FCBparasiempre
Dołączył/a: grudzień 2020
Biała Podlaska
33 obserwujących
0 obserwowanych
Której reprezentacji, do której powołany został zawodnik Barcy, kibicujesz?
Komunikat
Polecający
Ładowanie...
Historia komentarza
Ładowanie...
11
Zapomniana „Garcia Alsina”:
W 1904 r. Jaume Garcia i Alsina otworzył sale gimnastyczną pod numerem 2 przy Rambli de Prat w Barcelonie. Zaczął tam udzielać lekcji szwedzkiej gimnastyki- rodzaju sportu wymyślonego przez pisarza Pera Henrika Linga, polegającego na ćwiczeniu bez przyrządów. To właśnie w tym miejscu, 16 czerwca 1918 r. FC Barcelona zorganizowała swoje coroczne zgromadzenie ogólne, któremu przewodniczył Gaspar Roses. W tamtym czasie klub miał około pół tysiąca członków, co sprawiło że zadłużenie zostało znacznie zredukowane: z 26 796 peset w roku poprzednim do 12 455 w tamtym sezonie. Podczas zgromadzenia przedłużono kadencje zarządowi klubu, natomiast Joan Gamper na nowo objął stanowisko prezydenta. W trakcie tego mandatu towarzyszyli mu: Enric Cardona i Joan Domingo jako wiceprezydenci, Josep Martinez jako skarbnik, Joan Rague jako sekretarz, Lluis Gratacos jako zastępca sekretarza, Joan Franch jako księgowy oraz Joaquim Matas, Josep Barba, Agusti Bo i Josep Segales jako doradcy. Jednym z pierwszych postanowień, które powzięło nowe kierownictwo było rozpoczęcie działań mających na celu pozyskanie legendarnego Ricardo Zamory, wówczas zawodnika Espanyolu, który jednak rozpoczynał karierę w juniorskiej drużynie Blaugrany. Wiele lat później(za sprawą prawnuka założyciela) sala gimnastyczna „Garcia Alsina” została przeniesiona na poddasze pod numerem 158 przy „Via Augusta”.
@Safrani
@Ogorinho1974
@martusiaaaa
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@Kapitan hawk
@Gary
@Bernard777
@Adran360
1
@blakkudium Co to wogle za jakieś durnoty? O co tu chodzi? Kim są ci ludzie?
4
@FcPortoFan1999 Dobrze to wykombinowałeś! Nie wiem dlaczego ale jakoś wyjątkowo nie cierpie tej całej Wieczystej! Zresztą za Legią mówiąc delikatnie też nie przepadam. Jeżeli te dwa kluby spadłyby do pierwszej ligi to chyba bym "ocipiał" z radości....
12
Kolejna sensacja w premierowym sezonie ligowym:
16 czerwca 1927 r. w pierwszych w historii rozgrywkach ligowych w Polsce, nieistniejący już klub Jutrzenka Kraków pokonuje u siebie Legie Warszawa 5:4! To była nie lada sensacja, rozpędzona Legia, po zwycięstwie z 1.FC w Katowicach, uległa drużynie, która w lidze spisywała się najgorzej ze wszystkich zespołów. Legioniści prowadzili już 3:1, wydawało się że mecz jest już rozstrzygnięty, gdy zawodnicy Jutrzenki zaczeli siać popłoch w liniach obronnych Legii ,,jakiego nie wywołał by nawet napad Slavii czy też praskiej Sparty”- donosił ,,Stadion”. Nie pomogła gościom gra brutalna pod koniec meczu, w której celował Terlecki. Warszawiacy grali bez mała u siebie bowiem w ich szeregach znalazło się siedmiu graczy pochodzących z klubów krakowskich. Toteż publiczność żegnała Józefa Nawrota(który jako ostatni zasilił Legie) okrzykami: ,,Wracaj do Cracovii!”.
@Adran360
@Bernard777
@FcPortoFan1999
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
0
@martusiaaaa Aha czyli to jest swego rodzaju taki zastępnik. Tylko po ciula używać przez Polaków czegoś, co jest potoczne w innym kraju? Nie prościej powiedzieć "no"? A wręcz po polsku "nie"?
1
@Symson O prosze! Nigdy bym nie przypuszczał że futbolowa wojna może być na studiach? Ale z drugiej strony co ja moge wiedzieć o studiach?
To jest wręcz wstrząsająca historia, która nigdy nie powinna sie wydarzyć! O tej wojnie czytałem po raz pierwszy w czasie mundialu Mexico 1986, w specjalnie wydanej gazecie/broszurze na te mistrzostwa. Co za wspomnienia z tamtych lat podstawówki i wakacji na wsi...
0
@martusiaaaa Troche po angielsku? Wiesz co, ja poza kilkoma słowami, to nie panimaju po angielsku, ale jestem święcie przekonany że nawet małe dziecko wie o tym że "nie" po angielsku to jest: "no"! Więc skąd wytrzasnełaś te całe dziwaczne nope?
0
@martusiaaaa Nope oznacza "nie"!? A to po jakiemu? po chińsku?
A po drugie jeśli można wiedzieć(?) nie cierpisz "Albicelestes"?
0
@martusiaaaa Co oznacza te słowo, jesli można wiedzieć?
10
@FCBparasiempre
16 czerwca 1962 r. Stadion Narodowy w Santiago; Chile-Jugosławia.
Antonio Scarmeta zareagował nieoczekiwanym przypływem nostalgii, kiedy w trakcie przeprowadzki rozpakował pudło i zobaczył numer tygodnika „Estadio”. Zdmuchnął cienka warstwę kurzu pokrywającą okładke, na której było zdjęcie Braulio Musso, kapitana Uniwersidad de Chile, młodego i pełnego wigoru, uczesanego jak przystojniak z telenoweli. Skarmeta sobie przypomniał, że miał 10 lat, kiedy zobaczył tę okładke w osiedlowym kiosku. Są takie dni, które naznaczają życie człowieka a tamten zdecydował o jego życiu; od tamtej pory wiedział, że już zawsze będzie nosił w sercu czerwień „La U”, bez względu na wszystko. Minęło ponad 40 lat i tamten niewinny chłopiec zrozumiał, że ludzie są okrutniejsi niż upływ czasu, który zredukował życie do tego: wspomnień, które rozświetlały przeszłość niczym płonące płatki śniegu. Na tym odległym patiu- na jego odległej teraz rodzinnej ziemi, piłka dała mu pierwszą ważną lekcje: futbol wymagał od dziecka takiego samego zaangażowania, jak poglądy polityczne od dorosłego. To była umowa, którą zawarł z Braulio Musso: wierność barwom, lojalność herbowi, kibicowanie Uniwersidad z taką samą siłą, z jaką walczyłby o ideały polityczne. Na tamtym patiu(w swojej teraz zakazanej ojczyźnie) nie mógł jednak przeczuwać, że jego droga literacka również będzie powiązana z drogą jego klubu oraz reprezentacji narodowej. Pewna data rozbłysła mu w głowie: sezon 1959, kiedy La U zdobyła mistrzostwo a Skarmeta zaczął regularnie pisać. „Siedząc przed maszyną do pisania czułem takie same emocji jak na trybunach stadionów”. Jeździł za drużyną na wiele obiektów, kibicując jej z szalikiem na szyi. „Poczułem że to część mojej duszy i że niedziela po niedzieli muszę tym oddychać na trybunach”. W tamtym sezonie czuł się niepokonany na stadionach a także wtedy, kiedy pisał. Kolejny błysk: 1962 rok, 3 lata później. Wspomnienie mundialu rozgrywanego w kraju(w kraju, do którego teraz ma zakaz wjazdu) powróciło razem z wersami Barrenechei: „ Drużyno ojczyzny, do przodu / do bramki przeciwnika trza przeć; / to pragnienie całego narodu / gol Chilijczyków! To chcemy słyszeć”. Wciąż mógł wymienić z pamięci reprezentacyjną 11-tke, w większości złożoną z zawodników Universidad: Escuti, Eyzaguirre, Sanchez, Navarro, Contreras, Rojas, Toro, Fouillioux, Ramirez, Landa i Leonel Sanchez. To był wspaniały rok. Scarmeta opublikował swoją pierwszą książke, zbiór opowiadań pod tytułem „Entuzjazm”. Zawarł kompromis z literaturą: jego książki, którą udostępniono, aby odbiorcy mogli czytać samych siebie, żeby mogli czytać rzeczywistość, która ich otaczała a przede wszystkim żeby mogli ją ulepszać. Jednakże nie pamiętał tamtego roku ze względu na wejście do świata literackiego, tylko z powodu goli. Miał to szczęście, że mógł się cieszyć z wielu, z o wielu więcej, niż ktokolwiek mógł przypuszczać na początku turnieju. Reprezentację Chile zawsze prześladował pech jak pisarz Nicanor Parra; na tym mundialu jednak „La Roja” ustrzegła się go aż do półfinału. W jego wspomnieniach rozbłysła następna data: 16 czerwca 1962 roku. Atmosfera święta, jaka zalała ulicę Santiago znalazło ujście na trybunach Stadionu Narodowego. Jeśli Skarmeta zamykał oczy, wciąż mógł usłyszeć śmiechy, przyśpiewki, trąbki i gitary, które podłożyły melodię pod wersy Angela Cuevasa: „My, chłopcy z 62/ Zagubieni między ludźmi / w dniu zabawy”. Tamtej soboty 16 czerwca dzień zabawy rozpoczął się o wpół do trzeciej po południu, kiedy rozbrzmiał pierwszy gwizdek w meczu z Jugosławią, który miał wyłonić medalistę Mistrzostw Świata.
Skarmeta cierpiał przez 90 minut, jak nigdy przedtem nie cierpiał z powodu Uniwersidad, ponieważ na tamtym mundialu zrozumiał że czerwień La U była równie intensywna jak czerwień reprezentacji. Jugosławia naciskała ich przez cały mecz a Skarmeta rozpaczał, ilekroć z boiska wylatywał kolejny chilijski zawodnik. Minuty mijały, La Roja dzielnie stawiała opór, zbliżała się jednak dogrywka a rozegranie jej w 8 na 11 oznaczało niemal pewną porażkę. Stadion cichł z upływem minut aż w ostatniej akcji, kiedy piłka przekroczyła linię połowy boiska, podniósł się desperacki szmer, który wzmógł się, gdy futbolówkę przyjął Eladio Rojas. Nikt się nie spodziewał tego strzału z dystansu. Nikt się nie spodziewał że piłka dotknie obrońcy i wpadnie do siatki. To była ostatnia minuta regulaminowego czasu gry ale kibice nie czekali aż sędzia od gwiżdże koniec żeby wtargnąć na murawę i wyściskać swoich bohaterów; tysiące kapeluszy pofrunęło do nieba ponieważ stał się cud. Skarmeta przyłączył się do zabawy rodaków i do ogłuszających okrzyków największego szczęścia, jakie kiedykolwiek słyszał. Co zostało z tamtego hałasu? Co się stało z tamtymi golami? I z tamtym niebywałym szczęściem? Przejrzał stary numer tygodnika „Estadio” i ogarnął go smutek, podczas gdy płatki śniegu nadal płynęły w jego pamięci. Był zagubionym chłopakiem z 62, jednym z wielu, dla których " świat zawężał się do piłki a kopanie jej było naszym delirium", jak recytował mistrz Nicanor Parra. Skarmeta znalazł jednak swoje miejsce także poza stadionem, jako członek Ruchu Zjednoczonej Akcji Ludowej. Nie zerwał swojej umowy z Universidad, kiedy drużyna przestała wygrywać, tak samo jak wciąż walczył o polityczne ideały, kiedy zaczęło dziać się źle. Kolejna data w płomieniach: 11 września 1973 roku, dzień, w którym wojskowy zamach stanu Pinocheta obalił rząd Allende. Ulicami jego ukochanej ojczyzny zawładnęła przemoc: bicie, tortury, zniknięcia. Ogień, mnóstwo ognia a Stadion Narodowy, gdzie wciąż pobrzmiewały echa mitycznego gola Aladio Rojasa został zamieniony przez wojskowych w kostnicę. Skarmeta musiał wyemigrować do Argentyny żeby ratować życie i dotrzymać politycznej umowy: tylko z dala mógł walczyć o ojczyznę. Dwa lata później miał gotową pierwszą powieść: „Śniło mi się że płonie śnieg". Główny bohater Arturito opuszcza rodzinne strony i wyjeżdża do Santiago żeby grać w Universidad. Chce zostać gwiazdą reprezentacji. „Bycie piłkarzem to luksus, który ma swoją „via crusis", ostrzega go trener. Jednakże prawdziwa „via crucis” Arturito rozpoczyna się wtedy, kiedy wojsko wychodzi na ulicę a on rozumie że człowiek musi pozostać wierny swoim zasadom, bez względu na to, jak trudny stanie się mecz. „Zachowujesz się gorzej niż reakcjoniści(wyrzucał mu przyjaciel) gorzej niż wojskowi, kiedy nas napadają, niż faszyści, kiedy do nas strzelają bo łamiesz jedyną broń, jaką mamy, głąbie: moralność klasową, świadomość klasową". Skarmeta zamknął tygodnik „Estadio”. Ostatni raz uśmiechnął się do Braulio Musso. To właśnie oznaczał tamten gol Eladio Rojasa: ośmiu mogło pokonać 11, naród uzbrojony w idee mógł złamać karabiny wojskowych. Swoją maszyną do pisania złamałby je ideami. Naładowałby słowa świadomością klasową i płatki śniegu już nigdy by nie zgasły.
Miguel Angel ortiz.
7
Płonące płatki śniegu(prosze przeczytać w odpowiedzi na mój komentarz):
@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360
11
@FCBparasiempre
Jeszcze dobrze nie zakończył się Mundial w 1950 roku, gdy świat zaczął dostrzegać piłkarską potęgę reprezentacji Węgier. Piłkarze Gusztava Sebesa przez ponad cztery lata zachwycali swoimi umiejętnościami, w związku z czym byli murowanymi kandydatami do zdobycia Mistrzostwa Świata w 1954 roku. Wszyscy doskonale zdajemy sobie sprawę z faktu, że piłka bywa przewrotna i zaskakująca ale też i nie rzadko zmanipulowana oszustwami. Zapoznajcie się z kulisami Mundialu w Szwajcarii, by dowiedzieć się, dlaczego zdecydowani faworyci nie sięgnęli po złoto. Gospodarza piątej edycji Mistrzostw Świata poznaliśmy już pod koniec 1950 roku. FIFA, założona w 1904 roku, otrzymała dwie oferty organizacji czempionatu – od Szwajcarii i Szwecji. W związku z obchodami 50-lecia istnienia organizacji postanowiono, że gospodarzem Mundialu będzie Szwajcaria, kraj, w którym znajduje się siedziba FIFA. Szwecja dostała zapewnienie, że turniej zorganizuje cztery lata później. Pewny udział w Mistrzostwach Świata w 1954 mieli gospodarze, Szwajcarzy, i obrońcy tytułu, Urugwajczycy. Do obsadzenia pozostało jeszcze 14 miejsc. Chęć udziału w rozgrywkach zgłosiło 45 państw. W eliminacjach podzielono je na grupy lub pary. Warto odnotować trzy ciekawostki. Pierwsza dotyczy dwumeczu Hiszpania – Turcja. Zdecydowanym faworytem był kraj z Półwyspu Iberyjskiego, co udowodnił w pierwszym spotkaniu, wygrywając 4:1. W rewanżu lepsi byli jednak Turcy, którym do zwycięstwa wystarczył jeden gol. Wynik dwumeczu brzmiał więc 4:2 dla Hiszpanii, jednak wówczas bilans bramkowy nie był brany pod uwagę. Zarządzono zatem dodatkowy, dogrywkowy mecz na neutralnym terenie. Barw faworytów bronił niekwestionowany gwiazdor Barcelony, Laszlo Kubala. Węgierski uciekinier został bohaterem poranka w dniu, w którym rozegrano trzeci mecz. Do hotelu Hiszpanów dotarł bowiem tajemniczy telegram o treści: „Zwracamy uwagę Federacji Hiszpanii na sytuację Kubali”. Działacze obawiali się, że to depesza od FIFA, więc nie wystawili swojej gwiazdy. Po czasie podejrzewano, że telegram przysłali Węgrzy, bowiem nikt w FIFA nie podpisał się pod tym czynem. W Rzymie padł remis 2:2. Przy takiej sytuacji konieczne było losowanie. W roli losującego wystąpił 14-letni Luigi Franco Gemma. Wylosował Turcję. Przybysze znad Bosforu byli tak wniebowzięci, że w czerwcu zabrali młokosa do Szwajcarii i opłacili mu wszelkie koszty pobytu i naocznego uczestnictwa w Mundialu. Na wzór poprzedniego turnieju, w ramach eliminacji brytyjskie ekipy (Anglia, Szkocja, Walia i Irlandia Północna) mierzyły się w rozgrywkach British Home Championship. Wielkim wydarzeniem było starcie odwiecznych rywali, Szkotów i Anglików. Na Hampden Park w Glasgow zgromadziło się ponad 134 tys. kibiców. Bój zakończył się zwycięstwem Synów Albionu 4:2. Mimo to obie ekipy awansowały na Mundial. Szkoci, w przeciwieństwie do poprzednich eliminacji, nie unieśli się dumą i pojechali do Szwajcarii mimo zajęcia „dopiero” drugiego miejsca w grupie. Trzecia ciekawostka dotyczy Polaków. Eliminacyjny dwumecz mieliśmy rozegrać z Węgrami. Działacze Polskiego Związku Piłki Nożnej wraz ze wszystkimi najważniejszymi głowami w państwie stwierdzili, że nie ma najmniejszych szans na sukces z bodaj najlepszą drużyną na świecie i w obawie przed pogromem oddali oba mecze walkowerem. Co ciekawe, do opinii publicznej nie dotarła informacja o wycofaniu drużyny narodowej z eliminacji, o co bardzo dobrze zadbały ówczesne władze, mające kontrolę nad środkami masowego przekazu. Gazety rozpisywały się za to o trzyletnim planie odbudowy polskiego piłkarstwa, w myśl którego w 1956 roku polska reprezentacja miała być równie dobra jak bratankowie znad Dunaju. Ostateczny skład Mistrzostw Świata w 1954 roku prezentował się następująco: Szwajcaria, Urugwaj, Austria, Belgia, Czechosłowacja, Anglia, Francja, Węgry, Włochy, Szkocja, Turcja, Republika Federalna Niemiec, Jugosławia, Brazylia, Meksyk i Korea Południowa.
Turniej został rozegrany w dniach 16 czerwca – 4 lipca. Niekwestionowanym faworytem do zwycięstwa w rozgrywkach była reprezentacja Węgier. Złota Jedenastka (z węgierskiego Aranycsapat), prowadzona przez Gusztava Sebesa, przypominała rozpędzony walec. Walec, który nie miał litości dla swoich przeciwników. Madziarze wygrywali mecz za meczem, a kwintesencją ich znakomitej gry były dwa mecze przeciwko Anglii. 25.11.1953 roku na Wembley, Grosics, Buzanszky, Lorant, Lantos, Hidegkuti, Bozsik, Zakarias, Budai, Kocsis, Puskas i Czibor przeszli do historii jako pierwsza drużyna, która ograła ojców futbolu na ich terenie. Zwycięstwo w rozmiarze 6-3 było najmniejszym wymiarem kary. Podrażnieni Brytyjczycy momentalnie zażądali rewanżu. Doszło do niego na trzy tygodnie przed Mundialem, 23.05.1954 r. w Budapeszcie. Jeśli zwycięstwo 6:3 na Wembley możemy nazwać upokorzeniem Synów Albionu, to jak nazwać triumf Węgrów 7:1 w swojej stolicy? Przy okazji była to najwyższa porażka reprezentacji Anglii w historii. Węgrzy budzili wielki respekt i bojaźń w szeregach przeciwników, czego jednym z dowodów było wspomniane wycofanie się Polski z eliminacji. Za sukcesami drużyny stał bardzo charyzmatyczny Gusztav Sebes. Jest znakomitym potwierdzeniem tezy, że nie trzeba być wielkim piłkarzem, by zostać wielkim trenerem. Stosunek Sebesa do piłki nożnej, zwłaszcza do taktyki i wyszkolenia indywidualnego, był wręcz fanatyczny. Za jego czasów Węgrzy byli objęci Żelazną Kurtyną i piłkarze mieli bezwzględny zakaz opuszczanie kraju w celu zmiany pracodawcy. Przytoczony wyżej Kubala uciekł z Węgier, przez co często rzucano mu pod nogi kłody. Takie gwiazdy jak Puskas, Czibor, Kocsis, Hidegkuti w dzisiejszych czasach już dawno byliby wytransferowani do czołowych klubów w Europie. Sytuacja polityczna po II Wojnie Światowej na to nie pozwalała, więc stanowili o sile drużyn z Budapesztu. Dla ekipy narodowej było to jednak zbawienne. Spójrzmy, jak wyglądają przygotowania zespołów narodowych. Piłkarze przyjeżdżają na zgrupowania zaledwie kilka dni przed ważnym meczem. Tuż przed wyjazdem na wielki międzynarodowy turniej przebywają ze sobą zazwyczaj dwa, czasem trzy tygodnie. Sumując, przy dobrych wiatrach w ciągu roku trenują wspólnie przez nieco ponad miesiąc. U Sebesa było inaczej. Swoich zawodników miał rozrzuconych w promieniu kilkudziesięciu kilometrów, więc często zwoływał ich na treningi. Można uznać, że węgierska kadra funkcjonowała niemal jak klub. Klub z najlepszymi piłkarzami na świecie. Sebes nie przywiązywał wagi do panujących trendów, rzadko rozpracowywał grę przeciwników, skupiał się jedynie na swoim planie. Jego zawodnicy byli znakomitymi uczniami i wykonywali jego polecenia bez najmniejszego zarzutu. Ich zgranie było tak idealne, że gdyby przy wyprowadzaniu akcji ofensywnych zasłonięto im oczy, prawdopodobnie skutecznie by ją sfinalizowali. Kluczowym elementem układanki był rozgrywający, Nándor Hidegkuti. Jedyne do czego można się przyczepić to fakt, że Złota Jedenastka traciła całkiem sporo bramek. Cóż z tego, skoro z reguły strzelała ich znacznie więcej? Podczas treningów Madziarze skupiali sporą wagę na zmienność pozycji, czym później totalnie dezorientowali przeciwników. Często ćwiczyli znacznie cięższymi piłkami, dzięki czemu operowanie normalną futbolówką podczas meczu było dla nich pestką. Ich szkoleniowiec był często porównywany do niezwykle troskliwego dziadka. Przez dwadzieścia cztery godziny na dobę myślał tylko o piłce nożnej. Przechadzał się po Budapeszcie i zarażał swoją pasją młodych chłopaków. Gdy widział, że łapie ich rezygnacja, pokazywał im swoje notesy, w których pieczołowicie rozpisywał ustawienie Aranycsapat. To bardzo działało na wyobraźnię dzieciaków, więc szybko brali się do roboty. Znane są przypadki noszenia przez Sebesa kanapek, którymi częstował adeptów futbolu tuż po obejrzeniu ich osiedlowych pojedynków. W Szwajcarii testowano nowy format rozgrywek. 16 drużyn zostało podzielonych na cztery grupy, w grupach dwie drużyny otrzymywały status rozstawionych, a pozostałe nierozstawionych. „Papierowi faworyci” rozgrywali mecze tylko z ekipami pozornie słabszymi. Trzeci grupowy mecz, w formie bezpośredniego barażu, rozgrywać miały tylko te ekipy, które zgromadziły tę samą liczbę punktów. Z grupy A awans uzyskali Brazylijczycy i Jugosłowianie, z grupy C Urugwajczycy i Austriacy, a z grupy D Anglicy i Szwajcarzy. Najważniejsze, z perspektywy finalnych rozstrzygnięć, były wydarzenia w grupie B. Los skojarzył ze sobą Węgry, Turcję, Niemcy i Koreę Południową. Dwa pierwsze narody były rozstawione. Madziarze ze względu na zdobyte dwa lata wcześniej Mistrzostwo Olimpijskie i fakt, że ostatnią porażkę międzynarodową ponieśli 14 maja… 1950 r. (!), kiedy ulegli Austrii 3:5. Turkom uprzywilejowaną pozycję zapewniło jedynie zwycięstwo z Hiszpanią w eliminacjach. Na początek RFN pokonała Turcję 4:1, a Węgrzy, zgodnie z przewidywaniami, zabawili się z Koreą, wygrywając 9:0. W drugiej kolejce Turcy rozgromili Koreańczyków 7:0, a Madziarze podejmowali Niemców. W tym momencie ujawnił się geniusz niemieckiego szkoleniowca, Seppa Herbergera. Przed Mundialem Herberger nie miał w swoim kraju dobrej prasy. Mało kto pokładał nadzieję w jego ekipie. Był często krytykowany za selekcję zawodników, a ta nie była zbyt prosta do wykonania, gdyż profesjonalna liga piłkarska w RFN jeszcze nie istniała. Bundesliga powstała dopiero w 1962 roku. Niemiecki trener przemierzał więc cały kraj w poszukiwaniu kandydatów do gry. Był prawdziwym pasjonatem. W prowadzonych przez siebie dzienniczkach miał zapiski o setkach, jeśli nie o tysiącach piłkarzy, którym bacznie się przyglądał. Powiedzenia, które często przypisujemy naszemu Trenerowi Tysiąclecia, Kazimierzowi Górskiemu, były przez Niemca używane na długie dekady przed sukcesami reprezentacji Polski lat 70′. Herberger był zresztą dla Górskiego jednym ze wzorów do naśladowania. W grupowym starciu przeciwko Węgrom wykazał się, jak się później okazało, majstersztykiem. Wiedząc, że jest skazany na porażkę, wypuścił w bój pięciu swoich rezerwowych zawodników. Wprawdzie przegrał 3:8, ale tak naprawdę odniósł niepodważalne zwycięstwo. Po pierwsze, wzbudził wśród Madziarzy niezwykłą, ale i zgubną pewność siebie. Po drugie, ukrył przed Sebesem swoje najważniejsze ogniwa. Po trzecie, poznał naocznie najmocniejsze i najsłabsze strony Aranycsapat. I wreszcie po czwarte, Werner Liebrich bezpardonowo potraktował największą gwiazdę przeciwników, Ferenca Puskasa, przez co ten nie mógł wystąpić w ćwierćfinale i półfinale, a do dzisiaj mówi się, że nie był w pełni sił także na finał. Zachodnia prasa nie dostrzegała zamierzonych zagrań Herbergera, więc nie pozostawiła na nim suchej nitki. „Der Spiegel” pisał: „Wygląda na to, że przyszedł czas, by zdradzieckiego trenera Herbergera powiesić na jabłoni”. Węgrzy wyszli z grupy mając na koncie dwa zwycięstwa przy niespotykanym nigdy wcześniej i nigdy później bilansie bramkowym 17:3. Drugą drużynę z awansem z grupy B wyłonił baraż pomiędzy Niemcami Zachodnimi a Turcją, pewnie wygrany przez tych pierwszych 7:2. W fazie pucharowej los otworzył dla podopiecznych Herbergera istną autostradę do nieba. RFN trafiła na niezbyt wymagających rywali i po zwycięstwie z Jugosławią 2:0 i z Austrią 6:1 zameldowała się w wielkim finale. Diametralnie inną drogę o najważniejsze piłkarskie trofeum na świecie mieli Węgrzy. W ćwierćfinale mierzyli się z niezwykle mocnymi Wicemistrzami Świata, Brazylijczykami. Mecz został ochrzczony mianem Bitwy pod Bernem. Iskrzyło najpierw na boisku, a później poza boiskiem. Gra była niezwykle atrakcyjna, ale jednocześnie bestialska. Brutalnych, wręcz chamskich fauli było znacznie więcej niż goli i ciekawych zagrań. Znamienne jest, że w czasach, w których sędziowie pozwalali piłkarzom na bardzo dużo pod kątem nieczystej gry, aż trzech zawodników zostało przez arbitra, Arthura Ellisa, przedwcześnie odesłanych do szatni. Wśród „szczęśliwców” znalazło się dwóch graczy Canarinhos (Nilton Santos i Humberto) i jeden Węgier (József Bozsik). Regularna jatka rozpoczęła się jednak dopiero w szatni, tuż po zakończeniu widowiska. Ferenc Puskas, który z powodu kontuzji cały mecz przesiedział na ławce, chwycił za szklaną butelkę i wycelował nią w twarz Pinheiro. Reszta zawodników i działacze obu ekip w momencie do siebie doskoczyli. Słychać było odgłosy uderzeń i tłuczonego szkła, polała się krew, a po wszystkim Węgrzy dumnie stwierdzili, że wynik starcia na pięści był bardzo zbliżony do rezultatu osiągniętego na boisku – 4:2. Pod względem sportowym jeszcze cięższy sprawdzian czekał Madziarzy w półfinale. Ich przeciwnikami byli Mistrzowie Świata, Urugwajczycy. Mecz, przez wielu uznawany na najlepszy w historii Mistrzostw Świata, miał niebywale zacięty przebieg i był swoistą wymianą ciosów. Piłka zmierzała od jednego do drugiego pola karnego i z powrotem. Na bramki Hidegkutiego i Czibora Urugwajczycy odpowiedzieli dopiero w ostatnim kwadransie gry za sprawą dubletu Hohberga. Urodzony w Argentynie zawodnik tak mocno przeżył wyrównujące trafienie, że zaraz po nim na dłuższą chwilę stracił przytomność. Finalistę musiała wyłonić dogrywka. Węgrzy rozwiali wszelkie wątpliwości. Niezawodny Kocsis dwukrotnie umieścił piłkę w siatce, dzięki czemu jego drużyna wygrała 4:2. W meczu o trzecie miejsce górą, dzięki zwycięstwu 3:1 z Urugwajem, okazali się Austriacy. Oczy całego świata były jednak zwrócone na Berno i wielki finał między RFN a Węgrami. Fritz Walter, niemiecki kapitan, brał udział w II Wojnie Światowej. Podczas pobytu na południu Europy nabawił się malarii. Od tej pory był wręcz uczulony na słońce i wysoką temperaturę. Przekładało się to na jego boiskową dyspozycję, która stricte zależała od panujących warunków atmosferycznych. Kiedy te były typowo wakacyjne, Walter sprawiał wrażenie nieobecnego i niczym szczególnym się nie wyróżniał. Jego prawdziwy kunszt był widoczny podczas spotkań granych w deszczu przy niskiej temperaturze powietrza. Dzięki niemu w terminologii naszych zachodnich sąsiadów do dzisiaj funkcjonuje pojęcie „Pogoda Fritza Waltera”. Właśnie w takich warunkach, przy deszczu i panującym ziąbie, przyszło Niemcom mierzyć się z Węgrami w meczu o Mistrzostwo Świata. Poza umiejętnościami typowo piłkarskimi wszelkie znaki na niebie przemawiały za RFN. Znacznie prostsza droga do finału, niewiarygodnie zmęczeni Węgrzy i ich zgubna pewność siebie po grupowym zwycięstwie 8:3 oraz zdecydowanie lepsze przygotowanie do panujących warunków atmosferycznych składały się na swoisty handicap dla piłkarzy Herbergera. Pod pojęciem lepszego przygotowania do warunków atmosferycznych kryje się obecność Adolfa Dasslera, współzałożyciela firmy Adidas. Dassler dostarczał obuwie swoim rodakom, dzięki czemu został dokooptowany do szerokiego sztabu reprezentacji. Na finałowy mecz przygotował coś, czego wcześniej świat nie widział – buty z wkręcanymi korkami. Reprezentanci Niemiec znacznie lepiej poruszali się na grząskiej murawie. Mimo to oponenci już po ośmiu minutach prowadzili 2:0 za sprawą bramek Puskasa i Czibora. Od tej pory to nasi zachodni sąsiedzi doszli do głosu, czego efektem było wyrównanie, do którego doprowadzili w zaledwie dziesięć minut. Gole strzelali Morlock i Rahn. Podrażnieni Węgrzy dążyli do ponownego wyjścia na prowadzenie. Z minuty na minutę grało im się coraz ciężej. W nogach mieli trudy pojedynków ćwierć- i półfinałowych oraz niebywale ciężki grunt w Bernie. Dodatkowo Herberger nakazał Horstowi Eckelowi stać się cieniem Hidegkutiego i nie odpuszczać go ani na krok. „Plaster” bardzo ciążył węgierskiemu rozgrywającemu, przez co nie mógł rozwinąć skrzydeł i natchnąć swojej drużyny do walki. Sześć minut przed końcem meczu stało się coś, co przed meczem, a jeszcze bardziej przed samym turniejem, wydawało się niemożliwe. Gola na 3:2 zdobył Helmud Rahn i Niemcy sięgnęli po swoje pierwsze Mistrzostwo Świata. Przerwali zarazem węgierską passę 32 kolejnych meczów bez porażki. Finał z Węgrami został ogłoszony jako najlepszy mecz w historii reprezentacji Niemiec. Nie przebił tego nawet półfinałowy mecz z Brazylią na Mundialu 2014. Miał także bardzo duży wydźwięk emocjonalny i patriotyczny. Po wojnie kraj został, zresztą całkiem słusznie, obciążony różnorakimi sankcjami. Piłkarski sukces spowodował, że mieszkańcy RFN znów poczuli dumę, czego najlepszym dowodem jest krążące wówczas hasło „Wir sind wieder wer”(znów jesteśmy kimś). Powracających do kraju zawodników witały setki tysięcy osób. Wśród nich był niespełna 9-letni Franz Beckenbauer, który zamarzył sobie, że w przyszłości też przywiezie do swojego kraju Złotą Nike. Każdy z zawodników będących w turniejowej kadrze otrzymał skuter Goggo-Motorroler. Bestsellerem na zachodzie stały się kasety z komentarzem radiowego sprawozdawcy szwajcarskiego finału, Herberta Zimmermanna. Mecz z Węgrami relacjonował z wielkimi, rzadko spotykanymi emocjami. Do dzisiaj jego słowa są przypominane na antenach TV oraz radia i nadal budzą wspaniałe wspomnienia. Zgoła odmienny wydźwięk miało wywalczone przez Węgrów wicemistrzostwo. Rodacy tuż po końcowym gwizdku zaczęli oskarżać piłkarzy o sprzedanie meczu finałowego. Spekulowano, że Niemcy za oddanie spotkania zaoferowali każdemu piłkarzowi Sebesa po mercedesie. Powrót zawodników do kraju był bardzo niespokojny. Aby uniknąć ewentualnych zamieszek, zespół lądował nocą w miejscowości Tata, skąd rządowe samochody odwoziły piłkarzy do domów pod osłoną nocy. Emocje jeszcze długo nie opadły. Gdy po Mundialu kilku niemieckich piłkarzy zachorowało na żółtaczkę, Węgrzy zaczęli podejrzewać ich o stosowanie dopingu. Szerzej o tym ,,finałowym szwindlu” opisze w rocznice tego wydarzenia(04.07.1954). Porażka w finale Mistrzostw Świata była tak naprawdę początkiem końca Złotej Jedenastki. Drużyny uznanej za zdecydowanie najlepszą w historii piłki nożnej.
8
„Aranycsapat”:
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
13
Feliz cumpleaños panie Michael! Z okazji 62 urodzin.
15 czerwca 1964 r. w Kopenhadze urodził się Michael Laudrup, ofensywny pomocnik, który uważany jest za jednego z najbardziej eleganckich piłkarzy swoich czasów. W 1989 r. trafił do FC Barcelony z Juventusu i walnie przyczynił się do zdobycia czterech kolejnych mistrzostw Hiszpanii oraz Pucharu Europy. W wyniku konfliktu z Johanem Cruijffem stracił miejsce w składzie(przegapił między innymi przegrany sromotnie finał Ligi Mistrzów z 1994 r.) i zdecydował się na odejście do Realu Madryt. W grze Andresa Iniesty widać było wiele podobieństw do Laudrupa, nic więc dziwnego że Hiszpan uważa Duńczyka za swojego największego idola.
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
9
@FCBparasiempre
15 czerwca 1930 r. urodził się Jesús Pereda, jedna z większych legend katalońskiego klubu. Bramkostrzelny napastnik, który wbił rywalom 109 goli w 409 spotkaniach. Do końca swoich dni był wierny Katalonii, od momentu przyjścia na świat aż po śmierć był jej oddanym mieszkańcem. W 1950 roku zadebiutował w reprezentacji Hiszpanii, gdzie rozegrał tam 20 spotkań strzelając 8 goli. W ojczyźnie był znany z pewnej sytuacji. Podczas meczu przeciwko Związkowi Radzieckiemu podczas Euro ’64 miał ponoć strzelić gola na 2-1. Dlaczego użyłem słowa ,,miał”? Przekaz telewizyjny w Hiszpanii był ocenzurowany podczas tego spotkania. Relacje radiowe wskazywały, że to właśnie Pereda był strzelcem tej bramki. Taśmy z ZSRR pokazywały że to jednak nie był on, jednak były podejrzenia, że owe materiały były sfałszowane. W przeszłości grał również dla Realu Madryt. Popadł jednak w konflikt z zarządem i trenerami i opuścił Królewskich. W 2011 roku zmarł w wieku 73 lat z powodu raka, który został wykryty 2 miesiące wcześniej. Możliwe, że niektórzy nie wiedzą, kim był Jesús Pereda a wielu młodych, przekonanych nieustępliwą retoryką, która do niedawna głosiła, że „Hiszpania nigdy nic nie wygrała”, nie zdaje sobie sprawy, że reprezentacja Hiszpanii już w 1964 roku wygrała Mistrzostwa Europy, czarno-białe wydanie, które ma taką samą wartość jak sześć pierwszych Pucharów Europy zdobytych przez Real Madryt a w tych rozgrywkach Pereda odegrał rolę podobną do tej, jaką w ciągu ostatnich trzech lat odegrali tacy piłkarze jak Xavi, Torres czy Iniesta. Bo jeśli Marcelino poszedł na Olimp bogów za strzelenie zwycięskiej bramki w finale przeciwko upadłemu Związkowi Radzieckiemu, to należy podkreślić, że prawdziwym bohaterem meczu był Pereda, który otworzył wynik meczu pierwszą bramką(tak jak zrobił to już w półfinale przeciwko Węgrom) i posłał dośrodkowanie na głowę napastnika Zaragozy. Był najwyższej klasy pomocnikiem, wspaniałym rozgrywającym, który łączył także technikę i umiejętności pod bramką. W tej roli zadebiutował w meczu z Logroñés w lidze krajowej, strzelając sześć goli w piętnastu meczach, które rozegrał w koszulce narodowej. Jesús María Pereda Ruiz de Temiño urodził się w Medina de Pomar w Burgos. Wszyscy znali go jako „Chus” Pereda a w ówczesnych kręgach piłkarskich nazywano go również „Polvorilla”(Mała Petarda) ze względu na jego wybuchowy zapał i spontaniczną naturę. Po rozpoczęciu kariery w Alcázar w swoim rodzinnym mieście, dołączył do Valmasedy jako stały zawodnik w sezonie 1954/55. Skarga Zalli, twierdząca, że wiek uniemożliwia mu udział w rozgrywkach regionalnych, doprowadziła do jego transferu do młodzieżowej drużyny Indauchu. Następnie grał przez dwa sezony w pierwszej drużynie i zadebiutował w Second Division 18 marca 1956 roku w meczu przeciwko Sabadell w 25. kolejce. Rozegrał trzy mecze w tym sezonie i 35 w następnym, strzelając 16 goli. Dzielił szatnię z Iriondo, Zarrą i Panizo, trzema legendarnymi napastnikami Athletic Club, z którymi również mógł podpisać kontrakt, pomimo ograniczeń, jakie klub z Bilbao narzucał zawodnikom spoza regionu. Ograniczenia te zostały sprytnie zamaskowane, twierdzono, że zawodnik grał w młodzieżowej drużynie Vizcaya. Jednak to żądania finansowe prezesa Indauchu, Jaime Olaso, udaremniły zawarcie umowy, ponieważ milion peset w połowie lat 50-tych był znaczną sumą, której prezes Athletic Club, Enrique Guzmán, odmówił zapłaty.
Real Madryt zapłacił 850 000 dolarów za jego transfer, z ustną umową na dodatkowe 250 000 dolarów, jeśli zdobędzie międzynarodowe występy. Kiedy osiągnął to wyróżnienie i dyrektorzy „Indauchuta” zażądali uzgodnionej płatności, prezes Realu Madryt stwierdził, że nie mogą spełnić warunku, ponieważ młody mężczyzna nie jest już częścią ich klubu. Był w kadrze Realu Madryt w sezonie 1957-58 i zadebiutował w La Liga 9 lutego na Santiago Bernabéu przeciwko Realowi Jaén, tworząc linię ataku z Marsalem, Di Stéfano, Rialem i Gento. Ten mecz i ostatni mecz na La Romareda, w którym strzelił swojego pierwszego gola, były jedynymi, w których zagrał dla Realu Madryt w najwyższej klasie rozgrywkowej, ale wystarczyły, aby otworzyć swoją gablotę trofeów jedynym tytułem La Liga, jaki zdobędzie, chociaż równie dobrze mógłby dodać Puchar Europy, który Real Madryt zdobył w tym samym sezonie po raz trzeci. W kolejnym sezonie został wypożyczony do Realu Valladolid, w którym rozegrał dwadzieścia siedem meczów i strzelił dziesięć goli, co pozwoliło zespołowi Zorrilla zostać mistrzem Drugiej Ligi i powrócić do najwyższej ligi. Przybycie brazylijskich reprezentantów Didiego i Canario do Realu Madryt oraz zainteresowanie klubu pozyskaniem „Pepillo” ułatwiło transfer Jesúsa Peredy i Ángela Seguroli do Sevilli w ramach umowy zawartej latem 1959 roku. Pereda grał w Sevilli przez dwa sezony (1959-61), rozgrywając łącznie pięćdziesiąt sześć meczów ligowych. Zadebiutował w reprezentacji 13 marca 1960 roku, jako członek zespołu „Promises”(później znanego jako zespół U-21) grając przeciwko Włochom w Palermo. Następnie zagrał ponownie w reprezentacji U-21 przeciwko Francji. Dwa tygodnie później, 15 maja, zadebiutował w seniorskiej reprezentacji na Santiago Bernabéu przeciwko Anglii w meczu towarzyskim, który Hiszpania wygrała 3-0. Wyjściowy skład reprezentacji Hiszpanii to: Ramallets; Pachín, Garay, Gracia; Vergés, Segarra, Pereda (Del Sol 44'), Eulógio Martínez, Di Stéfano, Peiró i Gento. W październiku tego samego roku był również członkiem reprezentacji B, która pokonała drużynę A Maroka 4:3 w kolejnym meczu towarzyskim rozegranym w Granadzie. W czerwcu 1961 roku FC Barcelona pozyskała go, aby zastąpił Luisa Suáreza, który odszedł do Interu Mediolan, i poprowadził nowy projekt, który nowo mianowany prezes, Enrique Llaudet, planował jako kontynuację legendarnej ery Kubali, Ramalletsa, Czibora i Tejady. W tym okresie grał przez osiem sezonów (1961-69), występując w barwach Blaugrany w sumie w 293 meczach, strzelając 104 gole, z czego 42 w La Liga. Zdobył Puchar Króla w 1963 i 1968 roku a także Puchar Miast Targowych w 1966 roku. Następnie dołączył do Sabadell na sezon 1968-69, po czym zakończył karierę w Mallorce, gdzie rozegrał 51 meczów w Second Division w ciągu dwóch sezonów (1969-71). Po zakończeniu kariery piłkarskiej trenował drużynę firmy „Danone” a w sezonie 1974/75 był selekcjonerem młodzieżowej reprezentacji Katalonii. W kolejnym sezonie został selekcjonerem młodzieżowej reprezentacji, po tym jak Pablo Porta powołał go na miejsce Eduardo Toby. Pozostał trenerem Królewskiego Hiszpańskiego Związku Piłki Nożnej przez kilka lat, najpierw asystując Kubali, a następnie Luisowi Suárezowi, gdy ten ostatni objął posadę trenera reprezentacji do lat 21. Zastąpił Suáreza w 1988 roku, aż do 1992 roku, kiedy to Javier Clemente przejął funkcję selekcjonera reprezentacji. Clemente ostatecznie go zwolnił, twierdząc, że „za dużo mu płacono za tak mało, jak na jego umiejętności”. W tym czasie zdobył dwa tytuły mistrza Europy do lat 16 oraz wicemistrza świata do lat 17 i 20. Z powodu choroby Vicente Miery miał również okazję poprowadzić seniorską reprezentację w jednym meczu.
Później dorywczo pracował jako trener w skromnych klubach, w tym w Xerez. Był właścicielem restauracji serwującej owoce morza. Na początku XXI wieku, wraz z rodakiem z Burgos, byłym piłkarzem, obecnie związanym z branżą budowlaną, założył agencję reprezentacji piłkarzy. Z tego stanowiska potępił podejrzany podział prowizji przy pozyskiwaniu piłkarzy Barcelony, a także sztucznie zawyżoną cenę za brazylijskiego Geovanniego, który, nawiasem mówiąc, okazał się kolosalną porażką. Spotkałem go osobiście podczas dyskusji telewizyjnej, gdy kończyłem czwartą część „Historii i statystyk hiszpańskiej piłki nożnej”, która zakończyła się słynnym golem Marcelino. Pierwszą rzeczą, o której mu wspomniałem, były moje wątpliwości co do tego, dlaczego prasa, z którą się konsultowałem, uznała go za autora dośrodkowania, które napastnik Zaragozy później wykończył, podczas gdy w materiale filmowym, który miałem z kronik No-Do, numer 7 – czyli Amancio – był widziany podczas zagrania. Potwierdził, że to on wykonał zagranie, a nagranie zostało zmanipulowane, prawdopodobnie dlatego, że brakowało w nim pełnej sekwencji. Zagranie zostało później odzyskane dzięki nagraniu meczu nagranemu przez byłą sowiecką telewizję. Oprócz wszystkich piłkarskich cech, które prezentował w różnych mediach, w których pracował, jego charakter sprawił, że stał się lubiany przez wszystkich, którzy go znali, zwłaszcza jego witalność, chęć do gry i uczciwość. 27 września 2011 roku zmarł nad ranem, ofiarą raka, którego do samego końca starał się ukryć swoją charakterystyczną wesołość. Następnego dnia ci z nas, którzy podziwiali jego osobowość, zebrali się, aby go pożegnać. Byli tam jego koledzy z reprezentacji, z którą zdobył swoje najważniejsze trofeum: Iríbar, Olivella, Calleja, Zoco, Fusté, Amancio i wielu innych zawodników, z którymi dzielił wspaniałe popołudnia zaledwie kilka metrów od niego. Byli częścią mojego albumu z naklejkami, którego z powodu upływu lat – jego i mojego – nie byłem w stanie rozpoznać. To było wzruszające i niezwykłe pożegnanie, jak te, które otrzymują wielkie osobistości po występie, opuszczając dom pogrzebowy wśród owacji na stojąco.
6
Wspaniałe legendy Blaugrany:
@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@Kapitan hawk
@Gary
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360
9
@FCBparasiempre
15 czerwca 1993 r. Ekwador rozgromił Wenezuele 6:1 w Quito na inauguracje 36. edycji Copa America. Gdy rozpoczynał się turniej Argentyna pozostawała niepokonana z każdym meczem, śrubując swój niewiarygodny rekord. Wówczas statystycy futbolu mieli do czynienia z trzema tego typu przypadkami, skrzętnie odnotowanymi w annałach. Najpierw słynna „squadra azzura” w latach1935-39 rozegrała 30 meczów bez porażki. Tę serie Włochów przerwała dopiero Szwajcaria 12.11.1939 r. wygrywając 3:1. Potem na arene wkroczyła równie sławna ,,złota jedenastka”. W okresie 1950-54 genialni Węgrzy nie przegrali w 32 kolejnych meczach, w przeciągu 4 lat. Dopiero w ,,niesprawiedliwym” finale MŚ w Bernie, 4 lipca 1954 r. uległa RFN. Wreszcie cudowny zespół Brazylii pozostawał niepokonany w latach 1970-73, rozgrywając 29 meczów bez porażki w 3 lata i 3 miesiące. „Canarinhos” polegli 9.06.1973 r. w Rzymie z Italią 0:2. Teraz na ten historyczny szlak wkroczyła Argentyna. Nowy trener Alfio Basile, który przejął drużynę narodową od Carlosa Bilardo, zadebiutował w lutym 1991 r. zwycięstwem 2:1 nad Węgrami. Mało kto przypuszczał wówczas iż wygrana ta da początek imponującej serii. To było jak sen. 25 meczów bez porażki i niezłomna wola by ten triumfalny seans ciągnąć dalej i dalej, może bez końca?! Jednak wszystko na tym świecie ma swój kres. Także sport nie zna zespołów niepokonanych. Nawet najlepszy wreszcie znajduje swego pogromcę. Argentyna musiała czekać na niego jeszcze jakiś czas aż do sierpnia 1993, kiedy to w eliminacjach do MŚ ’94 uległa w Barranquilla Kolumbii 1:2. Był to 34 mecz ekipy Alfio Basile. Zwiastował on nadejście ciężkich czasów i niewyobrażalną wręcz katastrofe – haniebne 0:5 z tą sama Kolumbią w Buenos Aires! Na razie jednak wszystko zdawało się iść jak po maśle. Argentyńczycy zjechali do Guayaquil opromienieni sławą piłkarzy niepokonanych. Basile przywiózł aż 12 obrońców tytułu sprzed 2 lat, zgodnie z zasadą iż zwycięskiego składu bez potrzeby się nie zmienia. Z zawodników podstawowych zabrakło właściwie tylko Caniggii, który we Włoszech co rusz popadał w tarapaty na tle swoich erotyczno-narkotycznych fascynacji. Lekkonogi lekkoduch okazał się nie do zastąpienia. Jego brak wydatnie obniżył skuteczność argentyńskiego napadu. Atletyczny Acosta grał chaotycznie i bez wyrazu. Już w pierwszym meczu z Boliwią powstała kolejna dotkliwa wyrwa. Groźnej kontuzji doznał doskonały pomocnik Dario Franco i rychło wyszło na jaw, że i w tym przypadku dublerzy(Zapata względnie Basualdo) nie dorastają mu do pięt. Realnym wzmocnieniem wydawał się za to niezwykle uzdolniony młodzian, Fernando Redondo, wysoki, szczupły, z anielską buzią grzecznego chłopca i długimi blond włosami, subtelny i wiotki – w walce zamieniał się w zażartego brytana. Grał z ,,piątką” i wnet pojawiły się opinie że oto narodził się godny następca legendarnych środkowych pomocników takich jak: Monti, Minella, Perucca, Rossi, Gallego czy Batista. Owe ekstatyczne sądy formułowano nieco na wyrost, chociaż istotnie Redondo grał niczym młody Bóg.
Rok 1993 przyniósł istotną rewolucje w dotychczasowej historii imprezy. Po raz pierwszy postanowiono dokooptować do grona tradycyjnych uczestników czołowe zespoły Ameryki Północnej i Środkowej. W ten sposób uchyliła się furtka dla USA i Meksyku. Tym samym nazwa Puchar Ameryki uzyskała wreszcie pełne, dosłowne brzmienie. Tak, to już były mistrzostwa z prawdziwego zdarzenia, mistrzostwa całej Ameryki! Regulamin przewidywał że z 3 grup eliminacyjnych do fazy ćwierćfinałowej wejdzie 8 zespołów. To sprawiało iż zajadły bój toczył się o każdy punkt i każdego gola, bowiem przy korzystnej różnicy bramkowej nawet 3 miejsce w grupie stwarzało szanse awansu. Na ,,oko” najmocniej wyglądała grupa B – Brazylia, Chile, Peru i Paragwaj; najsłabiej grupa A – Urugwaj, Ekwador, Wenezuela i USA; grupa C tak sobie – Argentyna, Kolumbia, Boliwia i Meksyk. Okazać się miało wkrótce że 3 najlepsze ekipy wywodzą się właśnie z tej ostatniej. Gospodarze niezwykle starannie przygotowali się do turnieju, którego gospodarzem ostatni raz byli w roku 1959. Renowacji poddano przestarzałe obiekty. Niegdyś Ekwador dysponował zaledwie jednym stadionem z prawdziwego zdarzenia, chodzi o „Estadio Capwell” w Guayaquill. On właśnie został gruntownie zmodernizowany. Ekipe Ekwadoru przysposobił do turnieju jugosłowiański szkoleniowiec Duszan Draskovič. Zdołał on stworzyć całkiem niezły zespół. Niesiona na skrzydłach szaleńczego dopingu drużyna gospodarzy grała niezwykle ofensywnie, z polotem i rozmachem. Zwyciężyła wszystkich grupowych rywali z renomowanym Urugwajem włącznie. Niestety z owej renomy pozostało ,,urusom” doprawdy niewiele. Już od dłuższego czasu futbol urugwajski pogrążony był w głębokim upadku. Niemal wszyscy czołowi piłkarze występowali za granicą. Mecze w reprezentacji wielu z nich traktowało jako zło konieczne. Gdzieś zagubiła się dawna solidarność, przysłowiowa wola walki, stępiał ów legendarny urugwajski ,,lwi pazur”. Poznikali świetni błyskotliwi napastnicy. Defensywa wzięła góre nad atakiem, lecz defensywne kunktatorskie nastawienie stało się wręcz trwałym fragmentem mentalności nowej generacji piłkarskiej. Wenezuela z kolei nie troszczyła się zbytnio o obrone, wiedząc że nie ma dużo do stracenia. Taka postawa sprawiła iż zespół z Caracas stworzył wcale niezłe widowiska a że w ataku miał dwóch naprawdę dobrych graczy, strzelał sporo goli. I oto sensacja – po ich podliczeniu okazało się nieoczekiwanie że królem snajperów całego turnieju został właśnie Wenezuelczyk Jose luis Dolgetta, z czterema golami! Natomiast debiutant na tej imprezie prowadzony przez Milutinovicia team USA grał bez cienia respektu wobec faworytów. Chłopcy z Ameryki Północnej niewiele jeszcze potrafili, lecz dopisywało im końskie zdrowie i nieprawdopodobna ambicja. Toteż walczyli do upadłego, biegali w tempie sprinterów, oddając się tym zajęciom z przekonaniem i radosną świeżością. Obrońca Lalas z rudą kozią bródką, niezły technik Tab Ramos i szybki jak strzała Jones pozostawili ciepłe wspomnienie. W grupie B stało się coś zupełnie nieprawdopodobnego. Zespół Chile, niewątpliwie najlepszy w tym gronie, wzniósł się na wyżyny bijąc po fantastycznym meczu Brazylię 3:2, po czym pechowo przegrał dwa pozostałe mecze i…. odpadł z turnieju. Chilijczycy pokazali tych samych piłkarzy, co 2 lata wcześniej ale bohaterami horroru z Brazylią stali się akurat dwaj debiutanci. Dwa gole strzelił korpulentny skrzydłowy Zambrano a jednego znakomity technicznie pomocnik Jose Sierra. Chilijczycy na decydujący mecz z Peru ściągnęli specjalnym samolotem z Madrytu ,,Ivana Groźnego” czyli Zamorano ale nawet ta odsiecz nie na wiele się zdała. Mimo druzgocącej przewagi wściekle atakujących desperatów, rozpaczliwa obrona ,,Inków” nie dopuściła do utraty gola. Za to szybki Peruwiańczyk Rivera czyhał w przodzie na tę jedną, jedyną okazje. Doczekał się wreszcie i po faulu Del Solar zdobył z karnego zwycięskiego gola. Z kolei Paragwaj zaprezentował betonową obrone z chimerycznym, lecz w sumie niezawodnym Chilavertem w bramce i szybkie wypady, w których celował znakomity Roberto Cabañas. Ta niezbyt skomplikowana taktyka przyniosła, dzięki Cabañosowi, pewne rezultaty, chociaż nie wzbudziła zachwytu widzów. Sytuacja w grupie zagmatwała się do tego stopnia że ostatecznie awansowały trzy ekipy: Peru z 4 punktami oraz Brazylia i Paragwaj z 3 punktami.
W grupie C na początku Kolumbia wygrała minimalnie z Meksykiem, zaś Argentyna z Boliwią i od tej pory już wszyscy remisowali ze wszystkimi, co najlepiej świadczy o tym, jak wyrównane były siły i poziom uczestników. Zarówno Kolumbijczycy jak Boliwijczycy przywieźli niemal samych dobrych znajomych, sprawdzonych w dwu ostatnich turniejach. Chociaż Francisco Maturana, który po przerwie przejął opiekę nad reprezentacją, mógł się poszczycić dwoma nowymi nabytkami. Potężnie zbudowany Adolfo Valencia sunął po skrzydle niczym superekspres, któremu to skojarzeniu zawdzięczał przydomek ,,Tren”. Nie był to wszakże żaden toporny osiłek, tylko drybler i przebojowiec wysokiej klasy. Wkrótce, jako pierwszy Kolumbijczyk w historii wystąpił w Bundeslidze i to gdzie!? W Bayernie Monachium! Valencia miał nieco dzikie, miękkie, kocie ruchy ale przy swoim równie ciemnoskórym koledze sprawiał wrażenie, jakby tkwił w twardym, sztywnym gorsecie – Faustino Asprilla wyglądał bowiem na zupełnie pozbawionego kości. Szczupły murzynek prawdopodobnie składał się wyłącznie z gumy i kleju. Jego długie nogi wyginały się pod takim kątem, którego kompletnie nie przewidywała geometria euklidesowa. Niegdyś równie elastyczne kończyny posiadał fenomen dryblingu Rene Houseman. Teraz Asprilla wykonywał swój obłędny taniec nad piłką a usiłującym pilnować go obrońcom zesztywniałe nogi wrastały w trawę. Ten niesamowity artysta kiwki dał się już poznać tak dobrze że do Ekwadoru przyjechał dopiero na ćwierćfinały, gdyż na co dzień, od 1992 występował we włoskiej Parmie. Najciekawszy mecz w grupie Kolumbia rozegrała z Argentyną, mimo że jego losy rozstrzygnęły się raptem w przeciągu 5 minut. Najpierw Diego Simeone w długim rajdzie zapędził się w okolice lewego narożnika boiska. Popychany przez bezpardonowo wkraczających obrońców przewrócił się, fiknął ze dwa koziołki i podrywając się z ziemi, niemal z zerowego kąta uderzył bezpańską piłke. Bramkarz Cordoba, zastępca zdyskwalifikowanego Higuity, zupełnie nie spodziewał się takiego zagrania, które zmysłowi orientacji Simeone wystawiło najwyższe świadectwo. Trzy minuty później Rincon wpadł z pilka w pole karne, zmylił Basualdo, zakręcił Borellim i jak z katapulty huknął w górny róg. Była 5 minuta meczu i 1:1 a do końca nic się nie zmieniło. Debiutujący Meksyk rozkręcał się stopniowo. Najpierw z Kolumbią zapłacił frycowe, przegrywając po wyrównanym meczu 1:2 ale już z Argentyną zadziwił wszystkich. W dusznym tropikalnym klimacie ekipa ,,Azteków” czuła się znakomicie, rześko i świeżo, podczas gdy podopieczni Basilego wyglądali na facetów, którzy właśnie wyszli z parowej łaźni. Przez trzy czwarte meczu przewaga należała do Meksykanów, grających swobodnie, lekko, z ogromną fantazją. Mecz zakończył się wynikiem 1:1. Meksyk ledwo przecisnął się prze sito grupowej rywalizacji ale co bystrzejsi eksperci przewidywali że na tym się nie skończy. Mieli racje. Ostatecznie w ćwierćfinałach uformowały się pary: Ekwador – Paragwaj, Kolumbia – Urugwaj, Argentyna – Brazylia i Meksyk – Peru. Powszechną uwagę ze zrozumiałych powodów skupił pojedynek gigantów. O Argentynie już pisałem. Grała słabiej niż 2 lata wcześniej ale przecież zachowała wszelkie walory w pełni dojrzałego zespołu, z żelazną konsekwencją zmierzającego do celu. Brazylia, która po porażce z Chile niemal urwała się ze stryczka, rzuciła się z furią do szturmu. Rej wodzili zwłaszcza zawodnicy São Paulo, najlepszej wówczas klubowej drużyny kontynentu i świata. Prawy obrońca Cafu wprost szalał, inicjując rajdy godne klasycznego skrzydłowego. Subtelny technik Palinha atakował niezmordowanie z głębi pola. Dynamicznych przebojów próbował czarnoskóry Müller, jeden z tych, którym nie bardzo powiodła się włoska przygoda w Torino i który za wszelką cene chciał dowieść że wciąż należy do najgroźniejszych napastników Brazylii. On też strzelił w 37 minucie gola. Po przerwie tego pasjonującego meczu obrońcy tytułu pracowicie odrabiali stratę i wreszcie Leo Rodriguez po wspaniałym wyskoku, którego nie powstydziłby się Passarella czy Ruggeri, wpakował piłke do siatki. Po bezbramkowej dogrywce sędzia zarządził rzuty karne. W pierwszej serii wszyscy strzelali bezbłędnie ale Argentyna miała prawdziwego fenomena w tej specjalności. Goycochea cierpliwie czekał na swoją szanse i doczekał się w iście tygrysiej paradzie parując sygnalizowany strzał Valbera.
Brazylia mimo dobrej ofensywnej postawy odpadła z turnieju. W pozostałych meczach ćwierćfinałowych nie było już takich emocji. Ekwador gładko rozprawił się z rozchwianym Paragwajem, Meksyk potwierdził wysokie aspiracje, bijąc całkiem przyzwoicie spisujące się Peru i tylko Kolumbia okrutnie męczyła się z ultradefensywnym Urugwajem, pokonują go dopiero 5:3 w rzutach karnych. Półfinały ustaliły rzeczywistą hierarchie. Nawet ulewny deszcz nie ostudził zapału 45 tysięcy ekwadorskich kibiców, nieznużenie dopingujących swoją jedenastke. Jednak ataki Aguinagi, Avilesa I Hurtado grzęzły zarówno w błocie, jak i w kleszczach twardej obrony meksykańskiej. Za to kontry ,,Azteków” były bezlitosne. Najpierw ,,Hugol” Sanchez udowodnił iż nie przypadkowo cieszy się takim zawołaniem, po czym Ramirez po 50-metrowym rajdzie wjechał z piłką do bramki. Gospodarze zostali sprowadzeni na ziemie a debiutant dotarł aż do finału. W drugim półfinale trwał ciężki bój o każdy metr boiska. Siły Argentyny i Kolumbii okazały się niemal idealnie wyrównane. W 25 minucie urugwajski sędzia usunął z placu stopera Pereę i osłabiony liczebnie zespół Valderramy musiał rzucić na szalę resztki nadwątlonych sił. Obie strony wyczekiwały dogrywki a potem jak zbawienia rzutów karnych. Powtórzyła się historia z Brazylią. Pięć kolejek z rzędu strzelcy obu drużyn demonstrowali nerwy niczym postronki. Pierwszy nie zdzierżył Aristizabal, uderzył wprawdzie silnie i celnie, lecz naprzeciwko stał fenomenalny Goycochea o sprężynowych nogach i refleksie jaguara. A więc finał zupełnie szokujący: Meksyk – Argentyna! Finałowe spotkanie w Guayaquil oglądało 40 tysięcy widzów, którzy byli świadkami zaciętego meczu, obustronnej nieustępliwości i futbolu raczej wyrozumowanego niż żywiołowego. ,,Aztekowie byli nawet częściej w posiadaniu piłki ,poczynali sobie śmielej, ryzykowali ataki szerokoskrzydłe i prowadzone z dużą dozą finezji. ,,Albicelestes” grali oszczędnie, pragmatycznie, nie tracili sił w technicznych popisach, starannie przygotowując każdą akcje zaczepną. Losy rozstrzygnęły się w drugiej połowie. Dwa gole Gabriela Batistuty(63 i 74 minuta) zostały przegrodzone tylko jednym golem Galindo(67 m. rzut karny). ,,Batigol” właściwie dopiero na finiszu pokazał cały swój kunszt rasowego ,,goleadora”. Najpierw po zwodzie uderzył lewą nogą w prawy dolny róg, po czym uczynił akurat odwrotnie – prawą w lewy! Wszystko trwało okamgnienie a przecież obrońcy meksykańscy doskonale znali zalety Batistuty i nie odstępowali go choćby na krok. Na próżno. Dwie błyskawiczne akcje potwierdziły niezwykły instynkt bombardiera Fiorentiny, dając Argentynie upragniony tytuł mistrza Ameryki w pełnym tego słowa znaczeniu. Akredytowani w Ekwadorze dziennikarze ułożyli symboliczną jedenastke tego turnieju. Weszli do niej: Goycochea, Ruggeri, Capurro, Ramirez, Rincon, del Solar, Simeone, Aguinaga, Valderrama, Batistuta, Zaguinho. Na koniec składy z finałowego starcia:
ARGENTYNA: Goycochea – Basualdo, Ruggeri (40 Cáceres), Borrelli, Altamirano – Zapata, Simeone, Redondo, Gorosito (64 Rodríguez) – Batistuta, Acosta
MEKSYK: Campos – R. Ramírez, Suárez, J. Ramírez, Gutiérrez (79 Flores) – Patińo (45 L. García), Ambriz, García Aspe, Galindo – Sánchez, Alves
7
Pasjonujący turniej latynoamerykański:
@Adran360
@Bernard777
@Gary
@Kapitan hawk
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@MoralnyKarzel
@Ogorinho1974
@Sysia11
1
@Comentateiro Matematyka się zgadza! Poza matematyką istnieje też stwierdzenie: Nie ważne, kto jak zaczyna, najważniejsze jak skończy!
10
@FCBparasiempre
15 czerwca 1974 r. reprezentacja Polski pokonała Argentyne 3:2 w fazie grupowej mistrzostw świata w RFN.
Ach! Co to był za mecz! Dokładnie 52 lat temu reprezentacja Polski pokonała faworyzowanych Argentyńczyków 3:2 na X Mistrzostwach Świata w piłce nożnej. Był to pierwszy mecz na tych mistrzostwach naszej reprezentacji. Widowisko miało miejsce w Stuttgarcie na słynnym Neckarstadionie. Teraz, po latach, ciśnie się na usta stwierdzenie: "wtedy wszystko było inne". Nawet wynik wydaje się być prawie niemożliwy w obecnych czasach. A jednak marzenia się spełniają. Po udanych kwalifikacjach w naszym wykonaniu i kapitalnych meczach z Anglią – nie tylko ten wieńczący awans remis z Wembley był piękny..., piękne było także zwycięstwo z Chorzowa 2:0. Pierwszą bramkę strzelili Jan Banaś i Robert Gadocha – wtedy nie było "VARu", a zamieszanie pod bramką Anglików nie pomagało w jednoznacznym stwierdzeniu, który z nich był szczęśliwym strzelcem. Mecz tamten jednak miał i swoją tragiczną stronę – w 54 minucie zniesiono z boiska jednego z najwspanialszych piłkarzy polskich w historii – Włodzimierza Lubańskiego. Jeszcze w 47 minucie strzelił Anglikom drugiego gola, a już kilka chwil później "skarcił" go za to brutalnym faulem Roy McFarland. Mecze kontrolne przed mistrzostwami świata nie nastrajały optymistycznie. "Strasznie" męczyliśmy się ze "średniakami". Jednak trener Kazimierz Górski uspokajał mówiąc, że to nie te mecze maja znaczenie. Były to gry kontrolne czy nawet bardziej treningowe, w których można było sprawdzić kilku zawodników więcej, zaplanować optymalne ustawienie. To Górskiemu udało się w zupełności. Tamtejsze czasy charakteryzowały się innymi zasadami taktycznymi, innymi ustawieniami poszczególnych formacji. Inaczej też sędziowano, a przepisy w sumie nie dopuszczały "walki wręcz" jak to ma miejsce teraz. Wtedy gra była oparta na finezji a nie na sile.
Inaczej także numerowano zawodników bo jeśli reprezentacja liczyła 22 zawodników, to numery na koszulkach biegły od 1 do 22. Stąd "1" to główny bramkarz, "9" to rozgrywający, a "10" to środkowy napastnik. W naszej reprezentacji jednak było nieco inaczej. U nas zawodnicy w kolejności od bramkarzy aż po napastników numerowani byłi właśnie kolejno. Dlatego Jan Tomaszewski grał z numerem 2, bo "jedynką" był Andrzej Fischer – alfabetycznie pierwszy. Kolejne numery mieli obrońcy, później pomocnicy i dlatego jeden z najlepszych rozgrywających na świecie – Kazimierz Deyna – grał z 12 na koszulce. Natomiast atak tworzyła słynna trójka od 16 do 18: Grzegorz Lato 16, Andrzej Szarmach 17 i Robert Gadocha 18'. Należy też dodać, że wtedy grało się systemem 4-3-3 i prawie wszyscy tak właśnie formowali swoje drużyny. Dość powiedzieć, że Argentyna była jednym z faworytów tych mistrzostw, a już z pewnością tego meczu. Kazimierz Górski mówił jednak, że "dopóki piłka w grze...". I przyszedł czas tej gry. Sobota, godzina 18:00, Stuttgart, Neckarstadion, walijski sędzia Clive Thomas daje sygnał do rozpoczęcia meczu. Wszyscy sędziowie byli z Europy – boczni z RFN i Szkocji – co obecnie byłoby prawie niemożliwe. Wtedy jednak nie dostrzegano tych "zakulisowych niuansów" rywalizacji międzykontynentalnej Europy i Ameryki Południowej. Dodam jeszcze, że o tej samej godzinie, równolegle, rozpoczął się na Olimpijskim Stadionie w Monachium, drugi mecz naszej grupy, między Włochami i Haiti – zakończony zwycięstwem Włochów 3:1. Początek meczu Polaków(popularnie zwanych później Orłami Górskiego) wprowadził niemałą konsternację wśród Argentyńczyków. Silna i zgrana obrona naszych nie dopuszczała ich do jakiejkolwiek sytuacji pod bramką. Jakby tego było mało, kapitalnie rozgrywali nasi pomocnicy, z Deyną na czele. Na efekty nie trzeba było długo czekać. Najpierw Lato w 7. minucie, a później Szarmach w 9. minucie rzucili Argentyńczyków na kolana. Wynik 2:0 dawał nam komfort gry i pozwalał na dość śmiałe atakowanie przeciwników. U nich stał w bramce Daniel Carnevali i tylko jemu zawdzięczali, że nie padły dalsze bramki dla Polski, "broniły" ich także słupki. Dopiero w drugiej połowie i to w 60. minucie Ramon Heredia strzelił gola kontaktowego. Myśmy odpowiedzieli bramką na 3:1 zaledwie dwie minuty później – znowu Grzegorz Lato. W tej części spotkania Argentyńczycy "przycisnęli" nas jednak i w 66. minucie Carlos Babington strzelił gola na 3:2. Do końca przeciwnicy liczyli przynajmniej na wyrównującą bramkę, ale nasza obrona wraz z fenomenalnym Janem Tomaszewskim w bramce do tego nie dopuściła. Następnego dnia, w niedziele, wiele gazet, nie tylko polskich relacjonowało wydarzenia z mistrzostw. "Przegląd Sportowy", w specjalnym niedzielnym wydaniu, na pierwszej stronie pisał wielkimi literami "WIELKI KONCERT BIAŁO-CZERWONYCH" i dalej: "Polska – Argentyna 3:2" oraz "Rywal walczył do końca". Mecz nie był jednak tak jednostronny jak to ukazywały tytuły w gazetach. Dość powiedzieć, że wschodząca wielka gwiazda Argentyny – Mario Kempes – chwilę po rozpoczęciu meczu - był sam na sam z Janem Tomaszewskim..., ale świetną okazję do strzelenia bramki, na nasze szczęście, zmarnował.
O ile w Polsce wielu kibiców nosiło w sobie nadzieje na dobre występy Polaków a także wielu znawców rodzimego futbolu mówiło o "realnych marzeniach", o tyle zagraniczne media i znawcy byli bardzo zaskoczeni postawą Polaków. Dwa przykłady zaskoczenia i zachwytu podaje książka "Srebrna Drużyna" (KAW, 1974). Pierwszy jest z "Münchner Merkur" (18.06.1974) i szerzej opisuje zdarzenie: "Polscy napastnicy w pierwszej połowie znokautowali Argentynę". To jednoznaczne wprowadzenie w dalszej części artykułu rozwinięte jest w dość trafną analizę: "Ich numer 12 – kapitan drużyny Kazimierz Deyna – to doskonały gracz, który z piłką przy nodze pokonywał spacerkiem obronę argentyńską niby człowiek, który na filmie przechodzi przez ścianę". Gadochę krytycy piłkarstwa określiliby niegdyś mniej więcej tak: "Człowiek, którego tak trzymają się tricki, jak małpy wszy. Numer 18 – rekordzista, internacjonał Polski, wyssał, jak się zdaje, sztukę piłkarską z mlekiem matki. Jego podania z flanki i przerzuty były tak fałszowane, że nawet tacy mistrzowie, jak Heredia i Perfumo wraz ze swymi argentyńskimi kolegami, klęli niby furmani, kiedy zostawiali Polakowi zbyt wiele swobody. Numer 10, Musiał, zamienił życie argentyńskich napastników w prawdziwe piekło. Ta maszyna na dwóch nogach biegała przez 90 minut na pełnych obrotach". Natomiast "Aftenposten" (19.06.1974) napisał: "W napadzie mają najszybszą w świecie trójkę: Gadochę, Szarmacha i Latę. Z ogromnym powodzeniem Polacy realizują głoszone przez siebie hasło: atak jest najlepszą obroną". Antoni Szymanowski, polski obrońca, grał w tym meczu z "4", w wywiadzie dla "Przeglądu Sportowego" tak komentuje nasze zwycięstwo: "Przecież w tym meczu nikt na nas nie stawiał. Teraz już wiemy, że cztery lata później Argentyna zdobyła mistrzostwo świata, a przeciwko nam grał już supersnajper złotych medalistów Mario Kempes. Trener Kazimierz Górski przed meczem powtarzał nam, byśmy się im postawili i zagrali tak, jak umiemy. Tylko tyle od nas wymagał. Niby banał, ale on dobrze wiedział, że to może wystarczyć, bo nasz zespół od olimpijskiego złota w Monachium rósł w siłę, a legendarny mecz na Wembley skonsolidował drużynę. To był chrzest bojowy. Skoro wyeliminowaliśmy mistrzów świata z 1966 roku, mogliśmy wierzyć, że w Niemczech nie damy plamy. Wszystko zaczęło się właśnie od Argentyny". A na wzmiankę o prowadzeniu 2:0 już w 9. minucie meczu stwierdza: "Dla takiego rywala to musiał być szok, z którego na dobrą sprawę nie otrząsnął się już do końca turnieju. Argentyna wyszła z grupy, ale tylko dlatego, że poważnie potraktowaliśmy mecz z Włochami, mimo że awans mieliśmy już w kieszeni. Nasza wygrana oznaczała, że Italia wracała do domu a do kolejnej rundy przeszli też Argentyńczycy".
9
Wiekopomny triumf nad Argentyną:
@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@martusiaaaa
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@FcPortoFan1999
@Bernard777
@Adran360
1
@Bernard777 Dokładnie!
6
"Ja jednak wieeerze że nie będzie źle, e Viva España Ole!".
4
@FcPortoFan1999 Republiką :)
15
Wojna futbolowa:
Końcówka lat 60-tych była czasem wielkich napięć pomiędzy Salwadorem a Hondurasem. Zarzewiem konfliktu stała się migracja salwadorskich chłopów, którzy w poszukiwaniu lepszego życia masowo osiedlali się na terytorium przygranicznym Hondurasu. Spowodowane to było faktem, iż ponad połowa rolników pracowała tylko sezonowo. W poszukiwaniu lepszego życia decydowali się opuszczać swoją ojczyznę. Szacuje się, że na ten krok zdecydowało się od 150 do 300 tysięcy! W obawie przed szerzeniem się biedoty, której niestety i tak już było sporo, kraj ze stolicą w Tegucigalpa zapowiedział reformę rolną; miała zostać wprowadzona głównie kosztem ziemi zagospodarowanej nielegalnie przez Salwadorczyków. Warto również wspomnieć, że niektórzy obywatele Hondurasu dopuszczali się brutalnych zbrodni. W skrajnych przypadkach także torturowali swoich sąsiadów. Prasa publikowała zdjęcia represjonowanych. Nienawiść była olbrzymia, a wojna wisiała na ostrzu noża. Kiedy więc los w eliminacjach do Mundialu 1970, który miał się odbyć w Meksyku, skrzyżował obie te reprezentacje, stało się jasne, że będą to mecze podwyższonego ryzyka. Pierwsze starcie wyznaczono na 8 czerwca 1969 w Tegucigalpie, stolicy Hondurasu. W przededniu spotkania prawdziwy „popis” dali kibice gospodarzy, którzy zgromadzili się pod hotelem zamieszkiwanym przez reprezentantów Salwadoru i tak skutecznie uprzykrzali im życie, że ci w nocy nie zmrużyli nawet oka! Podczas swojego „gorącego” powitania nie szczędzili kamieni ciskanych w okna przy akompaniamencie wrzasków i petard. Nietrudno się zatem domyślić, że swój cel osiągnęli. Zawodnicy „Los Catrachos” wygrali spotkanie, decydującą bramkę strzelając w ostatniej minucie gry. To, co wywołało euforię wśród jednych, innych pchnęło do dramatycznych decyzji. 18-letnia Amelia Bolaños, która oglądała to spotkanie na ekranie telewizora, chwilę po tym wydarzeniu popełniła samobójstwo, strzelając sobie w serce. Użyta przez nią broń należała do jej ojca i została wykradziona z jego biurka… Tak przynajmniej brzmi wersja Ryszarda Kapuścińskiego, której niestety nigdy nie potwierdzono. Być może był to zabieg mający na celu dodanie nieco romantyczności do całego wydarzenia. Tego niestety już się nigdy nie dowiemy. Wróćmy zatem do faktów. Tydzień później miał miejsce rewanż, który odbył się w San Salvador. Drużyna Hondurasu w obawie przed linczem drogę z hotelu na stadion odbyła w opancerzonym wozie. Antonio Mendoza po latach wspominał ostatnie 24 godziny przed meczem: „ Był to czas, kiedy na prawdę baliśmy się o swoje życie. Do naszego pokoju hotelowego wpadła bomba domowej roboty, która na szczęście nie wybuchła”. Cytat ten dobitnie pokazuje, że środki bezpieczeństwa nie były przesadzone. Przejdźmy jednak do samego futbolu. Honduranom do awansu wystarczał remis, gdyż w tamtych czasach nie stosowano jeszcze zasady goli strzelonych na wyjeździe. Każda ich porażka oznaczała trzeci, barażowy mecz. I tak też się stało. Rozpędzona maszyna „La Selecta” rozbiła w puch swojego rywala, nie dając mu żadnych szans, wszystkie trzy bramki strzelając przed przerwą. Jeden z bohaterów tamtej porażki wyznał niedawno, że nie był zbyt rozczarowany tą porażką. Przynajmniej korzystny wynik nie podburzał tłumu. Relacje pomiędzy obydwoma krajami popsuły się do tego stopnia, że wkrótce zerwano stosunki dyplomatyczne. Decydujący o awansie mecz rozegrano na Stadionie Azteca w Meksyku. Tam po dogrywce zwyciężył Salwador 3:2. Futbol jednak zaczynał odchodzić w cień…
Czternastego lipca korespondent Polskiej Agencji Prasowej, Ryszard Kapuściński, nadał taki oto telegram: ,,Tegucigalpa (Honduras) pap 14 lipca via tropical radio rca dzisiaj szósta wieczorem rozpoczęła się wojna Salwadoru z Hondurasem lotnictwo Salwadoru zbombardowało cztery miasta Hondurasu stop jednocześnie wojska Salwadoru przerwały granice Hondurasu usiłując wedrzeć się w głąb kraju stop w odpowiedzi na atak agresora lotnictwo Hondurasu zbombardowało ważniejsze obiekty przemysłowe i strategiczne Salwadoru a siły lądowe podjęły działania obronne”. Oba kraje dysponowały skromnymi siłami wojskowymi, jednak Honduras miał sporą przewagę wśród jednostek powietrznych. Jak się wkrótce okazało, lotnictwo miało odegrać decydującą rolę w całym konflikcie. Lepiej wyposażonym i wyszkolonym pilotom Hondurasu od samego początku udało się wywalczyć przewagę w powietrzu i skutecznie bombardować oddziały lądowe wroga. Dowódcy armii Salwadoru, którzy byli pewni swej przewagi na lądzie i uważali, że łatwo uda im się pokonać Honduras, pozbawieni zapasów paliwa zniszczonych przez samoloty FAH, utknęli ze swoimi oddziałami w miejscu. Już w drugim dniu konfliktu Organizacja Państw Amerykańskich żądała wycofania wojsk Salwadoru z terytorium sąsiada. Jednak dowództwo okupanta zdecydowało, że uczyni to tylko i wyłącznie pod warunkiem wypłaty odszkodowań dla swoich wysiedleńców. W końcu po stu godzinach potyczek, dnia 18 lipca 1969 roku, osiągnięto zawieszenie broni. Salwador długo zwlekał z wycofaniem swoich wojsk, uczynił to dopiero pod groźbą poważnych sankcji. „Tysiące uchodźców z obu krajów, wielu z nich ciężko rannych, przybywa do sąsiedniej Gwatemali” – relacjonowano w Polskim Radiu dwa dni po zakończeniu walk. – (…) W ciągu tych 5 dni walk wojna futbolowa przestała być operetkową ciekawostką z krańca świata. Jest jeszcze jedną, rozgrywającą się na tym świecie tragedią.” Niestety, źródła nie są zgodne co do ilości zabitych. Szacunkowo mogę zatem podać, że jest to przedział pomiędzy dwoma a sześcioma tysiącami osób. Pewny jest jednak fakt, że wiele tysięcy straciło dach nad głową. Wojna, która trwała zaledwie 100 godzin, odmieniła życie ogromnej liczbie ludzkich istnień. Incydenty graniczne trwały aż do 1972 roku. Około 130 tysięcy salwadorskich chłopów powróciło do ojczyzny. Spowodowało to w znaczącym stopniu zahamowanie rozwoju gospodarki tego kraju. W efekcie wojny stosunki polityczne i ekonomiczne między obu państwami zostały zerwane. Traktat pokojowy podpisano dopiero w październiku 1980 pod naciskiem Stanów Zjednoczonych, dążących do skoordynowania działań armii obu państw przeciwko lewicowym partyzantom salwadorskim, operującym w rejonach przygranicznych. Podpisanie traktatu nie rozwiązało jednak istoty sporu granicznego. A co z piłkarzami Salwadoru? W decydującej rundzie kwalifikacji pokonali Haiti, jednak podczas Mistrzostw Świata nie tylko nie wyszli z grupy – zostali także strasznie upokorzeni, kończąc turniej bez strzelonej bramki i z bilansem dziewięciu goli straconych.
@1LY0
@Adran360
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@MoralnyKarzel
@Ogorinho1974
@Safrani
9
Zapomniane legendy rodzimego futbolu:
15 czerwca 1920 r. w Krakowie urodził się Władysław Gędłek, jeden z czołowych piłkarzy Cracovii po wojnie i filar jej defensywy. Był wychowankiem krakowskiego klubu Krowodrza. W czasie okupacji brał udział w konspiracyjnych rozgrywkach na terenie Krakowa. Po wojnie związał się z Cracovią, z którą w 1947 r. skutecznie walczył o prawo gry w ekstraklasie. W reaktywowanej lidze zgromadzili taką samą liczbę punktów, co Wisła, ale okazali się od nich lepsi w dodatkowym, decydującym o tytule meczu i mogli świętować mistrzostwo. Był to ostatni triumf krakowskiego klubu w lidze. Przez kolejne pięć sezonów był podstawowym zawodnikiem drużyny i jednym z najlepszych obrońców w kraju. Znakomicie radził sobie w grze w powietrzu i dysponował dobrym, długim wykopem. Dobrze spisywał się w sytuacjach podbramkowych i miał niezły start do piłki. Był świetnie wyszkolony technicznie i bardzo sprytnie potrafił się ustawiać. Już w tamtych latach zaczynał grać ofensywnie. Stworzył swój własny styl gry i trudno go było do kogokolwiek porównywać. Pierwszy raz narodowe barwy reprezentował w wyjazdowym meczu z Rumunią (porażka 1:2) 8 maja 1949 r. Od tego czasu stał się podstawowym obrońcą i często występował razem z klubowym kolegą Tadeuszem Parpanem. To Gędłek trzymał w ryzach i kierował naszą defensywą na igrzyskach w Helsinkach. Mimo pechowego występu naszych reprezentantów, jego klasę doceniono za granicą. Był kandydatem do występu w drużynie „reszty świata” w 1953 r. Gędłek był osobą bardzo towarzyską, uśmiechniętą i lubianą przez wszystkich. Tym większym szokiem dla całego piłkarskiego środowiska była informacja o jego samobójczej śmierci. Odszedł 28 lutego 1954 r. ledwie kilka godzin po sparingowym meczu Cracovii.
@shaun
@Safrani
@Ogorinho1974
@misterio
@Marusek
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Gary
@Bernard777
@Adran360
3
@Terroriser Ależ cała przyjemność po mojej stronie :) Obserwuj mój profil jeśli chcesz ciągle czegoś ciekawego się dowiadywać, gdyż już nie mam możliwości oznaczania więcej użytkowników.
13
Panie i Panowie, 15 czerwca 1883 r. urodził się Henri Delaunay, wybitna postać w dziejach futbolu. Owszem, czekaliśmy dodatkowy rok na UEFA EURO 2020 ale upłynęło 30 lat, zanim spełniło się pierwotne marzenie Francuza o europejskich rozgrywkach reprezentacji narodowej. „Niewielu mężczyzn pozostawiło tak wyraźny ślad, samą siłą swojej osobowości, w tak uniwersalnej działalności jak piłka nożna, jak Henri Delaunay”. (Pięćdziesiąt lat książki UEFA, 2004) Pierwszy sekretarz generalny UEFA, Francuz Henri Delaunay, zajmuje znaczącą pozycję w historii organizacji, nie tylko jako pionierski duch, który wniósł kluczowy wkład w narodziny europejskiego organu zarządzającego, ale także poprzez swoją rolę jako katalizatora tworzenia Mistrzostwa Europy. Urodzony w Paryżu w 1883 roku Henri Delaunay był oddanym entuzjastą piłki nożnej, który od najmłodszych lat uczynił z gry swoją pasję. W młodym wieku 20 lat został mianowany sekretarzem Etoile des Deux Lacs, wiodącego francuskiego klubu tamtych czasów, i objął stery jako prezes klubu, gdy miał 26 lat. Umiejętności Delaunaya jako administratora zostały już zauważone na szczeblu krajowym w międzyczasie – w 1906, gdy miał zaledwie 23 lata, został mianowany sekretarzem generalnym nowego Francuskiego Komitetu Międzyfederacyjnego, prekursora Francuskiego Związku Piłki Nożnej (FFF), który powstał w 1919 roku. Henri Delaunay, człowiek o mocnym autorytecie, obdarzony wrodzoną wrażliwością i wyostrzonym humorem, był ekspertem od piłki nożnej i jej praw, co było szczególną pomocą w jego roli sędziego we Francji. W 1920 roku światowa organizacja piłkarska FIFA poprosiła go o zasiadanie w nowym komitecie konsultacyjnym ds. Przepisów Gry, który ostatecznie został przemianowany na Komitet Sędziowski FIFA. Następnie skompilował pierwszą serię decyzji dotyczących interpretacji przepisów. Delaunay pielęgnował marzenie o zorganizowaniu europejskich zawodów dla drużyn narodowych, aby rozwinąć tożsamość i atrakcyjność narodowej gry drużynowej. Dał także impuls do rozpoczęcia Mistrzostw Świata FIFA. Na Kongresie FIFA w Amsterdamie w 1928 r. odegrał kluczową rolę w przyjęciu decydującej rezolucji „o zorganizowaniu zawodów, które byłyby otwarte dla reprezentatywnych drużyn wszystkich zrzeszonych stowarzyszeń narodowych”. Inauguracyjne finały mistrzostw świata miały nastąpić w 1930 roku. Delaunay stał się przełomową postacią w powstaniu UEFA w czerwcu 1954 roku, pełniąc rolę kluczowego lidera w działaniach na rzecz utworzenia grupy składającej się z europejskich federacji narodowych. Decyzja FIFA z 1953 roku o autoryzacji kontynentalnych federacji piłkarskich utorowała drogę do narodzin nowego europejskiego organu na spotkaniu 28 krajowych federacji w Bazylei w Szwajcarii następnego lata. Kadencja Henriego Delaunaya jako sekretarza generalnego UEFA była niestety krótka. Jego śmierć w listopadzie 1955 oznaczała, że nie będzie mógł pomóc UEFA w stawianiu pierwszych niepewnych kroków; nie widział też spełnienia swojego wieloletniego marzenia o europejskich rozgrywkach reprezentacji narodowej. W konsekwencji, kiedy w lecie 1960 roku w końcu rozpoczęły się Mistrzostwa Europy, wypadało aby trofeum nosiło imię człowieka, który tak wytrwale walczył o stworzenie zawodów.
@Adran360
@Bernard777
@Gary
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Marusek
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
@Szalik
4
Rekordy mistrzostw świata:
Brazylijczyk Pelé jest jedynym zawodnikiem w historii, który trzykrotnie zdobył tytuł mistrzowski (1958, 1962, 1970, natomiast jego rodak Cafu jako jedyny w historii wystąpił w trzech różnych meczach finałowych rozgrywek (1994, 1998, 2002).
Rekordowo w pięciu mistrzostwach wystąpiło sześciu zawodników: Meksykanie Antonio Carbajal (1950–1966), Rafael Márquez (2002–2018) oraz Andrés Guardado (2006–2022), Niemiec Lothar Matthäus (1982–1998), Argentyńczyk Lionel Messi (2006–2022) i Portugalczyk Cristiano Ronaldo (2006–2022).
Cristiano Ronaldo jest jedynym, który strzelił gola w pięciu różnych turniejach, natomiast Lionel Messi jako jedyny zaliczył asystę w pięciu różnych turniejach.
Do Messiego należą także rekordy: największej liczby rozegranych spotkań (26), największej liczby rozegranych minut (2314), największej liczby rozegranych meczów jako kapitan (19) oraz największej liczby zdobytych nagród "zawodnika meczu" (11).
Najlepszym strzelcem w historii mistrzostw świata w piłce nożnej jest reprezentant Niemiec Miroslav Klose (2002–2014), który zdobył 16 goli. Jest on także posiadaczem rekordu największej liczby wygranych spotkań (17). Na drugim miejscu jest Brazylijczyk Ronaldo (1994–2006, 15 goli). Trzecie miejsce zajmuje Niemiec Gerd Müller, który ma na koncie 14 goli. Czwartą pozycję zajmuje Lionel Messi ex aequo z Francuzem Just Fontaine, który wszystkie swoje 13 goli zdobył podczas turnieju w 1958 rok – rekord pod względem liczby bramek na jednym turnieju.
Brazylijczyk Mário Zagallo, Niemiec Franz Beckenbauer i Francuz Didier Deschamps są jedynymi, którzy zdobyli Puchar Świata jako zawodnicy i jako trenerzy. Zagallo triumfował w 1958 i 1962 jako zawodnik oraz w 1970 jako trener. Beckenbauer wygrał w 1974 jako kapitan drużyny oraz w 1990 jako trener. Deschamps wygrał w roku 1998 jako kapitan drużyny oraz w 2018 jako trener. Włoch Vittorio Pozzo jest jedynym trenerem, który zdobył dwa tytuły mistrzowskie. Wszyscy trenerzy, którzy zdobyli mistrzostwo świata, prowadzili reprezentacje swoich ojczystych państw.
Reprezentacja Brazylii rozegrała rekordową liczbę meczów w mistrzostwach świata; na kolejnym miejscu są Niemcy i Włochy. Brazylia zdobyła także najwięcej bramek w historii, druga zaś jest reprezentacja Niemiec[48]. Obie te drużyny podczas mistrzostw świata grały ze sobą tylko dwa razy, w finale turnieju w 2002 roku i w półfinale turnieju w 2014.
Kolumbijczyk Marcos Coll jest jedynym zawodnikiem w historii, który na mistrzostwach świata zdobył bramkę bezpośrednio z rzutu rożnego. Podczas turnieju w 1962 roku pokonał on radzieckiego bramkarza Lwa Jaszyna.
Do Włocha Waltera Zengi należy rekord najdłuższej serii bez straconej bramki. Na mundialu w 1990 roku bramkarz Włoch nie dał się pokonać przez 517 minut.
Najmłodszym uczestnikiem finałów mistrzostw świata jest piłkarz Irlandii Północnej Norman Whiteside, który w trakcie debiutu miał 17 lat i 41 dni. Natomiast najstarszym uczestnikiem jest egipski bramkarz Essam El-Hadary, który w chwili ostatniego występu liczył 45 lat i 161 dni. Najmłodszym mistrzem świata jest Pelé, który triumfował w wieku 17 lat i 249 dni. Włoch Dino Zoff mając 40 lat i 133 dni, stał się najstarszym zwycięzcą mundialu. Z kolei najstarszym strzelcem jest Roger Milla z Kamerunu, który strzelił bramkę mając 42 lata i 38 dni.
Najwyższe zwycięstwo 10:1 zanotowano w meczu Węgry – Salwador podczas turnieju w 1982 roku oraz 9:0 w meczach Węgry – Korea Południowa w 1954 i Jugosławia – Zair w 1974. Natomiast rekordowe zwycięstwa w meczach eliminacyjnych odniosła Australia, która 11 kwietnia 2001 roku pokonała Amerykańskie Samoa 31:0 w eliminacjach do MŚ 2002 grupy I strefy OFC.
Najwięcej bramek (12) w jednym meczu padło w spotkaniu Austrii ze Szwajcarią 7:5 podczas turnieju finałowego w 1954 roku.
Najwyższy remis to 4:4 – takim wynikiem zakończyły się mecze Anglia – Belgia (w czasie dodatkowym) w 1954 i ZSRR – Kolumbia w 1962. Remis 4:4 był też w regulaminowym czasie meczu Brazylia – Polska w 1938 ale po dogrywce Brazylijczycy wygrali 6:5.
5
@Comentateiro Bo wygrali z najsłabszą ekipą? Ha ha ha