FCBparasiempre
Dołączył/a: grudzień 2020
Biała Podlaska
34 obserwujących
0 obserwowanych
Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?
Komunikat
Polecający
Ładowanie...
Historia komentarza
Ładowanie...
8
To był dobry człowiek i wielce zasłużony piłkarz. Wielkim grzechem byłoby o nim zapomnieć:
@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Bernard777
@Astad
@Adran360
8
Wybitne legendy futbolu:
25 maja 1953 r. w Chacabuco urodził się Daniel Passarella, środkowy obrońca; Mistrz Świata z 1978 i 1986(jako rezerwowy) oraz 5-krotny Mistrz Argentyny. Fruwający „Gran Capitan”-tak go nazywano. Szybki i zwinny, był stoperem prawie nie do przejścia. Lecz prawdziwych cudów dokonywał w powietrzu. Nawet wyżsi o głowę rywale nie mieli tam cienia szans! W roku 1974 w Argentynie na Estadio Monumental miał się rozpocząć mecz na szczycie-słynne El Classico pomiędzy River Plate a Boca Juniors. Tymczasem w szatni River rozgrywała się scena, która do siebie siedzącego w kącie niewysokiego, szczupłego chłopaczka i zaszczycił go pytaniem, o jakim tylko marzyć mogłyby setki jego rówieśników: ,,Czy miałbyś odwagę zagrać tego wieczoru przeciwko Boca?’’ ,,Tak jeśli dopisze panu odwaga, by mnie wystawić’’-brzmiała zuchwała odpowiedź. Szatnia zamarła. Wszystkich poraził niebywały tupet smarkacza. Sam Rossi poczuł się lekko dotknięty ale przypomniał sobie siebie sprzed półwiecza i pomyślał że ten chłopak musi mieć charakter nie lada i osobowość niepowszednią. Nestor Rossi nie miał syna. I kiedy tak spoglądał na młodego zuchwalca, dostrzegł w jego wzroku hardość. I pokochał go właśnie od tego pierwszego wejrzenia miłościa niemal ojcowską. Podją decyzję: tak, sprawdzę go! I nie pomylił się. A tym chłopcem był Daniel Alberto Passarella, późniejszy mistrz świata, wielki kapitan reprezentacji, najlepszy argentyński obrońca wszechczasów! Daniel pierwsze kroki stawiał w amatorskim Argentino Chacabuco, marząc o karierze w którejś ze słynnych drużyn stołecznych. Jednak ojciec poradził mu by wcześniej przetarł szlaki na nieco skromniejszym poziomie. I tak w wieku 18 lat trafił do trzecioligowego Sarmiento Junin, gdzie grał do 1973 roku. Tam właśnie wypatrzyli go wszędobylscy szperacze River Plate. Oficjalny debiut ligowy Passarelli nastąpił 14 kwietnia 1974 roku w wyjazdowym meczu z Rosario Central, przegranym 0-1. Niebawem nastąpiła w River zmiana trenera. Funkcję obją Angel Labruna, podobnie jak Rossi jedna z legend klubu i argentyńskiej piłki. Początkowo nie doceniał on Passarelli wystawiając go na lewej obronie, gdyż etatową parę stoperów stanowili Perfumo i Artico. Dopiero kontuzja jednego z nich otworzyła prowincjuszowi drogę do pełnej kariery. Daniel robił ogromne postępy. Zwrócił na niego uwagę kolejny wybitny trener-Cesar Luis Menotti powołując go do młodzieżowej drużyny na turniej w Tulonie w 1975r. Argentyna wygrała tę imprezę a rej wodzili w niej Passarella,Tarantini, Gallego,Trobbiani,Valencia i Valdano; jak się niebawem okazało przyszli mistrzowie świata. Passarella zadebiutował w reprezentacji w zwycięskim meczu z ZSRR 1-0 w Kijowie. Menotti wiedział że ma w ręku prawdziwy skarb. W 1978 Argentyna zdobyła mistrzostwo świata, zaś do pierwszego takiego tryumfu w historii poprowadził ją właśnie Passarella-najlepszy obrońca turnieju, kapitan zespołu i jego absolutny lider. To wtedy zrodził się ów przydomek: ,,Gran Capitan’’ czyli Wielki Kapitan. Był natchnieniem drużyny, jej moralną ostoją i niekwestionowanym przywódcą. Wszyscy nawet Kempes i Ardiles jego polecenia wykonywali bez szemrania. To on w momentach trudnych krzepił ducha, podnosił morale i zagrzewał do walki. Przy wzroście zaledwie 173 cm odznaczał się niepospolitą siłą i stalową twardością. Brzmi to niewiarygodnie ale nigdy nie przegrał z nikim pojedynku główkowego! Przed nim tak sprężyście skakali chyba tylko dwaj inni fenomenalni zawodnicy-paragwajczyk Erico oraz węgier Kocsis. Daniel nie tylko niezawodnie bronił ale równie skutecznie atakował. Oprócz zabójczych główek dysponował potwornie silnym uderzeniem z obu nóg. Bezbłędnie wykonywał rzuty karne i wolne ale strzelał też przy każdej okazji nieraz z 30-40 metrów a i tak piłka wyłamywała bramkarzowi ręce! Dla River w 258 spotkaniach zdobył 99 goli co stanowi niepobity rekord wszechczasów! W barwach tego klubu był pięciokrotnym mistrzem kraju. W 1982r. Za kwotę 2,5 mln dolarów przeniósł się do włoskiej Fiorentiny, w której rozegrał 109 spotkań strzelając 22 gole. Natomiast w 1986r. zawitał do mediolańskiego Interu(44 spotkania i 9 goli). W 1988r.wrócił na stare śmieci do River i tam zakończył swoją karierę piłkarza.
W reprezentacji rozegrał 77 spotkań zdobywając w niej 22 gole. W 1982r. Argentyna nie zdołała obronić tytułu ponieważ odpadła w ćwiećfinale mimo iż Passarella grał dobrze na tym turnieju zdobywając nawet 2 gole. W 1986r. mógł zostać podwójnym mistrzem świata. Nowy trener Carlos Bilardo widział go w wyjściowym składzie ale w Meksyku stoper rozchorował się i nie mógł wystąpić w żadnym meczu. Przestał też być kapitanem ponieważ Bilardo przyznał tę funkcję Maradonie i nie wpłyneło to najlepiej na wzajemne relacje obu piłkarzy. W roku 1989 Passarella został trenerem River Plate, którego poprowadził do sukcesów m.i. do pięciokrotnego mistrzostwa Argentyny. W 1994 powierzono mu już reprezentację Argentyny a rok później wygrał igrzyska panamerykańskie i wszystko zdawało się iść jak po maśle lecz raptem w wypadku zginął jego syn Sebastian i tragedia ta odcisneła piętno na psychice Daniela. Stał się jeszcze bardziej nieprzejednany i zacięty aż w końcu zamknął się w sobie. Zawodników traktował szorstko, wprowadził nerwową atmosferę i swojego najlepszego gracza, pomocnika Redondo wyrzucił z kadry za noszenie zbyt długich włosów. Na mistrzostwach świata w 1998r. doszła ledwie do ćwiercfinału choć uchodziła za faworyta czego efektem była rezygnacja Passarelli jako selekcjonera. Potem układało się różnie. Z reprezentacją Urugwaju nie odniósł sukcesów, podobnie jak z brazylijskim Corinthians czy włoską Parmą ale z drużyną Monterrey zdobył mistrzostwo Meksyku. Bez powodzenia prowadził też swój River Plate, w którym został nawet prezesem. Wydawało się to godnym uwieńczeniem kariery, jednak błędna polityka transferowa sprawiła iż 33-krotny mistrz Argentyny po raz pierwszy w dziejach spadł do 2 ligi. Była to klęska bezprzykładna. Wściekli kibice wylegli na ulice Buenos Aires, zdemolowali stadion a na prezesa posypały się złorzeczenia. Jak widać Danielowi wiodło się bardzo różnie zatem niech pozostanie w naszej pamięci przede wszystkim jako wielki wojownik, żelazny obrońca fruwający na wysokości pierwszego piętra oraz charyzmatyczny lider drużyny mistrzów świata- po prostu „Gran Capitan”.
@Adran360
@Astad
@Bernard777
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Sysia11
0
@FCBparasiempre
Górnicy pierwszymi mistrzami świata:
Kiedy ktoś pyta nas o pierwszy piłkarski mundial, to myślimy od razu o 1930 roku. Urugwajczycy pokonali w finale Argentynę 4:2, zostając debiutanckim, historycznym mistrzem świata. Niewielu pasjonatów futbolu wie jednak o zmaganiach, które miały miejsce w 1909 roku w Turynie. Rozegrano tam nieoficjalny mundial. Szczególnie interesujące jest to, że główną rolę odegrała w nim pewna… amatorska drużyna górników. Nie doszłoby do tych rozgrywek, gdyby nie Sir Thomas Lipton. Przyszedł on na świat w Gorbals w 1850 roku. W wieku 10 lat opuścił szkołę, a pięć lat później wylądował w Ameryce. Początkowo pracował jako robotnik rolny w Wirginii i Południowej Karolinie, a później zatrudnił się w sklepie spożywczym w Nowym Jorku. Na amerykańskiej ziemi zrodziła się w nim smykałka do biznesu. Po kilku latach powrócił do Glasgow, gdzie otworzył własny sklep, który zaczął przynosić mu spore zyski. W ciągu 10 lat Lipton stał się milionerem, kupując zakłady przetwórstwa mięsnego w Ameryce i plantacje herbaty w Sri Lance (jeżeli do tej pory nie powiązaliście nazwiska postaci z tym napojem, to teraz wasze wątpliwości zostały rozwiane). Był on niezwykle innowacyjny w branży herbacianej. Sprzedawał różne mieszanki tego produktu do wielu krajów. Używał specjalnych pojemników, dzięki czemu herbaty zachowywały świeżość. Jego firma podchwyciła też pomysł, który zrodził się w 1904 roku w głowie kupca, Thomasa Sullivana. Przebywał on wtedy w Nowym Jorku i postanowił pakować herbatę w pojedyncze jedwabne torebeczki, żeby stały się próbkami dla klientów. Dzięki temu dzisiaj parzymy herbatę w podobny sposób. Motto filozofii biznesowej Liptona brzmiało: ,,Pracuj ciężko, postępuj uczciwie, bądź przedsiębiorczy, sprawuj ostrożny osąd, reklamuj się swobodnie, ale rozsądnie.” Lipton był pasjonatem sportu. W 1909 roku otrzymał od włoskiego ambasadora bardzo ciekawą propozycję. Poproszono go, aby wsparł organizację turnieju, w którym wzięłyby udział zespoły pochodzące z różnych krajów. Milioner oczywiście opowiedział się za tym pomysłem, a wiosną tego samego roku w Turynie odbył się piłkarski turniej.
W mistrzostwach rozegranych w stolicy Piemontu nie wzięły jednak udziału reprezentacje narodowe, a kluby. Byli to mistrzowie Niemiec – Stuttgarter Sportfreunde, mistrzowie Szwajcarii – FC Winterthur, włoska drużyna określana jako Torino XI (stworzyli ją najlepsi zawodnicy Juventusu i Torino) oraz piłkarze, którzy przybyli z Wielkiej Brytanii. Okoliczności wyboru drużyny z Wysp nie są do końca jasne. Jedna z teorii zakłada, że Lipton kazał zaprosić do Turynu Woolwich Arsenal FC, czyli dzisiejszy Arsenal. Ostatecznie doszło jednak do pomyłki i do Włoch udali się piłkarze West Auckland FC. Tłumaczy się to identycznymi skrótami nazw obu ekip – WAFC. Przybycie West Auckland do Włoch było bardzo zaskakujące, ponieważ drużynę tworzyli amatorzy, którzy na co dzień pracowali jako górnicy. Startujące w turnieju drużyny musiały same pokryć koszty podróży, sprzętu sportowego itp. To w jaki sposób zarabiający grosze brytyjscy górnicy zdołali dotrzeć do stolicy Piemontu? Prawdopodobnie musieli wydać wszystkie zarobione w życiu pieniądze. Część z nich zmuszona była dać pod zastaw własne domy. Cztery drużyny rozpoczęły więc walkę o trofeum imienia Liptona, który ufundował puchar. 11 kwietnia 1909 roku i pierwsza seria spotkań: West Auckland pokonali niespodziewanie Stuttgarter Sportfreunde 2:0. W drugim starciu Torino XI przegrało z FC Winterthur 1:2. Gospodarze pokonali Niemców w meczu o trzecie miejsce. Górnicy z Wysp sprawili w finale kolejną niespodziankę, pokonując rywali ze Szwajcarii 2:0. W ten sposób zostali oni pierwszymi nieoficjalnymi mistrzami świata i to nawet nie tracąc bramki! Warto zwrócić uwagę, że rezerwowym piłkarzem Auckland był wtedy Jack Greenwell, który grał i trenował później w Barcelonie. Na ławce trenerskiej ustanowił rekord, który później pobity został dopiero przez Johanna Cruyffa. Greenwell prowadził Blaugranę przez siedem sezonów z rzędu. W tym czasie sięgnął po pięć mistrzostw i dwa puchary kraju.
Pełny skład West Auckland FC z mundialu 1909 roku: Jimmy Dickinson, Rob Gill, Jack Greenwell, Rob Jones, Tom Gill, Charlie „Dirty” Hogg, Ben Whittingham, Douglas Crawford, Bob Guthrie, Alf „Tot” Gubbins, Jock Jones, David „Ticer” Thomas, Tucker Gill (Skład pochodzi z książki „The History of the English Football League: Part One–1888-1930”). Drugi turniej o puchar Liptona rozegrano w Turynie dwa lata później. Podobnie jak w 1909 roku, zmierzyły się ze sobą cztery drużyny. Były to: West Auckland FC, FC Zurich, Juventus i FC Torino. W pierwszym meczu górnicy znów pokonali Szwajcarów 2:0, a Juventus poradził sobie ze swoim lokalnym rywalem. W finale za faworytów uznawano oczywiście piłkarzy Starej Damy. Doszło jednak do jeszcze większej sensacji niż w 1909 roku. West Auckland rozbił przeciwników aż 6:1. Później zdecydowano, że był to ostatni turniej o trofeum Liptona, dlatego puchar trafił na stałe do klubu górników. Krótko potem drużyna popadła w ogromne kłopoty finansowe i musiała prosić o pomoc właścicielkę miejscowego hotelu Wheatsheaf, który służył jako główna kwatera klubu. Pani Lancaster w zastaw wzięła… puchar Liptona. Długi udało się spłacić dopiero w 1960 roku. Owa Pani wciąż znajdowała się w świetnej kondycji fizycznej. Miała twardą rękę do interesów, wobec czego właściciele klubu musieli zapłacić wyższą kwotę od tej, która została ustalona w 1911 roku. Niestety trofeum zostało skradzione w 1994 roku. Pomimo starań policji i wyznaczonej nagrody za znalezienie pucharu, już nigdy nie udało się go odzyskać. Dzisiaj w klubowej gablocie znaleźć można jedynie replikę. Widnieje ona również w herbie klubu. Trofeum udało się odtworzyć na podstawie zachowanych zdjęć i materiałów wideo.
,,Związek z wygranymi mistrzostwami świata z pewnością dodaje trochę prestiżu dla naszego klubu. Wszyscy w wiosce wciąż o tym mówią i przypominają mi każdego dnia kiedy tu przyjeżdżam. Jest to genialne i powinno być świętowane, ale teraz chcemy napisać własną historię” – mówił w 2014 roku właściciel klubu Peter Dixon. Pełny skład West Auckland FC z 1911 roku: J Robinson, Tom Wilson, Charlie Cassidy, Andy „Chips” Appleby, Michael Alderson, Bob „Drol” Moore, Fred Dunn, Joes Recastle, Bob Jones, Bob Guthrie, Charlie „Dirty” Hogg, T Riley, John Warick. Oczywiście turniej rozegrany w 1909 roku miał jedynie nieoficjalny charakter. Nie każdy ma odwagę, żeby tyle poświęcić dla sławy (nawet jeśli kończy się ona kłopotami finansowymi). Jestem przekonany, że z historią turnieju z 1909 roku powinni zapoznać się wszyscy, którzy kochają niesamowite futbolowe opowieści. Jeśli ktoś z was znajdzie się kiedyś przypadkowo we wsi West Auckland w hrabstwie Durham, to spytajcie koniecznie lokalnych mieszkańców – kto był pierwszym piłkarskim mistrzem świata. Z pewnością nie usłyszycie, że Urugwaj. Mieszkańcy West Auckland z wielką pewnością siebie i dumą przekonują wszystkich, że mistrzostwo świata wygrane w 1966 roku przez Anglię wcale nie jest najważniejszym osiągnięciem narodowego futbolu. W 1982 roku powstał film ,,The World Cup: A Captain’s Tale”, który opowiada o zmaganiach dzielnych górników z 1909 i 1911 roku.
0
@Bernard777 przeczytaj w odpowiedzi na mój komentarz.
9
,,Ostatnie tango” Pepa Guardioli:
25 maja 2012 r. FC Barcelona pokonała w finale Copa del Rey Athletic Bilbao 3:0 i zdobyła 26-ty w historii Puchar Hiszpanii. To był ostatni z 14 pucharów Guardioli w roli szkoleniowca Blaugrany i jednocześnie ostatni mecz w tej roli. Finał na rozebranym niedawno Vicente Calderon miał jednostronny przebieg. Wynik ustalono już po 25 minutach za sprawą dwóch trafień Pedro(3 i 25 m.) i jednego gola Messiego(20 minuta).
Składy obu drużyn:
FC Barcelona: Pinto - Adriano, Mascherano, Pique, Montoya - Iniesta, Busquets, Xavi (81. Fabregas) - Pedro (87. Thiago Alcantara), Messi, Alexis Sanchez (71. Keita) Rezerwowi: Valdes, Bartra, Keita, Thiago Alcantara, Fabregas, Tello, Afellay
Athletic Bilbao: Iraizoz - Aurtenetxe, Amorebieta, Ekiza, Iraola - De Marcos (46. A. Herrera), Martinez- Gomez, Muniain, Susaeta (46. Perez)- Llorente (73. Toquero)
@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@AssisMoreira
@Astad
@Adran360
8
Kolejny Puchar do gabloty Blaugrany:
25 maja 1952 r. FC Barcelona zdobywa 10-ty(i drugi z rzędu) w swojej historii Puchar Króla Hiszpanii(wówczas Puchar Generalisimo). W zaciętym finałowym meczu Barça pokonała po dogrywce Valencie CF 4:2 na Estadio de Chamartain. Gole dla Blaugrany zdobyli Jorge Vila Soler(72 minuta), Basora(40 minuta), Kubala(96 minuta) oraz Cesar Rodriguez(119 minuta). A oto ten triumfujący skład: Ramallets, Martin, Biosca, Seguer, Mariano Gonzalvo, Bosch, Basora, Cesar Rodriguez, Vila Soler, Kubala i Manchon
@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_
8
@FCBparasiempre
Erwin Nyc urodził się 24 maja 1914 roku, tuż przed wybuchem I wojny światowej. Przygodę z piłką nożną rozpoczął w wieku 15 lat a jego pierwszą drużyną stała się wówczas Pogoń Katowice. Tu po raz pierwszy widać przejaw polskości w rodzinie Nyców. Żaden Niemiec nie zapisałby swojego dziecka do polskiego klubu. Pogoń była w tych czasach odpowiednikiem 1.FC Kattowitz, który był niemieckim klubem na naszych ziemiach. Nawet Ruch Wielkie Hajduki nie posiadał aż tylu polskich patriotów, jak w katowickiej Pogoni. W żadnym wypadku więc nie można uznawać Erwina za Niemca, co najwyżej za człowieka wywodzącego się ze środowisk śląskich, o skomplikowanych korzeniach. W 1935 roku Erwin został wezwany do odbycia służby wojskowej w Warszawie, gdzie formalnie pełnił obowiązki w jednostce lotniczej. Większość czasu spędzał, grając na pozycji środkowego pomocnika, w najpopularniejszej stołecznej drużynie, czyli Polonii Warszawa. Dla zespołu Czarnych Koszul był to sezon nadziei. Klub dopiero awansował po grach eliminacyjnych do Ligi a Erwin w tym pomógł, z marszu stając się bohaterem kibiców. Od tamtego momentu niesamowicie zżył się z drużyną a jego nazwisko zaczynało nabierać renomy. Także po zakończeniu służby, Erwin pozostał wierny Polonistom, pracując przy okazji w firmie górniczej. Poza tym Nyc był świetnym zawodnikiem, którego warunki fizyczne (180 cm wzrostu) predysponowały do gry nie tylko w pomocy, ale przede wszystkim w obronie. To był jeden z piłkarzy, który zaczął odgrywać rolę stopera. Umiejętność ta skłoniła Józefa Kałużę oraz szefostwo PZPN, aby w 1938 roku zabrać Erwina na Mistrzostwa Świata na sławny mecz z Brazylią. Trzeba wspomnieć, że nie znalazłby się na nim, gdyby nie kontuzja Jana Wasiewicza, zawodnika lwowskiej Pogoni. Dzięki nieszczęściu kolegi, to Nyc wskoczył do kadry, powiększając w niej grono Polonistów(wcześniej powołanym był Władysław Szczepaniak, który przy okazji tego meczu był kapitanem) Robert Gawkowski, polski historyk kultury fizycznej i sportu, doktor historii, autor publikacji naukowych. W spotkaniu z Brazylią, Erwin zagrał jako jeden z trzech pomocników, obok Wilhelma Góry i Ewalda Dytki. Nie był to jednak pierwszy mecz Nyca w kadrze narodowej. Jego debiut rok wcześniej przypadł na mecz z Danią, który Polska wygrała 3:1. Grywał również w eliminacjach do mistrzostw świata 1938 we Francji, kiedy to przeciwnikiem Biało-Czerwonych była Jugosławia. Licznik gier w kadrze tego rosłego pomocnika zatrzymał się na liczbie 11. Nyc znowu staje się Nytzem. Na początku II wojny światowej, luksusowe mieszkanie Erwina, które znajdowało się w Warszawie, zostało zbombardowane przez niemieckie lotnictwo. Później Nyc został zobowiązany do walki na froncie i popadł w niemiecką niewolę, jednak już po kilku dniach został z niej zwolniony. Powrócił na Górny Śląsk, który wówczas dostał się pod panowanie niemieckie. Jak wszyscy inni piłkarze z tego regionu, został zmuszony do podpisania volkslisty. Górnoślązacy, którzy wówczas występowali do końca sierpnia 1939 roku w najwyższej polskiej Lidze, stali się znowu obywatelami Rzeszy. Ich nazwiska spolonizowane w połowie lat trzydziestych zarządzeniem wojewody Michała Grażyńskiego, otrzymały z powrotem swą niemiecką formę, tak jak były zapisane w metrykach urodzenia. W 1940 roku Erwin zaczął występować w niemieckim klubie. Dzisiaj każdy rozgrzesza taką sytuację, zwłaszcza na Śląsku. Był nawet wzywany dwukrotnie do gestapo. Dopiero po tych rozmowach, pod groźbą wywozu do obozu pracy, zdecydował się na wstąpienie do drużyny okupanta. Nadszedł moment wyboru – być prześladowanym czy grać w piłkę? Katowicki przełożony NSDAP Georg Joschke przyłączył więc Nyca do drużyny 1. FC Kattowitz, podobnie jak dwóch innych graczy: Ewalda Dytko i Ernesta Willimowskiego (który odszedł z niej po niespełna czterech miesiącach). Joschke, w latach trzydziestych, sam prowadził ten klub dla mniejszości niemieckiej w Polsce. W ciągu pięciu sezonów w Gaulidze Górnego Śląska nie osiągnął z nim większych sukcesów. Nie wzbił się nawet powyżej czwartego miejsca w tabeli. W czerwcu tego samego roku w Katowicach, Nyc wziął udział w pierwszym szkoleniu dla graczy z Górnego Śląska, przeprowadzonym przez ówczesnego szkoleniowca Reichu, Seppa Herbergera. Gazeta „Kicker” widziała wtedy w Erwinie podstawowego stopera niemieckiego zespołu, lecz do takiego obrotu spraw nie doszło. Kilka razy Nyc brał udział w meczach zespołu Gauligi Górnego Śląska, gdzie jego opiekunem był Kurt Otto, były trener Schalke i polskiej drużyny narodowej. Tego samego roku został powołany do niemieckiej służby lotniczej w Fliegerhorst. W tym czasie nadal grał w piłkę, w drużynie Luftwaffen Sport Verein. Stacjonował w Berlinie, ale bardzo często w mundurze Luftwaffe przyjeżdżał do Warszawy. Prawdę mówiąc, Erwin lotnikiem nigdy nie został, był jedynie w wojsku pomocniczym. Później został przeniesiony do jednostki Markersdorf w dolnej Austrii, gdzie również grał w lokalnej drużynie złożonej z lotników. Po kilku miesiącach powrócił do Fürstenwalde. ,,Dawno temu rozmawiałem ze Zdzisławem Gierwatowskim, który grał w Polonii Warszawa od 1938 roku, więc znał Nyca osobiście. Mówił mi, że to był swój chłopak, żaden Niemiec, nawet nie posiadał niemieckiego akcentu a rozmawiali ze sobą w języku polskim”– wspominał Robert Gawkowski.
W środku wojny, podczas jednego z rozgrywanych meczów, kiedy to Polonia grała w konspiracyjnej lidze, przywdziewając czarne trykoty, wypatrzono Erwina w mundurze Luftwaffe. Przyglądał się swoim kolegom na boisku, a po spotkaniu wybrał się z nimi na prawdziwą „biesiadę”. Podczas wojny moralne opory znikały. Ludzie nie wiedzieli, czy dożyją kolejnego dnia, tygodnia, miesiąca… Najnormalniej na świecie, Nyc przesadził z alkoholem i podczas godziny policyjnej wyszedł na ulicę. Zaczął przy tym wymachiwać pistoletem i wołać: dajcie mi jakiegoś szwaba, ja go ukatrupię! Nie mogło obyć się bez patriotycznego akcentu. Wyobrażacie sobie, że niemiecki żołnierz zaczyna śpiewać hymn Polski? Tak też uczynił Erwin, nad którym prawdopodobnie opatrzność sprawowała swą opiekę – żaden patrol nie przechodził obok miejsca zdarzenia. Pan Zdzisław Gierwatowski mówił, że piłkarze Polonii będący wówczas z Nycem, zaciągnęli go siłą do jakiegoś pokoju, gdzie zasnął. Na szczęście miał broń, którą wymachiwał nadal przy sobie. Gdyby zastrzelił jakiegoś Niemca, to prawdopodobnie czekałby go pluton egzekucyjny albo w najlepszym wypadku karna kampania na Wschód. Pod koniec wojny dostał się także pod rosyjską niewolę. Po powrocie do Pogoni Katowice, gdzie Erwin grał po wojnie, napotkał wiele przeszkód. Był szkalowany przez władze komunistyczne, które mówiły, że musi ponieść konsekwencje za to, iż grał w niemieckich klubach. Poloniści stanęli jednak murem za swoim byłym zawodnikiem. Pisali listy, że Nyc nigdy nie był kolaborantem, współpracował z ruchem oporu, załatwiał pistolety dla Armii Krajowej, lecz nie wiadomo, ile w tym jest prawdy. Wszyscy, którzy z nim kiedyś grali czuli, że żaden z niego Niemiec. Erwin przyznał również, że na początku wojny miał kontakt z byłym polskim selekcjonerem Józefem Kałużą, który doradzał mu, że w ten sposób może uniknąć represji ze strony niemieckich okupantów. Te wypowiedzi pomogły Nycowi, a dochodzenie zostało przerwane. Nie mógł on jednak wyjeżdżać za granicę i nie można było powołać go do reprezentacji piłkarzy z ligi okręgowej, a także reprezentacji Polski. W przypadku Erwina Nyca, Ewalda Dytko, Teodora Peterka i Gerarda Wodarza, UB chciało dokładnie wiedzieć, co robili podczas służby we Wehrmachcie, a przede wszystkim u aliantów. Te przesłuchania napędziły im mnóstwo strachu, że dopiero wiele lat później poczynili jakieś uwagi na ten temat. Oficjalnie ich życiorysy podawały, że zostali zmuszeni do służby we Wehrmachcie, poczuwali się polakami i przy pierwszej okazji zdezerterowaliby – fragment książki Thomasa Urbana „Czarny orzeł, biały orzeł”. Erwin był człowiekiem o dobrym sercu – przywoził czasem z Niemiec, podobnie jak Karol Kossok to, czego nie było wtedy w Polsce. Mowa tutaj o piłkach, korkach czy sprzęcie piłkarskim. Prawdziwy spokój w jego życiu nadszedł po 1948 roku, kiedy zmienił pisownię nazwiska na polską. Z Erwina Günthera Nytza stał się Edwardem Piotrem Nycem. Brzmiało po naszemu, ale na Polonii nadal wołano na niego Erwin. Nikt nie widział w tym nic złego – znacząca część tych Polonistów zamieszana była w powstanie warszawskie, więc byli uczuleni na zdradę, lecz do Erwina nic nie mieli. Widzieli, że zmiana imienia ma na celu ułatwić mu drogę w tej nowej, komunistycznej rzeczywistości. Po zakończeniu aktywnej kariery sportowej Nyc próbował swoich sił w latach 50. w kilku drużynach z Górnego Śląska jako trener (m.in. w AKS Chorzów), jednak nie udało mu się zaistnieć w żadnym z prowadzonych zespołów. Opowieść o Erwinie Nycu sięgnie 1957 roku, kiedy to zorganizowany został jubileusz Wacława Kuchara. Zrobiono wówczas wielki mecz oldbojów pomiędzy Pogonią Lwów a Polonią Warszawa. Trzeba widzieć to, jako pewien opór w stosunku do komuny – był to październik, więc można było pozwolić sobie na więcej. Plakaty i wypowiedzi sugerowały, że Polonia podejmować będzie starą Pogoń. Spotkanie to miało przypomnieć o tym, że Lwów kiedyś był polski. Z Bytomia czy Wrocławia przyjechali dawni lwowiacy a Polonia zaprosiła Erwina Nyca a także Wilhelma Grolika, postać mniej znaną, ale również w swej historii kontrowersyjną. Wszyscy cieszyli się z obecności Erwina. To najlepszy dowód na to, jak go odbierano. Podczas wojny, w stosunku do jego osoby, było sporo niedomówień. Dzisiaj chyba już nikt nie mówi negatywnie o poczciwym Erwinie, który zmarł 1 maja 1988 r. w wieku 73 lat na terenie Piekar Śląskich.
8
Polski patriota w mundurze Luftwaffe:
@Adran360
@Bernard777
@FcPortoFan1999
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_
9
@FCBparasiempre
Dla wielu z nas futbol jest czymś, co dodaje codziennemu życiu kolorytu, uroku i magii. Emocjonujemy się meczami i wspólnie przeżywamy wygrane i przegrane. Poza swoją piękną stroną piłka nożna ma jeszcze tę nieco bardziej mroczną. W historii tej gry nie brakowało wielu tragicznych rozdziałów. Katastrofy samolotów z drużynami na pokładzie na zawsze zostawiły ślad naszej pamięci. Podobnie było z tragediami, w których poszkodowani byli kibice. W tragicznych wydarzeniach na stadionach Heysel, Hillsborough czy Ibrox zginęło wielu miłośników futbolu, takich jak my. Najwięcej ofiar pochłonęły jednak wydarzenia, jakie rozegrały się 24 maja 1964 r. w Limie a które do historii przeszły jako tragedia na Estadio Nacional albo rzeź w Limie. Południowoamerykańscy fani futbolu znani są ze swojej spontaniczności. Niejednokrotnie zdarzało się, że niektórzy z nich w przypływie emocji wbiegali na boisko. Tak miało być podczas meczu Peru – Austria na igrzyskach w Berlinie. W wyniku wtargnięcia Peruwiańczyków na murawę został poturbowany jeden Austriak, co w konsekwencji spowodowało podjęcie decyzji o powtórzeniu meczu, co z kolei doprowadziło do wycofania się Peruwiańczyków z olimpijskiej rywalizacji. Bohaterami tamtej ekipy byli tacy piłkarze jak Teodoro Fernández, Alejandro Villanueva i Jorge Alcalde. 27 października 1952 r. cała trójka brała udział w inauguracji nowego stadionu w Limie. Nowe Estadio Nacional, które stanęło na miejscu starego obiektu, rok później miało gościć uczestników mistrzostw Ameryki Południowej. Zadbano więc o to, żeby obiekt godnie się prezentował. Wyposażono go w wiele udogodnień, takich jak choćby luksusowe loże i windy na jednej z trybun. Uroczystości rozpoczęły się już o godzinie 10:00 i trwały do wieczora. W trakcie ich trwania uhonorowano wielu peruwiańskich sportowców, wśród których była wspomniana wyżej trójka piłkarzy z igrzysk w Berlinie, a także złoty medalista olimpijski Edwin Vásquez oraz Julia Sánchez i Gerardo Salazar, którzy święcili triumfy na igrzyskach panamerykańskich. Nikt wówczas nie mógł przypuszczać, że za kilkanaście lat stadion stanie się areną jednej z największych tragedii w dziejach futbolu. W maju 1964 r. rozgrywano w Limie turniej kwalifikacyjny do rozpoczynających się w październiku igrzysk olimpijskich w Tokio. Brały w nim udział młodzieżowe ekipy Argentyny, Brazylii, Kolumbii, Urugwaju, Chile, Ekwadoru i oczywiście Peru. 24 maja gospodarze mierzyli się z Argentyńczykami, którzy jak dotąd odnieśli komplet zwycięstw. Ewentualna wygrana z Peru dawała im już pewny awans na turniej w Tokio. Peruwiańczycy w pierwszym meczu tylko zremisowali z Ekwadorem i żeby myśleć o wyjeździe na igrzyska, to musieli przynajmniej zremisować z Argentyną. Tym bardziej że mieli jeszcze do rozegrania mecz z zawsze groźną Brazylią. Mimo że był to tylko turniej kwalifikacyjny do igrzysk, to spotkanie z Argentyną przyciągnęło na stadion rzesze kibiców. Sprzyjał temu fakt, że mecz był rozgrywany w niedzielę. Nie bez znaczenia była też klasa rywala i waga pojedynku. Wielu rozkochanych w futbolu Peruwiańczyków zmierzało na Estadio Nacional, licząc na dobry występ swoich ulubieńców i solidną dawkę sportowych emocji. Wszyscy oni szczelnie wypełnili trybuny stadionu, które mogły pomieścić 53 tys. widzów. Początek spotkania wyznaczono na 15:00 i punktualnie o tej godzinie urugwajski sędzia Ángel Eduardo Pazos dał znak do rozpoczęcia gry. Mecz początkowo przebiegał zgodnie z oczekiwaniami. Nieznaczna przewaga rysowała się po stronie Argentyny, ale Peru grało z wielkim zaangażowaniem i też potrafiło stworzyć dogodne sytuacje. W pierwszej odsłonie kibice nie zobaczyli jednak bramek. Kilkanaście minut po rozpoczęciu drugiej połowy Argentyńczycy objęli prowadzenie. Na listę strzelców wpisał się Néstor Manfredi, który wykorzystał błąd przy rzucie rożnym popełniony przez peruwiańskiego bramkarza Juana Barrantesa. Gospodarze niesieni fantastycznym dopingiem kibiców ruszyli do odrabiania strat. Czas jednak płynął, a bramki nie padały. Kiedy do końca pozostawało mniej niż dziesięć minut, argentyński obrońca Horacio Morales próbował wybić piłkę spod własnej bramki, ale ta odbiła się od stopy Peruwiańczyka Victora Lobatóna i wpadła do siatki. Radość kibiców nie trwała jednak długo. Sędzia Ángel Eduardo Pazos uznał, że napastnik gospodarzy przekroczył przepisy i gola nie uznał. Co zrozumiałe, decyzja Urugwajczyka nie spodobała się miejscowym fanom. Wkrótce na boisko wtargnął niejaki Víctor Malesia Vazquez, którego wielu kibiców znało jako Negro Bomba. Próbował zaatakować sędziego, ale w porę został obezwładniony przez służby porządkowe. Nie był to jego pierwszy taki wyskok, bo już wcześniej podobnie się zachowywał na meczach Alianzy Lima. Chwilę później za jego przykładem podążył inny rozzłoszczony obrotem spraw kibic. Edilberto Cuenca ruszył w kierunku sędziego i chciał go podobno zaatakować szyjką butelki, ale też został unieszkodliwiony. Sposób, w jaki tego dokonano budzi jednak niemałe kontrowersje. ,,Nasi policjanci kopali go i bili, jakby był wrogiem. To właśnie wzbudziło złość wszystkich(łącznie ze mną)- wspominał po latach Jose Salas, który był wówczas na trybunach. Cuenca miał zostać też zaatakowany przez policyjne psy, które na oczach innych kibiców szarpały jego ubranie. W kierunku policjantów zaczęły lecieć kamienie i butelki. Sytuacja robiła się coraz bardziej niebezpieczna, a niektórzy ze zgromadzonych próbowali sforsować ogrodzenie i dostać się na boisko. Sędzia podjął decyzję o przerwaniu meczu i zawodnicy zeszli do szatni. Niektórzy z kibiców widząc, że sytuacja robi się coraz bardziej niebezpieczna i że służby nie panują nad rozzłoszczonym tłumem, próbowali opuścić stadion. Nasza piątka zeszła ze schodów, żeby wyjść na ulicę podobnie jak wielu innych, ale brama wyjściowa była zamknięta. Odwróciliśmy się więc i zaczęliśmy z powrotem wchodzić po schodach, ale wtedy policja użyła gazu łzawiącego. Ludzie zgromadzeni na trybunach zaczęli stamtąd uciekać i wbiegli to tunelu, powodując ogromny ścisk – opowiadał Jose Salas. Po użyciu gazu na stadionie zapanował totalny chaos. Tysiące osób ruszyło ku stadionowym bramom, które jednak były zamknięte. Później pojawiały się głosy, że policjanci, którzy mieli ich pilnować, opuścili swoje stanowiska, żeby zobaczyć końcówkę meczu, lub też chcieli w ten sposób zmusić tłum do powrotu na trybuny. Ludzie dusili się, kaszleli i mdleli. Wiele osób zostało stratowanych i praktycznie zmiażdżonych. Wciśnięci między stalowe pręty bram nie mieli jak zaczerpnąć powietrza i zwyczajnie się dusili. Wiele dzieci zmarło na rękach rodziców. Ofiary były też wśród osób starszych. Salas wspominał, że przez dwie godziny był w takim ścisku, że jego stopy nie dotykały ziemi.
Kiedy w końcu udało się otworzyć bramy, spora część kibiców wdała się w zamieszki z policją. Ucierpiało wiele okolicznych sklepów i podpalono kilkanaście samochodów a funkcjonariusze mieli użyć ostrej amunicji. ,,Przechodzili obok mnie chłopcy z sąsiedztwa i zauważyli mnie. Byłem dość chudy udało im się mnie wyciągnąć. Ale potem zaczęło się strzelanie i zaczęli biec. Strzały padały na zewnątrz, kule były wszędzie. Zacząłem biec i nie oglądałem się za siebie– mówił Salas. W tym samym czasie piłkarze ciągle czekali w szatniach, czekając na moment, kiedy będą mogli w końcu wyjść. W składzie Peru grał wówczas młody Héctor Chumpitaz, który po latach podzielił się swoimi wspomnieniami z tego tragicznego dnia. Kiedy dotarliśmy do szatni, niektórzy ludzie zdążyli już wyjść na zewnątrz i wrócić, mówiąc, że były dwa zgony. „Dwa zgony?” – zapytaliśmy. Jeden już wydawał się dużo. Spędziliśmy w szatni dwie godziny, zanim pozwolono nam wyjść, więc nie wiedzieliśmy, co się dzieje. W drodze powrotnej do naszego ośrodka treningowego słuchaliśmy radia, gdzie podawano kolejne liczby – 10, 20, 30 ofiar. Za każdym razem, gdy pojawiały się wiadomości, to liczby rosły– 50 ofiar, 150, 200, 300, 350 – wspominał Chumpitaz. Oficjalnie w wyniku tragicznych wydarzeń na Estadio Nacional śmierć poniosło 328 osób, a ponad 500 zostało rannych. Według wielu ta liczba jest niedoszacowana, bo nie uwzględnia tych, którzy zginęli w starciach z policją. Istnieje wiele relacji naocznych świadków, którzy opowiadali o zmarłych z ranami postrzałowymi. Wyznaczony jednak do zbadania katastrofy sędzia Benjamin Castañeda nie był w stanie znaleźć dowodów, żeby te informacje potwierdzić. Kiedy usłyszał, że w szpitalu Loayza w Limie są dwie ofiary z ranami postrzałowymi, natychmiast udał się na miejsce. Docierając do kostnicy, spotkałem kogoś, kogo znałem. Zapytałem go, czy są tam dwa ciała z ranami postrzałowymi. „Tak”, powiedział mi, „ale oni właśnie je zabrali.” – mówił Castañeda. Kilka miesięcy po tragedii zgłosił się do niego starszy mężczyzna, który mówił, że jego dwaj synowie, którzy studiowali medycynę, przyjechali do Limy z prowincji i nigdy nie wrócili. Mężczyzna szukał ich nazwisk na listach ofiar, ale żadnego nie znalazł. Prowadził dalsze dochodzenie, ale bez skutku. Powiedziałem mu więc, że otrzymałem wiadomość, że niektórzy ludzie zginęli w wyniku strzałów i niestety nigdy nie mogłem odkryć ich tożsamości, ponieważ wszystko było przede mną ukryte – opowiadał Castañeda. W swoim raporcie Castañeda napisał, że liczba ofiar śmiertelnych podana przez rząd nie odzwierciedla prawdziwej liczby ofiar, ponieważ istnieją uzasadnione podejrzenia o potajemne usuwanie tych, którzy zginęli od kul. Oskarżył też ministra spraw wewnętrznych o zaaranżowanie inwazji na boisko i brutalną reakcję policji. Według niego pokaz siły miał uzmysłowić ludziom ryzyko, na jakie narażają się, występując przeciwko władzy. Rząd z kolei winą za zamieszki obarczył trockistowskich agitatorów. Dziennikarz Jorge Salazar, który napisał książkę traktującą o tragedii na Estadio Nacional, zauważa, że w tamtych czasach nastroje społeczne w Peru było bardzo burzliwe i wystarczyła tylko iskra, żeby wywołać ogień. ,,To były lata sześćdziesiąte, czas Beatlesów, Fidel Castro był w modzie, wszystko się zmieniało na świecie. W Peru po raz pierwszy mówiono o sprawiedliwości społecznej. Było dużo demonstracji, ruchów robotniczych i partii komunistycznych. Lewica była dość potężna, a między policją a ludem trwały nieustanne tarcia” – oceniał Salazar.
Po tragedii rząd ogłosił siedmiodniową żałobę narodową. Kościół zorganizował zbiórkę na rzecz pomocy rodzinom ofiar, a pogrzeby gromadziły tysiące żałobników. Pojawiały się też pojedyncze głosy, który nawoływały do anulowania wyniku meczu i zawieszenia urugwajskiego sędziego. Przeszły jednak bez echa, a sam arbiter bardzo przeżył te wydarzenia. Chciałbym mieć pewność, że to nie była moja wina, jak podają niektóre gazety w Limie. To było straszne. Gdybym wiedział, że zginie tyle ludzi, nie zagwizdałbym, a potem odłożył gwizdek na wieki. Chcę zapewnić wszystkich, że to nie była moja wina – mówił Urugwajczyk. Winą za tragedię obarczono komendanta policji Jorge Azambuje, który wydał rozkaz użycia gazu. Został później skazany na 30 miesięcy więzienia. Zamówiłem gaz łzawiący na trybuny. Nie wyobrażałem sobie jednak jak tragiczne mogą być konsekwencje – tłumaczył Azambuja. Drugim ukaranym był Castañeda. Nałożono na niego karę grzywny za sześciomiesięczne opóźnienie w publikacji raportu i niestawienie się na wszystkich 328 autopsjach, tak jak powinien. Jego raport po publikacji trafił do kosza. Turniej kwalifikacyjny został przerwany. Zwycięzcą została uznana Argentyna. O drugie miejsce miały powalczyć ze sobą Brazylia i Peru. W rozegranym 7 czerwca w Rio de Janeiro spotkaniu lepsi byli Canarinhos, którzy wygrali 4:0. ,,Oczekiwałem zwycięstwa, ale za taką cenę wolałbym najbardziej upokarzającą z porażek”– mówił potem trener Argentyńczyków Ernesto Duchini. Do dzisiaj nie udało się znaleźć odpowiedzi na niektóre pytania i prawdopodobnie nigdy się to już nie uda. Miejmy jednak nadzieje, że ta i inne stadionowe tragedie będą już tylko smutnym wspomnieniem i nauką na przyszłość.
7
Rzeź w Limie:
@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Bernard777
@Astad
@Adran360
0
@Wojciech123 O co chodzi?
0
@Bernard777 No właśnie! Zgadzam się z tobą w stu procentach!
10
@FCBparasiempre
Sezon 1994/95 był być może najbardziej drastycznym przełomem w dziejach rywalizacji o najcenniejsze klubowe trofeum w Europie. Po raz pierwszy bowiem nie wszyscy mistrzowie dostali szansę rywalizacji o najważniejsze trofeum na kontynencie. Z 48 zwycięzców rozgrywek ligowych do walki w eliminacjach Ligi Mistrzów przystąpiło bowiem tylko 24. Triumfatora poprzedniego sezonu oraz siedmiu Mistrzów z najwyższym współczynnikiem klubowym zwolniono z eliminacji, pozostała 16-tka została zaś podzielona na 8 par. Po raz pierwszy też owa runda pucharowa nosiła nazwę kwalifikacji i nie była przez nikogo traktowana jako część właściwej Ligi Mistrzów. Na trybunach Ernst Happel stadion na meczu finałowym(24.05.1995) pomiędzy Ajaksem a AC Milanem zasiadło 20 000 kibiców obu zespołów, przy czym ci z Amsterdamu zostali wyposażeni przez klub w chorągiewki, więc można powiedzieć że sprawiali lepsze wrażenie. Gdy piłkarze wychodzili z tunelu na boisko na pierwszy rzut oka widać było różnicę między rywalami. Poorane zmarszczkami oblicza Baresiego i Tasottiego kontrastowały z dziecinnymi twarzyczkami Reizigera, Davidsa czy braci de Boerów. W 11-tce Milanu znalazł się tylko jeden zawodnik mający mniej niż 26 lat, w jedenastce Ajaxu ledwie dwóch mających więcej niż 25. Było to zatem prawdziwe starcie generacji, lecz Louis Van Gaal wiedział że nie można czekać ze zwycięstwem w Lidze Mistrzów aż jego zawodnicy trochę dojrzeją. Może przeczuwał że niedługo świat futbolu całkowicie się zmieni i dojdzie do rewolucji w przepisach transferowych? W każdym razie jeszcze przed pierwszym występem swego zespołu w Lidze Mistrzów powiedział: ,, Obawiam się że nasi najzdolniejsi zawodnicy niebawem nas opuszczą". Zatem teraz albo nigdy! Po zakończeniu półfinałów Van gal ucieszył się że rywalem jego zespołu w meczu o puchar będzie Milan a nie PSG. ,, Milan gra jak my, przede wszystkim po to by wygrać. Podstawową strategią PSG natomiast jest uniknięcie porażki"- powiedział nieco naginając rzeczywistość do własnych wyobrażeń. Jakże bardzo się pomylił oczekując ze strony rywala z Lombardii ofensywnego nastawienia! Milan przystępował do meczu mocno osłabiony, brakowało bowiem kontuzjowanego Dejana Savicevicia, który z trybuny honorowej oglądał mecz w towarzystwie wciąż jeszcze pozostającego na liście płac u Berlusconiego, czy trwale już niezdolnego do gry Marco van Bastena. Capello bał się Ajaxu. Świadczy o tym najlepiej obrana przezeń na finał taktyka. Marcel Desailly miał indywidualnie kryć Litmanena. Robił to zresztą w sposób, który sprowokował Louisa Van Gaala do wykonania najsłynniejszej trenerskiej akcji w historii Ligi Mistrzów. Po tym jak Francuz zaatakował Fina we własnym polu karnym wysoko uniesioną nogą, co uszło uwadze arbitra, van Gaal za linią boczną wykonał skok przypominający cios kung-fu, za pomocą którego chciał zademonstrować całemu światu co stało się przed chwilą na boisku. Fotoreporter uwiecznił to na kliszy, zdjęcie obiegło świat a Van Gaal został zapamiętany jako świetny karateka. Desailly zajmował się więc Litmanenem a Boban Rijkaardem, choć w trochę bardziej subtelny sposób. Włoscy napastnicy Marco Simeone i Daniele Massaro mieli przeszkadzać Blindowi i Frankowi de Boerowi w wyprowadzaniu piłki z własnej połowy, tak by musiał to robić najbardziej chaotyczny z tego tercetu i miewający głupie pomysły Reiziger. Donadoni i Albertini byli zorientowani na utrudnianie życia Seedorfowi i Davidsowi. Milan prezentował więc taktykę na ,, nie", nastawioną na niwelowanie atutów przeciwnika. Ciekawe dlaczego Capello tym razem, inaczej niż w finale Ligi Mistrzów przed rokiem przystał na warunki rywala zamiast postarać się narzucić mu swoje? Może postąpiłby inaczej gdyby miał Savicevicia? A może tak bardzo wystraszyły go dwie porażki grupowe z Ajaxem i to co zespół ten zrobił w półfinale z Bayernem że obecność Czarnogórca niczego by nie zmieniła? Johann Cruyjff całym sercem kibicował Ajaksowi. Powiedział przed meczem że ma nadzieję iż tym razem wygra zespół prezentujący bardziej ofensywny i ładniejszy football. Zarazem jednak przestrzegał przed kontratakami Milanu, w ich zatrzymaniu widząc klucz do sukcesu rodaków. Myślenie ludzi z Amsterdamu przed finałem najlepiej wyraziło zdanie wypowiedziane przez Litmanena: ,, Jedyne czego potrzebuje Milan, to byśmy raz popełnili błąd w obronie". Niestety dla widowiska Van Gaal był tego samego zdania i podobnie jak Capello nie zaplanował szturmu. Do obrania ofensywnej strategii od pierwszej minuty nie przekonał go nawet fakt że jego zespół dwa razy pokonał Milan 2.0 w fazie grupowej, grając normalnie czyli po swojemu. Najwidoczniej zapamiętał jak rok wcześniej otwarty futbol w finale Ligi Mistrzów przeciwko Milanowi skończył się dla FC Barcelony. W pierwszej połowie Włosi zagrali więc skrajnie defensywnie a Ajax bardzo ostrożnie. Patrząc na futbol prezentowany przez Holendrów można było sprawować znane porzekadło i stwierdzić że najlepszym atakiem jest według nich obrona. Ostatecznie to Milan dominował choć wcale tego nie chciał. Nic zresztą z tej dominacji nie wynikało, gdyż kapitalnie spisywała się obrona Ajaxu dowodzona przez Blinda oraz pomoc. Jeden z najlepszych meczów w karierze rozgrywał Rijkaard ale w ofensywie w pierwszej połowie amsterdamczycy prezentowali się (jak powiedział sam Ronald) bardzo źle, to był gówniany mecz. W szatni Ajaxu doszło w przerwie do awantury. Van Gaal nie mógł dojść do głosu, gdyż kłócili się Rijkaard i Seedorf. Ostatecznie to starszy z graczy zyskał posłuch u kolegów i wytłumaczył im co powinni robić inaczej. Chodziło mu o szybszą wymianę podań. Kibice nie słyszeli jego słów i dlatego martwili się że do końca meczu nic się nie wydarzy. Po przerwie jednak Ajax z minuty na minutę poczynał sobie śmielej. Od początku tej części meczu Rijkaard odgrywał de facto rolę obrońcy a dzięki cofnięciu się o kilkanaście metrów miał więcej czasu i miejsca na konstruowanie akcji zaczepnych. Ciekawe kto wymyślił ten manewr - on sam czy Van Gaal? W 54 minucie Kanu zastąpił Seedorfa (miało na to wpływ wydarzenie w szatni), co zwiększyło siłę ognia i szybkość gry ofensywnej zespołu.
Gdy w 69 minucie Van Gal dokonywał drugiej zmiany, kibice byli mocno zdziwieni. Holenderski szkoleniowiec postanowił bowiem ściągnąć z boiska swojego Asa Jariego Litmanena, który nie potrafił w żaden sposób uwolnić się spod opieki Desaillyego i wpuścić w jego miejsce 18-letniego Patricka Kluiverta. ,, Byłem nieco rozczarowany faktem że zaczynam tylko na ławce rezerwowych ale rozumiałem że trener na finał potrzebuje bardziej doświadczonych zawodników"- mówił po latach napastnik w materiale ,, Guardiana". Kluivert dostał od van Gaala polecenie by nie cofał się do pomocników aby rozgrywać z nimi akcje, lecz szukał przede wszystkim wolnego pola i w nie wbiegał. Ponieważ Kanu był o miesiąc młodszy uprawnione jest stwierdzenie że menedżer Ajaxu postanowił uśmiercić Milan przy użyciu dzieci i ten plan się powiódł. 85 minucie, po akcji zaczętej przez van der Sara i wymianie przez amsterdamczyków 9 podań Rijkaard doskonale zagrał prostopadle do Kluiverta a ten z uśmiechem na ustach wykończył całość przytomnym strzałem. Kluivert nie ukrywał nigdy że Rijkaard był jednym z jego sportowych wzorów, tak więc zwycięski gol padł po akcji przeprowadzonej przez Mistrza i ucznia. ,, Pobiegłem gdzieś ale dopadli mnie koledzy, wszyscy się na mnie rzucili. Nie mogłem oddychać. Musiałem użyć wszystkich sił żeby się od nich uwolnić i nie dać się udusić"- wspominał autor decydującego trafienia. Po chwili po podaniu od Blinda gola mógł strzelić Kanu ale chybił a potem sędzia zakończył mecz. ,, Po ostatnim gwizdku zapanowało szaleństwo. Po prostu zwariowaliśmy, straciliśmy nad sobą kontrolę"- wspominał Kluivert. ,, Wulkan eksplodował- tak określił to w dwóch słowach Ronald de Boer i zakończył: - nie wiedzieliśmy że to się zbliża. Erupcja zaskoczyła nawet nas samych". Z kolei z twarzy piłkarzy Milanu bił smutek jakby głębszy niż tylko z powodu porażki. Po latach Daniele Massaro, dla którego był to ostatni mecz w Barwach zespołu z San Siro powiedział w reportażu ,, Guardiana": ,, Ten mecz zakończył okres pięknych 10 lat, w trakcie których wygraliśmy wszystko i zapisaliśmy piękną kartę w dziejach futbolu. Rok wcześniej nie byliśmy faworytami w meczu z FC Barceloną i wyszliśmy na mecz odpowiednio zmotywowani. Teraz popełniliśmy jakiś mentalny błąd, gdyż nie byliśmy równie zdeterminowani". W historii zawodu trenera było wielu nadętych buffonów, którzy uważali że pozjadali wszystkie rozumy ale wyraz w przekonaniu o własnej wyjątkowości dawali oni jednak zazwyczaj dopiero wtedy gdy wygrali coś znacznego, zdobyli ważne trofeum. Van Gaal nie potrzebował samemu sobie dowodzić własnej wielkości. Gdy w 1991 roku został awansowany z funkcji asystenta pierwszego trenera Ajaxu na naczelne stanowisko powiedział zarządowi: ,, Gratuluję zatrudnienia najlepszego managera na świecie". Słowa te przedostały się do wiadomości publicznej. Ton Harmsen prezydent klubu nie miał innego wyjścia niż przedstawić nowego Bossa dziennikarzom mówiąc: ,, Luis jest cholernie arogancki, tutaj lubimy takich ludzi". Ajax Amsterdam Luisa van Gaala jest głównym bohaterem pierwszego rozdziału świetnej książki Michaela Coxa: ,, Gegen pressing i Tiki Taka". Cox pisze o holenderskim futbolu totalnym wprowadzonym przez Rinusa Michelsa w latach 70-tych XX wieku. ,, Zawodnicy Ajaxu i reprezentacji Holandii nie byli rzekomo przypisani do pozycji i zdawało się że mogą błąkać się po boisku gdzie tylko chcą dzięki czemu grają energiczny, płynny, piękny futbol w rzeczywistości jednak piłkarze wymieniali się pozycjami tylko w linii pionowej, choć teoretycznie mogli swobodnie przemieszczać się po boisku, ciągle myśleli o swoich obowiązkach, biorąc pod uwagę działania kolegów z drużyny". Michels miał kilku uczniów, wśród nich Cruyffa i Van Gaala. Ci dwaj zaś rozwinęli jego myśl w różnych kierunkach. ,,Cruyff z całego serca wierzył w rolę gwiazdorów, Van Gaal nieugięcie podkreślał znaczenie kolektywu". Cox przywołuje słowa Michelsa: ,, W podejściu Van Gaala jest mniej miejsca na swobodę i wymienność pozycji. Ponadto dopracował budowanie akcji do najmniejszego szczegółu". Doszło do tego że w zasadzie zabronił typowej dla futbolu totalnego wymienności pozycji między graczami biegającymi po tej samej stronie boiska, czyli tak bardzo rozwijał ideę Michelsa aż w końcu im zaprzeczył. W jego ideale zawodnicy mieli jak najmniej biegać po boisku, za to być na nim idealnie rozstawieni. Van Gaal nie cierpiał dryblingów. Nie tylko uważał je za nieefektywne, lecz także sądził że są przejawem skrajnego piłkarskiego egoizmu. To wszystko było w pewnym sensie gryzieniem się przez psa we własny ogon ale jakże owocnym! Cox pisze dalej: ,, kiedy Ajaxowi nie udawało się wygrać Van Gaal narzekał zwykle że jego podopieczni nie trzymali się ustaleń. Praca z młodymi chłopakami cieszyła go właśnie dlatego że dało się ich kształtować. Nie potrzebuję 11 najlepszych, potrzebuję najlepszej jedenastki"- powiedział. O co dokładnie chodziło wyjaśnił po latach Kluivert. Otóż (jako wychowanek) ,, wszedłem do nowego dla siebie zespołu Jakbym grał w nim od lat, od razu odnalazłem się w jego taktyce". Van Gaal oczywiście nie pracował sam. Zbudował sztab składający się z oryginałów, wręcz maniaków. Jos Geysels, który wcześniej pracował z hokeistami odpowiadał w nim za ukształtowanie wytrzymałości piłkarzy oraz ich szybkości dynamicznej. Nad techniką biegu pracował były koszykarz Laszlo Jambor. Siła i gibkość były domeną Renne Wormhoudta, wcześniej opiekującego się drużyną Futbolu Amerykańskiego ,,Amsterdam Admirals”. Ronald de Bouer w rozmowie z ,,For for to” wspominał że ćwiczenie Wormhoudta były bardzo ciekawe, ich wykonywanie bawiło zawodników a jednocześnie przynosiło szybkie efekty.
W Ajaxie wielkiej wagi nie przywiązywano tylko do jednego- w kwestii żywieniowych. Doprawdy w kontekście wszystkiego tego co zostało napisane o perfekcjonizmie Van Gaala i jego sztabu zdumiewają słowa Marka Overmarsa z wywiadu dla ,, Independent" z 2017 roku: ,, wszystkie kluby miały już wtedy swoje laboratoria, dietetyków a my w dniu finału poszliśmy w dresach na stołówkę i dostaliśmy na obiad to co dostają zwykle uczniowie, którymi wielu z nas wciąż było a mianowicie małą zupkę, spaghetti i szarlotkę". Na boisku jednak Ajax Van Gaala, nawet jeśli napędzany tylko spaghetti i szarlotką był prawdziwą mechaniczną pomarańczą, zespołem, którego gra pozostawała skrajnie zautomatyzowana, zaprogramowana przez trenera. Nikt tak jak Gaal nie wierzył bowiem siłę schematów i nikt nie umiał ich tak wcielać w życie jak wychowankowie klubu, w którym pracował. Zazwyczaj schematami posługują się drużyny nastawione na defensywę i Ajax także znakomicie wykorzystał je próbując odzyskać piłkę. To było prekursorskie podejście, dlatego van Gaal jest jednym z ojców ,,gegenpressingu” a także rozkładania na czynniki pierwsze ekipy rywali. ,, Van Gal analizował nagrania ze spotkań najbliższych rywali i szczegółowo tłumaczył jak konstruują akcje a także w jaki sposób je przerywać a jego asystent Bruins Slot bezustannie zaskakiwał piłkarzy poziomem wiedzy na temat konkretnych przeciwników"- pisze Cox. Przy tym wszystkim Ajax był ekipą nastawioną na wskroś ofensywnie. Po odbiorze piłki amsterdamczycy natychmiast rozpoczynali realizację innego schematu, nakierowanego na rozciągnięcie szeregów obronnych rywala i szybkie zdobycie dostępu do jego bramki. Bardzo wiele akcji krzyżowym przerzutem rozpoczynał świetnie wyszkolony lewy kryjący Frank De Boer. Danny Blind wolał raczej atakować środkiem, szukać prostopadłego podania. Z kolei Reiziger po odzyskaniu piłki ruszał do przodu a był jednym z najszybszych zawodników Europy. Właśnie jego szybkość umożliwiała też całemu zespołowi wysokie ustawienie linii obronnej. Reizeger zawsze zdążył wrócić jeśli drużynie nie udała się pułapka ofsajdowa. Cox kwartet Reiziger- Blind-Rijkaard-De Boer nazywa najbardziej utalentowaną technicznie czteroosobową obronę, jaką widziała piłka nożna, co być może jest pewną przesadą ale niewielką. Wszyscy jednak, łącznie z Rijkaardem byli owocami pracy van Gaala. ,, Nasz trener był zawsze skupiony na jednym: poprawianiu umiejętności i jakości gry każdego piłkarza"- scharakteryzował go w 2017 roku Edwin van der Sar. Van Gaal miał obsesję na punkcie niektórych ćwiczeń, rozgrzewka polegała na podawaniu piłki prawą nogą do lewej i na odwrót, codziennie też jego zawodnicy trenowali grę na jeden kontakt i 30-metrowe przerzuty, które potem w meczu wykonywali z zamkniętymi oczami. W ataku charakterystyczne było wykorzystywanie całego pola gry. Jari Litmanen po stracie piłki pierwszy obrońca (Van Gal do prawdy potrzebował dziesiątki z niewielkim ego, który nie przeszkadzałoby w paraniu się brudną robotą) po jego odzyskaniu przeistoczą się w zawodnika zawsze pozostającego pod grą, pokazującego się do podania każdemu koledze przy piłce. Fin był przy tym Także najlepszym strzelcem zespołu (zdobył 6 z 13 goli w tamtej kampanii Ligi Mistrzów), gdyż zarówno skrzydłowi, jaki środkowy napastnik odgrywali rolę przynęty (jak to ujął koks), mającej wyprowadzić defensorów z pola karnego, by Litmanem mógł tam poszaleć. Może nie wykonywał tylu efektownych zagrań co jego poprzednik Denis Bergkamp ale za to wszechstronnością bił nawet Holendra. ,, Naszą najlepszą dziesiątką w historii był Litmanen"- powiedział kiedyś Rijkaard. Ze skrzydłowych wybijał się Mark Overmars, zawodnik dysponujący niebywałym przyspieszeniem i potrafiący w zasadzie wszystko. ,, Overmars należał do absolutnej czołówki. Dobrze dryblował, potrafił wygrać pojedynek"- mówił o nim Van Gaal, co dowodzi że może i zakazywał piwek ale gdy jeden z jego zawodników spróbował i mu wyszło, szkoleniowiec nie był zły tylko zadowolony. Finidi George też zresztą lubię dryblować i też był klasycznym skrzydłowym, który miast ścinać do środka wolał bawić się z przeciwnikiem w kotka i myszkę przy linii bocznej. Jednak z sercem drużyny pompującym nieustannie krew do żył amsterdamskiej ekipy był duet znakomity w środkowych pomocników Edgar Davids- Clarens Seedorf. Myślę że ich grę w tamtym sezonie oraz rolę w zespole spokojnie można porównać do gry i roli Xaviego oraz Iniesty w FC Barcelonie Guardioli oraz Luki Modricia i Toniego Crossa w Realu Zidane. ,, Obaj byli znakomici technicznie ale zarazem na tyle pełni energii by toczyć boję w pomocy i ruszać do przodu ze wsparciem dla grających na środku piłkarzy ofensywnych"- pisze trafnie Cox.
Najcenniejszy opis specyfiki i fenomenu Ajaxu z sezonu 1994/95 wyszedł wszakże z ust Jorge Valdano, w roku 1995 trenera Realu. Po triumfie ekipy van Gaala w wiedeńskim finale powiedział: ,, Ajax zbliża się do futbolowej utopi. Ma znakomitą koncepcję gry a zarazem jego zawodnicy są bardzo silni fizycznie. Ajax jest zarazem piękną i bestią". Można by dodać że był w 1995 roku ekipą zarazem młodą, jaki doświadczono ,, Nigdy nie widziałem tak intensywnego rytmu gry i takiej koncentracji u tak młodych piłkarzy"- powiedział Daniele Massaro. A oto opinia Danego Blinda z wywiadu z 2020 roku udzielonego stronie ad.nl: ,, Byliśmy piłkarzami, którzy potrafili myśleć o krok do przodu. Dużo pracowaliśmy taktycznie na treningach, taktyka zawsze była podczas gry najważniejsza. Potrafiliśmy dobrze ocenić każdą boiskową sytuację. Mieliśmy młodą ale też bardzo dorosłą grupę z mądrymi graczami". Prawda jest taka że zwycięski Ajax był dziełem (kreaturą) swego trenera w takim stopniu, w jakim chyba żaden inny z triumfatorów tej imprezy. Jednak sukcesu z 1995 roku nie byłoby też bez tych, którzy zaszczepili Ajaksowi jego wyjątkową kulturę piłkarską a mianowicie Rinusa Michelsa i Johana Cruyffa a z kolei bez van Gaala nie byłoby półfinału Ligi Mistrzów w sezonie 2018/19, kiedy klubem zarządzali w van der Sar i Overmars. ,, Byliśmy 10 sekund od finału Ligi Mistrzów. Mam nadzieję że pewnego dnia uda się Ajaksowi znów w nim zagrać. W 2019 roku stało się jasne że nie jest to niemożliwe mimo że czasy zmieniły się tak bardzo"- powiedział wówczas Danny Blind.
8
Ajax po raz pierwszy ze srebrnym trofeum(dokładnie 30 lat temu):
@Adran360
@Astad
@Bernard777
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_
8
Tragiczny w skutkach wypadek legendy FC Barcelony:
Francisco Javier Urruticoechea czyli ,,Urruti” był bramkarzem Barçy w latach 1981-88. Pochodzący z Kraju Basków zawodnik trafił na Camp Nou z Espanyolu i w latach 1982-86 był podstawowym golkiperem Dumy Katalonii. Po odejściu z Barcelony zakończył karierę i został trenerem bramkarzy. Kilka godzin przed feralną nocą(24 maja 2001 r.) oglądał wraz z przyjaciółmi finał Ligi Mistrzów. Następnie wsiadł do swojego Mercedesa 320 CE i ruszył w strone domu. Będąc blisko celu około godziny 3:37 w nocy na północnej obwodnicy Barcelony stracił panowanie nad kierownicą i jego samochód trzykrotnie uderzył w bariere ochronną a sam Urruti wypadł z pojazdu. Jadący za nim kierowca BMW nie był w stanie go ominąć i bramkarz poniósł śmierć na miejscu.
@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@AssisMoreira
@Astad
@Arkon
1
@tbas Takich historii nie streszcza się w dwóch zdaniach. Widać zamiast czytać artykuły i książki, to większość z was woli durnowate strony internetowe...
2
@FCBparasiempre
Minimalizm Leo fascynował od zawsze. Zdolny do aktów niezwykłej wirtuozerii, Lider Argentyńczyków miał również rzadką umiejętność wybierania w każdej sytuacji najprostszych rozwiązań, nigdy nie starał się być szczególnie brawurowy czy przesadnie ekstrawagancki. W spotkaniu ze Szwajcarią dostrzegało się jednak również że odstaje kondycyjnie i było to coś nowego. Przez 120 minut przebiegu jedynie 10 km i 700 m a więc najmniej ze wszystkich piłkarzy z pola. Zaprezentował też najmniejszą ze wszystkich graczy z pola aktywność o średniej i wysokiej intensywności (Jak nazwała Ten parametr w FIFĘ). Miał tylko 31 sprintów, spośród graczy z pola rzadziej robili to jedynie środkowi obrońcy Federico Fernandez i Fabian Schar. Kiedy w tej samej rundzie Brazylia pokonywała Chile po serii rzutów karnych okazało się że Neymar przebiegł o 3 km więcej od Messiego i wykazywał się aktywnością o średniej i wysokiej intensywności przez 21 minut (przy dziewięciu minutach Messiego), Brazylijczyk zaliczył też 57 sprintów. To raczej statystyki Neymara wydają się typowe dla zawodnika występującego na tej pozycji; w innym meczu tej fazy Thomas Muller biegał ze średnią i wysoką intensywnością przez 20 minut i zanotował 56 sprintów. Mimo to Leo kolejny raz wygrał mecz dla swojej ojczyzny. Szwajcarzy stracili koncentrację na 3 minuty przed końcem dogrywki. Kapitan Argentyńczyków przyspieszył, osiągając prędkość 27,58 km na godzinę. Wedle FIFA był to jego najszybszy bieg w trakcie całego meczu obrońcy rzucili się w jego stronę, on zaś faktycznie w sposób, który przypominał nieco zagranie Maradony do Caniggii w meczu z Brazylią sprzed 24 lat, o którym śpiewali teraz argentyńscy fani posłał piłkę w kierunku di Marii. Strzał tego ostatniego nie był może tak piękny jak tamten gol ale miał równie wielkie znaczenie. Po objęciu prowadzenia Argentyńczycy zaczęli Zresztą grać fatalnie a Dżemaili niemal doprowadził do wyrównania, główkując W najbliższej odległości w słupek a potem próbując jeszcze bez powodzenia do bitki kolanem. Suma summarum mecz skończył się wynikiem 1:0 i Argentyna awansowała do ćwierćfinału. Kibice czekali jednak na powtórkę z historii, na to że Messi błyśnie tak, jak zrobił to Maradona w 1986 roku. Wówczas stało się to przecież właśnie w ćwierćfinale. Błysku jednak nie było, Argentyńczycy ograli Belgów ale ich kapitan grał słabo a co gorsze Di Maria złapał kontuzję uda. Pod nieobecność tego ostatniego akcje ofensywne Albicelestes w półfinale z Holandią nie było już takie groźne. Mecz ten rozgrywano zresztą w wielkim smutku. Argentyńczycy wyszli na boisko z żałobnymi opaskami aby uczcić pamięć zmarłego dwa dni wcześniej Alfredo di Stefano. Symbol ten nabrał dodatkowego znaczenia rankiem w dniu meczu, ponieważ dziennikarz Jorge Lopez zginął w wypadku samochodowym, po tym jak jego taksówka została potrącona przez pojazd, którym złodzieje uciekali przed policyjnym pościgiem. Żona zmarłego również pracująca przy obsłudze mistrzostw dowiedziała się o wszystkim z tweetu Diego Simeone który wyrażał smutek i przerażenie w związku z tą tragedią. Messi będący skądinąd dobrym znajomym Lopeza i tym razem błyszczał tylko sporadycznie, choć jego rajd i dośrodkowanie w ostatnich sekundach omal nie przyniosły Argentynie zwycięstwa. Ostatecznie wygrała po rzutach karnych ale najlepszym piłkarzem meczu był niewątpliwie Mascherano, opanowany i waleczny defensywny pomocnik, który w samej końcówce spotkania zdołał dogonić szarżującego Robbena i zablokować jego strzał. Przy tym zagraniu, jak później wyznał ,, rozerwał sobie odbyt". Przecież to wciąż jeszcze mógł być turniej Messiego, musiał jedynie zagrać wielki mecz o złoto z Niemcami, które w półfinale rozgromiły gospodarza … 7:1! Gdyby tylko zdobył gola na wage zwycięstwa, to w połączeniu z czterema golami w fazie grupowej i podaniem do Di Marii w meczu ze Szwajcarią dałoby się pewnie zbudować wokół jego mundialowego występu stosowną narrację. Nie brakowało zresztą wiele, gdyż tuż przed przerwą uderzył minimalnie niecelnie. Nie brakowało wiele całej Argentynie, Higuain zmarnował sytuację sam na sam, sędziowie(słusznie) nie uznali mu gola ze spalonego a bramkarz Niemców Manuel Neuer mógł obejrzeć czerwoną kartkę za brutalne wejście w argentyńskiego napastnika.
Sabella być może z wieczną swoją szansę i w przerwie finału wprowadził Aguero w miejsce Lavezziego, tyle że napastnik Manchesteru City wciąż nie był w pełni sił i nie zdołał odmienić losów meczu. O tym że to Niemcy zdobędą złoty medal przesądził wolej Mario Götzego 113 minucie. Jeśli brać pod uwagę przebieg całego turnieju, było to zapewne zwycięstwo zasłużone, choć trzeba przyznać że Argentyńczycy znaleźli się bardzo blisko sukcesu. Ostatni akt z udziałem Messiego nastąpił w ostatniej minucie, kiedy Argentyna miała rzut wolny tuż zza linii pola karnego. Najlepszym rozwiązaniem wydawała się wrzutka w pole karne, gdzie na taką okazję czekał Ezequiel Garay; doświadczenie meczu ze Szwajcarią uczyło jak obrońców rywala może rozproszyć perspektywa rychłej nagrody, więc postawienie Niemców przed koniecznością wybicia piłki stanowiłoby przynajmniej test ich charakterów. Messi jednak podjął inną decyzję a piłka po jego strzale poszybowała w powietrze. Oczywiście z perspektywy czasu łatwo go za to krytykować ale gdyby strzelił mielibyśmy kolejny dowód ile potrafi, kiedy ,, się wkurzy", i bierze odpowiedzialność i rozwiązuje problem. Wówczas jednak wydawało się że sam uległ narracji o człowieku, który wygrywa mundial w pojedynkę. Przepadła najlepsza okazja aby zawodnicy, którzy w 2005 roku sięgnęli po mistrzostwo świata do lat 20-tu, pokonali Niemców, z których pięciu wygrało z kolei Mistrzostwa Europy do lat 21 w 2009 roku. Po ostatnim gwizdku, kiedy Niemcy czekali na wręczenie pucharu ogłoszono że Lionel Messi został uznany za najlepszego zawodnika turnieju. Trudno sobie wyobrazić aby wciśniętą mu w ręce nagrodą mógł wyglądać bardziej ponuro. Nikt go wprawdzie nie obwiniał o niepowodzenie Argentyńczyków, nikt nie miał poczucia że zawiódł, pojawiły się jednak wątpliwości. Czy biegał tak mało ze względu na wspomniany już minimalizm, czy były ku temu jakieś poważniejsze przyczyny? W tygodniu poprzedzającym finał jego ojcu przypisywano (szybko zresztą zdementowane) słowa że nogi Messiego ,, ważą po 100 kg". Czy miało to coś wspólnego ze zjawiskiem, które dawało się zauważyć w ciągu ostatnich kilku lat a mianowicie obrazem zawodnika, który wymiotuje na boisku? Kiedy potem w FC Barcelonie znów zaliczył znakomity sezon, trudno było nie myśleć że podczas mundialu w Brazylii wydarzyło się coś niedobrego, choć nigdy nie zdołano przekonująco ustalić co mianowicie, a sam Argentyńczyk mówił że przez cały rok 2014 nie mógł złapać formy. Mówienie o klęsce drużyny, która właśnie wystąpiła w finale Mistrzostw Świata a co więcej, miała w nim więcej szans na wygraną, byłoby skrajną niesprawiedliwością. Większość Argentyńczyków żywiła wdzięczność dla Sabelli i jego piłkarzy, także za to że dzięki nim dobiegła końca niepokojąca tendencja: do mundialu w Brazylii jedyną drużyną, którą ich rodacy pokonali w fazie pucharowej wszystkich Mistrzostw Świata od 1990 roku bez serii rzutów karnych był Meksyk. W następnych tygodniach Messi musiał więc jeszcze wiele razy prezentować żałobne oblicze podczas różnych publicznych ceremonii, snując się osowiały gdzieś w tle choćby podczas przywitania reprezentacji przez panią prezydent Cristinę Kirchner. Nie ulegało wątpliwości: to, że Argentyna nie wygrała mundialu, który miał być mu przeznaczony, że tamta młodzieżówka z 2005 roku wówczas nie spełniła pokładanych w niej nadziei i że jeszcze jedno argentyńskie marzenie rozwiązało się bezpowrotnie, było dla Leo źródłem wielkiego bólu.
No cóż, dla zagorzałych sympatyków Albicelestes, takich jak ja, ten ból był okropny, zwłaszcza że te znienawidzone przezemnie ,,Niemiaszki” miały więcej szczęścia niż rozumu. No ale taki bywa futbol, nie raz okrutny i ciężki do przeżycia. Bogu dzięki że po latach Messi i spółka zdobyli w końcu to, co okrutny los odebrał im niemal dekade wcześniej…
2
@FCBparasiempre
Argentyna pogrążona w żałobie(a ja wraz z nią):
Zwykłe samochody, minibusy, kampery, vany. Pojazdy zaparkowane ciasno jeden przy drugim na poboczu drogi wiodącej wzdłuż plaży. Cała ,,Copacabana” pełna biało-niebieskich flag i szalików. Rankami, gdy słońce wschodziło nad Atlantykiem, następowało to wielkie, zbiorowe przebudzenie, setki argentyńskich kibiców zaczynały kręcić się przy maleńkich turystycznych kuchenkach i podgrzewać wodę na matę. Niektórzy spali na plaży, inni na ulicznych ławkach pozbawiając miejsca bezdomnych. ,,Fun Fest” to straszliwe centrum korpoświata FIFA, gdzie za pomalowanie twarzy trzeba zapłacić równowartość 40 zł a za butelkę ,,oficjalnego" wina ponad 600, leżało na drugim końcu plaży ale prawdziwe serce turnieju było tutaj, w tym anarchicznym skupisku, gdzie kibice z całego świata (choć głównie jednak z Argentyny) spotykali się i pili, flirtowali i się kłócili a nade wszystko oglądali mecze na wielkich telebimach. Wraz z nimi pojawiła się rzecz jasna pieśń - śpiewany na melodię ,,Bed Moon Rising” nieoficjalny hymn turnieju, opisujący brazylijski horror, czyli zwycięstwo najgorszego rywala na Maracanie. ,,Brasil, decime que se siente tener en casa a tu Papa? Seguro que aunque pasen los anos, nunca lo vamos a olvidar que el Diego te gambeto, El Cani te vacuno: Estas llorando desde Italia hasta hoy a Messi lo vas a ver La Copa nos va a traer. Maradona es mas grande que Pele"(Brazylio powiedz jak to jest gościć swojego Papę, lata miną a ty nigdy nie zapomnisz jak kiwał cię Diego, jak El Cani(Claudio Caniggia strzelający gola z podania Maradony przeciwko Brazylii na mundialu w 1990 r.) cię kłuł. Włochy widzą wciąż twoje łzy a Messi, ech zobaczysz zawiezie puchar do domu, Maradona jest lepszy niż Pele). Podczas Mistrzostw Świata w Brazylii tę piosenkę słyszało się wszędzie. To nie wszechobecność tych słów robiła jednak największe wrażenie ale fakt że stanowiły podsumowanie wszystkich argentyńskich fascynacji. Być może przywołanie turnieju we Włoszech wiązało się po prostu z faktem że w drugiej rundzie ,,Albicelestes” wygrali tam z Brazylią ale wydawało się też odzwierciedlać fakt że zainteresowanie grą Argentyńczyków było o wiele większe w kraju niż za granicą a jeszcze bardziej znaczące było zestawienie Maradony z Messim. Ich rodacy wierzyli że mundial w Brazylii będzie turniejem Messiego, tak jak mistrzostwa w Meksyku należały do Maradony. Tyle że jak się wkrótce okazało, to co przeżył Leo w 2014 roku przypominało raczej doświadczenia Maradony z roku 1990. O tym że będą to mistrzostwa Messiego mówiono niemal od dekady A to kolejna rzecz łącząca go z maratonu. Jesienią 2005 roku Leo negocjował swój pierwszy dorosły kontrakt z FC Barceloną. Miał 18 lat i od roku grał już w hiszpańskiej Ekstraklasie. Obie strony pragnęły podpisać wieloletnią umowę ale różnił je pewien szczegół: klub chciał by upływała w 2014 roku (i w końcu postawił na swoim), jednak ojciec piłkarza upierał się natomiast przy rok krótszym kontrakcie. Chodziło mu o to że gdyby w Barcelonie coś poszło nie tak, Leo mógłby odejść na rok przed turniejem i miałby czas na odbudowę formy. Po latach okazało się że w kadrze Argentyny na Mistrzostwa Świata w Brazylii znalazło się sześciu zawodników, którzy w 2005 roku wystąpili w finale Mistrzostw Świata do lat 20. Messi nie odegrał na turnieju tak dużej roli jak jego wielki poprzednik w 1986 roku, a zresztą nawet fizycznie nie byłby w stanie tego zrobić. Owszem przeprowadził wiele kluczowych akcji ale zarazem przekonał się po raz kolejny że w dorosłej piłce nie da się wygrać meczu w pojedynkę, ,, wkurzając się", aby przywołać raz jeszcze fraze Grighiniego, tak jak to robił wiele lat wcześniej w spotkaniach juniorskich Newell’s Old Boys. Argentyńczycy rozpoczęli eliminacje do mundialu w Brazylii w ustawieniu 4-4-1-1 z Messim za plecami Higuaina, później jednak przeszli na 4-3-3 z Leo po prawej stronie napastnika ale schodzącym do środka i wymieniającym się z nim pozycję, oraz Aguero po lewej. Mówiło się wtedy że sam Messi naciskał na tę zmianę, chcąc załatwić miejsce w wyjściowej 11-tce dawnemu koledze z pokoju. Jakiekolwiek były powody drużyna została świetnie zbalansowana. Di Maria biegał między polami karnymi po lewej stronie pomocy asekurowany przez defensywnie usposobionego obrońcę Marcosa Rojo, przed parą stoperów operował Javier Mascherano a ustawiony po jego prawej stronie Fernando Gago również często trzymał się własnej połowy ułatwiając rajdy po skrzydle Pablo Zabalecie, drugiemu bocznemu obrońcy. Strategię Argentyńczyków skomplikowały kontuzję. Gago miał problem z kolanem i choć zdołał wyleczyć się na mundial był daleki od szczytu formy. Aguero narzekał na łydki i ścięgna a Higuain zmagał się z kontuzją kostki, wszystko to tuż przed pierwszym meczem ,,Albicelestes” na turnieju przeciwko Bośni i Hercegowinie na stadionie Maracana. Zważywszy jednak nawet na te wszystkie utrudnienia, decyzje personalne Sabelli zaskakiwały tak bardzo że wśród argentyńskich kibiców pojawiło się wiele teorii spiskowych; selekcjoner zrezygnował z ustawienia 4-3-3 i zastąpił je systemem 5-3-2, które podczas eliminacji testował tylko trzykrotnie w trakcie wyjazdowych meczów z Wenezuelą, Boliwią i Ekwadorem zakończonych porażką i dwoma remisami.
Jak się w końcu okazało rzecz nie miała nic wspólnego ani z oczekiwaniami Messiego aby Argentyna grała dwójką z przodu, ani z żadnymi innymi dziwacznymi koncepcjami. Po prostu Sabella nie chciał równocześnie ryzykować zdrowia całej trójki zdolnych do gry zawodników ofensywnych, wśród których był i tak daleki od formy Aguero. Selekcjoner wystawił Messiego za plecami Aguero, w drugiej linii zaś di Marię i Maxi Rodrigueza, między którymi operował Mascherano. Z Bośnią i Hercegowiną Argentyńczycy objęli prowadzenie już w trzeciej minucie, kiedy po rzucie wolnym Messiego i strzale Rojo piłkę odbiła się od Kolasinača. Po tym szczęśliwym początku zostali jednak zepchnięci do głębokiej defensywy i w przerwie(tym razem podobno rzeczywiście za sprawą Messiego, choć przecież nie on jeden zrozumiał że jest tylko kwestią czasu aż jedno z zabójczych podań Pjanicia albo Missimovicia trafi do snajperów rywali) zmienili ustawienie na 4-3-3. Na boisku pojawił się Gago i Higuain a gra Argentyńczyków natychmiast się uspokoiła. Messi wprawdzie wciąż nie błyszczał ale w 65 minucie wziął udział w akcji typowej dla tej drużyny z okresu eliminacji. Higuain wszedł na lewą stronę aby zrobić mu miejsce w środku a piłkarz Barçy minął dwóch obrońców i strzelił po ziemi tuż przy lewym słupku. W końcówce spotkania Ibiševič zdobył gola honorowego i mecz zakończył się wygraną 2:1. Kiedy drużyna zostanie przy ustawieniu 433 a jej kluczowi zawodnicy wrócą do zdrowia, w kolejnych meczach będzie dużo łatwiej. Wymęczone zwycięstwo na początek turnieju to scenariusz dobrze Argentyńczykom znany, wydawało się więc iż kiedy drużyna zostanie przy ustawienu 4-3-3 a jej kluczowi zawodnicy wrócą do zdrowia, w kolejnych meczach będzie dużo łatwiej. Mimo to cały turniej przebiegał dla Albicelestes w podobny sposób jak mecz z Bośnią. Irańczycy bronili się znakomicie, frustrując Argentyńczyków i samemu stwarzając dogodne sytuacje, w końcu jednak już w doliczonym czasie gry Messi dostał piłkę po prawej stronie boiska jakieś 10 m. przed polem karnym rywala. Między nim a bramką znajdowało się 11 Irańczyków ale Leo się rozejrzał, przełożył piłkę na lewą nogę a potem uderzył obok Ghuczanneżada, ponad Sadeghim i pomiędzy próbującym interwencji bramkarzem a słupkiem. W każdych okolicznościach byłby to fantastyczny gol ale zdobyty w chwili gdy zirytowany Maradona zdążył już opuścić stadion, wydawał się jeszcze bardziej wyjątkowy. Oto lider Argentyńczyków wziął odpowiedzialność za losy meczu i pokazał że skoro nikt inny nie może trafić do siatki, zrobi to on. Zwycięstwo z Iranem dało piłkarzom Sabelli awans i stawką ostatniego meczu grupowego(z Nigerią) było wyłącznie to, kto wyjdzie z grupy z pierwszego miejsca. Argentyńczyków satysfakcjonował remis ale zdołali wygrać 3:2, Messi zaś zdobył dwa gole, najpierw po kapitalnym uderzeniu z pierwszej piłki, które omal nie rozerwało siatki, po tym jak wcześniejsze uderzenie Di Marii odbiło się i od słupka i od próbującego interweniować bramkarza a drugiego po kolejnym świetnym rzucie wolnym. Po awans do ćwierćfinału trzeba było grać ze Szwajcarami w São Paulo. Rywale cofnęli się bardzo głęboko a cała ich strategia sprowadzała się do pozbawiania Messiego przestrzeni na boisku. ,, Może nam się udać tylko wtedy, jeśli będziemy to robić wszyscy razem. Jeśli zejdzie taka potrzeba pokryjemy go we trzech albo czterech"- mówił trener Szwajcarów Ottmar Hitzfeld. Tak też to właśnie wyglądało, przez cały mecz Messi opędzał się od roju czerwonych koszulek. Argentyna cierpiała. Aguero, któremu odnowiła się kontuzja ścięgna został zmieniony przez Lavezziego. Messi w zasadzie nie schodził na prawą stronę, grał za dwójką napastników jak klasyczny ,, enganche", co być może dodatkowo ułatwiało przeciwnikom krycie. Nagle okazało się że w całym tym zamieszaniu nie chodzi już o to, czy Argentyna będzie grać dalej ale o to, czy wypełni się los Lionela Messiego. Z perspektywy współczesnych rozmów o piłce nożnej wydaje się to zastanawiające. Zamiast dyskusji o znalezieniu równowagi w drużynie czy integracji poszczególnych jej elementów wróciliśmy do spojrzenia staroświeckiego. ,, Jest naszym najważniejszym zawodnikiem, naszym kapitanem i najlepszym piłkarzem świata. My wszyscy gramy dla niego i zdajemy sobie sprawę ile dla nas znaczy. Mamy wielkie szczęście że jest Argentyńczykiem. Dlatego zawsze, kiedy udaje nam się odebrać piłkę próbujemy podawać do niego, jako najlepszego i liczymy na to że strzeli"- mówił później Zabaleta. Jak zauważył wówczas dziennikarz Ken Early, w FC Barcelonie Messi dostaje piłkę, potem zagrywa do kolegi i rusza na wolne pole, gdzie mógłby ewentualnie otrzymać futbolówkę po raz kolejny. W Argentynie, kiedy dostaje podanie wszyscy pozostali stają i czekają aż zrobi coś wyjątkowego. W meczu drugiej rundy mundialu w Brazylii po boisku biegały Szwajcaria po jednej stronie i niezbyt ścisły sojusz Messiego z Argentyną po drugiej. Do końca regulaminowego czasu gry pozostawało już zaledwie kilka minut, kiedy Messi dostał piłkę z lewej strony boiska tuż przy linii bocznej. Widać było jak się rozgląda a potem (to również dawało się wyczuć) zamyka się w sobie i próbuje rozpocząć kolejną gambetę. Został powstrzymany ale wrażenie było oczywiste: Po raz kolejny usiłował samemu znaleźć drogę prowadzącą do wygranej swojej drużyny. Ponieważ do 90 minuty nie padły gole sędzia zarządził dogrywkę. Oba zespoły skupiły się wokół ławek rezerwowych. Messi był kapitanem Argentyny (wybór dyktowany po trosze względami sentymentalnymi i potrzebą jak najściślejszego powtórzenia historii Maradony) ale dołączył do grupy jako ostatni. Stanął z tyłu, sięgnął po butelkę wody i wylał sobie jej zawartość na głowę. Pierwszy przemówił Sabella, później głos zabrał Mascherano. Messi nie powiedział ani słowa. Czy był to jeszcze jeden przykład cichego przywództwa, o którym mówili jego pierwsi nauczyciele i trenerzy? A może niezależnie od swojego geniuszu był kapitanem tylko z nazwy?
2
@Bernard777 coś dla ciebie w odpowiedzi na komentarz.
0
@Eto'o9 R10 No nie wątpie ale z pewnością nie drugim Kocsisem czy Stoiczkowem :)
2
@Eto'o9 R10 Masz absolutną racje! Do tego Sandor genialnie grał głową, z czego nieprzypadkowy przydomek ,,Złota głowa". W dziejach futbolu dorównywał mu jedynie równie genialnie grający głową Arsenio Erico. Absolutni geniusze główki!
7
Szczęśliwa końcówka sezonu:
24 maja 1992 r. FC Barcelona rozgromiła na wyjeździe Real Valladolid 0:6(!) w 36 kolejce Primera Division, po 2 golach Stoiczkowa, Koemana i Nadala. To zwycięstwo pozwoliło Blaugranie zbliżyć się na jeden punkt do Realu Madryt a w ostatniej kolejce(dzięki wygranej Tenerife z Realem) sięgnąć po mistrzostwo Hiszpanii.
@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@Astad
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
8
,,Kareta” Kocsisa:
24 maja 1959 r. FC Barcelona gromi na wyjeździe Betis Sevilla 0:6 w pierwszym ćwierćfinale Copa del Generalísimo. Niezwykłym wyczynem popisał się Węgier Sandor Kocsis zaliczając klasycznego hattricka i dokładając 4 gola po przerwie. Pozostałe gole strzelili Eulogio Martinez i Joan Segarra.
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@AssisMoreira
@Astad
@Arkon
@Adran360
10
Pierwszy Puchar Króla w gablocie Dumy Katalonii:
24 maja 1910 r. rozpoczął się pierwszy w historii wygrany przez FC Barcelone turniej finałowy Pucharu Króla Hiszpanii. Co ciekawe z powodu nieporozumień między klubami odbyły się równolegle dwa turnieje i obydwa są uważane za oficjalne. Duma Katalonii wzięła udział w rozgrywkach pod egidą nowo powstałego Królewskiego Hiszpańskiego Związku Piłki Nożnej (RFEF). Właśnie 24 maja Barça pokonała w półfinale Deportivo La Coruña 5:0 a dwa dni później pokonała Club Español de Madrid 3:2 po golach Wallace’a, Commamali i Pepe Rodrigeuza. W turnieju tym brały udział tylko 3 kluby a turniej był rozgrywany w Madrycie.
@Adran360
@Arkon
@Bernard777
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_
9
Tak jest! Napoli Campione!!! Zrobili to scudetto, zrobili to po raz czwarty w dziejach! Zrobili to ku chwale ,,Boskiego" Diego(!) i to na stadionie jego imienia. Bravissimo!!! Grazie Napoli!
7
Aranycsapat, czyli ,,Złota jedenastka”:
23 maja 1954 r. Węgrzy rozbili w Budapeszcie reprezentacje Anglii w meczu towarzyskim aż 7:1(!) co do dziś jest najwyższą porażką w historii angielskiej piłki nożnej. Był to rewanż za przegrany mecz listopadowy na Wembley z ubiegłego roku, jakim pałali wówczas Anglicy. Węgrzy znów byli o klasę lepsi i 3 tygodnie później pojechali na mundial jako faworyt. Tam dopiero w finale zatrzymała ich reprezentacja RFN po słynnym ,,cudzie”(de facto przekręcie, o czym już pisałem i niejednokrotnie będę przypominał) w Bernie i zwycięstwie 3:2.
@Adran360
@Arkon
@Astad
@Bernard777
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
0
@Stinger_ Patrze i oczom nie wierze? Z jakiej paki oni rozgrywają w piątek(!) decydujące mecze o mistrzostwo Włoch?
9
Od „Małej kaczki” do pięknego łabędzia:
Wszyscy młodzi chłopcy zarażeni baskijskim patriotyzmem, chcieli tak jak on zdobywać mnóstwo goli. Pozostaje idolem do dziś. Możemy narzekać, że jego sława opiera się w dużym stopniu na zasadzie przedwczesnej śmierci. Jednak trofea pozostają wieczne i przemawiają na jego korzyść. W czasach swojej świetności dumnie reprezentował tylko jeden klub – Athletic Bilbao. Każdy pasjonat przyodziany w biało-czerwone, pionowe pasy, wyobraża sobie jak Rafael Moreno Aranzadi lub po prostu „Pichichi” sto lat temu mijał obrońców. Kolczyk w uchu, różnokolorowe buty, idealnie nażelowane, pofarbowane lub przystrzyżone w wymyśle wzory włosy, koszulki rozchodzące się jak świeże bułeczki w sklepiku osiedlowym – zarówno te oryginalne, jak i tanie podróby(koszulki, nie bułki!). Własna firma najwygodniejszych na rynku (podobno) bokserek, zdjęcia wrzucane najnowszym IPhonem 6 na Instagrama, fanpage, mający blisko 20 milionów polubień i unikanie paparazzich, mknąc naprzód swoim Astonem Martinem One-77 z silnikiem V12. Takie życie być może w dzisiejszych czasach wiódłby Rafael w jednej z dzielnic Bilbao (o ile nie skusiłby się na grube pieniądze szejków). Ponad sto lat temu wyróżnić mógł się zaledwie białą chustką na głowie, co umożliwiało rozpoznanie go na boisku, w jednej chwili. Aranzadi kochał Bilbao od zawsze. Tutaj się urodził i wychował. Ludzie mówili, że ma intelektualny potencjał, jednak on nie chciał się kształcić. Nie marzył, żeby pójść w ślady ojca, który był prawnikiem, a z czasem został burmistrzem miasta. Wujek Rafaela (brat matki) był bardzo znanym hiszpańskim filozofem i pisarzem, ale i to do niego nie przemawiało. Do inżynierii też nigdy nie ciągnęło, choć tym zajmował się jego brat – Raymond. Wolał kopać szmacianą piłkę z kolegami i wracać późno do domu. Dołączył do Athleticu w 1911 roku, mając 19 lat. Wówczas uzyskał przydomek „Pichichi” (mała kaczka) z racji swoich warunków fizycznych. Szybko awansował do pierwszego zespołu. Najważniejszym trofeum w Hiszpanii był w tamtym czasie Puchar Króla. Brały w nim udział drużyny z całego kraju. Ceniono go ponad wszelkie mistrzostwa regionalne. Finał Copa del Rey (przeciwko Racing Club de Irun) w 1913 roku Aranzadi przegrał, ale szybko im się zrewanżował kilka miesięcy później – strzelając historyczną, pierwszą bramkę na stadionie San Mames, już w 5. minucie. „Pichichi” w dużym stopniu przyczynił się do zdobycia czterech Pucharów Króla, trzech mistrzostw północy, oraz dwóch Mistrzostw Vizcayan. W finale Copa del Rey 1915 ustrzelił nawet hat-tricka, a Athletic pokonał Espayol, aż 5 do 0. Znakomita część tych trofeów jest też zasługą angielskiego trenera Billy’ego Barnesa. Szkoleniowiec rozumiał doskonale pozycję Rafaela. Szczególnie że nie minął rok, odkąd sam przestał grać w piłkę. Grał jako skrajny lewy napastnik w drużynie Queens Park Rangers. Skupiał się więc najmocniej na pozycji „Pichichiego”. Wówczas grano na pięciu, czy nawet sześciu napastników, zupełnie nie dbając o środek pola. „Pichichi” grał na tej samej pozycji, co jego trener w przeszłości. Stąd bardzo dobrze się rozumieli. Często schodził do środka i pełnił poniekąd rolę mediapunta. Znakomity drybling, zwrotność, dobra gra obiema nogami, i silny strzał – to cechy, które pomagały mu bardzo często kończyć akcję indywidualnie. Pichichi był więc jednocześnie mediapuntą i lisem pola karnego. Teraz trudno to sobie wyobrazić, jednak wtedy proporcje obrońców w stosunku do napastników były jak w piłkarzykach stołowych – atakujący mieli przewagę. „Pichichi”, zdobył też srebro olimpijskie w 1920 r., strzelając na turnieju jedną bramkę. Kariera reprezentacyjna jednak nie zdążyła rozkwitnąć, bo licznik zatrzymał się na 5 spotkaniach.
Pod koniec swojego życia (nikt tak wtedy nie przypuszczał) przestał imponować formą. Ikona „Pichichiego” nie była tak silna za jego życia. Wówczas był bez żalu krytykowany. Fani domagali się tego samego piłkarza, który jeszcze niedawno był piłkarskim czarodziejem. W maju 1921 roku postanowił zostać piłkarskim sędzią. To zabolało fanów jeszcze bardziej niż zawieszenie butów na kołku. Sędziowski debiut wypadł mu na stadionie… San Mames. Jednak w wieku 29 lat, zmarł w swoim mieszkaniu na tyfus. Przyczyną było prawdopodobnie zjedzenie nieświeżych ostryg. Pośmiertnie więc „Pichichi” znów stał się ulubieńcem i ikoną Bilbao. Dziś legenda jeszcze bardziej urosła. Jest wymieniany naprzemiennie z Telmo Zarrą (także istnieje nagroda nazwana jego imieniem – Trofeo Zarra – przyznawana najlepszemu hiszpańskiemu strzelcowi Primera Division i Segunda Division) jako najwybitniejszy zawodnik w historii baskijskiego klubu. Od 1926 r. na cześć snajpera powstało popiersie z brązu, które od tamtego zdobi San Mames. W 1953. roku „Marca” postawiła „Pichichiemu” najtrwalszy pomnik, nazywając nagrodę najlepszego strzelca Primera Division jego imieniem, a właściwie przydomkiem. To hołd dla bramkostrzelnego gracza, który paradoksalnie nigdy nie był królem strzelców ligi, bo ta powstała przecież w 1929 roku. Nie miał więc okazji, którą pewnie by wykorzystał. Na setną rocznicę powstania klubu Athletic Bilbao, został odkryty wielki pomnik „Pichichiego” wraz z jego małżonką Aveliną Rodriguez. Na głowie posągu nie mogło zabraknąć białej chusty. To przecież stały atrybut Rafela. Ten „gigante” możemy podziwiać w muzeum Euskal Museoa Bilbao Museo Nasco. W świątyni San Mames istnieje pewna tradycja. Jeśli drużyna gra na tym stadionie pierwszy raz – to jej kapitan składa kwiaty przy popiersiu „Pichichiego”, które od 2013 roku, czyli od powstania nowego San Mames, znajduje się przy wyjściu z tunelu. Jeszcze do niedawna Cristiano Ronaldo i Lionel Messi konsekwentnie walczyli o „małą kaczkę”.
@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Astad
@Bernard777
@Adran360
0
@FcPortoFan1999 Czy ja wiem że zabawnie? Dla mnie w sumie wcale nie zabawnie...
10
Szanowni cules, czy wiecie że:
23 maja 1912 r. Alfonso Albeniz Jordana został pierwszym piłkarzem, który przeszedł z FC Barcelony do Realu Madryt(wówczas FC Madrid). Powodem przeniesienia się do stolicy było rozpoczęcie studiów w tym mieście. Albeniz został potem dyrektorem w Realu i prezesem pierwszego Hiszpańskiego Kolegium Sędziów. W 1902 r. jeszcze jako piłkarz Blaugrany zagrał w pierwszym El Clasico jako najmłodszy gracz w historii(16 lat i 132 dni), choć jak pisano wówczas w gazetach ,,ze względu na wiek nie powinien uczestniczyć w tak brutalnej i niebezpiecznej grze”. Z kolei inny zawodnik, Jose Quirante, będąc piłkarzem Barçy, grał dwa lata dla Realu w latach 1906-1908 ze względu na obowiązki w pracy, które zmusiły go do przeprowadzki do Madrytu. W tym czasie był jednak formalnie nadal piłkarzem FCB. No cóż, takie to właśnie były wtedy amatorskie czasy…
@Adran360
@Astad
@Bernard777
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_