FCBparasiempre
Dołączył/a: grudzień 2020
Biała Podlaska
34 obserwujących
0 obserwowanych
Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?
Komunikat
Polecający
Ładowanie...
Historia komentarza
Ładowanie...
9
Legendy argentyńskiego futbolu:
5 lipca 1901 r. urodził się Julio Libonatti. Grał na pozycji napastnika i mógł grać na dowolnej pozycji w ataku. Piłkarz o dużej inteligencji, jakości, szybkości i umiejętnościach, wyróżniał się precyzyjnymi strzałami i skutecznością przed bramką. Był znany jako ,,El Matador”. Karierę rozpoczął w szeregach Newell's Old Boys w wieku 16 lat, debiutując w Nicasio Vila Cup (liga piłkarska Rosario) w roku 1917. W kolejnej edycji tego turnieju zdobył swój pierwszy tytuł z Newell’s wyrywając trofeum z Rosario Central. W 1921 roku „Trędowaci” zakończyli wspaniały sezon, zdobywając kolejny Puchar Nicasio Vila i Puchar Ibarguren. W lokalnych rozgrywkach przegrali tylko jeden mecz i mieli pięć przewagi nad swoim bezpośrednim prześladowcą, Tiro Federal Argentino. W Pucharze Ibarguren pokonali Huracán 0:3, a Libonatti zamknął wynik w 44. minucie. W kolejnej kampanii odnowili ligę Rosarina przed Nacionalem i Belgrano, choć przy tej okazji Huracán zemścił się za poprzedni finał w „Ibarguren Cup” i pokonał ich 1:0 w dogrywce. W ostatnich latach spędzonych w koszulce Newell’s nie poprawił swojego rekordu, chociaż nadal z łatwością trafiał do siatki, pozostawiając ostatni bagaż drużynie Rosario, która zdobyła 78 goli w 141 meczach. W 1925 roku prezydent Turynu Enrico Maroni był entuzjastycznie nastawiony do gry Libonattiego podczas podróży do Argentyny i złożył ofertę podpisania kontraktu z napastnikiem, która została przyjęta. Tym samym stał się pierwszym piłkarzem przeniesionym na Stary Kontynent i otworzył europejskie drzwi licznym rodakom, którzy później poszli w jego ślady. Napastnik, którego rodzice byli Włochami, ale pod koniec XIX wieku wyemigrował do Argentyny, szybko uzyskał obywatelstwo włoskie. W barwach Turynu zadebiutował 4 października 1925 roku w meczu z Brescią przebijając siatkę drużyny przeciwnej. W swojej pierwszej kampanii strzelił 18 goli w 22 meczach, a Torino zajęło drugie miejsce. W sezonie 1926-1927 wspaniały trójząb utworzony przez Baloncieriego, Rossettiego i Libonattiego przyprawiał o ból głowy przeciwną obronę, a Turyn po prowadzeniu Grupy B Dywizji Narodowej zdominował rundę finałową i miał dwa punkty przewagi nad Bologną, zdobywając trofeum mistrza Włoch. Radość nie trwała jednak długo, gdy tytuł został wycofany po sprawie Allemandiego. Torino pokonało Juventus 1:2, ale kilka dni wcześniej menadżer skontaktował się z obrońcą Juventusu Luigim Allemandim i zaproponował mu 50 000 funtów za ustawienie meczu. Włoska Federacja Piłki Nożnej i jej prezes Leandro Arpinati pozbawili Turyn ligi i ogłosili nieważność mistrzostw w tym sezonie. W następnym roku, z całą legitymizacją, „Il Toro” wygrał ligę, pokonując Genuę i Juventus w ostatniej fazie grupowej. Libonatti został ogłoszony „capocannoniere” z 35 golami, a zespół prowadzony przez De Tony'ego Cargnellego, w skład którego wchodzili tacy ludzie jak Franzoni, Rossetti, Baloncieri, Sperone, Colombari i Feliciano Monti, zdobył pierwszy w swojej historii tytuł mistrzowski. W 1929 roku walczyli o utrzymanie mistrzostwa kraju, ale musieli zadowolić się wicemistrzem. Odbył się dwumeczowy finał pomiędzy Bolonią a Turynem, który trzeba było rozstrzygnąć w powtórce. W Bolonii gospodarze wygrali 3:1, a gola dla Torino strzelił Libonatti. W rewanżu El Toro wygrał minimalnie po golu Włocha-Argentyńczyka w połowie drugiej połowy. Powtórkę rozegraną w Rzymie Bologna wygrała golem w końcówce pojedynku.
Począwszy od 1930 roku, wraz z utworzeniem Serie A, wyniki Il Toro spadły, a szanse na walkę o tytuł zmalały. Libonatti strzelił 14 goli w 1931 i 16 w 1932, ale w kolejnych sezonach nie przekroczył dziesięciu. „Matador” opuścił Turyn w 1934 roku ze znakomitymi statystykami: 150 goli w 239 meczach. Kolejnym celem jego podróży była Genua. W drużynie Griffon spędził dwa sezony, najpierw w Serie B, a następnie w najwyższej kategorii, gdzie zajął jedenaste miejsce. Strzelił 7 goli w 27 meczach i dzielił szatnię z węgierskim trenerem Gyorgym Orthem czy Argentyńczykami Mario Evaristo, Guillermo Stábile i Rodolfo Orlandini. W 1937 r. wyjechał do Rimini, gdzie w kampanii 1937-1938 łączył pracę na boisku z ławkami rezerwowych. Zespół zajął 5. miejsce w Serie C. Libonatti przeszedł na emeryturę pod koniec sezonu. W reprezentacji Argentyny występował 15 razy na arenie międzynarodowej i strzelił 8 goli w latach 1919–1922. Zadebiutował w „Honor Cup” w 1919 r., gdzie „Albicelestes” pokonali Urugwaj 6:1 hat-trickiem Rosario. W 1920 roku ponownie potwierdzili tytuł po zwycięstwie 1:0 w Buenos Aires, ale „La Celeste” zdobyła dwa pozostałe tytuły, o które regularnie rywalizowała ze swoimi sąsiadami: Urugwajski Puchar Honorowy i Puchar Newtona.
@Sysia11
@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Bernard777
@Adran360
13
Pożegnalny występ wybitnej legendy FC Barcelony:
5 lipca 1927 r. FC Barcelona rozegrała towarzyski mecz z kombinowaną drużyną Espanyolu. To był ostatni mecz legendarnego Paulino Alcantary w barwach Dumy Katalonii. Spotkanie zakończyło się zwycięstwem ,,Espanyolu” 2:1 a honorowe trafienie dla Blaugrany zaliczył znakomity napastnik Josep Sastre.
Transferowe niewypały:
5 lipca 2010 r. Dmytro Czyhryński został sprzedany do Szachtara Donieck. Ukraiński środkowy obrońca był niespodziewanym transferowym niewypałem Pepa Guardioli pod koniec okna transferowego w 2009 r., krótko po meczu Superpucharu Europy z Szachtarem, w którym występował właśnie Czyhryński. Młody, mało znany zawodnik kosztował aż 25 milionów euro i zarówno prasa, jak i kibice dziwili się decyzji szkoleniowca, który miał nalegać na ten zakup. Ukrainiec rozegrał jednak tylko 14 spotkań przez cały sezon i pomimo nacisków Guardioli, Sandro Rosell zdecydował się przystać na propozycję odkupienia Czyhryńskiego przez Szachtar za 15 mln. aby wartość zawodnika nie spadła jeszcze bardziej. Co ciekawe po powrocie do Doniecka, Dmytro nie wywalczył sobie miejsca w pierwszym składzie. No cóż, jak widać nasz ,,Pepito” jak każdy z nas ma prawo się najzwyczajniej w świecie pomylić…
@Adran360
@AssisMoreira
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_
9
Artyści kontra wyrobnicy:
4 lipca 2004 r. reprezentacja Grecji sensacyjnie zdobyła mistrzostwo Europy pokonując w finale na Estadio da Luz Portugalie 1:0. Oba zespoły spotkały się już na tym turnieju, tyle że w fazie grupowej. Wówczas lepsi byli piłkarze Hellady, zwyciężając 2:1. Finał to już jednak najwyższy szczebel rozgrywek a finały się wygrywa, nie rozgrywa. W pierwszych minutach meczu inicjatywę przejeli Portugalczycy; strzały Paulety i Cristiano Ronaldo nie sprawiły jednak Nikopolidosowi większych trudności. Do wysiłku zmusił go dopiero Miguel ale i jego uderzenie zdołał sparować grecki golkiper. W rewanżu Charisteas usiłował postraszyć Ricardo ale strzał nie był na tyle niebezpieczny aby mógł poważnie zagrozić portugalskiej bramce. Po pierwszej połowie zatem 0:0. Piłkarze Scolariego w dalszym ciągu atakowali ale poza utrzymywaniem się przy piłce nie potrafili zdyskontować wypracowanej przewagi. Grecy zwarli szyki obronne, ograniczając swoja aktywność w grze jedynie do kontrataków. Po jednej z takich akcji uzyskali rzut rożny. Do narożnika boiska udał się Basinas; chwile potem dośrodkował w pole karne, Charisteas uprzedził Carvalho oraz Andrade i głową wpakował piłke do siatki. To był decydujący cios, który oszołomił gospodarzy. Po tym golu Portugalczycy nie zdołali się już otrząsnąć a tylko cudem uniknęli kolejnej bramki. Szanse na odrobienie strat mieli jeszcze Figo i Ronaldo ale nie potrafili ich wykorzystać. W 85 minucie meczu na boisko wtargnął kibic z szalikiem FC Barcelony i rzucił nim w grającego na co dzień w Realu Madryt Luisa Figo. Pięć minut później było już po meczu. Triumfujący Grecy rzucili na kolana upokorzonych Portugalczyków. Puchar Delaunaya pierwszy raz w historii powędrował pod Akropol.
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_
8
@FCBparasiempre
4 lipa 1926 r. w Buenos Aires urodził się Alfredo Di Stefano, ofensywny pomocnik/napastnik, zdobywca Copa America-1947 ; 8-krotny Mistrz Hiszpanii(Real Madryt)-1954, 1955, 1957, 1958, 1961, 1962, 1963, 1964 ; 5-krotny Zdobywca Pucharu Europy(Real Madryt)-1956,1957,1958,1959,60 ; 3-krotny Mistrz Kolumbii(Millonarios FC) – 1941, 1951, 1952 ; Zdobywca Pucharu Króla(Real Madryt)-1962 ; Zdobywca Pucharu Interkontynentalnego(Real Madryt- 1960 ; 2-krotny Mistrz Argentyny(River Plate) – 1945, 1947 ; 2-krotny zdobywca Złotej Piłki ,,France Football’’– 1957, 1959 ; Hiszpański Piłkarz Roku - 1957, 1959, 1960, 1964 ; 2-krotny Król Strzelców Pucharu Europy - 1958, 1962 ; 5-krotny Król Strzelców ligi hiszpańskiej(Real Madryt) - 1954, 1956, 1957, 1958, 1959 ; Król strzelców Ligi Argentyńskiej – 1947; 2-krotny król strzelców Ligi Kolumbijskiej – 1951, 1952. Zdobywca 23 goli w 31 meczach dla reprezentacji Hiszpanii. Zdobywca 6 goli w 6 meczach(!) dla reprezentacji Argentyny. Ogółem zdobywca 555 goli w 697 oficjalnych meczach. Alfredo Di Stefano to jeden z najlepszych piłkarzy wszechczasów, słynący z wszechstronności, inteligencji na boisku i skuteczności. Był głównym liderem słynnego madryckiego składu, który w latach 50-tych i 60-tych zdominował hiszpańską i europejską piłkę. Jest jednym z najwybitniejszych piłkarzy Realu Madryt i całej hiszpańskiej ligi, a grało ich tam nie mało. Przez dziesięciolecia był najskuteczniejszym napastnikiem Realu, oraz jednym z najskuteczniejszy piłkarzy Primera Division w całej jej historii. Alfredo Di Stefano przyszedł na świat w rodzinie włoskich emigrantów w Barraca, jednym z dyskryktów Bueno Aires. Pierwszym klubem Di Stefano był słynny River Plate, w którym zaczął grywać w wieku 17 lat. Już dwa lata później świętował swój pierwszy triumf z zespołem w lidzie argentyńskiej. W 1947 roku po raz drugi zdobył mistrzostwo, zostając także królem strzelców. W między czasie miał przygodę z Club Atletico Huracan, do którego na krótko został wypożyczony w 1946 r. Strajk argentyńskiej ligi, sprawił, że Alfredo Di Stefano przeniósł się do Kolumbii, grając w tamtejszym Millonarios w latach 1949-1953. Z klubem tym zdobył trzykrotnie mistrzostwo Kolumbii zostając także dwukrotnym królem strzelców. Było jasne, że Di Stefano ma niezwykłe umiejętności snajperskie, oraz charakter przywódcy na boisku. Był piłkarzem myślącym, często zmieniał pozycję co utrudniało pilnowanie go przez obrońców przeciwnej drużyny. To wszystko sprawiło, że o Argentyńczyka zaczęły dobijać się dwa hiszpańskie kluby; Real Madryt i FC Barcelona. Po wielu perturbacjach Di Stefano w końcu trafił na Santiago Bernabeu, mimo, że miał już nawet podpisaną umowę z Barceloną. W owym czasie Związek Hiszpański zakazał występów piłkarzy zagranicznych w lidze, jednak nawał krytyki sprawił, że decyzja szybko została odwołana i Alfred Di Stefano mógł grać w Realu Madryt. Wraz z przyjściem di Stefano zaczęła się złota era Realu Madryt, zdecydowanie okres największej dominacji jednego klubu na świecie. Di Stefano był filarem drużyny, wokół którego powstała drużyna, która zapoczątkowała wielka potęgę Realu Madryt. Przed przyjściem „Saeata rubia”(„blond strzała”) klub z Madrytu miał na koncie tylko dwa trumfy w lidze, ale z pomocą Di Stefano szybko to się zmieniło. Już w pierwszym swoim sezonie zdobywając koroną króla strzelców(27 goli), wraz z kolegami zdobył także mistrzostwo. Drugi sezon był równie udany, Di Stefano drugi raz z rzędu został mistrzem Primera Division.W kolejnym sezonie Real Madryt w lidze musiał uznać wyższość Athletic Bilbao i FC Barcelony, mimo, że Argentyńczyk strzelił 24 goli i ponownie został królem strzelców. Ale niepowodzenie w lidze Real odbił w rozgrywkach o Puchar Europy, które w sezonie 1955/56 ruszyły po raz pierwszy. W finale „Królewscy” pokonali Stade Reims 4:3, a jedną z bramek zdobył Alfredo Di Stefona. W 1956 roku Di Stefano przyjął obywatelstwo Hiszpanii, tegoż roku do Realu przyszedł inny wybitny piłkarz – Raymond Kopaszewski(polskiego pochodzenia), i wraz z Di Stefano siał postrach na boiskach krajowych i europejskich. Real Madryt ponownie na dwa lata odzyskał prym w lidzie hiszpańskiej, co łącząc ze zdobywaniem kolejnych Pucharów Europy wcale nie było takie łatwe. Ale jak przyznawali piłkarze klubów całej europy, Real wówczas był klasą sam dla siebie, a sam Alfredo Di Stefano poziomem gry przewyższał innych piłkarzy co najmniej o klasę. W finałach tych rozgrywek Di Stefano odgrywał niemal zawsze pierwsze skrzypce. W 1957 Real spotkał się z Fiorentiną, pokonując ją 2:0, jedną z bramek strzelił D Stefano. Zdobył również 7 goli w całych rozgrywkach. W finale w 1958 roku klub z Madrytu pokonał 3:2 AC Milan, i Argentyńczyk z hiszpańskim paszportem ponownie wpisał się na listę strzelców. Z liczbą 10 goli został także najskuteczniejszym piłkarzem tych rozgrywek. W sezonie 1958/59 w Primera Division Real był drugi tuż za Barceloną, i po raz 4 z rzędy zdobył Puchar Europy, w czym pomógł Di Stefano i Kopaszewskiemu kolejny wybitny piłkarz – Ferenc Puskas. To była drużyna prawdziwych „Galaktycznych”, w składzie podajże trzech z pięciu najlepszych piłkarzy świata lat 50-tych, którzy potrafili grać niezwykle drużynowo i pomysłowo.
Sam Di Stefano szybko stał się najskuteczniejszym piłkarzem Europejskich Pucharów w których zawsze imponował skutecznością. W każdym z pięciu finałów Pucharu Europy, Di Stefano strzelał gole. W ostatnim wygranym finale w 1960 r. z Eintrachtem Frankfurt(7:3) zaliczył hattricka, a wraz z Puskasem zdobył łącznie 20 goli! Z dorobkiem 49 goli w Pucharze Europy na dziesięciolecia stał się rekordzistą pod tym względem(rekord został pobity dopiero w 2005 r.).Z kolei Pichichi Trophy(trofeum dla króla strzelców) zdobył jeszcze w roku 1957(31), 1958(19) i 1959(23). W 1960 r. Di Stefano z zespołem zdobył kolejne nowopowstałe trofeum w postaci Pucharu Interkontynentalnego, pokonując urugwajski klub Penarol Montevideo.Passa w elitarnych europejskich rozgrywkach została przerwana w sezonie 1960/1961, gdzie na drodze Realu Madryt stanęła FC Barcelona. Mimo odpadnięcia w Pucharze Europy, Real przerzucił swoją passę zwycięstw na ligę, w której w kolejnych latach triumfował w składzie z Alfredo di Stefano pięć razy z rzędu. Mimo, że w 1962 i 1964 Los Blancos dochodzili do finałów Pucharu Europy, to jednak nie udało się go zdobyć ponownie. Sam Alfredo Di Steafano po roku 1960, nie prezentował się już tak wspaniale jak wcześniej, prym w ataku przejął Ferenc Puskas, jednak nadal to on był przywódcą drużyny, a z jego zdaniem liczył się nawet trener.Gdy w 1964 roku Alfredo Di Stefano odchodził z Realu był już legendą i najwybitniejszym piłkarzem klubu, z dorobkiem 246 goli w 302 meczach najskuteczniejszym napastnikiem w historii aż do XXI wieku, kiedy rekord ten pobił Raul Gonzales. Karierę piłkarską kończył w Barcelonie, ale nie w klubie znienawidzonym przez Madryckich kibiców, a w Espanyolu. Grał tam przez dwa sezony i mimo blisko 40 lat radził sobie całkiem dobrze, w 77 występach zanotował 41 bramek. W 1947 roku Alfredo di Stefano został po raz pierwszy powołany do reprezentacji Argentyny. Paradoksem jest, że tak wybitny piłkarz ani razu nie uczestniczył w Mundialu. Grając dla Argentyny nie wystąpił na MŚ w 1950 roku, gdyż ta odmówiła udziału w imprezie. Z kolei w 1954 roku Argentyna nie zakwalifikowała się do mistrzostw, a sam di Stefano wystąpił kilka razy w reprezentacji Kolumbii, co jednak nie zostały uznane oficjalne. Dla barw Argentyny strzelił 6 goli w 6 meczach. Alfredo przyjął obywatelstwo Hiszpańskie w 1956 r. i mógł grać w reprezentacji Hiszpanii. Jednak nie zdołał się zakwalifikować na MŚ w 1962 r. Ta sztuka udała się 4 lata później, ale pech chciał, że przed finałami mistrzostw świata Di Stefano doznał kontuzji, która go wyeliminowała z imprezy. Mimo, że Alfredo Di Stefano przez większość swojej kariery występował w barwach Hiszpanii, to wielu wiąże jego osobę z Argentyną, co przypomina słynne zdjęcie Di Stefano w trykocie Argentyny, na którym może jeszcze pochwalić się blond czuprynką. Plasuje się na czwartym miejscu wśród strzelców Primera Division(227 goli), i na drugim wśród zawodników Realu Madryt( z dorobkiem 216 bramek), wyprzedził go dopiero Raul Gonzales w 2009 roku. W 2003 roku przez Federację Hiszpańską został wybrany „Złotym piłkarzem”, jako najwybitniejszy gracz hiszpański ostatnich 50 lat. Sam Pele nazwał go najbardziej kompletnym piłkarzem wszechczasów. W głosowaniu France Football na najwybitniejszego piłkarza w historii, Di Stefano uplasował się na czwartej pozycji, za Pele, Maradoną i Johanem Cruyffem. W 2000 roku został mianowany jako Honorowy Prezydent Realu Madryt. Od 2008 roku dziennik „Marca”, wręcza nagrodę imienia Alfredo Di Stefano, dla najlepszego piłkarza ligi hiszpańskiej. W 2006 roku otwarto stadion imienia Alfreda Di Stefano, gdzie zwykle grają i trenują rezerwy Realu Madryt. Po zakończeniu kariery rozpoczął swoją przygodę z trenerką. Trenował osiem klubów z niezłym skutkiem w tym River Plate i Boca Juniors , z którymi wywalczył Mistrzostwo Argentyny. Trenował także ukochany Real Madryt zdobywając Super Puchar Hiszpanii w 1990 r. Największe jednak osiągnięcia zdobył z Walencją, kiedy to w 1971 roku wywalczył mistrzostwo Hiszpanii, a za drugim podejściem w 1980 r. zdobył z tym klubem Puchar Zdobywców Pucharu.
7
Wybitne legendy futbolu:
@Sysia11
@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Bernard777
@Adran360
10
Upragniony remis dający awans do półfinału:
4 lipca 1982 r. Polska zremisowała bezbramkowo z ZSRR w drugiej fazie(grupowej) mundialu España 1982. Cała Polska zasiada przed telewizorami. Gdy kibice martwią się o wyniki kolejnych spotkań, pracownikom Telewizji Polskiej sen z powiek spędza to, co może pojawić się na ekranie. W wielu miejscach na całym świecie pojawiają się transparenty "Solidarności". "Nad studiem warszawskim można było panować. Problem był natomiast z żywym przekazem z Hiszpanii" – wspominał Grzegorz Świątkiewicz z Redakcji Sportowej Telewizji Polskiej. Apogeum emocji nastąpiło przed meczem Polska – ZSRR. Na mecz odbywający się 4 lipca 1982 roku na Camp Nou w Barcelonie Biuro Koordynacyjne Solidarności za Granicą przygotowało dwa transparenty o wymiarach 15 metrów długości na trzy metry szerokości. Polski realizator dwoił się i troił, żeby ominąć te obrazy, co i raz robił przebitki z innych meczów, ale nie dało się nie pokazać polskich symboli. Na trybunach znajdowało się także ponad pięć tysięcy małych flag z napisem "Solidarność". "Dziesięć minut po rozpoczęciu drugiej połowy zjawił się kapitan z Guardii Civil z żądaniem usunięcia transparentu. Podniosłem ręce i krzyknąłem: Katalończycy, pomóżcie! Nagle 80 tys. ludzi zaczęło skandować: Solidaritat! Polonia!" – wspominał z rozrzewnieniem Pascal Rossi-Grzeskowiak, współpracownik "Solidarności" we Francji. Mecz, ku ogromnej radości zawodników, trenera i kibiców zakończył się "zwycięskim remisem", gdyż pozwolił reprezentacji Polski awansować do półfinału MŚ. Włodzimierz Smolarek pobił światowy rekord w czasie trzymania piłki przy narożnej chorągiewce, Zbigniew Boniek wystąpił w telewizji w zdobycznej koszulce przeciwnika a następnego dnia w zachodniej prasie ukazało się zdjęcie reprezentacji ZSRR na tle transparentu z napisem "Polska-Rosja 0:0, Solidarność-ZSRR 1:0".
@Adran360
@Bernard777
@FcPortoFan1999
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_
1
@Bernard777 Dzięki śliczne i wzajemnie :)
13
Finał, który pod każdym względem wstrząsnął światem:
4 lipca 1954 r. w finale V Mistrzostw Świata(nazywanym również „Cudem w Bernie”) RFN pokonała Węgry 3:2(2:2). Oficjalnie ten mecz jest postrzegany jako jedna z największych sensacji mundiali. Jednak nie dla mnie! Bowiem ja postrzegam to wydarzenie jako największy przekręt finałów mistrzostw świata! Ówczesna ,,Złota węgierska jedenastka” gromiła wszystkich po kolei aż miło, nawet RFN w tych samych mistrzostwach w fazie grupowej w stosunku 8:3! Cóż więc takiego się stało? Przede wszystkim w tym wysoko wygranym przez Węgrów meczu grupowym Ferenc Puskas został brutalnie sfaulowany przez Liebricha. Było wówczas wiele głosów, że Niemiec zrobił to z premedytacją, by pozbawić Węgrów najlepszego zawodnika. W efekcie Puskas powrócił do składu dopiero w meczu finałowym, lecz z niezaleczoną kontuzją. Jednak w 87 minucie Puskas strzela gola wyrównującego i….. sędzia główny odgwizduje spalonego, którego zasygnalizował sędzia liniowy. Czy rzeczywiście był spalony? Teraz tego już się raczej nie udowodni. Jednak wielu naocznych świadków na stadionie twierdziło że liniowy ewidentnie się pomylił. Obrońca reprezentacji węgierskiej Jeno Buzansky tak oto wspomina: ,, Wyrównujący gol Puskasa na 3:3 został zdobyty prawidłowo. Mówi się że kamery telewizyjne nie rozstrzygnęły czy sędzia podjął słuszną decyzje ale my wiemy że w Niemczech jest taki film, nakręcony amatorską kamerą, który rozstrzyga wątpliwości na naszą korzyść. Nikt go jednak nie chce upowszechnić. Gdyby mecz zakończył się remisem, trzeba by go było powtórzyć dwa dni później. Wówczas inaczej byśmy do niego podeszli i na pewno nie dalibyśmy Niemcom szans ale wyraźnie świat nie chciał dopuścić do tego aby mistrzem świata została reprezentacja z Europy Wschodniej. Angielski sędzia Ling prowadził na tych mistrzostwach tylko dwa mecze. Akurat nasze z Niemcami. Nikt mi nie powie że to przypadek”. Co więcej, Niemiec Adolf(Adi) Dassler wymyślił na ten mecz wkręcane kołki. 4 lipca 1954 roku boisko w Bernie było grząskie i podmokłe od deszczu. Nowinka technologiczna, czyli wymienne kołki, okazała się super-bronią Niemców. Dzięki lepszym butom, w przeciwieństwie do Węgrów, utrzymywali równowagę i czuli się pewnie. Dassler, twórca Adidasa, siedział podczas finału na ławce Niemiec, w przerwie czyścił piłkarzom buty z błota i wstawiał dłuższe kołki. Oczywiście FIFA nie miała bladego pojęcia o czymś takim. Mało tego! Jest niemal pewne że Niemcy przed meczem szprycowali się dopingiem, po czym ośmiu z nich chorowało na żółtaczkę. Z kolei historyk sportu Erik Eggers wraz z zespołem zajmował się badaniem tego przypadku na Uniwersytecie Humboldtów w Berlinie. Orzekł on, iż istnieje „kilka mocnych przesłanek, które wskazują na wstrzykiwanie niektórym niemieckim piłkarzom Pervitinu, a nie witaminy C jak wcześniej twierdzono”. Pervitin był opartym na metamfetaminie stymulantem używanym wśród żołnierzy podczas II wojny światowej. Badania przeprowadzone przez Uniwersytet w Lipsku, które zostały później określone jako „Doping w Niemczech”, były finansowane przez Niemiecki Komitet Olimpijski. W taki oto podstępny sposób szwabskie cwaniaczki bezczelnie pozbawiły zasłużonego złotego medalu cudownej ,,Złotej jedenastki” Węgier.
@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360
1
@Bernard777 Wiesz co, bardzo dobrze że to zauważyłeś ale nie mam bladego pojęcia czy chodzi o 11-tke w historii Euro włącznie z turniejem 2000? Niewykluczone że zaistniał błąd w artykule co do tej jedenastki. Przykro mi ale nie odpowiem ci na to pytanie. Artykuł skopiowałem ze strony retrofutbol.pl
11
O tym się wspomina, o tym się pisze:
4 lipca 1971 r. FC Barcelona wygrała swój ostatni Puchar Hiszpanii pod egidą Copa del Generalisimo. Pod tą nazwą funkcjonował krajowy puchar w latach 1939-75, na cześć generała Franco. W tamtych czasach zakazane było używanie katalońskich nazw własnych, stąd drużyna Blaugrany nazywała się ,,Club de Futbol Barcelona” i dopiero rok przed śmiercią dyktatora w 1975 r. wróciła do nazwy FC Barcelona. Finał z Valencią CF rozgrywany na Santiago Bernabeu miał bardzo dramatyczny przebieg. Barça po 50 minutach przegrywała 0:2, lecz gole Fuste oraz Zabalzy doprowadziły do dogrywki. Pedro Zabalza wyprowadził Blaugrane na prowadzenie w 99 minucie, jednak dwie minuty później wyrównał Oscar Valdez. W 112 minucie zwycięskiego gola zdobył środkowy napastnik Barçy Ramon Alfonseda.
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_
11
@FCBparasiempre
,,Rensenbrink… tegen de paal. Rensenbrink tegen de paal”– te słowa wykrzyczane 25 czerwca 1978 roku przez legendarnego komentatora Theo Reitsme zna każdy holenderski kibic piłkarski. Sekundy wcześniej, Rob Rensenbrink, po podaniu Ruuda Krola, trafił piłką w słupek. Była to 90. minuta meczu finałowego mistrzostw świata, w którym Argentyna remisowała z Holandią 1:1. Do zdobycia tytułu zabrakło Oranje kilkunastu centymetrów. „Ciągle uważam, że to nie była dobra sytuacja strzelecka. Tylko trąciłem stopą piłkę i trafiłem w słupek. Nie mogłem nic więcej zrobić”. Holenderski lewoskrzydłowy był jednym z najlepszych piłkarzy świata swoich czasów, ale niestety został zapamiętany głównie z tej akcji. Jak sam mówił w wywiadzie z 2017 roku. „Słupek. Zawsze ten słupek. Zostanie to ze mną aż do śmierci”. Pieter Robert Rensenbrink był prawdziwym amsterdamczykiem. Urodził się w dzielnicy Jordaan 3 lipca 1947 roku, trzy miesiące po Johanie Cruijffie. Jego rodzina mieszkała w dzielnicy Amsterdam West przy ulicy Van Bossestraat. Karierę piłkarza rozpoczynał w dzielnicowym klubie ZSGO (w wyniku fuzji z WMS obecnie istnieje pod nazwą ZSGOWMS). W wieku 11 lat przeprowadził się wraz z rodzicami do Oostzaan. Jego ojciec pracował w stoczni NDSM w Noord Amsterdam i zaproponowano mu dom w Oostzaan. Młody Robert niechętnie się tam przeprowadził, i jak wiele dzieci w jego wieku bardzo tęsknił za swoimi przyjaciółmi. Z tego powodu regularnie jeździł rowerem do West Amsterdam, aby grać z nimi w piłkę na ulicy. Jednak postanowił zmienić klub, i przeniósł się z ZSGO do OSV w Oostzaan. W wieku piętnastu lat zadebiutował w pierwszej drużynie OSV w meczu decydującym o utrzymaniu w drugiej lidze i strzelił zwycięskiego gola. „W drodze powrotnej widziałem z autobusu, że kibice napisali na murze nabrzeża – Rob uratował OSV – co sprawiło, że byłem wtedy bardzo dumny. Mimo to nadal byłem bardzo nieśmiały i nawet nie odważyłem się wziąć prysznicu w szatni po tym meczu” – wspominał na obchodach 100-lecia OSV. Po kilku sezonach na młodego Rensenbrinka strzelającego wiele bramek w drugiej lidze zwrócił uwagę DWS, zawodowy klub z Amsterdamu. Mogłoby się wydawać, że logicznym krokiem byłoby przejście do Ajaksu, który też był zainteresowany nastolatkiem z OSV. Jednak w Ajaksie mieli już znakomitego lewoskrzydłowego Pieta Keizera i pewnie dlatego wynagrodzenie, jakie zaoferowali pracującemu wtedy jako pomocnik stolarza Rensenbrinkowi, było śmiesznie niskie. „Co więcej, Ajax nie był wtedy jeszcze tak dobrym klubem.” – mówił po latach Rensenbrink. W związku z tym osiemnastoletni Rob został pozyskany przez DWS za równowartość 3 tysięcy euro. DWS, który rok wcześniej został mistrzem kraju, był pierwszym holenderskim klubem z pełnoetatowymi profesjonalistami. „Otrzymywałem wtedy około 14 000 guldenów rocznie z dodatkami. Mój ojciec zarabiał w tym czasie 7 000 guldenów. To było całkiem przyzwoite, jak na młodego 18-letniego chłopca”– tak wspomina Rob. Młody lewoskrzydłowy zadebiutował w barwach DWS w październiku 1965 roku, podczas wygranej 2:0 z Feyenoordem na Stadionie Olimpijskim. Szybko okazało się, że mało kto będzie umiał powstrzymać Rensenbrinka. Już w swoim trzecim występie zdobył zwycięskiego gola w wygranym przez DWS 1:0 meczu ligowym. Jednak dopiero w trzecim sezonie regularnie trafiał do bramki. Rensenbrink strzelił wtedy dziesięć goli i dzięki temu został po raz pierwszy powołany przez trenera reprezentacji Georga Kesslera do drużyny narodowej. W DWS grał m.in. z innym reprezentantem Oranje Rinusem Israëlem, który w 1966 przeniósł się do Feyenoordu. „Rinus przeszedł z DWS do Feyenoordu. Po kilku latach zapukali i do moich drzwi. Pomyślałem, że fajnie byłoby grać na De Kuip, gdzie wcześniej wybił się wspaniały Coen Moulijn. DWS zażądał za mnie 450 000 guldenów (równowartość około 200 tys. euro), i Feyenoord stwierdził, że to za dużo. Club Brugge jednak zgodził się na taką kwotę. Później podpisałem siedmioletnią umowę z Anderlechtem, i żałuję tego. Real Madryt i Inter Mediolan były mną zainteresowane. Rozmawiałem z Włochami w Rotterdamie razem z Faasem Wilkesem. Anderlecht nie chciał jednak nawet rozmawiać o transferze” – tak opisywał swoją historię transferową Rensenbrink.
To było bardzo dziwne, ponieważ kiedy Rob Rensenbrink przybył do Club Brugge w 1969 roku, miał na koncie 6 meczów w reprezentacji, i mimo że jako lewoskrzydłowy rywalizował z takimi legendami holenderskiej piłki jak Piet Keizer i Coen Moulijn, był całkowicie nieznany na arenie międzynarodowej. Belgijscy kibice go nie znali, ale Club Brugge miał wiele kontaktów, które ówczesny dyrektor sportowy Joseph Hutsebaut zbudował w Holandii. W ten sposób udało im się pozyskać Rensenbrinka. Rob jednak nigdy nie dopasował się do Blauw-Zwart. Jako klasycznie wyszkolony skrzydłowy nie potrafił dostosować się do gry z legendą Brugii Raoulem Lambertem. Czasami zdarzały się momenty, gdy Rensenbrink pokazywał wielką klasę, ale równie często całkowicie znikał na boisku. Co więcej, Rensenbrink okazał się samotnikiem, który zdecydowanie nie pasował do rodzinnego ducha Club Brugge. Prawie nic nie mówił, choć Club specjalnie dla niego sprowadził równocześnie innego Holendra Henka Houwaarta, z którym Rob mieszkał przez pewien czas, a później grywał w ping-ponga w garażu. Jednak gra Rensenbrinka wzbudzała zachwyt, ponieważ najlepiej wypadał w najważniejszych meczach. Swoimi niepowtarzalnymi dryblingami, szybkością, elegancją i jak to pięknie pisano „aksamitną techniką” tak olśnił węgierskiego trenera Lajosa Barótiego, że ten nazwał go „Człowiekiem Wężem”. Stało się to wiosną 1970 roku, kiedy to Club Brugge mierzył się w drugiej rundzie Pucharu Miast Targowych z prowadzonym przez Barótiego Újpestem Dosza. Belgijski klub wygrał u siebie 5:2, a Rensenbrink zdobył w tym meczu hattricka. Przydomek het Slangenmens został z nim już do końca kariery. Legendarny Constant Vanden Stock był częścią zarządu Club Brugge pod koniec lat 60 XX wieku. Opuścił Club w 1971 roku, a następnie został prezesem RSC Anderlecht. Vanden Stock dobrze znał klasę Rensenbrinka i dlatego chciał sprowadzić holenderskiego dryblera do Brukseli. Rensenbrink podpisał umowę z Anderlechtem, który w zamian z Holendra przekazał do Brugii równowartość obecnych 150 tys. euro oraz dwóch piłkarzy Wilfrieda Puisa i Johnny’ego Velkeneersa. W Anderlechcie Rensenbrink po raz kolejny spotkał się z trenerem Kesslerem. W Anderlechcie Rensenbrink rozkwitł. Już w pierwszym sezonie zdobył z Fiołkami dublet, a rok później puchar. W połowie lat 70. Rensenbrink stał się nową gwiazdą zespołu. Jego dryblingi wprawiały publiczność w ekstazę, a przeciwników doprowadzały do łez. Niestety często bezradni rywale ratowali się brutalnymi faulami. Rob został królem strzelców w 1973 roku i tym samym powtórzył wyczyn swojego rodaka i serdecznego przyjaciela Jana Muldera. Jednak Rensenbrink spotykał się również z krytyką. Wielu uważało, że nie mobilizuje się na mecze ligowe z przeciętnymi zespołami, a tylko wtedy gdy gra przeciwko dobrym drużynom. On sam temu zaprzeczał, ale słynny trener Raymond Goethals ujął to najlepiej: „Na mecze galowe Robbie zawsze wkłada smoking”.
Fakt, że Rensenbrink dobrze wypadał głównie w najważniejszych meczach, nie przeszkadzał nikomu w klubie. W 1976 roku RSC Anderlecht zmierzył się w finale Pucharu Zdobywców Pucharów z West Hamem. Mecz był rozgrywany na stadionie Heysel w Brukseli, co z pewnością sprzyjało Fiołkom. West Ham prowadził w tym spotkaniu 1:0, ale Anderlecht odrobił straty z nawiązką, i m.in. po dwóch golach Rensenbrinka wygrał tę rywalizację 4:2. Kilka miesięcy później Holender ośmieszał w dwumeczu o Superpuchar UEFA znakomitego niemieckiego obrońcę Hansa-Georga Schwarzenbecka. Pierwszy mecz z Bayernem Monachium Fiołki przegrały 1:2, ale w rewanżu wygrały 4:1, po wspaniałym występie Holendra, w którym zdobył dwa gole. Za wspaniałą grę w 1976 Rensenbrink otrzymał nagrodę Złotego Buta dla najlepszego piłkarza w Belgii, a w plebiscycie na France Football był o krok od zdobycia Złotej Piłki, lepszy okazał się tylko słynny Franz Beckenbauer. Rok później Anderlecht dotarł do finału PZP po raz drugi z rzędu, ale tym razem przegrał 0:2 z niemieckim HSV. W kolejnym sezonie Anderlecht po raz trzeci z rzędu zameldował się w finale PZP i był to według wielu obserwatorów, jeden z najlepszych występów Slangenmensa w karierze. Rensenbrink zdobył dwa gole i jako kapitan wzniósł trofeum do góry po zwycięstwie 4:0 z Austrią Wiedeń. Zresztą sami popatrzcie. W grudniu 1978 Anderlecht zmierzył się z Liverpoolem w meczu o Superpuchar UEFA. Na Astrid Park Fiołki wygrały 3:1 (Rensenbrink strzelił trzeciego gola) i mimo porażki na Anfield 1:2 po raz drugi zdobyły to trofeum. Rensebrink ponownie został doceniony w Europie i zajął 3 miejsce(za Keeganem i Kranklem) w plebiscycie o Złotą Piłke France Football.
Rensenbrink był artystą, który grę opierał wyłącznie na swojej intuicji i nienawidził taktyk. Dopiero w ostatnim momencie decydował, co zamierza zrobić z piłką, i pozostawiał to inspiracji chwili. Swoimi dryblingami i balansem ciała terroryzował przeciwników i dlatego właśnie nazywano go wężem. Dodatkowo był również zamknięty w sobie jako ostryga, nawet w czasach największej chwały w Anderlechcie. W naturalny sposób wymusił przywództwo poprzez swoje osiągnięcia. Jednak nawet z Fiołkami nie potrafił zmobilizować się na każdy mecz. Zwykle był pełen zapału, ale czasem zdawał się kontemplować na uboczu. Wszystko zależało od jego chęci współpracy i zachęt, które otrzymywał. Mistrzem w wyciąganiu z Rensenbrinka tego co najlepsze był wspominany już wcześniej trener Raymond Goethals. Dał on swojej holenderskiej gwiazdce wolną rękę. Dzięki temu Rensenbrink mógł spokojnie opuszczać narady przedmeczowe. „Ta gadanina nie jest dla ciebie”- mówił belgijski trener. A taktyka Anderlechtu często była bardzo prosta: „Jak nie wiesz co zrobić z piłką, to oddaj ją Robbiemu”– to również słowa Goethalsa. Pomarańczowy rozdział w karierze Roba Rensenbrinka powinien być dużo większy. 46-krotny reprezentant zadebiutował – razem z innym legendarnym piłkarzem Oranje Willemem van Hanegemem – w meczu przeciwko Szkocji 30 maja 1968 r. Był częścią wyjątkowo utalentowanego pokolenia piłkarskiego, które na zawsze zagościło na kartach historii. Jednocześnie pozostało wrażenie, że powinien osiągnąć więcej. Z dwoma srebrnymi medalami MŚ w 1974 i 1978 r., oraz trzecim miejscem na ME w 1976, Rensenbrink należy do grona najbardziej utytułowanych holenderskich graczy. Jednak poprzez to, że najlepsze lata swojej kariery spędził na belgijskich boiskach, nie zyskał w Holandii uznania, na jakie zasługiwał. W 1980 roku Rensenbrink opuścił Astridpark i po 11 latach gry w Belgii 32-letni Holender wyjechał do Stanów Zjednoczonych. Przyjął lukratywną ofertę Portland Timbers, wtedy klubu z North American Soccer League. W tamtych czasach wielu piłkarzy przeniosło się do Stanów Zjednoczonych, by dorobić na koniec kariery. Tą drogą podążyli również inni gracze z Beneluksu jak: Johan Cruyff, Johan Neeskens, Juan Lozano, Wim Jansen, Lex Schoenmaker, Leo van Veen, Guus Hiddink czy Dick Advocaat. Trenerami w USA byli też Rinus Michels i Cor van der Hart. Jak większość europejskich graczy, Rensenbrink nie pozostał długo w Stanach Zjednoczonych. W 1981 roku wrócił do Europy. Skończył zawodową karierę w drugiej lidze francuskiej, grając w Toulouse FC, gdzie występował też jego dobry przyjaciel i były kolega z drużyny Gilbert Van Binst. Jednak z powodu poważnej kontuzji jego umowa z klubem francuskim została przedwcześnie rozwiązana. Następnie wrócił do Holandii i przez pewien czas grał w piłkę na poziomie amatorskim OSV, czyli w klubie, w którym rozpoczynał swoją karierę. Później przez chwilę był nawet trenerem. Kilka lat temu Rensenbrink poinformował opinię publiczną, że zdiagnozowano u niego PMA, czyli postępujący zanik mięśni. Przez kilka lat dzielnie walczył z chorobą, choć zdawał sobie sprawę, że jest ona nieuleczalna. Latem 2017 roku udzielił wywiadu w swoim ogrodzie: ,,Tak, wciąż żyję– mówił z uśmiechem. Pierwszy odszedł Moulijn, potem Keizer. Będę następny, prawda?”. Niestety piłkarz, który mógł zostać bohaterem Królestwa Niderlandów, dokładnie w sobotę 25 stycznia, zmarł. Pieter Robert Rensenbrink miał 72 lata.
W 2007 roku 10 wielkich belgijskich trenerów wybrało Roba Rensenbrinka na najlepszego obcokrajowca grającego kiedykolwiek na belgijskich boiskach. Kilka lat później identycznego wyboru dokonali kibice. Oba rankingi zorganizował prestiżowy belgijski magazyn Sport-Voetbalmagazine. Jan Mulder, były kolega z drużyny i przyjaciel Roba Rensenbrinka tak go wspomina: „To była przyjemność go oglądać. Był prawdziwym skrzydłowym, prawdziwym lewym skrzydłowym. Rob Rensenbrink był równie dobry jak Piet Keizer. Tylko Johan Cruijff był lepszy.” RSC Anderlecht w oficjalnym komunikacie wydanym po śmierci Roba, napisał tak: „Snake man” to najwspanialszy lewoskrzydłowy w historii RSCA i jeden z architektów pierwszych wielkich europejskich sukcesów naszego klubu. Jego niepowtarzalna technika, wdzięk i nos do bramek od lat fascynują fanów Sporting Anderlecht i wszystkich kibiców piłki nożnej na świecie. Jesteśmy bardzo dumni, że nosił nasze barwy przez dziewięć pięknych sezonów.”
Osiągnięcia klubowe:
Club Brugge KV
Puchar Belgii – 1969/70
RSC Anderlecht
Mistrzostwo Belgii (2x) – 1971/72, 1973/74
Puchar Belgii (4x) – 1971/72, 1972/73, 1974/75, 1975/76
Puchar Zdobywców Pucharów (2x) – 1975/76, 1977/78
Superpuchar Europy (2x) – 1976, 1978
Osiągnięcia Reprezentacyjne:
Mistrzostwa Świata – 2 miejsce (2x) – 1974, 1978
Mistrzostwa Europy – 3 miejsce – 1976
Osiągnięcia Indywidualne:
Złota Piłka – 2 miejsce (1976), 3 miejsce (1978)
Gouden Schoen (Złoty But) – 1976
Król strzelców ligi belgijskiej – 1972/73
Najlepszy strzelec w historii PZP – 25 goli
Najlepszy obcokrajowiec w historii ligi belgijskiej – 2007
Najlepszy piłkarz w historii RSC Anderlecht – 2020
Jedenastka Mistrzostw Świata – 1974, 1978
Jedenastka Mistrzostw Europy – 2000
Fifa 100
Strzelec gola nr 1000 w historii MŚ
12
Zapomniane legendy holenderskiego futbolu:
@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360
1
@FcPortoFan1999 No chyba tak!
2
Jak zwróciłem uwage Idze przy pierwszym serwisie, to w końcu porządnie pierdolneła! I tak trzymać!!!
1
@Bernard777 Tak! zgadza się się. Musieliśmy wygrać, gdyż te piepszone szwaby mieli lepszy bilans bramkowy niestety!
0
@misterio Gola?
1
Ja nie rozumiem dlaczego nasza kochana Igunia nie może po prostu porządnie pierdolnąć pierwszym serwisem, tak aby przeciwnik nie mógł normalnie odebrać i żeby skończyć punkt przy swoim serwisie? O co tu chodzi kuźwa chodzi?
1
@FcPortoFan1999 Niestety drugim przeciwnikiem w tym meczu było... boisko na wodzie...
12
Finał był blisko ale się nie udało:
3 lipca 1974 r. odbył się tzw. „Mecz na wodzie” na Waldstadion we Frankfurcie nad Menem gdzie Polska przegrała z gospodarzem Mistrzostw Świata RFN 0-1. Spotkanie rozegrano w trudnych warunkach pogodowych, przed meczem przeszła ulewa nad stadionem i w trakcie gry boisko było namoknięte. W 53. minucie meczu Jan Tomaszewski obronił rzut karny wykonywany przez Uli Hoeneßa lecz w niczym to nie pomogło. Jedynego gola strzelił Gerd Müller w 76 minucie.
@Adran360
@Bernard777
@FcPortoFan1999
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_
12
FC Barcelona triumfuje w „Copa Latina”:
Jak już wspominałem tydzień temu przy okazji półfinału, 3 lipca 1949 r. Blaugrana pokonała w finale Sporting Lizbona 2:1 na „Estadio Chamartin” i jako pierwsza w historii sięgneła po prestiżowy Puchar Łaciński(prekursor Pucharu Europy Mistrzów Klubowych). Gole dla Barçy zdobyli wówczas Josep Seguer(10 minuta) i Estanislao Basora(50 minuta) a honorowe trafienie dla Sportingu zaliczył Correira(28 minuta). Oto składy z tego epokowego finału:
FC Barcelona: Velasco, Calvet, Curta, Calo, Mariano Gonzalvo, Josep Gonzalvo, Basora, Seguer, Canal, Cesar Rodriguez, Navarro
Sporting Lisboa: Azevedo, Octavio, Vazquez, Juvenal, Canario, Verisimo, Correira, Vasques, Peyroteo, Travassos, Albano
@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360
13
Cules pamiętają!
Ku pamięci wybitnych legend Dumy Katalonii:
3 lipca 1927 r. rozegrano drugi mecz w hołdzie dla genialnego Paulino Alcantary. Rywalem była reprezentacja Hiszpanii, która pokonała Blaugrane 2:1. Przed pierwszym gwizdkiem lokalny dziennikarz i pilot Josep Canudas zrzucił piłke na boisko ze swojego samolotu. W czasie wojny domowej Paulino Alcantara wstąpił do organizacji ,,Czarne strzały”, wysłanej przez Mussoliniego na pomoc generałowi Franco. Paulino nie walczył na froncie, lecz pracował w szpitalu jako lekarz. Po wojnie zajmował się urologią aż do swojej śmierci w 1964 r. W 2007 r. FIFA wybrała Filipińczyka najlepszym piłkarzem azjatyckim w historii.
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_
10
@FCBparasiempre
Roberto Firmino, Alissona, Williana czy Edersona kojarzą wszyscy fani Premier League. Każdy z tych graczy stanowi dużą wartość dodaną dla swojego zespołu i zapisuje piękne karty historii pod tytułem „Brazylijczycy w lidze angielskiej”. Ale mówiąc o piłkarzach z Kraju Kawy na Wyspach, warto przypomnieć człowieka, który przetarł brazylijskie szlaki w Anglii. Tym kimś był Mirandinha. Chaval to nieduże miasto położone w północno-wschodniej Brazylii, w delcie trzech rzek: Parnaiby, Timonhy i Ubatuby. To tu, w 1959 r., gdy kraj z mozołem budował swoją nową stolicę Brasilię, urodził się Francisco Ernandi Lima da Silva, który potem zyskał sławę jako Mirandinha. Jego dzieciństwo nie było łatwe. Był jednym z ośmiorga dzieci, a jego ojciec zarabiał na utrzymanie rodziny przy pozyskiwaniu soli z wody morskiej. Francisco musiał więc od najmłodszych lat pracować, by wspomóc domowy budżet. Było naprawdę ciężko. Tata kupował ryby na plaży, a potem próbował je sprzedać. Dzieci też musiały pomagać. Sprzedawałem różne przedmioty na skrzyżowaniach, limonki, winogrona. Czyściłem szyby samochodowe – wspominał swoje dzieciństwo, które spędził w Fortalezie, największym mieście stanu Ceará. Francisco jak wiele biednych brazylijskich dzieci potrafił wyczyniać z piłką cuda. Ale talent i umiejętności to nie wszystko. By móc żyć z gry w futbol, potrzeba jeszcze wiele szczęścia. Zanim jednak los się do niego uśmiechnął, kilka razy musiał przełknąć gorycz porażki. Jak choćby wtedy, gdy wyrzucono go Ceary SC i Fortalezy EC, dwóch największych klubów piłkarskich w Fortalezie. W Cearze prezentowałem się bardzo dobrze, strzeliłem sporo bramek, ale przez to, że byłem biednym, skromnym chłopcem straciłem miejsce. Preferowano osoby z prywatnych szkół. Zostałem odesłany i wylądowałem w Fortalezie EC – wspominał zawodnik. Pierwsza przygoda z „Tricolor” (jeden z przydomków Fortalezy EC) również zakończyła się ogromnym rozczarowaniem. Prawie się poddałem. W jednym z meczów grałem dla Fortalezy ze złamaną ręką. Wygraliśmy 12:1, a ja strzeliłem 7 goli! Kiedy zdjęto mi gips i chciałem wrócić do gry, odesłali mnie – powiedział Mirandinha. Szansę dało mu dopiero Ferroviário, będące numerem trzy w mieście. „Pracowałem jako pomocnik stolarza. Lakierowałem meble. Wtedy pojawiła się w mojej głowie myśl, żeby spróbować swoich sił w Ferroviário. Pojechałem do klubu, wziąłem udział w treningu i przyjęli mnie”. Już na pierwszym treningu w Ferroviário Francisco otrzymał przydomek Mirandinha. „Dryblowałem między zawodnikami. W pewnym momencie oddałem strzał, który trafił do siatki. Piłka prawie eksplodowała. Mój trener krzyknął: „Mirandinha, tak jak Mirandinha”. Był wówczas słynnym brazylijskim graczem. Stałem się Mirandinhą Drugim – opowiadał w rozmowie z „ChronicleLive” wychowanek Ferroviario. W ten sposób uzyskał taki sam przydomek, jaki nosił Sebastião Miranda da Silva Filho, gwiazdor Corinthians i São Paulo FC, członek reprezentacji Brazylii, która na Mistrzostwach Świata w 1974 r. zajęła czwarte miejsce. Występami w młodzieżowej drużyny Ferroviario Mirandinha zapracował na status lokalnej gwiazdy futbolu. Ale jak mogło być inaczej, skoro potrafił strzelić trzy bramki w derbowym meczu przeciwko rówieśnikom z Ceary?
Dorosłego futbolu Mirandinha zasmakował daleko od rodzinnych stron. W 1978 r. trafił do Ponte Prety, klubu z miasta Campinas, położonego 3000 kilometrów na południe od Fortalezy. „Drużyna Ponte Preta przyjechała do Fortalezy, by zagrać z Cearą na Castelão (największy stadion w Fortalezie – przyp. aut.). Otrzymałem zaproszenie na spotkania z działaczami klubu. Tego samego dnia postanowili zabrać mnie do siebie. Cała sprawa została załatwiona w ciągu kilku godzin. Dali mi 500 reali, kazali iść do domu, spakować torbę i rano stawić się na lotnisku. Rodzice nie mogli w to uwierzyć. Nigdy nie wracałem do domu później niż po północy. A tego dnia przyjechałem o drugiej w nocy. Powiedziałem, że wyjeżdżam do Campinas”– mówił w wywiadzie dla Vermelho. W barwach pierwszej drużyny Ponte Prety zadebiutował 25 maja 1978 r. Tego dnia przeciwnikiem ekipy z Estadio Moises Lucarelli była reprezentacja Tunezji, która w Brazylii przygotowywała się do zbliżających się mistrzostw świata w Argentynie. Na początku drugiej połowy Mirandinha strzelił jedyną bramkę w tym spotkaniu. Mirandinha opuścił Campinas w 1979 r., przenosząc się do Palmeiras. Ale nie do jednego z najsłynniejszych brazylijskich klubów, lecz do prowincjonalnego Palmeiras z miasta São João da Boa Vista. Wydatnie pomógł tej ekipie sięgnąć po mistrzostwo stanu São Paulo na trzecim poziomie rozgrywkowym i awansować o szczebel wyżej. Na III i II poziomie rozgrywek stanowych prezentował się na tyle dobrze, że zwrócił na siebie uwagę szefów pierwszoligowego Botafogo. W barwach Estrela Solitária (Samotnej Gwiazdy) zadebiutował wreszcie w brazylijskiej ekstraklasie. Stało się to 18 stycznia 1981 r. przeciwko Desportivie Capixaba. W Botafogo Mirandinha spędził dwa lata. Przez kolejne dwa sezony reprezentował barwy Náutico. Potem trafił do Portuguesy, skąd na krótko wypożyczano go do Santosu i Cruzeiro. Przełomowy dla wychowanka Ferroviario okazał się dopiero 1986 r. i transfer do Palmeiras. Tego właściwego Palmeiras z miasta São Paulo. W ekipie z Estádio Palestra Itália (ówczesny stadion Palmeiras, zburzony 10 lat temu) spotkał kilku znakomitych zawodników, m.in. legendarnego bramkarza Emersona Leão, świetnego napastnika Édera, a nawet Japończyka Kazuyoshiego Miurę, który dziś w wieku 53 lat wciąż gra w piłkę na profesjonalnym poziomie. Gracze tak dużej firmy, jak Palmeiras zawsze są bacznie obserwowani przez selekcjonerów reprezentacji Kraju Kawy. W 1987 r. Mirandinha wpadł w oko prowadzącemu wówczas ekipę Canarinhos Carlosowi Alberto Silvie. Szkoleniowiec postanowił zabrać napastnika do Wielkiej Brytanii na turniej Rous Cup. Silva na turniej, w którym Brazylijczyków czekały pojedynki z Anglią i Szkocją, powołał wyłącznie piłkarzy występujących w rodzimej lidze. Obok Mirandinhi w samolocie do Europy znalazło się miejsce choćby dla Dungi, Romário, Raía czy Müllera, późniejszych mistrzów świata. „Rous Cup” otworzył mecz Anglików (w składzie m.in: Gary Lineker, Chris Waddle czy Peter Shilton) z Brazylią. W 35. minucie Synowie Albionu wyszli na prowadzenie dzięki bramce Linekera. Zgromadzeni na Wembley angielscy kibice szaleli z radości. Miny zrzedły im jednak bardzo szybko – kilkadziesiąt sekund później było już 1:1. Peter Shilton nie zdołał chwycić piłki zagranej z prawej strony przez Müllera. Czekał na nią Mirandinha. Zawodnik Palmeiras mocnym uderzeniem posłał ją pod poprzeczkę i po chwili utonął w objęciach zadowolonych kolegów. Brazylijczycy wygrali tamtą edycję „Rous Cup”. W swoim drugim meczu pokonali 2:0 Szkotów (cały mecz Mirandinhi), z którymi Anglicy wcześniej tylko bezbramkowo zremisowali. Co ciekawe, pomiędzy spotkaniami z Anglią i Szkocją Brazylijczycy zagrali również towarzyski mecz z Irlandią w Dublinie. A tuż po Rous Cup udali się do Helsinek, gdzie zmierzyli się z Finlandią. Mirandinha wystąpił w obu tych spotkaniach. W latach osiemdziesiątych kilku czołowych brazylijskich piłkarzy występowało z mniejszym lub większym powodzeniem w Europie. Niemal wszyscy reprezentanci Kraju Kawy, jeśli już decydowali się na kontynuowanie kariery na Starym Kontynencie, trafiali do Włoch. Tak było Edinho, Carecą, Zico czy Sócratesem. Oczywiście zdarzały się wyjątki – Wálter Casagrande, Elzo i Silas wybrali ekipy portugalskie, Júlio César przyjął ofertę francuskiego Brestu, a Alemão, Josimar i wcześniej Dirceu szukali swego szczęścia w Hiszpanii. O zimnej i deszczowej Anglii, gdzie siła i kondycja miały o wiele większe znaczenie niż finezja i technika, żaden z Canarinhos wtedy nie myślał poważnie. Północny szlak przetarł dopiero w 1987 r. Mirandinha.
Zanim Mirandinha po raz pierwszy postawił stopę na brytyjskiej ziemi, działacze Newcastle United co nieco już o nim wiedzieli. A to wszystko dzięki Humberto Silvie, znajomemu piłkarza i fanowi Palmeiras, przebywającemu w Anglii na wymianie studenckiej. Mieszkając na Wyspach, zaprzyjaźnił się z Bevem Walkerem, agentem kierowcy Formuły 1 Nigela Mansella oraz bliskim znajomym Malcolma McDonalda, byłego znakomitego napastnika Newcastle. Silva zbierał prasowe artykuły o Mirandinhi i nagrania na kasetach VHS. Pokazał je McDonaldowi, który najwyraźniej był pod wrażeniem umiejętności Brazylijczyka, ponieważ rozpoczął działania w kierunku sprowadzenia zawodnika na St. James’ Park. Szczęśliwym zrządzeniem losu gracz Palmeiras dostał w tamtym czasie wspomniane powołanie na Rous Cup. Nadarzyła się więc znakomita okazja, by McDonald, Kevin Keegan oraz menedżer Newcastle Wille McFaul mogli przyjrzeć się umiejętnościom Mirandinhi z bliska. Wkrótce Newcastle zapłaciło Palmeiras za Mirandinhę 575 tys. funtów. W klubie z północy Anglii miał zastąpić Petera Beardsleya, którego Sroki latem sprzedały do Liverpoolu. Mirandinha przybył do Newcastle, nie znając języka. Co oczywiste, nie był też przyzwyczajony ani do angielskiej pogody, ani do angielskiego jedzenia. „Nie było ani fasoli, ani ryżu, czułem się trochę zagubiony. Ziemniaki, ziemniaki, ziemniaki, marchew, mąka kukurydziana, brukselka” – relacjonował swoje pierwsze doświadczenia kulinarne w Wielkiej Brytanii. Wkrótce jednak piłkarz odważył się zamówić ryż. Jak się szybko okazało, jego śladem poszli inni gracze. Niedługo potem wszyscy podczas przedmeczowych posiłków jedli ryż. Brazylijczyk chętnie wspomina historie związane z Paulem Gascoigne’m, który wtedy również grał w Newcastle. Rzecz działa się po debiutanckim meczu Mirandinhi z Norwich (1 września 1987 r.). „Do autobusu przynieśli nam rybę z frytkami, żebyśmy mogli coś zjeść po meczu. Autobus zaczął odjeżdżać, a Gazza powiedział mi, żebym podszedł do pana Willy’ego McFaula i powiedział: „Panie Willy, jestem kurewsko głodny”. Nie wiedziałem, co to znaczy, więc podszedłem do menedżera i powiedziałem mu: „Szefie, jestem kurewsko głodny”. Wszyscy wybuchnęli śmiechem”– opowiadał. Gazza najwyraźniej polubił Brazylijczyka. Z wzajemnością. Anglik regularnie wpadał do niego, żeby spróbować brazylijskiego jedzenia. Gdy Mirandinha w 1989 r. opuszczał Anglię, Gascoigne podarował jego córce psa. Anglik upierał się, by zwierzę nosiło imię „Gazza”. Ostatecznie stanęło na tym, iż podarunek będzie nazywał się „Brzuszek” – na cześć kolegi Gazzy „Grubego Jima” zwanego też czasem „Grubym Brzuszkiem”. Jedenaście dni po meczu z Norwich Newcastle mierzyło się z Manchesterem United. Mecz zakończył się remisem 2:2, a Mirandinha strzelił obie bramki dla Srok. 26 września zdobył kolejnego gola – tym razem znalazł sposób na golkipera Southampton. W sumie w sezonie 1987/88 dla Newcastle trafił trzynastokrotnie (jedenaście razy w lidze, po razie w Pucharze Ligi oraz w Pucharze Anglii). Sroki uplasowały się na niezłym ósmym miejscu w ligowej tabeli. Latem 1988 r. doszło do sporego osłabienia kadry Newcastle. Klub opuścił bowiem lider i główny kreator gry Paul Gascoigne, którego sprzedano do Tottenhamu. Tak więc bez Gazzy, ale za to wzmocnione m.in. Johnem Hendrie’m, Sroki przystąpiły do nowych rozgrywek. Kampanię 1988/89 zaczęły bardzo źle. Pierwsze zwycięstwo udało im się odnieść dopiero w szóstej kolejce. Ekipa z St. James’ Park pokonała wtedy Liverpool, a mecz rozstrzygnął Mirandinha, pokonując słynnego Bruce Grobeelaara z rzutu karnego. Tydzień później przyszła jednak kolejna bolesna porażka. Newcastle gładko poległo z Coventry, co ostatecznie skłoniło zarząd klubu do podziękowania za pracę Williemu McFaulowi. Jego miejsce zajął Colin Suggett. Nowa miotła nie odmieniła jednak gry drużyny. W dziewięciu meczach zwyciężył tylko dwa razy, więc i on został zwolniony. Kierowanie zespołem w grudniu powierzono Jimowi Smithowi. Mirandinha niezbyt pasował do filozofii Jima Smitha, który szukał sposobu na uratowanie Newcastle przed degradacją. W dodatku Brazylijczyk miał w tamtym czasie uporczywe problemy ze ścięgnem Achillesa. Ostatecznie sezon 1988/89 zamknął dziewięcioma ligowymi golami, z czego cztery zdobył z rzutów karnych. Nie uchroniły one Srok przed spadkiem. Po zakończeniu rozgrywek napastnikowi rodem z Brazylii zaproponowano powrót do ojczyzny na zasadzie wypożyczenia do Palmeiras.
„Jeśli o mnie chodzi, może zgnić na swojej świńskiej farmie w São Paulo”– powiedział mało elegancko o Mirandinhi Jim Smith. Brazylijczyk zgodził się na transfer do Palmeiras z nadzieją, że jeszcze uda mu się wrócić do Anglii. Wierzył też, że występy w ojczyźnie pozwolą mu znów przywdziać trykot reprezentacji Brazylii i zagrać na mistrzostwach świata we Włoszech. W barwach Verdão grał nieźle, ale na mundial nie pojechał. Mirandinha, rozmawiając z dziennikarzami, z rozrzewnieniem mówi o czasach spędzonych na Wyspach. Jedno z jego najpiękniejszych wspomnień z tamtych lat dotyczy świąt Bożego Narodzenia. To było w święta Bożego Narodzenia. Byłem w Anglii dopiero od trzech miesięcy, ale wybrano mnie, bym wraz z burmistrzem zapalił światełka choinkowe w mieście – sięgał pamięcią do wydarzeń sprzed 33 lat. Po latach wspominając swoją karierę, stwierdził, że mógł nią nieco lepiej pokierować. Pozostanie w Brazylii było jedną z najgorszych decyzji w moim życiu. Nie tylko dlatego, że nie zagrałem na mistrzostwach świata, ale także dlatego, że bardzo tęskniłem za Newcastle, zarówno za miastem, jak i moimi przyjaciółmi – mówił. Kibice Srok, którzy w drugiej połowie lat osiemdziesiątych zasiadali na St. James’ Park, ciepło wspominają Brazylijczyka. Błyskotliwość Mirandinhi, technika i właściwa Brazylijczykom radość z gry przesłoniła jego kłótliwy charakter i strzały z nieprzygotowanych pozycji. Żywo pamiętana jest także przyśpiewka, jaką fani wymyślili na cześć napastnika z Kraju Kawy: „We’ve got Mirandinha, he’s not from Argentina, he’s from Brazil, he’s fucking skill!”, co w wolnym tłumaczeniu oznacza: „Mamy Mirandinhę, nie jest z Argentyny, jest z Brazylii, jest kurewsko dobry”. Po swoim drugim pobycie w Palmeiras Mirandinha znów spróbował sił w Europie. Zdecydował się na transfer do portugalskiego Belenenses. Zagrał tam jednak tylko w trzech meczach. Po tej krótkiej przygodzie wrócił do ojczyzny (pobyt w Corinthians i Fortalezie EC), ale w 1992 r. znów zdecydował się wyjechać za granicę. Tym razem trafił do Japonii, gdzie reprezentował barwy Shimizu S-Pulse oraz Bellmare Hiratsuka (dziś Shonan Bellmare, a w momencie przyjścia Mirandinhi klub ten nosił nazwę Fujita). Z tą drugą ekipą awansował do J-League. Do kraju Mirandinha wrócił w 1995 r. Pod koniec kariery grał jeszcze Fortalezie EC i Ferroviário. Po zawieszeniu butów na kołku Mirandinha rzucił się w wir trenerskiej pracy. Pracował w kilkunastu rodzimych klubach. Uczył futbolu także w Arabii Saudyjskiej, Malezji i Sudanie. Osiągnął nawet kilka sukcesów – w 2001 r. doprowadził Atlético Rio Negro Clube do Campeonato Amazonense (mistrzostwo stanu Amazonas), zaś osiem lat później z Fortalezą zdobył mistrzostwo stanu Ceara. Dziś pracuje jako trener drużyny do lat 20-tu brazylijskiego klubu Batatais FC. Jak wielu piłkarzy po zakończeniu kariery popadł w problemy finansowe i osobiste. Musiał sprzedać majątek, by pokryć długi. Dwukrotnie się rozwodził. Jedna z jego córek kilka lat temu zmarła z powodu niewydolności płuc. Druga przez ponad dziesięć lat nie chciała mieć z nim kontaktu. Teraz próbuje wyjść na prostą. Ożenił się po raz trzeci. Z obecną małżonką ma syna. Kolejnym Brazylijczykiem, który zagrał w najwyższej angielskiej klasie rozgrywkowej, był Isaías, sprowadzony przez Coventry w 1995 r.
9
Pierwszy „kanarek” na Wyspach:
@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Comentateiro
@Bernard777
@Adran360
10
Zapomniane legendy rodzimego futbolu:
Wawrzyniec Cyl na świat przyszedł 2 lipca 1900 r., kiedy Polski nie było jeszcze na mapach. Wychowywał się w rodzinie inteligenckiej w Łodzi. Był absolwentem gimnazjum a dzięki temu że ukończył wieczorowy kurs handlowy, zdobył prestiżowy zawód księgowego. Z piłką zetknął się już w szkole. Jako nastolatek wstąpił w szeregi ŁKS-u. W pierwszej drużynie zadebiutował krótko po zakończeniu wojny polsko-bolszewickiej. Początkowo występował jako napastnik i w pierwszych zakończonych mistrzostwach Polski w 1921 r. był najlepszym strzelcem swojego zespołu. Wkrótce jednak został przesunięty do defensywy i na pozycji obrońcy występował do końca kariery. Dzięki dobrej postawie na arenie krajowej dostał szansę występu w reprezentacji. Debiut zaliczył 29 września 1923 r. w przegranym 3:5 pojedynku z Finlandią w Helsinkach. Narodowe barwy reprezentował później jeszcze trzykrotnie. W 1924 r. zagrał z Turcją (wygrana 2:0) a rok później z amatorami z Czechosłowacji (porażka 1:2). Największym jego osiągnięciem w reprezentacji był wyjazd na igrzyska olimpijskie do Paryża. Tuż przed rozpoczęciem turnieju ze składu wypadł jeden z czołowych polskich obrońców Ludwik Gintel i Cyl wskoczył na jego miejsce. Nie było to jednak powołanie na wyrost, gdyż zawodnik ŁKS-u należał do ścisłej krajowej czołówki. Dzięki występowi w meczu z Węgrami stał się pierwszym olimpijczykiem w historii łódzkiego klubu. Braki techniczne nadrabiał pracowitością i zaangażowaniem. Zawsze grał bardzo ofiarnie. Był wieloletnim kapitanem zespołu a później spełniał się w roli działacza. W łódzkim OZPN był kaptanem okręgowym a w klubie pełnił funkcję wiceprezesa. W Reprezentacji rozegrał 3 mecze.
@Adran360
@Bernard777
@FcPortoFan1999
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_
13
Ten bezlitosny „Golden goal”:
Dokładnie 25 lat temu Francja pokonała na „De Kuip” w Roterdamie reprezentacje Włoch po dogrywce 2:1(0:0;1:1) na Euro 2000. ,,Azzurri” przygotowali prosty plan na wygranie finału. Jako pierwsi strzelić gola a potem przez reszte meczu bronić korzystnego wyniku. Wszystko zaczęło się układać po ich myśli, gdy po strzale Delvecchio objeli prowadzenie. Na prawej flance Totti, uwikłany w walke z dwoma rywalami, odegrał piętą do nadbiegającego Pesotto. Pomocnik Juventusu dośrodkował w pole karne wprost do Delvecchio, który z bliska nie pozostawił żadnych złudzeń Barthezowi. Szkoleniowiec Włochów Dino Zoff miał szanse zdobyć złoty medal mistrzostw Europy zarówno w roli piłkarza, jak i trenera. Miał, bowiem odebrali mu ją Francuzi, dosłownie w ostatniej chwili. Wszystko działo się w doliczonym czasie gry. Daleki wykop Bartheza; Piłka trafia do Trezegueta, który odgrywa ją do Wilforda. Cannavaro nie przecina podania; napastnik Bordeaux przyjmuje futbolówkę, po czym oddaje strzał w długi róg bramki strzeżonej przez Toldo. Nesta nie zdołał zablokować piłki a Toldo jej nie wybił. Chwila dekoncentracji okazała się brzemienna w skutkach. Dla Francuzów jeszcze nie wszystko stracone. Włosi nie mieli już nic do stracenia bo w jednej chwili zaprzepaścili wszystko. Okazja na zostanie mistrzem Europy niebezpiecznie się oddaliła. Swoją szanse zwietrzyli rywale. Pressing Francuzów; Albertini traci piłke, dopada do niej Pires, wbiega w pole karne i dośrodkowuje do Trezegueta. Nesta próbuje interweniować ale bezskutecznie. ,,Trezegol” mocnym strzałem z woleja pod poprzeczke zapewnia ,,Trójkolorowym” Puchar Delaunaya. Dramat Włochów i euforia Francuzów. Zwycięzców się nie sądzi, zwycięzców się ceni. Sukces piłkarzy nie byłby możliwy bez ogromnego trenerskiego wkładu Rogera Lemerre’a. Opiekun Francuzów miał nosa do zmian. To one odmieniły gre jego podopiecznych a także… niekorzystny wynik meczu. W 58 minucie posłał w bój Wilforda a na kwadrans przed końcem meczu Trezegueta. Obaj zadali decydujące trafienia. Przy zwycięskim(złotym) golu duży udział miał Pires, trzeci dżoker w talii Lemmere’a. Pomocnik Olimpique Marsylia wchodził na murawe, gdy plac gry opuszczał włoski bohater Marco Delvecchio. Co było później, wiadomo. Mistrzowie świata zostali mistrzami Europy po raz pierwszy w takiej kolejności.
@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360
13
Udany rewanż:
2 lipca 1960 r. na Camp Nou zagrał słynny FC Santos z Pele w składzie. Była to druga wizyta brazylijskiego klubu w Barcelonie. Rok wcześniej Santos pokonał Blaugrane aż 1:5 a Pele strzelił 2 gole, choć pamiętajmy iż Barça grała wówczas mocno rezerwowym składem. W swoistym rewanżu Duma Katalonii wystąpiła w najsilniejszym składzie i pokonała najmocniejszy wówczas na świecie Santos 4:3, dzięki dwóm golom Luisa Suareza oraz po jednym Kubali i Villaverde. Pele także wpisał się na liste strzelców.
@Adran360
@AssisMoreira
@Bernard777
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_
4
Duma Katalonii stworzyła historię:
30 czerwca 1929 roku FC Barcelona wygrała 0:2 na wyjeździe z Arenas Club de Getxo w 13-tej(zaległej) kolejce Primera Division i zapewniła sobie pierwszy w historii tytuł mistrzowski. Obydwa gole na wage mistrzostwa strzelił napastnik Manuel Parera Penella. Klub został ogłoszony mistrzem po walce z Realem Madryt, która nie została rozstrzygnięta aż do ostatniego meczu. Nowe rozgrywki narodziły się dzięki auspicjom zarządu FC Barcelony, który 1 lutego 1927 r. wysłał list do Hiszpańskiej Federacji Piłkarskiej, w którym zaproponował pomysł zorganizowania hiszpańskich rozgrywek klubowych w formacie każdy na każdego zamiast bezpośrednich meczów eliminacyjnych. Rozwój pierwszej ligi przebiegał powoli, a w sezonie 1927/28 odbyła się swego rodzaju próba generalna pod nazwą Turniej Mistrzów Hiszpanii, którą wygrała Barça. W sezonie 1928/29 pierwsza edycja ligi rozgrywana była między lutym a czerwcem 1929 roku i stanowiła swego rodzaju kulminację mistrzostw Katalonii i Hiszpanii. Barça rozpoczęła rozgrywki w nowej lidze z mieszanymi uczuciami, bo chociaż zdobyła potrójną koronę (Mistrzostwo Katalonii, Puchar Króla i Turniej Mistrzów) w sezonie 1927/28, to jednocześnie przegrała mistrzostwa Katalonii i Puchar Hiszpanii w sezonie 1928/29 z Espanyolem. Po początkowym zwycięstwie Blaugrany nad Racingiem Santander (0-2) 12 lutego 1929 r. bardzo szybko sprawy potoczyły się źle. W drugim meczu Barça przegrała z Realem Madryt (1-2) na „Camp de Les Corts” i weszła w spiralę niekorzystnych wyników, które ostatecznie doprowadziły do rezygnacji 23 marca prezydenta Arcadiego Balaguera. Jego następca, Tomás Rosés, postanowił zmienić katalońskiego trenera Rome Fornsa na Anglika Jamesa Bellamy'ego. W tym momencie liderem ligi był Real Madryt, który miał siedem punktów przewagi. Zmiana była natychmiastowa: FC Barcelona wygrała 9 z 11 pozostałych meczów i zremisowała dwa pozostałe. W rzeczywistości liga zakończyła się remisem Realu Madryt i Barçy, ale ta druga wciąż miała zaległy mecz do rozegrania z Arenas de Getxo, który wcześniej został przełożony. Tak więc dla Barçy to spotkanie było koniecznością do wygrania. Oczekiwania wobec meczu były duże, chociaż Arenas nie miał o co grać. Barça, pomimo utrudnienia w postaci kontuzji Saury w pierwszych minutach(w tamtych czasach nie było możliwości dokonywania zmian) zdominowała mecz, ale nie zdołała strzelić gola do przerwy. Po przerwie Arenas zaatakowało, ale kontrataki Barçy stawały się coraz groźniejsze, aż w 65. minucie Parera skierował piłkę głową do bramki po dośrodkowaniu Piery. Osiem minut później sam Parera otrzymał wspaniałą asystę od Samitiera i pokonał baskijskiego bramkarza. Od tego momentu Arenas stracił zainteresowanie. Po ostatnim gwizdku piłkarze Barçy, którzy otrzymali premię w wysokości 2000 peset za tytuł, świętowali szaleńczo pierwszy zdobyty tytuł Hiszpanii. Barça była mistrzem pierwszej ligi w historii z łączną liczbą 25 punktów, o dwa więcej niż Real Madryt i o pięć więcej niż Athletic Club i Real Sociedad. Z 18-tu rozegranych meczów Blaugrana wygrała jedenaście, zremisowała trzy i przegrała cztery, strzelając 37 goli i tracąc 23. Najskuteczniejszym strzelcem został Josep Sastre z 11 golami.
15
Brazylia kocha futbol…
Jednak ta miłość nie zawsze zostaje odwzajemniona. Na tysiąc małych chłopców, którzy spełniają swoje marzenia o profesjonalnej karierze, przypada co najmniej 10 tysięcy zapaleńców, którzy na marzeniach muszą poprzestać. Historia zna jednak przeróżne przypadki. Na przykład kiedyś zdarzyła się sytuacja, w której niejaki Mario de Castro pokochał futbol a patrząc na jego boiskowe dokonania, była to miłość odwzajemniona. Pomimo olbrzymiego talentu, potwierdzonego niewyobrażalną liczbą strzelonych goli, Brazylijczyk porzucił swoją miłość. Jak do tego doszło? Miłość do futbolu Mario była od początku specyficzna. Urodzonemu w 1905 roku Brazylijczykowi wszystko przychodziło łatwo. Gole strzelał jak na zawołanie i kiedyś powiedział nawet, że nie pamięta żadnego meczu, w którym nie wpisałby się na listę strzelców. A przecież, żeby w pełni docenić miłość, trzeba najpierw poświęcić wiele czasu i pracy, żeby ją uwieść. Dla Castro sztuka uwodzenia była równie potrzebna, jak młodemu mężczyźnie viagra przy spotkaniu z nagą Jennifer Lawrence. On po prostu wychodził na boisko jak po swoje, pozwalał przejąć kontrolę instynktowi, po czym robił, na co tylko miał ochotę, bo wiedział, że nikt go nie będzie w stanie zatrzymać. Urodzony 30 czerwca 1905 roku w miejscowości Formiga w stanie Minas Gerais Mario od początku przejawiał niebywały talent. Jednak jego matka nie chciała, żeby grał w piłkę. W tamtych czasach mało kto dorabiał się na futbolu, więc to naturalne, że chciała dla syna czegoś więcej, zwłaszcza że ten uczył się bardzo dobrze. Widziała w nim lekarza i pewnie za jej sugestią posłuszna latorośl zdecydowała się na studia medyczne. Wówczas nie wiedziała, że jej syn wcale nie zrezygnował z futbolu. Gdyby żył jego ojciec, być może wybiłby by mu futbol z głowy raz na zawsze, lecz Mario od wczesnych lat młodzieńczych był sierotą, a matka musiała też pilnować całej czwórki dzieci. I tak niesforny małolat codziennie się wymykał, by grać w piłkę, a że wychodziło mu to coraz lepiej, to zainteresowało się nim Atletico Mineiro. Młody zawodnik nie chciał swojej rodzicielce sprawić przykrości, więc choć zgodził się na grę w klubie z Belo Horizonte, to jednak zdecydował się grać pod przydomkiem Oriam. Debiut Oriama przypadł na mecz z lokalnym rywalem – Ameriką. Spisał się wyśmienicie — strzelił trzy gole, a jego zespół wygrał 6:0. Ten mecz wcale nie był wyjątkiem. Żółtodziób szybko przyzwyczaił kibiców do niebywałej skuteczności, a oni uwielbiali go ze względu na niesamowite dryblingi oraz niezwykle precyzyjne strzały. Legenda przenoszona z ust do ust głosi, że Castro zawsze strzelał celnie. Jego doskonała gra przełożyła się na sukcesy „Kogutów”. Już w 1926 roku klub sięgnął po mistrzostwo stanu Minas Gerais. A to miał być dopiero początek. W kolejnych latach Mario de Castro dalej imponował skutecznością. Godnie towarzyszyli mu przy tym Said Paulo Arges i Jairo de Assis Almeida. Ta trójka stworzyło atak, o którym mówiono „Nie święta trójca”(O Trio Maldito). Co ciekawe, każdy z tego tria był studentem. Jairo, tak jak Mario, studiował medycynę a Said studiował prawo. Trójka intelektualistów budziła postrach w całej Brazylii, lecz nie jest prawdą, że kroczyła od zwycięstwa do zwycięstwa. Atletico Mineiro ponownie zostało mistrzem stanu Minas Gerais w 1927 roku, ale w kolejnych dwóch rozgrywkach Mario i spółka musieli zadowolić się drugim miejscem, uznając wyższość zespołu Palestra Italia(później Cruzeiro). Jeszcze gorzej sytuacja wyglądała w 1930 roku. Wówczas Palestra zwyciężyła po raz trzeci, a Atletico próżno szukać w pierwszej czwórce. Rok później los znów się uśmiechnął do „Kogutów”. Jednak trzeba powiedzieć, że ten los nie dawał się łatwo przekonać. W meczu decydującym o tytule mistrzowskim Atletico przegrywało już 0:3 z zespołem Villa Nova. Po przerwie zadziałał instynkt Mario. 26-letni wówczas Brazylijczyk poszedł jak po swoje, strzelił cztery bramki i tym samym zapewnił swojej drużynie zwycięstwo, które dawało tytuł mistrzowski. To był jeden z najpiękniejszych dni w historii Atletico oraz dla samego Mario. W jednej chwili najlepszy dzień stał się najgorszym.
Po meczu doszło do zamieszek. Nie było w tym czegoś niezwykłego, w Brazylii często dochodziło do utarczek między kibicami. Jednak tym razem sprawy posunęły się o wiele za daleko. Źródła nie opisują szczegółowo tego, co się wydarzyło, ale wiadomo, że w wyniku tych zamieszek jeden z pracowników klubu wyciągnął broń i śmiertelnie postrzelił kibica Villa Nova. Mario, który był świadkiem tego zdarzenia, podjął natychmiastową decyzję— już nigdy nie zagram w piłkę nożną. W momencie zakończenia kariery Mario de Castro miał sto występów w koszulce Atletico Mineiro, w których strzelił… 195 goli. Jego skuteczność to 1,95 gola na mecz! Dla porównania skuteczność innych supersnajperów przedwojennej epoki — Josefa Bicana i Portugalczyka Peyroteo to odpowiednio 1,62 i 1,59 bramki na mecz. Jedyne, co wydaje się rysą na szkle Mario to kariera reprezentacyjna, w której piłkarz nigdy nie zagrał. Wytłumaczenie okazuje się bardzo proste — w tamtych czasach do kadry Canarinhos trafiali wyłącznie zawodnicy z São Paulo i Rio de Janeiro. Mimo tego trener reprezentacji Brazylii w 1930 roku, Rodrigues Pindaro de Carvalho, zaoferował mu miejsce w kadrze na Mistrzostwa świata. Kiedy Mario dowiedział się, że ma być tylko rezerwowym, bo Rodrigues widział w pierwszym składzie 18-letniego napastnika Botafogo, Carlosa Dobberta de Carvalho, znanego jako Leite, grzecznie odmówił selekcjonerowi. Kariera Mario się skończyła, zanim na dobre się rozkręciła. Mógł być dla Brazylii tym , kim później stał się Leonidas, ale po pierwsze nie pochodził z Rio de Janeiro, tak jak „Czarny diament” i nigdy nie miał okazji zagrać na mundialu, a później wybrał życie bez futbolu. Poukładał je sobie całkiem nieźle. Ożenił się z jedną z pierwszych kobiet, które ukończyły w Brazylii medycynę i miał z nią dwójkę dzieci oraz adoptował trzecie. Wraz z żoną przez wiele lat pracowali w swoim zawodzie. Czy tęsknił za piłką? Pewnie tak, ale nigdy nie udało mu się wyrzuć z pamięci widoku umierającego kibica Villa Nova.
@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Comentateiro
@Bernard777
@Adran360
10
Pamiętamy!
30 czerwca 1974 r. Polska pokonała Jugosławie 2:1 w drugiej fazie mundialu. „Nie, nie, nie budźcie mnie. Śni mi się tak ciekawie. Jest piękniej w moim śnie niż tam na waszej jawie” – słowa piosenki Jeremiego Przybory jak ulał pasowały do tego, co w czerwcu 1974 roku działo się na niemieckich boiskach. W ponurej rzeczywistości PRL-u kibice śnili piękny sen, który z meczu na mecz stawał się rzeczywistością. Zwycięstwo we Frankfurcie nad Jugosławią było piątym z rzędu na tych mistrzostwach i zapewniło grę o medale. Bohaterem był Robert Gadocha, choć jak w innych meczach tego turnieju nie zdołał trafić do siatki. To jego podanie do Grzegorza Laty przesądziło o zwycięstwie. Natomiast pierwszego gola dla Polaków strzelił Kazimierz Deyna z rzutu karnego.
@Adran360
@FcPortoFan1999
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@misterio
@Ogorinho1974
@Safrani
@Symson
@Stinger_
14
Takich ludzi oddanych ,,naszemu” klubowi należy zawsze wspominać:
30 czerwca 1983 r. ,,Papi” Anguera zakończył pracę w FC Barcelonie. Przez 26 lat był pracownikiem klubu. Na początku zajmował się zespołami juniorskimi. Jak sam mawiał ,,był wtedy delegatem, masażystą, opiekunem wszystkiego, gdyż na mecze jeździł tylko on z trenerem”. W 1953 r. zaproponowano mu pracę opiekuna sprzętu sportowego. Był bardzo lubiany przez piłkarzy. Po zdobyciu La Liga w 1974 r. Cruijff od razu po meczu udał się do najbliższego baru, kupił piwo i przyniósł je do szatni, bo wiedział że ,,Papi” lubi świętować sukces z kuflem w ręce. W sezonie 1978/79 po meczu z Anderlechtem piłkarze Barçy uciekli z boiska ponieważ zostali zaatakowani przez kibiców belgijskich. Gdy z trudem dotarli do szatni, masażysta Angel Mur krzyknął: ,,Zapomnieliśmy o Papim!”. Wtedy cała drużyna wróciła po niego na boisko, gdzie Anguera stał otoczony szalejącym tłumem kibiców Anderlechtu. ,,Papi” miał swoją wizje piłkarza idealnego: ,,Wybrałbym inteligencje Kubali, strzał głową Cesara Rodrigueza, siłę Neeskensa, prawą nogę Rexacha, lewą Maradony i serce Migueliego!”.
@Safrani
@Stinger_
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Bernard777
@AssisMoreira
@Adran360