FCBparasiempre
Dołączył/a: grudzień 2020
Biała Podlaska
34 obserwujących
0 obserwowanych
Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?
Komunikat
Polecający
Ładowanie...
Historia komentarza
Ładowanie...
12
Joan Laporta zostaje prezydentem FC Barcelony:
15 czerwca 2003 r. rozpoczął się okres rządów Joana Laporty. Te date wykorzystał później Sandro Rosell, przekonując sąd do tego żeby zaliczyć sezon 2002/03 jako pierwszy w tej prezydenturze(choć de facto Joan objął urząd już po zakończeniu tamtego sezonu). Pretensje Rosella zostały uznane, dzięki czemu dwie kadencje Laporty upłynęły w 2010 a nie w 2011 r.
@Adran360
@AssisMoreira
@Astad
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_
10
Zapomniane legendy Blaugrany:
15 czerwca 1930 r. urodził się Jesús Pereda, jedna z większych legend katalońskiego klubu. Bramkostrzelny napastnik, który wbił rywalom 109 goli w 409 spotkaniach. Do końca swoich dni był wierny Katalonii, od momentu przyjścia na świat aż po śmierć był jej oddanym mieszkańcem. W 1950 roku zadebiutował w reprezentacji Hiszpanii, gdzie rozegrał tam 20 spotkań strzelając 8 goli. W ojczyźnie był znany z pewnej sytuacji. Podczas meczu przeciwko Związkowi Radzieckiemu podczas Euro ’64 miał ponoć strzelić gola na 2-1. Dlaczego użyłem słowa ,,miał”? Przekaz telewizyjny w Hiszpanii był ocenzurowany podczas tego spotkania. Relacje radiowe wskazywały, że to właśnie Pereda był strzelcem tej bramki. Taśmy z ZSRR pokazywały że to jednak nie był on, jednak były podejrzenia, że owe materiały były sfałszowane. W przeszłości grał również dla Realu Madryt. Popadł jednak w konflikt z zarządem i trenerami i opuścił Królewskich. W 2011 roku zmarł w wieku 73 lat z powodu raka, który został wykryty 2 miesiące wcześniej.
@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Bernard777
@Astad
@Adran360
11
Feliz cumpleaños panie Michael! Z okazji 61 urodzin.
15 czerwca 1964 r. w Kopenhadze urodził się Michael Laudrup, ofensywny pomocnik, który uważany jest za jednego z najbardziej eleganckich piłkarzy swoich czasów. W 1989 r. trafił do FC Barcelony z Juventusu i walnie przyczynił się do zdobycia czterech kolejnych mistrzostw Hiszpanii oraz Pucharu Europy. W wyniku konfliktu z Johanem Cruijffem stracił miejsce w składzie(przegapił między innymi przegrany sromotnie finał Ligi Mistrzów z 1994 r.) i zdecydował się na odejście do Realu Madryt. W grze Andresa Iniesty widać było wiele podobieństw do Laudrupa, nic więc dziwnego że Hiszpan uważa Duńczyka za swojego największego idola.
@Adran360
@AssisMoreira
@Astad
@Bernard777
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
1
@Adran360 Wiem, myśle nad tym żeby w Vectrze dokupić Canal+ ale przy najniższej krajowej, jaką zarabiam, nie jest to tania przyjemność...
2
@blakkudium Mam dość! Wystarczy że się wkurwiałem strumykiem, który nie ciągnął mi meczów Barcuni zakodowanych na Canal+!
0
@blakkudium W dupie mam jakieś dazny pojebane! Tak prestiżowy turniej powinien być pokazywany bezwzglednie w telewizji i to nawet w publicznej telewizji. W związku z tym bojkotuje te impreze, zwłaszcza że jest w nieodpowiedniej dla mnie porze...
3
@FCBparasiempre
Cudowna ,,Barça pięciu pucharów”:
Gdy cofamy się do lat 50-tych, przywołujemy „Maracanazo”, węgierską „Złotą Jedenastkę”, Brazylię Pelego, zaś z drużyn klubowych przychodzi większości z nas do głowy bodaj jedynie Real Madryt z Kopą, Di Stefano i Puskasem. Tymczasem jeszcze przed wielką serią Królewskich w Pucharze Europy swą klasę zademonstrowała ekipa wielkiego rywala Madrytczyków – FC Barcelony. Ów zespół ochrzczono „Barcą Pięciu Pucharów”. Legenda, która dziś została przyćmiona przez Dream Team Cruyffa czy erę Guardioli. Obecnie pamiętają o niej jedynie prawdziwi „cules”. Historia ma swój początek latem 1950. Wtedy to bowiem na Półwysep Iberyjski zawitała Hungaria, drużyna złożona z emigrantów ze wschodu kontynentu. Zagrali oni kilka meczów w Hiszpanii, podczas których ówczesny już skaut Barcelony, wcześniej będący piłkarzem katalońskiego klubu, Josep Samitier (historię jego występów w Barcelonie przeczytasz tutaj) zwrócił uwagę na lidera gości Laszlo Kubalę. Problem polegał na tym, że jak to ma miejsce także w dzisiejszych czasach, na tego samego zawodnika sidła zasadzili ludzie związani z Realem Madryt. Ostatecznie jednak Samitier wywiódł ich w pole wsadzając pijanego Kubalę do samochodu i zawożąc go do Barcelony, gdzie Laszlo parafował umowę z „Blaugraną”. Laszlo został oszukany, gdyż podczas jazdy spytał Samitiera: „Jedziemy do Madrytu?”, a w odpowiedzi otrzymał potwierdzenie.
Dzięki temu Kubala niejako w pakiecie z trenerem Hungarii Ferdinandem Daucikiem i kolegą klubowym Nicolae Simatociem, znanym pod węgierskim nazwiskiem Miklos Szegedi, podpisał kontrakt z Dumą Katalonii. Co ciekawe, przyszły idol Les Corts był prywatnie szwagrem szkoleniowca. Interesująca jest również sprawa pochodzenia zawodnika. W jego żyłach płynęła krew słowacka, ale też polska. Na przestrzeni piłkarskiej kariery występował dla reprezentacji Czechosłowacji, Węgier i Hiszpanii. Życie Kubali jest jednak materiałem na odrębną historię, skupmy się na ówczesnej Barcelonie. Rywalizacja o wspaniałych piłkarzy między wielkimi rywalami rozgorzała później wokół Alfredo Di Stefano, co można poczytywać jako swego rodzaju zemstę „Królewskich” za sprzątnięcie im Kubali sprzed nosa przez „Blaugranę”. Gdy Argentyńczyk porozumiał się już z Barceloną, a zarząd klubu dogadał szczegóły transferu z klubami roszczącymi sobie prawa do Alfredo – Milionarios Bogota i River Plate, plany pokrzyżował im prezydent Realu Santiago Bernabeu. Przekonał napastnika do gry w Madrycie. Rozstrzygnięcia sporu podjęła się federacja, która wydała wyrok orzekający o tym, że cztery lata kontraktu mają zostać podzielone po równo kolejno między Real i Barcę. „Blaugrana” oprotestowała tę decyzję, lecz apelację odrzucono, po czym władze katalońskiej ekipy zrezygnowały ze starań o pozyskanie piłkarza. Z pierwszej połowy sezonu 1950/51, a zwłaszcza jego pierwszej połowy, „cules” nie mogli się cieszyć. Podstawową przyczyną porażek Katalończyków było zawieszenie na rundę wiosenną Laszlo Kubali. Jako powód kary nałożonej na Węgra wskazano nieuprawnione opuszczenie ojczyzny i uchylanie się od służby wojskowej. W Primera Division FC Barcelona nie zdołała się przebić nawet na podium. Jej wyniki z tamtych rozgrywek ligowych w dzisiejszych czasach wyglądają jak zły sen. Aż 11 porażek w 30 spotkaniach, co dało czwartą pozycję, a Barcelona zdążyła już wcześniej wypracować sobie miano czołowej ekipy w kraju i na kontynencie. Aby zrozumieć jednak ówczesną sytuację w klubie wypada nadmienić, że rok wcześniej Barca zakończyła ligę na piątym miejscu, przegrywając przy tym 10 spotkań ligowych.
Duet Daucik-Kubala wyprowadził „Blaugranę” ponownie na salony. Pierwszy sukces bordowo-granatowych miał miejsce wiosną 1950. Ekipa z „ Camp de Les Corts” triumfowała w Pucharze Generała. Pod ową nazwą krył się, za rządów Francisco Franco, dzisiejszy Copa Del Rey. Turniej nie trwał tak jak dziś prawie cały sezon, lecz zamknął się na przestrzeni niecałego miesiąca już po wyłonieniu mistrza kraju. Przeciwnikami graczy z Miasta Gaudiego w pierwszej rundzie została FC Sevilla. „Blaugrana” nie napotkała na swojej drodze do awansu problemów. W spotkaniu na „Estadio de Nervion” rozpoczynającym pucharowy marsz triumfalny wygrała 1:2. Rewanż tylko pogrążył Andaluzyjczyków, gdyż zakończył się pewnym zwycięstwem Barçy 3:0. W ćwierćfinałowym dwumeczu „Duma Katalonii” zmasakrowała wręcz Atletico Tetuan (dziś siedziba mieści się w granicach Maroka, a sam klub nie został zlikwidowany). Dwie wygrane, bilans bramek 7:2 mówią same za siebie. O awans do finału Katalończycy zmierzyli się z sztandarowym klubem Baskonii – Athletikiem Bilbao. Publiczność zgromadzona na Les Corts nie miała okazji do obejrzenia choćby jednej bramki, a w Kraju Basków przyjezdni zdołali triumfować 2:1. W batalii o trofeum los skojarzył „Blaugranę” z kolejnym baskijskim klubem – Realem Sociedad San Sebastian. Areną finału wybrano Nuevo Chamartin w Madrycie. Śpieszę z wyjaśnieniem dla nieświadomych – dziś tenże stadion funkcjonuje pod nazwą Estadio Santiago Bernabeu ku pamięci byłego prezydenta Realu. Ostateczna konfrontacja okazała się łatwizną dla FC Barcelony. „Blaugrana” pokonała przeciwników 3:1 i zdobyła pierwsze trofeum po dwuletniej posusze. Copa del Generalisimo jedynie było początkiem prawdziwej zwycięskiej serii, jakiej barcelonismo doświadczyło w roku 1952. Pięć pucharów w 12 miesięcy. Osiągnięcie to w roli rekordu funkcjonowało aż do ery Guardioli.
Pierwszy z pięciu kroków postawiony został poprzez wygranie ligi. Walka o prymat toczyła się praktycznie do końca. „Blaugrana” z 43 punktami na koncie o ledwie trzy „oczka” wyprzedziła „Lwy” z Bilbao, wtedy grające pod nazwą Atletico ze względu na represje. Wtedy hierarchia wyglądała trochę inaczej, gdyż ekipy Primera Division prezentowały bardziej wyrównany poziom. Barca wygrała dziewiętnaście spotkań, pięć zremisowała a sześciokrotnie zmuszona była uznać wyższość rywali.
Później w krajowym pucharze podopieczni Daucika niszczyli wszystkich, których napotkali na swej drodze. Zdemolowane zostały ekipy „Los Colchoneros” i Malagi, a także Realu Valladolid w pierwszym meczu. Rewanż przeciwko Kastylijczykom, poprzedzony „La manitą” na „Les Corts”, Barceloniści przegrali 3:1, lecz ogromna zaliczka z pierwszego meczu pozwoliła im bez trudu awansować. 25 maja Blaugrana stanęła przed szansą obrony wywalczonego rok wcześniej tytułu, a utrudnić jej tę sztukę miała Valencia. Mimo starań Nietoperzy, Barca udowodniła swoją przewagę w stosunku do pozostałych klubów hiszpańskich i po zwycięstwie 4:2 mogła cieszyć się z potwierdzenia panowania na krajowym podwórku wznosząc ku niebu Puchar Generała. Niemal miesiąc później, 15 czerwca, bordowo-granatowi dołożyli piękne, acz mające symboliczne znaczenie trofeum za wygranie Copa Martini&Rossi. W corocznym, kończącym sezon na Les Corts spotkaniu o charakterze towarzyskim pokonali zaproszoną ekipę z francuskiej Nicei. W czerwcu Barça wzięła udział też w Pucharze Łacińskim na paryskim Parc des Princes. Na przełomie lat 40. i 50. rywalizowali w nim mistrzowie Francji, Portugalii, Włoch i Hiszpanii. W Paryżu najlepsza hiszpańska ekipa sezonu zostawiła w pokonanym polu mistrzów Włoch – Juventus (4:2) i, ponownie w ciągu dwóch tygodni, Francji – OGC Nice (1:0). Do wyżej wymienionych trofeów automatycznie doliczono dzięki dubletowi w kraju Copa Eva Duarte (Superpuchar Hiszpanii). Ten wielki team błyszczał niemniej krótko, bo do roku 1953. Bezpośrednio po mitycznym sezonie z trudem wywalczył „tylko” dublet a następnie całkowicie spuścił z tonu, co poskutkowało zwolnieniem Ferdinanda Daucika jesienią 1954. Lecz „Barca de las Cinco Copas” to nie tylko tytuły. Zespół ten był również jak jedna wielka rodzina, z mnóstwem smaczków i anegdot. Naiwni ci, którzy myślą, że dzisiejsi piłkarze są bardziej rozrywkowi od tych, którzy dawniej zachwycali fanów. Gustau Biosca, obrońca w talii Daucika, wdał się w płomienny romans z wszechstronnie utalentowaną i ciemnowłosą Lolą Flores, obiektem westchnień wielu Hiszpanów. Lola zajmowała się tańcem, śpiewem, a także grała w filmach. Mimo tych atutów Lola dla Gustaua okazała się wyłącznie zabawką i piłkarz rzucił ją, by zostać przy swej żonie.
Bohaterem szklanego ekranu przez chwilę miał okazję być portero Antonio Ramallets. Wystąpił on w filmie Francisco Roviry-Velety „11 par butów” i „Asy szukają spokoju” wraz z Andresem Boschem, Estanislau Basorą i Kubalą. Antonio bardzo dbał o swój wygląd. Żartowano nawet, że ma lustro przymocowane do prawego słupka, by po każdej interwencji patrzeć, czy jego fryzura pozostała nienaruszona. Zawsze przed pierwszym gwizdkiem wykonywał również swego rodzaju rytuał: podchodził do bramki, witał kibiców i rzucał do siatki rękawiczki wraz z czapką. Obecnie wszyscy gracze „Barcy Pięciu Pucharów” niestety już nie żyją (ostatnim żyjącym był Biosca, który odszedł w dzień wszystkich świętych 2014 roku), więc tym bardziej cenne jest utrzymywanie pamięci o nich. Szczególnie w umysłach miłośników nie tylko FC Barcelony, ale całego hiszpańskiego futbolu.
3
@Bernard777 już wiesz gdzie czytać?
11
Jacek Gmoch „se pomajstrował”:
14 czerwca przypada rocznica porażki z Argentyną na mistrzostwach świata 1978: https://sport.tvp.pl/70527118/ms-1978-popis-mario-kempesa-i-przeklety-rzut-karny-kazimierza-deyna-45-lat-po-meczu-argentyna-polska
@Sysia11
@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Bernard777
@Adran360
9
Genialny Escola na piątke!
14 czerwca 1936 r. FC Barcelona rozgromiła CA Osasuna 7:1 na „Camp de Les Corts” w rewanżowym starciu półfinałowym o Puchar Króla. W pierwszym spotkaniu Blaugrana przegrała 4:2, więc z nawiązką odrobiła straty awansując do finału. Nie lada wyczynem w rewanżu popisał się fenomenalny napastnik Josep Escola, strzelając 5 goli, w tym klasycznego hattricka w pierwszej połowie. Pozostałe 2 gole dołożył Marti Vantolra.
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_
0
@Ogorinho1974 Piechniczek też miał swoje za uszami, nie tylko nie podrodze było mu z Szarmachem. Na tych samych mistrzostwach mało nie zajeździł Matysika! Ta książka Makowieckiego jest gdzieś dostępna wogóle?
3
Najsmutniejszy dzień w życiu Joana Gampera:
Dyktatura Miguela Primo de Rivery w latach 20-tych prześladowała liczne instytucje. Rozwiązano na przykład Mancomunitat de Catalunya(instytucja opowiadająca się za autonomią Barcelony). Zamknięto także wiele stowarzyszeń i organizacji. To samo w 1925 r. spotkało stowarzyszenie chóralne Orfeo Catala, założone w 1891 r. i zamknięte z nakazu rządu. To zdarzenie spowodowało iż FC Barcelona postanowiła zorganizować mecz w hołdzie chórowi. Wybrano dzień 14 czerwca 1925 r. a rywalem Barçy był Club Esportiu Jupiter. Żeby przyciągnąć więcej widzów na Estadio Camp de Les Corts, Arthur Witty, jeden z założycieli klubu, zaprosił zespół muzyczny ze statku floty angielskiej, który zacumował w barcelońskim porcie. Przed rozpoczęciem meczu zespół odegrał Marsz Królewski(hiszpański hymn), przywitany przez 14 tysięcy obecnych na trybunach kibiców głośnymi gwizdami. Reakcja ta zepsuła nastroje angielskich muzyków, którzy zaczeli co raz bardziej fałszować. Następnie zespół wykonał „ God save the Queen". Królewski hymn brytyjski według jednych źródeł wysłuchany został przy godnej szacunku ciszy a według innych przy ogłuszającym aplauzie barcelońskich kibiców. Dwa dni później klub dostał komunikat od Rządu Cywilnego, w którym zawiadamiano o wszczęciu postępowania za wygwizdanie hiszpańskiego hymnu, ,,oznaczające ostentacyjną niechęć do Hiszpanii". Postępowanie opierało się na raporcie przygotowanym przez komendantów policji. Ostatecznie ówczesny gubernator cywilny miasta Joaquim Milans de Bosch, przesłał list do FC Barcelony, komunikując w nim o zawieszeniu wszelkiej działalności klubu na 6 miesięcy(później kare zredukowano na 3 miesiące). Dwa dni później w siedzibie Barçy zjawiła się policja żeby zamknąć i zapieczętować drzwi lokalu. Zawieszenie działalności klubu pociągneło za sobą odejście ze stanowiska Joana Gampera i wygnanie go z kraju, co w efekcie po kilku latach skutkowało popełnieniem samobójstwa przez niego. Później założyciel Barçy przyznał iż dzień, w którym policja zamknęła siedzibe przy „Placa de Teatre”, był ,,najsmutniejszym w moim życiu". Po jego przymusowym odejściu funkcję prezydenta klubu objął arystokrata Arcadi Balaguer, bliski przyjaciel króla Alfonsa XIII. Pomimo zawieszenia działalności liczba socios pozostała nie zmieniona. W czasie gdy klub był zamknięty, żaden socio nie zrezygnował z karnetu. Co więcej, wszyscy płacili miesięczne składki, zaś do biura klubu przychodziły anonimowe darowizny. Również żaden z zawodników nie odszedł z klubu. Okres braku sportowej aktywności wykorzystano na zasianie trawy na placu gry. Wszystkie katalońskie kluby, z wyjątkiem Espanyolu, okazały solidarność z FC Barceloną i postanowiły zaczekać z wznowieniem rozgrywek o mistrzostwo Katalonii do zakończenia sankcji. Pierwszy mecz, jaki Blaugrana rozegrała na murawie „Les Corts” miał miejsce 24 grudnia 1925 roku, kiedy piłkarze Barçy zmierzyli się z austriacką drużyną First Vienna Futbol Club.
2
@Bulbazaur17 Wówczas za trzecie miejsce przyznawano srebrne medale...
6
@FCBparasiempre
Tę fazę rozgrywek inaugurowaliśmy meczem z Belgią. Na kilkanaście godzin przed tym starciem Zbigniew Boniek gorączkował. Na murawę Camp Nou wyszedł po zażyciu aspiryny. Nie przeszkodziło mu to jednak w pokazaniu światu, że nie bez przyczyny będzie w przyszłości nazywany we Włoszech określeniem bello di notte (piękność nocy). Wśród blasku jupiterów to jego gwiazda zabłysnęła najjaśniej, czego efektem był hat-trick, zapewniający naszej ekipie zwycięstwo 3:0. W drugim grupowym starciu Belgia uległa ZSRR 0:1, przez co stało się jasne, że zwycięzca bezpośredniego spotkania Polska – ZSRR zostanie półfinalistą mundialu. Biało-Czerwoni byli w lepszej sytuacji, bo im awans dawał nawet remis. Stąd główny cel Piechniczka przekazany zawodnikom – przede wszystkim nie stracić gola. Nie trzeba chyba podkreślać, jak wielki wymiar polityczny miał ten mecz. W trakcie całego turnieju cenzura dbała o to, by przekaz telewizyjny miał opóźnienie, by polskie społeczeństwo nie widziało transparentów Solidarności, widocznych na każdym spotkaniu. W boju o półfinał opóźnienie było największe, kilkuminutowe. Na trybunach barcelońskiego giganta pojawiło się kilka tysięcy kartek z napisem “Solidarność” i dwie duże flagi, widoczne w przekazach telewizyjnych na całym świecie. Na całym świecie oprócz Polski. Kiedy tylko hiszpański realizator pokazywał ujęcia z widocznymi emblematami związku, w naszym kraju pokazywane były ujęcia z innych meczów. Komiczne były kadry z widokiem kibiców brazylijskich czy włoskich, obecnych rzekomo na meczu Polski z ZSRR. Piłkarze tymczasem stanęli na wysokości zadania, remisując bezbramkowo z Wielkim Bratem i zapewniając sobie medale Mistrzostw Świata. Zwycięski remis miał swoje ofiary. Boniek został ukarany swoją drugą żółtą kartką w turnieju, przez co wiadome było, że nie wystąpi w półfinale. Do dzisiaj nie wiadomo, dlaczego sędzia Bob Valentine wyciągnął z kieszeni kartonik. W pamięci polskich kibiców pozostały tańce przy chorągiewce autorstwa Włodzimierza Smolarka. Nasz zawodnik pod koniec starcia zbiegał w narożnik boiska i umiejętnie zastawiał piłkę, kradnąc tym samym bardzo cenne sekundy. Zwycięzcami pozostałych grup zostały ekipy RFN, Francji i Włoch. Nam o wielki finał przyszło mierzyć się z Italią. Przed meczem ciężko było wskazać faworyta. Polacy bardzo narzekali na panujące upały, a przez to, że w swoim hotelu nie mieli klimatyzacji, chłodzili się spędzając cały dzień w basenie i wannach. Przedmeczowa noc dla większości była niemal nieprzespana. W walce ze skwarem zawodnicy moczyli prześcieradła w zimnej wodzie i zawijali się w nie, tworząc swego rodzaju kokon. Niestety, były to jedynie doraźne środki. Co kilkadziesiąt minut musieli się budzić i powtarzać cały proces. Największą boiskową niewiadomą było to, kto zastąpi Bońka. Naturalnym wyborem wydawał się Andrzej Szarmach, jednak nie było tajemnicą, że na linii napastnik – trener zdecydowanie nie było chemii. W swojej biografii ,,Diabeł nie anioł” Szarmach wspomniał słowa selekcjonera wypowiedziane tuż po przyjeździe do Hiszpanii: „Andrzej, chcę, żebyś wiedział, że przyjechałeś tu na mistrzostwa za zasługi dla polskiej piłki. Ale u mnie grać już nie będziesz”. Piechniczek dotrzymał słowa i na półfinał wysłał Diabła na trybuny. Po latach wszyscy podkreślają, że był to wielki błąd. To samo przyznał sam selekcjoner. Szarmach miał patent na Włochów, w czterech występach przeciwko tej drużynie zdobył dwa gole. Abstrahując od historii, był najzwyczajniej w świecie znakomitym napastnikiem. Selekcjoner do gry o wielki finał desygnował Włodzimierza Ciołka a Grzegorza Latę wystawił na “dziewiątce”. Nie przyniosło to pożądanych efektów. Katem naszej ekipy okazał się fenomenalny Paolo Rossi, którego dwie bramki zapewniły Italii zwycięstwo 2:0. Po spotkaniu jego koszulkę zdobył Paweł Janas. Gdy rok później wyjechał do Auxerre, spotkał w klubie chłopaka marzącego o trykocie włoskiej gwiazdy. Janas z bólem serca przekazał mu swoją zdobycz z półfinału. Tym chłopakiem był Eric Cantona. Znakomity przebieg miało drugie spotkanie półfinałowe między RFN a Francją. Zostało jednak przyćmione przez starcie Battistona i Schumachera. Niemiecki bramkarz wyszedł poza pole karne do piłki, do której nie miał prawa dojść i na pełnym biegu z impetem wszedł biodrem w twarz swojego rywala. Francuz przez kilka minut nie dawał oznak życia. Jego koledzy obawiali się najgorszego, że nie żyje. Schumacher tuż po spotkaniu nie wyraził ani odrobiny skruchy, mówiąc w rozmowie z przedstawicielami prasy i telewizji: „Jeśli stracił zęby, to zapłacę za koronki”. Finalnie Battiston stracił trzy zęby, miał wstrząs mózgu, złamaną szczękę i uszkodzone kręgi szyjne. Co szokujące, niemiecki bramkarz nie otrzymał za swoje przewinienie żadnej kary. Regulaminowe 90 minut przyniosło remis 1:1. Po 10 minutach dogrywki Francuzi prowadzili 3:1. Niemcy zdołali doprowadzić do remisu 3:3. W serii rzutów karnych, pierwszej w historii mundialowych rozgrywek, Six i Bossis zostali zastopowani przez Schumachera. Tym samym golkiper poprowadził swoją drużynę do wielkiego finału, choć nie powinno być go w tym momencie na boisku. Wrogo nastawioną do siebie publikę skomentował słowami: „Najlepiej gram wtedy, kiedy wszyscy dookoła mnie nienawidzą”. Battistona przeprosił dopiero rok później. We Francji stał się wrogiem publicznym, niektórzy domniemywali nawet, że jest esesmanem. Na wielu stadionach w całej Europie, nawet w Niemczech, pamiętano jego przewinienie. Często witano go salwą gwizd, która powtarzała się przy jego każdym kontakcie z piłką. Nie ma co się dziwić, że po takim półfinale Francuzi przystąpili do starcia o trzecie miejsce wyraźnie podłamani. Piechniczek desygnował do gry Szarmacha, komunikując przed meczem, że dla napastnika Auxerre będzie to ostatni występ w reprezentacji. Nasz znakomity snajper w 40. minucie odpowiedział na gola Girarda, doprowadzając do remisu 1:1. Nie wykazywał większej euforii. W jego głowie buzowała sportowa złość na Piechniczka. „Wszyscy widzieli jak się “cieszyłem” po zdobyciu bramki. Strzeliłem, bo zależało mi na zwycięstwie”. Pod koniec pierwszej połowy na 2:1 trafił Majewski. W szatni Waldemar Matysik, jeden z najbardziej eksploatowanych polskich zawodników, ogłosił, że nie nadaje się do gry i poprosił o zmianę. Inni piłkarze zaczęli protestować, mając pretensję do swojego kolegi. Jego niedyspozycja nie była żartem. Zawodnik doznał silnego odwodnienia i miał wyraźne niedobory elektrolitów, witamin i minerałów. Po mundialu dochodził do siebie przez ponad dwa lata, lecząc się m. in. neurologicznie i psychiatrycznie. W meczu z Francją zastąpił go Roman Wójcicki. Pierwsza minuta drugiej odsłony przyniosła Biało-Czerwonym gola Kupcewicza. Przeciwników stać było jedynie na kontaktowe trafienie Couriola. Dzięki zwycięstwu 3:2 Polska po raz drugi została trzecią drużyną świata. W trakcie ceremonii medalowej doszło do lekkiego zgrzytu. Medale naszym zawodnikom miał wręczać prezes PZPN, Włodzimierz Reczek. Podczas spacerów po słonecznej Hiszpanii doznał poparzeń stóp, przez co na małym finale zjawił się w klapkach. Nie chciał w takim uniformie pokazywać się na murawie, zatem Joao Havelange złożył paterę na ręce Żmudy, a ten rozdał je swoim kolegom. Mecz o złoto padł łupem Włochów, którzy pewnie pokonali RFN 3:1. Jedną z bramek zdobył Rossi, czym przypieczętował koronę króla strzelców. Piłkarze z Półwyspu Apenińskiego idealnie zobrazowali zasadę, że mężczyznę poznaje się nie po tym jak zaczyna, ale po tym jak kończy. Po pierwszej rundzie byli bardzo krytykowani, bo przeszli ją bez zwycięstwa, zaliczając trzy remisy z Polską, Peru i Kamerunem. Rozpędzali się z meczu na mecz, wygrywając grupę śmierci z Argentyną i Brazylią, a następnie odprawiając z kwitkiem Polaków i Niemców. Kilka dni po wielkim finale cały świat obiegło zdjęcie, które niewątpliwie zalicza się do jednego z najlepszych w historii mundiali. Na pokładzie włoskiego samolotu w karty grali Dino Zoff, Franco Causio, trener Enzo Bearzot i prezydent Włoch Sandro Pertini. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że na stole stał zdobyty kilkanaście godzin wcześniej Puchar Świata. Całość wygląda fantastycznie, tak, jakby piłkarskie trofeum było stawką karcianej rozrywki. I Polacy mieli swój epizod związany z samolotem. Tuż po wzbiciu się w powietrze pilot zawrócił na lotnisko, bo z powodu usterki nie schowały się koła w maszynie. Nasza kadra musiała oczekiwać przez kilka godzin na samolot zastępczy, wprawiając się w tym czasie w dobry humor przy rozmaitych trunkach. Na Okęciu, pomimo późnych godzin nocnych, witała ich rzesza kibiców, śpiewając: „Już za cztery lata, już za cztery lata, Polska będzie Mistrzem Świata”. Osiągnięcie piłkarzy dało polskiemu społeczeństwu wielkiego kopa w walce o swoją wolność. Pokazało, że przy pomocy wiary, zawziętości i niezłomnego charakteru można przenosić góry. Od sukcesu zawodników Antoniego Piechniczka minęło już prawie 36 lat. Na kolejny wciąż czekamy.
9
@FCBparasiempre
Hiszpania od dawna ubiegała się o zorganizowanie największej imprezy piłkarskiej na świecie. Ostatecznie w 1966 roku FIFA ogłosiła, że za 16 lat mundial zostanie rozegrany na Półwyspie Iberyjskim. Przez ponad ćwierć wieku przygotowywano drogi, lotniska i stadiony. Wydaje się, że największym zmartwieniem międzynarodowej federacji była liczba uczestników. Już od dawna pojawiały się głosy, by powiększyć finałowy skład. Przeciwnicy argumentowali, że nie można tak zrobić, bo przez pięćdziesiąt lat system z 16 drużynami znakomicie zdawał egzamin i jest już swego rodzaju tradycją. Zwolennicy natomiast przekonywali, że wraz ze wzrostem liczby zespołów wzrosną przychody z biletów, praw telewizyjnych itp. Poza tym, w trakcie kampanii przed wyborami prezydenta FIFA, Joao Havelange złożył krajom słabiej rozwiniętym piłkarsko obietnicę, że będzie naciskał na zwiększenie mundialowej stawki, czym solidnie zapracował na ich głosy. Ostateczna decyzja zapadła dopiero w maju 1979 roku na posiedzeniu Komitetu Wykonawczego FIFA w Zurychu. Postanowiono wówczas, że w 12. edycji Mistrzostw Świata wezmą udział 24 zespoły. Zmiany wprowadzono także w eliminacjach. W końcu piłkarskie władze poszły po rozum do głowy i w przypadku równej liczby punktów drużyny nie musiały rozgrywać dodatkowego meczu barażowego, tylko liczył się bilans bramek. Do walki o 22 miejsca (dwa, standardowo, zarezerwowano dla gospodarza i aktualnego mistrza) wystartowało 105 drużyn narodowych. Wśród nich Polska. W tym momencie warto poświęcić dłuższą chwilę, by zobrazować, w jakich okolicznościach przyszło naszym piłkarzom mierzyć się w eliminacjach do hiszpańskiego turnieju. Przez długie lata polskie społeczeństwo wyrażało swój przeciw skierowany w kierunku panującego komunizmu. W 1980 roku bardzo pogorszyła się kondycja gospodarcza naszego kraju, w związku z czym nasiliły się strajki robotnicze. We wrześniu protestujący w wielu miastach zostali zrzeszeni pod jednym sztandarem, świeżo powstałym Niezależnym Samorządnym Związkiem Zawodowym „Solidarność”. Jego twarzą został Lech Wałęsa. Dwa miesiące później doszło do wydarzeń, które zmieniły losy polskiej piłki. W przededniu wylotu do Rzymu na tydzień przygotowawczy przed pierwszym meczem eliminacyjnym z Maltą, zawodnicy dostali wolne od trenera Ryszarda Kuleszy. Niektórzy wykorzystali tę okazję w celu rozluźnienia się przy piwie lub wódce. Następnego dnia zespół dotarł na Okęcie, skąd miał wylecieć do Włoch. Obecni na miejscu dziennikarze zauważyli, że reprezentacyjny bramkarz, Józef Młynarczyk, jest “wczorajszy”. Szybko wywęszyli skandal i uruchomili swoje kamery. Następnie selekcjoner Ryszard Kulesza, będąc pod presją mediów, włodarzy PZPN i przedstawicieli rządu, zadecydował, że Młynarczyk nie może polecieć z zespołem. W jego obronie szybko stanęli Władysław Żmuda, Stanisław Terlecki i Zbigniew Boniek, grożąc, że bez swojego golkipera nie wsiądą do samolotu. Ich akcja okazała się na tyle skuteczna, że już kilka godzin później kadra w komplecie wylądowała w Rzymie. Na miejscu reprezentacja udała się na spotkanie z Janem Pawłem II. Boniek poprosił o modlitwę w intencji sukcesu w eliminacjach i na samym mundialu, na co papież odpowiedział: „Synku, Pan Bóg z piłką nie ma nic wspólnego”. W kraju nie cichły echa Afery na Okęciu. Cała czwórka zamieszanych w nią piłkarzy została zmuszona do powrotu do Polski. Biało-Czerwoni bez Bońka, Młynarczyka, Terleckiego i Żmudy pokonała Maltę 2:0. Na kilka dni przed świętami Bożego Narodzenia rozpoczęła się w Warszawie swoista rozprawa sądowa w temacie wydarzeń ze stołecznego lotniska. Sprawa nabrała wymiaru politycznego. Oskarżeni piłkarze wyglądają na kadrach z posiedzenia tak, jakby byli skazywani za ciężkie przestępstwo. A rozchodziło się przecież o wypicie kilku kieliszków za dużo. PZPN zadecydował, że w konsekwencji wydarzeń z Okęcia nakłada na Bońka i Terleckiego karę roku, na Żmudę i Młynarczyka ośmiu, a na Smolarka dwóch miesięcy bezwzględnej dyskwalifikacji. Dodatkowo Młynarczyk dostał dwuletni zakaz gry w reprezentacji. Oprócz tego z kadrą pożegnał się Ryszard Kulesza. Jego następcą został Antoni Piechniczek. Kadra pod jego wodzą pewnie przeszła eliminacje. Los, oprócz Malty, przydzielił nam do grupy reprezentację NRD. Na Stadionie Śląskim dwa punkty naszym piłkarzom zapewnił gol Buncola, dzięki czemu na rewanż do Lipska wybrali się po przypieczętowanie awansu. Piechniczek zabrał ze sobą nie tylko piłkarzy, ale także własnych kucharzy, jedzenie i picie. Wszystko w obawie przed ewentualnymi zagrywkami Niemców ze wschodu. Przypuszczano, że polscy zawodnicy mogą zostać przez nich podtruci, przez co słabiej poradzą sobie na boisku. Ze swoim prowiantem poradzili sobie wspaniale. Dwa trafienia Smolarka i jedno Szarmacha zapewniło Polsce zwycięstwo 3:2 i trzeci z rzędu awans na piłkarskie Mistrzostwa Świata. Swoje panowanie w grupie Biało-Czerwoni udowodnili w ostatnim starciu kwalifikacji, gromiąc we Wrocławiu Maltę 6:0. Ponadto Piechniczek bardzo przyczynił się do przywrócenia do zespołu Bońka, Młynarczyka i Żmudy. Terlecki nie wyraził skruchy za swoje zachowanie z Okęcia, zatem PZPN nie anulował jego kary. Z orzełkiem na piersi nie wystąpił już nigdy. Polacy żyli tym awansem i z wielkimi nadziejami patrzyli na czerwiec 1982 roku. Wcześniej socjalistyczne władze zadały im kolejny potężny cios, który nie mógł nie odbić się także na reprezentacji. 13 grudnia 1981 roku generał Wojciech Jaruzelski wprowadził w kraju stan wojenny, rozpoczynając regularną walkę władzy ze społeczeństwem. W momencie rozpoczęły się masowe zatrzymania zagorzałych przeciwników ustroju, cenzura kontrolowała radio, prasę i telewizję, ukrócono możliwość korzystania z telefonów, wprowadzono godzinę milicyjną. Przykładów ograniczeń praw i wolności było oczywiście znacznie więcej. Udział piłkarzy Antoniego Piechniczka na hiszpańskim turnieju stanął pod dużym znakiem zapytania. Wszyscy zawodnicy z tamtych czasów zgodnie wspominają, że selekcjoner prowadził ich twardą ręką, stawiając mocny nacisk na przygotowanie fizyczne, motoryczne i kondycyjne. Gonił ich po górach, po swojej rodzinnej Wiśle i trenował w surowych warunkach, nie do wyobrażenia w dzisiejszych czasach. Żadna drużyna narodowa nie chciała grać meczów kontrolnych z przeciwnikiem, którego kraj jest w stanie wojny. W związku z tym Polacy mierzyli się z zespołami ligowymi. Na zgrupowaniu w Hiszpanii pokonali m. in. Athletic Bilbao 4:1 i Celtę Vigo 5:1. Trener Piechniczek mówił o sparingach w filmie ,,Mundial. Gra o wszystko”: „Waliliśmy ich jak w kaczy kuper i nabieraliśmy pewności siebie”. Piłkarze nie komentowali publicznie sytuacji w państwie. Doskonale zdawali sobie sprawę, że wszystko może być wykorzystane przeciwko nim. W każdej chwili komunistyczne władze mogły podjąć decyzję o wycofaniu drużyny z Mistrzostw Świata. Dla Polaków ich milczenie było jednak jasnym znakiem, że stoją po stronie społeczeństwa. Na ostatnie zgrupowanie przed turniejem Biało-Czerwoni udali się do niemieckiego Murrhardt, siedziby naszej ekipy na czempionacie w 1974 roku. Podczas hiszpańskiej eskapady stacjonowali w Santa Cruz. Kiedy trener i piłkarze zobaczyli boisko treningowe, ręce im opadły. Bardziej przypominało wyschnięte pobojowisko niż teren, na którym mieli przygotować się do najważniejszych meczów w ich życiu. Nie było innej możliwości niż znalezienie obiektów zastępczych. Te zostały odnalezione w Courel i Vilaboi. Naszej kadrze towarzyszyło kilkunastu współpracowników Służb Bezpieczeństwa, monitorujących każde zachowanie piłkarzy. Mundial 1982 rozegrano w dniach 13 czerwca – 11 lipca. Wśród finalistów, obok Hiszpanii, Argentyny i Polski, znaleźli się: Anglia, Austria, Belgia, Czechosłowacja, Francja, Irlandia Północna, Jugosławia, RFN, Szkocja, Węgry, Włochy, ZSRR, Brazylia, Chile, Peru, Algieria, Kamerun, Honduras, Salwador, Kuwejt i Nowa Zelandia. Jak widać, doszło nieco egzotyki. Jednocześnie zabrakło stałych gości, jak np. Meksyk, Szwecja, Urugwaj i przede wszystkim Holandia. 24-zespołową gromadkę gościło aż 17 stadionów w 14 miastach: Alicante, Barcelonie (Camp Nou i Estadio de Sarria), Bilbao, Elche, Gijon, La Corunie, Madrycie (Santiago Bernabeu i Vicente Calderon), Maladze, Oviedo, Saragossie, Sewilli (Benito Villamarin i Sanchez Pizjuan), Valladolid, Vigo i Walencji. W związku ze zwiększeniem liczby uczestników, konieczne było przemeblowanie rozgrywek. W pierwszej fazie dokonano podziału na sześć czterozespołowych grup, z których awans wywalczyły po dwie najlepsze drużyny. Te następnie były dzielone na cztery grupy trzyzespołowe a ich zwycięzcy spotykali się w półfinałach. Pierwsza runda prezentowała się następująco:
Grupa 1: Kamerun, Peru, Polska, Włochy
Grupa 2: Algieria, Austria, Chile, RFN
Grupa 3: Argentyna, Belgia, Salwador, Węgry
Grupa 4: Anglia, Czechosłowacja, Francja, Kuwejt
Grupa 5: Hiszpania, Honduras, Irlandia Północna, Jugosławia
Grupa 6: Brazylia, Nowa Zelandia, Szkocja, ZSRR
Polacy rozpoczęli od dwóch bezbramkowych remisów. O ile oczko ze starcia z Włochami potraktowano jako zdobycz, o tyle podział punktów z Kamerunem uznano za wielką porażkę. W Polsce zaczęto wątpić w drużynę narodową. Najbardziej dostało się Bońkowi. Zawodnik Widzewa był już dogadany na transfer do Juventusu i zarzucano mu, że skoro ma już na horyzoncie możliwość dobrego zarobku na Półwyspie Apenińskim, nie zależy mu na dobrych występach w kadrze. Trener Piechniczek słyszał od dziennikarzy głosy: „Antek, jeśli masz jaja, usadź Bońka na ławce”. Przypuszczano, że mecz z Peru będzie naszym ostatnim meczem w Hiszpanii. O braku wiary nawet w najbliższym otoczeniu kadry bardzo dobrze świadczą słowa Pawła Janasa, który w rozmowie z Pawłem Czado, przeprowadzonej na potrzeby znakomitej książki ,,Piechniczek. Tego nie wie nikt”, wspominał: „Przed meczem z Peru wszyscy działacze byli już spakowani. Nakupili nawet egzotycznych owoców na prezenty do Polski. Potem musieli się rozpakować a my te owoce jedliśmy”. Jedli, bo w meczu z Peru, zwłaszcza w drugiej połowie, zaprezentowali popis swoich umiejętności. Od 55′ do 76′ zaaplikowali rywalom 5 goli! Swoje trafienie zaliczył również Boniek, dzięki czemu mógł podbiec pod trybunę prasową, unieść w górę zaciśniętą pięść i wykrzyczeć: „A teraz pocałujcie mnie wszyscy w dupę”. Były prezes Polskiego Związku Piłki Nożnej miał również udział przy bramkach Laty i Buncola. Swoje gole zdobyli także Smolarek i Ciołek. Pewne zwycięstwo 5:1 zapewniło naszym zawodnikom pierwsze miejsce w tabeli i awans do drugiej rundy rozgrywek. Można powiedzieć, że pozostałych grupach faworyci nie zawiedli. W jednej z nich doszło do zdarzenia, które na zawsze zmieniły przepisy rozgrywania ostatniej kolejki fazy grupowej na wielkich piłkarskich turniejach. Stało się to za sprawą piłkarzy RFN i Austrii. Ich bezpośrednie starcie zamykało rozgrywki grupy 2. Dzień wcześniej Algieria pokonała Chile 3:2 i oczekiwała na wynik dwóch europejskich drużyn. Wiadome było, że jeśli Niemcy wygrają, zrównają się punktami z Austrią i Algierią, a wówczas o awansie będzie decydować bilans bramkowy. Najlepszym wynikiem dla dwóch krajów niemieckojęzycznych było jednobramkowe zwycięstwo Zachodnich Niemiec. Dawał on bowiem jednym i drugim promocję do następnej fazy turnieju. Już w 10. minucie wynik 1:0 widniał na tablicy świetlnej i najprościej rzecz ujmując, w tym momencie mecz się zakończył. Reszta nie miała nic wspólnego z futbolem. Ekipy nie miały zamiaru zrobić sobie żadnej krzywdy. Zgromadzeni na trybunach kibice nie kryli zażenowania. Niemiecki komentator, Eberhard Stanjek, nazwał rzeczy po imieniu: „To, co tutaj się dzieje, to hańba, która nie ma nic wspólnego z piłką nożną. Możecie mówić, co chcecie, ale nic nie usprawiedliwia tego zachowania”. Jego vis a vis z Austrii, Robert Seeger, od 60. minuty aż do końca “spektaklu” siedział w absolutnej ciszy, nie wypowiadając ani jednego słowa. FIFA zajęła się tym meczem, goszczącym w nomenklaturze mundiali jako Hańba w Gijon, i postanowiła, że od tej pory spotkania ostatniej kolejki fazy grupowej będą rozgrywane równolegle. Z pierwszej rundy mundialu warto odnotować dwie ciekawostki. Pierwsza dotyczy spotkania Węgrów z Salwadorem. Nasi bratankowie jako jedyni w dziejach Mistrzostw Świata zdołali w jednym spotkaniu wykręcić dwucyfrowy wynik, wygrywając 10:1. Dla Madziarzy zapisanie na kartach futbolu okazało się jedynie nagrodą pocieszenia, bowiem nie zdołali wywalczyć awansu do kolejnej fazy rozgrywek. Drugie niecodzienne zdarzenie miało miejsce w starciu Francji z Kuwejtem. W 78′ Francuzi strzelili gola na 4:1. Zdaniem ławki rezerwowych Kuwejtu gol nie powinien zostać uznany, więc wybiegli na boisko z pretensjami do arbitra. Wraz z nimi do rozjemcy udał się prezes piłkarskiej federacji Kuwejtu, szejk Fahad Al-Ahmed Al-Jaber Al-Sabah. Po niemal 10-minutowej przerwie ukraiński arbiter, Myrosław Stupar anulował bramkę, zapewniając sobie jednocześnie wilczy bilet na sędziowanie na najwyższym poziomie. FIFA uznała jego ugięcie jako element słabości, jaki nie powinien się przydarzyć sędziemu na meczu takiej rangi. Druga runda hiszpańskiego turnieju prezentowała się następująco:
Grupa A: Belgia, Polska, ZSRR
Grupa B: Anglia, Hiszpania, RFN
Grupa C: Argentyna, Brazylia, Włochy
Grupa D: Austria, Francja, Irlandia Północna
12
Entliczek, pentliczek, co zrobi Piechniczek? Tego nie wie nikt!
Reprezentacja Polski dwa razy sięgnęła po srebrny medal piłkarskich Mistrzostw Świata. O ile szeroko gloryfikujemy bohaterów z 1974 roku, o tyle piłkarzy Antoniego Piechniczka stawiamy nieco w cieniu. Bardzo niesłusznie. Napięta sytuacja w Polsce(stan wojenny, protesty, represje, łapanki) niemal do samego końca stawiały pod znakiem zapytania udział Biało-Czerwonych w hiszpańskim mundialu. O kulisach światowego czempionatu z 1982 roku i o tym, w jaki sposób nasi zawodnicy pokonywali kolejne przeszkody na swojej drodze i jaką nadzieję wlewali w serca milionów Polaków, przeczytacie w odpowiedzi na komentarz.
@Adran360
@Bernard777
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_
@Symson
12
Wyjątkowy triumf na brazylijskiej ziemi:
13 czerwca 2021 r. Brazylia pokonała Wenezuele 3:0. Ten mecz otworzył 47. edycje Copa America. Nie wykluczone że gdyby turniej Copa America 2020 odbywał się zgodnie z kalendarzem(zresztą w ramach większej reformy rozgrywek, która pozwalała organizować je w tym samym czasie co turniej Euro), na sukces ,,Albicelestes” byłoby jeszcze za wcześnie ale pandemia koronowirusa doprowadziła do zmiany planów i przesunięcia turnieju o rok. Chaos organizacyjny wydawał się tym razem zrozumiały. Pierwotnie impreza miała się odbyć w Kolumbii, jednak w Kolumbii od przełomu kwietnia i maja trwały protesty przeciwko polityce prezydenta w dziedzinie ochrony zdrowia, edukacji i bezpieczeństwa, w efekcie czego CONMEBOL przeniósł rozgrywki drugi raz z rzędu do Brazylii a pandemiczne obostrzenia uniemożliwiły także zaproszenie uczestników Copa America do Argentyny. Będący koronasceptykiem prezydent Brazylii Jair Bolsonaro z radością skorzystał z okazji, choć nawet w jego kraju większość meczów odbyła się bez udziału publiczności. Rzecz jasna faworytem imprezy byli ,,Canarinhos”. Turniej w Brazylii zdecydowanie odbywał się w cieniu mistrzostw Europy. Zmiana gospodarza imprezy na ostatniej prostej, puste stadiony, dziwna formuła turnieju, to główne czynniki, które spowodowały, że czempionat Ameryki Południowej nie generował tak dużych emocji. W dodatku po euro-maratonie w ciągu dnia, chyba tylko najwięksi pasjonaci i zapaleńcy na dokładkę zarywali nockę dla starcia Chile – Boliwia. W nowym formacie rozgrywek planowano początkowo podzielić uczestników na dwie sześciodrużynowe grupy ale po tym, jak z powodu pandemii wycofali się goście z innych kontynentów(Australia i Katar) ostatecznie w każdej z grup zagrało 5 zespołów i żeby wyeliminować dwa najsłabsze i tym samym wyłonić ćwierćfinalistów, trzeba było rozegrać aż 20 meczów. Argentynie ten długi rozbieg przed decydującą rozgrywką ewidentnie przypadł do gustu. W fazie grupowej wreszcie imponowała solidnością w defensywie; trzykrotnie wygrała, raz zremisowała i straciła tylko 2 gole. W ćwierćfinale ,,Albicelestes” wygrali 3:0 z Ekwadorem. Asertywna postawa Emiliano Martineza okazała się decydująca w półfinałowej serii rzutów karnych zakończonych wynikiem 3:2(po 90 minutach i dogrywce było 1:1), kończących spotkanie z Kolumbią.
Jednak finałowa batalia między Brazylią i Argentyną to zupełnie inna para kaloszy. Ale po kolei. Brazylia to typowa ekipa turniejowa. Trener ,,Canarinhos” Tite stworzył potwora. Przywrócił blask kadrze. Od momentu, gdy przejął nad nią stery wygrała 45 razy, 11 zremisowała i tylko czterokrotnie schodziła z placu gry pokonana. Co ciekawe, tylko raz poległa w meczu o punkty, z Belgią w ćwierćfinale MŚ 2018. Bazowanie na historii bywa często złudne. Nie można sugerować się tylko i wyłącznie odniesieniami do zakurzonych kronik i opowieści z przeszłości ale nie sposób nie zauważyć, że Brazylijczycy wymyślili idealną receptę na to, by odprawiać z kwitkiem ,,Albicelestes”. Zwłaszcza w tym stuleciu są bezlitośni dla nich. W starciach o punkty na turnieju lub w eliminacjach Argentyńczycy od 16 lat nie mogą znaleźć sposobu na Canarinhos. Ta statystka wydaje się wręcz nieprawdopodobna, jeżeli weźmiemy pod uwagę to, że mówimy reprezentacjach o bardzo zbliżonym potencjale. Być może Argentyńczycy powinni skorzystać z usług jakiegoś egzorcysty, bo ewidentnie ciąży nad nimi jakieś fatum, gdy przychodzi im mierzyć się z Brazylią. W niedzielnym finale(11.07.2021) ,,Albicelestes” pokonali na słynnej Maracanie Brazylię 1:0(1:0) po bramce Angela Di Marii. Sędzia pokazał aż 9 żółtych kartek w meczu a ekipa Messiego wywalczyła trofeum po raz pierwszy, od kiedy geniusz piłki gra w jej barwach. Starcie Argentyny z Brazylią w finale Copa America to był po prostu piłkarski klasyk rodem z Ameryki Południowej, do tego rozgrywany na słynnej Maracanie, gdzie w niedzielę zgromadziło się zaledwie 7800 fanów, by podziwiać starcie gigantów. Turniej odbywał się(tak samo jak Euro 2020) pod znakiem obostrzeń i walki z COVID-19 ale szczęśliwie dotarł do końca i to jakiego końca!?
Pojedynek dwóch odwiecznych rywali świetnie rozpoczęli goście, w 22 minucie Rodrigo De Paul kapitalnie podał przez całe boisko do Angela Di Marii a ten wpadł w pole karne rywali i delikatnym lobem otworzył wynik meczu. Do końca pierwszej połowy Brazylia nie potrafiła odpowiedzieć a gra była niezwykle zacięta i ostra. Sędzia pokazał piłkarzom aż dziewięć żółtych kartek, studząc emocje. Po zmianie stron Canarinhos ruszyli do ofensywy a w 53. minucie na 1:1 trafił Richarlison. Gol nie został jednak uznany, bo strzelec był na pozycji spalonej. Ten sam zawodnik mógł doprowadzić do remisu dwie minuty później, tym razem świetnie piłkę odbił Emiliano Martinez. Tak samo jak w 83. oraz 88. minucie pojedynku, gdy Gabriel Barbosa dwukrotnie mógł pokonać bramkarza ,,Albicelestes”. Argentyna odpowiedziała dwoma świetnymi kontrami w końcówce, ale Lionel Messi przegrał pojedynek z Edersonem. "Atomowa pchła" ma jednak powody do dumy. Triumf 1:0 nad odwiecznym rywalem i zwycięstwo w całym turnieju to jego pierwszy życiowy sukces z drużyną narodową. Messi został też królem strzelców turnieju, w którym zdobył cztery gole i miał pięć asyst.
@Sysia11
@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Bernard777
@Adran360
11
Wybitny, genialny, po prostu „Kici”:
13 czerwca 1934 r. urodził się legendarny polski napastnik- Lucjan Brychczy. Gdyby Lucjan Brychczy urodził się pięćdziesiąt lat później, zapewne byłby gwiazdą światowego futbolu. Zamiast tego jest legendą Łazienkowskiej 3, choć wcale nie jest powiedziane, że mu to przeszkadza… Popularny „Kici” barw Legii Warszawa bronił nieprzerwanie od 1954 roku. Oczywiście najpierw jako piłkarz (grał tam do 38 roku życia), później jako trener. Niewykluczone, że gdyby nie jego służba wojskowa, jego kariera w zespole ze stolicy byłaby dużo krótsza. Jednak jako wojskowy nie mógł sobie pozwolić na wyjazd, dlatego też smakiem musiały obejść się kluby belgijskie czy francuskie, a także Real Madryt, gdzie widział go Helenio Herrera. Jednak zanim do tego doszło, Kici większość swojej młodości spędził na Śląsku. Urodził się w Nowym Bytomiu jako syn powstańca i przedwojennego oficera Wojska Polskiego. Pierwsze piłkarskie szlify zbierał w miejscowej Pogoni, a także w gliwickim ŁTS Łabędy. Pierwsze rozczarowanie przyszło, podczas testów w ukochanym Ruchu Chorzów, które nie przyniosły mu miejsca w zespole. Warto dodać, że przed grą treningową, celowo dano mu wtedy za duże buty, by nie wypadł za dobrze. Kto wie, czy przez ten incydent Niebiescy nie stracili następcy Ernesta Wilimowskiego i godnego partnera dla Gerarda Cieślika. Gdyby nie ojciec piłkarza, prawdopodobnie zostałby bokserem, gdyż takżę i do tego sportu przejawiał spory talent. Jednak pod zarzutami, że dyscyplina ta ogłupia, zakazał synowi bokserskich treningów. I dzięki temu Kici został na stałe z futbolem. W ówczesnych czasach trenerem Legii Warszawa był Węgier Janos Steiner. Z nim też wiążę się ciekawa historia. Mianowicie w każdy poniedziałek rano, kupował „Przegląd Sportowy”, a jako że nie znał języka polskiego, prosił Ernesta Pola, żeby tłumaczył mu go na niemiecki, ze szczególnym uwzględnieniem wyróżniających się zawodników. Później przygotowywał notatkę z nazwiskami piłkarzy z dopiskiem „Proszę ich sprowadzić do CWKS”. Kiedy trener znad Balatonu ujrzał Lucjana Brychczego, zażądał natychmiastowego sprowadzenia go do Legii. Młody Ślązak dostał więc powołanie do wojska pół roku przed terminem! A skąd wziął się pseudonim Brychczego? To jego trener wymyślił pseudonim, który przylgnął do niego na zawsze. Kici po węgiersku znaczy mały(Brychczy miał 166 cm wzrostu). – Kici das ist Kici – mawiał Steiner – szibkie labda, dużo rucha, gut spielt, dobra robi gol. Węgier chciał uczynić z Legii klub wojskowy na kształt Honvedu Budapest, gdzie wraz z powołaniem do wojska przychodzili czołowi węgierscy zawodnicy, których po zakończeniu służby namawiano do pozostania. I to dzięki niemu piłkarze z Łazienkowskiej mieli okazję poznać wicemistrzów świata. ,,Kilka miesięcy później, Steiner zabrał nas na obóz na Węgry. To była zima 1955 roku. Trenowaliśmy z Honvedem. Było się od kogo uczyć. Puskas, Bozsik, Kocsis – te nazwiska powalały z nóg. Oni byli wicemistrzami świata a powinni być mistrzami. Oglądaliśmy razem ten film z finału i widzieliśmy, że strzelili prawidłową bramkę. To była drużyna nie z tej ziemi. I właśnie na koniec tamtego zgrupowania graliśmy z nimi. Ludzie mówili: „Po co wam to, 10:0 wam wrzucą i tylko się zdołujecie”. A my nawet prowadziliśmy 2:1, ja strzeliłem oba gole, Szymkowiak obronił karnego Puskasowi. W końcu przegraliśmy 2:3 ale zobaczyliśmy, że nie jesteśmy tacy słabi”– Lucjan Brychczy, podczas wywiadu z Markiem Wawrzynowskim. Już sezon po przyjściu do Legii zaczął z nią święcić triumfy jako podstawowy zawodnik. W sezonach 1955 i 1956 zdobył zarówno mistrzostwo, jak i Puchar Polski. Był już wtedy reprezentantem kraju. Jako członek drużyny miasta Warszawy uczestniczył w premierowym meczu na Camp Nou. Otrzymał za to 20 dolarów, co było znaczną kwotą dla mieszkańca PRL-u. Kiedy jego służba wojskowa dobiegła końca, władze musiały solidnie się napracować, by przekonać go do pozostania w stolicy. Z jednej strony najlepsza drużyna w kraju, w której barwach Brychczy bardzo się rozwinął, z drugiej jednak żona, która mieszkała na Śląsku, a także koledzy: Ernest Pol i Edmund Kowal, którzy namawiali Kiciego do gry w Górniku Zabrze. Warto też dodać, że w tamtych czasach mało kto mógł finansowo konkurować z bogatymi klubami wspieranymi przez kopalnie. Chytry plan miał na celu przekonanie Małgorzaty do przyjazdu do Warszawy. Prawdopodobnie największą zasługę w powodzeniu misji trzeba przypisać ojcu piłkarza, który miał wielki posłuch u małżonków. Zamieszkali przy Świętokrzyskiej i tak pozostaje do dziś.
W reprezentacji też grał pierwsze skrzypce. Był jej kapitanem, a także wystąpił z nią na Igrzyskach Olimpijskich w Rzymie. W sumie w barwach narodowych rozegrał 58. spotkań, ale jednym z najważniejszych było to rozegrane na Stadionie Śląskim w Chorzowie. Wtedy to swoim fenomenalnym trafieniem piętą oczarował rywali, w których barwach grały takie tuzy jak Alfredo Di Stefano czy Francisco Gento. To właśnie po tym meczu zaczęto mówić o zainteresowaniu jego osobą przez wielki Real Madryt. A podpułkownik Kici grał jednak dla Legii. I to jak grał! Delikatny kryzys dopadł go po przyjściu do klubu czeskiego szkoleniowca Jaroslava Vejvody, który swoim podopiecznym fundował ciężki trening zwany bombonami. 32 letni Brychczy nie był w stanie osiągać wymaganych rezultatów i został przez to nawet wyrzucony z treningu. Doszli jednak do porozumienia, by zawodnik nie kończył kariery, chociażby po to, by pod jego okiem rozkwitał wielki talent Kazimierz Deyna. Była to świetna decyzja. Kici dalej czarował i doprowadził Legię do kolejnych dwóch mistrzostw i Pucharów Polski a także półfinału Pucharu Mistrzów. Warto zauważyć, że wszystkie gole w ćwierćfinałowej rywalizacji z Galatasaray zdobył właśnie On (1:1 w Stambule, 2:0 w Warszawie). Gdy kończył karierę, wśród gości na pożegnalnym meczu był nawet słynny Wacław Kuchar. Dziś jest członkiem sztabu szkoleniowego Legii i synonimem jej sukcesów. Podczas jego obecności na Łazienkowskiej Wojskowi zdobyli dziesięć mistrzostw kraju i siedemnaście Pucharów Polski, czyli wszystkie, jakie mają w swojej kolekcji.
Osiągnięcia klubowe:
Legia Warszawa:
4 x mistrzostwo Polski (1955, 1956, 1969, 1970)
4 x Puchar Polski (1955, 1956, 1964, 1966)
1 x Półfinał Pucharu Mistrzów (1970)
3 x Król strzelców I ligi (1957, 1964, 1965)
Osiągnięcia reprezentacyjne:
występ na IO (1960)
Osiągnięcia trenerskie
Legia Warszawa:
3 x Puchar Polski (1973, 1980, 1990)
@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@FcPortoFan1999
@Bernard777
@Adran360
5
@FCBparasiempre
Wracając do turnieju. Obok Polski do kolejnej fazy awansowała Argentyna, NRD, RFN, Jugosławia, Brazylia, Holandia i Szwecja. Z barwnych sytuacji z pozostałych spotkań należy odnotować przede wszystkim futbol totalny Holendrów. Oranje zaprezentowali najbardziej wybiegany, ofensywny futbol w historii. Bez dwóch zdań najpiękniejszy w tych czasach i jeden z najpiękniejszych kiedykolwiek. Jugosławia poprawiła wynik Polaków z Haiti, ogrywając Zair 9:0. Przy wyniku 3:0 doszło do pierwszej w dziejach mundiali zmiany bramkarza. Mwamba Kazadi został zastąpiony przez Dimbiego Tubilandu. Liczby pokazują, że nie było to zbyt dobre posunięcie. W drugiej fazie rozgrywek Biało-Czerwoni wylądowali w grupie B ze Szwecją, Jugosławią i RFN. Drugą czwórkę tworzyły ekipy Holandii, Brazylii, NRD i Argentyny. Na dwa dni przed starciem ze Skandynawami trener Górski dał swoim zawodnikom i współpracownikom wolny wieczór. Mogli robić to, na co mają ochotę, przy jednym warunku – muszą wrócić do hotelu najpóźniej o 23:00. Jacek Gmoch udał się z Henrykiem Loską na pieszą wycieczkę po okolicy. Biało-Czerwoni byli objawieniem mundialu, stąd nie dziwne, że stali się obiektem zainteresowań mieszkańców Murrhardt. Spacerujących Polaków zauważyła pewna para i od razu udała się w ich kierunku. Dziewczyna poprosiła Gmocha o autograf. Ten oczywiście się zgodził, jednak wielkie było jego zaskoczenie, gdy ta rozpięła bluzkę i jako miejsce złożenia podpisu wskazała swój biust. Trener z uśmiechem na ustach złożył sygnaturkę. Chłopak poszedł jeszcze o krok dalej. Rozpiął spodnie i… wypiął w kierunku Gmocha goły pośladek. Jak wspomina Loska: „Myślałem, że Jacek go w ten tyłek kopnie, a on, w swoim stylu, złożył autograf!” Andrzej Strejlau również chciał przejść się na wieczorny spacer. Powstrzymał go sam Kazimierz Górski, mówiąc tajemniczo, że „dziś będą się tu działy ciekawe rzeczy”. W tym momencie mamy do czynienia z początkiem pewnej strategicznej zagrywki naszego trenera. Kazimierz Deyna, Zygmunt Kalinowski, Mirosław Bulzacki, Jerzy Gorgoń i Adam Musiał wrócili do hotelu pół godziny po wyznaczonej godzinie. Przy recepcji czekał na nich Górski. W polemikę z trenerem wdał się jedynie Musiał, reszta grzecznie uciekła do swoich pokojów. Nazajutrz sternik naszej kadry ogłosił, że Musiał złamał regulamin i zostaje odesłany do domu. Pozostali zawodnicy zaczęli prosić o zmianę decyzji. Trener tysiąclecia postawił sprawę jasno – jeśli wygracie mecz ze Szwecją, pozwolę Musiałowi zostać, jeśli nie wygracie, jedzie do Polski. Wygrali 1:0 po bramce Laty. Warto podkreślić, że Jan Tomaszewski obronił rzut karny wykonywany przez Jana Tappera. Na czym polegała zagrywka Górskiego? Pan Kazimierz doskonale zdawał sobie sprawę, że najtrudniejszym meczem na turnieju jest mecz numer cztery. Mówiło i mówi o tym wielu byłych szkoleniowców i piłkarzy. Nasz rodak nie chciał, by w szeregach jego drużyny pojawiło się rozluźnienie po wygraniu grupy śmierci, o co zadbał zawieszając Musiała. Zawodnicy stanęli na rzęsach, by przywrócić go do zespołu i pokonali, w wielkich trudach, przeciwników ze Skandynawii. Zawodnik wrócił do składu i rozegrał resztę turnieju w pełnym wymiarze czasowym. Mecz z Jugosławią miał być z pozoru najłatwiejszym starciem tej fazy rozgrywek. Zwycięstwo 2:1, po bramkach Deyny i Laty, przyszło, dosłownie i w przenośni, w ogromnych bólach. Nasz kapitan trafił z rzutu karnego podyktowanego za faul Karasiego na Szarmachu. Faul miał wielkie znaczenie w perspektywie kolejnych wydarzeń. Diabeł doznał bolesnej kontuzji uda, na którym pojawił się krwawy guz wielkości piłki tenisowej. Sztab medyczny nie wiedział, co zrobić. Pojawiły się pomysły włożenia nogi do gipsu. Na szczęście znalazł się niemiecki lekarz z Murrhardt, zamroził ranę naszego napastnika, a następnie solidnie rozmasował. Krwiak ustąpił, ból niestety nie. Szarmach walczył z czasem, by wykurować się na starcie z gospodarzami, Zachodnimi Niemcami, mające de facto rangę półfinału. Niestety, przegrał tę walkę i w przedostatnim meczu turnieju nie był do dyspozycji trenera. 3 lipca 1974 roku. Frankfurt, Waldstadion. Starcie RFN z Polską było bojem o finał Mistrzostw Świata. Obfite opady deszczu spowodowały, że murawa stadionu wyglądała jak zalane pastwisko. Pojawiło się duże prawdopodobieństwo, że mecz zostanie przełożony, za czym optowała cała nasza załoga. Odmiennego zdania byli niestety Niemcy. Rywale doskonale zdawali sobie sprawę, że taka aura jest ich przywilejem i zwiększa szansę pokonania Polaków.
Po pierwsze – nie było wątpliwości, że to nasi piłkarze znacznie lepiej operują piłką po ziemi. Po drugie – niezwykle efektowne rajdy skrzydłem Gadochy eliminowały wodne zastoiska. Po trzecie – w szeregach Górskiego brakowało Szarmacha, zawodnika niezwykle dobrze grającego głową, który w takich warunkach mógłby być zabójczą bronią. Sędzia uznał, nieco pod presją gospodarzy, że mecz może zostać rozegrany. „To były zawody kajakowe, można było się popluskać, pobawić w wodzie, ale nie grać w piłkę”. Powyższe słowa Grzegorza Laty nie pozostawiają żadnych złudzeń. Boisko nie pozwalało na stworzenie dobrego widowiska, pomimo faktu, że biegali po nim jedni z najlepszych piłkarzy na świecie. O Meczu na wodzie powiedziano już właściwie wszystko, przez dziesięciolecia był wspominany i analizowany przez wielu fachowców. Odnotujmy, że Tomaszewski obronił jedenastkę wykonywaną przez Uliego Hoenessa, dzięki czemu został pierwszym golkiperem w dziejach światowego czempionatu, który na jednym turnieju dwukrotnie zatrzymał strzały z wapna. Nie był jednak w stanie uchronić drużyny przed porażką. Obustronna wymiana ciosów padła łupem gospodarzy. Nasi zawodnicy nie znaleźli sposobu na świetnie dysponowanego Seppa Maiera. Jedyną bramkę zdobył legendarny Gerd Muller, zapewniając Niemcom trzeci finał Mistrzostw Świata. Grupę A wygrała tymczasem fenomenalna Holandia a drugie miejsce zajęli Brazylijczycy. Właśnie z aktualnymi Mistrzami Świata przyszło zmierzyć się zawodnikom Kazimierza Górskiego o srebrny medal. Tuż po wodnym starciu z RFN pojawiło się trochę luzu w szeregach ekipy, co jeszcze bardziej spotęgowała możliwość sprowadzenia do hotelu jednej osoby przez każdego z polskich bohaterów. Do większości piłkarzy przyjechały żony lub partnerki, do części jeden z rodziców. Luz bardzo dobrze zadziałał na głowy Polaków. Zupełnie odmienna atmosfera panowała w ekipie Canarinhos. Z uwagi na brak obrony tytułu, w swoim kraju zostali już przeklęci. Chcieli za wszelką cenę udowodnić swoją wyższość w małym finale. Na mecz z naszą drużyną wyszli bardzo zmotywowani. Można powiedzieć, że wręcz przemotywowani. Zdecydowanie więcej samby zaprezentowali Biało-Czerwoni. Prawdziwym maestro został Grzegorz Lato, autor ponad 50-metrowego rajdu, zakończonego jedynym w tym meczu trafieniem, zapewniającym naszym zawodnikom trzecie miejsce na świecie. Cała polska załoga została w Niemczech aż do wielkiego finału, który oglądała z perspektywy trybun. Niestety, nie wszyscy dotarli na to spotkanie. Część działaczy postanowiła zarobić i przehandlowała swoje bilety. Na boisku w Monachium miała miejsce swoista powtórka finału sprzed dwudziestu lat. Oranje, podobnie jak Węgrzy w Bernie, szybko wyszli na prowadzenie za sprawą karnego Neeskensa. Piłkarsko byli znacznie lepsi od Niemców. Ci jednak wygrali wyrachowaniem, ponownie odwracając losy Mistrzostwa Świata. Trafienia Breitnera i Mullera spowodowały, że zawodnicy Helmuta Schona mogli na oczach własnego kraju świętować drugi tytuł mistrzowski. Franz Beckenbauer spełnił obietnicę złożoną swojemu ojcu 20 lat wcześniej i wzniósł do góry Puchar Świata. Jak smakował drugi triumf Niemiec Zachodnich w ich kraju? Słodko-gorzko. Niby była euforia, ale nie taka jak po pierwszym Mistrzostwie Świata, a nawet nie taka jak dwa lata wcześniej, gdy RFN okazała się najlepszą drużyną w Europie. Poza tym wiele osób nie mogło wybaczyć swoim zawodnikom porażki 0:1 z NRD, poniesionej w swoim pierwszym turniejowym meczu. Holandia z 1974 roku bije się w opowiadaniach i wspomnieniach z Węgrami z 1954 roku o miano najpiękniejszych przegranych w historii. Główny dowódca pomarańczowej bandy, Johan Cruijff, wspominał w swojej biografii: „Nasze występy wywołały na całym świecie pozytywne reakcje i wzbudziły podziw dla naszej gry, a to było znacznie ważniejsze. Daliśmy nadzieję wszystkim zawodnikom, którzy, jak ja, nie byli wielcy ani silni. Podczas tego turnieju w pewnym sensie zmieniła się cała filozofia gry w piłkę. Owa filozofia była w gruncie rzeczy bardzo prosta i pozostaje taka do dziś. Oto piłka i albo wy ją macie, albo oni ją mają. Jeśli jest w waszym posiadaniu, oni nie zdobędą bramki. Jeśli zrobicie z piłki odpowiedni użytek, zyskujecie większą szansę na dobry wynik”.
Królem strzelców futbolowych zmagań w RFN został strzelec 7 goli, Grzegorz Lato. Drugą strzelbą, z pięcioma trafieniami, dysponowali Johan Neeskens i Andrzej Szarmach. Po powrocie naszych piłkarzy do Polski, rozpoczęło się istne szaleństwo. Ponad 100 tysięcy Warszawiaków wyszło na ulice stolicy, by oglądać ich przejazd autokarem z otwartym dachem. Zawodnicy niemal utracili życie prywatne. Gdzie tylko się pojawili, tam momentalnie otaczał ich tłum w celu zrobienia zdjęcia, zdobycia autografu, samej rozmowy. W corocznym plebiscycie Przeglądu Sportowego na najlepszego sportowca roku aż trzy z pięciu czołowych lokat zajęli srebrni medaliści Mistrzostw Świata. Deyna był drugi, Lato czwarty, a Gadocha piąty. Wymiar pierwszego wielkiego sukcesu polskiej piłki nożnej znakomicie opisał Kazimierz Górski: „Zaczęło się od głodu sukcesu. W społeczeństwie biednym, któremu wmawiano, że jest dobrze, mamiono wielkomocarstwowymi obietnicami lub statystykami, sport spełniał rolę szczególną. Był uśmiechem, czymś dobrym i pięknym. Wszyscy byliśmy spragnieni osiągnięć drużyny narodowej”. Jan Tomaszewski w książce Karoliny Apiecionek ,,Mundial 1974. Dogrywka” wspominał: „Pan Kazimierz Górski był dla mnie papieżem polskiej piłki. Jako szkoleniowiec był bardzo dobry, jako człowiek – fenomenalny! Wszyscy mówią: miał zawodników. Nie, cały czas szukał! Bulzacki, bohater z Wembley nie gra, wchodzi jakiś gówniarz Żmuda. Strzelec złotej bramki, Jasiu Domarski, nie gra, wchodzi jakiś młokos Szarmach. Leszek Ćmikiewicz nie gra, wchodzi jakiś Ślązak Zygmunt Maszczyk i co się okazuje? Ta drużyna zdobywa trzecie miejsce na świecie! To jest po prostu niemożliwe! A jednak pan Kazimierz tego dokonał”.
7
@FCBparasiempre
Jeśli zapytamy przeciętnego Polaka, z czym kojarzy mu się 1974 rok, to bez wątpienia, nieważne czy zna się na piłce nożnej czy nie, wskaże na trzecie miejsce naszych rodaków na Mistrzostwach Świata, wywalczone w Republice Federalnej Niemiec. W związku z tym przedstawię przede wszystkim kulisy wspaniałego występu podopiecznych trenera tysiąclecia, Kazimierza Górskiego. Niemcy Zachodnie miały sporo czasu na solidne zorganizowanie jubileuszowego, 10. turnieju Mistrzostw Świata. Organizacja została im powierzona niemal 10 lat przed jego rozpoczęciem. Po tym jak Puchar Rimeta trafił na własność Brazylijczyków, ogłoszono plebiscyt na nowy puchar dla zwycięzcy. Spośród zgłoszeń wybrano dzieło włoskiego rzeźbiarza, Silvio Gazzanigi. Oryginał został wykonany z 18-karatowego złota, waży 6,175 kg przy 36 cm wysokości. Tym razem ustalono, że w żadnym przypadku nie trafi do jakiejkolwiek krajowej federacji, bez względu na liczbę triumfów na największej piłkarskiej imprezie na świecie. Każdy zwycięzca otrzyma pozłacaną replikę i musi pocieszyć się tym, że zostanie wygrawerowany na spodzie oryginalnego trofeum, które na co dzień znajduje się w siedzibie FIFA. Co ciekawe, po Mundialu w 2038 roku nie będzie już miejsca na kolejnego triumfatora. Do eliminacji zgłosiło się 99 drużyn. Siedem z nich (Filipiny, Gabon, Indie, Jamajka, Madagaskar, Sri Lanka i Wenezuela) wycofało się przed startem. Polska wylądowała w piątej grupie strefy europejskiej wraz z wyspiarskim towarzystwem, Anglią i Walią. Nie ma wątpliwości, że zdecydowanym faworytem byli Mistrzowie Świata z 1966 roku. Biało-Czerwoni tworzyli młodą, zdolną drużynę, scementowaną triumfem na Igrzyskach Olimpijskich w 1972 roku. Kwalifikacje do mundialu rozpoczęliśmy fatalnie, przegrywając na wyjeździe z Walią 0:2. Tylko cud na Stadionie Śląskim mógł przedłużyć nasze nadzieje na awans. I cud się wydarzył, po bramkach Gadochy i Lubańskiego pokonaliśmy Anglię 2:0. Niestety, strzelec drugiej bramki świętował przez łzy. Po starciu z McFarlandem doznał paskudnej kontuzji, po której przeszedł dwie nieudane operacje. Całe nieszczęście na długo wyeliminowało go z gry w piłkę. Nasz najlepszy napastnik tamtych czasów wspominał tę sytuację w książce ,,Życie jak dobry mecz”: „Nie zapomnę tego do końca życia. Oprócz strasznego bólu, który wydawał mi się nie do wytrzymania, była jeszcze jedna rzecz, bardzo mnie niepokojąca – niesamowity trzask, który usłyszałem. To był trzask kosteczki, która się odrywała od ścięgna”. Już bez Lubańskiego Polacy wygrali z Walią 3:0 a następnie pojechali na Wembley stoczyć bezpośrednie starcie z Synami Albionu o bilety do RFN. Pozycję wyjściową mieli ciut lepszą, bo wystarczał im remis. W pierwszej połowie dzielnie i heroicznie odbierali ataki gospodarzy a dwanaście minut po wznowieniu gry wyszli na prowadzenie za sprawą trafienia Jana Domarskiego. Nie cieszyli się z niego zbyt długo, bo już kilkaset sekund później z rzutu karnego wyrównał Allan Clarke. Wynik 1:1 utrzymał się do końcowego gwizdka, co oznaczało pierwszy od 1938 roku awans na piłkarskie Mistrzostwa Świata. Sam mecz urósł do miana legendy, tak jak m. in. interwencje Jana Tomaszewskiego, którego przed meczem Brytyjczycy porównywali do clowna i sama bramka Domarskiego, do dzisiaj kojarzonego przede wszystkim z tym dokonaniem. Na karty pod autografy wkradł się jednak mały chochlik. Władze kraju i działacze Polskiego Związku Piłki Nożnej zakładały, że złoty remis na Wembley i pierwszy po II Wojnie Światowej awans na Mistrzostwa Świata jest szczytem możliwości podopiecznych Kazimierza Górskiego: „Jedziemy, bo jedziemy, ale nie stawiamy przed wami żadnych celów. Po prostu nie przynieście nam wstydu. Tam będą grały największe gwiazdy światowej piłki”. Takie podejście drażniło złotych medalistów Igrzysk Olimpijskich z 1972 roku w Monachium. Wyrażało totalny brak wiary w samych zawodników i trenera. Kazimierz Górski zabrał na mundial następujących zawodników: Jan Tomaszewski, Andrzej Fischer, Zygmunt Kalinowski, Antoni Szymanowski, Zbigniew Gut, Jerzy Gorgoń, Henryk Wieczorek, Mirosław Bulzacki, Władysław Żmuda, Adam Musiał, Lesław Ćmikiewicz, Kazimierz Deyna, Henryk Kasperczak, Zygmunt Maszczak, Roman Jakóbczyk, Grzegorz Lato, Andrzej Szarmach, Robert Gadocha, Jan Domarski, Zdzisław Kapka, Kazimierz Kmiecik, Marek Kusto. Asystentami szkoleniowca byli Jacek Gmoch i Andrzej Strejlau, którzy niespecjalnie za sobą przepadali. Mistrzostwa Świata rozegrano w dniach 13 czerwca – 7 lipca 1974 roku na stadionach w dziewięciu miastach: Monachium, Berlin, Stuttgart, Gelsenkirchen, Düsseldorf, Frankfurt, Hamburg, Hannover i Dortmund. Na długo przed rozpoczęciem zawodów zastanawiano się nad opcją zwiększenia liczby finalistów. Finalnie zrezygnowano z pomysłu i w Niemczech wystąpiło 16 drużyn: Republika Federalna Niemiec (gospodarz), Brazylia (mistrz), Polska, Bułgaria, NRD, Włochy, Holandia, Szkocja, Szwecja, Jugosławia, Argentyna, Chile, Urugwaj, Haiti, Australia i Zair. Wprowadzono natomiast nowy format rozgrywek, mający zwiększyć liczbę meczów. Trzeba przyznać, że uatrakcyjnił zawody i bardzo dobrze zdał egzamin. Zrezygnowano z fazy pucharowej, zastępując ją drugą fazą grupową. Zestawienie pierwszej rundy:
Grupa 1: Australia, Chile, NRD, RFN
Grupa 2: Brazylia, Jugosławia, Szkocja, Zair
Grupa 3: Bułgaria, Holandia, Szwecja, Urugwaj
Grupa 4: Argentyna, Haiti, Polska, Włochy
Dwie najlepsze drużyny z każdej z grup zapewniało sobie awans do najlepszej ósemki zawodów, podzielonej na dwie grupy. I tutaj każdy grał z każdym. Zwycięzcy drugich grup awansowali do wielkiego finału, a wiceliderzy rozgrywali między sobą mecz o 3. miejsce. Co ważne, od tego turnieju aż po mundial we Francji w 1998 roku, nagradzano wszystkich “półfinalistów”. Za pierwsze miejsce przyznawano złote medale, za drugie srebrne pozłacane, za trzecie srebrne, a za czwarte brązowe. Przed bezbramkowym meczem otwarcia we Frankfurcie, rozegranym między Brazylią a Jugosławią, piosenkę Futbol odśpiewała Maryla Rodowicz. Reprezentacja Polski rozpoczęła swoje zmagania trzeciego dnia turnieju. Wydawało się, że, wobec kontuzji Włodzimierza Lubańskiego, podstawowym napastnikiem będzie bohater z Wembley, Jan Domarski. Górski postawił tymczasem na zawodnika, który na szczeblu reprezentacyjnym ogrywał się głównie w młodzieżówce prowadzonej przez Andrzeja Strejlaua. Wielu miało wątpliwości co do wyboru Andrzeja Szarmacha. Sam zainteresowany był zaniepokojony, co wyraził w swojej biografii ,,Diabeł nie anioł”: „Jak to ja? Nie Domarski? Pełne zaskoczenie i dla mnie, i dla kolegów z drużyny. W głowie gonitwa myśli. Noc długa i prawie nieprzespana. I pytana: Co robić? Jak grać? Czy dam radę?” Zdecydowanie dał radę. W pierwszym meczu z Argentyną już w ósmej minucie zamknął usta krytykantom i uciszył swoje czarne myśli. W tym momencie Biało-Czerwoni prowadzili już 2:0, bowiem chwilę wcześniej trafił Lato. Na kontaktową bramkę Heredii z 60. minuty momentalnie odpowiedział Lato. Na nic zdał się gol Babingtona na 3:2. Mecz zakończył się właśnie takim rezultatem. Piłkarski świat w szoku, Polacy nie dowierzali. W Murrhardt, malowniczym miasteczku goszczącym naszą reprezentację, zapanowała wielka radość. Mieszkańcy w momencie pokochali zawodników znad Wisły i wspierali ich równie mocno jak swoją drużynę. Trener i jego podopieczni zaczęli otrzymywać listy z gratulacjami z całej Polski, co trwało aż do zakończenia turnieju. Ponadto do Laty, Szarmacha, Deyny i spółki zaczęli przybliżać się przedstawiciele zachodnich klubów, kusząc dużymi pieniędzy. Sytuacja polityczna w kraju cały czas była zła, zawodnicy mieli zakaz zagranicznych transferów aż do ukończenia 30. roku życia. Pozostanie na zachodzie było równoważne z ucieczką. Drugą przeszkodą było starcie z egzotyczną reprezentacją Haiti. Było jasne, że rywale są o klasę gorsi od naszych zawodników, choć w kwietniu przed mundialem okazali się górą w bezpośrednim meczu towarzyskim, wygrywając 2:1. Na turnieju Polacy nie pozostawili żadnych złudzeń. Kanonada strzelecka, 7:0, jedno z najwyższych zwycięstw w historii Mistrzostw Świata. Łupem bramkowym podzielili się Lato x2, Deyna, Szarmach x3 i Gorgoń. Tym samym Orły Górskiego zapewniły sobie awans do drugiej rundy grupowej. Wcześniej trzeba było jeszcze rozegrać ostatnie starcie pierwszej fazy. Przed meczem z Włochami rozpoczęły się próby “motywacji” Polaków. Biało-Czerwoni awans mieli już w kieszeni, zatem było pewne, że jedna z ekip, wymienianych przed turniejem w gronie faworytów do zwycięstwa, niebawem pojedzie do domu. Włoska federacja obiecała swoim piłkarzom po 30 tys. dolarów premii za awans do czołowej ósemki. Ci postanowili zaproponować 10% swojego wynagrodzenia piłkarzom Górskiego. 3 tys. dolarów było sumą, za którą w ówczesnej Polsce można było kupić samochód z górnej półki. Ostatecznie przybyszom z Półwyspu Apenińskiemu nie udało się dotrzeć do naszych zawodników i przekazać ustalonej przez siebie sumy. Polacy znów dali popis swoich umiejętności, wygrywając z Włochami 2:1 po golach Szarmacha i Deyny. Koniec tematu? Otóż nie. Ponad osiem lat później Grzegorz Lato trafił do meksykańskiego Atlante, gdzie spotkał argentyńskiego piłkarza, Rubena Ayalę. Ten powiedział mu, że przed starciem Polski z Włochami wraz z kolegami z drużyny zebrał 22 tys. dolarów, z czego 18 tys. zostało przekazane żonie jednego z Polaków wraz z apelem o zwycięstwo z bezpośrednim przeciwnikiem do awansu. Niczego nieświadomi piłkarze Górskiego, no może poza jednym wyjątkiem, wygrali. Argentyna w tym samym czasie pokonała Haiti 4:1, zatem z perspektywy przybyszy z Ameryki Południowej wydawało się, że wszystko poszło zgodnie z ustalonym planem. Lato przekazał informację kolegom z drużyny i rozpoczęło się poszukiwanie piłkarza, który bez wiedzy pozostałych przytulił 18 tys. dolarów. Bez skutku. Po latach milczenie przerwał Iggy Boćwiński, Argentyńczyk polskiego pochodzenia, który stwierdził, że to on przekazał pieniądze, a odbiorcą była żona Roberta Gadochy. „Robert zachował pieniądze dla siebie. Zresztą zaskoczył mnie tym zupełnie. Zapytałem, jak zamierza podzielić kasę. Wtedy powiedział: . Byłem bardzo zaskoczony taką postawą Gadochy”. Orły Górskiego przeklęły byłego zawodnika Legii Warszawa. W gruncie rzeczy nie ma co się dziwić – za wygranie mundialowego meczu dostawali raptem po… 40 dolarów. Po wyjściu na jaw całej sprawy, Gadocha praktycznie odizolował się od świata. Do sytuacji odniósł się dopiero w 2013 roku, zapewniając, że żadnych pieniędzy nie przyjął.
9
To był „nasz” Mundial:
@Adran360
@Bernard777
@FcPortoFan1999
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_
12
Cules nie zapominają o pierwszych legendach FC Barcelony:
13 czerwca 1877 r. w Berlinie urodził się Udo Steinberg niemiecki inżynier, sportowiec oraz działacz sportowy i pierwszy Niemiec w Dumie Katalonii. W 1902 roku zdobył dwa pierwsze gole przeciwko Realowi Madryt(ówcześnie FC Madrid) jako zawodnik FC Barcelony w pierwszej edycji Pucharu Króla, co czyni go pierwszym strzelcem w El Clásico. Steinberg pracował między innymi w sporcie-piłki nożnej, lekkoatletyki, krykieta, tenisa, kolarstwa, boksie i dyscyplinach alpejskich, pracował również jako redaktor sportowy. Od 1901 do 1910 Udo Steinberg był aktywnym piłkarzem Blaugrany. W 1902 roku założył klubową szkołę piłkarską, poprzedniczkę „La Masii”, którą kierował do 1916 roku. Od 1906 r. pisał jako redaktor w gazecie sportowej „El Mundo Deportivo”. W tym samym roku objął przewodnictwo w „Związku Klubów Piłkarskich Barcelony”, które później przekształciło się w Kataloński Związek Piłki Nożnej. Oprócz swojej pasji do piłki nożnej, był również entuzjastą lekkoatletyki, krykieta, tenisa, piłki rowerowej(gymkhana) i hokeja, udzielał się również jako sędzia. W owym czasie Steinberg był uważany za najskuteczniejszego napastnika FC Barcelony z ponad 60 golami. W 1910 roku zakończył aktywną karierę jako regularny zawodnik Blaugrany z powodów zawodowych.
@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360
13
Dyktatura Franco wobec Dumy Katalonii:
13 czerwca 1943 r. doszło do skandalu na Estadio Chamartin w Madrycie. FC Barcelona przegrała 11:1 z Realem Madryt w rewanżowym półfinale Copa del Generalismo. W pierwszym spotkaniu na Camp Nou Blaugrana wygrała pewnie 3:0 i na trybunach po raz pierwszy w Hiszpanii dało się słyszeć gwizdy przeciwko dyktaturze Franco. Ruszyła wtedy machina propagandowa przeciwko Dumie Katalonii i jej graczom. Cegiełkę dołożył Real, który do każdego biletu na mecz rewanżowy dołączał gwizdek, którego kibice mieli używać, gdy jakikolwiek gracz Barçy dojdzie do piłki. Gracze gości dostali w szatni ,,instrukcje” przekazane przez Dyrektora Generalnego ds. Bezpieczeństwa Narodowego aby swoją grą nie wzburzać tłumu a niektórym graczom takim jak Escola, Balmanya i Raich przypomniano iż reżim odpuścił im wcześniejsze winy za wspieranie przeciwnych władzy frakcji w czasie wojny domowej. Podobne zalecenia dał tuż przed meczem arbiter spotkania Celestino Rodriguez. Spotkanie było jednostronne, kibice obrzucali bramke Blaugrany kamieniami i monetami, które dawno wycofano z obiegu. Bramkarz stał więc przy linii pola karnego, co ułatwiało Realowi zdobywanie goli. Prawda jest taka że piłkarze Barçy byli w szatni zastraszani a nawet grożono im śmiercią. To była typowa ustawka reżimu Franco. Po meczu gości z niezrozumiałych powodów ukarano za zamieszki razem z gospodarzami a prezydenci obu klubów ustąpili ze stanowiska. Ze strony FC Barcelony był to Enrique Piñeyro, członek reżimu ale jednocześnie człowiek honorowy, który złożył oficjalny protest i poparł go swoją rezygnacją. W Realu Madryt nowym prezydentem został Santiago Bernabeu.
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_
11
@FCBparasiempre
W historii piłkarskich mistrzostw świata znajdziemy wiele dramatycznych spotkań. Niespodziewane zwroty akcji, wspaniałe bramki, czy indywidualne popisy zawodników na długo zapadają kibicom w pamięć. Podobnie jest z hitami, które obfitują w wiele ostrych, czy nierzadko wręcz brutalnych starć. W wielu turniejach sympatycy futbolu byli świadkami pojedynków, które przeszły do historii jako „bitwy”. Bitwa o Norymbergę z 2006 r., bitwa o Santiago z 1962 r., czy bitwa o Berno z 1954 r. to najsłynniejsze z nich. Również przed wojną zawodnicy nie przebierali w środkach, żeby przechylić szalę zwycięstwa na swoją korzyść. Do historii przeszło spotkanie Brazylii z Czechosłowacją z 1938 r., które określa się jako bitwę o Bordeaux. Dla Brazylii był to trzeci występ w mistrzostwach świata. Podczas turniejów w Urugwaju i Włoszech kończyli swój udział na pierwszej rundzie. Tym razem miało być jednak inaczej. Kiedy piłkarze pojechali do Francji, cały kraj ogarnął niespotykany wcześniej entuzjazm. Według dziennikarzy liderami zespołu mieli być Domingos da Guia i Leônidas da Silva. Pierwszy trzymał w ryzach formację obronną a Alex Bellos pisał o nim, że miał taki spokój i siłę charakteru, że potrafił dryblingiem wyjść nawet z najgorszej sytuacji. Drugi był błyskotliwym środkowym napastnikiem, a o jego technice, kociej zwinności i zaskakujących strzałach krążyły już legendy. Dzięki swoim akrobatycznym popisom w polu karnym rywali zyskał przezwisko człowiek guma. Nasi południowi sąsiedzi jechali do Francji jako wicemistrzowie świata. We Włoszech dali rady pokonać jedenastki gospodarzy, która wspierana była przez szwedzkiego sędziego Eklinda. Mimo porażki po powrocie witały ich tysiące kibiców. Reprezentacja była oparta o piłkarzy praskich Sparty i Slavii, jedynie paru zawodników występowało w innych klubach. Niekwestionowaną gwiazdą był František Plánička, którego obok Ricardo Zamory i Rudiego Hidena zestawiano jako jednego z najlepszych bramkarzy lat 30. Nie bał się ryzyka i często odważnie rzucał się pod nogi napastników. Dzięki swojej zwinności zyskał przydomek kot z Pragi. W ataku brylował król strzelców poprzednich mistrzostw Oldřich Nejedlý, a wspierał go Antonín Puč, który jest najskuteczniejszym strzelcem w historii reprezentacji Czechosłowacji. W drodze do ćwierćfinału Brazylijczycy musieli wcześniej uporać się z Polską. Mecz przeszedł do historii. Wynik 6:5 przez wiele lat był rekordem w liczbie strzelonych bramek w jednym meczu. Osiągniecie Wilimowskiego, który strzelił cztery gole, wyrównał dopiero 28 lat później Eusébio. Do legendy przeszedł też występ Leônidasa, który miał podobno grać… na bosaka, ale to oczywiście nieprawda. Chociaż chciał i odrzucił nawet buty w kierunku ławki rezerwowych, jednak Ivan Eklind nie pozwolił mu na kontynuowanie gry. Prawdą jest natomiast, że gola strzelił bosą nogą, gdyż chwilę wcześniej jego but ugrzązł w błotnistej murawie. Szerzej o tamtym spotkaniu pisał Bartek Matulewicz w tym miejscu. Również Czechosłowacy nie zdołali rozstrzygnąć swojego pierwszego meczu na francuskich mistrzostwach w ciągu 90 minut. W Le Havre na stadionie Cavee Verte mierzyli się z Holendrami, którzy nie należeli wtedy do gigantów europejskiego futbolu. Mimo to po ostatnim gwizdku utrzymywał się bezbramkowy remis. Dopiero w dogrywce Josef Košťálek po zamieszaniu w polu karnym zdołał pokonać Adriaana van Male. Holendrzy zerwali się do kontrataków, ale Plánička był tego dnia świetnie dysponowany. Podbudowani strzeleniem pierwszej bramki gracze Czechosłowacji jeszcze dwukrotnie trafili do siatki rywali i spotkanie zakończyło się ich wyraźnym zwycięstwem. 40 tys. zgromadzonych na trybunach kibiców przyszło na Stade du Parc Lescure w Bordeaux, żeby oglądać wielkie widowisko. Naprzeciw siebie stanęli przecież finezyjni i znakomici technicznie Brazylijczycy, którzy wielu oczarowali swoją grą w meczu z Polską i jedna z najlepszych drużyn świata – Czechosłowacja. Płonne niestety były ich nadzieje. Mecz zapewne na długo pozostał w ich pamięci, ale bynajmniej nie z powodów sportowych.
Pewni siebie Brazylijczycy spodziewali się dość łatwej przeprawy. Sądzili, że skoro potrafili wygrać w takich okolicznościach z Polską, to poradzą sobie też z naszymi południowymi sąsiadami. Tymczasem Czechosłowacy od początku grali bardzo uważnie i ostrożnie, nie pozwalali wirtuozom z Ameryki Południowej na zbyt wiele. Być może niespodziewane trudności w rozegraniu piłki sprawiły, że ekipa Brazylii zaczęła tracić opanowanie i coraz trudniej było im utrzymać nerwy na wodzy. Pierwszym, który nie wytrzymał był Zezé Procópio. Po około kwadransie gry, za bezmyślne kopnięcie w brzuch Oldřicha Nejedlego, sędzia Pál von Hertzka z Węgier wyrzucił go z boiska. Od tej chwili gra się zaostrzyła, choć wcześniej też nie brakowało fauli. Pierwsi przepisy przekroczyli co prawda Czesi, ale było to w normalnej, sportowej walce, bez złośliwości. Co chwilę ktoś zwijał się z bólu na murawie. Raz jedni, raz drudzy, częściej faulowali jednak przybysze zza oceanu. „Przegląd Sportowy” określił mecz mianem mordowni i pisał, że Brazylijczycy pokazali „pazurki”. Dziennikarze w pomeczowych relacjach nie mogli się nadziwić, co stało się z naszymi niedawnymi rywalami, którzy przecież w walce z Polską starali się być dżentelmenami. Przewaga była po stronie Brazylijczyków. Znakomite zawody rozgrywał znowu Leônidas, na skrzydle świetnie dysponowany był Lopes, a Domingos da Guia stanowił w obronie mur nie do przejścia. Za wszelką cenę chcieli zdobyć bramkę i nie przebierali w środkach. Wreszcie ich starania przyniosły skutek. W 30. minucie gry Leônidas świetnie przyjął piłkę tuż przed polem karnym, zwiódł defensywę i strzelił nie do obrony. Plánička nie próbował nawet interweniować. Brazylia grała w osłabieniu, ale prowadziła. Powinna raczej uspokoić grę i kontrolować jej przebieg. Gorący południowy temperament znów jednak dał o sobie znać. Jeszcze przed końcem pierwszej odsłony Machado w ordynarny sposób kopnął Jana Říhę. Czech nie pozostał dłużny i po wymianie ciosów obaj musieli udać się do szatni. Na początku drugiej połowy tego wątpliwej urody spektaklu przewaga zarysowała się po stronie Czechosłowaków. Nie potrafili jej jednak udokumentować. Atak ich był powolny i nieskuteczny, popełniali proste błędy. Brakowało kogoś, kto potrafiłby wziąć ciężar gry na siebie i swoimi indywidualnymi umiejętnościami przechylić szalę zwycięstwa. Szczęście uśmiechnęło się do nich w 65 minucie. Po zagraniu piłki ręką w polu karnym Brazylii rzut karny na bramkę zamienił Nejedlý. Wkrótce potem czechosłowacki snajper po jednym z ostrych starć musiał opuścić boisko. Jak się później okazało, złamał on nogę i ta kontuzja praktycznie zakończyła jego międzynarodową karierę. Siły się wyrównały. Obie drużyny musiały radzić sobie w dziewiątkę. Brazylijczycy byli szybsi, lepsi technicznie i przeważali w środku pola, gdzie świetnie radził sobie kapitan Martim. W dogrywce role się odwróciły. Więcej sił zachowali nasi sąsiedzi. Brazylia grała jednak na czas i wyraźnie dążyła do utrzymania wyniku, który oznaczał powtórzenie meczu. Cel osiągnęli. Spotkanie zakończyło się wynikiem 1:1. Bitwa o Bordeaux zakończyła się usunięciem z boiska trzech piłkarzy, co było swoistym rekordem mistrzostw. Lekkich urazów doznali Leônidas i Perácio. W starciu z tym drugim wielkiego pecha miał Plánička. W końcówce odważnie rzucił się Brazylijczykowi pod nogi, ale w chwilę później zwijał się z bólu. Dzięki zabiegom medycznym zdołał wrócić na boisko i obronił jeszcze parę groźnych strzałów. Wydawało się, że niedyspozycja była tylko chwilowa, ale wieczorne prześwietlenie potwierdziło najgorsze obawy. Okazało się, że czeski bramkarz złamał rękę i turniej właśnie się dla niego zakończył. To był jego ostatni, 73. występ w narodowych barwach. Oprócz połamanych Plánički i Nejedlego, do grona kontuzjowanych w ekipie Czechosłowacji dołączył Josef Košťálek, który doznał poważnego urazu żołądka. To była prawdziwa rzeźnia, jak pisano w prasie.
Do powtórzonego meczu doszło dwa dni później. Brazylijczycy wymienili prawie cały skład. Zostawili tylko Leônidasa i bramkarza Waltera. Byli tak pewni zwycięstwa, że większość z nich jeszcze przed rozpoczęciem spotkania udała się do Marsylii, gdzie miał odbyć się półfinał, w którym czekali już Włosi. Czesi przeprowadzili sześć zmian. W bramce zagrał Karel Burkert, który godnie zastąpił kota z Pragi. W ataku miejsce Nejedlego zajął Vlastimil Kopecký. To właśnie on wyprowadził europejski zespół na prowadzenie. Niedługo później doznał kontuzji i musiał opuścić boisko. Wrócił co prawda po przerwie, ale wtedy już rywale zaczynali kontrolować przebieg gry. Na drugą odsłonę reprezentanci Brazylii wyszli niesamowicie zdeterminowani. Grali znakomicie. Tuż przed upływem godziny gry wyrównał niezawodny Leônidas. Czechosłowacy zerwali się jeszcze do ataku i przeprowadzili akcję, po której wydawało się, że znowu wyjdą na prowadzenie. Strzelał Karel Senecký, którego po pierwszym meczu w trybie pilnym ściągnięto z Pragi, a piłkę z linii… albo już zza linii, o czym nie sposób dziś rozsądzić, zdołał wygarnąć Walter. Faktem jest jednak, że sędzia Georges Capdeville gola nie uznał. Wynik strzałem głową ustalił w 62. minucie Roberto. Brazylijczycy mogli szykować się do półfinałowego występu. Grając bez Leônidasa, musieli jednak uznać wyższość Włochów, którzy zmierzali po drugi tytuł mistrza świata. W meczu o trzecie miejsce Brazylia zdołała jednak pokonać Szwecję i po raz pierwszy tak wyraźnie zaznaczyła swoją obecność na mistrzostwach świata. Już wtedy mieli w składzie wielkie gwiazdy, które w kraju chciały podziwiać dziesiątki tysięcy kibiców. Nie tworzyli jednak jeszcze drużyny, odstawali od europejskich drużyn pod względem taktycznym, a na dodatek, o czym dobitnie przekonali się Czesi, grali bardzo brutalnie. Nasi południowi sąsiedzi marzenia o sferze medalowej musieli odłożyć do 1962 r. Tam po raz kolejny mieli okazję spotkać się z… Brazylią ale to już temat na inną opowieść.
10
Bitwa o Bordeaux:
@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360
12
Żywe legendy rodzimego futbolu:
12 czerwca 1971 r. w Słupsku urodził się Tomasz Iwan, pomocnik. Klubową karierę rozpoczynał w Jantarze Ustka(1988 r.) Na najwyższym poziomie rozgrywkowym debiutował w Olimpii Poznań. W sezonie 1991/92 trafił do ŁKS-u Łódź. Rok później wrócił do Wielkopolski. Grał w poznańskiej Warcie. W 1994 r. Tomasz Iwan podpisał kontrakt z holenderską Rodą JC Kerkrade. Dobre występy zaowocowały transferem do Feyenoordu Rotterdam. Największe sukcesy Tomasz Iwan odnosił jednak z PSV Eindhoven. W klubie z południowej Holandii grał przez 4 sezony (1997-2001). Dwukrotnie zdobywał z drużyną mistrzostwo kraju. Od 2001 r. występował w klubach austriackich (Austria Wiedeń, Admira Wacker Mödling). W 2005 roku wrócił do Polski. Grał w Lechu Poznań. Z powodu kontuzji, po sezonie zakończył karierę. Tomasz Iwan debiutował w kadrze meczem Polska - Francja(Paryż, 1:1). Wraz z kolegami, wywalczył awans na mundial 2002, w Korei i Japonii. Decyzją trenera Jerzego Engela, nie znalazł się w kadrze na MŚ w Azji. Jego nieobecność w kadrze na Mistrzostwa Świata w Korei i Japonii zszokowała nawet samych reprezentantów Polski, którzy protestowali u trenera Engela i bezskutecznie domagali się powołania swojego kolegi. Kolegi, który wystąpił w pięciu meczach eliminacyjnych i był ważną częścią grupy odpowiedzialnej za atmosferę w zespole. Na brak powołania urażony Iwan odpowiedział rezygnacją z dalszej gry w narodowych barwach. Iwan rozegrał w biało-czerwonych barwach 40 spotkań, strzelając 4 gole.
@Adran360
@Bernard777
@FcPortoFan1999
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_
13
Pierwsza sensacja w pierwszym w historii sezonie ligowym:
12 czerwca 1927 r. Warta Poznań poległa na własnym stadionie z Ruchem Wielkie Hajduki 1:4! Zwycięstwo Ruchu nad Wartą na jej boisku było dużą sensacją, nawet biorąc pod uwagę iż poznaniacy zagrali w osłabieniu(Spoida był chory, Śmiglak odsługujący powinność wojskową). Na błotnistym, fatalnym boisku Ruch wygrał zasłużenie. Śląski klub uznawany początkowo za jeden z najsłabszych w ligowej rywalizacji, pozostawał niepokonany od początku maja, notując już siódmy kolejny mecz bez porażki. Zarazem czwarte z rzędu zwycięstwo Ruchu na wyjeździe to rekord, który nie został pobity aż do końca sezonu. Dało to zaskakujący awans z ostatniego miejsca w tabeli, jakie Ruch zajmował w końcu kwietnia, na wysoką piątą lokate w połowie czerwca. Zadziwiająca metamorfoza zaskoczyła wszystkich. Z pozycji outsajdera rozgrywek ,,Niebiescy” stali się nagle jednym z czołowych zespołów ekstraklasy.
@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@NeroTFP1
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Bernard777
@Adran360
10
Debiut wyjątkowej legendy FC Barcelony:
12 czerwca 1958 r. w barwach Dumy Katalonii zadebiutował genialny węgierski napastnik Sandor Kocsis. Debiut przypadł na towarzyski mecz z SC Preußen Münster, wygrany przez FC Barcelone 5:2. Co prawda przeciwnik nie był z najwyższej półki, jednak Kocsis zdołał strzelić 2 gole w tym meczu a więc debiut należy uznać za bardzo udany.
@Adran360
@Bernard777
@AssisMoreira
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_
9
„Copa Martini Rossi”:
12 czerwca 1949 r. FC Barcelona pokonała FC Porto 3:1 w meczu o Puchar Martini Rossi. To było piłkarskie trofeum, którym ta sama firma handlowa nagradzała zwycięzcę kilku meczów towarzyskich organizowanych przez FC Barcelona w latach 40. i 50., w których Barça mierzyła się z wieloma znanymi europejskimi klubami. Spotkania odbywały się na legendarnym stadionie „Camp de Les Corts” w Barcelonie, zazwyczaj jako mecz kończący sezon, aby oddać hołd piłkarzom przechodzącym na emeryturę. W tym wypadku hołd został oddany legendarnemu Josepowi Escoli. Zwycięzca tych meczów otrzymywał puchar ufundowany przez włoską firmę produkującą napoje Martini Rossi.
@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360
10
Ciężkie czasy reżimu:
12 czerwca 1940 r. ustalono pierwszy statut FC Barcelony po wojnie domowej. Po raz pierwszy klub przyjął nazwę hiszpańską(Club de Futbol Barcelona) a nowym prezydentem został Frankista Enrique Piñeyro Queralt, który nie posiadał karty socio i nigdy nie był na żadnym meczu piłki nożnej. Artykuł nr. 3 statutu przewidywał że na koszulce znajdą się ,,dwa czerwone paski na żółtym tle” zamiast flagi Katalońskiej. Inny z punktów mówił że klub może zostać w każdej chwili rozwiązany, lecz leży to w gestii Hiszpańskiego Związku Piłki Nożnej.
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_