1

@Safrani Mój rocznik to '71 ale chyba niedużo jestem od ciebie starszy...?

12

Bitwa o Berno:

Stadion Wankdorf w Bernie w ciągu ośmiu dniu był areną dwóch pamiętnych meczów w historii mistrzostw świata w piłce nożnej. 4 lipca reprezentacja Węgier sensacyjnie przegrała 2-3 finałowy mecz Pucharu Świata z RFN. Jedna z najlepszych ekip w dziejach nie zdobyła trofeum, które było jej przeznaczone. 27 czerwca po wygraniu batalii zwanej ,,Bitwą o Berno” nikt nie przypuszczał, że Jules Rimet na koniec turnieju puchar swojego imienia wręczy nie Ferencowi Puskasowi, a Fritzowi Walterowi. Brazylia jechała do Szwajcarii z myślą rehabilitacji za klęskę, jaką było tylko drugie miejsce wywalczone na własnej ziemi. Reprezentacja została mocno przebudowana. Kompromitację sprzed czterech lat pamiętał tylko Bauer oraz legendarny Nílton Santos. Ważnymi postaciami ,,Canarinhos” byli Didi i Djalma Santos, którzy na kolejnych turniejach wydatnie przyczynili się do końcowych zwycięstw. Nawet białe trykoty po mistrzostwach w 1950 roku zostały uznane za przeklęte. Zorganizowano konkurs na nowe barwy koszulek. Zwyciężył kolor kanarkowy. Brazylia rozpoczęła turniej imponująco, bo od rozgromienia Meksyku 5-0. Później zremisowała 1-1 z Jugosławią i zakwalifikowała się do ćwierćfinału. Tam czekała na nich najlepsza drużyna ostatnich lat. Węgrzy nic sobie nie robili z renomy Brazylii. Za nimi była seria trzydziestu meczów bez porażki, a także złoto olimpijskie wywalczone w 1952 roku w Helsinkach. Brazylia w dwóch meczach grupowych strzeliła sześć bramek. Z samą Republiką Federalną Niemiec Węgrzy zdobyli osiem goli. Dziewięć strzelili w pierwszym meczu turnieju przeciwko Korei Południowej. Dość powiedzieć, że w meczu z Azjatami sędzia Raymond Vincenti w Francji odgwizdał więcej goli niż… rzutów wolnych. Goli było dziewięć, zaś wolnych tylko pięć. Prasa podgrzała temperaturę tego meczu, określając je jako starcie komunizmu (Węgry) z chrześcijaństwem (Brazylia). FIFA próbując opanować sytuację, do sędziowania meczu wyznaczyła Anglika Arthura Ellisa. Wydawało się, że trudno było o lepszy wybór. Ellis sędziował mecze poprzednich mistrzostw świata, finał Pucharu Anglii z roku 1952 i czterdzieści meczów międzypaństwowych. Dwa lata po ,,Bitwie o Berno” dostąpił zaszczytu sędziowania pierwszego finału Puchar Europy, w którym Real Madryt pokonał po dogrywce 4-3 Reims. Jak się później okazało, z wprowadzeniem porządku na boisku nie poradził sobie nie tylko angielski arbiter, ale i służby porządkowe. Pierwszą bramkę publiczność zgromadzona na stadionie w liczbie czterdziestu tysięcy zobaczyła już w czwartej minucie. Strzelił ją Nándor Hidegkuti. Na 2-0 trzy minuty później podwyższył Sándor Kocsis. Brazylia odpowiedziała w osiemnastej minucie, kiedy to skutecznie rzut karny wykonał Djalma Santos. ,,Jedenastkę” otrzymali również Węgrzy, a jej wykonawcą był Mihály Lantos. 3-1. Julinho zmniejszył straty pięć minut później. Ostatnie minuty gry z futbolem miały już niewiele wspólnego. Zaczęło się od bójki Nílton Santosa z Jószefem Bozsikiem. Ellis usunął obu z boiska. Humberto Tozzi błagał Anglika, aby ten oszczędził Santosa. Osiem minut później sam także opuścił mecz przedwcześnie. W 88. minucie Kocsis strzelił swojego drugiego gola w tym meczu, a dziewiątego w turnieju i przypieczętował awans ,,Madziarów” do najlepszej czwórki szwajcarskiego czempionatu. Brazylijczycy przegrali na boisku, ale chcieli koniecznie zwyciężyć w pojedynku na pięści, choć w ruch poszły także przedmioty: między innymi krzesła, buty i butelki. Jedną z nich oberwał trener Węgrów Gusztáv Sebes. Nieobecny w tym meczu z powodu kontuzji kostki Ferenc Puskás miał w tunelu uderzyć butelką w głowę jednego z Brazylijczyków. ,,Canarinhos” mieli być atakowani butelkami także przez widownię. Ci wparowali do szatni Węgrów, zgasili w niej światło i zaatakowali zaskoczonych mistrzów olimpijskich. Zawodników musiała rozdzielać policja.

Gdy uporano się z piłkarzami, do ataku ruszyli kibice, media i włodarze brazylijskiej federacji. Brazylijscy fani pluli na samochód Arthura Ellisa i krzyczeli, że jest komunistą. Włoski korespondent określił sędziowanie Anglika jako ,,wyreżyserowane”. Sam Ellis po latach powiedział, że piłkarze oraz fani obu drużyn zachowywali się jak zwierzęta. Brazylijska federacja wysłała do FIFA oficjalną skargę na sędziego, nazywając go ,,sługą światowego komunizmu, wrogiem cywilizacji zachodniej i chrześcijaństwa”. Karierze Ellisa tamten mecz nie zaszkodził, jednak gdyby nie fakt, że był uczestnikiem tamtego mordobicia, szumnie nazywanego meczem, prawdopodobnie to on, a nie liniowy z tamtego spotkania William Ling byłby sędzią pamiętnego finału, nazwanego ,,Cudem w Bernie”. Światowa federacja nie ukarała żadnego uczestnika tamtego meczu, ponieważ nie chciała zaognić i tak gorącej atmosfery. W półfinale Węgrzy znowu rozegrali bardzo trudny mecz z zespołem z Ameryki Południowej, ale znowu wygrali 4-2. Droga do finału ,,złotej jedenastki” wyglądała na zapowiedź tego, co wydarzyło się 4 lipca w meczu finałowym.

@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360

2

@Safrani Mnie z kolei wzieła piłka już od Espana '82 i od razu od sukcesu Piechniczka. Natomiast Euro '88 ogladalem chodząc już do zawodówki. Generalnie to z tego Euro pamiętam tylko ślicznie grającą Holandie i nieustępliwy ZSRR. Do czasu rozpadu ZSRR Ruskie naprawde byli mocne! Szkoda tylko Van Bastena, który po kontuzji stał się przeciętnym piłkarzem i przedwcześnie zakończył kariere...

6

@FCBparasiempre
Reprezentacja Holandii, futbolowa potęga ostatnich 50 lat ważny turniej wygrała tylko raz. Do mistrzostw Europy w roku 1988 w Niemczech Holendrzy zdobyli dwukrotnie tytuł wicemistrza świata a najlepsze holenderskie kluby(Ajax, Feyenoord i PSV) w sumie osiem razy wywalczyły trzy najważniejsze europejskie puchary. Na turnieju w Niemczech Holendrzy znaleźli się w grupie z Anglikami, Irlandczykami i ZSRR i właśnie od meczu ze Związkiem Radzieckim rozpoczęli mistrzostwa. To był falstart przegrali 0:1. Po stracie gola w 54 minucie trener wprowadził na boisko rezerwowego napastnika, 24-letniego Marco van Bastena. Do tej pory Rinusowi Michelsowi wydawało się że napastnikiem, który spełni jego oczekiwania jest John Bosman. Jednak jak to już nie raz bywało, nawet najwięksi trenerzy dokonywali zmian podczas turnieju, otwierając piłkarzom droge do karier a reprezentacji do sukcesów. Tak jak działo się z Pelem i Garrinchą, podobnie teraz z van Bastenem. Drugi mecz z Anglią van Basten zaczął już w pierwszej jedenastce. Strzelił 3 piękne gole i Holandia zwyciężyła 3:1. Kiedy pokonuje się Anglie, natychmiast awansuje się do roli faworyta. W trzecim meczu Pomarańczowi pokonali Irlandie mającą przez kilka lat najlepszą reprezentacje w swojej historii. Grali w niej zawodnicy czołowych klubów angielskich: Aldridge, Houghton, Whelan, Mc Grath, Moran, Sheedy, Bonner, Mc Carthy, Morris czy wreszcie Stapleton. Trenował ich Jackie Charlton. Trzy dni później w Hamburgu Holendrzy rywalizowali o finał z gospodarzami. Niemcy nigdy nie lekceważyli żadnego przeciwnika a w Holandii żyli jeszcze ludzie dobrze pamiętający niemiecką okupacje, młodych zaś podtrzymywała na duchu nadzieja na rewanż za przegrany finał mundialu z 1974 r. W dniu meczu z Holandii do Hamburga ciągnęły więc setki samochodów osobowych i autokarów, przystrojonych w pomarańczowe barwy. Często z hasłem: ,,Jedziemy szukać rowerów, które nam Niemcy zarekwirowali podczas wojny”. Pasażerowie tych aut długo nie mieli powodów do radości. Kilka minut po przerwie Matthäus wykorzystał rzut karny. Niemcy prowadziły na swoim stadionie 1:0, do końca pozostawało niewiele ponad pół godziny a w takich okolicznościach nigdy nie przegrały. Lecz Holendrzy walczyli i na kwadrans przed końcem dopieli swego. Rumuński sędzia prowadzący mecze na najwyższym poziomie, mimo że zupełnie się do tego nie nadawał, przyznał Holendrom rzut karny. Równie wątpliwy jak ten pierwszy dla gospodarzy. Ronald Koeman, który wśród najlepszych piłkarzy świata wyróżniał się najsilniejszym strzałem doprowadził do remisu. Tego Niemcy się nie spodziewali. Trener Beckenbauer wprowadził na boisko błyskotliwego skrzydłowego Pierre’a Littbarskiego, licząc na jego szybkość i drybling. Obrońcy Holenderscy byli jednak bezbłędni. O niemieckich nie można tego powiedzieć. Najwięcej pracy miał pilnujący van Bastena Jurgen Kohler. Udawało mu się przez 89 minut i już myślał że wygrał. Wtedy Holender wystartował jak sprinter do podania Jana Woutersa a Niemiec został w blokach. Usiłował ratować sytuacje wślizgiem ryzykując faul w polu karnym ale i to mu się nie udało. Van Basten strzelił obok bramkarza i Holandia wygrała 2:1. Po 14-tu latach Rinus Michels wziął rewanż za przegrany finał mistrzostw świata. W finale przeciwnikiem Holendrów była reprezentacja Związku Radzieckiego. To już był jej łabędzi śpiew. W następnym roku runął mur berliński, w 1991 ZSRR przestał istnieć. Reprezentacja zakwalifikowała się jednak do następnego Euro w Szwecji, więc występowała tam pod nazwą Wspólnota Niepodległych Państw. Na koszulkach tradycyjną rosyjską nazwe CCCP zastąpiła angielska CIS(Commonwealth of Independent States) co było ironią losu, na którą zresztą nikt nie narzekał. Połowa piłkarzy występowała już wtedy w klubach zachodnich, zarabiała prawdziwe pieniądze a niektórzy nawet średnio się z ta reprezentacją identyfikowali. W roku 1988 wszystko jednak odbywało się według sprawdzonych sowieckich wzorów, choć już po raz ostatni. Trener radziecki Walery łobanowski, niewątpliwie jeden z największych speców w historii futbolu, był zatrudniony jednocześnie w Dynamie Kijów. Powołał więc do kadry 13 zawodników tego klubu, co w tamtych warunkach nie było ani niczym nowym, ani szczególnym. Łobanowski powoływał zawodników Dynama do reprezentacji nie z powodów koniunkturalnych ale dlatego że byli najlepsi. Kiedy ,,Sborna” zaczęła turniej od zwycięstwa z Holandią, można było myśleć o następnych. Irlandia trochę te nadzieje ochłodziła(1:1) ale po trzecim meczu notowania ZSRR jeszcze wzrosły. To, co Rosjanie zrobili z Anglikami było czymś wyjątkowym. Anglia z Linekerem, Robsonem Adamsem i paroma innymi gwiazdami swojej ligi została przez Rosjan ośmieszona i przegrała 1:3. W półfinale jej los podzieliła reprezentacja Włoch, również pełna asów takich jak Baresi, Maldini, Ancelotti, Vialli czy Mancini. Nic nie dało się zrobić, przegrali gładko 0:2. Finał Holandia-ZSRR na stadionie Olimpijskim w Monachium zapowiadał się więc frapująco i taki też był. Jego ozdobą stały się wyjątkowej urody gole. Pierwszego zdobył Ruud Gullit. Erwin Koeman z prawego skrzydła podał na pole karne, van Basten głową do Gullita, który też głową z siedmiu metrów strzelił tak mocno że nawet Rinat Dasajew, cieszący się opinią najlepszego bramkarza Europy, nie zdołał zatrzymać piłki. Gullit był nie tylko najlepszym piłkarzem świata końca lat 80-tych ale i najbardziej rozpoznawalnym. Miał prawie 1,90 wzrostu, nosił długie opadające na ramiona czarne włosy i wąsy. Robił wrażenie na kobietach a kiedy wychodził na boisko z piłką przy nodze, sprawiał wrażenie niepokonanego herosa i takim przez kilka lat był. Druga bramka uznana została za jedną z najpiękniejszych, jakie padły w finałach rozgrywek na najwyższym poziomie. Van Tiggelen przejał na środku boiska prostopadłe podanie Rosjan, przebiegł z piłką kilkanaście metrów i podał na lewe skrzydło do 35-letniego Mührena, ostatniego zawodnika w holenderskiej kadrze pamiętającego czasy wielkiego Ajaxu początku lat 70-tych. Dobiegając do wysokości linii pola karnego, Mühren kopnął piłke na prawo. Przez ułamek sekundy wydawało się że to zagranie jest nieudane, piłka leciała wysoko, na drugi koniec pola karnego, skąd Rosjanom nic nie mogło grozić. Teoretycznie. Van Basten tam już był a przy nim lewy obrońca Wasilij Rac, blokujący Holendra raczej dla zasady, niż z myślą o zażegnaniu niebezpieczeństwa, które, logicznie rzecz biorąc, nie istniało. Van Basten nawet nie próbował opanować piłki. Kopnął ją prawą nogą z woleja tak że przeleciał nad Dasajewem i wpadła w samo okienko bramki. Coś absolutnie fantastycznego. Taki strzał nawet na treningach zdarza się raz na kilkaset prób. W meczu o mistrzostwo Europy, nigdy. Stadion zerwał się na nogi, uśmiechnięty Rinus Michels złapał się za głowe. Holandia prowadziła 2:0 i trochę się cofnęła. Rosjanie zaatakowali i wywalczyli rzut karny. Naprzeciw siebie stanęli bramkarz Hans van Breukelen i Zasłużony Mistrz Sportu Związku Radzieckiego, zdobywca Złotej Piłki, Igor Biełanow. To była gra nerwów. Kiedy ten ostatni ustawiał pilke na punkcie karnym, van Breukelen podszedł do niego i zaczął rozmowe a właściwie monolog bo Ukrainiec milczał. Van Breukelen mówił prawdopodobnie że nie ma szans, patrzył w oczy, grał na nosie. Przypominało to próbe sił bokserów przed walką. Pierwszy wzroku przeciwnika nie wytrzymał Biełanow. Kiedy już piłka leżała na ziemi, zrobił długi rozbieg jak do skoku w dal a nie strzelenia jedenastki w finale mistrzostw Europy. Zaczął za polem karnym a biegnąc nie miał chyba żadnej koncepcji. Był całkiem wytrącony z równowagi i strzelił prosto w bramkarza. Po tym ZSRR już się nie podniósł. Holandia zwyciężyła 2:0 a Rinus Michels główny twórca ,,futbolu totalnego”, wreszcie w wieku 60 lat zajął z reprezentacją pierwsze miejsce. Holenderskich piłkarzy uznawano wówczas za najbardziej atrakcyjny towar na futbolowym rynku Europy. Silvio Berlusconi był już wtedy właścicielem AC Milan i do dwójki Gullit-van Basten dokupił z Saragossy Franka Rijkaarda, tworząc współczesną wersje powojennej trójki Szwedów Gre-No-Li(Gren-Nordhal-Liedholm). Dzięki nim Milan zdobył dwa razy z rzędu Puchar Mistrzów(1989 i 1990). Rok po mistrzostwach w Niemczech FC Barcelona kupiła Ronalda Koemana. Trenerem klubu był wówczas Johan Cruyff i głównie dzięki tym dwóm Holendrom Duma Katalonii zdobyła pierwszy raz Puchar Mistrzów. Rinus Michels zmarł w roku 2005, Łobanowski trzy lata wcześniej. No i na koniec ktoś mógłby zapytać: Dlaczego reprezentacja Holandii gra w koszulkach pomarańczowych(Oranje) skoro holenderska flaga narodowa jest w kolorach niebieskim, białym i czerwonym? Otóż pomarańczowy jest barwą dynastii królewskiej Oranje-Nassau.

0

Co to się dzieje że na fcbarca.com otwiera się chińska strona??

10

W rytmie Marsylianki:

27 czerwca 1984 r. Francja pokonała w finale mistrzostw Europy Hiszpanie 2:0. W 30-stopniowym upale przyszło zawodnikom obydwu drużyn rozstrzygnąć między sobą losy finałowej potyczki. Faworytami nie tylko publiczności byli Francuzi. Podopieczni Michela Hidalgo wypadli najokazalej ze wszystkich uczestników turnieju. Prezentowali futbol piękny dla oka, oparty przede wszystkim na grze ofensywnej. Hiszpanie hołdowali większej dyscyplinie taktycznej. Ich atutem była konsekwencja i koncentracja, przejawiająca się skuteczną walką o jak najkorzystniejszy wynik meczu. Oba zespoły na drodze do finału nie przegrały ani jednego meczu, w każdym ze spotkań zdobywając minimum jednego gola. Przez pierwsze 45 minut nic szczególnego się nie wydarzyło. Lekką przewagę mieli Francuzi ale nie potrafili jej udokumentować golem. Obraz gry uległ zmianie dopiero po przerwie, kiedy arbiter odgwizdał przewinienie w okolicach pola karnego. Do piłki podszedł Platini ale w zdobyciu gola z rzutu wolnego pomógł mu tym razem bramkarz rywali. Wydawało się iż Arconada pewnie chwyci piłke ale ta jakimś cudem wyślizgnęła mu się z rąk i wpadła do bramki. Francuzi objeli prowadzenie. Hiszpanie nie mogli już dłużej czekać i liczyć na dogrywke tudzież rzuty karne. Zmuszeni byli zaatakować ale czynili to bez przekonania. Każda rozpaczliwa akcja mogła być brzemienna w skutkach. ,,Trójkolorowi” tylko czekali na odsłonięcie się przeciwnika i zadanie mu decydującego ciosu. Tak też się stało. Doskonale spisujący się w tym meczu Tigana wypuścił na czystą pozycje Bruno Bellone’a. Ten popędził w pole karne i delikatnie podcinając piłke nad wybiegającym z bramki Arconadą, posłał ją wprost do siatki. To była ostatnia minuta meczu. Francuzi zdobyli mistrzostwo Europy wygrywając w turnieju wszystkie pięć spotkań. Hiszpanom do zajęcia drugiego miejsca wystarczył zaledwie jeden wygrany mecz ale to nie oni byli tego dnia bohaterami. Michel Platini był na Euro ’84 w znakomitej dyspozycji strzeleckiej. W trakcie całego turnieju zdobył 9 goli, trafiając do siatki w każdym ze spotkań!. Pierwszą bramke strzelił Duńczykom. Kolejne 3 zaaplikował Belgom i był to zarazem jego pierwszy hattrick na tych zawodach. Na następny czekał zaledwie 3 dni, do meczu z Jugosławią. Po jednym golu zaliczył także w półfinale z Porugalią oraz w zwycięskim meczu w finale z Hiszpanią. Platini zdobywając złoty medal ME i strzelając gole w każdym meczu turnieju, skopiował wyczyn trzech innych graczy: Rosjanina Poniedielnika(1960), Hiszpana Peredy(1964) oraz Niemca Gerda Mullera(1972). Wszyscy trzej(tak jak Platini) triumfatorzy i jednocześnie królowie strzelców. Gole zdobywali jednak tylko w dwóch meczach(turniej finałowy do czasu Euro ’80 rozgrywano dopiero od półfinałów). Francuz zachował regularność aż w pięciu! Ponadto w każdym meczu turnieju ME gole strzelali: Galić(1960-srebro) oraz dwukrotnie Dzajič(1968-srebro i 1976-4 miejsce), Węgier Bene(1964-brąz) i Niemiec Dieter Muller(1976-srebro). Jedno nie ulega wątpliwości. Nie byłoby tak wspaniałego sukcesu gdyby nie Platini. Kapitan, lider, najlepszy zawodnik turnieju i najskuteczniejszy strzelec mistrzostw. Dziewięć goli zdobytych przez jednego zawodnika w turnieju do tej pory pozostaje niepobitym rekordem. Należy zwrócić uwagę że Platini dokonał tego wyczynu w zaledwie 5 meczach będąc nominalnym pomocnikiem. Ponadto w drodze po złoto w każdym meczu wpisywał się na liste strzelców, czego nie udało się dokonać nikomu przed nim ani po nim.
@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360

7

Nie tylko dla prawdziwych cules:

27 czerwca 1920 r. w siedzibie Autonomicznego Centrum Handlarzy i Przemysłodawców(CADCI) odbyło się walne zgromadzenie socios FC Barcelony. Początkowo miało zostać zorganizowane przy ulicy Aribau, jednak znaczny wzrost liczby zarejestrowanych członków klubu, których było już 4 tysiące, spowodował iż przeniesiono je do lokalu CADCI. Budynek usytuowany pod numerem 10 przy Rambli Santa de Monica został przejęty przez stowarzyszenie w 1913 r. od klubu sportowego Reial Cercle Equestre. Miejsce to stało się siedzibą stowarzyszenia założonego w 1903 r. przez grupę urzędników i handlarzy. Tam właśnie Barça zwołała członków aby zorganizować jedno z najważniejszych zgromadzeń w swojej historii. Prezydent klubu Ricard Graells odszedł ze stanowiska ale wcześniej zaproponował aby nabyć tereny pod budowę nowego stadionu (Camp de Les Corts), mając na uwadze fakt że obiekt przy ulicy Industria zrobił się zdecydowanie za mały. W tym celu powstała komisja złożona z wielu ważnych postaci barcelonismu, takich jak Arthur Witty, Gaspar Roses czy sam Joan Gamper, który podjął się znalezienia odpowiedniego terenu, najlepiej w centrum miasta aby uniknąć niedogodności dla kibiców. Jednak projekt nabrał rozpędu dopiero wtedy, gdy stworzono drugą komisje pod przywództwem Gampera. Na tym samym zgromadzeniu jednogłośnie przyjęto również 43 artykuły, które utworzyły nowy statut FC Barcelony. Postanowiono też podnieść miesięczną składkę socios z dwóch do trzech peset. Niedługo potem, podczas dyktatury Primo de Rivery lokal CADCI został skonfiskowany i stał się siedzibą Wolnego Związku Zawodowego aż w 1931 r. wraz z proklamowaniem Republiki wrócił w ręce poprzednich właścicieli. Relacje między Barcą a CADCI nie kończą się jednak wraz z tym historycznym zgromadzeniem. W tamtym okresie w sali teatralnej tegoż budynku odbywały się inne spotkania i zgromadzenia socios Barcy, jak to z 10 lipca 1921 r., czy to z 16 lipca 1934 r., kiedy na prezydenta wybrano Estevego Salę, zaś Anna Maria Martinez Sagi, wyróżniająca się lekkoatletka, została pierwszą kobietą piastującą dyrektorskie stanowisko w klubie.

@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_

9

Pogoda dla.. „Canarinhos”:

26 czerwca 2007 r. Peru pokonuje Urugwaj 3:0(1:0) w meczu otwarcia 42 edycji Copa America. O mistrzostwo Ameryki Południowej walczyło 12 drużyn: przedstawiciele wszystkich krajów z kontynentu oraz gościnnie przedstawiciele strefy CONCACAF a mianowicie Meksyk i USA. Wstępnie zaproszono Meksyk i Gwatemalę. Ostatecznie drugą drużyną ze strefy CONCACAF, obok Meksyku, którą zaproszono do udziału w turnieju była reprezentacja Stanów Zjednoczonych. Dotychczas puchar zdobywało siedem krajów. Po czternaście razy w imprezie triumfowały reprezentacje Urugwaju i Argentyny, ośmiokrotnie zwyciężała Brazylia. Dwa tytuły przypadły Peru i Paragwaju, po jednym Boliwii i Kolumbii. Głównymi faworytami tamtego turnieju byli oczywiście poprzedni finaliści Argentyna i Brazylia. Trener obrońców trofeum Carlos Dunga, nie mógł skorzystać z usług swoich największych gwiazd. O urlopy poprosili Ronaldinho i Kaka. Do Wenezueli nie przyjechali również m.in. Ronaldo oraz Juninho Pernambucano. Były kapitan ,,Canarinhos”, dla którego była to pierwsza duża impreza w roli selekcjonera, musiał więc oprzeć swój zespół na utalentowanej młodzieży. Do swojej dyspozycji Dunga miał Robinho, Naldo, Diego, Vagnera Love i Andersona. Największy rywal Brazylijczyków, faworyt - zespół Argentyny, był bardzo głodny sukcesu. Ostatnim razem triumfowali w turnieju 1993 roku. Dodatkowo Argeńtyńczycy nie zwyciężyli w żadnym znaczącym turnieju od blisko 15 lat. Niestety i tym razem w finale pewni siebie Argentyńczycy nie docenili młodych brazylijskich wilków. Przed rozpoczęciem turnieju obawy międzynarodowego środowiska piłkarskiego wywołały fale niepokojów społecznych i zamieszek, jakie wstrząsnęły Wenezuelą w ostatnich tygodniach. Epicentrum inspirowanych przez studentów protestów przeciwko prezydentowi Hugo Chavezowi jest stolica kraju - Caracas. W związku z tym zaplanowane na 10 lipca spotkanie półfinałowe przeniesiono z Caracas do Maracaibo. W stolicy odbędzie się jedynie mecz o trzecie miejsce. Wcześniej gospodarze mieli problemy z przygotowaniem stadionów, w maju amerykańska federacja piłkarska zastanawiała się nawet nad odebraniem Wenezueli imprezy. Ostatecznie wszystko zostało dopięte w ostatniej chwili. Co ciekawe, w 90 leniej tradycji Copa America raz zagrał zespół z poza Ameryk. Była to Japonia. Piłkarze z "Kraju Kwitnącej Wiśni" dostali zaproszenie od Paragwaju w 1999 roku. Ich jedyna przygoda z amerykańskim turniejem zakończyła się na ostatnim miejscu w grupie z bilansem dwóch porażek (Peru, Paragwaj) i remisu (Bolivia).

W 38 - stopniowym upale toczył się finał Copa America 2007. Taka pogoda bardziej służyła Brazylijczykom, którzy niespodziewanie wysoko, bo aż 3:0 pokonali Argentynę. Długimi fragmentami mecz był wyrównany, a nawet przewagę mieli „Albicelestes”, jednak to drużyna Dungi wykazała więcej zimnej krwi i po raz ósmy wywalczyła mistrzostwo Ameryki Południowej. Przebieg meczu ustawiła sytuacja z 4. minuty, gdy Brazylijczycy wyszli na prowadzenie. To był gol marzeń. Julio Baptista otrzymał podanie na skraju pola karnego, zdecydował się na natychmiastowy strzał i uderzył idealnie w okienko. Roberto Abbondanzieri musiał sięgnąć do siatki po piłkę. W kolejnych minutach „Albicelestes” wściekle atakowali i niemalże nie schodzili z połowy rywala. Bardzo blisko wyrównania było w 9. minucie, gdy Juan Sebastian Veron zgrał futbolówkę głową do Juana Romana Riquelme. Ten huknął potężnie z dwunastu metrów, lecz trafił w słupek. Po ośmiu minutach ponownie zaatakowali Canarinhos. Maicon oddał z pozoru niegroźny strzał z dwudziestu metrów ale Abbondanzieri interweniował z kłopotami, ekspediując piłkę na rzut rożny. Dalsze fragmenty to mniej ciekawy okres gry. Nadal lekką przewagę w polu mieli Albicelestes, jednak nie potrafili wypracować klarownych sytuacji. Udało im się to dopiero w 35. minucie. Znów przed szansą stanął Riquelme. Doświadczony pomocnik finalizował akcję Carlosa Teveza precyzyjnym strzałem z kilkunastu metrów, ale Doni stanął na wysokości zadania i końcami palców odbił piłkę do boku. W 40. minucie Argentyńczykom przydarzył się brzemienny w skutkach błąd w defensywie. Po dośrodkowaniu Daniela Alvesa, Roberto Ayala skierował piłkę do własnej siatki. Doświadczony obrońca chciał przeciąć zagranie rywala, lecz źle trafił w futbolówkę i pokonał Abbondanzieriego. W drugiej połowie Albicelestes starali się odrobić straty. Nadal posiadali inicjatywę, lecz niewiele z tego wynikało. Z kolei w 69. minucie kapitalną kontrę przeprowadziła reprezentacja Canarinhos. Vagner Love podał pomiędzy dwoma obrońcami do Daniela Alvesa, a ten pokonał Abbondanzieriego mierzonym strzałem po ziemi w długi róg. Po tej bramce stało się jasne, że triumf w Copa America przypadnie Brazylijczykom. Drużyna prowadzona przez Dungę już do końca kontrolowała przebieg meczu, choć Argentyna mogła się jeszcze pokusić o gola honorowego. W 71. minucie Riquelme wypatrzył w polu karnym Lionela Messiego a strzał zawodnika Blaugrany instynktownie obronił Doni. Messi tego dnia nie był w zbyt dobrej formie, podobnie jak inna gwiazda „Albicelestes”, Carlos Tevez. Obaj przez większą część meczu byli niewidoczni i nic nie wnosili do gry swojego zespołu. Brazylia odniosła ósmy triumf w Copa America i obroniła tytuł Mistrza Ameryki Południowej wywalczony trzy lata temu, pomimo że w Wenezueli grała bez kilku podstawowych zawodników a w starciu finałowym nie była uznawana za faworyta.

@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Comentateiro
@Bernard777
@Adran360

9

@FCBparasiempre
W roku 1992 mistrzem Europy została Dania, która jeszcze kilkanaście dni przed turniejem nie wiedziała czy weźmie w nim udział. Mistrzostwa odbywały się w Szwecji na czterech niedużych jak na takie zawody stadionach, z udziałem 8 reprezentacji. Na Bałkanach toczyła się wojna, Związek Radziecki rozpadł się z hukiem, mur Berliński runął, kraje Europy Wschodniej, po długiej ciemnej nocy budzą się do normalnego życia a w Szwecji cisza, spokój, sielanka, strumyki płyną z wolna, rozsiewa zioła maj. Właśnie w maju UEFA podjęła decyzje o wykluczeniu z turnieju Jugosławii. W związku z wojną domową ONZ nałożyła na Belgrad sankcje, wśród których znalazł się zakaz wszelkich kontaktów sportowych. Reprezentacja Jugosławii już przyleciała do Szwecji i przygotowywała się do mistrzostw, jednak po kilku dniach musiała wrócić do domu. W naturalny sposób jej miejsce zajęła druga drużyna z tej samej grupy eliminacyjnej czyli Dania. Decyzja zapadła 31 maja a turniej rozpoczynał się 10 czerwca. Do niedawna panowało przekonanie że trener Duńczyków Richard Møller Nielsen rozpoczął przygotowania od poszukiwań swoich zawodników, którzy po sezonie ligowym wylegiwali się na najbardziej atrakcyjnych plażach mórz i oceanów. Nikt, z trenerem włącznie, tej informacji nie dementował ale po kilku latach jeden z piłkarzy, Brian Laudrup powiedział że to tylko ładna legenda, pasująca do wizerunku reprezentacji jego kraju, która jechała na turniej jak Kopciuszek na bal a wracała w koronie. Może rzeczywiście jacyś piłkarze zawieruszyli się na Wyspach Kanaryjskich czy Seszelach ale to były wyjątki, ponieważ Dania liczyła na taką decyzje UEFA i czekała w pogotowiu. Dowodem na to był towarzyski mecz ze Wspólnotą niepodległych Państw rozegrany w Kopenhadze 3 czerwca, czyli na tydzień przed inauguracją turnieju. Jednak trudno mówić o normalnych przygotowaniach, podobnych do tych, jakie przechodziły wszystkie pozostałe reprezentacje. W latach 80-tych Dania miała znakomitą reprezentacje, która wzięła udział w dwóch kolejnych mistrzostwach Europy i mistrzostwach świata w Meksyku. Trenował ich Sepp Piontek, Niemiec urodzony podczas wojny w Breslau. Z drużyny średniej klasy zrobił jedną z najlepszych w Europie. Nazywano ją ,,Duńskim dynamitem”. Po zwycięstwie nad Urugwajem 6:1 podczas mundialu w Meksyku tamtejsza prasa napisała o Duńczykach efektownie brzmiące zdanie: ,,El equipo perfectamente coordinado”- Doskonale zgrana drużyna. Wprawdzie kilka dni później trzeba było przełknąć gorycz wyjątkowej porażki z Hiszpanią(1:5) ale nazwa ,,Duński dynamit” pozostała. Od 70-tych duńskich piłkarzy zatrudniały nawet najlepsze europejskie kluby, z Manchesterem Utd, Liverpoolem, Realem, FC Barceloną, Juventusem i Bayernem włącznie. Najpierw sztandarem duńskiego futbolu był Allan Simonsen, wybrany najlepszym piłkarzem Europy(1977). Po nim, w silnej konkurencji najmocniejszą pozycje miał pomocnik Michael Laudrup, w jakimś sensie symbol tego wszystkiego, co w duńskim futbolu najlepsze. Podobnie jak trener Richard Møller Nielsen był człowiekiem kulturalnym, spokojnym, unikającym konfliktów a jednak poróżnił się z trenerem, zrezygnował z występów w reprezentacji i to wtedy, gdy zbliżały się mistrzostwa w Szwecji. Był wówczas zawodnikiem FC Barcelony, która właśnie zdobyła Puchar Mistrzów. Z punktu widzenia interesów Danii – strata wyjątkowa. W reprezentacji pozostał natomiast młodszy brat Michaela Laudrupa, Brian – zawodnik Bayernu Monachium. Bramkarz Schmeichel(jego ojciec jest Polakiem) bronił bramki Manchesteru Utd, obrońca John Sivebaek był piłkarzem AS Monaco, Fleming Povlsen- napastnikiem Borusii Dortmund, Henrik Andersen- pomocnikiem FC Köln, Bent Christensen- napastnikiem Schalke a kapitan, środkowy obrońca Lars Olsen grał w mało wtedy znanym tureckim klubie Trabzonspor. Pozostali to liga duńska. W sumie całkiem niezła drużyna ale nie na tyle dobra aby mogła zająć pierwsze miejsce, przynajmniej teoretycznie. Bezbramkowy remis z Anglią przyjęto w Kopenhadze bez entuzjazmu a porażka ze Szwecją 0:1 zdawała się potwierdzać wcześniejsze prognozy, zakładające nieuchronność klęski. Lecz wtedy się zaczęło. Przeciwnikiem Duńczyków w trzecim meczu ,,o wszystko” byli Francuzi. Przez eliminacje przeszli jak burza. Wygrali wszystkie 8 meczów, mieli w drużynie takie asy jak Cantona, Papin a ich trenerem był Platini. Na turnieju szło im jednak znacznie gorzej. Mit Platiniego jako wybitnego trenera prysnął a ponieważ we Francji miał status ikony, niebawem powierzono mu funkcje szefa komitetu organizacyjnego mistrzostw świata. Z czasem został prezydentem UEFA, skąd miał już tylko krok do stanowiska prezydenta FIFA, o ile oczywiście Blatter nie uznał że zrobi światu prezent dopiero na swoje 90 urodziny i wtedy ustąpi.

Duńczycy walczyli tak, jakby od tego meczu zależało ich życie. Całkowicie zaskoczeni Francuzi nie mieli czasu odetchnąć. Laudrup, Povlsen i Andersen wygrywali większość pojedynków. Cantona ani razu nie przedostał się pod bramke Danii a Papina odcięto od większości podań. Mecz był porywający. Henrik Larsen zdobył prowadzenie już w 8 minucie. Papin wyrównał w 60-tej. Wtedy Duńczycy podkręcili tempo, jakby mieli za sobą miesiąc przygotowań a nie wcześniej wspomniane plaże. Na 12 minut przed końcem Lars Elstrup strzelił zwycięskiego gola dla Danii. Jeśli ktoś nie wiedział, komu kibicować, to po tym meczu pozbył się podobnych rozterek. W ciągu 1,5 godziny Duńczycy stali się najpopularniejszą drużyną na świecie. Do ekscytującej, pełnej polotu i ambicji gry doszły informacje spoza boiska, przybliżające poszczególnych zawodników. Z Francją nie zagrał jeden z najważniejszych, pomocnik Kim Vilfort. Nawet nie widział meczu, ponieważ w tym czasie siedział w kopenhaskim szpitalu przy łóżeczku chorej na leukemie siemioletniej córki. Jej stan się pogorszył i Vilfort opuścił zgrupowanie. Wyjechał także inny piłkarz, Bengt Christensen, ponieważ chciał być obecny przy narodzinach pierwszego dziecka. Wrócił po paru godzinach i postawił kolegom piwo; trener pozwolił. Kiedy w następnym meczu z Holandią koszmarnej kontuzji doznał Henrik Andersen a kamery telewizyjne pokazały jego zniekształconą noge, współczuł mu cały świat. Nawet w meczu półfinałowym z lubianą powszechnie Holandią można było odnieść wrażenie że więcej sympatii jest po stronie duńskiej. Ten mecz też był znakomity. W pomarańczowych koszulkach grała większość broniących tytułu mistrzów z roku 1988 jak Van Basten, Gullit, Koeman czy Rijkaard ale i młodzi zawodnicy, którzy karierę dopiero zrobią jak Bergkamp i Frank de Boer. Henrik Larsen w 5 minucie głową i 1:o dla Danii. Bergkamp w 23 i 1:1. Ponownie Larsen w 33 minucie a na 4 minuty przed końcem meczu wyrównał Rijkaard. W dogrywce gole już nie padły. W serii rzutów karnych pomylił się tylko jeden zawodnik ale jaki! Marco van Basten! Peter Schmeichel obronił jego strzał i to zadecydowało o awansie Danii do finału. Mecz rozgrywano na stadionie Nya Ullevi w Göteborgu, czyli tam gdzie na mistrzostwach świata debiutował Pele. Do finału z Niemcami pozostawały 4 dni. Vilfort znów pojechał do szpitala. Wracał zresztą z kibicami, którzy drogę z Danii do Malmö i Göteborga pokonywali promami, na mecz i z powrotem. Nikt w Szwecji nie zostawał. Każdy miał swoją prace. Szwecja z powodu Euro nie stanęła na głowie. Kibice duńscy należeli do najbardziej kolorowych i radosnych na świecie. Przebierali się za Vikingów, za sery, za krowy, ponieważ piłkarze reklamowali masło Lurpak i na treningowych koszulkach też mieli krówki z kwiatkiem w zębach. Zabawa na całego, radość z gry nawet wtedy, gdy walczy się o najcenniejsze trofeum. Tego do tej pory w zawodowej piłce brakowało a i później stanowiło rzadkość. Dlatego mistrzostwa w Szwecji były jednymi z najprzyjemniejszych jakie rozegrano. Przed finałem ukochanej przez wszystkich Danii znów nie dawano większych szans no bo ile reprezentacji może je mieć w starciu z Niemcami? To był pierwszy poważny turniej, w którym wystąpiła reprezentacja połączonych państw niemieckich. Nim do tego doszło, Franz Beckenbauer pozwolił sobie na uwagę, która odbiła się echem na całym świecie. Powiedział że po zjednoczeniu Niemiec na boisku nie będzie im w stanie zagrozić żadna inna drużyna narodowa na świecie. Do Szwecji Beckenbauer zabrał trzech zawodników z dawnej NRD- pomocnika Sammera oraz napastników Thoma i Dolla. Z czasem ich liczba w reprezentacji Niemiec wzrosła, jednak niewielu zrobiło prawdziwe kariery. Sammer zdobył Złotą Piłke jako jedyny gracz z NRD. Powiodło się urodzonym w Görlitz Ballackowi, Jeremiesowi oraz Kirstenowi i to wszystko. Prognozy Beckenbauera nie sprawdziły się. W wybranej przez niego reprezentacji znalazło się kilku mistrzów świata: Klinsmann, Völler, Brehme, Buchwald czy Hässler. Większość Duńczyków to przy nich gracze anonimowi. Tyle że w tym turnieju Niemcy nie grali dobrze, jednak(w swoim stylu) jakoś przeczołgali się z jednej fazy do drugiej. Remis z Rosjanami uratowali w ostatniej minucie dzięki bramce z rzutu wolnego Hässlera.. Ulegli Holandii 1:3 a z grupy wyszli tylko dlatego że Rosjanie zlekceważyli Szkotów i przegrali z nimi 0:3. Dania grała pięknie i nie lekceważyła nikogo.

Na finał z Niemcami wychodziła zmobilizowana, zdając sobie sprawę że radosny futbol nie wystarczy. Grała bardzo uważnie w obronie ale wcale się jej nie trzymała. Zaskoczyła Niemców atakiem, w 18 minucie John Jensen zdobył prowadzenie. W tym momencie decyzje o sprowadzeniu go do Londynu podjął Arsenal, który szukał środkowego pomocnika strzelającego gole. Jensen zdobył dla Arsenalu jedynego gola w 98 meczach, po czym wrócił do Brøndby ale wtedy w Göteborgu grał wspaniale, jak cała reprezentacja. Niemcy nie mogli dać sobie rady. Na 12 minut przed końcem Kim Vilfort zdobył drugiego gola. To nawet dla Niemców było za dużo. W ten sposób doszło do jednej z największych sensacji w historii futbolu. Dania, która do mistrzostw prawie w ogóle się nie przygotowywała, pokonała najlepszą drużynę roku w Europie- Francje, mistrza Europy- Holandie i mistrza świata Niemcy! I to wszystko na ostatnich romantycznych mistrzostwach, gdzie nie było tłoku, chuliganów a ochroniarze nie szaleli(wszędzie można było wejść i z każdym porozmawiać). Dziś takich turniejów już nie ma, a córeczka Kima Vilforta wyzdrowiała. Na koniec składy z tego (nie)zapomnianego finału(26.06.1992):

Dania: Schmeichel – Sivabaek (66. Christiansen), Nielsen, Piechnik, Olsen, Chrostofte – Jensen, Vilfort, Larsen – Laudrup, Povlsen

Niemcy: Illgner – Reuter, Koehler, Buchwald, Helmer, Brehme – Sammer (46. Doll), Effenberg (81. Thom), Haessler – Riedle, Klinsmann

3

@Safrani Też go lubiłem. Niewielu Włochów lubiłem ale jego akurat bardzo lubiłem :)

10

@FCBparasiempre
Takich jak on było niewielu. W obecnych czasach tacy zawodnicy to prawdziwa rzadkość. Przez całą karierę wierny jednemu klubowi. Elegancki, szlachetny, nietuzinkowy. Postać wspaniała, nie tylko ze względu na umiejętności piłkarskie. Legenda w pełnym tego słowa znaczeniu. Paolo Maldini – sztandarowy przykład wielkiego sportowca. W powyższym wstępie padło dużo komplementów w kierunku włoskiego obrońcy. Ale trudno opisać Maldiniego bez używania wielkich słów. Milanowi można pozazdrościć zdobywanych przed laty trofeów i miejsca, jakie ten klub zajmuje w futbolowej historii. Jednak przede wszystkim można pozazdrościć klubowej ikony. Nazwisko Maldini znaczy wiele dla klubu z Mediolanu. Wielką postacią był przed laty Cesare Maldini. W 1963 roku, na Wembley, jako pierwszy Włoch wzniósł Puchar Europy. Milan pokonał wówczas Benfikę, ze słynnym Eusebio w składzie. Kilkadziesiąt lat późńiej przygodę z piłką zaczął jego syn – Paolo, bohater tego tekstu. Szybko usłyszał od ojca następujące słowa: ,,Gdzie chcesz grać? masz wolny wybór ale wiesz czego od ciebie oczekuję? Paolo oczywiście wziął sobie do serca sugestię ojca i został piłkarzem Milanu. Po latach przebił osiągnięciami swojego tatę, stając się prawdziwą legendą. 20 stycznia 1985 roku to ważna data w historii włoskiej piłki. Właśnie tego dnia w barwach Milanu zadebiutował Paolo Maldini. Miał wówczas zaledwie 16 lat, 6 miesięcy i 25 dni. Drużynę ze stolicy Lombardii prowadził Szwed Nils Liedholm – przed laty wielka ikona klubu (wespół z rodakami, Gunnarem Grenem i Gunnarem Nordahlem, tworzył legendarny tercet Gre-No-Li).



Nastolatek pojawił się na boisku w drugiej połowie wyjazdowego meczu z Udinese. Co ciekawe, wybiegł na plac gry z bolącymi stopami. Dzień wcześniej, podczas treningu w ośrodku Milanello padał śnieg. Paolo musiał z tego powodu pożyczyć buty od kolegi z zespołu juniorów. Okazały się za małe, przez co młody obrońca otarł sobie pięty. Debiut nie był więc łatwy i został okupiony bólem. Na szczęście później w karierze Paolo było zdecydowanie więcej przyjemniejszych chwil. Maldini nie musiał długo czekać na pierwsze boiskowe sukcesy. Milan, gdy pojawił się w jego szeregach Paolo, znajdował się w trudnej sytuacji i walczył z problemami finansowymi. Rok później klub przejął Silvio Berlusconi. Wszystko zaczęło się zmieniać. ,,Milan musi wrócić na szczyt Europy – powiedział wówczas słynny biznesmen. Nie wszyscy wierzyli w odbudowę potęgi „Rossoneri”. Mediolańczykom groziło nawet bankructwo. Berlusconi tryskał jednak optymizmem i roztaczał wizję wielkiego Milanu. Tak wspominał to po latach Franco Baresi, legendarny zawodnik mediolańskiej ekipy: ,,Zebrał nas wszystkich w sali a potem wygłosił płomienne przemówienie. Zastanawiałem się, czy ten człowiek jest marzycielem, czy szaleńcem. Zapowiadał nam, że w ciągu kilku sezonów wprowadzimy Milan na szczyt nie tyle włoskiej, co światowej piłki”. Sen szybko się ziścił. Już w 1988 roku Milan, grając pod wodzą Arrigo Sacchiego, sięgnął po mistrzostwo Włoch. Było to pierwsze trofeum Maldiniego. Kolejny rok był jak z bajki. W Pucharze Europy Milan grał jak z nut. Do historii przeszedł przede wszystkim rewanżowy mecz półfinałowy z Realem Madryt. Włoska drużyna wygrała 5:0. Podczas finału rozgrywanego w Barcelonie na trybunach zasiadło aż 80 tysięcy kibiców zespołu z Italii. Mieli okazję oglądać być może najlepszy mecz w klubowej historii. I pewnie najważniejszy, bowiem spotkanie ze Steauą Bukareszt dało początek długoletniej hegemonii Milanu w Europie. Rywale z Rumunii zostali ograni 4:0. Niedługo później do klubowej gabloty trafiły także Superpuchar Europy i Puchar Interkontynentalny. W kolejnym sezonie Milan ponownie zdobył te trzy trofea. Po tym jak Sacchi przestał pełnić trenerskie obowiązki w Milanie, stery w drużynie przejął jego asystent Fabio Capello. Maldini o obu wypowiadał się bardzo pozytywnie: ,,Dzięki nim stałem się świadom swoich umiejętności. Dojrzałem jako piłkarz i człowiek. Pokazałem, że dla dobra drużyny mogę grać tam, gdzie tego żąda trener”.

Takie słowa nie mogą dziwić. Paolo zdobył bowiem pod skrzydłami Sacchiego i Capello aż 18 trofeów. Za kadencji tego drugiego doszło do kolejnego wielkiego finału Pucharu Europy. Wówczas już rozgrywki o tytuł najlepszej drużyny klubowej na Starym Kontynencie rozgrywane były pod szyldem Ligi Mistrzów. W finale na stadionie w Atenach „Rossoneri” rozbili 4:0 świętującą kilka dni wcześniej mistrzostwo Hiszpanii Barcelonę. Osiągnięcia Maldini kontynuował, gdy na początku XXI wieku szkoleniowcem jego zespołu został były kolega z drużyny, Carlo Ancelotti. Nie zmienia tego fakt, że właśnie w czasach jego panowania Maldini doznał prawdopodobnie najbardziej przykrej porażki w karierze, do czego w dużym stopniu przyczynił się Jerzy Dudek. Historia związana z finałem Ligi Mistrzów w 2005 roku jest wszystkim doskonale znana. Milan prowadził do przerwy 3:0, ale Liverpool zdołał doprowadzić do rzutów karnych, a w nich okazał się lepszy. Tak w spominał tamte chwile w swojej autobiografii Carlo Ancelotti: ,,Staliśmy się bohaterami swoich najczarniejszych snów. świat stanął na głowie. wskazówki mojego zegarka zaczęły przesuwać się w odwrotną stronę. Panie i panowie, oto zaczął obowiązywać czas apokalipsy”. Już dwa lata później doszło do rewanżu. Po 13. latach miejscem pucharowego triumfu Milanu znów była stolica Grecji. Włoski zespół tym razem wygrał z „The Reds” 2:1. Dla Maldiniego był to piąty Puchar Europy. Lista jego sukcesów, jakie osiągał w koszulce ukochanego klubu, jest imponująca. Wystarczy wspomnieć o siedmiu tytułach mistrza Włoch, krajowym pucharze, pięciu superpucharach Italii, również pięciu superpucharach Europy, czy trzech triumfach w rozgrywkach o tytuł najlepszej klubowej drużyny świata. W uznaniu zasług podjęto decyzję o zastrzeżeniu numeru 3, który widniał na koszulce wielkiego Paolo. Wiceprezes AC Milan Adriano Galliani zapowiedział: ,,Z trójką w Milanie może zagrać w przyszłości tylko jeden z dwóch synów Maldiniego”. Obaj potomkowie Paolo, zarówno starszy Christian, jak i młodszy Daniel, również grają w piłkę. Ten drugi dołączył niedawno do pierwszego zespołu AC Milan. Kiedyś zapytano legendę mediolańskiego klubu o to, co chciałby, aby odziedziczyli po nim synowie. Tak brzmiała odpowiedź: ,,Szacunek dla sportu i przeciwnika. mam nadzieję, że z tego powodu zostanę zapamiętany. nigdy i nigdzie nie byłem wygwizdywany czy wyzywany. na boisku nie udawałem kogoś innego, niż jestem i ludzie to docenili”. Bohater naszego tekstu napisał też piękny rozdział w karierze reprezentacyjnej. Chociaż ma prawo czuć niedosyt, bo najcenniejsze medale nie padły jego łupem. W 1988 roku wspólnie z kadrą Italii dotarł do półfinału mistrzostw Europy. Dwa lata później zajął trzecie miejsce na mundialu rozgrywanym w ojczyźnie. Blisko tytułu był w 1994 roku podczas odbywających się w Stanach Zjednoczonych mistrzostw świata. Włosi doszli do finału, w którym po rzutach karnych przegrali z Brazylią. W tym meczu miała miejsce prawdopodobnie najsłynniejsza niewykorzystana jedenastka w historii futbolu. Jej wykonawcą był Roberto Baggio. ,,Niektórzy mówią, że karny Baggio był arcydziełem – nutą Hendrixa zagraną na koncercie Vivaldiego”– możemy przeczytać w napisanej przez Raffaele Nappiego biografii Baggio. W roku 2000 Maldini otarł się o tytuł mistrza Europy. Włosi prowadzili w finale do 94. minuty, ale Francuzi zdołali doprowadzić do dogrywki, w której zadali decydujący cios. Kolejny raz reprezentacyjne złoto wyślizgnęło się Maldiniemu z rąk. W narodowych barwach zagrał aż 126 razy. W karierze każdego sportowca zdarzały się trudne momenty i przykre porażki. Mimo niedosytu związanego z kilkoma przegranymi finałami Paolo może być dumny ze swojej przygody z piłką. Będzie zapamiętany jako świetny sportowiec, ale też jako wzór dla młodych ludzi ze względu na szlachetne zachowanie i przestrzeganie zasad fai play. Doceniają go nie tylko fani Milanu, lecz również kibice innych drużyn. John Foot tak pisał o nim w książce „Calcio. Historia włoskiego futbolu”: ,,Maldini stał się idolem kibiców i prezentował się tak dobrze, że nieraz swoimi zagraniami wywoływał owacje na stojąco. fani oklaskiwali go po dobrych podaniach, skutecznych interwencjach lub po przebieżce po skrzydle. gdy został przesunięty z lewej flanki na środek defensywy, zdołał wykrzesać z siebie jeszcze więcej, w wieku 40 lat wciąż grając na bardzo wysokim poziomie”. Po zakończeniu piłkarskiej kariery nie porzucił sportu. Zaliczył epizod tenisowy, występując na kortach w grze podwójnej. Obecnie jest dyrektorem technicznym AC Milan. Swoją boiskową przygodę podsumował słowami: ,,Gdybym jako dziecko miał napisać najpiękniejszą historię, jaką tylko mógłbym sobie wyobrazić, to na pewno nie byłaby wspanialsza od tej, którą przeżyłem”. Był świetnym obrońcą i prawdziwym kapitanem. O takim symbolu może pomarzyć każdy klub.

6

Wymarły gatunek piłkarza kończy dziś 57 lat(czytajcie w odpowiedzi na mój komentarz):

@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360

12

„Boski” Diego:

26 czerwca 1983 r. kibice na Estadio Santiago Bernabeu oklaskiwali Diego Maradone. Miało to miejsce w pierwszym meczu finału Pucharu Ligi z Realem Madryt. W 12 minucie drugiej połowy Barça wyprowadziła kontrę z własnej połowy a Carrasco podał Maradonie piłke na czystą pozycje. Argentyńczyk minął bramkarza Agustina i zaczekał na linii bramkowej na obrońcę Juana Jose, który wykonał rozpaczliwy wślizg. Maradona ograł go zwodem i skierował piłke do pustej bramki na oczach kibiców Realu, którzy wiwatowali na jego cześć, doceniając grę najlepszego piłkarza na świecie.

@Adran360
@Bernard777
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_
@Sysia11

12

Debiut ze „Starą Damą”:

26 czerwca 1952 FC Barcelona rozegrała swoje pierwsze w historii spotkanie z Juventusem Turyn. Mecz był rozgrywany w Paryżu w ramach bardzo prestiżowego wówczas, półfinału Pucharu Łacińskiego a zakończył się wygraną Blaugrany 4:2 po dwóch golach Basory i po jednym Kubali i Manchona. Juventus nie był wówczas taką potęgą jak w latach 60-tych czy 80-tych aczkolwiek była to już uznana marka. Skład Barçy z tego historycznego meczu:

Ramallets, Martin, Biosca, Seguer, Escudero, Bosch, Basora, Cesar Rodriguez, Vila, Kubala i Manchon.

@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360

12

Pierwszy w dziejach Dumy Katalonii tak prestiżowy puchar:

26 czerwca 1949 r. FC Barcelona pokonała Stade Reims 5:0 w półfinale „Copa Latina”(Puchar Łaciński). Gole zdobyli: Cesar Rodriguez(2), Seguer, Nicolau oraz Canal. Tydzień później Blaugrana sięgnęła jako pierwsza w historii po ten puchar, pokonując w finale na „Estadio de Chamartin”, Sporting Lizbone 2:1. Rozgrywki „Copa Latina” były prekursorem Pucharu Europy Mistrzów Klubowych. Rozgrywano je w latach 1949-1957 i brało w niej udział po jednym przedstawicielu krajów tak zwanej ,,Europy Łacińskiej” a mianowicie Francji, Hiszpanii, Włoch oraz Portugalii. Ze względu na wysokie koszty podróży turniej rozgrywano w jednym miejscu a co roku zmieniał się gospodarz zawodów.

@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_

6

@FCBparasiempre
Mundial w Argentynie zwiększył w świecie zainteresowanie piłkarzami z tego kraju. Dziś grają w większości najlepszych klubów i lig europejskich. Nie ma futbolu bez transferów zawodników. Dziś motywem migracji są przede wszystkim pieniądze. Dawniej znaczenie miały także związki rodzinne i polityka. Gdyby Ferenc Puskas nie uciekł z komunistycznych Węgier, nie byłoby wielkiego Realu lat 50-tych. Podobną role w FC Barcelonie odgrywał Ladislao Kubala, który w roku 1949 przekroczył granice węgiersko-austriacką zagrzebany pod śmieciami w ciężarówce. Mistrzostwa świata w Argentynie przybliżyły nieco futbol tego kraju Europie i otworzyły szerzej drzwi tutejszego rynku. W 22-osobowej kadrze gospodarzy znalazł się tylko jeden piłkarz grający w klubie zagranicznym a mianowicie Mario Kempes z CF Valencia. Po mundialu Argentyńczycy stali się wyjątkowo atrakcyjnym towarem. Sensacją było kupienie przez londyński Tottenham Hotspur od razu dwóch argentyńskich pomocników: Osvaldo Ardilesa i Julio Ricardo Villi. Od tej pory zwiększyła się frekwencja na meczach Tottenhamu a jego kibice ułożyli nawet piosenke, w której Ardiles nie tyle śpiewa, co mówi trzy słowa a wszystko to w okresie napiętych stosunków pomiędzy Londynem a Buenos Aires. Nawet wojna o Falklandy/Malwiny nie zmieniła stosunku kibiców do obydwu Argentyńczyków, chociaż Ardiles opuścił wówczas Anglie na kilka miesięcy. Dziś obydwaj mają miejsce w Hali Sławy Tottenhamu. Wróćmy jednak do roku 1978, gdzie Argentyna była jednym z faworytów mistrzostw świata. Brało się to z klasy jej najlepszych zawodników, wyników w meczach towarzyskich oraz faktu że przystępowała do turnieju jako jego gospodarz. Nie wzięto pod uwagę że ta przewaga może być jeszcze większa, gdyż u schyłku XX wieku powtórzone zostaną działania charakterystyczne dla państw totalitarnych. W roku 1934 sędziowie prowadzili mecze Włochów tak, żeby zadowolony był Benito Mussolini. W roku 1978 Argentyną rządziła junta wojskowa generała Jorge Videli, głucha na wszelkie wołania o demokracje. Więzienia zapełniały tysiące ludzi, wielu z nich nigdy nie wróciło do domu; ba! Nie znaleziono nawet ich grobów. Lista tzw. ,,desaparecidos”(znikniętych) zawiera ponad 8 tysięcy nazwisk przeciwników junty. Wiele krajów potępiało te działania ale żaden z nich nie wycofał swojej reprezentacji z mundialu. Tylko Johan Cruyff odmówił wyjazdu do Argentyny, w proteście przeciw rządom junty, chociaż wydaje się że ktoś taką ideologie do jego absencji w mundialu dodał. Ostatni mecz w barwach ,Oranje” Cruyff rozegrał bowiem w marcu 1977 roku, czyli ponad rok przed mistrzostwami. Już podczas turnieju piłkarze Szwecji wzięli udział w manifestacji na placu w Buenos Aires, wspólnie z matkami aresztowanych przez junte synów oraz żonami i wdowami po bojownikach o demokracje. W sportowym świecie Szwecji taka reakcja była naturalna. Pomoc piłkarzom argentyńskim widoczna była od pierwszego meczu, ledwo wygranego z Węgrami 2:1 dzięki bramce Bertoniego na 6 minut przed końcem. Na ten mecz czekał cały kraj, miejsce w loży honorowej zajeli członkowie zarządu. Videla na stadion przychodził zawsze w dwurzędowym garniturze. Zresztą wyglądał w nim jak w mundurze, w którym było mu bardziej do twarzy. Portugalski sędzia patrzył przez palce na faule gospodarzy, z czym Węgrzy nie mogli się pogodzić. Dwaj najlepsi: Torocsik i Nyilasi ukarani zostali czerwonymi kartkami. W następnym meczu z Francja szwajcarski sędzia przyznał Argentyńczykom rzut karny po przewinieniu, którego nikt poza nim nie widział. W drugiej rundzie gospodarze pokonali 2:0 Polske ale sędzia nie miał nic wspólnego z tym że Kazimierz Deyna nie wykorzystał rzutu karnego. Poirytowany trener Gmoch powiedział tylko że nikt nie odbierze tytułu mistrza świata Argentynie na jej boisku. Słowa polskiego trenera przypomniały się tydzień później. Po bezbramkowym remisie z Brazylią i wygranej tej drużyny z Polską 3:1, Argentyna potrzebowała zwycięstwa nad Peru różnicą czterech goli. Wychodząc na boisko dobrze o tym wiedziała, ponieważ jej mecz rozpoczynał się godzine po zakończeniu meczu Polska-Brazylia. Tak to sobie organizatorzy wymyślili, co zresztą oprotestowano ale bez żadnych konsekwencji. Dopiero w przyszłości, chcąc uniknąć tego rodzaju sytuacji i podejrzeń, FIFA postanowi że ostatnie mecze w grupie będą się rozpoczynały o tej samej porze.

Argentyńczycy grali wtedy do jednej bramki. Peru w ogóle nie stawiało oporu. Prezentowało się zdecydowanie poniżej możliwości, jakby pogodzone z porażką jeszcze przed pierwszym gwizdkiem, chociaż miało kilka gwiazd z Cubillasem i Chumpitazem na czele. Wynik 6:0 dawał Argentynie awans do ścisłego finału i śmierdział na kilometr. Już po mistrzostwach okazało się że Argentyna udzieliła Peru wysokiej pożyczki, wysłała zboże i podpisała umowę o pomocy wojskowej. Wszystko to w połączeniu z wynikiem na boisku, uznane zostało za dziwne nawet przez ekspertów do spraw południowoamerykańskich. Przypomniano przy okazji historie sprzed czterech lat, kiedy to Argentyńczycy rzekomo proponowali Polakom kwote około 20 tysięcy dolarów za pokonanie Włochów w ostatnim mecze fazy grupowej mundialu w RFN. Polska wtedy wygrała a Argentyna pozostała w turnieju i podobno jeden z polskich piłkarzy te pieniądze wziął. Piłkarz się wyparł, koledzy mieli mu za złe że się nie podzielił a wszystko to świadczyło o atmosferze nieufności i podejrzeń towarzyszących meczom nawet na najwyższym poziomie. Jakkolwiek by było, Argentyna znalazła się w finale, gdzie czekała na nią Holandia, prowadzona przez słynnego austriackiego trenera Ernsta Happela, którego imię nosi teraz narodowy stadion na Praterze w Wiedniu. Już bez Cruyffa i Wima van Hanegema ale z wszystkimi pozostałymi zawodnikami, którzy dotarli do finału cztery lata wcześniej. Jednak mecz z RFN w Monachium był(w porównaniu z finałem na Estadio Monumental) szczytem ,,savoir-vivre’u”. Problemy zaczęły się jeszcze przed pierwszym gwizdkiem. Holendrzy wybiegli na boisko pierwsi ale musieli czekać na swoich przeciwników około 5 minut. Argentyńczycy zresztą zachowywali się podobnie w większości meczów. Niech pierwsi wyjdą przeciwnicy, czekają, denerwują się, narażają na gwizdy trybun. W zestawie sposobów na uzyskanie wyższości nad rywalem znalazły się nawet dość opięte spodenki z krótkimi nogawkami, mające ukazać nie tylko umięśnione uda ale sprawić wrażenie że nogi w krótkich spodenkach są dłuższe. Kiedy wreszcie drużyna Cesara Luisa Menottiego wyszła na boisko, kapitan Passarella zwrócił uwagę włoskiemu sędziemu że napastnik van de Kerkhof nosi na ręku gips a to jest zabronione. Mówiący po hiszpańsku Neeskens tłumaczył Argentyńczykom że van de Kerkhof złamał ręke w jednym z poprzednich meczów, ma tzw. miękki gips, nie stanowiący żadnego zagrożenia ani niebezpieczeństwa. Najlepszy dowód że sędziowie już wcześniej pozwalali mu na gre. Targi trwały około 10 minut. W tym czasie zawodnicy obydwu drużyn truchtali po boisku, jednak o koncentracji nie mogło być mowy. Zwłaszcza wśród Holendrów nieprzygotowanych na taką sytuacje. Rozgrzewke obliczoną na początek meczu o określonej godzinie też diabli wzięli. Argentyńczycy byli na to gotowi, gdyż to oni wywołali całe zamieszanie. Ostatecznie van de Kerkhof zmienił opatrunek na inny i mecz mógł się rozpocząć. Stał na wysokim poziomie i był bardzo wyrównany. Pierwszego gola strzelił przed przerwą Mario Kempes. Wbiegł między środkowych obrońców i upadając strzelił z okolic punktu karnego obok wychodzącego z bramki Jongbloeda. Wyrównał strzałem głową Nanninga, wykorzystując świetne dośrodkowanie van de Kerkhofa z prawej strony. Do końca meczu pozostawało w tym momencie 8 minut. W ostatniej minucie Rensenbrink trafił w słupek. Dziesięć centymetrów w prawo i mistrzami zostaliby Holendrzy. W dogrywce na boisku panowali Argentyńczycy. Pomarańczowi nagle stracili siły, nie stać ich było na żadną groźną akcje. Kempes, król strzelców turnieju, ponownie po dynamicznej akcji, w której piłka odbijała się od jego nóg i ciał przeciwników, dał swojej drużynie prowadzenie. Trzeci gol(Bertoniego) rozwiał wszelkie wątpliwości. Mecz kończył się na boisku zasłanym małymi skrawkami papieru, którymi publiczność na każdym stadionie obsypywała piłkarzy- to cecha charakterystyczna tamtego mundialu. Jeden wielki karnawał.

Puchar Świata wręczał generał Videla, ściskając wszystkich swoich zawodników. Oni nie mieli wyjścia, może zresztą niektórym te gesty nie przeszkadzały. Trener Menotti wykazał daleko idący dystans a Holendrzy w ogóle generała zlekceważyli. Niezależnie od wątpliwości dotyczących czystości gry, Argentyńczycy mieli bardzo dobrą drużynę a Menotti znalazł się na liście najlepszych szkoleniowców w historii futbolu. Był nowym typem trenera nieograniczającego swoich zainteresowań do boiska. Czytał książki, chodził do teatru, miał sprecyzowane poglądy polityczne, bliskie lewicy. Wysoki, przystojny, z włosami do ramion i papierosem w ręku należał do najbardziej rozpoznawalnych postaci futbolu lat 70-tych i 80-tych. Nazywano go ,,El Flaco”(Chudy). Rok po mundialu Menotti zdobył jeszcze jeden tytuł mistrza świata, z reprezentacją Argentyny do lat 20. Powołał do niej 19-letniego chłopca, którego kibice chcieli widzieć nawet w reprezentacji seniorów na mundialu. Menotti nie poddał się presji, mówiąc że chłopak nie jest jeszcze przygotowany do gry ze starszymi od siebie. Umiejętności piłkarskich starczało mu aż nadto, jednak gorzej było z mentalnością. Może trener miał racje? Ten chłopiec nazywał się Diego Armando Maradona…

7

2

@ZuczekFCB1899 Ja też się bardzo cieszyłem. Mało tego! Powiem więcej, ja go już chciałem 2 lata wcześniej ale nikt mnie słuchał w tej kwestii, jedynie sąsiad zza lasu :)

11

Lepiej późno niż wcale:

25 czerwca 2007 r. na Camp Nou odbyła się prezentacja Thierry’ego Henry’ego. Francuz miał trafić do FC Barcelony już rok wcześniej po finale Ligi Mistrzów Barçy z Arsenalem, lecz ostatecznie transfer nie wypalił. Dopiero w wieku 30 lat, za kwote 24 milionów euro przywdział trykot Blaugrany. Wiele obiecywano sobie po ataku Messi-Henry-Eto’o-Ronaldinho. Lecz kontuzje sprawiły że wspólnie grali ze sobą rzadko a Barça zakończyła sezon bez żadnego trofeum(2007/08). Francuz nie był tym samym zawodnikiem, który przez 8 lat czarował w barwach ,,Kanonierów”. Miał jednak przebłyski, w szczególności w sezonie 2008/09 gdy Blaugrana sięgnęła po tryplet a ostatecznie po sekstet. Łącznie dla Dumy Katalonii zdobył 49 goli w 121 meczach.

@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_

9

Masz ci babo placka:

25 czerwca 1996 r. Andreas Köpke pozował w koszulce FC Barcelony. Bramkarz reprezentacji Niemiec potwierdził transfer(,,Nie ma wątpliwości, jestem w Barçy”) i obiecał że na oficjalnej prezentacji będzie mówił po hiszpańsku. 4 lipca okazało się iż Blaugrana zdecydowała się na pozyskanie Vitora Baii. W kontrakcie Köpke istniała klauzula że FC Barcelona może jednostronnie odstąpić od umowy jeżeli dokumenty bramkarza nie dotrą na czas do klubu. Powodem zerwania kontraktu było również weto VFB Suttgart, który miał podpisaną wstępną umowę z Köpke i groził Blaugranie że odda sprawę do sądu. Koniec końców niemiecki golkiper trafił do Olimpique Marsylia.

@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360

8

Zgromadzenie ogólne w ,,Palau de la Musica”:

Ten modernistyczny budynek zaprojektowany przez Lluisa Domenecha stał się siedzibą Chóru Catala założonego w 1891 roku przez Lluisa Milleta i Amadeu Vivesa, którego łączyły silne więzi z FC Barceloną. Wszak nie bez kozery klub korzystał z jego imponującego audytorium w 1922 roku, kiedy zwołane zostało bardzo ważne zgromadzenie ogólne socios. W Pałacu Muzyki odbywały się różnorakie wydarzenia, takie jak spektakle teatralne i muzyczne czy koncerty a także zebrania i spotkania wielu instytucji krajowych. I tak 25 czerwca 1922 r. Blaugrana zorganizowała w tym wspaniałym audytorium swoje zgromadzenie ogólne. Ponad 2 tysiące sympatyków szczelnie wypełniło całą przestrzeń. Na początku zebrania jeden z socio, Eduard Farreras zaproponował złożenie hołdu Joanowi Gamperowi w uznaniu jego zasług na czele klubu. W swej przemowie założyciel FC Barcelony wyraził wdzięczność ale odmówił przyjęcia hołdu. Mimo wszystko dyrekcja wobec błagań zagorzałych kibiców postanowiła umieścić dwie tablice upamiętniające inauguracje nowego stadionu Camp de Les Corts. Zgromadzenie zakończyło się zatwierdzeniem Gampera jako prezydenta FC Barcelony, który w ten sposób rozpoczynał swoją czwartą kadencje, trwającą do 29 czerwca 1923 roku.

@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_

2

@Bernard777 Ależ z wielką przyjemonośćią, mówisz i masz!

Wyjątkowe legendy argentyńskiego futbolu:

100 metrów przebiegał w czasie nieco ponad dziesięciu sekund. „Był szybszy od wiatru”, pisali o nim dziennikarze. Argentyński atakujący Claudio Caniggia urodził się 9 stycznia 1967 r. i był jednym z najciekawszych zawodników lat 90-tych XX wieku. Dlaczego nie wymieniamy go wśród absolutnie największych tamtych czasów? Ponieważ nad ciężką, katorżniczą, treningową pracę przedkładał imprezy, alkohol, narkotyki i… przyjaźń z Diego Maradoną. To musiało go zgubić. Claudio Caniggia w pełnej formie był prawdziwym ucieleśnieniem dynamiki, szybkości i latynoskiego temperamentu. Kiedy patrzyło się na niego w biegu, miało się wrażenie, że ten facet frunie nad boiskiem. Był jak najdoskonalszej krwi mustang, niemający przed sobą żadnych limitów. Wychowały go Club Atletico River Plate oraz Henderson, jedna z dzielnic potężnej metropolii Buenos Aires. Caniggia miał talent. Nie był specjalnie wysoki, ale był nieprawdopodobnie zwinny i dynamiczny. „Zanim obrońca zdołał dopaść go na dobre, on już był w innym sektorze boiska” – mówił Hector Viera, jego szkoleniowiec w River, człowiek, który wprowadził go do seniorskiej piłki. Caniggia bardzo szybko trafił do wielkiego piłkarskiego świata. W 1988 roku, w wieku 21. lat podpisał kontrakt z włoskim Hellas Verona. Wyjazd w tak młodym wieku do włoskiej Serie A, najlepszej wówczas ligi świata, okazał się dla niego doskonałym wyborem. Caniggia miał co prawda w Italii wiele problemów, często był faulowany i poniewierany na boisku, ale dzięki temu błyskawicznie nauczył się tego, jak gra się w piłkę nożną na najwyższym poziomie. Rzucony na najgłębszą z możliwych wodę, szybko nauczył się pływać wśród rekinów. Na dobre Caniggia rozwinął się już w Atalancie. W ekipie „Nerazzurrich” z Bergamo przez trzy lata był najjaśniejszym punktem zespołu. To m.in. dzięki jego doskonałej postawie skromna Atalanta najpierw uzyskała prawo gry w europejskich pucharach (sezon 1989-90), a następnie dobiła do najlepszej ósemki Pucharu UEFA (1990-91). To w Italii zyskał przydomek „Il Figlio del Vento”, czyli „Syn wiatru”.

Jako gracz Atalanty Caniggia pojechał na swój pierwszy piłkarski Mundial. Początek turnieju nie był dla niego udany. To właśnie na nim wykonany został jeden z najbardziej pamiętnych wślizgów w całej historii turniejów o Mistrzostwo Świata. Była 89. minuta meczu otwarcia pomiędzy Argentyną a Kamerunem. Sensacyjnie przegrywająca 0-1 ekipa obrońców tytułu ruszyła z jedną z ostatnich akcji na bramkę rozpaczliwie broniących się graczy z Afryki. Caniggia był nie do zatrzymania. W szaleńczym biegu minął dwóch kolejnych defensorów „Nieposkromionych Lwów”. Droga w kierunku bramki Thomasa N’Kono stała otworem. Wtedy jak spod ziemi wyrósł potężny Benjamin Massing. Kameruński stoper, nie patrząc na piłkę, z pełnym impetem wszedł w nogi Argentyńczyka. To był koniec tej akcji. Massing dostał za tę interwencję czerwoną kartkę, ale równocześnie pozbawił „Albicelestes” ostatniej szansy na wyrównanie. Kamerun sensacyjnie wygrał tamten mecz 1-0. Pomimo porażki to właśnie podczas Mundialu 1990 Caniggia na dobre zaistniał w szerokiej świadomości kibiców. To był zdecydowanie jego turniej. Razem z Diego Maradoną przeciągnął przeciętny argentyński zespół aż do wielkiego finału tej imprezy. Twarda, zagęszczona defensywa, nieustanne paraliżowanie gry i ofensywne wypady małą ilością graczy. Argentyńczycy Carlosa Bilardo na włoskim Mundialu nie mogli się podobać. To była drużyna ostrych, zdyscyplinowanych żołnierzy, wsparta fenomenem Maradony i Caniggii. Piłkarze tacy jak Simon, Ruggeri, Serrizuela czy Batista wychodzili na mecze z nożami w zębach. Tamta Argentyna była skuteczna do granic możliwości, a dodatkowo… sprzyjało jej wielkie szczęście. Z grupy awansowała z trzeciego miejsca (ówczesny regulamin przewidywał taką możliwość dla czterech najlepszych „trzecich miejsc”), Brazylię wyeliminowała, będąc zespołem zdecydowanie gorszym, dzięki jednemu przebłyskowi geniuszu duetu Maradona- Caniggia, a Jugosłowian i Włochów odprawiła dopiero po konkursach rzutów karnych. Talent i błysk Caniggii na tle tej bardzo przeciętnej ekipy był widoczny aż nadto. To właśnie jego bramki dały „Albicelestes” zwycięstwo nad Brazylią oraz niezwykle istotne wyrównanie w półfinałowym boju z Italią. Po włoskim Mundialu Caniggia był już gwiazdą. W 1991 roku wywalczył jeszcze z Argentyną swoje pierwsze Copa America, zdobywając na turnieju w Chile dwie bramki a latem 1992 roku jego nowym pracodawcą została mająca spore ambicje Roma. Tak zaczęły się pierwsze poważne kłopoty Argentyńczyka… Caniggia zatopił się w nocnym życiu Rzymu. Był stałym bywalcem najmodniejszych knajp, klubów i dyskotek. Imprezował nieustannie. Wynajmował całe lokale, stawiał drinki, wciągał kokainę. Żył jak gwiazda rocka, a nie profesjonalny sportowiec. Zatracił się w swojej sławie, pieniądzach i możliwościach. To nie mogło dobrze się skończyć. W kwietniu 1993 roku w organizmie piłkarza wykryto obecność narkotyków. Wyrok był bezlitosny. 13 miesięcy bezwzględnej dyskwalifikacji. W Rzymie nie chcieli o nim słyszeć… Już po Mundialu 1994, na który zdążył wrócić w ostatniej chwili i na którym także padły wobec niego zarzuty o zażywanie narkotyków, Caniggia przeniósł się do mistrzowskiej w Portugalii Benfiki. W słabszej lidze, w dużym klubie, grającym dodatkowo w Lidze Mistrzów, miał się odrodzić i przypomnieć o sobie światu.

Tamta Benfica to był fajny, perspektywiczny zespół, który jednak nie do końca wykorzystał tkwiący w nim potencjał. W Champions League Lizbończycy odpadli w ćwierćfinale, wyrzuceni za burtę przez broniący trofeum Milan. Caniggia w trakcie tamtych bojów po raz kolejny w swojej karierze przekonał się o sile i możliwościach legendarnego Franco Baresiego. Doświadczony Włoch swoją nieustępliwością i rewelacyjnymi interwencjami wybił argentyńskiemu napastnikowi piłkę z głowy… Caniggia zatęsknił za Buenos Aires. Latem 1995 roku, po zaledwie jednym sezonie w Benfice, Claudio powrócił, po siedmiu latach, do ligi argentyńskiej. Tym razem miejscem jego pracy stało się jednak Boca Juniors. Czas spędzony w barwach popularnych „Xeneizes” był dla niego okresem dalszych imprez i zabaw. Nocne picie i awantury w lokalach wykańczały go fizycznie. Jego częstym kompanem był w tamtym okresie Diego Maradona, prawdziwy król życia… Pod koniec lat 90-tych Caniggia jeszcze raz postanowił zawitać do Europy. Grał ponownie dla Atalanty, a także dla szkockich Dundee FC i Rangers. Dzięki dobrej postawie na Ibrox, przypomniał o sobie w ojczyźnie. Marcelo Bielsa, ówczesny selekcjoner argentyńskiej kadry, powołał 35-letniego napastnika na japońsko-koreański Mundial 2002. Trudno było o efektowniejszy akcent na koniec burzliwej kariery. I choć w Azji Caniggia, podobnie jak cała Argentyna, furory nie zrobił to i tak przypomniał o sobie wielu tym, którzy zdążyli już o nim zapomnieć. Claudio Caniggia bez wątpienia był piłkarzem wyjątkowym. Sposób gry, styl życia, ale też sam image, jednoznacznie kojarzyły się z buntem, wolnością i brakiem limitów. Argentyńczyk żył i grał po swojemu i chyba dlatego tak wielu kibiców pokochało go miłością bezwzględną. Dla niego to dużo ważniejsze niż znalezienie się w panteonie gwiazd, tworzonym przez dziennikarzy i ekspertów…

1

@Bernard777 To prawda, to były naprawde barwne postacie argentyńskiego futbolu. Moim idolem oczywiście był i będzie Boski Diego ale uwielbiałem również Claudio Caniggie, to też była bardzo barwna postać argentyńskiego futbolu. Opisywałem już go w jego urodziny ale jak chcesz(?) to prześle ci komentarz o nim.
Poza tym Riquelme i Palermo troszke bardziej lubie, gdyż to wielkie legendy Boca!

11

@FCBparasiempre
W styczniu 2015 roku Juan Roman Riquelme zakończył piłkarską karierę a dzisiaj obchodzi swoje 47 urodziny. Przez całe swoje futbolowe życie dzielił kibiców na dwa obozy: jedni go kochali i uważali za niedocenionego geniusza, drudzy, za przereklamowanego boiskowego lenia. Nigdy nie dowiemy się, która strona w tym sporze miała rację. Wśród miłośników tej dyscypliny, mit Riquelme będzie żył wiecznie. Problem z Argentyńczykiem jest taki, że w dzisiejszych czasach wielkość zawodnika ocenia się na podstawie jego występów w Europie. Tam, mimo całkiem udanej przygody w Villarreal, poniósł klęskę. W Boca Juniors jednak, gdzie spędził większą część swojej kariery, jest żywą legendą i ulubieńcem publiczności. Więc jaki właściwie jest Riquelme? Odbiór tego piłkarza tak naprawdę zależy od tego, jakimi zasadami kierujemy się przy oglądaniu futbolu. Nie ma wątpliwości, że był postacią nietuzinkową, która jednym zagraniem potrafiła odmienić losy spotkania. Z piłką Argentyńczyk potrafił zrobić wszystko, pod warunkiem, że mu się chciało. A że nie zawsze tak było, to wielu ludzi najzwyczajniej irytował. Przyjrzyjmy się bliżej jego sylwetce, aby choć spróbować go ocenić. Jedno jest pewne – wraz z odejściem Riquelme, nazywanym ostatnią klasyczną „dziesiątką” w historii tego sportu, w niepamięć odeszła romantyczna strona piłki nożnej. Zmysł piłkarski Riquelme pozwala zapamiętać dyscyplinę o nazwie futbol na wieki… to zawodnik z ery, gdy życie toczyło się wolnym tempem, kiedy wynosiliśmy krzesła na podwórko i graliśmy swobodnie z sąsiadami – Jorge Valdano Jeżeli przychodzisz na świat dzień przed zdobyciem przez Argentynę Pucharu Świata w 1978 roku, to z góry jesteś skazany na zostanie piłkarzem. Tym bardziej, kiedy po tobie, w rodzinie pojawia się jeszcze dziesięcioro dzieci, a twoje nieprzeciętne umiejętności są w stanie zapewnić im lepszy byt. Tak właśnie było w przypadku Juana. „Romanem” zaczęła określać go jego matka, która w taki sposób starała się zdobyć jego atencję. To imię widniało także na jego koszulkach w Boca Juniors i Villarreal. W Argentynie każdy młody zawodnik, obdarzony techniką i wspaniałą wizją gry, prędzej czy później zacznie być porównywany do Diego Maradony. Riquelme długo nie musiał na to czekać – pierwsze piłkarskie kroki stawiał w Argentinos Juniors, czyli w miejscu, gdzie zaczynał również autor „boskiej ręki”. Juan nigdy jednak nie był taki jak Diego. Różniły ich charaktery i style gry. Innym miano „drugiego Maradony” mogłoby ciążyć przez całą karierę. Riquelme jednak wiedział, że jest po prostu inny. Unikalny. ,,Piłka dała mi wszystko. Tak jak lalka dla małej dziewczynki, tak dla mnie najlepszą zabawką jaką kiedykolwiek miałem, albo mogłem mieć, był futbol. Człowiek, który go wymyślił jest prawdziwym bohaterem”- wspominał Juan. Nie można wymarzyć sobie lepszego startu do profesjonalnego futbolu niż nauka w Akademii Argentinos. Maradona, Sergio Batista, Fernando Redondo – oni przeszli podobną drogę. Nieśmiały Roman zaczął pokazywać na boisku swój potencjał, a kiedy zgłosiło się po niego samo River Plate, zaprezentował zalążek swojego charakteru – jako odwieczny fan Boca Juniors, odrzucił ofertę ich największego rywala. Do swojego ukochanego klubu przeniósł się za 800 tysięcy dolarów w 1995 roku. W Boca spędził, z przerwami, w sumie piętnaście lat. Niektórzy uważają, że nigdy nie powinien był opuszczać Buenos Aires. W argentyńskiej Primera Division zadebiutował 10 października 1996 roku a dwa tygodnie później zdobył swoją premierową bramkę, pokonując bramkarza Huracanu. Miał wówczas osiemnaście lat. Pierwszą, sześcioletnią przygodę z Boca, Riquelme okrasił trzema ligowymi tytułami (1998, 1999 i 2000), dwoma triumfami w Copa Libertadores (2000 i 2001) oraz Pucharem Interkontynentalnym (2001). Nie trzeba dodawać, że odegrał on kluczową rolę w tych sukcesach – jego podania, kontrola piłki i magia ujawniająca się w każdym zagraniu sprawiły, że trybuny La Bombonera go pokochały. Oczywiście z wzajemnością. Riquelme musiał czuć, że jest kochany. Wówczas wznosił się na wyżyny swoich umiejętności. Jedyne, czego wymagał, to budowanie zespołu wokół jego osoby. Potrzebował też zawodników, którzy na boisku wykonają całą brudną robotę za niego, aby on mógł błyszczeć w najważniejszych momentach spotkania. Jego zmysł do ofensywnej gry był prawdziwym darem, ale niechęć do pracy w obronie – przekleństwem, które miało mu przeszkodzić w zrobieniu kariery na miarę talentu. Przez sześć sezonów w 194 występach strzelił 44 bramki dla Boca. Wynik, jak na ofensywnego gracza, może nie jest oszałamiający, ale jemu nigdy nie zależało na zdobywaniu goli. Chciał mieć na boisku władzę, kontrolować mecz i stwarzać innym okazje do trafień. Strzelał rzadko, ale za to efektownie – z przebiegu całej kariery pamiętamy go przede wszystkim z fenomenalnych uderzeń z dystansu, sprytnych technicznych strzałów i efektownych rzutów wolnych. W momencie, gdy był już najjaśniejszą gwiazdą Boca i zapewnił sobie solidną pozycję w kadrze Argentyny, poczuł, że Buenos Aires staje się dla niego za ciasne. Przyszedł czas na Europę.

W październiku 2002 roku zgłosiła się po niego Barcelona, która obserwowała go od dłuższego czasu. Transfer na Camp Nou zgrał się w czasie z osobistym dramatem Juana – został wówczas porwany jego brat Cristian. Ostatecznie udało się wynegocjować jego uwolnienie i Argentyńczyk zapłacił okup. Później wspominał, że porwanie brata było jednym z głównych powodów opuszczenia Ameryki Południowej. Około 10 milionów euro kosztował Barcelonę transfer Riquelme. Patrząc na dzisiejsze realia, ta kwota może wzbudzać śmiech. W stolicy Katalonii jednak mogli później dojść do wniosku, że Argentyńczyk nie był wart nawet połowy tej ceny. ,,Riquelme bardziej niż graczem stał się symbolem sporu ideologicznego” – Jonathan Wilson. Wydawałoby się, że Juan trafił w idealne dla siebie miejsce – do Barcelony, gdzie efektowną i ofensywną piłkę ludzie mają we krwi. Nie wiadomo, co by było, gdyby w tamtym czasie trafił na innego szkoleniowca. Pech chciał, że na Camp Nou przyszło mu współpracować z Louisem Van Gaalem, który posiadał równie ciężki charakter, co bohater artykułu. Holenderski szkoleniowiec bardzo marginalizował pozycję Argentyńczyka w składzie, dając do zrozumienia, że nie do końca pasuje do jego koncepcji. Jeżeli już wystawiał go do gry, to najczęściej posyłał na skrzydło, gdzie Riquelme, zazwyczaj poruszający się jednostajnym tempem, nie mógł pokazać tego, co u niego najlepsze. Wchodził głównie z ławki albo występował w Copa del Rey – nie był więc wiodącym zawodnikiem, co nie mogło się dla niego dobrze skończyć. Jego ego nie wytrzymywało wśród rezerwowych. Musiał zmienić otoczenie. Sen o Barcelonie skończył się, zanim na dobre się zaczął. Pomocną dłoń w 2003 roku wyciągnął po niego inny hiszpański klub, Villarreal. Benito Floro, ówczesny menedżer Żółtej Łodzi Podwodnej, aż podskoczył na wieść o możliwości ściągnięcia Argentyńczyka do siebie. Obie strony były zadowolone z tego kroku – Benito znalazł wymarzonego ofensywnego pomocnika, a Riquelme znów stał się zawodnikiem, wokół którego budowano drużynę. Jak pokazał czas – była to słuszna decyzja. Do Villarreal został początkowo wypożyczony, jednak kiedy Barcelona sprowadziła na Camp Nou Ronaldinho, wykorzystując w ten sposób limit obcokrajowców w kadrze, dni Juana były policzone. W 2003 roku wypożyczono go na dwa lata, aby w 2005 sprzedać ostatecznie. Riquelme błyszczał zarówno przed transferem definitywnym, jak i po nim. Pierwszy sezon na stadionie El Madrigal przyozdobił tryumfem w Pucharze Intertoto (2003). Wkrótce potem spotkał tam dwie najważniejsze osoby w swojej europejskiej przygodzie – trenera Manuela Pellegriniego oraz napastnika Diego Forlana, sprowadzonego w 2004 roku z Manchesteru United. Obaj przybyli do Villarreal w tym samym momencie. Efektowna współpraca powyższej trójki rozpoczęła się od ponownego zwycięstwa Żółtej Łodzi Podwodnej w Pucharze Intertoto. Największe sukcesy były jednak dopiero przed nimi. Zabójczy ofensywny duet stworzony przez Pellegriniego, dał Villarreal trzecie miejsce w ligowej tabeli na zakończenie sezonu 2004/2005. Był to najlepszy wynik w historii tego klubu. Juanowi wówczas udało się zdobyć 15 bramek w 35 występach w La Liga, co jest dla niego osobistym rekordem. Współpraca z Forlanem układała się doskonale. ,,Na boisku szybko złapaliśmy kontakt. Obaj w poprzednich klubach mieliśmy gorsze okresy, ale ożyliśmy w Villarreal pod wodzą Pellegriniego, który znał nas z Argentyny, gdzie pracował w San Lorenzo i River Plate. Riquelme przewidywał moje ruchy i dawał mi piłki, o których marzy każdy napastnik. Po jego podaniach strzeliłem mnóstwo goli” – Diego Forlan. Chilijski szkoleniowiec przekazał batutę Riquelme, aby ten z boiska kierował drużyną. W swoim najlepszym okresie był bezsprzecznie czołowym rozgrywającym na świecie, co potwierdzały także mecze Villarreal w Lidze Mistrzów w sezonie 2005/2006. Żółta Łódź Podwodna najpierw w efektowny sposób wygrała swoją grupę, wyprzedzając w tabeli Benfikę, Lille oraz Manchester United, a następnie doszła aż do półfinału rozgrywek, bijąc po drodze Glasgow Rangers czy Inter Mediolan. Patrząc na dzisiejsze rozstrzygnięcia Champions League, trudno uwierzyć, że tak prowincjonalny klub w skali europejskiej, zdołał dojść aż tak daleko. A wynik mógł być jeszcze lepszy – półfinałowy dwumecz Arsenal wygrał dzięki zwycięstwu 1:0 na Highbury w pierwszym spotkaniu. W rewanżu na El Madrigal gospodarze byli stroną przeważającą i w 90 minucie starcia mieli doskonałą szansę na doprowadzenie do dogrywki. Rzutu karnego nie strzelił jednak… Juan Roman Riquelme.

Nawet najwięksi artyści czasem się mylą. Chociaż już przed uderzeniem, patrząc na twarz Argentyńczyka, można było zgadnąć, że ta „jedenastka” nie potoczy się po jego myśli. Jens Lehmann w bramce Arsenalu okazał się za duży. Villarreal odpadł z rozgrywek, a Riquelme długo po tym rzucie karnym nie mógł dojść do siebie. To też był początek jego końca w hiszpańskim zespole. ,,Nikogo nie zabiłem. Po prostu nie strzeliłem karnego. To był jeden z najsmutniejszych momentów w mojej karierze i będę go pamiętał zawsze”- tak mówił nasz bohater. Zanim Juan zaczął sprawiać problemy na El Madrigal, pojechał z Argentyną na mistrzostwa świata do Niemiec w 2006 roku i to jako największa gwiazda. Tam miał podwójną motywację, ponieważ mundial w Korei Południowej i Japonii ominął go z powodu porwania brata. Dwa zwycięstwa i remis dały Albicelestes wyjście z grupy. Riquelme w tych spotkaniach zanotował dwie asysty i zdobył nagrodę zawodnika meczu za efektowną wygraną z Serbią i Czarnogórą aż 6:0. W 1/8 finału zaliczył ostatnie podanie przy trafieniu Hernana Crespo (zwycięstwo 2:1 po dogrywce z Meksykiem), a w ćwierćfinale asystował przy golu Roberto Ayali w starciu z Niemcami. Został jednak zdjęty z boiska w końcówce meczu, a chwilę po tym gospodarze wyrównali, by ostatecznie zwyciężyć w konkursie rzutów karnych. Argentyna odpadła z turnieju, a najbardziej skrytykowany za postawę w starciu z niemiecką ekipą został właśnie Riquelme. Później sam stwierdził, że kiedy drużyna przegrywa, to zawsze on jest temu winny. Tak to już bywa – od wirtuozów wymagamy najwięcej. To był jednak zdecydowanie najlepszy okres Juana w kadrze, z której odszedł na dobre w 2011 roku. Pellegrini dalej próbował ustawiać zespół pod swojego pupila, jednak w sezonie 2006/2007 Riquelme przestał mu się odpłacać. Wyglądało to tak, jakby Argentyńczyk stracił motywację do grania po powrocie z mundialu. Wewnątrz siebie czuł, że chyba przyszła pora na zmianę środowiska. Na El Madrigal był przez kibiców kochany, a od trenera dostawał wszystko, na co miał ochotę – trenował, kiedy chciał, każdy przymykał oko na jego kolejne „kontuzje” czy słabe występy, dostał wolne, aby lecieć do ojczyzny… Riquelme miał ciężki charakter i mimo że posiadał równocześnie wspaniałe umiejętności, to budowanie drużyny wokół niego zaczynało być za bardzo ryzykowne. Powrót w zimie do Boca Juniors wydawał się idealną opcją. Po pięciu burzliwych latach Juan wracał do domu. Ponowne przybycie do Buenos Aires nie miało polegać na odcinaniu kuponów. Riquelme miał dwadzieścia dziewięć lat – był zatem w idealnym wieku, aby swoją obecnością odcisnąć piętno na argentyńskiej lidze, tym bardziej, że jego umiejętności nikt nie podważał. W Boca znów mógł poczuć się jak Bóg. Jego druga przygoda z ,,Azul y Oro” to kolejne puchary: dwukrotnie wygrał ligę (2008 oraz 2011), a także Copa Libertadores (2007), Recopa Sudamericana (2008) oraz Copa Argentina (2011-12). Spotkał się tam z legendarnym Martinem Palermo, który dla Boca zdobył w sumie ponad 230 goli i był równie wielką gwiazdą. Między oboma panami panował nieustanny konflikt. W czasie spotkania z Arsenalem de Sarandi, Riquelme w efektowny sposób wymanewrował całą defensywę rywali, dzięki czemu znalazł się w sytuacji sam na sam z golkiperem. Miał przed sobą całą bramkę, ale zdecydował się na podanie do Palermo, któremu pozostało tylko wtoczenie piłki do siatki. Kibice mogli wówczas zobaczyć następujący obrazek: Juan pobiegł świętować gola, a po chwili dołączyła do niego połowa drużyny. Taki właśnie był – sprawiał, że inni piłkarze wyglądali przy nim na lepszych. Później miał powiedzieć do Palermo: „Każdy może strzelać takie bramki”. Konflikt z Martinem? Juan znowu był ponad to, podobnie jak z porównaniami do Maradony. Po powrocie do Boca, zdobył 48 goli w 187 występach. Na zawsze stał się idolem fanów, którzy widzieli w nim ostatniego z „fantasistas”, prawdziwych rozgrywających. Przed piłkarskim końcem przeszedł jeszcze do Argentinos Juniors, w styczniu 2015 zawieszając ostatecznie buty na kołku i wspaniałą klamrą zamykając swoją karierę. „Dzień, w którym przestanę kochać futbol, będzie dniem, kiedy odejdę i pójdę do mojej matki na herbatę”.

Jonathan Wilson, brytyjski historyk futbolu, pisze, że Argentyńczycy jednocześnie ubóstwiają i gardzą Riquelme. Jest coś w nim takiego, że nie można przejść obojętnie. Dla niektórych Juan był definicją prawdziwej piłki – magicznej, fantazyjnej, przyciągającej wzrok, sztuki dla sztuki, futebol d’arte, jakby to powiedzieli Brazylijczycy. Dla takich piłkarzy zapełniają się stadiony. Nie mamy wątpliwości, że umiejętności posiadał ogromne, ale w naprawdę wspaniałej karierze przeszkodził mu jego charakter i zbyt duże ego. Może jednak na tym też polega jego wielkość – że w piłkę grał na własnych zasadach. Historia Riquelme to tak naprawdę zderzenie klasycznego piłkarza z nowoczesną rzeczywistością, która go pochłonęła, zmieliła, a następnie wypluła. W dzisiejszym świecie futbolu – dynamicznym, fizycznym – nie ma już miejsca dla tego typu artysty. Czy Juan urodził się o jedną czy dwie dekady za późno? Jak zauważa Wilson, trudno we współczesnej grze znaleźć miejsce dla zawodnika, który nie pracuje w defensywie, nie walczy za wszelką cenę o piłkę, a swój kunszt opiera głównie na genialnej wyobraźni. Europa go odrzuciła, ale ten nietuzinkowy styl zapewnił mu nieśmiertelność na boiskach argentyńskich, w ojczyźnie Maradony. W Ameryce Południowej długo czekali na następcę ,,Boskiego” Diego, aż w końcu doczekali się Leo Messiego. Drugiego Riquelme mogą szukać jeszcze dłużej ale na pewno go już nie znajdą. Juan zawiesił buty na kołku, zabierając ze sobą ostatnie wspomnienia piłkarskiego romantyzmu. ,,Futebol d’arte” już nie wróci.

10

8

@FCBparasiempre
Wyniszczająca II Wojna Światowa zabiła mundialowe rozgrywki na 12 lat. Kiedy wojenny pył opadał na dobre, FIFA postanowiła wrócić do tradycji zapoczątkowanej w 1930 roku i ponownie zorganizować największy i najbardziej interesujący turniej piłkarski na świecie. Prawo do organizacji mistrzostw otrzymała Brazylia. Kraj bezgranicznie zakochany w futbolu znakomicie bawił się podczas zawodów, jednak po ostatnim gwizdku czempionatu pogrążył się w długą żałobę. Żałobę, która w niektórych kręgach trwa do dziś. To, że Brazylijczycy kochają futbol, jest bardziej oczywiste niż fakt, że Ziemia kręci się wokół Słońca, woda przybiera kształt naczynia, w którym się znajduje, a kilogram słomy waży tyle samo co kilogram miedzi. Nie będzie wielką przesadą, jeśli stwierdzę, że w Brazylii obowiązuje politeizm. Bardzo mocno wierzy się jednocześnie w dwa bóstwa – Jezusa Chrystusa i piłkę nożną. W 1945 roku zakończyła się II Wojna Światowa. Najbardziej ucierpiała w niej Europa, będąca w wielu miejscach jedną wielką ruiną. FIFA obawiała się, że wiele drużyn nie dotrze na mistrzowski turniej, tłumacząc, że ich kraj podnosi się z kolan po najtragiczniejszej wojnie w historii ludzkości. Jednak już w 1946 roku postanowiła, że gospodarzem kolejnego Mundialu będzie Brazylia. Latynosi przedstawili bliźniaczą ofertę do złożonej przez siebie przed 1942 rokiem, gdy o czempionat, który ostatecznie nie doszedł do skutku, konkurowali z Niemcami. Państwo naszych zachodnich sąsiadów, jednych z głównych prowodyrów dramatu XX wieku, było zniszczone na tyle, że nie było mowy o kandydowaniu na gospodarza tak wielkiej imprezy świeżo po wojnie. Oprócz tego, wraz z Japonią, dostało zakaz startowania w eliminacjach. Brazylijczycy zaproponowali rozegranie turnieju w 1949 roku, jednak FIFA chciała kontynuować czteroletnie przerwy między rozgrywkami. Pewny start w Mistrzostwach Świata miała Brazylia, jako gospodarz, i Włochy, jako aktualny mistrz. Do obsadzenia było jeszcze 14 miejsc i 32 chętnych. Europę podzielono na sześć grup. Zgodnie ze standardami poprzednich turniejów, kraje podzielono, plus minus, geograficznie. Co warte odnotowania, w pierwszej z grup rywalizowała Anglia, która bez problemu zdobyła Mistrzostwo Państw Brytyjskich i z pierwszego miejsca wywalczyła awans. Kraje zza żelaznej kurtyny, w tym m. in. Czechosłowacja, Węgry, Związek Radziecki, zrezygnowały z uczestnictwa w kwalifikacjach. Państwa obu Ameryk zostały rozmieszczone w trzech grupach. W dwóch z nich meczów nie rozegrano, co było efektem rezygnacji Argentyny, Ekwadoru i Peru. Ostatnią, dziesiątą grupę eliminacyjną, tworzyły Burma (Mjanma), Indonezja, Filipiny i Indie, jednak i tutaj nie rozegrano ani jednego meczu. Pierwsza trójka wycofała się z kwalifikacji, zatem w Ameryce Południowej miały zameldować się Indie. Możliwość udziału w turnieju, obok Brazylii i Włoch, wywalczyły ekipy: Boliwii, Chile, Paragwaju, Urugwaju, Meksyku, Stanów Zjednoczonych, Anglii, Hiszpanii, Szkocji, Szwecji, Szwajcarii, Szkocji, Jugosławii i Indii. Niedługo po zakończeniu eliminacji doszło jednak do lekkiego przetasowania uczestników. Szkoci unieśli się dumą, tłumacząc, że skoro w swojej grupie zajęli dopiero drugie miejsce (za Anglią), nie mogą brać udziału w zawodach. Odpadli także Jugosłowianie, których przerosły koszty podróży za ocean. W ich miejsce próbowano zaprosić inne drużyny, z czego skorzystali jedynie Francuzi. Ostatecznie do rozgrywek miało przystąpić 15 krajów. Miało, ale! Już po podziale na grupy, z turnieju zrezygnowały Indie (zbyt wysokie koszty podróży, poza tym piłkarzom zabroniono grać na bosaka) i Francja (zbyt duże odległości między stadionami). Na tym koniec tasowań, oficjalnie – w Mistrzostwach Świata w 1950 roku udział wzięło 13 zespołów. Organizatorzy postanowili wprowadzić innowacyjność w rozgrywkach, układając je w niespotykanej wcześniej formie. Zespoły zostały podzielone na cztery grupy, w których standardowo każdy grał z każdym. Do pierwszego zbioru wylosowano Brazylię, Szwajcarię, Jugosławię i Meksyk, a do drugiego Anglię, Hiszpanię, Chile i USA. Wspomniane nieco wcześniej rezygnacje spowodowały, że w grupie trzeciej grały trzy (Włochy, Szwecja, Paragwaj), a w grupie czwartej tylko dwa zespoły (Urugwaj i Boliwia). Zwycięzca każdej z nich uzyskiwał awans do fazy finałowej. W praktyce była to 4-drużynowa grupa i również tutaj każdy miał grać z każdym. Teoretycznie istniało dość duże ryzyko, że nowego Mistrza Świata poznamy przed zakończeniem turnieju. Drużyny rozgrywały swoje spotkania na sześciu stadionach. Brazylijczycy, lubiący wyolbrzymiać swoje zasługi i pokazywać swoją wyższość, zaplanowali, że jeden z obiektów będzie tak gigantyczny, że wkrótce stanie się równie wielkim symbolem Rio de Janeiro jak Pomnik Chrystusa Odkupiciela. Do pracy zaangażowano 10 tys. robotników. W takich okolicznościach powstawała Maracana, jeden z najbardziej okazałych i legendarnych stadionów w historii piłki nożnej. Oficjalnie miała zapewnić rozrywkę 183 tysiącom kibiców. Rozgrywki pierwszej fazy grupowej począwszy od meczu Brazylia-Meksyk(24 czerwca) zostały zdominowane przez zdecydowanych faworytów, choć nie zabrakło turboniespodzianki czy wręcz sensacji. Anglia, od lat uważająca się za najlepszą ekipę we wszechświecie, przegrała ze Stanami Zjednoczonymi 0:1. Taki sam wynik osiągnęła z Hiszpanią i z grupy nie wyszła. Na pole walki w drugiej rundzie stanęły drużyny Brazylii, Hiszpanii, Szwecji i Urugwaju. Aby ustalić kolejność gier, ciągnięto losy. Po dwóch kolejkach tej fazy szansę na końcowy triumf zachowały tylko dwie drużyny, obie z Ameryki Południowej. Los chciał, że zmierzyły się w decydującym starciu na Maracanie. Gospodarze szli jak tajfun, pokonując po drodze Szwecję (7:1) i Hiszpanię (6:1). Co warte podkreślenia, w tych dwóch spotkaniach trener Flavio Costa ustawił swoich piłkarzy w systemie W-M, co, jak widać, przyniosło bardzo dobre efekty. Ich finałowi oponenci męczyli się w tym czasie niemiłosiernie, remisując z Hiszpanią (2:2) i pokonując rzutem na taśmę Szwecję (3:2). Nic więc dziwnego, że zdecydowanym faworytem “finału” byli Brazylijczycy. Dziwi jednak atmosfera ostatnich dni, godzin i minut przed spotkaniem.

Cały kraj żył mistrzostwami. Zainteresowanie rosło z meczu na mecz, osiągając zenit 16. lipca 1950 roku. Już od rana można było zaopatrzyć się w gazetę O Mundo, mającą na okładce zdjęcie swoich ulubieńców z napisem: “Oto Mistrzowie Świata”. Obdulio Varela, fenomenalny kapitan Urugwajczyków, wykupił wszystkie egzemplarze dostępne w hotelowym kiosku i rozłożył je starannie w łazience, tytułem do góry. Zwołał całą drużynę, wygłosił motywujące przemówienie, a na koniec nakazał wszystkim oddać mocz na leżącą makulaturę. Radio i telewizja niemal non stop gloryfikowały sukces Canarinhos. Sukces, który przecież jeszcze nie nadszedł. Kilka minut przed meczem na murawie pojawił się gubernator Rio de Janeiro, Angelo Mendes de Moraes, stanął na środku murawy i w obecności tysięcy kibiców, reporterów z wielu zakątków globu i przede wszystkim Urugwajczyków, pogratulował swoim piłkarzom mistrzowskiego tytułu. O godzinie 15:00 obie jedenastki wybiegły na murawę największego obiektu piłkarskiego na świecie. Gospodarzom do sięgnięcia po mistrzostwo wystarczył remis, Urugwajczycy musieli wygrać. Organizatorzy sprzedali dokładnie 173 850 biletów, ale na stadion wdarło się co najmniej kilkanaście tysięcy osób bez wejściówek. Oficjalna liczba – 199,854 kibiców – nigdy nie została pobita i wszystko wskazuje na to, że już na zawsze będzie rekordem publiczności na meczu piłkarskim. Wrzawa na stadionie była nie do opisania. Dwieście tysięcy par wrogo nastawionych oczu spowodowały, że pod gośćmi ugięły się nogi. Jeden z nich, Julio Perez, tak bardzo stresował się zaistniałymi okolicznościami, że podczas grania hymnów państwowych zsikał się w spodenki. Od pierwszego gwizdka usilnie chcieli udowodnić, że w piłce nie rozdaje się nagród przed udowodnieniem swojej wyższości na murawie. Bardzo dobry manewr zastosował trener Juan Lopez. Obserwując wcześniejsze potyczki Canarinhos doszedł do wniosku, że skoro największe problemy sprawiła im Szwajcaria, musi uszeregować swoją drużynę w takim samym ustawieniu. No i oczywiście przeszedł od myśli do czynu. Jego podopieczni zagrali w nietypowej formacji 1-3-3-3. Przynosiła dobre efekty już od pierwszych minuty. Brazylijczycy nie byli w stanie grać z takim polotem jak w dwóch poprzednich starciach, w których wbili rywalom aż 13 bramek. Co prawda mądra gra nie uchroniła Urusów przed utratą gola, gdy w 47. minucie Friaca popisał się lekkim, mierzonym strzałem, ale waleczni przybysze znad La Platy nie poddali się. Nie poddali się, choć w najbliższej okolicy tylko 0,005% osób wierzyło w ich zwycięstwo. Tak, tylko oni sami. Odpowiedzialność za wynik przejął na swoje barki kapitan Varela. W 66. minucie zagrał na prawo do Ghiggii, ten pociągnął skrzydłem, spojrzał na pole karne i odegrał do Schiaffino, a ten wyrównał stan meczu. Pierwszy raz tego dnia na Maracanie nastała cisza, a w szeregach Canarinhos niebywała konsternacja. Niespełna kwadrans później doszło niemal do kopii akcji bramkowej. Ghiggia postanowił wykończyć ją samodzielnie, czym zupełnie zaskoczył Barbosę, który dał sobie wbić gola w krótki róg swojej bramki. W tym momencie, najprawdopodobniej pierwszy raz w historii, około 30 osób (piłkarze, rezerwowi i sztab Urugwaju) było głośniejszych od dwustu tysięcy przeciwników. Brazylijczyków nie było stać na podniesienie się z kolan. Przegrali 1:2. Złota Nike trafiła do Urugwaju. Opuszczaniu stadionu przez kibiców również towarzyszyła głucha cisza. Słychać było jedynie szuranie butów. Wszyscy w zadumie udali się prosto do swoich domów. Po drodze ucierpiało jedynie popiersie gubernatora Rio, tego samego, który dwie godziny wcześniej gratulował mistrzom świata, którzy mistrzami nie zostali. Brazylia okryła się wielką żałobą. Od następnego dnia rozpoczęło się poszukiwanie winnych. Trafiło na trzech czarnoskórych piłkarzy reprezentacji Brazylii – Bigodę, Juvenala Amarijo i Moacira Barbosę. Najbardziej ucierpiał Barbosa, zdecydowanie najlepszy bramkarz turnieju. Canarinhos nigdy wcześniej i nigdy później nie mieli golkipera o takiej klasie sportowej. Po Maracanazo był jednak skończony. Przez całe życie wytykano go palcami, niejednokrotnie słyszał na ulicy, że to ten, przez którego płakała cała Brazylia. Latynosi, skłonni do wierzenia w przesądy, stwierdzili, że ciemnoskóry bramkarz stanowi złym fatum, zatem przez niemal pół wieku od finału w świątyni reprezentacji narodowej stali tylko i wyłącznie biali zawodnicy. Dopiero w 1999 roku do kadry trafił Dida. Barbosa oddałby wszystko, by móc cofnąć czas i złamać sobie nogę tuż przed pierwszym Mundialem po II Wojnie Światowej. Szukał wielu sposobów, by pozbyć się złych duchów z Maracany. W 1963 roku zaprosił swoich znajomych na ognisko i grilla. Ogień pochłonął drewniane obramowanie bramki, na którą gole strzelali Urugwajczycy. Nie pomogło. W 1993 roku chciał odwiedzić reprezentację Brazylii przed eliminacyjnym meczem do Mistrzostw Świata 1994. Nie został wpuszczony na teren obiektu, ponieważ obawiano się, że znowu przyniesie pecha. Komentarz Barbosy nie pozostawia wątpliwości, że przez długie lata był więźniem swojego sumienia i wrogiem publicznym numer jeden: ,,W Brazylii najwyższy wymiar kary za najcięższe przestępstwa to 30 lat. Moja kara trwa już 43 lata”. Czarnoskóry golkiper nie był jedynym fatum, z którym Brazylijczycy chcieli się uporać. Nieszczęścia szukali także w jednolitych, białych koszulkach swoich piłkarzy. W związku z tym zorganizowano konkurs na nowe trykoty reprezentacyjne. Wymogiem było użycie w nich czterech kolorów Brazylii – zielonego (lasy Amazonii), żółtego (złoto i inne bogactwa kraju), niebieskiego (kolor nocnego nieba w Rio) i jedynie symbolicznej ilości białego (gwiazdozbiory). Zwyciężył projekt 19-letniego Aldyra Garcii. Obowiązuje do dziś, a żółte koszulki Canarinhos są najpopularniejszym strojem sportowym na świecie. Zizinho, jedna z gwiazd ówczesnej reprezentacji Brazylii, jako jeden z nielicznych zachował zdrowy rozsądek i próbował szukać racjonalnych przyczyn porażki. Znalazł je m. in. w ustawieniu W-M, który, jego zdaniem, totalnie nie zdał egzaminu. Miał żal do swojego trenera, że ten w trakcie turnieju kombinował z formacjami. Za kluczowego zawodnika finału uznał Obdulio Varelę, o którym powiedział: ,,Pomiatał nami jak bezdomnymi psami.”

Porażkę podsumował słowami: ,,W Brazylii bycie wicemistrzem jest do kitu. Już lepiej przegrać przed finałem.” Z racji faktu, że od początku dziejów w ludzkich głowach bardziej pozostają spektakularne porażki niż niespodziewane zwycięstwa, wielkich piłkarzy Urugwaju z finału z Maracany częściej wspomina się w Brazylii niż w ich ojczyźnie. Wspomniany Varela w nagrodę za wygranie Mundialu dostał w Montevideo… 19-letniego forda. Nacieszył się nim jedynie tydzień, bo po tym czasie został skradziony. Alcides Ghiggia, zdobywca decydującego gola, był tak znudzony ciągłymi telefonami od brazylijskich dziennikarzy, że za rozmowę ze sobą żądał pieniędzy. Trochę ich nazbierał, bowiem był najdłużej żyjącym piłkarzem spośród wszystkich bohaterów południowoamerykańskiego starcia. Duch Maracany nie opuszczał go nawet w dniu śmierci – 16. lipca 2015 roku – dokładnie 65 lat po pamiętnym meczu. Za życia powtarzał: ,,Tylko trzy osoby zdołały uciszyć Maracanę – Frank Sinatra, Jan Paweł II i ja.” Brazylijczycy nigdy nie zapomną wydarzeń z Maracany z 1950 roku. Porażka jest rozpamiętywana na wiele sposobów, powstało na jej temat wiele książek. Swego czasu w kraju kawy i słońca dużą popularnością cieszył się film o finale, w którym zmieniono bieg wydarzeń. Sfingowano, że to gospodarze zdobyli pierwsze w swojej historii Mistrzostwo Świata. Widzowie czuli zapewne wielki żal na napisach końcowych, gdy uświadamiali sobie, że film nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. Finałową klęskę najtrafniej, oczywiście z perspektywy Brazylijczyków, podsumował brazylijski mistrz pióra, dziennikarz, dramatopisarz i powieściopisarz, Nelson Rodrigues: ,,Każdy kraj ma swoją niepowetowaną narodową katastrofę na kształt Hiroszimy. Naszą katastrofą, naszą Hiroszimą, była przegrana z Urugwajem w 1950 roku.”

12

Wspaniałe acz zapomniane legendy FC Barcelony:


24 czerwca 1907 r. urodził się Angel Arocha Guillen, legendarny hiszpański snajper. Jest pierwszym piłkarzem z Teneryfy grającym w reprezentacji Hiszpanii. Zadebiutował w CD Tenerife w wieku 15 lat a wiosną 1927 roku został przeniesiony do FC Barcelony. Arocha w FC Barcelonie występował przez sześć sezonów, zdobywając Puchar Króla(1928) i mistrzostwo Hiszpanii(1929). Z Barçą rozegrał 210 meczów, w których strzelił 203 gole! Z Barcelony przeniósł się do Atlético Madryt, awansował do pierwszej ligi z ,,Los Colchoneros, ale wojna domowa przerwała jego sportową karierę... i życie. Zginął na froncie Balaguer(Lleida). Ángel Arocha jest pierwszą legendą kanaryjskiej piłki nożnej. W czasach, gdy dominowała tradycja ustna, jego wczesna dojrzałość, transfer do FC Barcelony, gole, tytuły i obecność w hiszpańskiej drużynie uczyniły z niego legendę. Jego przedwczesna śmierć w wojnie domowej, w wieku 31 lat, wyniosła jego postać do kategorii legendy ale już był bohaterem za życia. W archiwach gazet i w pamięci starszyzny zachowało się jego przyjęcie w doku Santa Cruz de Tenerife, kiedy latem 1929 roku drużyna Barçy, która właśnie wygrała pierwszą ligę, zatrzymała się w podróży do Ameryki Południowej i ,,Arochita” został porwany przez tłum, który oklaskiwał go w siedzibie CD Tenerife, na „Calle del Clavel”. W kwietniu 1927 roku gazeta La Furia z Teneryfy ogłosiła, że Arocha może podpisać kontrakt z FC Barcelona „w miejsce Paulino Alcántary”. Zrobi to kilka tygodni później za pensję w wysokości 750 peset miesięcznie. 1 maja 1927 roku zadebiutował w barwach Blaugrany w meczu towarzyskim przeciwko Martinencowi i strzelił zwycięskiego gola(1:0) dla drużyny rezerw Barçy, która następnego dnia zagrała w Copa del Rey. 3 lipca 1927 roku wziął udział w wielkim pożegnalnym meczu Paulino Alcántary z udziałem 30 000 widzów na Camp de Les Corts. Po drodze był mecz towarzyski, w którym Barça zaprezentowała wybitnych napastników: Pierę, Samitiera, Arochę, Alcántarę i Sagi-Barbę. W następnym sezonie 1927/28 FC Barcelona została mistrzem Katalonii, pokonując CE Europa 1:0 w meczu barażowym, ze znakomitym Arochą w składzie. Tytuł pozwolił Blaugranie zagrać w Copa del Rey, rozgrywkach, w których napastnik z Teneryfy zdobywa 8 goli w 10 rozegranych meczach. Wśród nich trzy mecze w finale przeciwko Realowi Sociedad na El Sardinero. Pierwsze dwa zakończyły się remisem 1:1 a miesiąc później rozegrano drugi ,,tie-break”, w którym Arocha wiódł prym „strzelając Eizaguirre z bliskiej odległości”. Pierwsze z tych trzech starć jest ważną częścią historii klubu: zostało rozegrane w niesławnym bagnie i w deszczu a czasami Barça grała dziewięcioma zawodnikami po kontuzjach Samitiera i węgierskiego bramkarza Plattko, który w pierwszej części meczu opuścił mecz z rozcięciem na czole, z którego obficie krwawił. Ponieważ zmiany były zabronione, Arocha stanął na… bramkę, aż pod koniec drugiej połowy Plattko powrócił po założeniu sześciu szwów i zastrzyku przeciw tężcowi. W następnym roku rozegrano pierwsze Mistrzostwa Ligi Narodowej, w których uczestniczyło tylko dziesięć drużyn (cztery Baskijskie, trzy Katalońskie, dwóch z Madrytu i Racing de Santander), co wymusiło awans do Copa del Rey, w którym Barça odpadła w półfinałach. Po drodze Arocha strzelił dziewięć goli w ośmiu meczach. We wszystkich meczach, w których grał jako zawodnik Barçy, uzbierał 60 meczów i 49 goli, co dało mu liczbę, która uczyniła go najlepszym strzelcem Barçy przez dekadę, dopóki Josép Escolá nie odebrał mu tego wyróżnienia w marcu 1943 roku, ale po rozegraniu 72 meczów. W Pucharze Hiszpanii, rozgrywkach, w których zdobyłby 30 goli w swoich 33 meczach jako zawodnik Barçy, również zapisał się w historii klubu. W jednym starciu strzelił 5(!) goli Realowi Sociedad a w kolejnym powtórzył wynik przeciwko Deportivo! Choć grał w 1932 roku w finale tzw. ,,Pucharu Republik” przeciwko Baskom: de Lafuente, Iraragorri, Bata, Chirri i Gorostizie, co oznaczałoby łańcuch czterech kolejnych tytułów, Arocha nie może dopisać do swojego dorobku nowej nagrody. Ponadto w tym decydującym starciu z drużyną baskijską został kontuzjowany po 20 minutach gry z nadwyrężeniem lewego kolana, resztę gry grając kolanem trzymanym przez drewniane listwy i jako lewy skrzydłowy w poszukiwaniu gola.


@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_

Media

Sonda

Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?