom. Nieraz sprzeczali się o to na boisku– wspominał Domingo Prat, pierwszy kapitan Nacionalu. W 1901 r. Nacional po raz pierwszy wystartował w ligowych zmaganiach. Bracia Céspedes wystąpili we wszystkich meczach, ale wtedy musieli jeszcze uznać wyższość CURCC. Już rok później sytuacja się odwróciła i to Nacional zdobył mistrzostwo. Zrobili to w sposób bezdyskusyjny. Wygrali wszystkie dziesięć meczów i strzelili w nich aż 40 bramek, tracąc przy tym zaledwie pięć. To w tamtym sezonie po raz pierwszy pokonali zespół CURCC. 18 maja, po dwóch bramkach Bolívara, wygrali 2:1 u siebie na „Parque Central” a 10 sierpnia potwierdzili swoją wyższość, zwyciężając na „Villa Peñarol” 3:1, gdzie gole zdobyli Bolívar, Carlos i Alejandro Cordero. Rok później na finiszu rozgrywek oba zespoły zgromadziły taką samą liczbę punktów. Oba przeszły przez ligowe zmagania bez porażki, a dwa bezpośrednie pojedynki zakończyły się bezbramkowymi remisami. O mistrzostwie miał zadecydować dodatkowy mecz. Niestety w kraju nasiliły się niepokoje i wybuchł wewnętrzny konflikt. Piłkarze CURCC, którzy w sporej części byli cudzoziemcami i pracownikami kolei, nie musieli się obawiać powołania do wojska i wysłania na front. Praca na kolei niejako ich z tego zwalniała. Inaczej było z zawodnikami Nacionalu. Bracia, chcąc uniknąć walki, schronili się w Buenos Aires. Razem z nimi kraj opuścili Gaudencio Pigni i Gonzalo Rincón. Pigni i bracia Céspedes zaczęli grać wówczas dla klubu Barracas Athletic. Kiedy sytuacja w Urugwaju się uspokoiła, federacja pod naciskiem CURCC wyznaczyła termin spotkania, w którym miały rozstrzygnąć się losy tytułu. Mecz miał odbyć się 28 sierpnia a bracia cały czas jeszcze wtedy przebywali po drugiej stronie La Platy. Jednak dzięki zabiegom Pedro Manini Ríosa udało się przekonać prezydenta José Batlle y Ordóñeza, żeby pozwolił piłkarzom wrócić do kraju. Polityk zapewnił, że przez 24 godziny nic im nie grozi i że nie muszą się niczego obawiać ze strony władz. Kiedy już we wrześniu podpisano pokój i zawodnicy na stałe wrócili do kraju, prezydent powiedział: ,,Nie popełnili żadnej zbrodni podczas ucieczki. Nie jest przestępstwem odmowa wzięcia broni w wojnie między braćmi…” CURCC liczyli na łatwe zwycięstwo, ale niespodziewanie w dniu meczu wrócili bracia Céspedes. Wzmocnieni swoimi asami piłkarze Nacionalu zagrali z pełnym zaangażowaniem i wydarli zwycięstwo rywalom. Po zaciętym meczu wygrali 3:2 a bramki tradycyjnie strzelali bracia – Bolívar dwie i Carlos jedną. Bracia Céspedes wiele znaczyli nie tylko dla klubu, ale i dla reprezentacji. 16 maja 1901 r. Urugwaj rozegrał pierwszy mecz z Argentyną. Nie jest jednak uważany za oficjalny, bo został zorganizowany przez Albion. Drużyna była złożona z dziewięciu graczy Albionu i dwóch zawodników Nacionalu. Urugwaj przegrał 2:3, ale jedną z bramek strzelił Bolívar Céspedes. Drugie w historii starcie tych reprezentacji, już w pełni oficjalne, odbyło się 20 lipca 1902 r. Zespół złożony z ośmiu zawodników z Nacionalu i trzech z Albionu poniósł klęskę 0:6. Od tamtego meczu obie drużyny umówiły się, że co roku będą rozgrywać mecze towarzyskie, na przemian w każdym z krajów. W 1903 r. spotkanie miało odbyć się w Buenos Aires. Początkowo komisja, w której skład wchodziło po dwóch przedstawicieli z każdego klubu, wyznaczyła do wyjściowego składu ośmiu zawodników z Nacionalu i trzech z CURCC. Władze CURCC poczuły się jednak dotknięte tym wyborem i pominięciem Lorenzo Mazzuco. Zgłosiły swoje obiekcje komisji, ale ta podtrzymała decyzję. Wobec tego klub nie pozwolił swoim zawodnikom na wzięcie udziału w meczu. Luki w składzie chciano załatać graczami Wanderers, ale oni także odrzucili propozycję. Rozegranie meczu stanęło pod znakiem zapytania i rozważano nawet jego przesunięcie. Wtedy do akcji wkroczyli włodarze Nacionalu. Jako niepokonani w sezonie 1902 uznali, że mają prawo reprezentować cały kraj. Federacja przystała na tę propozycję i do składu dołączyli Gaudencio Pigni, Gonzalo Rincón i Carlos Céspedes. Piłkarze koniecznie chcieli zmazać plamę na honorze, jaką zostawiła porażka sprzed roku. Przez trzy tygodnie przed meczem trenowali codziennie po dwie godziny. Jako studenci nie mieli zbyt wielu obowiązków, więc mogli sobie na to pozwolić, w przeciwieństwie do Argentyńczyków. Wreszcie 13 września 1903 r. na ,,Campo de la Sociedad Hípica” w Buenos Aires oba zespoły stanęły naprzeciw siebie. Wszyscy trzej bracia Céspedes wyszli w pierwszym składzie. Sięgniecie po Carlosa Céspedesa okazało się strzałem w dziesiątkę. Już w 21. minucie wyprowadził swój zespół na prowadzenie. Po przerwie wyrównał Jorge Brown, ale kilka minut później Carlitos strzelił swojego drugiego gola. Niedługo potem na 3:1 podwyższył Bolívar i losy meczu były praktycznie rozstrzygnięte. Na dziesięć minut przed końcem rozmiary porażki zdołał zmniejszyć Jorge Brown. Kibice długo oklaskiwali gości, doceniając ich grę. Nazajutrz w porcie w Montevideo zgromadziło się wielu fanów futbolu, żeby przywitać swoich bohaterów. Urugwaj po raz pierwszy pokonał Argentynę a rywalizacja między oboma krajami rozpoczęła się na poważnie. W 1905 r. Urugwaj zmagał się z epidemią ospy prawdziwej, która w tamtym czasie zbierała śmiertelne żniwo. 21 maja Nacional odniósł pewne trzybramkowe zwycięstwo nad Albionem. Carlos, Bolívar i Gonzalo Rincón świętowali zwycięstwo w gospodzie El pinchazo. Kiedy skończyli biesiadować i wyszli na zewnątrz, okazało się, że jest już po północy i uciekł im ostatni tramwaj. Postanowili więc spędzić noc w tanim hotelu w dzielnicy portowej. To wtedy Bolívar zaraził się ospą. Najprawdopodobniej spał w tym samym łóżku, co zarażony chorobą Brazylijczyk, którego dzień wcześniej wywieziono do izolowanej strefy. Kiedy tydzień później Nacional wygrywał 1:0 z Wanderers, Bolívar nie grał, bo objawy choroby były już widoczne. Tej samej nocy przy jego rodzinnym domu wywieszono plakat informujący o chorobie wśród domowników. Nad ranem 9 czerwca, po dziesięciu dniach walki z chorobą, Bolívar zmarł. Miał tylko 21 lat. Dla rodziny to jednak nie był koniec dramatu. Zarażeni zostali również Carlos i ich siostra Delia. Dziewczyna przez kilka miesięcy zmagała się z chorobą i ostatecznie wyzdrowiała. Carlos nie miał tyle szczęścia. Zmarł 30 sierpnia w wieku 20 lat. Obu zmarłym zawodnikom w ich ostatniej drodze towarzyszyły tłumy kibiców. Choroba ominęła najstarszego z braci. Amílcar zdążył się zaszczepić. Grał w Nacionalu do 1908 r. Wtedy przeniósł się do Albionu, w którym zaczynał swoją przygodę z piłką. Klub chylił się już ku upadkowi i zawodnik chciał pomóc w odzyskaniu dawnej świetności. Nie udało mu się to a sezon 1908 był ostatnim dla Albionu w lidze. Céspedes już nie wrócił do futbolu i do swojej śmierci 13 lipca 1940 r. działał w handlu. Pisząc o braciach Céspedes, trzeba też wspomnieć o ojcu tych wspaniałych zawodników. Don Eusebio zawsze wspierał synów w ich pasji. Po zwycięskich meczach piłkarze często szli do domu Céspedesów, gdzie mogli odpocząć po meczu czy wymienić uwagi na temat gry. Angażował się futbolowe sprawy kraju. Był członkiem komisji, która powoływała zawodników i jednym z delegatów w pamiętnym meczu w Buenos Aires. Mimo tragedii ciągle pozostał przy klubie a od 1907 r. był honorowym prezydentem Nacionalu. Historia braci Céspedes pokazuje, że człowiek żyje tak długo, jak pamięć o nim. W klubie ich spuścizna żywa jest do dzisiaj. Nawet po ponad 100 latach od śmierci otacza się ich szczególną czcią. Każdy z kibiców wie, kim byli i ile znaczyli dla klubu w jego pionierskim okresie. Szanuje się ich w każdym środowisku, niezależnie od pochodzenia, statusu, czy koloru skóry. Ich imieniem nazwano kompleks sportowy, w którym trenują piłkarze. Bracia Céspedes są nierozerwalnie związani z Nacionalem a Nacional z nimi.

12

@FCBparasiempre
15 maja 1901 r. urodził się Luis Monti, pomocnik. Czy każdy piłkarz marzy o tym, by zagrać w finale mistrzostw świata? Teoretycznie tak. Monti wystąpił w takim meczu dwukrotnie, ale… wyznał, że wolałby w nich nie uczestniczyć. Urodził się w Buenos Aires, w rodzinie z włoskimi korzeniami. Piłkarzami byli jego brat Enrique, wuj Juan oraz kuzyni Eusebio, Luis Pedro, Antonio i Mario. Przygodę ze sportem zaczął w Club Atletico Huracan. Zdobył z tym zespołem mistrzostwo Argentyny. Trzy kolejne tytuły wywalczył z San Lorenzo. Nic dziwnego, że był powoływany do reprezentacji. Zanim został medalistą mistrzostw świata, wywalczył dla Argentyny krążek na igrzyskach olimpijskich. W 1928 roku lepszy okazał się tylko Urugwaj. Do wyłonienia mistrza potrzebowano dwóch meczów. Pierwszy zakończył się remisem. W powtórce lepsi okazali się Urusi. Dwa lata później właśnie w Urugwaju odbyły się pierwsze piłkarskie mistrzostwa świata. Rozpoczęła się zabawa, która do dziś rozpala serca kibiców w każdym zakątku globu. W finale imprezy zagrały ze sobą te same zespoły, które walczyły o tytuł najlepszej drużyny igrzysk. Doszło do wielkiego rewanżu Argentyny z Urugwajem. Miejscowi kibice starali się uprzykrzyć życie gościom z Argentyny. Uciekali się do różnych, często nieczystych sposobów. ,,Mieliśmy dobrą drużynę, myślę, że byliśmy najlepsi na tych mistrzostwach. Ale już od pierwszego meczu, z Francją, lokalna publiczność urządziła nam piekło. Wyzywali nas, rzucali w nas czym popadnie, w nocy hałasowali pod naszymi oknami. To było straszne”–mówił napastnik Argentyny Francisco Varallo. Nieprzyjemne sytuacje, które spotykały argentyńskich piłkarzy nasiliły się zwłaszcza przed finałem. Podobno do Montiego podeszli ludzie, którzy powiedzieli: ,,Jeśli Argentyna wygra finał, nie przeżyjecie, ty i twoja rodzina”. Te słowa podcięły mu skrzydła. Sprawiły, że przed najważniejszym wydarzeniem w karierze czuł ogromny strach. Bał się nie tylko o siebie, ale przede wszystkim o swoich bliskich. Przed ostatnim meczem turnieju Monti poprosił selekcjonera, by ten wykreślił go ze składu. W takiej sytuacji zastąpiłby go inny zawodnik grający na pozycji środkowego pomocnika, Adolfo Zumelzu. Był jednak kontuzjowany, przez co Monti nie miał wyboru. Musiał wyjść na boisko. ,,Bardzo się bałem. Grozili, że zabiją mnie i moją rodzinę. Byłem tak przerażony, że nawet nie myślałem, że gram w piłkę. Niestety zaszkodziłem moim kolegom” – wspominał bohater naszego tekstu. Monti w trakcie tego meczu nie był tym piłkarzem, którego znali i podziwiali kibice. Widać było, że przeraził się pogróżkami. Strach miał bardzo duży wpływ na jego grę. Cytowany już Varallo tak opisywał to, jak Monti wyglądał w spotkaniu o złoto: ,,Oddałby wszystko, by nie grać w finale. Nerwowy, płaczący i trzęsący się w szatni. Wyszedł na murawę, zapomniał o swojej brawurze i stał się „cieniem” na boisku. Nie powinien grać w tym finale. Był śmiertelnie przerażony”. Argentyna przegrała 2:4. Wydaje się jednak, że Monti, zamiast rozpaczy, czuł po tej porażce ulgę. Mógł być pewien, że złość urugwajskich fanów nie zostanie na nim wyładowana. Po latach wyznał, że żaden z jego kolegów nie pragnął zwycięstwa. Trudno powiedzieć, jak było naprawdę. Zastraszani byli niemal wszyscy Argentyńczycy, ale chyba żaden nie potraktował pogróżek tak poważnie jak Luis. Możemy tylko gdybać, co spotkałoby Argentyńczyków, jeśli by jednak wygrali. O powadze sytuacji świadczy fakt, że sędzia finału, Belg John Langenus zażądał dostarczenia łódki – na wypadek, gdyby konieczna była ucieczka przed rozwścieczonymi miejscowymi kibicami po końcowym gwizdku. W 1931 roku Monti został zawodnikiem Juventusu. Początki w Turynie były trudne. Argentyńczyk zjawił się w Italii z nadwagą. Aby się jej pozbyć, poświęcił się ostrym indywidualnym treningom. Biegał wokół boiska, mając na sobie… trzy wełniane swetry. Wszystko po to, by mocniej się pocić. Katorżnicze treningi dały pozytywny efekt. Forma wreszcie przyszła i na początku lat 30. Monti sięgnął ze Starą Damą po cztery z rzędu tytuły mistrza Włoch. Kiedy brylował na boiskach w Italii, otrzymał propozycję zmiany barw narodowych. W tych czasach było to dozwolone. Włosi budowali drużynę na mundial, który w 1934 roku miał odbyć się u nich. Już w latach 20. zaczęto we Włoszech szukać piłkarzy poza granicami kraju. Brano zawodników o włoskich korzeniach, a głównym terenem poszukiwań była Ameryka Południowa. Tomasz Wołek tak opisywał to zjawisko w książce „Futbol – historie prawdziwe”: ,,Wystarczyło stwierdzić, iż babcia lub pradziadek urodzili się w Palermo lub Turynie i już otrzymywało się status tzw. „oriundo”. Otwierało to pole do różnych nadużyć”. Pierwszym zawodnikiem, który zasługiwał na miano „oriundo” był Ermanno Aebi. Syn Szwajcara zadebiutował w kadrze w 1920 roku. Wkrótce Włochów zasilali kolejni piłkarze, głównie latynoscy. Przed mundialem w 1934 roku ciśnienie na sukces było ogromne. Mussolini nie wyobrażał sobie, aby najlepszą drużyną globu została inna reprezentacja niż Squadra Azzura. Do kadry dołączyli tacy argentyńscy piłkarze jak: Enrique Guaita, Raimundo Orsi czy Attilio Demaria. Ofertę przyjął również Monti. W 1932 roku zadebiutował w nowej reprezentacji. Na mundialu u siebie Włosi po prostu musieli wygrać. Mussolini nie brał po uwagę innego scenariusza. W artykule napisanym przez Michała Fabiana na portalu WP Sportowe Fakty przedstawiono dialog, który podobno miał miejsce przed turniejem. W rozmowie udział brali „Duce” oraz działacz włoskiej federacji. ,,Nie wiem, jak to zrobicie, ale Włochy muszą wygrać te mistrzostwa”– powiedział Mussolini. ,,Zapewniam, że wszystko, co w naszej mocy, będzie zrobione– odparł działacz. ,,Nie zrozumiał mnie pan dobrze. Włochy muszą wygrać te mistrzostwa. To rozkaz!– wypalił „Duce”. Wszystko sprzyjało gospodarzom. Także sędziowie. W ćwierćfinale Włosi zremisowali z Hiszpanią. Mecz należało zatem powtórzyć. W drugim spotkaniu Italia odniosła zwycięstwo, a duży udział „podobno” miał w nim arbiter. Tak opisywał sytuację Krzysztof Guzowski w 3. części serii „Piłka w grze”, wydanej przez „Rzeczpospolitą”: ,,Żeby duce nie był nieszczęśliwy, zadbano tym razem o odpowiedniego sędziego. Roland Mercet ze Szwajcarii najchętniej gwizdałby w czarnej koszuli, a skoro było to niemożliwe, na potrzeby gospodarzy oddał swój gwizdek. Kiedy Hiszpanie podchodzili pod włoską bramkę, natychmiast znajdował jakiś powód, żeby zatrzymać akcję. Za to Włochom uznał gola strzelonego przez Giuseppe Meazzę po faulu”.

Monti oczywiście znalazł się we włoskiej kadrze i przyczynił się do zdobycia przez nią tytułu najlepszej reprezentacji na świecie. W finale bowiem Italia pokonała Czechosłowację 2:1 po dogrywce. Historia się powtórzyła i nasz bohater znów musiał zmagać się ze strachem przed najważniejszym meczem turnieju. Lorena Monti, wnuczka mistrza świata, opowiadała jak przed pierwszym gwizdkiem w finale do szatni weszła osoba, która przekazała wiadomość od Mussoliniego. Miała ona następującą treść: będą konsekwencje, jeśli nie wygramy. Różne były wersje dotyczące sposób motywowania włoskich piłkarzy przez dyktatora. Niektórzy twierdzą, że „Duce” zajrzał do ich szatni w przerwie i powiedział: ,,Jeśli przegracie, niech Bóg ma was w swojej opiece”. Ponieważ na szyjach Włochów zawisły złote medale, żadnych konsekwencji nie było. Mimo wygranej Italii, Monti nie zaprezentował się dobrze. Presja znów miała negatywny wpływ na jego postawę. ,,W 1930 roku chcieli mi zrobić krzywdę, jeśli wygram finał. We Włoszech, cztery lata później, chcieli mnie skrzywdzić, jeśli przegram”– opowiadał reprezentant dwóch krajów. Luis Monti był we Włoszech bardzo ceniony. Zdawano sobie sprawę z tego, że jego gra miała duży wpływ na sukces reprezentacji Italii. Świadczą o tym słowa, jakimi opisywał go dziennikarz gazety „Tuttosport”, Giglio Panza: ,,Argentyna przysłała nam wielu wspaniałych piłkarzy, ale Luisito Monti był najlepszym ze wszystkich. Był jak wielu piłkarzy w jednym. Jak kilka pozycji na jednej pozycji. Jak różne serca w jednym ciele. Wspaniały piłkarz i wielki człowiek honoru”. Krótko po udanych mistrzostwach Monti doznał poważnej kontuzji. Miało to miejsce w spotkaniu z Anglią w Londynie. Z tego powodu wypadł z kadry na rok. Karierę zakończył w 1938 roku. Został trenerem. Prowadził kilka włoskich klubów, w tym Juventus, w którym występował jako zawodnik. W 1950 roku wrócił do ojczyzny. W Argentynie pracował w Club Atletico Huracan. Zmarł w 1983 roku w wieku 82 lat. Powodem śmierci był atak serca. Historia Luisa Montiego jest niezwykła. Tylko on zdobywał medale mistrzostw świata dla dwóch krajów. Prawdopodobnie pozostanie jedynym takim zawodnikiem już na zawsze, o ile nie nastąpi rewolucja w przepisach. Dodatkowo otoczka obu finałów i emocje, jakie towarzyszyły Montiemu są idealnym materiałem na film. Z jednej strony jest to historia wybitnego piłkarza, z drugiej zaś obraz człowieka, który nie do końca radził sobie z przerażającą presją i paraliżującym strachem.

Osiągnięcia i statystyki:

Huracan:

1 x mistrzostwo Argentyny (1921)

San Lorenzo:

3 x mistrzostwo Argentyny (1923, 1924, 1927)

Juventus:

4 x mistrzostwo Włoch (1932, 1933, 1934, 1935)

1 x Puchar Włoch (1938)

Osiągnięcia Reprezentacyjne:

Argentyna:

Złoty medal Copa America (1927)

Srebrny medal igrzysk olimpijskich (1928)

2. miejsce na mistrzostwach świata (1930)

Włochy:

Złoty medal mistrzostw świata (1934)

Puchar Europy Środkowej (edycja 1933-1935)

Osiągnięcia Trenerskie:

Juventus:

Puchar Włoch (1942)

9

Wybitne legendy argentyńskiego futbolu(przeczytajcie proszę w odpowiedzi na mój komentarz):

@Adran360
@Bernard777
@Gary
@Kapitan hawk
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
@Sysia11

10

@FCBparasiempre
Dokładnie 50 lat temu urodził się Jacek Krzynówek, pomocnik. Zanim piłkarski świat usłyszał o Robercie Lewandowskim, to Jacek Krzynówek był postacią, która rozsławiała nasz kraj na niemieckich boiskach. Potrafił strzelać gole wielkim klubom w Lidze Mistrzów i dawać radość kibicom reprezentacji Polski. Jeszcze w wieku osiemnastu lat biegał po B klasowych boiskach. Wtedy nikt nie przypuszczał, że zagra na trzech wielkich turniejach. Był 8 września 2007 roku. Na Stadionie Światła w Lizbonie reprezentacja Polski mierzyła się z Portugalią – ówczesnym wicemistrzem Europy i zespołem, który rok wcześniej zajął czwarte miejsce na mistrzostwach świata. W składzie gospodarzy znalazł się między innymi gwiazdor światowego futbolu Cristiano Ronaldo. W pamięci polskich kibiców ciągle pozostawało jeszcze zwycięstwo 2:1 z Chorzowa, po jednym z najpiękniejszych meczów w historii polskiego piłkarstwa. Tym razem to Portugalczycy prowadzą 2:1. Marzymy o remisie, ponieważ punkt w dużym stopniu przybliży nas do pierwszego, historycznego awansu do mistrzostw Europy. Do końca pozostaje kilka minut. Polscy kibice wciąż wierzą, że zawodnicy Leo Beenhakkera wrócą z Półwyspu Iberyjskiego z cennym remisem. Nagle na strzał z dystansu zdecydował się Jacek Krzynówek. Kopnięta przez niego piłka trafiła w słupek, następnie odbiła się od pleców stojącego w portugalskiej bramce Ricardo i wreszcie wpadła do siatki. Kibice z naszego kraju oszaleli z radości. Portugalia nie była w stanie pokonać nas w tych eliminacjach, ani na wyjeździe, ani nawet u siebie. Tak wspominał tę bramkę sam zawodnik na łamach „Rzeczpospolitej”, w wywiadzie udzielonym Michałowi Kołodziejczykowi: ,,Nie kalkulowałem. To był strzał rozpaczy. Umówmy się, nikt normalny nie strzela z ponad 30 metrów w takim meczu”. Zanim przyszły wielkie mecze, które dały radość całej Polsce, Jacek Krzynówek kopał piłkę na lokalnych boiskach. Wtedy pewnie nawet nie marzył o tym, że w przyszłości założy koszulkę z Orzełkiem czy posłucha z murawy hymnu Champions League. Bohater naszego tekstu aż do osiemnastego roku życia występował tylko w B klasie. Bronił barw klubu ze swojej małej ojczyzny – Chrzanowic. Na tym szczeblu nie można poczuć zapachu wielkiej piłki, ale to właśnie tam często wykuwa się charakter prawdziwego sportowca. W Chrzanowicach grałem trzy lata. Raz awansowaliśmy do A klasy, potem z niej spadliśmy, w kolejnym sezonie zajęliśmy w B klasie czwarte miejsce. Mieliśmy swoje boisko w lesie, gdzie czasem po mocniejszym strzale piłka przepadała na zawsze. To boisko było naszym mocnym punktem: wiedzieliśmy, gdzie jak trochę popada, to woda stoi, wiedzieliśmy którą stroną lepiej grać. Szatnia tylko dla gospodarzy, goście musieli się przebierać w samochodach czy w busiku – wspominał Krzynówek w wywiadzie udzielonym Leszkowi Milewskiemu z portalu Weszło.com. Szansą na wybicie się był mecz z Radomskiem w Pucharze Polski. LZS Chrzanowice po latach starań dotarł w tych rozgrywkach do poziomu wojewódzkiego. Tam trafił na RKS – grający wówczas w klasie okręgowej najmocniejszy zespół w okolicy. Gospodarze przegrali 1:2, ale pokazali się z dobrej strony. Wrażenie wywarł zwłaszcza Jacek Krzynówek, który strzelił jedynego gola dla pokonanych. Klub z Radomska od razu zainteresował się późniejszym reprezentantem Polski. Młody piłkarz nie chciał jednak zmieniać otoczenia. ,,Byłem na jednym treningu i stwierdziłem, że jednak nie chcę. Prezes zagotował się na mnie. „Nie chcesz gówniarzu? To nie!”. Zostałem w Chrzanowicach. Zawsze chciałem grać w piłkę, ale wtedy chyba nie dorosłem jeszcze do przenosin. Miałem szkołę, uczyłem się, chciałem skończyć zawodówkę” – opowiadał na Weszło.com. RKS z czasem awansował do trzeciej ligi i potrzebował młodzieżowca. W rozgrywkach każda drużyna musiała mieć dwóch takich zawodników w jedenastce. Przypomniano sobie właśnie o chłopaku z Chrzanowic. Młody Jacek zdecydował się w końcu na zmianę klubu i trafił pod trenerskie skrzydła Lesława Ćmikiewicza – mistrza i wicemistrza olimpijskiego, srebrnego medalisty mistrzostw świata. Był to ogromny przeskok. Zupełnie inna futbolowa rzeczywistość. „Na LZS graliśmy przed kilkoma widzami, na RKS chodziło pięć tysięcy ludzi. Całe miasto żyło grą drużyny. Było wielkie ciśnienie na awans, w konsekwencji w kadrze znajdowało się wielu piłkarzy z przeszłością w pierwszej lidze, choćby Wiesław Wraga – mówił Krzynówek we wspomnianej rozmowie”. Na krajowym podwórku Krzynówek wielkiej kariery nie zrobił. Zagrał jeszcze w Rakowie Częstochowa i GKS-ie Bełchatów. Nie dotarł na szczyt polskiej piłki klubowej, ale i tak przeniósł się za granicę. Transfer do Niemiec zupełnie odmienił jego karierę. Grającym na polskich boiskach Krzynówkiem podobno interesowały się kluby z krajowego topu – Legia Warszawa i Wisła Kraków. Jednak obserwowali go także Niemcy z Norymbergi. To na ten kierunek zdecydował się pomocnik, mimo że w ostatniej kolejce drużyna z Bawarii spadła do drugiej ligi. W tym miejscu znów warto przytoczyć słowa z wywiadu dla Weszło.com: „Nie byłem przekonany do wyjazdu, w Polsce układałem sobie życie. Ostatecznie wyjechałem z założeniem, że pojadę na rok, zarobię i wrócę. Kierowcy od prezesa Dąbrowskiego zawieźli mnie do Norymbergi. Rozłożyłem się w hotelu i popłakałem. Co ja tutaj robię? W Polsce mam super dziewczynę, rodzinę, tutaj nie mam nic. Jestem sam, daleko od domu, w obcym kraju, nie znając języka”. Na szczęście w Norymberdze Krzynówek nie do końca był sam. Zawodnikiem FC Nuernberg został też Tomasz Kos. Po polsku mówił również niemiecki bramkarz polskiego pochodzenia, urodzony w Kędzierzynie-Koźlu Darius Kampa. Obaj bardzo pomogli Krzynówkowi. On sam od siebie też dał bardzo dużo, żeby przyspieszyć proces aklimatyzacji w nowym środowisku. Nauczył się języka i, przede wszystkim, dobrze grał w piłkę. Polak początkowo nasłuchał się docinków i głupich żartów, ale zacisnął zęby i szybko stał się ważną postacią w nowym zespole.

W Norymberdze występował przez pięć lat. Pomógł klubowi powrócić do najwyższej klasy rozgrywkowej. Jego ówczesny trener, Klaus Augenthaler, który jako zawodnik zdobywał mistrzostwo i wicemistrzostwo świata, przeniósł się do Bayeru Leverkusen i wkrótce ściągnął tam także polskiego pomocnika. Bayer Leverkusen nigdy nie był mistrzem Niemiec. Ale od lat należy do ścisłej czołówki w niemieckiej piłce klubowej. Jacek Krzynówek miał świadomość, że trafił do dużej piłki. Tak opowiadał o tym w rozmowie dla Weszło.com: ,,Może kibice innych niemieckich drużyn się obrażą, ale dla mnie Bayer to drugi największy klub Niemiec, tylko po Bayernie, który jest poza zasięgiem. Widziałem, jak jest poukładany, jak ludzie podchodzą tam do swoich obowiązków”. Szlak przetarli mu inni polscy piłkarze występujący w Leverkusen. Byli to m.in. Andrzej Buncol, który w 1988 roku zdobył z Bayerem Puchar UEFA, Marek Leśniak, Mirosław Spiżak, Adam Ledwoń, Adam Matysek czy Radosław Kałużny, z którym Krzynówek zdążył się jeszcze spotkać w klubie z Północnej Nadrenii-Westfalii. Pierwszy sezon w Bayerze był dla Krzynówka bardzo udany, głównie za sprawą świetnych występów w Lidze Mistrzów. Zaczęło się od pięknego zwycięstwa nad Realem Madryt. Polak strzelił gola, miał udział przy dwóch kolejnych a niemiecki zespół wygrał 3:0. ,,Zamknąłem oczy i strzeliłem. Mogła równie dobrze polecieć nad trybuny. Nigdy nie mówię, że tak chciałem uderzyć, nie zakładałem takiego strzału ale kto nie ryzykuje, ten nie ma” – wspominał to trafienie w cytowanym wcześniej wywiadzie. Reprezentant Polski trafił do siatki także w meczu z AS Roma. Bayer pokonał rzymską drużynę 3:1. Krzynówek bardzo mocno przyczynił się do tego zwycięstwa. Opowiadał na Weszło.com: ,,Zagrywał mi Jermaine Jones. Ochrzaniłem go potem w szatni, że za krótką piłkę mi zagrał. Trenowaliśmy taki schemat na treningach i gdy ta piłka szła do mnie, już widziałem ją w siatce, tylko myślałem, że soczyście ją trafię. Ale ona była za krótka, uderzyła w ziemię, ale że na trawie zebrała się rosa, to złapała fajny poślizg. Notabene w meczu z Romą złapali na mnie jeszcze dwie czerwone kartki. Panucci za dwie żółte i De Rossi”. Drużyna polskiego pomocnika z pierwszego miejsca w grupie awansowała do 1/8 finału. Tam czekał Liverpool Jerzego Dudka. Angielska drużyna w obu spotkaniach wygrała 3:1, później, jak wszyscy pamiętamy, wygrała całe rozgrywki. Krzynówek strzelił gola w rewanżu, ale była to jedynie bramka na otarcie łez. Piękna przygoda Byeru Leverkusen z Ligą Mistrzów zakończyła się. W Leverkusen Krzynówek spędził dwa sezony. Był to najlepszy czas w jego karierze. Następnie przeniósł się do VfL Wolfsburg. Wspomnienia z tego klubu nie były już tak wesołe. Po bardzo udanej przygodzie z Bayerem Krzynówek został graczem Wolfsburga. Miał okazję trenować pod okiem Felixa Magatha, szkoleniowca słynącego z twardej ręki i mogącego pochwalić się piękną karierą zawodniczą. Jako piłkarz z Hamburger SV trzy razy zdobył mistrzostwo Niemiec. Sięgał też po Puchar Europy i Puchar Zdobywców Pucharów. Z reprezentacją Niemiec zostawał mistrzem Europy oraz, dwukrotnie, wicemistrzem świata. O metodach treningowych Magatha krązyły legendy. Mówiło się, że zawodnicy mdleli podczas wyczerpujących treningów. O tym jak ciężko było na jego zajęciach, Krzynówek miał okazję przekonać się na własnej skórze. Obaj panowie nie do końca potrafili znaleźć wspólny język, ale Polak przyznawał, że podejście Niemca przynosiło efekty. ,,Trenowałem u niego półtora roku. Raz grałem, raz nie – większość nie. Muszę mu oddać, że fizycznie byłem przygotowany znakomicie. Nawet jak nie grałem w klubie, to przyjeżdżałem na kadrę, a Beenhakker mówił: to jest niemożliwe, że ty tak wyglądasz bez rytmu meczowego” – opowiadał. Pochodzący z Chrzanowic zawodnik nie ukrywał, że czasem podczas treningów miał ciemno przed oczami. Jeszcze raz zacytujmy Weszło.com: ,,Ale mój charakter nie pozwalał mi, żebym się poddał. Odpoczywałem minutę dłużej, ale walczyłem dalej. Niektórzy się poddawali, Magath podchodził: trenujesz dalej? Nie. Na następnym treningu gościa już nie było”. Największym problemem Jacka Krzynówka nie były jednak katorżnicze treningi. Większy kłopot stanowił fakt, że Polak bardzo mało grał. W sezonie 2008/2009 zdobył to, czego nie udało się wywalczyć z Bayerem – mistrzostwo Niemiec. Jednak rozegrał tylko cztery mecze, zimą odszedł do Hannoveru. Jego wkład w zdobycie tytułu nie był zbyt duży. Karierę zawodniczą zakończył właśnie w Hannover 96. W Niemczech grał przez ponad dekadę. Był to dla niego bardzo udany czas. Z dobrej strony pokazał się na niemieckich boiskach. Z powodzeniem występował w Lidze Mistrzów. Wiele osób twierdzi, że przetarł szlak do wielkiej klubowej piłki takim graczom jak Robert Lewandowski, Łukasz Piszczek czy Jakub Błaszczykowski. Zapytany przez Michała Kołodziejczyka o opinię na ten temat odpowiedział: ,,Kiedy wyjeżdżałem do Niemiec, w Bundeslidze było już chyba dziesięciu piłkarzy z Polski. Ale oczywiście cieszę się, kiedy ktoś mówi, że dołożyłem swoją cegiełkę do tego, by na zawodników z naszego kraju patrzono przychylniej. Wydaje mi się, że teraz nie chodzi już tylko o rynek niemiecki, ale po prostu europejski. We Włoszech kiedyś był tylko Marek Koźmiński, a teraz nasza kolonia w Serie A jest gigantyczna”.

Udaną przygodę z piłką Krzynówek zaliczył nie tylko w klubach, ale również w reprezentacji. W pewnym okresie był najlepszym polskim zawodnikiem. W kadrze zadebiutował w listopadzie 1998 roku, grając w towarzyskim, wygranym 3:1 starciu ze Słowacją. ,,Marzyłem, żeby chociaż raz z orzełkiem na piersi zagrać, poczuć tę atmosferę. A tu się okazuje, że chłopak ze wsi był na dwóch mundialach i raz na mistrzostwach Europy, w których udział wywalczył na boisku, a nie dostał za darmo, bo Polska organizowała turniej”- mówił na łamach „Rzeczpospolitej”. Rzeczywiście, reprezentacyjna przyszłość Jacka Krzynówka przyniosła mu wiele wzruszeń. Sam wyjazd na trzy wielkie imprezy to duża rzecz. Można jedynie żałować, że na żadnym z tych turniejów reprezentacja Polski nie odniosła sukcesu. Najpierw był pierwszy od 16 lat polski mundial. Prowadzona przez Jerzego Engela drużyna na koreańskich boiskach wygrała tylko mecz o honor. Cztery lata później na mistrzostwach świata w Niemczech Biało-czerwoni prowadzeni przez Pawła Janasa znów zdołali zwyciężyć jedynie w ostatnim spotkaniu. Jeszcze gorzej było na mistrzostwach Europy. Tam na turniejowy dorobek zespołu Leo Beenhakkera złożył się tylko remis ze współgospodarzami – Austrią. Na pocieszenie Krzynówkowi pozostaje fakt, że jako jedyny zagrał we wszystkich meczach tych turniejów. To świadczy o zaufaniu, jakim darzyli go selekcjonerzy i o formie, którą utrzymywał przez kilka lat. Trzeba także docenić wkład w wygrane eliminacje. Wywalczenie dwóch przepustek na mundial oraz historycznej, bo pierwszej na Euro to przecież też niemałe osiągnięcie. Wspomnianego wcześniej gola strzelonego w meczu z Portugalią polscy kibice nie zapomną nigdy. Jacek Krzynówek w narodowych barwach zagrał 96 razy, zdobywając 15 bramek. Dwukrotnie został nagrodzony tytułem najlepszego polskiego piłkarza tygodnika „Piłka Nożna”. Był graczem, który w trudnych dla polskiego futbolu czasach potrafił dać nam wiele radości i być idolem dla młodych ludzi marzących o piłkarskiej sławie. Kiedy jeszcze nie mieliśmy tylu zawodników w najmocniejszych klubach Europy, on podbijał boiska Bundesligi i strzelał gole w Lidze Mistrzów. Jego kariera jest godna podziwu. Szybko z lokalnych stadionów trafił na piękne europejskie obiekty. Najpierw dawał radość kolegom z rodzinnej wsi, by po kilku latach uszczęśliwiać całą piłkarską Polskę. Jego piękne gole zapamiętamy na długo.

1

@AssisMoreira Sympatyczny??? Szwabska świnia! I tyle w temacie.

14

Feliz cumpleaños panowie De Boer!

15 maja 1970 r. urodzili się holenderscy bracia De Boer. 15 stycznia 1999 r. FC Barcelona ogłosiła transfer braci Franka i Ronalda de Boer z Ajaxu Amsterdam do FC Barcelony. Za zawodników zapłacono odpowiednio 11 i 10 milionów euro. Louis Van Gaal, który był trenerem bardzo naciskał na zakup przede wszystkim obrońcy reprezentacji Holandii, brat przyszedł niejako w pakiecie. Guardiola tak podsumował transfer kolejnych graczy z Kraju Tulipanów do FC Barcelony: „Gdybym to ja był Holendrem, z trudem zaakceptowałbym ośmiu Katalończyków w Ajaksie ale jeżeli gra się dobrze i wygrywa, można zaakceptować wszystko”. Frank występował w Dumie Katalonii przez pięć sezonów i był podstawowym zawodnikiem, natomiast Ronald po dwóch mocno nieudanych dla siebie latach opuścił Camp Nou i przeniósł się do Glasgow Rangers gdzie stał się jedną z legend i ikon klubu z Ibrox Stadium.

@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani

Media

Sonda

Której reprezentacji, do której powołany został zawodnik Barcy, kibicujesz?