1

@chavez Co prawda, to prawda!

4

Przychodze z roboty i co widze!? Ten cholerny mafiozo Probierz podał się do dymisji!? No kto by się spodziewał!? Nie no nie wierze że ten wredny cwaniaczek sam z siebie podał sie do dymisji. Coś mi sie wydaje że następny mafiozo Kulesza zmusił go do takiej decyzji. Do pełni szczęścia brakuje jeszcze żeby ten cwaniaczek Kulesza podał się do dymisji!

2

@Safrani No to jest mi niezmiernie miło z tego powodu. Dzięki śliczne :)

9

Brazylijska „Joga Bonito”:


11 czerwca 1997 r. Paragwaj pokonał Chile 1:0 po golu Acuñii, w meczu otwierającym 38 edycje Copa America. W edycji tej po raz kolejny zmieniono zasady. 12 zespołów podzielonych zostało na 3 grupy. Do kolejnego etapu awansowały dwie najlepsze drużyny z każdej grupy, oraz dwie najlepsze z 3 miejsc. Następnie rozegrane zostały ćwierćfinały, półfinały, finał, oraz mecz o 3 miejsce. Za wygraną przyznawane były 3 punkty a za remis jeden. Boliwia ponownie otrzymała Copa América w 1997 roku. Lokalizacja(a przede wszystkim wysokość) była kluczowa, aby ,,Zieloni” stali się rewelacją rozgrywek, docierając do finału, w którym przegrali z Brazylią. Ronaldo, jedna z ówczesnych postaci światowego futbolu, został najlepszym zawodnikiem turnieju. Wśród najbardziej zaskakujących wyników w historii Copa América jest pogrom Peru przez Brazylie 7:0 w półfinale tych rozgrywek. Boliwia, która wszystkie swoje mecze rozgrywała na wysokości La Paz, triumfowała we wszystkich trzech meczach grupowych oraz w ćwierćfinale i półfinale. Jednak w meczu finałowym potęga Brazylii, ówczesnych mistrzów świata, wystarczyła, by zwyciężyć 3:1. Obie drużyny zakwalifikowały się do Pucharu Konfederacji. Na podium stanął także gościnnie Meksyk, który pokonał Peru. Gola zdobył Meksykanin Luis Hernández. Brazylia wygrała wszystkie 6 meczów strzelając 22 gole. Najszybszego gola strzelił Brazylijczyk Denílson w wygranym 0:7 meczu z Peru(1 minuta). Mecze rozgrywane były na stadionie w Sucre, La Paz, Oruro, Cochabamba i Santa Cruz. Mecze oglądało łącznie około 510 000 osób(średnio 19 615 na mecz). Najwięcej przyszło na starcie Brazylii z Boliwią (46 000). Najlepszym zawodnikiem turnieju wybrany został Brazylijczyk Luis Nazario de Lima. Najwyższy wynik padł w półfinałowym meczu pomiędzy Peru a Brazylią 0:7. Natomiast Luis Hernández w meczu Meksyk – Kostaryka(1:1), strzelił 2000 gola w historii turnieju.


@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360

3

@FCBparasiempre
Piłkarze zdołali się jeszcze zmobilizować na kolejny mecz, w którym 3:0 wygrali z Club Atlético Lanús, ale porażki poniesione w kolejnych dwóch starciach – z River Plate (2:5) i z Racingiem (1:4) – ostatecznie przekreśliły marzenia o tytule. Zawodnicy i kibice uważali, że zostali obrabowani przez dwóch arbitrów i trudno choć w części nie przyznać im racji. Hirschlowi i jego podopiecznym na pocieszenie pozostał fakt, że zespół strzelił najwięcej bramek w lidze (90), a Arturo Naón został wicekrólem strzelców. Za kulisami mówiło się, że Wielka Piątka, czyli Boca Juniors, Independiente, Racing, River Plate i San Lorenzo, jest zbyt mocna, żeby na stałe jej zagrozić. Nie tylko ze względu na liczebność i gwałtowność stojących za nią kibiców, ale też z uwagi na zaplecze polityczne, dzięki któremu możliwe było wywieranie nacisków na arbitrów. Cytowany wcześniej Guttmann przekonywał jednak, że Hirschl i jego podopieczni też nie byli do końca uczciwi. ,,Miał pewien sławny, albo raczej niesławny trick. Jego piłkarze trenowali z ciężkimi piłkami, takimi jak te używane w Anglii. W tamtych czasach w Ameryce Południowej panował zwyczaj grania piłką gospodarzy w pierwszej połowie i gości w drugiej ale Hirschl wpadł na pewien pomysł: dawał bramkarzowi kolczasty pierścień, żeby przebić piłkę rywali a potem grać już tą cięższą, do której Gimnasia była przyzwyczajona. Mówię wam: to był kawał skurczybyka”– opowiadał Guttmann. Ofensywny styl, jaki prezentował zespół Hirschla, otworzył mu drzwi do największych argentyńskich klubów. W 1934 r. po węgierskiego fachowca zgłosiło się River Plate. Początki nie były jednak łatwe. Zawodnicy lepsze występy przeplatali gorszymi. Potrafili rozbić 6:1 San Lorenzo, żeby miesiąc później ulec Estudiantes La Plata 0:3. Już w drugiej kolejce Hirschl zmierzył się ze swoim byłym klubem, a mecz zakończył się remisem. Pierwszy jego sezon w klubie zakończył się zajęciem przez River trochę rozczarowującego, czwartego miejsca. Węgier nie zrażał się jednak niepowodzeniami i konsekwentnie wcielał w życie swoje pomysły taktyczne. Od początku swojej przygody z Los Millonarios, stopniowo ustawiał defensywę w literę M. Cofnął jednego ze środkowych pomocników do tyłu, tak by pełnił rolę cofniętego rozgrywającego. Piłkarz grający na tej pozycji miał uczestniczyć w grze obronnej, ale jednocześnie od niego miało zaczynać się budowanie akcji, to on miał kreować grę z głębi pola. W drugim sezonie swojego pobytu w River sprowadził do klubu José Maríę Minellę i to jemu powierzył tę rolę. Hirschl odważnie też stawiał na młodych zawodników. To właśnie u niego w 1935 r. w wieku 16 lat zadebiutował Adolfo Pedernera. W tym samym sezonie regularne występy w pierwszej jedenastce notował nastoletni José Manuel Moreno. Obaj już niedługo mieli stanowić o sile ofensywy zespołu. Wielką gwiazdą drużyny był z kolei Bernabé Fereyra, który młodszym kolegom zawsze służył dobrą radą i chętnie dzielił się doświadczeniem. Mieszanka rutyny z młodością przyniosła rezultaty w 1936 r. Sezon był wówczas podzielony na dwa puchary – Copa de Honor Municipalidad de Buenos Aires i Copa Campeonato. Zwycięzcy każdego z nich spotkali się na koniec sezonu w Copa de Oro. W pierwszym z turniejów, który de facto był pierwszą rundą ligowych rozgrywek, River zajęło szóste miejsce. Podopieczni Hirschla prawdziwą klasę pokazali w Copa Campeonato. Przegrali tylko dwa mecze i dzięki serii ośmiu zwycięstw z rzędu zajęli pierwsze miejsce z czteropunktową przewagą nad San Lorezno. Znakomicie spisywał się duet Moreno i Fereyra. Pierwszy z nich był najlepszym strzelcem klubu w Copa de Honor, gdzie zdobył 13 bramek, a drugi imponował skutecznością w Copa Campeonato, strzelając 15 goli w 17 starciach. Swoją dominację potwierdzili 20 grudnia w starciu o Copa de Oro, w którym pokonali San Lorenzo 4:2. Rok później system rozgrywek wrócił do normy i o mistrzostwie decydowała tabela końcowa po dwóch rundach spotkań. River praktycznie nie miało sobie równych. Zespół triumfował w 27 spotkaniach, zremisował cztery, a przegrał w zaledwie trzech. Zawodnicy zdobyli 106 bramek – najwięcej w lidze obok Independiente. Chyba tylko ta drużyna ze wspaniałym Arsenio Erico w składzie mogła nawiązać walkę z maszyną stworzoną przez Hirschla, choć w obu bezpośrednich spotkaniach górą było River. Mając już zapewniony tytuł, postawili kropkę nad i, zwyciężając 3:2 w brzydkim, pełnym awantur meczu z Boca Juniors, rewanżując się tym samym za wcześniejsze porażki. ,,Żadna z drużyn nie wychodziła na murawę tak świetnie przygotowana, jak wybitne River Plate. Żadna z drużyn nie mogła się z nią równać choćby pod względem kondycji fizycznej”– pisano w ,,El Gráfico”, podkreślając rolę Hirschla w sukcesie.

Hirschl stworzył dobrze funkcjonujący mechanizm, który również w przyszłym roku walczył o tytuł. Tym razem jednak lepsi okazali się rywale z Independiente. River przegrał mistrzostwo o dwa punkty, a decydująca jak się później okazało, była porażka 1:2 z Ferro Carril Oeste. Po zdobyciu wicemistrzostwa w 1938 r. Hirschl odszedł z klubu. Wrócił na krótko do Gimnasii, a potem zaczął pracę w Rosario Central. 20 sierpnia 1939 r. jego podopieczni przegrali z River aż 0:6, a Węgier mówił, że tak dobra postawa Los Millonarios to efekt jego pracy. ,,Przybyłem osobiście, by zebrać owoce mojego nauczania. Tych sześć goli strzelili przecież moi chłopcy”– mówił po meczu szkoleniowiec. Później pracował z San Lorenzo, z którym też plasował się w czołówce, a także Banfield. W 1944 r. jego kariera trenerska została dość nagle przerwana. 13 stycznia odbyło się posiedzenie komisji dyscyplinarnej AFA. W protokole zapisano, że prezydent Banfield Forencio Sola usiłował przekupić bramkarza Ferro Carril Oeste Sebastiána Gualco przed meczem Banfield z Ferro. Spotkanie odbyło się we wrześniu i zakończyło się remisem 1:1, a bramkarz ostatecznie w nim nie zagrał. Wśród osób, które miały brać udział w tym procederze, był wymieniony również Hirschl, który zaangażował się w próbę przekupienia zawodnika Gualco kwotą dwóch tysięcy peso. Węgierski szkoleniowiec znalazł się w gronie dziewięciu osób, które skazano za sportową niemoralność i dożywotnio pozbawiono go możliwości prowadzenia jakiejkolwiek działalności w AFA lub w klubach przy niej afiliowanych. Co prawda Generalny Inspektorat Sprawiedliwości 10 maja karę anulował, ale związana z nią niesława pozostała. Warto jednak wspomnieć, że kiedy Hirschl wyjeżdżał z Węgier, to jego ówczesna drużyna Húsos FC była też była zamieszana w ustawianie meczów. Szkoleniowiec wyjechał do Brazylii. Dzięki sukcesom odniesionym w Argentynie cieszył się opinią jednego z najlepszych specjalistów na kontynencie. Znalazł zatrudnienie w Porto Alegre, gdzie na początku 1945 r. został trenerem Cruzeiro de Rio Grande do Sul. Sprowadził do klubu dwóch argentyńskich napastników – Alejandro Lombardiniego i mającego za sobą występy w rzymskim Lazio Enrique Flaminiego. Hirschl odpowiednio poukładał i umotywował zespół. Cruzeiro potrafiło bić się jak równy z równym z innymi wielkimi klubami z miasta – Grêmio i Internacional. W 1947 r. zespół pokonał lokalnych rywali i zwyciężył w premierowych rozgrywkach o Taça Cidade de Porto Alegre. Hirschla jednak już wtedy nie było w klubie. W połowie 1946 r. wykupił swój kontrakt i wyjechał szukać szczęścia do Meksyku. Tam przez dwa lata prowadził Club Deportivo Marte, ale bez szczególnych sukcesów. Po przygodzie w Meksyku na krótko jeszcze zawitał do Gimansii, aż w końcu wiosną 1949 r. objął posadę trenera Peñarolu. Urugwajski klub stawał dopiero na nogi po kilku chudych latach. Poprzednikiem Hirschla był Anglik Randolph Galloway, który usiłował nauczyć piłkarzy gry w systemie WM. Udawało mu się to z różnym skutkiem. Dopiero Hirschl potrafił wszystko odpowiednio poukładać i otworzył Urugwajczykom oczy na wiele nowych aspektów. Na pierwszym prowadzonym przez niego treningu zgromadziło się 1,5 tys. kibiców. Nie zamierzał nikogo skreślać i każdemu chciał dać szansę pokazania się, dlatego też w pierwszych zajęciach wzięli udział również piłkarze rezerw. W sumie ponad 40 zawodników. ,,Tego dnia po raz pierwszy zobaczyłem tablicę. Węgrzy zaprezentowali nowe systemy gry, pokazali nowe formy i kierunki szkolenia, które przyniosły rewolucję”– wspominał Alcides Ghiggia. Po tygodniu od pierwszego treningu przyszła pora na wybranie składu. Kiedy Hirschl wymieniał nazwiska zawodników z obrony i pomocy, nie było większych zaskoczeń. Kiedy jednak trzeba było wskazać prawego skrzydłowego, to spojrzał w kierunku Alcidesa Ghiggi i powiedział do niego, że to on zagra na tej pozycji. Liderzy zespołu próbowali wpłynąć na jego decyzję i starali się argumentować, że w zespole są przecież Julio César Britos i Solito Ortiz, którzy byli reprezentantami kraju, ale Hirschl był nieugięty. Oprócz Ghiggi w ataku mieli zagrać jeszcze Juan Eduardo Hohberg, Omar Óscar Míguez, Juan Alberto Schiaffino i Ernesto Vidal. Już wkrótce każdy kibic w kraju potrafił bez zająknięcia wymienić skład formacji ofensywnej Peñarolu. Prowadzony przez Węgra zespół zdominował rozgrywki. W lidze zdobyli 52 punkty na 54 możliwych. Strzelił najwięcej bramek – 62. Stracili najmniej – tylko 17. Wygrali wszystkie trzy derbowe pojedynki z Nacionalem. Zdobyli pierwsze od czterech lat mistrzostwo. Piłkarze grali bardziej zespołowo, nie wdawali się w niepotrzebne dryblingi, przez które tracili siły, nie bawili się piłką. Na pierwszym miejscu zawsze było dobro drużyny. ,,Hirschl dogadywał się z każdym. Był nie tylko dostępny dla wszystkich, ale był też przyjacielem graczy. To najlepszy trener, jakiego miałem. Najbardziej podobała mi się przyjaźń, jaką natychmiast nawiązał ze wszystkimi graczami. Często z nami żartował”– wspominał Węgra Ghiggia. Piłkarze Peñarolu stanowili trzon urugwajskiej reprezentacji, która w 1950 r. upokorzyła Brazylię. W tym samym roku w lidze musieli jednak uznać wyższość Nacionalu, od którego okazali się gorsi o dwa punkty. Rok później Hirschl i jego chłopcy wrócili na tron, a Węgier opuścił zespół w glorii zwycięzcy po wygaśnięciu kontraktu. Wrócił jeszcze w 1956 r., ale nie na długo.

Nie będzie przesadą, jeśli uznamy, że Hirschl był wizjonerem. Wyprzedzał swoją epokę o całe lata, indywidualizował treningi, doceniał znaczenie odpowiedniej regeneracji. Dysponował znakomitym zmysłem taktycznym i potrafił sprawić, że to, co rysował piłkarzom kredą na tablicy, ci świetnie umieli przełożyć na sytuacje na boisku. Miał nosa do młodych talentów i nie bał się odważnie na nich stawiać. Stworzył podwaliny ,,La Máquiny” w River Plate i to pod jego okiem skrzydła rozwijała ,,Escuadrilla de la muerte”, czyli słynna eskadra śmierci w Peñarolu. Zmarł 23 września 1973 r. w Buenos Aires i to tam jest zdecydowanie bardziej pamiętany niż nad Dunajem. Nie powinno to dziwić, bo to on argentyńską i urugwajską taktykę wprowadził w czasy nowożytne. Nie bez powodu w Ameryce Południowej nazywa się go ,,El Mago”.

8

@FCBparasiempre
Na rozwój futbolu szczególny wpływ miało kilka nacji. Anglicy stworzyli jego podwaliny a w dużej mierze dzięki Francuzom możemy emocjonować się rozgrywkami międzynarodowymi. Swój wkład w rozwój tej dyscypliny wnieśli też Włosi, Niemcy, czy Holendrzy. Nie można jednak zapominać o mniejszych krajach jak Austria czy Węgry. Węgierscy trenerzy z powodzeniem radzili sobie nie tylko u nas w kraju, ale też w wielu innych zakątkach świata. Jednym z nich był Imre Hirschl, który w latach 30-tych i 40-tych XX w. zmienił podejście do futbolu w Argentynie. Hirschl był postacią tyleż ciekawą, co tajemniczą. W jego życiorysie jest sporo nieścisłości i znaków zapytania. Raczej prawdą jest, że urodził się 11 czerwca 1900 roku w Apostag, niewielkiej wsi położonej 80 km na południe od Budapesztu. Nie ma jednak wielu informacji na temat okresu jego dorastania i młodości. Jego córka Gabriela, która pracuje w Buenos Aires jako psychoanalityczka, wspominała, że ojciec rzadko opowiadał o przeszłości. W czasie pierwszej wojny światowej miał wyjechać za braćmi do Palestyny. Tam zataił swój wiek i zaciągnął się do brytyjskiej armii. Po wojnie został na tych terenach i wraz z żydowskimi nacjonalistami walczył z chylącym się ku upadkowi Imperium Osmańskim. Pamiątkami po pobycie na Bliskim Wschodzie miała być blizna na biodrze, będąca wynikiem wybuchu granatu i ślad na nadgarstku pozostawiony przez kulę karabinu. W wielu źródłach znajdziemy informację, że Hirschl jako piłkarz występował w barwach Ferencvárosu. Według niektórych miał być nawet w składzie zespołu podczas tournée po Ameryce Południowej w 1929 r. Niewiele ma to jednak wspólnego z prawdą. Próżno szukać jego nazwiska w relacjach prasowych Nemzeti Sport. Na żadną wzmiankę o nim nie natrafimy też w klubowym muzeum. Wśród wielu prasowych wycinków, które zgromadziła w swojej kolekcji córka Hirschla, można wyczytać, że grał w Athletic Club Budapeszt. Z niektórych z kolei wynika, że był graczem Hakoah Wiedeń i Hakoah Nowy Jork. Pojawiają się też informacje o jego rzekomych związkach z paryskim Racingiem. ,,Studiowałem na uniwersytecie w Budapeszcie, grałem w tamtejszej drużynie i odkryłem, że mam smykałkę do trenerki. Najpierw związałem się z Athletic club Budapeszt. Zanim zadebiutowałem jako trener, przez lata podróżowałem po świecie jako piłkarz, odwiedziłem takie kraje jak Czechosłowacja, Indie, Afryka, Anglia, Francja i Niemcy; byłem też w Paryżu, w tamtejszym Racing Club. To stamtąd przeniosłem się do Stanów Zjednoczonych, gdzie doskonaliłem swój fach w drużynie Hakoah”– mówił w wywiadzie dla ,,La Tribuna” w 1939 r. Jedynym jednak zespołem, w którego archiwach odnajdziemy jego nazwisko, jest budapesztański Húsos FC. Hirschl występował tam w 1920 r., ale na tym informacje o jego zawodniczej karierze się kończą. Inny węgierski trener Béla Guttmann twierdził, że nie powinno to nikogo dziwić, bo głównym zajęciem Hirschla miała być praca w rzeźni. Nie zgadza się z tym jednak córka Hirschla. Wspominała ona, że ojciec potrafił oporządzić krowę i robił znakomite kiełbaski, ale takie umiejętności były w tamtych czasach czymś zupełnie normalnym, a poza tym rodzina Hirschlów była zbyt zamożna, żeby ktokolwiek z nich musiał pracować w rzeźni. Jak więc ten człowiek znikąd znalazł się w Argentynie i stał się jednym z najlepszych szkoleniowców swoich czasów? W dużej mierze przez przypadek. W 1929 r. Hirschl przebywał w Paryżu, gdzie starał się uzyskać amerykańską wizję. Spotkał tam brazylijskiego biznesmena hrabiego Matarazzo. Był on prezesem klubu Palestra Italia, który dzisiaj znamy jako Palmeiras. Hirschl dzięki swojej charyzmie, wiedzy i elokwencji zdołał przekonać Brazylijczyka, żeby ten powierzył mu funkcję trenera. Początkowo Węgier był asystentem Eugenio Medgyesyego, ale sam miał też poprowadzić zespół w dwóch spotkaniach. Latem 1930 r. w São Paulo przebywała żydowska drużyna Hakoah New York. Piłkarze podróżowali po kontynencie amerykańskim, propagując idee usportowionego judaizmu. Wśród zawodników znalazło się kilku Węgrów, w tym słynny później Béla Guttmann. Hirschl dzięki znajomości języka, łatwości nawiązywania kontaktów i posiadanej charyzmie wkrótce dołączył do żydowskiego zespołu. Nie był jednak piłkarzem, ale został masażystą.

,,Powiedział, że byłby wdzięczny, gdyby mógł dołączyć do zespołu jako masażysta, bo ma silne ręce i mocny uchwyt. Postanowiłem sprawdzić go od razu i powiadam wam: miał cholernie dobry masaż”– opowiadał Guttmann. Jego przygoda z Hakoah nie trwała jednak długo. Towarzyszył drużynie przez kolejny miesiąc, ale wkrótce zespołowi zaczęło brakować pieniędzy i, jak relacjonował Guttmann, w Buenos Aires podziękowano Hirschlowi za współpracę. Późniejszy trener Benfiki mówił też, że kiedy już wyjechali z miasta, to jego rodak zaczął rozpowiadać, że w Hakoah był asystentem trenera. Często widywano go z drużyną, więc opowieść brzmiała wiarygodnie. Jonathan Wilson, który w swojej książce „Aniołowie o brudnych twarzach” przybliża postać Hirschla, zaznacza jednak, że raczej nie powinno się ślepo wierzyć relacjom Guttmanna. ,,Guttmann również często zmyślał, ile wlezie, a co ważniejsze: był kimś, kto bez przerwy wchodził z innymi w konflikty i pozwalał, by osobiste antypatie miały wpływ na jego anegdoty”– pisał brytyjski dziennikarz. Hirschl wkrótce znalazł zatrudnienie w klubie Gimnasia y Esgrima La Plata. Przed rozpoczęciem pracy obejrzał trzy mecze zespołu i powiedział włodarzom, że widzi w drużynie potencjał. Nie potrzebował pieniędzy na transfery i obiecał, że w 1933 r. klub będzie walczył o mistrzostwo kraju. Sezon 1932 Gimnasia rozpoczęła pod jego kierownictwem. Początki nie były jednak różowe. Pierwsze trzy spotkania były rozczarowaniem i zakończyły się porażką a rywale zaaplikowali Gimnasii łącznie 12 goli. Po rozegraniu 16 spotkań zespół prowadzony przez Węgra miał na koncie ledwie trzy zwycięstwa. Druga część sezonu była już jednak zdecydowanie lepsza. Gimnasia potrafiła wygrać 4:3 z River Plate, czy rozbić 6:2 Boca Juniors. Rozgrywki zwieńczyli serią siedmiu meczów bez porażki i ostatecznie uplasowali się na siódmym miejscu w tabeli. ,,Moje pierwsze zadanie polegało na postawieniu drużyny na nogi pod względem przygotowania fizycznego. Piłkarze musieli być w dobrej formie. Ażeby osiągnąć ten cel, musiałem rozważyć, jakiego rodzaju ćwiczeń potrzebuje każdy z zawodników i jak ciężko powinien trenować. Nie można wymagać od jedenastu ludzi, by robili dokładnie to samo: dla jednych będzie to w sam raz, dla innych zaś za mało lub zbyt wiele. Intensywność zajęć zależy od ich terminu. Pracujemy ciężej przed rozpoczęciem rozgrywek i lżej w ich trakcie”– mówił o swoich początkach w klubie. Pamiętajmy, że cały czas mowa o początku lat 30-tych ubiegłego wieku. Mało kto wówczas myślał o indywidualizacji treningu, co dziś jest rzeczą niemal powszechną. Hirschl, którego imię w Argentynie zostało ,,zhispanizowane” z Imre na Emérico, wprowadził do treningów elementy amerykańskiej i szwedzkiej gimnastyki, która opiera się na powolnych, harmonijnych ruchach bez użycia przyrządów. Oprócz tego w przygotowaniu biegowym stosował mieszkankę sprintów i biegów długodystansowych, a na zajęciach pojawiały się nawet elementy koszykówki. Niektórym z podstawowych zawodników odpuszczał treningi, a ich przygotowanie meczowe ograniczał się do ciepłych kąpieli i masaży. Hirschl na początku swojej pracy dostał sporo swobody. Jednym z jego warunków było to, że nikt nie będzie mu się wtykał w robotę. Węgier postanowił solidnie zamieszać w składzie. Podstawowi zawodnicy zespołu zostali odstawieni na boczny tor, a w ich miejsce desygnował do gry tych, którzy zwykle byli rezerwowymi. Doszło wtedy do napięć na linii trener – zarząd, bo włodarze uważali, że piłkarze, na których uparcie chciał stawiać szkoleniowiec, są bezużyteczni. Dzięki zapisom w kontrakcie Hirschl postawił jednak na swoim. Tymi beznadziejnymi w opinii zarządu piłkarzami byli Arturo Naón, który do dzisiaj jest najskuteczniejszym strzelcem w historii klubu, prawy łącznik Alberto Palomino, prawy pomocnik Oscar Montañez i bramkarz Atillo Herrera. To oni stworzyli trzon zespołu, który wkrótce zaczęto nazywać El Expreso. Jednak sercem i największą gwiazdą drużyny był José María Minella, który, kiedy został przesunięty z ataku do pomocy, to odmienił pozycję środkowego pomocnika. Kampanię ligową w 1933 r. zespół zaczął z wysokiego c. Piłkarze zwyciężyli w pierwszych pięciu spotkaniach, w których strzelili aż 19 bramek, tracąc przy tym ledwie pięć. Wygrywali mecz za meczem i coraz częściej zaczynano ich wymieniać w gronie faworytów do mistrzostwa. Znakomita postawa drużyny zwróciła uwagę dziennikarzy, którzy starali się odnaleźć przyczyny tak dobrych wyników Gimnasii. ,,To, co dzieje się w Gimnasii, jest zdumiewające. Zawodnicy nie mogą zmienić aż tyle sami z siebie, jego wpływ jest oczywisty”– pisano o Hirschlu w „El Gráfico” w maju 1933 r.

Szkoleniowiec jednak zachowywał dystans do tych pochwał i podkreślał, że dobre wyniki drużyny, to zasługa przede wszystkim znakomitych piłkarzy. ,,Po pierwsze, nie uczę futbolu. Byłoby czymś dziwacznym próbować uczyć futbolu w kraju, gdzie gra się najlepszy futbol. Takich piłkarzy, jak w Argentynie, nie ma nigdzie na świecie. ,,Criollos” mają potencjał i jedyne, co mi pozostaje, to go wykorzystać”– komentował Węgier. Hirschl pozwolił uwierzyć zawodnikom w swoje umiejętności i w to, że są w stanie spełnić swoje marzenia. Dominował nad swoimi podopiecznymi nie tylko z uwagi na swój wzrost (196 cm), ale też dlatego, że piłkarze spijali z jego ust każde słowo. Był znakomitym motywatorem. Wielu, którzy mieli z nim styczność, podkreśla ogromną charyzmę, jaka go otaczała. Córka wspominała, że ojciec w bankach, sklepach czy na dworcach przyciągał uwagę i gromadził wokół siebie ludzi samym tylko sposobem mówienia. ,,Piłkarzom zaoferowałem przyjaźń, więc mogliśmy lepiej dzielić się odpowiedzialnością. Skoro widziałem, że wszystko idzie zgodnie z planem, nie musiałem sięgać po argumenty siłowe. Owszem, nałożyłem kilka kar, ale tylko z początku. Przez kolejne pół roku piłkarze nie zapłacili marnych pięciu peso. ,,Criollo”, o których braku dyscypliny tyle się opowiada, przystosowali się naprawdę łatwo. Wszystko opiera się na jasnym tłumaczeniu i na podchodzeniu do piłkarzy z uczuciem. Jeśli mówisz do nich we właściwy sposób, jest ci o wiele łatwiej”– opowiadał Hirschl. Potrafił wpłynąć na kierownictwo klubu, żeby każdemu zawodnikowi płacono pensję w tej samej wysokości. Miało to pomóc w wytworzeniu w drużynie wspólnego poczucia poświęcenia. Oprócz podstawowego wynagrodzenia wyjściowa jedenastka otrzymywała też pewien procent ze sprzedaży biletów, dzięki czemu piłkarze i trener mogli dużo więcej zarobić. Drużyna grała bardzo dobrze. Zawodnicy imponowali skutecznością i zewsząd zbierali pochwały za miły dla oka, ofensywny styl gry. Po 25. kolejkach mieli na koncie 17 zwycięstw, trzy remisy i pięć porażek. Liderowali stawce z przewagą dwóch punktów nad Boca Juniors. To właśnie z tym zespołem mieli zmierzyć się 24 września. Ewentualne zwycięstwo bardzo by ich przybliżyło do końcowego triumfu i pozwoliłoby odskoczyć rywalom na bezpieczną odległość. Gracze Gimnasii przystępowali do tamtego spotkania w dobrych nastrojach. W poprzedniej kolejce rozbili 7:1 Talleres Remedios de Escalada, a Arturo Naón aż pięciokrotnie wpisał się listę strzelców. Mecz rozpoczął się po myśli podopiecznych Hirschla. Już w 13. minucie wynik spotkania otworzył Ismael Morgada, a dziesięć minut później Juan Echevarrieta podwyższył na 2:0. Boca jednak nie miało zamiaru składać broni i już w 25. minucie Delfín Benítez Cáceres strzelił gola kontaktowego. Do końca pierwszej połowy wynik nie uległ już zmianie. Kilkanaście minut po wznowieniu gry sędzia Angel De Dominicis podyktował bardzo wątpliwego karnego dla gospodarzy, którego wykorzystał Francisco Varallo. Kika minut później arbiter po raz kolejny wystąpił w głównej roli. Miguel Angel Nardini zdobył trzecią bramkę dla Boca, tyle tylko, że zrobił to z pozycji spalonej, ale sędziemu nie przeszkodziło to w uznaniu gola. Piłkarze Gimnasii byli wściekli. Nad występem De Dominicisa pochyliły się władze ligi i usunęły go z grona arbitrów, niejako przyznając rację zawodnikom Gimnasii. Wynik jednak nie został zmieniony. Niepowodzenie zespół Hirschla powetował sobie tydzień później, pokonując 2:1 Independiente. Prawdziwy dramat rozegrał się jednak 8 października. Gimnasia grała wtedy na wyjeździe z San Lorenzo de Almagro. Przy stanie 2:1 dla gospodarzy wydawało się, że sędzia Alberto Rojo Miró przyzna gościom rzut karny. Ostatecznie jednak uznał, że przewinienie miało miejsce przed polem karnym. Kilka chwil później uznał bramkę, którą zdobyli gospodarze, choć piłka, jak przekonywał bramkarz Gimnasii, nie przekroczyła linii bramkowej. Zrozpaczeni zawodnicy w ramach protestu usiedli na murawie, nie mając chęci brać dalej udziału w tym wątpliwej urody widowisku. Gospodarze strzelili jeszcze cztery bramki, zanim Rojo Miró zakończył mecz w 78. minucie.

11

Po raz pierwszy w historii „Copa de La Liga”:

11 czerwca 1986 r. FC Barcelona rozegrała pierwszy mecz Pucharu Ligi z Realem Betis Sevilla. Rozgrywki Copa de La Liga dla drużyn z ekstraklasy hiszpańskiej organizowane były w latach 1982-86. Pomysłodawcą tych rozgrywek był prezydent Barçy Josep Luis Nuñez, który liczył na dodatkowe pieniądze w klubowej kasie. Rozegrano cztery edycje, w których zwyciężali kolejno: FC Barcelona, Real Valladolid, Real Madryt i ponownie Katalończycy. Grano systemem pucharowym, zawsze rozgrywając cztery rundy i dwumecz finałowy. 11 czerwca 1985 r. Blaugrana przegrała z Betisem 1:0, lecz w rewanżu na Camp Nou okazała się lepsza i wygrała 2:0 po golach Amarilla i Alexanco i sięgnęła po Puchar Ligi. Pod naciskiem większości klubów zrezygnowano z kolejnej edycji z powodu przeładowania kalendarza(w La Liga wprowadzono podział na grupy po zakończeniu sezonu zasadniczego) oraz fiaska finansowego rozgrywek(rewanż z Betisem oglądało zaledwie 20 tys. widzów).

@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360

11

Zapomniane i niedoceniane legendy Katalońskiej Dumy:

11 czerwca 1903 r. w Barcelonie urodził się Vicente Piera Pañella, jeden z najwybitniejszych prawoskrzydłowych w dziejach klubu. Posiadał niebywałe umiejętności, których nie jeden mógł mu pozazdrościć: technika, elegancki styl gry, szybkość, gra głową i perfekcyjne dośrodkowania. Te cechy sprawiły iż Katalończyk był uznawany za idealnego skrzydłowego. Był jednym z filarów Dumy Katalonii lat 20-tych i większość sukcesów z tego okresu jest zasługą właśnie Piery. Z Blaugraną zdobył pierwsze w historii mistrzostwo Hiszpanii(1929), 4 Puchary Króla(1922,1925,1926 i 1928) oraz 10 mistrzostw Katalonii!

@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_

2

Kulesza i Probierz, dwaj gangsterzy niczym Boni i Klajd, Hańbią polski futbol. Należy natychmiast ich zlikwidować! Tylko kto jest w stanie to zrobić...?

11

Żywe postacie futbolu:

10 czerwca 1959 r. urodził się Carlo Acelotti, były włoski piłkarz, a obecnie trener piłkarski, uznawany za jednego z najlepszych i najbardziej utytłanych szkoleniowców na świecie – aktualnie związany z Realem Madryt. W trakcie sportowej kariery zdobywał mistrzostwo Włoch w barwach takich klubów jak m.in. AS Roma czy AC Milan. Z kolei zasiadając na ławce trenerskiej, sięgał m.in. po mistrzostwo Włoch, Anglii, Francji, Niemiec oraz Hiszpanii, trenując AC Milan, Chelsea Londyn, PSG, Bayern Monachium i Real Madryt. Jako szkoleniowiec Królewskich trzykrotnie i jako trener Rossonerich dwukrotnie triumfował w Lidze Mistrzów.

@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_

1

@Lionel_Messi10 To ty znajesz fiński jazyk? Ja pierdykam!

0

@Lionel_Messi10 Ty już całkiem po chińsku gadasz!? Ja pie..

9

W końcu efektowne zwycięstwo:

10 czerwca 1978 r. reprezentacja Polski pokonała Meksyk 3:1 w trzecim meczu fazy grupowej mundialu w Argentynie. Selekcjoner Jacek Gmoch po spotkaniu z Tunezyjczykami zapowiadał zmiany w zespole. Nie wystawił w składzie Nawałki, Henryka Maculewicza, Szarmacha i Lubańskiego. Po raz pierwszy na mundialu w Argentynie w podstawowej jedenastce wybiegł Boniek. Oprócz niego nieobecnych zastąpili: Żmuda, Wojciech Rudy i Bogdan Masztaler. Meksykanie od początku przejęli inicjatywę i atakowali – groźnie i minimalnie niecelnie głową uderzał Hugo Sánchez. Chwilę później do Jana Tomaszewskiego znów uśmiechnęło się szczęście. Między 23. a 25. minutą kotłowało się pod naszą bramką, „El Tri” bili dwa kornery, w końcu nasz bramkarz pewną interwencją zażegnał niebezpieczeństwo. Polacy powoli opanowywali sytuację na boisku, byli coraz aktywniejsi i pewniejsi siebie. Meksykański bramkarz stanął na wysokości zadania po uderzeniu Andrzeja Iwana. W 43. minucie Soto nie miał już nic do powiedzenia. Po akcji Kazimierza Deyny z Grzegorzem Latą piłka dotarła do Bońka. „Zibi” nie kalkulował, tylko huknął pod poprzeczkę. Golkiper z Meksyku nawet nie drgnął. Polska prowadziła 1:0. Druga połowa rozpoczęła się dość niespodziewanie – gdy Meksykanie wyprowadzili kontratak, nasi obrońcy zdrzemnęli się nieco i Victor Rangel dość przypadkowo pokonał Tomaszewskiego. W 57. minucie przypomniał o sobie Deyna, który przejął piłkę wybitą przez rywali i uderzył mocno z 20. metrów. Futbolówka wpadła w okienko meksykańskiej bramki. Któż wówczas przypuszczał, że był to ostatni gol „Kaki” w koszulce z orłem na piersi?! Polacy przyspieszyli, pod bramką Soto kilka razy zrobiło się gorąco, ale Meksykanie dzielnie walczyli o punkt. Szczęścia próbowali Sánchez i Leonardo Cuéllar, jednak Tomaszewski przerzucał ich strzały nad poprzeczką. Rywale tracili siły i impet. Polacy chcieli dobić przeciwników i ta sztuka udała im się w 83. minucie – po podaniu rezerwowego Lubańskiego piłkę na 30. metrze otrzymał Boniek. Strzelił mocno i zaskakująco, a futbolówka poszybowała tam, gdzie bramkarzowi sięgnąć ją najtrudniej – w okolice „okienka”. „No i kto powiedział, że Boniek nie może grać razem z Deyną?!” – żachnął się na koniec transmisji telewizyjnej legendarny komentator TVP Jan Ciszewski. Było to trzecie w historii spotkanie Polski z Meksykiem i trzecie zwycięskie. Polacy wygrali swoją grupę i awansowali do kolejnej fazy. W drugiej rundzie grało osiem najlepszych drużyn. Polacy trafili do grupy „południowoamerykańskiej” razem z Brazylią, Argentyną i Peru. W pierwszej grupie grały RFN, Włochy, Austria i Holandia.

Polska: Jan Tomaszewski – Antoni Szymanowski, Jerzy Gorgoń, Władysław Żmuda, Wojciech Rudy (85. Henryk Maculewicz) – Henryk Kasperczak, Kazimierz Deyna, Zbigniew Boniek, Bogdan Masztaler – Andrzej Iwan (76. Włodzimierz Lubański), Grzegorz Lato.

Meksyk: Pedro Soto – Ignacio Flores, Carlos Gómez, Rigoberto Cisneros, Arturo Vázquez – Leonardo Cuéllar, Antonio de la Torre, Javier Cárdenas (46. Guillermo Mendizábal) – Cristóbal Ortega, Victor Rangel, Hugo Sánchez.

@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@FcPortoFan1999
@Bernard777
@Adran360

12

Zasłużone postacie futbolu:


10 czerwca 1853 r. w Glasgow urodził się Alexander Watson Hutton, szkocki nauczyciel, działacz piłkarski uważany za "ojca argentyńskiej piłki nożnej". Urodzony w 1853 r. Hutton już jako młody chłopiec stracił oboje rodziców. Później trafił pod opiekę swojej babci, następnie pod szkolną opiekę Daniela Stewarta. W 1881 ukończył filozofię na Uniwersytecie w Edynburskim. W lutym 1882 wyemigrował do Argentyny, gdzie podjął pracę w szkole „Saint Andrew's Scotch”. W 1884 założył szkołę „Buenos Aires English High School”, która uczestniczyła w rozgrywkach klubowych. W 1886 urodził mu się syn Arnold, reprezentant Argentyny. 21 lutego 1893 stał się założycielem AFA, którego był prezesem przez trzy lata. Zmarł w 1936 i został pochowany na brytyjskim cmentarzu Chacarita. Jego imię nosi biblioteka argentyńskiego związku piłki nożnej.


@Adran360
@Bernard777
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_
@Sysia11

12

Prawdziwi cules nigdy nie zapominają!


10 czerwca 1927 r. w Budapeszcie urodził się Laszlo Kubala Stecs, Węgierski napastnik, wielka legenda FC Barcelony. Hiszpański odpowiednik jego imienia to Ladislao, natomiast Polski- Włodzisław. Jego matka miała polsko-węgiersko-słowackie korzenie a ojciec należał do mniejszości słowackiej na Węgrzech. Po rozpoczęciu kariery w budapesztańskim Ferencvarosi, przeniósł się do Czechosłowacji w celu uniknięcia służby wojskowej i rozegrał jeden sezon w Slovanie Bratysława. Tam poznał i poślubił Annę Viole Daučik, córkę trenera reprezentacji Czechosłowacji Ferdinanda Daučika. W 1948 r. powrócił na Węgry i grał kilka miesięcy w Vasas Budapeszt. W styczniu 1948 r. uciekł przed komunistami i trafił do Włoch, gdzie zaliczył epizod w drużynie Pro Patria. Podobno miał zgodzić się na udział w towarzyskim meczu z Benfiką w Lizbonie w barwach najsilniejszego wówczas we Włoszech(a być może i na całym świecie) AC Torino, lecz w ostatniej chwili zrezygnował ze względu na chorobę syna. Wszyscy piłkarze Torino wracający z Lizbony zgineli 4 maja 1949 r. w katastrofie lotniczej. W 1950 r. Kubala wszedł w skład drużyny uchodźców z Europy Środkowo-Wschodniej prowadzonej przez wspomnianego przeze mnie Ferdinanda Daučika i przybył do Hiszpanii na serie spotkań towarzyskich. Podczas jednego z nich zauważyli go skauci Realu Madryt oraz legendarny Josep Samitier, wyszukujący talenty dla Blaugrany. W międzyczasie do gry wkroczył Real Madryt, który zaoferował Węgrowi kontrakt, lecz Samitier przekonał go do związania się z Barça. 15 czerwca 1950 r. Kubala stał się zawodnikiem FC Barcelony a Ferdinand Daučik objął posade trenera. Węgierski Związek Piłki Nożnej złożył w międzyczasie zażalenie do FIFA ze względu na bezprawną ich zdaniem ucieczkę Kubali a światowa federacja ukarała go rocznym wykluczeniem, przez które nie zagrał w Primera Division aż do 1951 r. Wystąpił jednak w rozgrywkach Copa del Generalismo, które Barça wygrała głównie dzięki niemu. W swoim pierwszym sezonie w La Liga strzelił 26 goli w 19 meczach(!) w tym 7(co jest rekordem klubu w La Liga) ze Sportingiem Gijon i 5 z Celtą Vigo. Tak zaczęła się jego wspaniała kariera w Dumie Katalonii, której pomógł zdobyć 14 pucharów. To był geniusz, jego występy chciały oglądać tłumy i z czasem stadion „Camp de Les Corts” stał się za mały, więc to właśnie osoba Kubali stała się inspiracją dla budowy Camp Nou, stąd też jego pomnik stoi od 2009 r. przed tym stadionem. Przez 10 lat gry w Blaugranie Kubala rozegrał 329 spotkań strzelając 270 goli. Na stulecie klubu Ladislao Kubala został wybrany najlepszym piłkarzem w historii FC Barcelony.


@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360

9

Zapomniane legendy Blaugrany:

10 czerwca 1912 r. urodził się Enrique Fernandez Viola. Pochodzący z Urugwaju trener FC Barcelony w latach 1947-50 jest jedynym obok Radomira Anticia szkoleniowcem, który prowadził zarówno Barçe, jak i Real i jedynym, który z obiema drużynami sięgał po mistrzostwo Hiszpanii. W latach 1935-36 Viola był napastnikiem Blaugrany i zdobył z nią dwukrotnie mistrzostwo Katalonii.

@Adran360
@AssisMoreira
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_

9

@FCBparasiempre
9 czerwca 2006 r. rozpoczął się w Niemczech 18-ty w historii mundial. Argentyńczycy wysłali drużynę ustabilizowaną i utalentowaną. W kadrze nie brakowało sprytnych i świetnych technicznie piłkarzy, którzy grali zgodnie ze starymi argentyńskimi receptami, z Mascherano jako klasyczną ,,piątką”, ustawioną przed defensywnym kwartetem, dwójką wahadłowych Maxi Rodrigeuzem i Cambiasso lub Lucho Gonzalezem, obok niego u szczytu tego diamentu przywróconym do łask Riquelme, jako ,,enganche” operującym za plecami Crespo i Savioli. Jedynym powodem do przedmundialowych zmartwień było trudne losowanie. Rywalami w grupie okazały się Holandia, obiecujące WKS oraz Serbia i Czarnogóra. Obawy zaczęły się rozwiewać po komfortowym 2:1 z WKS. W chwili rozpoczęcia turnieju Serbia i Czarnogóra również nie były już tak silnym rywalem, jak to się wydawało w momencie losowania i przegrały na inauguracje z Holendrami 0:1 ale tego, co się spotka je z rąk Argentyńczyków, nikt się chyba nie spodziewał. Wszystko zaczęło się już w 6 minucie kiedy Saviola wyłożył piłke Rodrigeuzowi. Później nastąpił gol, który przeszedł do historii jako efekt najpiękniejszej być może zespołowej akcji w dziejach mistrzostw świata. Wymiana 26 podań, której kulminacją było zagranie piętą Crespo do Cambiasso i strzał tego ostatniego ze środka pola karnego. Tuż przed przerwą Rodriguez zdobył swojego drugiego gola, dobijając uderzenie Savioli a w drugiej połowie po faulu na tym zawodniku czerwoną kartke obejrzał Kežman. To co wydarzyło się jeszcze później, nabrało znaczenia po upływie czasu. Na kwadrans przed końcem meczu z ławki rezerwowych podniósł się niejaki… Lionel Messi a po 3 minutach obecności na boisku wemknął się w pole karne i dośrodkował do Crespo, który strzelił czwartego gola dl Argentyny. Drugi z wprowadzonych po przerwie zmienników Carlos Tevez, po indywidualnej akcji umieścił piłke w siatce po raz piąty aż w końcu na 2 minuty przed ostatnim gwizdkiem sędziego Tevez podal do Messiego, który zdobył swojego pierwszego gola na mistrzostwach świata. Wydaje się to nieprawdopodobne ale musiało upłynąć równe 8 lat aby strzelił kolejnego gola na mundialu. Bezbramkowy remis z Holandią zapewnił Argentynie awans z pierwszego miejsca. Rywalem w 1/8 był Meksyk i w tym meczu po raz pierwszy w trakcie mundialu Albicelestes musieli gonić wynik. W 6-tej minucie przeciwnicy wykorzystali coś, co było problemem już podczas meczu z WKS a mianowicie przewagę wzrostu. Rafael Marquez doszedł do dośrodkowania z rzutu wolnego Pardo, przedłużonego później głową przez jednego z kolegów i wepchnął piłke do siatki przy dalszym słupku. W 10 minucie zrobiło się jednak 1:1. Crespo dostawił uniesioną wysoko nogę do dośrodkowania Riquelme z rzutu rożnego. Saviola i Crespo nie wykorzystali sytuacji sam na sam z bramkarzem i doszło do dogrywki, w której będący na skraju pola karnego Maxi Rodriguez przyjął na pierś dalekie podanie w poprzek boiska a następnie huknął z woleja w samo okienko. Był to fantastyczny gol:



Ćwierćfinałowy mecz z Niemcami rozgrywano w Berlinie. Argentyna objęła prowadzenie w znany już sposób. Tym razem rzut rożny Riquelme zamienił na gola silnym uderzeniem głową Ayala. Do 72 minuty, kiedy Pekerman zdjął z boiska Riquelme i zastąpił go Cambiasso, wszystko wydawało się przebiegać po myśli Argentyńczyków. Zdaniem wielu komentatorów był to moment, w którym trener „Albicelestes” nie tylko stracił nerwy ale także szanse na wygranie mundialu. Tocalli twierdził jednak że kadre pogrążyły kontuzje. Na minute przed zejściem Riquelme urazu doznał bramkarz Abbondanzierri, w którego miejsce na boisku pojawił się Leo Franco. Z kolei pekerman siedem minut później musiał zmienić Crespo. Mając na ławce Messiego, Aimara i Saviole, selekcjoner sięgnął po Julio Cruza, wysokiego i dość nieporadnego na tle tamtej trójki napastnika. Tocalli tłumaczył: ,,Świetnie znaliśmy Riquelme, pracowaliśmy z nim od czasu, gdy miał 14 lat i występował jako ,,piątka”. Wiedzieliśmy że jeśli trzy razy z rzędu straci futbolówkę, to dlatego że jest zmęczony albo ma jakiś kłopot. Prowadziliśmy 1:0 i widzieliśmy jak gubi piłke za piłką, jak rusza się mniej niż zwykle a jego podania nie mają głębi. Nie było w nim tego błysku, wydawał się zmęczony. Mieliśmy na ławce Cambiasoo, dobrego w walce o odbiór piłki ale też świetnego technicznie gdy chodziło o jej podawanie. Więc przy stanie 1:0 mówiliśmy sobie zmiana Riquelme na Cambiasso pozwoli nam nadal grać w piłke ale też łatwiej ją odbierać. To samo było z Cruzem. Dlaczego Cruz a nie Messi? Bo wiedzieliśmy że Niemcy są niebezpieczni w walce w powietrzu i chcieliśmy się zabezpieczyć. Uważaliśmy że jedyny sposób, w jaki mogą nam wbić gola to główka po stałym fragmencie gry. No i faktycznie strzelili nam głową ale po 40-metrowej długiej piłce. Tego nikt nie mógł przewidzieć”. Minute po wejściu Cruza Borowski przedłużył dośrodkowanie Ballacka i Klose faktycznie zdobył gola głową. O awansie musiały zdecydować rzuty karne, w których Argentyńczycy okazali się gorsi, w dużej mierze wytrąceni z równowagi tym że niemiecki bramkarz Lehmann przed każdym strzałem wyciągał zza getrów niewielką karteczke z hotelowym nadrukiem i coś na niej czytał. Jak się później okazało, z siedmiu nazwisk na liście Lehmanna tylko dwa należały do wykonawców argentyńskich jedenastek ale obaj ci piłkarze strzelili dokładnie tak, jak przewidywał niemiecki trener bramkarzy Andreas Köpke. Resztę uczyniła siła sugestii. Ponieważ wydawało się że Lehmann zna ich zamiary, kolejni strzelcy wpadali w panike. Ayala i Cambiasso spudłowali a Niemcy strzelali bezbłędnie i awansowali do półfinału. Był to wspaniały spektakl ale zakończył się haniebnie, wielka awanturą na środku boiska i czerwoną kartką dla Cufre, który kopnął Mertesackera. ,,Argentyńczycy nas sprowokowali. Kiedy nasi piłkarze szli strzelać rzuty karne, wrzeszczeli coś po hiszpańsku. Nie rozumieliśmy co mówią ale z pewnością chcieli wytrącić naszych napastników z równowagi. Borowski strzelił na 4:2 i podniósł palec do ust żeby pokazać im że mają siedzieć cicho. To ich naprawdę wkurzyło. Potem nie widziałem już zbyt wiele, poza tym że jeden czy drugi padli na boisko”- wspominał Michael Ballack. Na filmie z tamtego meczu widać że Rodriguez wali Schweinsteigera w tył głowy, Coloccini szarpie się z Fringsem a Sorin z menadżerem reprezentacji Niemiec Bierhoffem. Niemal natychmiast po porażce pojawiły się plotki o podziałach w reprezentacji i(chcąc uniknąć znajomego mechanizmu oskarżeń i szukania winnych) zmęczony Pekerman zrezygnował z funkcji trenera. Fakt że dobrze rozpoznał niemieckie zagrożenie(Argentyńczyków ponownie pogrążyła słaba gra w powietrzu) nie mógł być wielkim pocieszeniem.

8

Lionel Messi skopiował ,,wyczyn” Diego Maradony:

9 czerwca 2007 r. Lionel Messi w meczu La Liga z Espanyolem strzelił gola… ręką. Niecałe dwa miesiące po strzeleniu gola żywcem przypominającego słynny rajd Maradony z meczu Argentyna-Anglia na Mundialu w Meksyku, Messi skopiował drugiego gola strzelonego przez wielkiego rodaka w tamtym spotkaniu. Blaugrana toczyła korespondencyjny pojedynek o mistrzostwo z Realem Madryt i potrzebowała zwycięstwa w derbach aby pozostać liderem tabeli. Goście wyszli na prowadzenie w 30 minucie ale krótko przed przerwą Messi po dośrodkowaniu Zambrotty trącił piłke ręką obok bramkarza Kameniego. W drugiej połowie Leo wyprowadził Barçe na prowadzenie ale w ostatniej minucie spotkania wyrównał Raul Tamudo i tym samym odebrał Dumie Katalonii niemal pewne mistrzostwo. Jak się okazało ,,małe oszustwo” nie popłaca.



@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Sysia11

0

Ale fajniutki meczyk tenisowy na Eurosporcie na ceglanej wykładzinie. Fajniutki i jednocześnie chyba najdłuższy w dziejach sportu...

1

@ElKamil Bez przesady, to ścisły top przez wiele lat!

0

Marc Andre Ter Stegen, najlepszy bramkarz świata a zarząd FC Barcelony chce się go pozbyć? Co za lekkomyślność, co za głupota!

2

@FCBparasiempre
Hiszpański futbol na(i po) Igrzyskach w Barcelonie:

Przede wszystkim turniej pokazał potencjał demokratycznej Hiszpanii. Choć gładki przebieg igrzysk stał się dowodem zdolności organizacyjnych autonomicznego rządu Katalonii, to na świecie impreza była odbierana jako hiszpańskie wydarzenie, zwłaszcza ze względu na obecność hiszpańskiej rodziny królewskiej. To nie była jednak celebracja faszyzmu jak za czasów Franco ale potwierdzenie że to pluralistyczne społeczeństwo jednoczyło się wokół monarchy, który reprezentował prawa wszystkich Hiszpanów. Podczas otwarcia igrzysk ekipę Hiszpanów wyprowadzał młody następca burbońskiego tronu książę Filip a tymczasem jego ojciec wraz z matką (król Juan Carlos i królowa Zofia) zajęli swoje miejsce na trybunie honorowej wśród przedstawicieli rządu i lokalnych polityków. Dali oni wspólnie pokaz szczerego entuzjazmu i cieszyli się z imponującej zdobyczy medalowej Hiszpanii. Jednym z najbardziej pamiętnych zwycięstw podczas tamtych igrzysk był złoty medal hiszpańskiego atlety Fermina Cacho, który wygrał Bieg na 1500 m. Jednak najbardziej symboliczny okazał się złoty medal młodej hiszpańskiej drużyny piłkarskiej, który zapowiadał nową obiecującą erę. Definiującym momentem była ostatnia minuta ostrego starcia Hiszpanów z Polską w finale turnieju piłkarskiego. Wówczas to Francisco Miguel Narvaez Machon, zwany jako Kiko, przejął piłkę odbitą przez bramkarza i wbił ją do siatki, co dało Hiszpanom złoty medal. Tego dnia wśród zawodników zwycięskich hiszpańskiej drużyny znajdował się 21 latek o nazwisku Pep Guardiola. Dwa lata wcześniej Johan Crujff awansował Guardiolę z drużyny młodzieżowej do pierwszego zespołu Blaugrany aby został jego „numerem 4". Holender widział go i jako rozgrywającego zawodnika, który biega pośrodku boiska, rozdając podanie i który jest kluczową postacią w udoskonalonej przez niego wersji „futbolu totalnego" z lat 70-tych. Awans Guardioli okazał się opatrznościowy, gdyż skierował tego piłkarza na ścieżkę kariery, która pewnego dnia doprowadziła go do trenowania jednej z najlepszych drużyn w historii piłki nożnej. Jednak przed Guardiolą był Johan Cruijff, którego lata kariery piłkarskiej składały się tylko na połowę jego legendy. Holender mówił o sobie że dopiero gdy skończył 30 lat zdołał zrozumieć dlaczego robił pewne rzeczy, które wyczyniał z piłką. Od tamtego czasu większość swojego życia spędził dzieląc się z innymi swoją filozofią na temat tego, jak należy grać w piłkę nożną. Jako trener FC Barcelony i mentor Guardioli Cruijff ma prawo myśleć o sobie jak o kimś, komu klub ten bardzo dużo zawdzięcza. Holender zasłużył się zresztą dla całej hiszpańskiej piłki. Barça przed erą Cruyffa, w przeciągu pięciu lat miała trzech zagranicznych trenerów. Każdy z nich przyprowadził jedną lub dwie gwiazdy, na których opierała się strategia gry zespołu. Lattek sprowadził Schustera, Menotti Maradone a Venables Archibalda i Linekera. Cruijff uważał że taki system podważał tożsamość klubu i nie pasował do społecznego i kulturowego kontekstu Katalonii wiedział o tym z własnego piłkarskiego doświadczenia i chciał pewne rzeczy naprawić. W końcu przybył do klubu z Holandii, czyli kraju, który od dawna zapewniał utalentowanej młodzieży możliwość rozwoju. Właśnie dlatego skupił się na zachęcaniu do rywalizacji nowego pokolenia zawodników Barçy, które przebijało się przez system szkoleniowy klubu i wprowadzał jego przedstawicieli do drużyny, w której grali wartościowi Baskowie oraz kilka zagranicznych gwiazd. Dzięki takim działaniom Holendra odrodziła się hiszpańska piłka. Cruyff wyjaśniał jak wyszukiwać talenty wśród miejscowej młodzieży, którym dawał później szansę gry: „Kiedy przyjechałem była to nowa grupa zawodników, która przeszła przez „canterę” i czekała na przyłączenie ich do pierwszej drużyny. W zespole były wolne miejsca, które pojawiają się pod koniec pewnego pięcio, czy sześcioletniego cyklu. Zrozumiałem też inną rzecz. Kibice na całym świecie lubią w dobrych zawodników, którzy mają tę samą mentalność co oni a jeszcze lepiej jeśli pochodzą z ich kraju. Jeżeli trener ma wybrać między obcokrajowcem a rodzimym graczem z takimi samymi umiejętnościami to wybierze miejscowego. Dzięki temu jeśli drużynie nie będzie się powodziło to kibice dwa razy się zastanowią zanim go wygwiżdżą. W Barsie lubię w pierwszym zespole zawodników z „cantery”, dzięki temu kibice czuję że trener jest częścią Barcelony. Dlatego próbowałem robić wszystko w taki sposób, jak oni lubią, stworzyć styl gry, który oni by mogli uważać za kataloński. Byłem tu jako piłkarz, więc wiedziałem czego chcieli". Rodak Cruijfa i jego trener Rinus Michels wywarł ogromny wpływ na niego podczas ich czasu spędzonego razem w Ajaxie. W Barcelonie taka surowa postawa przyniosła Cruijfowi sukces ale nie brakowało wewnętrznych sporów. Na przykład ciśnienie podskoczyło, kiedy Cruyff domagał się wystawienia Linekera na innej pozycji niż ta, na której Anglik grał przez całe życie. „Wiedziałem że Lineker był strzelcem i to jest dobre dla każdej drużyny ale widziałem także że w bardziej ofensywnym systemie, z większą liczbą zawodników prących do przodu, pole gry pod bramką się kurczyło. Dlatego przesunąłem go ze środka na prawo by dać mu więcej miejsca, w którym mógł wykorzystać swoje przyśpieszenie"- wspominał Cruyff. Jednak Lineker odebrał to inaczej: „Całkiem szybko zrozumiałem że Cruijff chciał najzwyczajniej ściągnąć swoich ludzi na moje miejsce ale zamiast przyjść i powiedzieć mi - nie jesteś graczem, który pasuje do mojej koncepcji-, próbował bawić się ze mną, wystawiając mnie na skrzydle... Byłem jednym z dwóch grających szeroko zawodników. Nie byłem indywidualistą, byłem po prostu numerem, tak jak numer 4(rozgrywający) był częścią systemu. W życiu byś nie pomyślał że Lineker potrafi grać na skrzydle ale wiem czemu to zrobił. Po to bym zaczął narzekać a następnie kibice obróciliby się przeciwko mnie i w taki sposób mógłby się mnie pozbyć z klubu".

Jednak Lineker miał swoich sympatyków. Według jego agenta Johanna Holmesa był bardzo ceniony zarówno na poziomie osobistym, jak i zawodowym przez ,,Briana Clougha hiszpańskiej piłki” Javiera Clemente. Zanim objął stanowisko selekcjonera, trener podczas swoich licznych przygód w wielu hiszpańskich klubach próbował bez skutku ściągnąć angielskiego „matadora". „Clemente zawsze powtarzał Gary'emu że Cruyff nigdy do końca nie rozumiał jak należy grać w piłkę nożną i nigdy nie cenił go tak, jak powinien"- wspominał Holmes. Choć mieli do siebie osobisty i zawodowy szacunek to Lineker odrzucił zaloty Clemente, podobnie jak Alexa Fergusona, który chciał go wystawić w ataku obok innego byłego zawodnika Barcy- Marka Hughesa. Walijczyk Hughes przeniósł się do Manchesteru United z Bayernu Monachium, do którego został wypożyczony po nieudanej próbie dostosowania się do życia w Barcelonie (w której nie wytrzymał dłużej niż sezon). W przeciwieństwie do niego Lineker uwielbiał tutejszy klimat i jedzenie a poza językiem hiszpańskim nauczył się także katalońskiego i w uznaniu za swoje zdolności strzeleckie zyskał przydomek „El Matador". W corridzie słowo Matador określa Torreadora w momencie uśmiercania byka a nie prowadzenia walki. Natomiast „torero” jest tą osobą, która wykorzystuje swoje zdolności do tańczenia z płachtą aby skonfrontować się z bykiem i stopniowo go zdominować. Lineker był uważany za klasycznego napastnika, z zabójczym instynktem w ataku, któremu brakowało jednak wszechstronności, jakiej Cruyff wymagał od swoich zawodników. Ostatecznie różnice zdań między Anglikiem a Holendrem okazały się nie do pogodzenia i Lineker opuścił Barcę przechodząc do Tottenhamu w wyniku transferu, który wynegocjował trener „Spurs” Terry Venables. To właśnie ten szkoleniowiec sprowadził Linkera do FC Barcelony wraz ze Stevem Archibaldem, kiedy przejął drużynę w 1984 roku po Cesarze Menottim. Venables grał i trenował w kilku klubach w Anglii, zanim przybył do Katalonii, gdzie spędził najlepszy okres swojej kariery doprowadzając FC Barcelonę w sezonie 1984/85 do pierwszego od 10 lat mistrzostwa a w kolejnym roku do finału Pucharu Europy i do zwycięstwa w pucharze ligi hiszpańskiej. W 1995 roku, 8 lat po odejściu z FC Barcelony Venables już jako selekcjoner reprezentacji Anglii podczas wywiadu, który odbył się w siedzibie angielskiej federacji piłkarskiej wyjaśnił czym według niego różni się angielska piłka od hiszpańskiej. Wspominał: „Kiedy byłem w Barcelonie jechaliśmy do San Sebastian autokarem. Podróż trwała jakieś 7,8 godzin i piłkarze przez całą jazdę tam i z powrotem po prostu pili wodę. W Anglii piłkarze w drodze na mecz pili wodę i coca-colę ale wracając, żłopali piwo. W Hiszpanii nie widziałem żeby jakikolwiek piłkarz pił lub palił do momentu, w którym nie wygraliśmy ligi, wtedy dopiero wszyscy się totalnie schlali. Zachowywali się bardzo profesjonalnie i dobrze wykonywali swoją robotę. W Anglii świętujemy tak co sobotę, po zakończeniu meczu... „Hiszpańscy piłkarze dbają o swoją kondycję, formę i zachowanie. Bardzo lubią popisywać się swoimi umiejętnościami. Brytyjczycy są bardziej funkcjonalni, po prostu wykonują swoją robotę i z tego punktu widzenia są profesjonalistami a jeśli brakuje im zdolności technicznych, który mają Hiszpanie, to nadrabiają to odpornością… Każdy ma swoje słabsze i mocniejsze strony ale widok niezwykle utalentowanych, zmotywowanych i zdyscyplinowanych piłkarzy oczekujących na mnie przed moją pierwszą sesją treningową z Blaugraną był bardzo przyjemnym widokiem". „El Tel" bo taką ksywkę miał Venables w jego rodzimej Wielkiej Brytanii, był popularną postacią w Barcelonie. Zajął zasłużone miejsce wśród angielskich trenerów, którzy pobłogosławili hiszpańską piłkę swoją obecnością. Jednak to Cruijff był osobą, która w przeciągu roku od odejścia Venabesa zainicjowała jeden z najbardziej ekscytujących i interesujących okresów w historii hiszpańskiej piłki klubowej. Z nim jako trenerem FC Barcelona sięgnęła po raz pierwszy w historii po Puchar Europy, pokonawszy w finale na Wembley 1992 roku Sampdorię i zdobyła 10 kolejnych krajowych i zagranicznych trofeów w latach 1988-1996. W czasach gdy europejskie kluby musiały dostosowywać się do nałożonych przez UEFA ograniczeń co do liczby zagranicznych graczy w kadrze pierwszego zespołu, Cruijff zbudował drużynę wokół kilku gwiazd. Brytyjczycy zostali zastąpieni przez takich graczy jak Koeman, Laudrup i Stoiczkow a młodzi piłkarze jak Luis Milla i Pep Guardiola awansowali do pierwszego zespołu z młodzieżowej drużyny Barçy. Cruyff uważał Guardiolę za utalentowanego piłkarza, który nie tylko wkomponowywał się w specyfikę kulturową i polityczną Barcelony ale był też uosobieniem jej najwspanialszych sukcesów, zarówno jako piłkarz, jaki trener. Musiały minąć lata zanim Guardiola zyskał w Hiszpanii powszechny szacunek, bez względu na dzielące ludzi poglądy.

1

@Bernard777 czytaj w odpowiedzi na mój komentarz.

9

Wojna futbolowa:

Bill Shankly, wielka legenda Liverpoolu, zwykł mawiać : „Są ludzie‚ którzy uważają‚ że futbol to sprawa życia i śmierci. Jestem takim podejściem rozczarowany. Futbol jest dużo ważniejszy.” Nie sposób się nie zgodzić z takim postawieniem sprawy. Piłka nożna rodzi waśnie wśród najbliższych znajomych i prowadzi do konfliktów na stadionach. Raz za jej sprawą rozpętało się prawdziwe piekło. Wybuchła wojna futbolowa. Końcówka lat 60-tych była czasem wielkich napięć pomiędzy Salwadorem a Hondurasem. Zarzewiem konfliktu stała się migracja salwadorskich chłopów, którzy w poszukiwaniu lepszego życia masowo osiedlali się na terytorium przygranicznym Hondurasu. Spowodowane to było faktem, iż ponad połowa rolników pracowała tylko sezonowo. W poszukiwaniu lepszego życia decydowali się opuszczać swoją ojczyznę. Szacuje się, że na ten krok zdecydowało się od 150 do 300 tysięcy! W obawie przed szerzeniem się biedoty, której niestety i tak już było sporo, kraj ze stolicą w Tegucigalpa zapowiedział reformę rolną; miała zostać wprowadzona głównie kosztem ziemi zagospodarowanej nielegalnie przez Salwadorczyków. Warto również wspomnieć, że niektórzy obywatele Hondurasu dopuszczali się brutalnych zbrodni. W skrajnych przypadkach także torturowali swoich sąsiadów. Prasa publikowała zdjęcia represjonowanych. Nienawiść była olbrzymia, a wojna wisiała na ostrzu noża. Kiedy więc los w eliminacjach do Mundialu 1970, który miał się odbyć w Meksyku, skrzyżował obie te reprezentacje, stało się jasne, że będą to mecze podwyższonego ryzyka. Pierwsze starcie wyznaczono na 8 czerwca 1969 w Tegucigalpie, stolicy Hondurasu. W przededniu spotkania prawdziwy „popis” dali kibice gospodarzy, którzy zgromadzili się pod hotelem zamieszkiwanym przez reprezentantów Salwadoru i tak skutecznie uprzykrzali im życie, że ci w nocy nie zmrużyli nawet oka! Podczas swojego „gorącego” powitania nie szczędzili kamieni ciskanych w okna przy akompaniamencie wrzasków i petard. Nietrudno się zatem domyślić, że swój cel osiągnęli. Zawodnicy Los Catrachos wygrali spotkanie, decydującą bramkę strzelając w ostatniej minucie gry. To, co wywołało euforię wśród jednych, innych pchnęło do dramatycznych decyzji. 18-letnia Amelia Bolaños, która oglądała to spotkanie na ekranie telewizora, chwilę po tym wydarzeniu popełniła samobójstwo, strzelając sobie w serce. Użyta przez nią broń należała do jej ojca i została wykradziona z jego biurka… Tak przynajmniej brzmi wersja Ryszarda Kapuścińskiego, której niestety nigdy nie potwierdzono. Być może był to zabieg mający na celu dodanie nieco romantyczności do całego wydarzenia. Tego niestety już się nigdy nie dowiemy. Wróćmy zatem do faktów. Tydzień później miał miejsce rewanż, który odbył się w San Salvador. Drużyna Hondurasu w obawie przed linczem drogę z hotelu na stadion odbyła w opancerzonym wozie. Antonio Mendoza po latach wspominał ostatnie 24 godziny przed meczem: „ Był to czas, kiedy na prawdę baliśmy się o swoje życie. Do naszego pokoju hotelowego wpadła bomba domowej roboty, która na szczęście nie wybuchła”. Cytat ten dobitnie pokazuje, że środki bezpieczeństwa nie były przesadzone. Przejdźmy jednak do samego futbolu. Honduranom do awansu wystarczał remis, gdyż w tamtych czasach nie stosowano jeszcze zasady goli strzelonych na wyjeździe. Każda ich porażka oznaczała trzeci, barażowy mecz. I tak też się stało. Rozpędzona maszyna „La Selecta” rozbiła w puch swojego rywala, nie dając mu żadnych szans, wszystkie trzy bramki strzelając przed przerwą. Jeden z bohaterów tamtej porażki wyznał niedawno, że nie był zbyt rozczarowany tą porażką. Przynajmniej korzystny wynik nie podburzał tłumu. Relacje pomiędzy obydwoma krajami popsuły się do tego stopnia, że wkrótce zerwano stosunki dyplomatyczne. Decydujący o awansie mecz rozegrano na Stadionie Azteca w Meksyku. Tam po dogrywce zwyciężył Salwador 3:2. Futbol jednak zaczynał odchodzić w cień…

Czternastego lipca korespondent Polskiej Agencji Prasowej, Ryszard Kapuściński, nadał taki oto telegram: „Tegucigalpa (Honduras) pap 14 lipca via tropical radio rca dzisiaj szósta wieczorem rozpoczęła się wojna Salwadoru z Hondurasem lotnictwo Salwadoru zbombardowało cztery miasta Hondurasu stop jednocześnie wojska Salwadoru przerwały granice Hondurasu usiłując wedrzeć się w głąb kraju stop w odpowiedzi na atak agresora lotnictwo Hondurasu zbombardowało ważniejsze obiekty przemysłowe i strategiczne Salwadoru a siły lądowe podjęły działania obronne”. Oba kraje dysponowały skromnymi siłami wojskowymi, jednak Honduras miał sporą przewagę wśród jednostek powietrznych. Jak się wkrótce okazało, lotnictwo miało odegrać decydującą rolę w całym konflikcie. Lepiej wyposażonym i wyszkolonym pilotom Hondurasu od samego początku udało się wywalczyć przewagę w powietrzu i skutecznie bombardować oddziały lądowe wroga. Dowódcy armii Salwadoru, którzy byli pewni swej przewagi na lądzie i uważali, że łatwo uda im się pokonać Honduras, pozbawieni zapasów paliwa zniszczonych przez samoloty FAH, utknęli ze swoimi oddziałami w miejscu. Już w drugim dniu konfliktu Organizacja Państw Amerykańskich żądała wycofania wojsk Salwadoru z terytorium sąsiada. Jednak dowództwo okupanta zdecydowało, że uczyni to tylko i wyłącznie pod warunkiem wypłaty odszkodowań dla swoich wysiedleńców. W końcu po stu godzinach potyczek, dnia 18 lipca 1969 roku, osiągnięto zawieszenie broni. Salwador długo zwlekał z wycofaniem swoich wojsk, uczynił to dopiero pod groźbą poważnych sankcji. „Tysiące uchodźców z obu krajów, wielu z nich ciężko rannych, przybywa do sąsiedniej Gwatemali – relacjonowano w Polskim Radiu dwa dni po zakończeniu walk. – (…) W ciągu tych 5 dni walk wojna futbolowa przestała być operetkową ciekawostką z krańca świata. Jest jeszcze jedną, rozgrywającą się na tym świecie tragedią.” Niestety, źródła nie są zgodne co do ilości zabitych. Szacunkowo mogę zatem podać, że jest to przedział pomiędzy dwoma a sześcioma tysiącami osób. Pewny jest jednak fakt, że wiele tysięcy straciło dach nad głową. Wojna, która trwała zaledwie 100 godzin, odmieniła życie ogromnej liczbie ludzkich istnień. Incydenty graniczne trwały aż do 1972 roku. Około 130 tysięcy salwadorskich chłopów powróciło do ojczyzny. Spowodowało to w znaczącym stopniu zahamowanie rozwoju gospodarki tego kraju. W efekcie wojny stosunki polityczne i ekonomiczne między obu państwami zostały zerwane. Traktat pokojowy podpisano dopiero w październiku 1980 pod naciskiem Stanów Zjednoczonych, dążących do skoordynowania działań armii obu państw przeciwko lewicowym partyzantom salwadorskim, operującym w rejonach przygranicznych. Podpisanie traktatu nie rozwiązało jednak istoty sporu granicznego. A co z piłkarzami Salwadoru? W decydującej rundzie kwalifikacji pokonali Haiti, jednak podczas Mistrzostw Świata nie tylko nie wyszli z grupy – zostali także strasznie upokorzeni, kończąc turniej bez strzelonej bramki i z bilansem dziewięciu goli straconych.

@Adran360
@AssisMoreira
@Astad
@Bernard777
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani

9

@FCBparasiempre
Gilmar, Djalma Santos, Nilton Santos, Didi, Zito, Vava, Zagallo. Tuż przed rozpoczęciem Mistrzostw Świata w 1958 roku Brazylia miała kim straszyć swoich przeciwników. Trener Vicente Feola dokooptował do składu na turniej, pod presją mediów i kibiców, dwóch zawodników, którzy dla świata byli wówczas anonimowi. Jak bardzo Pele i Garrincha, bo o nich mowa, zmienili historię futbolu? Zgodnie z obietnicą FIFA z lipca 1950 roku, organizację Mundialu 1958 powierzono Szwecji. Chęć udziału w turnieju wyraziło 55 krajów. Większość z nich podzielono na trzyzespołowe, kontynentalne grupy. Polska została skojarzona z Finlandią i ZSRR. Finowie przegrali wszystkie mecze, stając się, zgodnie z przewidywaniami, outsiderami tabeli. Biało-Czerwoni przegrali pierwszy mecz z Rosjanami 0:3, a rewanż na Stadionie Śląskim doczekał się miana legendy. 100 tys. osób obserwowało, jak po dwóch bramkach Gerarda Cieślika Polacy zwyciężyli 2:1. W związku z taką samą liczbą punktów, konieczny był dodatkowy mecz barażowy na neutralnym terenie. W Lipsku Sowieci zwyciężyli 2:0 i to “Wielki Brat” wywalczył awans na Mistrzostwa Świata. Ciekawy przypadek z eliminacji dotyczy reprezentacji Izraela. Izraelczycy mieli pierwotnie przejść cztery etapy kwalifikacji. W każdym z nich trafiali na kraje muzułmańskie, kolejno Turcję, Indonezję, Egipt i Sudan. Żaden z nich nie chciał rozgrywać meczu na terenie swojego oponenta, zatem wszyscy solidarnie oddali dwumecze walkowerem. Cztery starcia, cztery walkowery – czy taka sytuacja zapewniła Izraelowi udział w czempionacie? Myśląc logicznie, powinna zapewnić ale nie zapewniła! FIFA stwierdziła, że bez grania w eliminacjach udział w turnieju przysługuje jedynie gospodarzom (Szwecja) i aktualnemu Mistrzowi Świata (Republika Federalna Niemiec), zatem postanowiła, że Izrael zmierzy się z jedną z drużyn, która zajęła drugie miejsce w swojej grupie w eliminacjach europejskich. Wylosowano Walię. Wyspiarze wygrali dwa mecze w rozmiarze 2:0 i to oni pojechali do Skandynawii. Swoją drogą, jeden jedyny raz w historii zdarzyło się, by awans wywalczyły aż cztery drużyny z Wysp Brytyjskich – Anglia, Walia, Szkocja i Irlandia Północna. W turnieju, rozegranym w dniach 8-29 czerwca 1958 roku, wzięło udział 16 drużyn: Szwecja, RFN, Anglia, Francja, Węgry, Czechosłowacja, Walia, Austria, ZSRR, Jugosławia, Irlandia Północna, Szkocja, Argentyna, Brazylia, Paragwaj i Meksyk. Zostały podzielone na cztery grupy. W grupie A mierzyły się Argentyna, Irlandia Północna, Czechosłowacja i RFN. Grupa B skojarzyła ze sobą Jugosławię, Francję, Paragwaj i Szkocję. Grupa C: Meksyk, Szwecja, Walia i Węgry. Najciekawiej zapowiadały się pojedynki w grupie D, w której zameldowały się ekipy Anglii, Austrii, Brazylii i ZSRR. W szwedzkim czempionacie wprowadzono kilka innowacji. Po raz pierwszy ułożono finałową drabinkę, dzięki czemu nie było konieczności losowania par w fazie pucharowej. Wielką popularnością cieszył się konkurs na oficjalną piłkę. Organizatorzy doczekali się aż 103 zgłoszeń. Ostatecznie wygrał model “Gunnar Gren”, nazwany tak na cześć znakomitego szwedzkiego pomocnika. Ponadto po raz pierwszy mecze były transmitowane na żywo w telewizji. Co prawda tylko na terenie Szwecji, inne kraje nadal musiały podziwiać wyczyny piłkarzy jedynie z odtworzenia. Nie zmienia to jednak faktu, że był to bardzo duży krok w kierunku komercjalizacji i popularyzacji najpiękniejszej dyscypliny sportu na świecie. Jednym z głównych faworytów do sięgnięcia po Złotą Nike była Brazylia. Canarinhos bardzo poważnie podeszli do turnieju. Na kilka miesięcy przed jego rozpoczęciem krajowy rząd postanowił przekazać na reprezentację potężną działkę pieniędzy. W związku z tym piłkarze z kraju kawy mieli zapewnione najlepsze warunki przygotowawcze.

Ponadto do pracy w kadrze zaangażowanego prywatnych lekarzy, dentystów, a nawet psychologa. W związku z faktem, że większość zawodników wywodziła się ze skrajnej biedy, przywołani fachowcy mieli ręce pełne roboty. Najwięcej do powiedzenia chciał mieć psycholog, Joao Carvalhaes. Jeszcze w trakcie selekcji dokonał na zawodnikach wiele badań psychologicznych. Dzięki uzyskanym wynikom zaczął namawiać trenera Vicente Feolę do tego, by ze zgrupowania wyrzucił dwóch gagatków, których wyniki “stanu umysłu” były wręcz katastrofalne. Jednego nazwał dzieckiem, a drugiego człowiekiem niedorozwiniętym. Pierwszym był 17-letni Pele, a drugim gwiazda Botafogo, 24-letni Garrincha. Feola również nie był zagorzałym zwolennikiem tych dwóch zawodników. Doskonale zdawał sobie sprawę, że obaj mają pstro w głowie i lubią sprawiać kłopoty wychowawcze. Ich obecność w drużynie narodowej była podyktowana olbrzymią presją mediów i społeczeństwa. Pele, mimo młodego wieku i koguciej budowie ciała, grał bez strachu, na wielkim luzie i prezentował niespotykaną wcześniej w Brazylii skuteczność. Garrincha był jeszcze większym fenomenem. Kiedy wychodził na rozgrzewkę wśród publiczności, przed którą prezentował się po raz pierwszy, wzbudzał salwę śmiechu. Wszystko przez specyficzną budowę ciała i sposób poruszania się. Nie ma najmniejszych wątpliwości, że największy magik w historii piłki nożnej nie zrobiłby dzisiaj kariery, bo w młodym wieku zostałby pozbawiony nadziei przez lekarzy. Garrincha miał bowiem krzywy kręgosłup, lewą nogę krótszą od prawej, a w zestawie obie tworzyły swoisty żagiel na wietrze – lewa była wygięta na zewnątrz, a prawa do wewnątrz. Manuel Francisco dos Santos, bo tak brzmi pełne imię i nazwisko Garrinchy, urodził się i wychował w Pau Grande. Malownicza miejscowość była ziemskim rajem dla zawodnika. Gdy był mały, uwielbiał łowić ryby i polować na strzyżyki. To właśnie dzięki tym małym ptaszkom zyskał swój przydomek. Nie brał życia zbyt poważnie. Nie interesowało go zainteresowanie wyrażane jego osobą przez największe kluby w Brazylii. Wolał swoje Pau Grande, do którego stale wracał po wypłynięciu na szerokie wody. Kiedy w 1950 roku cały kraj rozpoczynał płacz podczas przegranego finału z Urugwajem na Maracanie, on na spokojnie łowił ryby. Nigdy nie dbał o pieniądze, co często wykorzystywali klubowi prezesi. Od zawsze był uczulony na pracę, a jego ulubionymi zajęciami było uganianie się na przemian za kobietami i za piłką. W jednym i drugim nie miał sobie równych. Byłe kochanki zachwalały jego łóżkowe umiejętności i 25-centymetrowy sprzęt, którym dysponował. Jeszcze większym magikiem był jednak na boisku. Chwała Bogu, że akurat tę zdolność mógł podziwiać cały świat. Dysproporcje w budowie ciała przeobraził w swoją tajną broń. Dzięki niespotykanej koordynacji ruchowej mało który przeciwnik był w stanie przewidzieć, jak zwód akurat wymyśli Garrincha. A dryblerem był niezwykłym. Uwielbiał holować piłkę, kiwać zawodników, zakładać im siatki. Sprawiało mu to większą przyjemność niż samo strzelanie goli. Tuż przed Mundialem 1958 reprezentacja Brazylii rozegrała sparingowe starcie z włoską Fiorentiną. Mane przedryblował obrońców, wyszedł sam na sam, okiwał bramkarza kładąc go “na tyłku” i mając przed sobą pustą bramkę… zatrzymał się, pozwolił golkiperowi wstać, wymanewrował go raz jeszcze i wszedł z piłką do jego świątyni. Feola, inni trenerzy i koledzy z drużyny z początku nienawidzili u niego samolubnej gry. Do czasu… Mundial 1958 zainaugurowało starcie Szwecji i Meksyku, pewnie wygrane przez gospodarzy 3:0. Szwedom trzeba oddać, że podczas całego turnieju prezentowali się znakomicie. Faza grupowa wyklarowała kilku pretendentów do wygrania mistrzostw. Wśród nich, obok Brazylii i Francji, byli właśnie Skandynawowie. Awans z grupy A wywalczyły drużyny RFN i Irlandii Północnej, z grupy B Francja i Jugosławia, a z grupy C Szwecja i Walia, której do promocji wystarczyły zaledwie trzy remisy. Najciekawiej było w grupie D, uznanej za grupę śmierci. Garrincha i Pele od początku turnieju ugrzęźli na ławce. Bez nich Canarinhos pokonali Austrię 3:0 i bezbramkowo zremisowali z Anglią, prezentując bardzo zachowawczą grę.

Decydującym meczem w kontekście awansu do fazy pucharowej było starcie z ZSRR. Na kilkanaście godzin przed pierwszym gwizdkiem do Feoli udała się rada drużyny, prosząc, by wystawił w składzie Pelego i Garrinchę. W tym samym czasie Carvalhaes wykonał na zawodnikach kolejne psychotesty. Pozytywnie zdało go tylko dwóch zawodników – Nilton Santos i, co zaskakujące, Pele. Najgorszy wynik osiągnął, a jakże, Mane. Kiedy został poproszony o narysowanie pierwszej rzeczy, która przychodzi mu na myśl, nabazgrał coś na kształt okręgu i kilku wychodzących z niego kresek. Psycholog zapytał: ,,Mane, mam rozumieć, że to słońce? Nie. Głowa Quarentinhy (kolega z Botafogo)”. Carvalhaes stanowczo odradzał Feoli wystawienie Garrinchy. Ten jednak wziął odpowiedzialność na swoje barki i odpowiedział: “Może i masz rację w kwestii psychiki Garrinchy, ale rzecz w tym, że nie znasz się na piłce nożnej”. Po wszystkim odsunął Carvalhaesa od drużyny aż do zakończenia mistrzostw. Garrincha i Pele wybiegli w podstawowej jedenastce. Mane nie znał brazylijskiego hymnu, podczas jego grania stał pogarbiony i wyraźnie znudzony. Zwracał na siebie uwagę publiczności. Feola chciał od samego początku pokazać, kto będzie dzielił i rządził na boisku, więc nakazał Didiemu, by pierwszą piłkę zagrał na skrzydło do Garrinchy. Tak się stało. Piłkarz z Pau Grande już w swoim dziewiczym kontakcie z futbolówką rozkochał w sobie kibiców zgromadzonych na trybunach. W ciągu pierwszych pięciu minut przez sowieckie pole karne przeszła prawdziwa nawałnica. Jej efektem był gol Vavy. Ten sam zawodnik ustalił rezultat w drugiej połowie. Zwycięstwo 2:0 dało Brazylijczykom pierwsze miejsce w grupie i awans do ćwierćfinału, gdzie czekała na nich Walia. Dzięki dość niespodziewanemu remisowi Anglii z Austrią, w grze pozostali Rosjanie. Po triumfie nad Sowietami prasa zachwycała się tylko jednym zawodnikiem, czarodziejem Garrinchą. Pisano, że zawodnik Botafogo “w pojedynkę rozwaliłby reprezentację Anglii”. Mecz 1/4 finału z Walią był słabszy w wykonaniu Canarinhos. Wielu trenerów jest zdania, że najtrudniejszym starciem na turnieju zawsze jest czwarty mecz. Potwierdziło się to na przykładzie drużyny Feoli. Mane stale miał przy sobie trzech opiekunów, nie opuszczających go nawet na krok, przez co ciężko było mu w pełni rozwinąć skrzydła. Bohaterem starcia został Pele, strzelec jedynego gola. W dniu starcia miał zaledwie 17 lat i 239 dni. Do dziś jest najmłodszym strzelcem bramki w finałach Mistrzostw Świata. Patrząc na dyspozycję poszczególnych zespołów, półfinał między Francją a Brazylią zapowiadał się wręcz fenomenalnie. Ułożeni Francuzi, do których dzień przed meczem przyjechały żony i partnerki, kontra nieokiełznani Brazylijczycy, którzy podczas mistrzostw żyli w seksualnym raju, uciekając z hotelu w ramiona bardzo wyzwolonych i chętnych na wszystko i o każdej porze Szwedek. Przede wszystkim była to jednak konfrontacja najlepszych zawodników na świecie. Z jednej strony Raymond Kopa i Just Fontaine, z drugiej Pele i Garrincha. Ci drudzy nie pozostawili żadnych złudzeń. Co prawda pierwsza połowa nie wskazywała końcowego, zdecydowanego triumfu, ale drugie 45 minut rozwiało wszelkie wątpliwości. Canarinhos więcej akcji przeprowadzali stroną Garrinchy, a ten szalał w najlepsze. Kryjący do Andre Lerond po latach odtworzył sobie zapis meczu na video i widząc, jak ośmieszał go Mane, szczerze stwierdził: “Wiedziałem, że było źle, ale dopiero teraz zdałem sobie sprawę, jaki to był obciach”. Mimo wszystko Garrinchę w półfinałowym starciu przyćmił Pele, zdobywca klasycznego hat-tricka. Młokos liczący 17 lat i 244 dni został najmłodszym w historii strzelcem trzech bramek w jednym mundialowym meczu. Brazylia zwyciężyła 5:2. Finałowym przeciwnikiem piłkarzy Feoli byli Szwedzi, którzy w poprzedniej rundzie pokonali RFN 3:1. Zanim doszło do decydującego starcia, Francja ograła Niemców 6:3 w meczu o trzecie miejsce. Cztery bramki zdobył Just Fontaine. W całym turnieju uzbierał aż 13 trafień, co jest wyczynem niedoścignionym i ciężko będzie go kiedykolwiek poprawić. Przed wielkim finałem pojawił się problem. Stroje Szwecji i Brazylii były niemal bliźniacze, przez co konieczne było losowanie, która z drużyn może wystąpić w swoich standardowych, żółtych (kanarkowych) trykotach. Losowanie było łaskawe dla gospodarzy. Canarinhos mieli więc trzy opcje– koszulki białe, zielone albo niebieskie. Białe kojarzyły się z niczym innym jak z haniebną porażką na Maracanie w 1950 roku, więc automatycznie odpadły. Ostatecznie wybrano niebieskie. Z dwóch powodów. Niebieski był kolorem szat Matki Bożej z Aparecidy, patronki całego kraju, której powierzono opiekę nad piłkarzami podczas Mistrzostw Świata. Ponadto zauważono, że w poprzednich pięciu mistrzowskich edycjach aż cztery razy triumfatorem był zespół, grający finał właśnie w niebieskich koszulkach (po dwa razy Urugwaj i Włochy).

W Rio de Janeiro i innych miastach kraju powoli odczuwano nadchodzący sukces. Feola nie chciał powtórki z 1950 roku, zatem zabronił swoim zawodnikom rozmawiać z kimkolwiek przed decydującym starciem. Gdy na konferencji prasowej zobaczył setki mikrofonów, nakazał je powyłączać. Nie chciał szumu. Nie zapowiadał sukcesu, wypowiadał się rozważnie, z respektem i lekką obawą przed przeciwnikiem i wspierającą go publicznością. Przed każdym spotkaniem obowiązkowym rytuałem brazylijskich zawodników było wypicie narodowego dobra, kawy. Kawy oryginalnej, przywiezionych przez zespół ze swojego kraju w olbrzymich ilościach. W finale z początku bardziej pobudzeni byli jednak Szwedzi. Za sprawą Liedholma wyszli na prowadzenie już w czwartej minucie. Pięć minut później wyrównał niezawodny Didi. Ten sam zawodnik wyprowadził swoich kolegów na prowadzenie na nieco kwadrans przed końcem pierwszej części spotkania. W szatni zawodnicy znów posilili się kawą i w drugiej odsłonie odegrali kolejny koncert. Dwie bramki Pelego, najmłodszego w historii Mistrza Świata (17 lat i 249 dni), i jedna Zagallo były efektem zdecydowanej, ofensywnej, radosnej gry Canarinhos, napędzanej rajdami Garrinchy. Ostateczny wynik odzwierciedlał różnicę między dwoma zespołami – 5:2. Po końcowym gwizdku niemal cała zwycięska ekipa zalała się łzami szczęścia. Niemal cała, bo niewzruszony pozostał jedynie Garrincha. Dla niego zwycięstwo w finale Mundialu smakowało mniej więcej tak, jak zwycięstwo na podwórku w Pau Grande. Podczas koronacji Mistrzów Świata, zgodnie z tradycją, puchar Julesa Rimeta trafił w ręce kapitana, Belliniego. Zawodnik uniósł statuetkę wysoko ponad głowę, dając przykład kolejnym pokoleniom zawodników, którzy w podobny sposób świętują zdobycie ważnego pucharu lub mistrzostwa. Brazylia oszalała na punkcie swoich zawodników. Oszalał również cały świat. Każdy, kto śledził przebieg Mistrzostw Świata, był zauroczony Pelem i Garrinchą. Nelson Rodrigues pisał o tym drugim: “Jest uważany za idiotę, ale na Mistrzostwach Świata pokazał, że to my jesteśmy idiotami. Myślimy, racjonalizujemy. Przy cudownej szybkości jego reakcji jesteśmy nierobami, ociężałymi hipopotamami”. Pele i Garrincha stali się najcenniejszym dobrem narodowym Brazylii. Z całego świata otrzymywali setki listów z prośbą o autografy, europejskie ekipy zapraszały Botafogo i Santos na tournee, a kobiety mdlały na ich widok, z czego zawodnicy skrzętnie korzystali. Ich wartość była do tego stopnia niepodważalna, że otrzymali zakaz podróżowania jednym samolotem. Dalsza historia pokazała, że gdy w reprezentacji występowali w duecie, Canarinhos nie przegrali meczu. Na całym świecie to Pele po dziś dzień jest uznawany za najlepszego piłkarza w historii, jednak większość Brazylijczyków w tym rankingu znacznie wyżej stawia Garrinchę. Mane porywał tłumy, często w pojedynkę rozstrzygał losy spotkań. W narodowych barwach wystąpił 50 razy. Wówczas Brazylia przegrała tylko jedno spotkanie. Kiedy? Tego dowiecie się przy innej okazji.

0

@Lanosss No to czyli wygląda na to że jednak mieści się to w szerokich ramach przepisów, skoro tak twierdzi pan Michał...

0

@Lanosss Czyli mam rozumieć że na poziomie III ligi jest na to przyzwolenie, mimo obowiązujących przepisów? Dziwne to jest...

Media

Sonda

Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?