3

@FCBparasiempre
Zapomnienie:

W pełni zorganizowana piłkarska liga na terenie getta? Specjalna obozowa gazetka, redagowana przez kilkunastoletnich więźniów? Brzmi jak ponure zderzenie sacrum i profanum. Nie w Theresiensadt, kompleksie złożonym z obozu koncentracyjnego i getta.. Tam piłka nożna dla więźniów nierzadko stanowiła wybawienie i ucieczkę od nazistowskiego terroru – nawet, jeśli wybawienie trwało dwie trzydziestopięciominutowe połowy.

Forteca w Terezinie (kraj ustecki, Czechy) została wzniesiona pod koniec XVIII wieku na rozkaz cesarza Józefa II i nazwano ją na cześć jego matki, cesarzowej Marii Teresy. Warto wspomnieć, że to tutaj przebywał skazany za zabójstwo arcyksięcia Franciszka Ferdynanda Gawriło Princip. W 1939 roku, po wcześniejszym zajęciu Nadrenii i anschlussie Austrii, Hitler kontynuował swoją ekspansję i zajął tereny Czechosłowacji, w tym także Terezin. Cesarską twierdzę zaadaptował, według nazistowskiej propagandy, na „miejsce odosobnienia, w którym Żydzi będą wolni od wojny”. Cały kompleks dzielił się zasadniczo na dwie części: Małą Warownię (więzienie dla elit, członków ruchu oporu, przestępców) i Dużą Warownię – tą drugą stanowiły getto i obóz koncentracyjny. Założeniem polityki prowadzonej w kompleksie było ukazanie modelowego życia społecznego niemieckich, czechosłowackich czy austriackich (później także duńskich czy holenderskich) Żydów w nowej, nazistowskiej rzeczywistości. W 1944 roku nakręcono film propagandowy pt. ” Terezin. Dokument o żydowskim przesiedleniu.”, który miał ukazać „uroki” beztroskiego życia. Tak naprawdę pierwotnym celem było skupienie jak najliczniejszej żydowskiej elity, tak, by ich uwięzienie stanowiło przedmiot sporu z innymi państwami, które miały się za nimi wstawiać. Na zamkniętym terenie znajdowało się mnóstwo żydowskich przedstawicieli inteligencji, artystów czy sportowców – jedni z najsłynniejszych więźniów to rabin Leo Baeck, kompozytor Viktor Ullmann, Ester Adolphine – siostra Zygmunta Freuda czy Alfred Flatow, pierwszy żydowski zdobywca złotego medalu olimpijskiego. W pewnym momencie kulturalne życie zaczęło rozkwitać i przybierać formę zorganizowanych zajęć. Wykłady, dyskusje o Platonie, założeniach Majmonidesa, Talmudzie czy Biblii; recitale, wieczorki poetyckie czy koncerty jazzowe – choć trudno w to uwierzyć, wpisało się to w obozową rzeczywistość i pomogło w szerzeniu nazistowskiej propagandy skierowanej na zachód. Także Judenrat „zarządzający” gettem określany był mianem swoistego „resortu kultury”. Bogate kulturalne życie w modelowym obozie miało przecież świadczyć o humanitarnym traktowaniu więzionych i zadawać kłam pogłoskom o rzekomych obozach zagłady – choć z wywożenia do obozów zagłady i wcale nie zrezygnowano i widmo śmierci było stale obecne. Na podstawie źródeł, którymi dysponowałem, trudno wskazać, czy ktokolwiek stworzył ligę w Terezinie ex officio, i ktoś za pomocą dyrektywy jednoznacznie zarządził, że takie rozgrywki mają powstać. Narodziny Ligi Terezin przypisać można raczej celowej i świadomej polityce SS, polegającej na stopniowym reformowaniu obyczajów, udostępnianiu kolejnych „udogodnień” i pozornego łagodzenia nazistowskiego reżimu. Za jednego z takich reformatorów uważa się Alfreda Hirscha, jednego z więźniów wyznaczonych przez kierownictwo SS do opieki nad dziećmi., Był niemieckim Żydem – co powodowało, że był w pewnym stopniu szanowany przez część członków SS. To Hirsch był jednym z tych, którzy nalegali na utworzenie boiska dla dzieci, na udostępnienie im przyborów malarskich czy instrumentów – i choć kojarzony jest głównie jako opiekun dzieci, to jego działalności obozowej można przyznać spory wkład w rozwój sportu i kultury na terenie obozu. Inną sylwetką godną przypomnienia jest Frantisek Maier. Był on 20-letnim madrichem, a więc młodszym opiekunem i jednym z ulubieńców w młodzieżowych kwaterach Theresienstadt. Dziecięce kwatery były oddzielone od dorosłych, tak by nie musiały patrzeć na zgoła inne, często znacznie brutalniejsze traktowanie starszych. Franta, jak go pieszczotliwie nazywano, zajmował się chłopcami z pokoju siódmego. Wspominany przez Pavla Weinera, jednego z podopiecznych, był niby starszy brat – ciepły, troskliwy, ale potrafiący utrzymać dyscyplinę. To on aktywizował młodzież i sprawiał, że – jak wspomina Weiner w swoim dzienniku – „ich życie w obozie było na swój sposób wyjątkowe”. Autor dziennika dodaje: „Franta ciągle wymyślał nam jakieś zabawy i aktywizował nas; do tego kładł silny nacisk na piłkę nożną” Nie działał jak bezduszny brygadzista czy majster, stworzył raczej silną, zwartą grupę przyjaciół – to pozwoliło chłopcom stworzyć drużynę młodzieżową, nazwaną przez nich Nesharim, co w języku hebrajskim oznacza „Orły”. Franta nie należał do Nesharim. Sam był bramkarzem w zespole Jugendfuersorge, czyli opiekunów młodzieży. To właśnie Maier widoczny jest na jednym z kadrów filmu propagandowego. Kreatywni i zaradni chłopcy w swojej fascynacji poszli jeszcze dalej – zaczęli redagować gazetkę Rim, Rim, Rim! , nazwaną tak od okrzyku motywacyjnego przed meczami i turniejami. Pierwszy numer, napisany na maszynie, ukazał się w sześciu kopiach i dotyczył głównie spraw związanych z futbolem i sylwetkami ulubionych sportowców. Łącznie zachowały się 23 numery czasopisma, a tematyka Rim, Rim, Rim! przestała ograniczać się wyłącznie do sportu. Chłopcy zaczęli poruszać tematy znacznie bardziej uniwersalne, dotyczące życia, sztuki czy osobistych doświadczeń. We wrześniu 1944 Maiera, wraz z chłopcami z pokoju siódmego wysłano do Auschwitz, a Rim, Rim, Rim! przestało się ukazywać. Z grupki przyjaciół przetrwał jedynie starszy brat. Większość sformowanych ekip stanowiły określone grupy robotnicze złożone z więźniów. Kucharze (Köche), elektrycy (Elektriker) czy krawcy czy stanowili trzon całych rozgrywek. Jedną z gwiazd ligi był pomocnik olimpijskiej reprezentacji Czechosłowacji Pavel Mahrer. Jednak skład ligi nierzadko się zmieniał – podobnie jak zasady jej funkcjonowania – dzielono ją na ligę jesienną i wiosenną, a do tego grano o obozowy puchar. Oprócz wyżej wymienionych grup zawodowych istniały także drużyna lekarzy – Aeskulape, grupy skupiające członków organizacji syjonistycznej Blau-Weiß (młodzieżówka), reprezentacje Wiednia, Pragi, Czech czy Moraw. Prawdziwie eklektyczna liga, tworzona przez najrozmaitszych przedstawicieli różnych grup społecznych, profesji czy narodowości. W rozgrywkach uczestniczyli nawet strażnicy getta, tworzący drużynę „Gettowache”. Co ciekawe, z relacji świadków wynika, że nawet funkcjonariusze SS, mimo pozorów, jakie mieli zachowywać, gorąco kibicowali i wrzeszczeli podczas meczów. Wyniki w meczach pomiędzy drużynami były więcej niż hokejowe: 14:2, 9:1 czy 2:8 stanowiły rutynę. W jednym ze spotkań pomiędzy Kucharzami a SC Linden padł wynik 19:2! W jesiennych rozgrywkach w 1943 sam Hagibor Theresienstadt (nota bene ostatni w ligowej tabeli) w jedenastu meczach stracił łącznie 77 goli, a ekipa kucharzy przez tyle samo spotkań zdobyła 82 gole. U kierownictwa getta można było ubiegać się o specjalne stroje dla swojej drużyny. Zwykle grano w systemie 6+1 a połowa spotkania trwała 35 lub 30 minut. Boisko (oczywiście bez murawy) o wymiarach 45 na 75 metrów znajdowało się na dziedzińcu na terenie koszar. Widzowie w czasie spotkania siedzieli na ławkach ustawionych wokół boiska. Wielu ściskało się w okropnej ciżbie w oknach i murach koszar, byleby tylko obejrzeć mecz. „Graliśmy w niedzielę po południu, oglądało nas 3500 osób, byliśmy prawdziwymi idolami” – wspominał Jirka Taussig – Tesar, bramkarz młodzieżowej reprezentacji Czechosłowacji, który także przebywał w Terezinie. Świadectwo Tesara to bardzo mocny dowód na ogromne zainteresowanie obozowej społeczności futbolem – jedną z możliwości zapomnienia o beznadziejnym położeniu. „Kiedy tam trafiłem, wiele drużyn walczyło o mnie jakbym był częścią przetargu, ale zdecydowałem że dołączę do Kleiderkammer (odzieżówki). Miałem dzięki temu gdzie zanocować i pracować – a to na pewno pomogło mi przetrwać w getcie” – tu znów Tesar.

Do twierdzy na północno-zachodnim krańcu Czech przewieziono łącznie około 140-150 tysięcy Żydów, z czego co najmniej 15 tysięcy stanowiły dzieci. Różne są informacje na temat ofiar – liczba zmarłych na skutek fatalnych warunków waha się od 30 do 60 tysięcy. Do obozów śmierci (Auschwitz-Birkenau, Mały Trościeniec) wysłano co najmniej 80 tysięcy osób. Mimo zręcznych działań hitlerowskiej propagandy, nikt nie miał wątpliwości. „W Theresienstadt dostawałeś wszystko, o co tylko poprosiłeś, ale cała tragedia polegała na tym, że to była jedynie przykrywka i ludzie nie przestawali ginąć” mówił Franta po latach. Franta Maier po wojnie zmienił zapis imienia na amerykańskie „Francis” i wyjechał do Stanów. Zmarł w listopadzie ubiegłego roku. George, czyli Jiri Tesar nie żyje już od czterech lat. Czy piłka nożna potrafiła całkowicie wyzwolić z doświadczania okrucieństwa? Czy nadchodzący mecz czy zwycięstwo dawały cień szansy na przeżycie? Oczywiście że nie – Maier wspominał, zastrzelenie fotografa podczas meczu pomiędzy reprezentacjami Czech i Moraw. Dlaczego go zastrzelono? Ot tak, po prostu.

Historia Franty i jego kilkudziesięciu podopiecznych to opowieść o sile, nadziei i pragnieniu przetrwania i – co chyba najważniejsze – o niewątpliwym braterstwie, którego spoiwem był futbol w najbardziej pierwotnej postaci; nie ten współczesny, tak dobrze nam znany, oparty na rywalizacji i wyścigu – futbol w Theresienstadt stanowił czystą rozrywkę i dawał radość. Nie był wyścigiem. Był ucieczką.

1

Poczytaj w odpowiedzi na komentarz @Bernard777

4

@FCBparasiempre
Kultowe „Almagro”:

Dzielnica „Almagro” w Buenos Aires, która leży na zachód od centrum miasta przepełniona była barwnymi opowieściami o przedsiębiorczych warsztatach baskijskich i włoskich imigrantów, bójkach ulicznych oraz tanga: ,, Miejsce mojej duszy, tam spędziłem dni młodości i tam spędziłem noce miłości"- śpiewał w latach 30-tych wielki piosenkarz Tanga Gardel. Długo zanim Maradona przyjechał grać na początku lat 80-tych do FC Barcelony, Buenos Aires dzięki „Almagro” zasłużyło na miejsce w historii hiszpańskiej piłki. Wszystko to za sprawą lekcji futbolu jaki udzieliła drużyna z tej dzielnicy podczas jej zimowego tournee po Hiszpanii na przełomie lat 1946 i 1947. Ta lekcja jest opowiedzianą z wyprzedzeniem kroniką rozwoju hiszpańskiej piłki od mitycznych początków tak umiłowanej przez reżim Franco – „La Furia” po jej przekształcenie się w ,,La Roja” - reprezentacje narodową, która na początku drugiej dekady XXI wieku zdobyła dla Hiszpanii jej pierwsze mistrzostwo świata. Ta historia zaczyna się na początku XX wieku od bandy ulicznej z ,,Almagro”, które wyzywała ekipy z innych dzielnic na mecze ulicznej piłki nożnej malując na ścianach legendarny napis ,, los forzosos de Almagro de safian"(Siłacze z Almagro wyzywają was). W tamtych czasach dzielnice była poprzecinana licznymi liniami tramwajowymi i autobusowymi, co sprawiało że gra w piłkę była ryzykownym zajęciem. Po tym jak pewnego dnia nadjeżdżający tramwaj przejechał młodego chłopca, miejscowy ksiądz katolicki Ojciec Lorenzo Massa wziął sprawy w swoje ręce i zaczął organizować mecze na terenach obok kościoła parafialnego przy ,,Avenida de Mexico”. To tam powstały pierwsze struktury drużynowe San Lorenzo de Almagro, klubu, który z biegiem czasu stał się jednym z największych obok Boca Juniors, Independiente, River Plate czy Racing, drużyn z Buenos Aires. San Lorenzo rekrutował swoich piłkarzy spośród baskijskich imigrantów znanych z twardej, , fizycznej gry oraz Włochów Hiszpanów i mieszanych etnicznie Indian, którzy przybyli do stolicy kraju z prowincji. Tych ostatnich przezywano ,,Los gauchos" , na cześć samowolnych pastuchów, którzy przemierzali rozległe pampasy. Baskowie swoimi wydawałoby się niewyczerpalnymi rezerwami sił fizycznych oraz prostą agresywną grą, charakteryzującą się twardymi wejściami, grą głową, dośrodkowaniami, długimi podaniami, zdawali się zainspirowani angielską piłką. Jednak uliczki Buenos Aires oraz suche boiska, które były charakterystyczne dla argentyńskiej piłki, stały się tyglem stylów wyłaniającej się rodzimej kultury, w której kładziono duży nacisk na indywidualne cwaniactwo i zwinność. Taka gra miała swoich prekursorów w latach 20-tych, kiedy sąsiedni Urugwaj zdobył 2 złote medale z rzędu podczas igrzysk olimpijskich. Tamto osiągnięcie Eduardo Galeano określił jako ,,drugie odkrycie Ameryki". ,, Anglicy... udoskonalili dalekie podania i wysokie piłki ale te wydziedziczone dzieci z dalekiej Ameryki nie poszły w ślady swoich ojców. Zamiast tego postanowiły stworzyć grę krótkimi podaniami bezpośrednio pod nogi, z błyskawicznymi zmianami rytmu oraz szybkimi dryblingami"- pisał Galeano. Przeznaczeniem południowoamerykańskich piłkarzy było wywarcie istotnego wpływu na ewolucję hiszpańskiego futbolu. Wczesnym pionierem, o ile nie niedocenionym bohaterem była wschodząca gwiazda argentyńskiej piłki Francisco Seijas, który w 1930 roku dołączył do Celty Vigo. To był pierwszy zawodowy piłkarz, który wyjechał grać do Europy. „W tamtych czasach Francisco Seijas nie śnił o takiej sławie, jaką osiągnął Maradona i po nim inni Argentyńczycy, jak Messi. Dla niego to była przygoda, wyzwanie ale nie przynoszące statusu gwiazdy czy pieniędzy"- opowiadał jego syn Luis. Galisyjski klub, w którym Francisco postanowił grać został założony w 1923 roku i był jednym z najnowszych punktów na mapie hiszpańskiej piłki. Mimo otwarcia w 1928 roku imponującego stadionu „Balaidos" z zamiarem wkroczenia do bardziej profesjonalnego świata futbolu CELTA miała problemy w hiszpańskiej drugiej lidze. W kilka tygodni od przyjazdu Seijas stał się najlepszym strzelcem w zespole zdobywając cztery gole w debiucie z Athletic Bilbao! Swój niski wzrost nadrabiał niskim ośrodkiem grawitacji, dzięki któremu miał prawie że idealną kontrolę nad piłką prześlizgiwania się między rywalami. Nie był pierwszym ani ostatnim Argentyńczykiem z takimi zdolnościami ale na pewno może twierdzić że przyczynił się do awansu Celty. Migracja takich piłkarzy jak Seijas do La Liga nieco zmalała w latach 30. Piłka nożna w Argentynie wreszcie osiągnęła status dyscypliny zawodowej a Hiszpanię dotknęły gospodarcze i polityczne zawirowania. Pisał o tym Dawid Goldblatt: ,, Odcięci od rzezi, uwolnieni od okrucieństw wojny i walki o przetrwanie Argentyńczycy mogli stworzyć znakomitą mieszankę instrumentalizmu, sztuki i rozrywki" a tamtejsze media mówiły o ,, żywotnej idei unikalności Narodowego stylu gry".

Bogata alchemia stylów była tym, co przywieźli ze sobą piłkarze z San Lorenzo de Almagro, kiedy odbyli tournee po Portugalii i Hiszpanii w latach 1946-1947. Ich drużyna dopiero co wygrała ligę argentyńską przełamując tym samym hegemonię River Plate i legendarnej ,, la maquina". Nazywano tak nieustępliwą i zgraną ofensywną piłkę, którą prezentował mityczny kwintet graczy ofensywnych: Muñoz, Moreno, Pedernera, Labruna i Loustau. Tournee po półwyspie Iberyjskim był drugim po detronizacji River Plate ważnym wydarzeniem w historii San Lorenzo. Piłkarze z Almagro przylecieli po międzylądowaniu na Wyspach Kanaryjskich, na nowo wybudowane lotnisko ,,Barajas” dokładnie 4 dni przed świętami Bożego Narodzenia w 1946 roku. Pierwszym, który wyszedł na pas startowy był urodzony w Bilbao Angel Zubieta, który pozostał w Argentynie po tuornee drużyny Basków w czasie hiszpańskiej wojny domowej. Zubieta został przywitany przez swoją matkę i siostrę. Wzruszające spotkanie po latach i jednokrotnego reprezentanta Hiszpanii i dwóch pozornie szczęśliwych baskijskich obywatelek rządzonego przez Franco kraju zdawało się politycznie służyć reżimowi. W kolejnych tygodniach miejscowi kibice piłki nożnej zachęceni przez liczne relacje w hiszpańskich mediach sportowych tłumnie przybywali podziwiać grę argentyńskich gości. To, co ujrzeli było najlepszą grą ofensywną, która sławę zyskała dzięki „La maquina" a teraz była częścią skomplikowanego pokazu szybkich krótkich podań i zwrotów, zręcznych podbić i lodów oraz magicznych bramek. Z powodu szybkości i artyzmu z jakimi kręciła młynki wokół rywali, drużyna została zapamiętana jako „El Ciclon". „To, co wydarzyło się pomiędzy 21 grudnia a końcem stycznia 1947 roku, wydawało się czymś nierealnym i nie do opisania"- brzmiał komentarz w hiszpańskiej gazecie ,,El Pais” z okazji 50 rocznicy tournee. Dzienniki i magazyny podwoiły liczbę swoich relacji. Piłkarze San Lorenzo mimo że tamtej zimy pogoda wymogła na nich grę w chłodzie, śniegu i podczas obfitych opadów deszczu, stali się nie lada sensacją. San Lorenzo w pierwszym meczu na stadionie Metropolitano w Madrycie, choć większość piłkarzy wciąż leczyła skutki Atlantyckiego lotu, pokonało gospodarzy Atletico Aviacion 4:1. Dwa dni później Argentyńczycy zagrali na tym samym obiekcie z Realem Madryt i przegrali z gospodarzami takim samym stosunkiem goli. W przededniu tego meczu podsłuchano jak kapitan San Lorenzo, Bask Zubieta mówił przyjacielowi że marzy mu się dwa razy wyższe zwycięstwo nad zwycięzcami Copa Generalissimo. „Pokonanie Realu Madryt byłoby wielkim wydarzeniem naszego tournee, gdyż są dobrze znani w Argentynie i obecnie są mistrzami Hiszpanii"- mówił Zubieta. Ta zapowiedź zmobilizowała innego Baska - kapitana Realu Madryt Ipiño do zwołania drużyny na naradę. Podczas spotkania powiedział kolegom: „Jestem gotów jutro wypruć z siebie flaki i tego oczekuję także od was. Czego nie wolno nam robić, to walczyć tą samą bronią co oni". Ipiña zaproponował swojej drużynie proste rozwiązanie: aby przeszkadzali San Lorenzo w swojej grze i pokonali Ich kontratakami. Taka strategia wymagała skutecznego krycia i solidnej gry linii pomocy mogące liczyć na szybkie zagranie od Molowny'ego i Belmara, pary silnych obrońców, którzy potrafili być zabójczy w ataku. Podstępna i cierpliwa gra gości nie robiła wrażenia na pewnej obronie mistrza Hiszpanii. Gra podaniami San Lorenzo była bezbłędna ale toczyła się raczej przed niż za linią obrony Realu. W tych nielicznych okazjach, w których Argentyńczycy ujrzeli bramkę rywala, atakujący gracz był osaczany przez obrońców. Real nie marnował swoich szans i przed przerwą po szybkich kontratakach Pruden strzelił dwa gole a trzeciego dołożył Belmar. Jak na mecz towarzyski walczono ze sobą ostro. Ipiña został zniesiony na noszach poślizgu rywala ale tuż po tym Alsua zdobył zwycięską czwartą bramkę. Mimo że Real bardzo szczycił się tym zwycięstwem, to reputacja San Lorenzo nie została narażona na szwank. Przez resztę wyjazdu goście byli niepokonani a w szczególności trzej piłkarze: Farro, Pontoni i Martino, czyli tzw. ,,Trio del Oro”, którzy grali bardzo atrakcyjną piłkę. FC Barcelona zaproponowała Pontoniemu kontrakt, który odrzucił, Martino zaś ostatecznie trafił do Juventusu. San Lorenzo pokonało FC Barcelonę i zremisowało z trzema innymi hiszpańskimi klubami: Athletikiem Bilbao, Valencią CF i FC Sevilla. Z tych trzech meczów największe wrażenie na miejscowych zrobiło spotkanie na ,,San Mames” w Bilbao, które ugruntowało popularność kapitana z San Lorenzo - Zubiety, w odróżnieniu od kwestionowanej przez fanów pozycji Panizo z Athletiku. Podczas gdy baskijską pracowitość i grę zespołową Zubiety stawiano za wzór, Panizo często był krytykowany przez kibiców Athletiku za zbyt długie przetrzymywanie piłki. Jednak gdy tłumy zobaczyły jak piłkarze San Lorenzo świetnie panują nad piłką i jak szybko się nią wymieniają, na „San Mames” rozległy się pełne podziwu szepty kibiców: „Oni wszyscy grają jak Panizo!". Najbardziej przekonującym zwycięstwem piłkarzy San Lorenzo była wygrana 13:5(!) w dwumeczu z reprezentacją Hiszpanii. Wiele lat później trener drużyny młodzieżowej FC Barcelony Jaume Oliva powiedział: „W hiszpańskiej piłce było przed i potem, których granice wytaczała wizyta San Lorenzo. Argentyńscy mistrzowie zostawili głęboki ślad, wymyślnej gry krótkimi podaniami, gry trójkątami w przeciwieństwie do bardziej bezpośredniego stylu Hiszpanii, gdzie rozmowy na temat taktyki były uważane za herezję. Argentyńczycy wierzyli w jak najlepsze wykorzystanie piłki oraz strategię. Hiszpanie mogli jedynie odpowiedzieć im ,,La Furią” i improwizacją".

3

@Bernard777 czytaj w odpowiedzi na komentarz.

6

@FCBparasiempre
Często mówi się, że gospodarz mistrzostw świata powinien grać w turnieju możliwie jak najdłużej. Chodzi oczywiście o utrzymanie odpowiedniej frekwencji na stadionach i zainteresowania imprezą w kraju. Nie od dziś też wiadomo, że gospodarzom pomagają ściany. I nie chodzi tu tylko o doping własnych kibiców. Wielu z nas pamięta skandaliczne sędziowanie na mistrzostwach w 2002 r. Zastrzeżenia do pracy arbitrów można było mieć już jednak znacznie wcześniej. Jednym z pierwszych meczów, w których pan w czerni wyraźnie sprzyjał gospodarzom, było starcie Włochy – Hiszpania w 1934 r. Turniej organizowany w 1934 r. był pierwszą wielką sportową imprezą, w którą tak wyraźnie wkroczyła polityka. Rządzący Włochami Benito Mussolini chciał za wszelką cenę pokazać Włochy jako kraj mlekiem i miodem płynący. Kiedy w 1932 r. przyznano im organizację, duce powołał specjalną rządową komisję, która miała kontrolować przebieg przygotowań. Stadiony były gotowe na czas, a komunikacja działała bez zarzutu. Wszystko musiało być zapięte na ostatni guzik, a świat miał się przekonać, że włoscy piłkarze są najlepsi na świecie. Prezydentem Włoskiej Federacji Piłkarskiej Mussolini mianował generała Giorgio Vaccaro. Był on niezwykle żywym i rzutkim organizatorem i doskonale orientował się w realiach sportowego życia Włoch. Pilnował, żeby zawodnikom i trenerowi Vittorio Pozzo niczego nie brakowało. Mussolini przed mistrzostwami powiedział Vaccaro, że włoska reprezentacja musi wygrać. Kiedy usłyszał w odpowiedzi, że piłkarze zrobią wszystko, co ich w mocy, rzucił w stronę rozmówcy, że to jest rozkaz. Liczyło się dla niego tylko zwycięstwo i to za wszelką cenę. Pierwszy mecz Włosi grali ze Stanami Zjednoczonymi. Duce kupił bilet tak samo, jak wszyscy inni miłośnicy piłki. Pozdrowił ich, a oni odpowiedzieli owacjami. Amerykanie mimo dojścia do półfinału na mistrzostwach w Urugwaju, nie byli wówczas zbyt silnym rywalem dla Squadra Azzura. Wzmocniona kilkoma oriundi drużyna Włoch, nie miała żadnych kłopotów z gośćmi zza oceanu i zdeklasowała ich, wygrywając aż 7:1. W ćwierćfinale starli się jednak z dużo bardziej wymagającym przeciwnikiem. Na ich drodze stanęli walecznie Hiszpanie. Podobnie jak dla Włochów, również dla piłkarzy z Półwyspu Iberyjskiego był to pierwszy występ na mistrzostwach świata. W swoim premierowym występie spotkali się z wirtuozami z Brazylii. Przybysze z Ameryki Południowej dotarli do Włoch statkiem. W trakcie podróży musieli stosować się do pewnych zasad. Nie wolno im było mieszać się z pasażerami pierwszej klasy i nie mogli trenować. Z tego względu część zawodników po piętnastodniowym rejsie miała problem z odzyskaniem właściwej formy fizycznej. Wymęczeni podróżą, mało ruchliwi i źle przygotowani Brazylijczycy nie byli w stanie przeciwstawić się dobrze zorganizowanym Hiszpanom i przegrali 1:3. Hiszpanie zaczynali coraz więcej znaczyć w światowym futbolu. W 1929 r. jako pierwsza drużyna z kontynentu pokonali dumnych Anglików. Rok później zwyciężyli w Bolonii z Włochami 3:2, a w eliminacjach do turnieju rozbili w dwumeczu Portugalię 11:1. Zwycięstwem nad Brazylią potwierdzili swoje duże ambicje. Poza bramkarzem nie mieli w składzie wielkich, międzynarodowych gwiazd. Nadrabiali to jednak zgraniem i zaangażowaniem. Obronę tworzyła para stoperów madryckiego Realu Jacinto Quincoces i Ciriaco Errasti. W środku pola piłki rozdzielali dwaj wybitni zawodnicy Athletic Club José Muguerza i Leonardo Cilaurren, których uzupełniał Federico Fede Sáiz z Deportivo Alavés. Na środku ataku brylował Isidro Lángara – jeden z najlepszych piłkarzy w historii Realu Oviedo. W zdobywaniu bramek wspierali go Luis Regueiro z Realu Madryt i trójka piłkarzy Athletic Club – Ramón de la Fuente Leal, José Iraragorri i Guillermo Gorostiza. Największą gwiazdą zespołu był jednak stojący między słupkami Ricardo Zamora – obok Plánički najlepszy wówczas bramkarz na świecie. Mając zawodnika takiego formatu za sobą, cała defensywa mogła grać dużo pewniej i spokojniej. Nad wszystkim miał czuwać trener Amadeo García de Salazar. Wcześniej prowadził zespół w zaledwie trzech meczach, ale za to wszystkie trzy były zwycięskie.

Włosi od czasu porażki z Hiszpanami w 1930 r. rozegrali 23 mecze i przegrali tylko trzy – dwukrotnie z Austrią i raz z Czechosłowacją. W pokonanym polu potrafili zostawić takie ekipy jak Węgry, Szwajcaria, Francja czy Niemcy. Za sukces należy też uznać remis z Anglią na własnym terenie. Dysponowali naprawdę wspaniałą drużyną i przez wielu fachowców byli uważani za głównych faworytów turnieju. W bramce grał Gianpiero Combi, który przez całą swoją karierę związany był z Juventusem. W defensywie występował duet Eraldo Monzeglio (Bologna) i Luigi Allemandi (Ambrosiana-Inter). W pomocy grali Mario Pizziolo (Fiorentina) i Armando Castellazzi (Ambrosiana-Inter), ale prawdziwą gwiazdą i liderem tej formacji był niezapomniany Luis Monti, który cztery lata wcześniej przed finałem Argentyna – Urugwaj miał otrzymywać wiadomości z pogróżkami. Był pierwszym z oriundich, których włoskie korzenie wykorzystano, żeby włączyć ich do kadry. Oprócz niego w Ameryce Południowej urodzili się grający na skrzydłach Enrique Guaita i Raimundo Orsi, który w 1928 r. zdobył z argentyńską reprezentacją srebrne medale w Amsterdamie. Środek ataku był zarezerwowany dla kolejnego wybitnego zawodnika. Był nim Angelo Schiavio, który przez całą karierę reprezentował Bolognę i do dzisiaj jest najskuteczniejszym strzelcem tego klubu. Obok niego występował Giovanni Ferrari z Juventusu i chyba największa gwiazda włoskiego calcio przed wojną – Giuseppe Meazza, który pod względem skuteczności w barwach narodowych, ustępuje tylko Silvio Pioli. Z ławki zespołem dyrygował charyzmatyczny Vittorio Pozzo. 31 maja o godzinie 15:00 belgijski sędzia Louis Baert dał sygnał do rozpoczęcia meczu. 30 tysięcy kibiców zgromadzonych na Stadio Giovanni Berta, który dziś nosi imię Artemio Franchi, oczekiwało kolejnego spokojnego zwycięstwa swoich pupili. Do Hiszpanii docierały relacje radiowe. Tam takiego optymizmu, jak wśród Włochów już nie było. Wierzono, że sukces jest możliwy, ale zdawano sobie sprawę z umiejętności rywali. Zgodnie z oczekiwaniami gospodarze od pierwszych minut ruszyli do ataku. Raz za razem na bramkę Zamory sunęły ataki włoskiej ofensywy. Hiszpanie sprawiali wrażenie jakby trochę onieśmielonych wielkością przeciwnika. Nie zdecydowali się na wymianę ciosów. Woleli się cofnąć pod własną bramkę i skupić się na defensywie. Amadeo García de Salazar doskonale zdawał sobie sprawę z atutów, jakie posiada zespół prowadzony przez Vittorio Pozzo. Grano systemem pucharowym, gdzie przegrywający odpadał. Jedna stracona bramka mogła więc oznaczać przegraną i pożegnanie z turniejem. Nie było więc miejsca na najmniejszy nawet błąd. Włosi miażdżyli rywali, wydawało się, że gole są kwestią czasu, ale mijały minuty, a wynik nie ulegał zmianie. Znakomite zawody rozgrywał Jacinto Quincoces, który doskonale dyrygował formacją obronną Hiszpanów. Cudów dokonywał Ricardo Zamora. Strzeżona przez niego bramka wydawała się zaczarowana. Zawodnicy Squadra Azzura oddali kilkanaście strzałów na bramkę rywali, mieli aż szesnaście rzutów rożnych, ale nie przynosiło to żadnych efektów. Prowadząc nieustanne ataki, zostawiali też coraz więcej miejsca Hiszpanom, którzy wyprowadzili kilka groźnych kontrataków. Jeden z nich, przeprowadzony w 31. minucie, przyniósł im nieoczekiwane prowadzenie. Lider formacji ofensywnej Hiszpanów– Isidro Lángara cały czas był pieczołowicie pilnowany przez Włochów. Wiedzieli o jego nietuzinkowych umiejętnościach, które potwierdził, strzelając pięć bramek Portugalii. Kiedy mijało pół godziny od rozpoczęcia gry, kolejny faul na hiszpańskim napastniku, zakończył się podyktowaniem przez sędziego rzutu wolnego. Odległość do bramki Combiego wynosiła 25 metrów. Sam poszkodowany, odczuwając skutki przewinienia rywala, nie zdecydował się pójść w pole karne, tylko sam wolał podawać piłkę kolegom. Castellati, który go pilnował, wrócił więc pod swoją bramkę, asekurując bramkarza. Nie zrozumiał się jednak do końca z Combim i kiedy Monzeglio przegrał walkę o górną piłkę z Luisem Regueiro, ten mógł spokojnie strzelić obok zdezorientowanego włoskiego golkipera. Szok i niedowierzanie na trybunach. 1:0 dla Hiszpanii. Pojedynek stawał się coraz bardziej zacięty. Gospodarze z jeszcze większą pasją i zaangażowaniem ruszyli do przodu. Hiszpanie coraz rzadziej przekraczali linię środkową boiska. Coraz bardziej skupiali się na utrzymaniu korzystnego rezultatu, ale do końca zostawała jeszcze godzina gry. Oba zespoły powoli zaczynały odczuwać trudy pojedynku. Gra się zaostrzyła. Z porozcinanych nóg lała się krew. Nie zawsze trafiano w piłkę, a uderzenie w kostkę czy łydkę solidnym, ciężkim piłkarskim butem musiało pozostawić ślad.

Do przerwy wynik nie uległ zmianie. Chwilę po wznowieniu gry belgijski sędzia odgwizdał rzut wolny dla Włochów. W pole karne zacentrował Mario Pizziolo. Angelo Schiavio, zamiast na piłce, to skoncentrował się na bramkarzu. Zwyczajnie przytrzymał Zamorę, dzięki czemu Giovanni Ferrari mógł wpakować piłkę do bramki. Kiedy futbolówka zatrzepotała w siatce, kibice nie posiadali się ze szczęścia. Początkowo sędzia nie uznał bramki, ale pod naciskiem Włochów zmienił zdanie. Zamora natychmiast podbiegł do arbitra, wyraźnie sugerując mu, że w tej sytuacji był faulowany. Poparli go oczywiście koledzy z drużyny, a do dyskusji włączyli się też Włosi. Sytuacja stawała się coraz bardziej napięta. Piłkarze się kłócili, a kibice, krzycząc, próbowali wywrzeć presję na Belgu. Ten nie chcąc samotnie podejmować decyzji, wolał skonsultować się ze swoim asystentem. Po chwili wskazał na środek boiska i mecz zaczął się niejako od początku. Hiszpanie wrócili do taktyki z pierwszych minut, która przyniosła im prowadzenie. Włosi nadal nie potrafili znaleźć sposobu na Zamorę. Hiszpan był już mocno poobijany, a mimo to w bramce dokonywał rzeczy niemożliwych. Gospodarze przeważali, ale wynik nie ulegał zmianie. Krótko przed upływem regulaminowego czasu Hiszpanie zdołali przeprowadzić jeszcze jedną szaleńczą akcję, a Ramón de la Fuente Leal pokonał Combiego. Okrzyk radości rozległ się w hiszpańskich domach, ale Baert po raz kolejny podjął kontrowersyjną decyzję. Mimo że Hiszpan minął czterech rywali, uznał, że był na pozycji spalonej i bramka nie została zaliczona. Już po mistrzostwach za nieudolne prowadzenie tego meczu, ukarała go jego własna federacja. Hiszpanie mieli dwóch bohaterów. Pierwszym był Zamora a drugim Quincoces, o którym pisano w samych superlatywach: ,,To niemożliwe by opisać jego waleczność. W meczu z Włochami uratował nas od straty trzech bramek. Nie sądzimy, aby ktokolwiek mógł się z nim równać”– pisano w magazynie Campeones. Po raz drugi w historii mistrzostw świata 90 minut nie przyniosło rozstrzygnięcia. W dogrywce poobijani i wyczerpani piłkarze obu drużyn nie byli w stanie zmienić rezultatu. 120-minutowy dreszczowiec dobiegł końca. Regulamin stanowił wówczas, że w takim przypadku konieczne jest powtórzenie meczu. 24 godziny później walka o półfinał zaczęła się od nowa. Na boisko wybiegły te same drużyny, ale nie takie same. W szeregach Włochów zabrakło czterech piłkarzy – Pizziolo, który złamał nogę, Castellaziego, Schiavio i Ferrariego. Zastąpili ich Attilio Ferraris z Romy, Luigi Bertolini i Felice Borel z Juventusu oraz kolejny z oriundich Attilio Demaría, który na co dzień występował w Ambrosiana-Inter. Hiszpanie ponieśli jeszcze większe straty i musieli wymienić aż siedmiu zawodników. Ciriaco Errastiego zastąpił w obronie Ramón Zabalo z Barcelony, a w środku zamiast Fede zagrał Simón Lecue z Betisu. Z ataku pozostał jedynie strzelec bramki Luis Regueiro. Na skrzydle zamiast Ramóna de la Fuente Leala wystąpił Martí Ventolrà, który na co dzień reprezentował barwy FC Barcelony, na środku Isidro Lángarę zastąpił Guillermo Campanal z Sevilli, Guillermo Gorostizę zmienił Crisant Bosch z Espanyolu, a zamiast José Iraragorriego zagrał Eduardo González Valiño Chacho, który był zawodnikiem Deportivo de La Coruña. Największym osłabieniem był jednak brak Ricardo Zamory w bramce. Poturbowanego bramkarza zastąpił młody Juan José Nogués z Barcelony. Włosi znowu nie mieli zamiaru przebierać w rodakach. Szwajcarski sędzia René Mercet pozwalał naprawdę na dużo. Na bramkę Hiszpanów sunął atak, za atakiem, ale zastępujący Zamorę Nogués spisywał się znakomicie. Musiał jednak skapitulować wobec bezpardonowych ataków gospodarzy. W 11. minucie rzut rożny wykonywał Orsi, a do piłki wyskoczył znakomity Giuseppe Meazza. Wepchnął głową piłkę do siatki, ale niemal stratował przy tym hiszpańskiego bramkarza. Protesty na nic się zdały. Sędzia bramkę uznał. Nie była to jedyna kontrowersyjna decyzja arbitra. Jeszcze w pierwszej połowie nie podyktował dwóch rzutów karnych dla Hiszpanów, a drugiej odsłonie nie uznał im dwóch bramek. Skoro Włosi mieli po swojej stronie arbitra, to trudno było nawiązać równorzędną walkę, tym bardziej że trzech hiszpańskich graczy odniosło kontuzje. Do końca spotkania wynik nie uległ zmianie. Do półfinału awansowali gospodarze, gdzie czekała na nich wspaniała drużyna Austrii. To starcie też przejdzie do historii. Hiszpanie z kolei, mając jedną z najlepszych drużyn w turnieju, musieli się z nim pożegnać. Cztery lata później, kiedy Włosi będą bronić mistrzowskiego tytułu, Hiszpania będzie ogarnięta wojną domową. Kolejny raz na mistrzostwach świata zagrają dopiero szesnaście lat później i to tamten występ przez lata będzie ich najlepszym na mundialach, ale to temat na inną opowieść.

7

1

@FcPortoFan1999 A! Więc to tutaj jest pies pogrzebany! No to teraz już rozumiem o co ci chodziło... :)

1

@blakkudium Że też on musiał walnąć akurat wtedy, kiedy było już po ptokach(mistrzostwie) i kiedy ja nie miałem już ochoty oglądać chłopaków Pepito...
Czy mam rozumieć że tam piszą że to gol sezonu Premier Lig?

3

@FCBparasiempre
Narodziny niepowtarzalnej legendy:

Trener Salvador Aparicio był sfrustrowany. Na trening odbywający się na niewielkim boisku w Grandoli na przedmieściach Rosario, przyszło jedynie 13 z 14 chłopców z rocznika 1986, co oznaczało kłopoty z rozegraniem tradycyjnego meczu siedmiu na siedmiu. Było wprawdzie jeszcze jedno dziecko bawiące się piłką w pyle przed frontem zdezelowanej trybuny ale ono urodziło się w 1987 roku. Dwaj starsi braci przychodzili tu regularnie a babcia, która siedziała trochę wyżej na jednej z twardych drewnianych ławek, proponowała już Aparicio żeby pozwolił mu zagrać. Relacje o tym co się dokładnie wydarzyło są sprzeczne. Aparicio twierdzi że zdesperowany poprosił czterolatka żeby dołączył do pozostałych a kiedy jego krewna(nie pamięta już czy mama, czy ciocia) zaprotestowała, obiecał że przerwie mecz jeśli rywalizacja okaże się dla niego zbyt ostra. Rodzina zapamiętała z kolei że babcia mówiła trenerowi o tym że chłopiec może wystąpić a Aparicio niechętnie się zgodził, zastrzegając że wystawi go na skrzydle żeby mógł go szybko zdjąć, jeżeli zacznie płakać. Tak czy inaczej czterolatek wyszedł na boisko. Pierwszą zagraną doń piłke zignorował, czym Aparicio nie był szczególnie zdziwiony. Chwile później jednak futbolówka trafiła do niego po raz drugi, tym razem na lewą nogę, więc trącił ją, zaczął biec do przodu i wyminął trzech przeciwników za pomocą tyleż instynktownej, co zdumiewającej ,,gambety”. Aparicio w życiu nie widział drugiego takiego przypadku, jak ów czteroletni chłopiec, który nazywał się… Lionel Messi. Rosario leży nad rzeką Parana. Leo przychodzi na świat w 55-tą rocznice śmierci wielkiego śpiewaka tang, Carlosa Gardela. Na pierwsze urodziny dostaje od krewnych czerwono-czarną koszulke Newell’s Old Boys, klubu, w którym za kilka lat nie powiedzie się Maradonie; czego Maradona nie zdołał zakończyć, Messi jeszcze nie zaczął. Wręczenie dziecku koszulki było aktem symbolicznym. Tamta koszulka Newell’s pozostaje skądinąd emblematyczna dla tożsamości Leo Messiego. Przy wszystkich ciągnących się za nim przez całą karierę oskarżeniach że nie dba o występy w drużynie narodowej, na zawsze pozostał chłopakiem z Rosario, skąd pochodzi także jego partnerka i matka jego 3 synów, Antonella Roccuzzo. Ulubiony aktor piłkarza, gwiazda ,,Sekret jej oczu” i ,,Dziewięciu królowych” Ricardo Darin, również jest Argentyńczykiem. Jego ulubionym daniem jest milanesa, panierowany kotlet z wołowiny, podawany przez matkę z sosem pomidorowym i serem. Jest zresztą coś dziwnie niewyrafinowanego w diecie Messiego, nawet jeśli poprawiła się po tym, jak Guardiola został trenerem Blaugrany. Już na samym początku pobytu w Katalonii ostrzegano go ze pije za dużo coca-coli a we wrześniu 2014 roku ujawniono że jego typowy pomeczowy posiłek składa się z pizzy z serem i sprite’a. Nawet biorąc pod uwagę że na argentyńskich pizzach zwykle nie ma zbyt wiele sosu pomidorowego, za to jest mnóstwo sera, wszystko to wygląda(by odwołać się do obserwacji irlandzkiego dziennikarza Kena Early’ego) jak dziecięce menu w przeciętnej restauracji. Mamy tu zatem jeszcze jedną manifestacje owego infantylizmu, stanowiącego część wizerunku pibe, o którym pisał Levinsky, portretując dzieciaka z potrero, który tak naprawdę nie może dorosnąć, jeśli jego talent ma się w pełni rozwinąć. Co ciekawe, kiedy dziennik ,,Corriere della Sera” wypatrywał Messiego o jego włoskie korzenie, piłkarz nie wiedział nic o Recanati, w którym mieszkali jego dziadkowie przed emigracją do Argentyny, ani o poecie Giacomo Leopardim, który również się tam urodził, ani o pobliskiej Najświętszej Panience z Loreto. Zanim skończył 13 lat i przeniósł się do Barcelony, całe jego życie kręciło się wokół Rosario. To tamta przeprowadzka oznaczała zerwanie z domem i nie odbywała się bez trudności związanych szczególnie z tym, jak reagowali na nią rodacy. Mimo koszulki musiało upłynąć trochę czasu za nim Messi wszedł w świat futbolu. Piłkę dostał na czwarte urodziny ale wciąż wolał zbierać karty i grać w kulki, w obu tych czynnościach chętnie rywalizując. W końcu któregoś dnia poszedł jednak z ojcem i braćmi pobawić się piłka na ulicy. ,,Patrzyliśmy na siebie zdziwieni. Nikt go tego nie uczył”- opowiadał Jorge Messi. Nie minęło wiele czasu, jak zaczął grać w Grandoli, strzelając regularnie po cztery, pięć goli na mecz, choć był tak mały że futbolówka sięgała mu niemal do kolan. Podczas odwiedzin u dziadków mały Leo godzinami grywał na ulicy z rodzeństwem i kuzynami. Tamte mecze często kończyły się łzami, gdyż nienawidził przegrywać. W Grandoli chłopak występował do skończenia 6 lat, strzelając dziesiątki goli. Czas, w którym miał zmienić otoczenie na bardziej zawodowe zbliżał się wielkimi krokami ale bezpośredni powód odejścia był prozaiczny. Otóż pewnego dnia Jorge przyszedł obejrzeć Lionela i Matiasa, nie biorąc ze sobą dwóch peso na wejściówke i nie został wpuszczony na boisko. Po tamtym incydencie Messi nigdy więcej nie wrócił do miejsca, w którym wszystko się zaczęło.

Do Newell’s Old Boys trafił 21 marca 1994 roku, na 3 miesiące przed siódmymi urodzinami, choć miał zaledwie 122 centymetry wzrostu. Również 3 miesiące wcześniej ostatni raz w barwach Newell’s wystąpił Diego Maradona. Klub cieszył się wówczas znakomitą reputacją jeśli chodzi o rozwój młodych piłkarzy, głównie dzięki pracy Jorge Griffy w latach 80-tych. Pierwsi trenerzy chłopca byli pod wrażeniem jego naturalnego talentu, tego że potrzebował raczej drobnych wskazówek niż gruntownego szkolenia. Cintia Arellano, najlepsza przyjaciółka z dzieciństwa, nazywała go samotnikiem. Później, już w czasach występów w reprezentacji, jego zdystansowana postawa była przyczyną napięć z częścią kolegów. Być może po prostu miał taki charakter, choć kusząca byłaby interpretacja że to jego geniusz izolował go od otoczenia i że uświadomił sobie iż umie robić coś, czego nikt inny nie potrafi, że to odróżnia go od innych a może nawet nakłada jakiś rodzaj odpowiedzialności za rozwój swojego talentu. Nawet jeśli rzadko się odzywał, umiejętności, które prezentował zapewniły mu autorytet wśród rówieśników. Jeden z pierwszych szkoleniowców Messiego w Newell’s, Quiqe Dominguez, powierzył mu prowadzenie rozgrzewki, pewien że reszta chłopców pójdzie za jego przykładem. Wciąż nienawidził przegrywać. Czasami wyrażało się to atakami frustracji i łez ale częściej prowadziło do niemal jednoosobowego zapewniania drużynie wygranej. Pewnego razu w Pujato, kiedy Newell’s po pierwszym kwadransie przegrywało 0:2, Leo się skoncentrował i po prostu ,,wkurzył się”, jak wspominał jeden z jego kolegów, Gerardo Grighini i zdobył hat-tricka, który odmienił losy meczu. Jego sztuczki sprawiały że jedynym sposobem obrońców na powstrzymywanie Messiego było łamanie przepisów, jednak zdaniem Adriana Corii(trenera najstarszej drużyny Newell’s, w której występował Leo) faule mobilizowały go do jeszcze lepszej gry. Był jednak wciąż bardzo niski. Jako dziewięciolatek mierzył tylko 128 centymetrów, dużo mniej od wszystkich rówieśników i dużo mniej od starszych braci gdy byli w tym samym wieku. Trafił do endokrynologa Diego Schwarzsteina, który orzekł że jego organizm nie produkuje wystarczającej dawki hormonów odpowiedzialnych za wzrost. Rozwiązaniem była kuracja wymagająca codziennych zastrzyków ale jej koszt wynosił równowartość 1,5 tysiąca dolarów miesięcznie. Rodzina podjęła decyzje o rozpoczęciu leczenia, które zaczęło przynosić efekty. Jako 11-latek Leo był wyższy o 5 centymetrów a jako 12-latek dobił do 148 centymetrów. Z początku za zastrzyki płacił Jorge dzięki pieniądzom z ubezpieczenia i zbiórki w fabryce, później jednak musiał zwrócić się o pomoc do klubu, choć zdaniem Schwarzsteina leczenie powinno być finansowane przez państwo. Newell’s mimo licznych obietnic wsparło rodzine tylko raz datkiem w wysokości 300 peso. Ojciec piłkarza zaczął szukać innych możliwości. Choć Messi od dziecka kibicował Newell’s, lubił także River Plate, w dużej mierze ze względu na swojego ówczesnego idola Pablo Aimara, wielce utalentowanego ,,enganche”, który w 2001 r. przeniósł się do Valencii. W 2000 r. Messi trafił do River na testy. Wszystko przebiegło według znanego już schematu. Trenerzy widząc jego wzrost mieli wątpliwości czy sobie poradzi. We wstępnej gierce siedział na ławce rezerwowych i wszedł w samej końcówce ale jak tylko wszedł to od razu założył siatke kryjącemu go obrońcy a chwile później powtórzył te sztuczke. Zaproszony po raz kolejny, tym razem grał od pierwszej minuty i strzelił ponoć 10 goli! River chciało podpisać z nim kontrakt ale problemem było zakwaterowanie. Klub nie zapewnił go chłopcom poniżej 13 roku życia. Inna sprawa że nie jest jasne czy Jorge rzeczywiście chciał oddać syna do River, czy planował jedynie wywrzeć presje na Newell’s w związku z rosnącymi kosztami leczenia. Jeśli chodziło o to drugie, pomysł spalił na panewce. Klub składał wprawdzie kolejne obietnice ale nie kwapił się do płacenia. Ojciec chłopca zaczął więc rozważać rozwiązanie jeszcze bardziej radykalne. W lutym 2000 r. nakręcono filmik, na którym Messi prezentuje swoje umiejętności a mianowicie 113 razy podbija pomarańcze a 140 razy piłke tenisową. W pobliżu leży piłeczka pingpongowa, sięga więc także po nią i podbija ją 29 razy. Kilka miesięcy później taśma zawierająca także bardziej konwencjonalne zagrania, za pośrednictwem Horacio Gaggiolego, pochodzącego z Rosario posiadacza licznych nieruchomości w Barcelonie, trafia w ręce Josepa Minguelli, agenta piłkarskiego, który dzięki przyjaźni z byłym zawodnikiem a później jednym z trenerów FC Barcelony Carlesem Rexachem, miał mocną pozycje w klubie. Minguella powiedział katalońskim działaczom że jeśli sfinansują kuracje hormonalną Messiego i znajdą prace jego ojcu, mogą go mieć. 17 września 2000 r. 13-letni Lionel po raz pierwszy w życiu wsiadł na pokład samolotu i wyleciał do Hiszpanii. Kilka dni wcześniej na łamach wychodzącej w Rosario gazety ,, La Capital” ukazał się całostronicowy artykuł zatytułowany ,,Wyjątkowy trędowaty”. Bohater tekstu wśród wyznań o tym że lubi kurczaka a jego ulubioną książką jest Biblia, opowiada o marzeniu związanym z grą dla pierwszej drużyny i o tym że po zakończeniu kariery chciałby zostać nauczycielem wychowania fizycznego. Najsmutniejszy moment w życiu? Miał 10 lat, gdy zmarła mu babcia, pierwsza osoba w rodzinie, która naprawdę uwierzyła w jego talent.

W Barcelonie Messi był nerwowy i niemal się nie odzywał, z początku wolał też(przypominając też Tomasa Carlovicha) przebierać się na korytarzu a nie w szatni z resztą rówieśników, wśród których byli Fabregas i Pique. Trenerzy zafrasowani jego wątłą sylwetką apelowali do pozostałych podopiecznych aby ,,go nie połamali”. W końcu jednak wszyscy zobaczyli go z piłką przy nodze a Pique na prośbe o łagodne traktowanie Argentyńczyka odpowiedział pytaniem: ,,Jak mamy na niego uważać? Przecież nie umiemy się nawet do niego zbliżyć!”. Nie minął tydzień a Rexach, który właśnie wrócił z Australii, przyszedł zobaczyć go w meczu z chłopcami starszymi o 2 lata. Przespacerował się dookoła boiska, rzucił okiem na Messiego. Od razu wiedział że musi go zatrzymać. W zarządzie FC Barcelony zdania były jednak podzielone. Klub przechodził kryzys, ostatni sezon z czasów pierwszego pobytu Luisa van Gaala w Katalonii nie płynął wcale gładko. Po doświadczeniach z Riquelme i Saviolą działacze mieli wątpliwości czy Argentyńczycy potrafią się zaadoptować do tutejszych warunków. Nie było jasne czy przenosiny tak młodego zawodnika wraz z rodziną do kompletnie innego świata mają sens i czy kalkulują się ekonomicznie, zważywszy na dodatkowy koszt związany z leczeniem chłopca. Świetnie pamiętano chaos jaki w Barcelonie wywoływał klan Maradony. Tak minęło 10 tygodni, w trakcie których Jorge Messi i Minguella coraz bardziej tracili cierpliwość. W końcu Minguella umówił się z Rexachem na tenisa. Potem poszli na piwo. Agent przycisnął ówczesnego dyrektora technicznego, który w kilku zdaniach zobowiązał się do podpisania kontraktu z Messim na podanej mu przez kelnera serwetce. Dzień później Minguella potwierdził ważność dokumentu u notariusza a z czasem serwetka przeszła do legendy, choć wypada mieć uzasadnione wątpliwości, czy można ją uważać za wiążącą prawnie. Tak czy inaczej, po tym liście intencyjnym dopięto wreszcie szczegóły kontraktu. Jorge na znak wdzięczności odbył w towarzystwie jednego z przyjaciół ponad 60-kilometrową pielgrzymke z Rosario do sanktuarium maryjnego w san Nicolas, w północnej części prowincji Buenos Aires, gdzie dołączył do nich Lionel i przeszedł ostatnie 800 metrów na bosaka. 15 marca 2001 r. wyleciał do Hiszpanii po raz kolejny, tym razem żeby rozpocząć nowy rozdział w swoim życiu…

2

Coś dla ciebie @Bernard777 w odpowiedzi na komentarz

2

@FcPortoFan1999 No właśnie. Taki jest niestety sport. Jak się okazuje nie zawsze wygrywa najlepszy...

9

Pierwszy w dziejach Blaugrany finał najważniejszego z pucharów:

31 maja 1961 r. FC Barcelona po raz pierwszy w historii zagrała w finale Pucharu Europy Mistrzów Klubowych. Dramatyczny pojedynek z Benfica Lisbona zakończył się porażką 2:3. Już w 20 minucie genialny główkarz Sandor Kocsis wyprowadził Barçe na prowadzenie właśnie strzałem głową. Dziesięć minut później Portugalczycy wyrównali a po dwóch kolejnych minutach wyszli na prowadzenie po fatalnym błędzie Ramalletsa. Bramkarz Barçy tak niefortunnie wybijał piłke podbitą wysoko do góry przez swojego obrońcę że wrzucił ją sobie do bramki. W drugiej połowie wynik podwyższył mocnym strzałem z woleja zza pola karnego znakomity Mario Coluna i Blaugranie na nic się zdało jeszcze piękniejsze trafienie Czibora, który huknął z lewej nogi w samo okienko. W drugiej połowie meczu ataku serca doznał siedzący na trybunach prezydent Benfiki Mauricio Vieira de Brito. Takie nerwy nie mogły dziwić. W całym meczu piłkarze Barçy czterokrotnie trafiali w słupek bądź poprzeczke. Legenda głosi iż ten mecz walnie przyczynił się do zmiany przekroju obramowania bramki z prostokątnego na kolisty. Legenda legendą, jednak trzeba przyznać że jak ktoś ma pecha… to mu w drewnianym kościele spadnie cegła na głowę. Przecież wówczas Barça miała naprawdę silną pake(!) na czele z genialnym Kubalą, Luisem Suarezem, Sandorem Kocsisem, Evaristo de Macedo czy choćby wspomnianym Ramalletsem. W 1/8 tych rozgrywek Barça odprawiła z kwitkiem sam Real Madrid! No cóż, jak wiemy w futbolu trzeba mieć też dużo szczęścia a na stadionie Wankdorf w Bernie ewidentnie go ,,nam” zabrakło.



@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Bernard777
@Astad
@Adran360

10

Debiut katalońskich legend:

31 maja 1919 roku, FC Barcelona rozegrała mecz towarzyski na starym boisku „Camp del Carrer Indústria” z reprezentacją złożoną z piłkarzy państw alianckich, które niedawno wygrały I wojnę światową (Francuzów, Belgów i Anglików). Było to bardziej symboliczne wydarzenie niż cokolwiek innego, z mnóstwem machania flagami narodowymi poszczególnych krajów, a wynik, zwycięstwo Barcelony 2-0, był akademicki. Jednak było coś w tym meczu, co uczyniło go szczególnie monumentalnym wydarzeniem w historii naszego klubu. Był to pierwszy występ w koszulce Barçy dla Ricardo Zamory, bramkarza-palacza, który przybył do klubu po zdobyciu mistrzostwa Katalonii z Espanyolem. „Divine One” był niezwykłym bramkarzem i to właśnie od jego nazwiska pochodzi nazwa Zamora Trophy, przyznawana do dziś najlepszemu bramkarzowi sezonu. Po trzech latach gry w Barçy Zamora wrócił do Espanyolu i zakończył karierę grając w Realu Madryt. Chociaż kibice przychodzili głównie po Zamorę, pod koniec meczu inny debiutant również sprawił, że zaczęli o nim dyskutować. 17-latek o nazwisku Josep Samitier olśniewał na boisku i zdobył drugiego gola tego dnia wspaniałym strzałem głową z rzutu rożnego. Samitier (1902-1972) był przeznaczony do zostania najbardziej legendarnym piłkarzem FC Barcelony na początku XX wieku i ikoną pierwszej „Złotej Ery” klubu w latach 20. XX wieku. Nie tylko był wspaniałym piłkarzem, ale także emanował charyzmą poza boiskiem, był absolutnym dżentelmenem i nieustannie pasjonował się wszystkim, co dotyczyło Barcelony. Wyprzedzał swoje czasy pod wieloma względami i przyciągał tak wielką publiczność, że mówi się, iż to jego nazwisko było głównym powodem, dla którego klub zmuszony był opuścić „Carrer Indústria” i zbudować większy i lepszy „Camp de Les Corts”. „Sami” pozostał w drużynie do 1932 roku, rozegrał 504 mecze i strzelił niesamowite 361 goli. Z takimi pseudonimami jak „Człowiek Homar” i „Magik” Samitier miał u stóp piłkarskie fantazje. Nie tylko miał tempo i umiejętności, zarówno lewą, jak i prawą nogą, ale słynął również ze swojej niezwykłej zdolności do skakania – co czyniło go niemal niemożliwym do pokonania w powietrzu. W jego sposobie gry było coś anarchicznego i improwizowanego, co sprawiało, że obrońcy drużyny przeciwnej musieli go nieustannie rozszyfrowywać. Mówiąc wprost, był piłkarskim „showmanem” swoich czasów.

Mimo że pierwotnie grał w pomocy, był tak skutecznym strzelcem, że wkrótce zaczął być wystawiany jako środkowy napastnik – strzelał bramki z mocą i precyzją, a często pojawiał się znikąd i strzelał gole głową. Był także członkiem pierwszej reprezentacji Hiszpanii, która pojechała na igrzyska olimpijskie do Antwerpii w 1920 r. (wówczas były to Mistrzostwa Świata) i wróciła ze srebrnym medalem. Wielu uważało go za najlepszego napastnika na świecie swoich czasów. Po tym, jak pomógł Blaugranie zdobyć tytuł mistrza Hiszpanii w jej inauguracyjnym sezonie w 1929 r. oraz zdobył pięć Pucharów Hiszpanii i dwanaście Mistrzostw Katalonii(!), spór z zarządem doprowadził do jego odejścia do Madrytu w 1932 r. Większość lat wojny domowej w Hiszpanii spędził na wygnaniu we Francji, ale w 1944 r. powrócił do Barcelony, tym razem jako menedżer, i poprowadził klub do drugiego tytułu mistrzowskiego.

@Adran360
@Astad
@Bernard777
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_

7

@FCBparasiempre
Steven Gerrard to jeden z najlepszych piłkarzy w historii angielskiej piłki. Dla drużyny „The Reds” wygrał wiele cennych trofeów. Z Liverpoolem sięgnął m.in. po puchar Anglii, puchar ligi, a także tryumfował w rozgrywkach Champions League. To właśnie w Stambule natchnął swoich kolegów do odwrócenia losów meczu i na zawsze zapisał się w annałach klubu z miasta Beatlesów. Kapitan „The Reds” ma jednak na swoim koncie także wielką porażkę. Nigdy nie zdobył mistrzostwa Premier League. Kiedy było ona na wyciągnięcie ręki w decydującym meczu z Chelsea, poślizgnął się, stracił piłkę i podarował gola Londyńczykom. Jego bogata historia skłoniła nas do napisania o nim artykułu. Gerrard przyszedł na świat 30 maja 1980 roku w miejscowości Whiston. Miasteczko to jest oddalone o niespełna piętnaście kilometrów od ścisłego centrum Liverpoolu. Młody Stevie w dzieciństwie często nosił koszulkę Evertonu, gdyż jego wujek był zakochany w drużynie z Goodison Park. Wydawało się więc, że naturalnym wyborem Gerrarda będzie gra dla odwiecznego rywala „The Reds”. Na szczęście dla fanów Liverpoolu geniusz młodego Anglika zauważyli skauci wielokrotnego mistrza Premier League i w wieku dziewięciu lat Gerrard rozpoczął swoją przygodę na Anfield. Niestety kariera Gerrarda mogła zakończyć się już w dzieciństwie. Młody piłkarz Liverpoolu podczas gierki podwórkowej doznał paskudnego urazu. Kiedy po jednej z akcji piłka utknęła w krzakach, Gerrard starał się wykopać futbolówkę. Nie wiedział jednak, że w zaroślach są widły, na które nadział stopę. Rana była tak głęboka, że Anglik trafił od razu do szpitala. Na miejscu okazało się, że najprawdopodobniej będzie trzeba amputować palec z powodu dostania się bakterii do organizmu. Jednak zgody na to nie wyrazili ówcześni włodarze Akademii Liverpoolu. Twierdzili oni, że taki zabieg pozbawi szans Gerrarda na profesjonalne granie w piłkę. Zaproponowali oni niekonwencjonalną formę leczenia, która ostatecznie zapobiegła amputacji palca. Gerrard po długim okresie rekonwalescencji w końcu mógł wrócić do futbolu. Po przejściu przez wszystkie etapy akademii „The Reds” pomocnik Liverpoolu zadebiutował w pierwszym zespole w sezonie 1998/1999 pod batutą Gérarda Houlliera. Miał wtedy już skończone osiemnaście lat. Rywalem klubu z Anfield było Blackburn Rovers. Nastolatek z Whiston zameldował się na placu gry w końcówce spotkania. Liverpoolu prowadził wówczas 2:0 i pewnie dowiózł wynik do końcowego gwizdka arbitra. Młody Stevie w tamtym czasie nie grzeszył posturą. Nie miał rozwiniętej muskulatury, a jego przeciwnicy w pojedynkach fizycznych robili z nim, co chcieli. Tydzień po meczu z Blackburn Gerrard otrzymał szansę od menedżera z Francji na grę w pierwszym składzie. Liverpool tym razem pojechał na trudny teren do Tottenhamu. Anglik wypadł w tamtym spotkaniu beznadziejnie. Odpowiadał za krycie Davida Ginoli, który ośmieszał go swoimi dryblingami w każdej akcji. Gerrard zszedł z boiska na początku drugiej połowy. Angielskie media bardzo go skrytykowały za tamten występ, wybierając go na najgorszego piłkarza meczu. Anglik się jednak nie poddawał. Niepowodzenia jeszcze bardziej go motywowały. Zaczął ciężej przykładać się do treningów, dając tym samym do zrozumienia menedżerowi, że jest ambitnym i pracowitym zawodnikiem. Gerrard otrzymywał coraz więcej szans na boisku jako rezerwowy, by bo pewnym czasie stać się etatowym zawodnikiem pierwszej jedenastki klubu z Anfield. Razem z Jamiem Redknappem tworzyli w środku pola duet nie do przejścia. Pomocnik Liverpoolu na początku swojej kariery miał bardzo dużo zadań defensywnych. Odpowiadał za tak zwaną czarną robotę. Starał się przeszkadzać w akcjach swoich przeciwników, grał brutalnie, zbierając tym samym bardzo dużo kartek. Przełomowym momentem w karierze Gerrarda były rozgrywki 2000/2001. Wtedy to Liverpool zdobył potrójną koronę, w której w skład wchodził Puchar UEFA, rozgrywki FA Cup oraz Puchar Ligi Angielskiej. Najważniejszym sukcesem w tamtych rozgrywkach było oczywiście wygranie przez Liverpool Pucharu UEFA. „The Reds” po nieprawdopodobnym finale wygrali po dogrywce 5:4 z Deportivo Alaves. Gerrard w tamtym spotkaniu strzelił gola na 2:0. W międzyczasie pomocnik Liverpoolu zadebiutował w kadrze reprezentacji Anglii 31 maja 2000 roku. Wyspiarze tego dnia w meczu towarzyskim na Wembley podejmowali reprezentację Ukrainy, którą ostatecznie pokonali 2:0. Na pierwszego gola dla reprezentacji Gerrard musiał czekać ponad rok po swoim debiucie. Anglicy w meczu eliminacyjnym do MŚ w Korei i Japonii rozbili Niemców aż 5:1. Wszystkie gole w tamtym meczu zdobywali zawodnicy Liverpoolu. Trzy bramki ustrzelił Michael Owen, a po jednym trafieniu dołożyli Gerrard z Emilem Heskey. W wieku dwudziestu trzech lat Gerrard po raz pierwszy dostał opaskę kapitana drużyny z miasta Beatlesów. Dla Anglika było to niesamowite wyróżnienie, zwłaszcza że poprzednikiem Gerrarda był doświadczony piłkarz Liverpoolu Sami Hyppia. Szatnia klubu z Anfield nie była zachwycona decyzją trenera. Zawodnicy uważali, że Stevie jest za młody, pełniąc tak odpowiedzialną funkcję. Gerrard jednak nic sobie z tych uwag nie robił, broniąc się swoją twardą i nieustępliwą grą na boisku.

Przed rozgrywkami 2004/2005 do Liverpoolu przyszedł nowy szkoleniowiec. Był nim Rafa Benitez, który w przeszłości zdobył z Valencią dwukrotnie mistrzostwo Hiszpanii, przełamując hegemonię Realu i Barcelony. Wydawało się więc, że Benitez jest odpowiednią osobą na odpowiednim miejscu. Z Liverpoolu odszedł w tym samym czasie Michael Owen, który zasilił drużynę z Santiago Bernabeu. Coraz więcej odpowiedzialności spadło więc na Stevena Gerrarda. Jednak pomocnik „The Reds” w tamtym momencie również zastanawiał się, czy nie zmienić barw klubowych. Chrapkę na zawodnika z Anfield miała ekipa Chelsea, której potęgę budował Roman Abramowicz. Gerrard wiedział, że „The Blues” są bardziej klubem perspektywicznym, a Liverpool popadał w przeciętność. Ostatecznie Stevie był lojalny wobec klubu, w którym się wychował i kontynuował swoją karierę w mieście Beatlesów. Decyzja Gerrarda okazała się strzałem w dziesiątku, gdyż pod koniec maja 2005 roku Liverpool po dwudziestu jeden latach wygrał rozgrywki Champions League. Mecz w Stambule pomiędzy Liverpoolem a Milanem jest uważany do dzisiejszego dnia jako jeden z najlepszych spotkań w historii piłki nożnej. Do przerwy podopieczni Rafy Beniteza byli zdruzgotani. Przegrywali z drużyną z Mediolanu aż 0:3. Eksperci w przerwie meczu wieszali już złote medale na szyjach piłkarzy z San Siro. Nikt nie wierzył w odwrócenie losów meczu z wyjątkiem kibiców z Liverpoolu i właśnie bohatera naszego artykułu. Gerrard dał impuls drużynie, zdobywając bramkę głowę na 1:3 w 54 minucie. Nie minęło 120 sekund, a Neslon Dida musiał po raz drugi wyciągnąć piłkę z siatki po uderzeniu za pola karnego Vladimira Smicera. Gdy po godzinie gry Xabi Alonso strzelając na raty rzut karny, doprowadził do remisu, kibice na obiekcie olimpijskim im. Atatürka przecierali oczy ze zdumienia. „The Reds” dokonali niemożliwego i po kwadransie drugiej połowy odrobili wszystkie straty. Wynik w regulaminowym czasie gry nie uległ już zmianie i nadeszła dogrywka. W niej w 118 minucie meczu Milan stanął przed znakomitą szansą na rozstrzygnięcie spotkania. Andrij Szewczenko dwa razy próbował pokonać Jerzego Dudka. Bramkarz „The Reds” jednak nie dał się zaskoczyć. Najpierw wybronił silny strzał głową Ukrainca, a chwile później sparował dobitkę Szewczenki na rzut rożny. W konkursie rzutów karnych Dudek również wybronił decydujący strzał napastnika Milanu i Gerrard mógł, po chwili podnieś najcenniejszy klubowy puchar. Po wygraniu Ligi Mistrzów przez Liverpool Gerrard miał ponownie wiele ofert z innych klubów Premier League. Kusiły go takie marki jak Arsenal czy Chelsea. Anglik ponoć miał już nawet wybrać nowy klub. Jednak zdecydował się ponownie zostać na Anfield, gdyż nie chciał zawieść swojego tatę, który był mocno związany z Liverpoolem. Niestety Gerrard do końca swojej kariery zdołał wygrać już tylko trzy trofea dla swojego ukochanego klubu. Pierwszy z nich, zdobył trzynastego maja 2006 roku w finale FA Cup na Millenium Stadium w Cardiff. „The Reds” grali wtedy przeciwko drużynie West Ham United. Mecz w stolicy Walii był popisem Steviego. Liverpool wszedł w to spotkanie bardzo źle. Po trzydziestu minutach gry „Młoty” prowadziły 2:0. Kapitan Liverpoolu musiał ponownie podnieść swój zespół z kolan. W 34 minucie finału Anglik asystował przy trafieniu Djibrila Cisse. Natomiast na początku drugiej połowy Gerrard huknął pod poprzeczkę i wyrównał wynik meczu. West ham jednak nie dawał za wygraną i po chwili odpowiedział trzecią bramką. Gdy wydawało się, że to spotkanie wygrają Londyńczycy, pomocnik Liverpoolu po raz kolejny wziął sprawy w swoje ręce. W doliczonym czasie gry oddał strzał życia z ponad 30 metrów i spowodował euforię całego stadionu. O końcowym wyniku miały decydować jeszcze raz rzuty karne. W Wali „The Reds” lepiej egzekwowali jedenastki i tak jak w Stambule mogli się cieszyć z udanego come backu. Kolejnym tryumfem, jaki zanotował Stevi z Liverpoolem było wygranie meczu o Tarczę Wspólnoty tego samego roku. Podopieczni Rafy Beniteza pokonali Chelsea na Wembley 2:1. Gerrard w tym meczu pojawił się na boisku dopiero w 60 minucie. W następnych sezonach „The Reds” zanotowali olbrzymi spadek formy. Nie przypominali już tamtej drużyny z sezonu 2004/2005, która mogła się bić z każdym w Lidze Mistrzów. Udany mieli co prawda sezon 2008/2009, kiedy to zajęli drugie miejsce w lidze, jednakże w kolejnych czterech kampaniach Liverpool stał się średniakiem ligowym. Na osłodę „The Reds” sięgnęli w roku 2012 po mało prestiżowy Puchar Ligi Angielskiej. Było to ostatnie trofeum Garrarda w czerwonej koszulce. Po fatalnych sezonach dla kibiców Liverpoolu nadeszła legendarna kampania 2013/2014. W niej Liverpool grał jak natchniony. Kwartet ofensywny Gerrard, Suarez, Sterling, Sturridge siał popłoch w szeregach defensywnych niejednego rywala. „The Reds” przez większość rozgrywek byli liderem tabeli Premier League. Niestety dla podopiecznych Brendana Rogersa nadeszła pechowa 36 kolejka. Liverpool przed tym spotkaniem wygrał aż jedenaście spotkań z rzędu. Wydawało się więc, że w meczu na Anfield przeciwko Chelsea zrobią kolejny krok do zdobycia wyczekiwanego od lat mistrzostwa Anglii. To nie był jednak udany dzień dla klubu z miasta Beatelsów. W doliczanym czasie gry pierwszej połowy Gerrad przepuścił piłkę pod stopą. Anglik starał się naprawić swój błąd. Niestety nie dość, że nie naprawił, to jeszcze się poślizgnął, futbolówkę przejął Demba Ba, wyszedł sam na sam z bramkarzem i otworzył wynik spotkania.

W drugiej części meczu Liverpool starał się odrobić straty. Atakował ze zdwojoną siłą na bramkę Marka Schwarzera, ale Australijczyk tego popołudnia nie dał się zaskoczyć ani razu. Chwile przed końcowym gwizdkiem sędziego Chelsea wyszła z kontrą i dobiła „The Reds”, strzelając na 2:0. Piłkarze Liverpoolu byli załamani. Mieli niesamowity sezon, kapitalną serię zwycięstw, a jeden przegrany mecz spowodował, że musieli pożegnać się z mistrzostwem. Główny winowajcą tego zdarzenia obarczono oczywiście Gerrarda. „Tego dnia poczułem się pusty. Jakby właśnie ktoś zmarł z mojej rodziny”. Dwa miesiące później kapitan Liverpoolu pojechał na MŚ z reprezentacją Anglii do Brazylii. Dla „Synów Albionu” turniej w Ameryce Południowej był bardzo nieudany. Anglicy musieli pożegnać się już z Mundialem po fazie grupowej. Media znowu bardzo skrytykowały Gerrarda, twierdząc, że Anglik zawalił przy dwóch trafieniach dla Urugwajczyków i pozbawił tym samym szans na awans swój naród do kolejnej fazy turnieju. Po tych rozgrywkach Gerrard zakończył reprezentacyjną karierę. Finalnie dla Anglików zagrał w 114 spotkaniach, zdobywając 21 bramek. Po sezonie 2014/2015 Gerrard w wieku 35 lat zdecydował się także odejść z Liverpoolu. W listopadzie 2014 roku dostał co prawda opcję przedłużenia swojego kontraktu, jednak Stevie odmówił włodarzom klubu. „To była najtrudniejsza decyzja w moim życiu. Poinformowałem o niej teraz, by trenera oraz drużyny nie dekoncentrować przez spekulacje na temat mojej przyszłości. O tym, gdzie zagram, nie mogę jeszcze powiedzieć, ale na pewno będzie to drużyna, która nigdy z Liverpoolem się nie zmierzy. Co do tego nigdy nie miałem żadnych wątpliwości”. Gerrard na Anfield rozegrał łącznie siedemnaście pełnych sezonów. W tym czasie wystąpił w 710 meczach, notując na swoim koncie 185 bramek. Zdobył dziewięć trofeów, w tym najważniejszy puchar Ligi Mistrzów. W klasyfikacji najlepszych strzelców Liverpoolu w historii zajmuje piąte miejsce. A trzeba pamiętać, że Anglik nie był napastnikiem i na początku swojej kariery miał bardzo dużo zadań defensywnych. Gerardowi do pełni szczęścia zabrakło wygrania pucharu Premier League i sukcesu z reprezentacją narodową. Dlatego też do końca kapitan Liverpoolu nie może być zawodnikiem spełnionym. Jednak pomimo braku tytułu mistrza Anglii, wielu kibiców „The Reds” uznaję go do dzisiaj za najlepszego piłkarza w dziejach swej drużyny. Fani Liverpoolu cenią w swoim wychowanku takie cechy jak: lojalność, przywiązanie i wierność do barw klubowych. Gerrard podczas swojej przygody z piłką wielokornie otrzymywał oferty z silniejszych klubów, jednak nigdy nie wzmocnił lokalnych rywali. Na koniec kariery Anglik grał jeszcze dla klubu z MLS Los Angeles Galaxy. Niestety Gerrard za oceanem nie przypominał już zawodnika, który rozpieszczał fanów z Europy swoimi zjawiskowymi zagraniami. Ostatecznie karierę zakończył w 2016 roku. Gerrad po zawieszeniu butów na kołek nie zrezygnował z szatni piłkarskiej. W 2018 roku objął posadę trenera drużyny Glasgow Rangers, z którą w sezonie 2020/2021 tryumfował w rozgrywkach Ligi szkockiej. Anglik przełamał hegemonię Celticu po dziesięciu latach. „The Gers” nie przegrali w całym sezonie ani razu. Po dobrze wykonanym zadaniu w Szkocji Gerrard dostał propozycję prowadzenia Aston Villi. W Premier League legenda Liverpoolu nie radziła sobie już tak dobrze. Zespół z Birmingham grał bardzo przeciętnie pod wodzą Gerrarda i zarząd „The Villans” zdecydował się podziękować swojemu trenerowi za współpracę po niespełna roku. Dzisiaj Anglik próbuje odbudować swoją markę w klubie z Arabii Saudyjskiej Al Ettifaq FC, gdzie występuje obecnie bardzo dużo uznanych nazwisk piłkarskich. Stevie na pewno jednak marzy, żeby w przyszłości objąć stery Liverpoolu i doprowadzić ich do tytułu Premier League, czego nie udało mu się jako piłkarzowi.

Osiągnięcia klubowe

Liverpool (jako piłkarz)

FA Cup – 2x – 2000-01, 2005-06

Puchar Ligi – 3x – 2000–01, 2002–03, 2011–12

Tarcza wspólnoty – 1x – 2006

Liga Mistrzów – 1x – 2004–05

Puchar UEFA – 1x – 2000–01

Superpuchar UEFA – 1x – 2001

Rangers (jako menadżer)

Mistrzostwo ligi szkockiej – 1x – 2020-21

Osiągnięcia indywidualne

Piłkarz roku UEFA – 1x – 2005

Piłkarz roku w Anglii (PFA) – 1x – 2005–06

Młodzieżowy piłkarz roku w Anglii (PFA) – 1x – 2000–01

Najlepsza XI roku w Anglii (PFA) – 8x – 2000–01, 2003–04, 2004–05, 2005–06, 2006–07, 2007–08, 2008–09, 2013–14[

Piłkarz roku w Anglii według fanów (PFA) – 2x – 2000–01, 2008–09

Piłkarz roku w Anglii według dziennikarzy (FWA) – 1x – 2008–09

Onze d’Argent – 1x – 2005

Najlepszy piłkarz reprezentacji Anglii – 2x – 2007, 2012

Najlepszy piłkarz Liverpoolu w sezonie – 4x – 2004, 2006, 2007, 2009

Najlepszy piłkarz Liverpoolu w sezonie według fanów – 2x – 2005, 2007

FIFA FIFPro World XI – 3x – 2007, 2008, 2009

Najlepsza XI roku UEFA – 3x – 2005, 2006, 2007

Najlepsza XI mistrzostw europy – 1x – 2012

Najlepsza XI według ESM – 1x – 2008–09

Piłkarz miesiąca Premier League – 6x – March 2001, Marzec 2003, Grudzień 2004, Kwiecień 2006, Marzec 2009, Marzec 2014

Najwięcej asyst w sezonie Premier League – 1x – 2013–14[

Hall of Fame angielskiej piłki – 1x – 2017

Srebrna piłka mistrzostw świata – 1x – 2005

Hall of Fame Premier League – 1x – 2021

9

Wielki Ajax po raz trzeci z rzędu!

30 maja 1973 r. Ajax Amsterdam pokonał Juventus Turyn 1:0 w finale Pucharu Mistrzów. Ajax pokonał Juventus przed 89 000 widzów na Belgradzkiej ,,Marakanie”, zdobywając trzeci z rzędu Puchar Europy. Bramka Johnny'ego Repa w piątej minucie wystarczyła, aby zapewnić holenderskiemu gigantowi kolejny tytuł mistrza Europy, bez możliwości zatrzymania Stefana Kovácsa i jego ,,Total Footballers”. ,,Total Football”, w który grał Ajax w latach 70., to system, który przetrwał prawie pięć dekad i nadal inspiruje wielu najlepszych menedżerów współczesnej piłki nożnej. To, co Ajax osiągnął na początku lat 70., było niemalże piłkarskim mistrzostwem – przynajmniej ideologicznie. Na arenie europejskiej strzelili pięć goli i stracili zero w trzech zwycięskich finałach w 1971, '72 i '73. Dziennikarz Berend Scholten twierdzi, że zwycięstwo nad Juventusem w Jugosławii stanowiło „szczyt osiągnięć Ajaxu” na początku lat 70. Pokonując Bianconeri , Ajax Kovácsa pokonał drużynę, w której grali jedni z najlepszych włoskich piłkarzy, z legendarnym Dino Zoffem w bramce, taktycznie bystrym Fabio Capello w pomocy i doświadczonym strzelcem Roberto Bettegą w ataku. Jednakże, jak wyjaśnił David Winner w Brilliant Orange , triumf Ajaxu w 1973 r. stał się źródłem niezadowolenia wśród fanów klubu zaraz po finale. Winner pisze: „Kibice Ajaxu wrócili do domu przygnębieni i niezadowoleni, widząc trzecie z rzędu zwycięstwo swojej drużyny w Pucharze Europy”. To poczucie niezadowolenia ze strony fanów Ajaxu jest głęboko intrygujące. Triumf w 1973 roku był być może zbyt oczywisty w oczach kibiców Ajaxu, a finał był daleki od ekscytującego standardu, jaki de Godenzonen ustanowił w poprzednich latach. Podczas gdy drużyna Kovácsa otrzymała entuzjastyczne uznanie od oglądającego świata, ich manipulacyjny styl gry nie do końca odpowiadał gustom ich własnych kibiców. Stało się tak, ponieważ finał w 1973 roku był prawdopodobnie najnudniejszym z trzech, które wygrał Ajax. W przeciwieństwie do zwycięstw 2-0 w 1971 i 1972 roku nad Panathinaikosem i Interem, styl, w którym klub z Amsterdamu pokonał Juventus, był mniej inspirujący. Poza tym, dlaczego dziedzictwo trzeciego i ostatniego zwycięstwa Ajaxu w Pucharze Europy w erze Total Football jest tak sprzeczne? Jak drużyna Ajaxu, która zrewolucjonizowała grę, mogła nie podobać się własnym ludziom po podbiciu kontynentu? W drodze do finału w Belgradzie Ajax pokonał Bayern Monachium w ćwierćfinale, a Real Madryt w półfinale. Hipnotyzujący występ w drugiej połowie w Amsterdamie podczas pierwszego meczu Ajaxu z Bayernem skutecznie doprowadził drużynę Kovácsa do awansu do następnej rundy, dzięki bramkom Johana Cruyffa , Arie Haana i Gerrie Mührena. W pierwszym meczu półfinałowym z Realem Madryt bramki Hulshoffa i Ruuda Krola dały Ajaxowi niewielką przewagę w Madrycie. Samotny gol Mührena na Bernabèu był kluczowy, wprowadzając de Godenzonen do kolejnego finału. Jednak to sposób ich zwycięstwa w Hiszpanii był szczególnie godny uwagi.

Mühren wszedł do folkloru Ajaxu nie tylko za sprawą ważnego gola na wyjeździe w Madrycie, ale także za swoje niesławne wybryki w drugiej połowie meczu. Kiedy piłkarze Realu Madryt cofnęli się po tym, jak Mühren przejął piłkę na linii środkowej, Holender prowokacyjnie podrzucił piłkę w powietrze i zaczął nią żonglować, zanim pozwolił jej spaść i podał ją do Krola, który nacierał z lewego obrońcy. Notatki zwycięzcy: „Oklaski przetoczyły się jak grzmoty na gigantycznych trybunach”, ilustrując zdumienie tłumu przyzwyczajonego do sukcesu. Kibice Realu Madryt podeszli do Mührena po meczu, aby wyrazić swój podziw dla jego zuchwałych umiejętności. Dla Mührena jego sztuczka była „wyrazem wyższości”. Jego intencją było pokazanie, że Ajax i Real Madryt zamieniły się miejscami, po tym jak hiszpański gigant zdominował europejską piłkę nożną przez tak długi czas w latach 50. Jednak to nie dominująca natura opartego na posiadaniu piłki ofensywnego stylu Ajaxu zachwyciła tamtej nocy świat, ale ich śmiałość z małymi momentami polotu i manipulacji. Mühren odnosi się do swojego niesławnego żonglowania piłką jako do „momentu, w którym Ajax przejął kontrolę”. Pomimo poziomu umiejętności, istniał konflikt co do tego, jaki wizerunek powinien prezentować Ajax. Hulshoff był wściekły na Mührena po incydencie, natychmiast podbiegł do niego, aby go upomnieć. Powiedział Winnerowi w Brilliant Orange: „ Gdyby ktoś mi to zrobił, zabiłbym go”, podkreślając swoje niezadowolenie z tego, co uznał za brak szacunku.

@Adran360
@AssisMoreira
@Astad
@Bernard777
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani

9

Zapomniane legendy światowego futbolu:

30 maja 1946 r. urodził się Dragan Džajić. Polska w latach 70-tych miała swojego Kazimierza Deynę, Czechosłowacja nieco wcześniej Josefa Masopusta, ale o nich się dzisiaj doskonale pamięta. Nieco inaczej jest z największą gwiazdą reprezentacji Jugosławii, którą był Dragan Džajić. Ten fantastyczny skrzydłowy przez wiele lat decydował o obliczu Crvenej Zvezdy Belgrad (305 meczów i 113 goli), a przez pewien czas czarował też swoim talentem kibiców francuskiej Bastii (56 gier i 31 goli). Przede wszystkim był jednym z największych asów reprezentacji Jugosławii (85 występów i 23 gole). Do legendy przeszły również jego rzuty wolne. Można nawet znaleźć opinię, według której Džajić miał być najlepszym lewonożnym wykonawcą rzutów wolnych w historii futbolu. ,,Dragan Dżajić to legenda jugosłowiańskiej piłki. Przede wszystkim fenomenalny drybler. Kiedyś BBC zrobiło film, pod tytułem „czarna kobra”, na którym pokazano kilkadziesiąt zwodów Dżajicia w miejscu i w biegu. Był wtedy zupełnie nie do zatrzymania. Gdyby wskazać dziś jakiegoś piłkarza, który prezentowałby namiastkę gry przypominającą to, co robił „Džaja”, to byłby to Arjen Robben. Jego kariera jakoś się rozpłynęła, być może dlatego, że nie było kontynuacji w silnych zagranicznych klubach”– Włodzimierz Szaranowicz.

@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Bernard777
@Astad
@Adran360

8

Zapomniane legendy futbolu:

30 maja 1913 r. urodził się Geza Kalocsay, węgierski piłkarz grający na pozycji napastnika, reprezentant Czechosłowacji i Węgier, oraz trener(w latach 1966–1969 trener Górnika Zabrze). W Mistrzostwach Świata 1954 był asystentem trenera Gusztáva Sebesa, twórcy ,,Złotej Jedenastki”. Géza stale łączył rozwój sportowy z rozwojem intelektualnym. W życiu zadbał o sukcesy zarówno piłkarskie, jak i naukowe. Do tych pierwszych niewątpliwie można zaliczyć udział w Mistrzostwach Świata w 1934 roku w barwach Czechosłowacji (Kalocsay dopiero w 1940 r. zadebiutował w reprezentacji Węgier) a do drugich fakt, że był doktorem prawa. W Zabrzu prowadził piłkarzy twardą ręką, co przynosiło znakomite efekty. W wywiadzie dla katowickiego Sportu Jerzy Gorgoń stwierdził: ,,Kalocsay dawał w kość. Kiedy zaczynałem swoją przygodę z Górnikiem, po treningu wszyscy szli do szatni a mnie jeszcze gonił kilkanaście kółek i robił dodatkowe zajęcia. Buntowałem się. Mówiłem, że mam niższe od wszystkich stypendium a pracuję za trzech ale miał rację, zrobił ze mnie piłkarza”. Zawodnicy ówczesnej ekipy zgodnie stwierdzają, że Węgier jako pierwszy w polskiej lidze przykładał wielką wagę do piłkarskiej taktyki. Ponadto wspominają, że był najbardziej wymagającym trenerem, z jakim kiedykolwiek mieli przyjemność pracować. Pod jego skrzydłami Zabrzanie wywalczyli Mistrzostwo Polski w 1967 roku, jednak kibice pamiętają go przede wszystkim dzięki wspaniałym występom Górnika w europejskich pucharach. To on był architektem drużyny, która w sezonie 1969/70, już pod wodzą Michała Matyasa, awansowała do finału Pucharu Zdobywców Pucharów, ulegając minimalnie Manchesterowi City 1:2. Dwa lata wcześniej Zabrzanie sprawili niebywałą sensację, pokonując 1:0 drugi z wielkich klubów z Manchesteru. United w tamtym sezonie sięgnęli po Puchar Europy a ich porażka ze Ślązakami w 1/4 finału była jedyną w drodze po triumf (w pierwszym meczu wygrali 2:0 i awansowali do półfinału). Bilans Górnika w europejskich pucharach pod wodzą Kolocsaya jest naprawdę imponujący: 15 meczów, 10 zwycięstw, 2 remisy i 3 porażki, przy bilansie bramkowym 30:16. Ciekawy wątek dotyczy jego zwolnienia. Nie zaważyły o tym ani wyniki sportowe, ani finanse a historie obyczajowe. Kolocsay nigdy nie krył się ze swoimi zapędami do płci pięknej. Jego rozwiązłość nie spodobała się rodzicom dziewczyn, z którymi sypiał, więc donieśli na niego partii a że wówczas partia miała najwięcej do powiedzenia…

@Adran360
@AssisMoreira
@Astad
@Bernard777
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani

7

Blaugrana w Pucharze Hiszpanii:

30 maja 1964 r. FC Barcelona pokonuje na wyjeździe Espanyol Barcelona 2:4 w rewanżowym ćwierćfinale Copa del Generalisimo i tym samym awansuje do półfinału tych rozgrywek. Gole dla Barçy strzelali wówczas Jose Zaldua(2), Sandor Kocsis oraz Cayetano Re. Co ciekawe w ekipie Espanyolu zagrał Ladislao Kubala, który już powolutku kończył swoją karierę zawodniczą.

@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Astad
@AssisMoreira
@Adran360

1

@Safrani Nie oglądam Extraklasy poza wybranymi meczami w TVP Sport bo nie posiadam Canal+, więc kompletnie nie znam gościa ale teraz nie mam czasu wypowiadać się o Widzewie. Jeszcze się odezwe w sprawie ,,naszego" klubu.

9

Wspomnienia z łezką w oku:

30 maja 1998 r. Guillermo Amor rozpłakał się jak dziecko po słowach Luisa Van Gaala. Jeden z najbardziej oddanych drużynie piłkarzy w historii Blaugrany musiał odejść z powodu decyzji trenera. Holender w ostrych słowach ostrzegł zawodników, którzy nie będą chcieli odejść że ,,kolejny rok będzie dla nich straszny”. Następnie kierując słowa bezpośrednio do Amora stwierdził że ,,będzie on blokował rozwój takich piłkarzy jak Xavi”. Gracz, który był wychowany w La Masii i przez 18 lat był związany z Dumą Katalonii nie mógł się powstrzymać od płaczu po usłyszeniu takich słów. Na specjalnie zwołanej konferencji prasowej prezydent Nuñez oświadczył, że wykorzysta klauzule w kontrakcie pozwalającą na przedłużenie umowy z Amorem ale służyło to jedynie temu, aby uzyskać za Katalończyka pieniądze od przyszłego pracodawcy. Guillermo trafił ostatecznie do Fiorentiny.
@Adran360
@AssisMoreira
@Astad
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_

6

@FCBparasiempre
Dokładnie 40 lat temu w Brukseli, Juventus pokonał FC Liverpool 1:0. Na finał rozgrywek o Puchar Mistrzów czekało w całej Europie wiele milionów ludzi ale po ataku kibiców angielskich i śmierć 39 osób mecz przestał się liczyć. Czegoś podobnego nie było od 1982 r., kiedy w Moskwie zgineło aż 340 osób! Przyczyny dramatów często się powtarzały. Przejścia były zbyt wąskie albo zamknięte, policja chcąc rozpędzić tłum atakujący sędziów lub piłkarzy, używała gazów łzawiących, co powodowało panike. Ludzie tratowali się albo dusili się w tłumie. W maju 1985, zaledwie 2 tygodnie przed Heysel, doszło do jednej z największych tragedii na Wyspach Brytyjskich. Finał Pucharu Mistrzów w 1985 nie zapowiadał żadnego dramatu. Oczekiwano wyłącznie przeżyć sportowych, ponieważ spotykały się 2 drużyny o niezwykłych tradycjach, dokonaniach, pełne gwiazd znanych na całym świecie. Liverpool bronił pucharu zdobytego rok wcześniej w zakończonym rzutami karnymi meczu z AS Roma. Juventus był właścicielem wywalczonego w tym samym czasie Pucharu Zdobywców Pucharów. Miał w drużynie 4 mistrzów świata oraz Platiniego i Bońka. To wszystko gwarantowało wspaniałe widowisko. Tyle że mecz ten nie powinien się odbyć. Wielu kibiców z obydwu krajów przybywało do Belgii już pod wpływem alkoholu. W południe na kilka godzin przed meczem, na Brukselskim „Grand Place” bawiło się zgodnie około 2 tysięcy Anglików i Włochów. Kolejne tysiące zajmowały restauracje, bary i ogródki na sąsiadujących z rynkiem ulicach. Wszyscy koncentrowali się na piciu, skandowaniu haseł i wymachiwaniu klubowymi flagami. Cały „Grand Place” pokrywało szkło z potłuczonych butelek. Wielu Anglików leżało nieprzytomnych na chodniku przy barze. Temperatura wzrastała. Wczesnym popołudniem na konferencji z udziałem szefów Liverpoolu, Adidas przedstawił wzór koszulek, w jakich Anglicy pierwszy raz mieli zagrać wieczorem. Obok „Atomium” pod stadionem kolejna konferencja. Stadion podzielony był standardowo. Całą trybune za bramką po prawej stronie zajmowali kibice włoscy. Po przeciwnej stronie znajdowali się Anglicy i Włosi, przedzieleni wąski pasem przeznaczonym dla kibiców belgijskich, którzy jednak szybko z tamtąd uciekli. Właśnie ta trybuna oznaczona literami X, Y i Z, stała się sceną dramatu. Obydwie trybuny za bramkami miały miejsce wyłącznie stojące. Iskrą stały się butelki, kamienie i petardy, rzucane z angielskiego sektora X na włoski – Z. Początek finału wyznaczono na godzinę 20.15. Kiedy o 18.15 na boisko wyszły dwie drużyny trampkarzy, mało kto patrzył na ich mecz. Oni grali a sytuacja na trybunach stawała się coraz bardziej dramatyczna. Wszyscy na to patrzyli, żadne służby porządkowe nie interweniowały. Burmistrz Brukseli mówił że do pracy przy meczu zaangażowano około tysiąca policjantów. 240 z nich znajdowało się na stadionie, chociaż prawde mówiąc nie rzucali się w oczy. Kiedy sytuacja całkiem wymknęła się spod kontroli, policjanci docierali na stadion czym tylko się dało, odpowiadając na zamieszczony w telewizji apel. Najgorsze nastąpiło między 19.00 a 19.30. Po rzucaniu butelkami itp. Doszło do pierwszej szarży Anglików na Włochów, z sektora X na Z. Była co prawda jeszcze odpierana przez nielicznych policjantów ale napastnicy zdobyli nowy oręż – metalowe pręty, wyrwane z płotu oddzielającego sektory. Po chwili przerwy atak powtórzono. Tym razem ubrani na czerwono Anglicy przebiegli się po belgijskim sektorze buforowym, jakby nie istniał. Nie Belgowie a Włosi byli celem ataku. Kibice Juventusu czegoś takiego się nie spodziewali, zresztą i tak stali na straconej pozycji. Nie mieli gdzie uciekać. Najwyżej kilkanaście metrów wzdłuż, dalej już była tylko ściana. Gromadzili się na samym rogu kończącej się trybuny, gdzie mur był najniższy i dawał nadzieje na zeskoczenie z wysokości 2, 3 metrów na bieżnie. W kierunku wejść uciekać nie mogli bo wciąż nowi kibice nieświadomi sytuacji wchodzili na trybune. Rozjuszeni, pijani Anglicy gonili swoje ofiary aż do skutku. W czasie, kiedy Włosi znajdujący się na końcu skłębionej masy uciekających otrzymali ciosy prętami, pięściami, drewnianymi częściami ławek, kastetami i nożami, pierwsi zostali przyparci do muru. Ten nie wytrzymał pod ciężarem kilkuset osób i runął na bieżnie. Kilkunastu kibiców poniosło śmierć przygniecionych cementem, cegłami, zbrojonymi prętami lub stratowanych przez uciekających rodaków, którzy dopiero teraz wylali się na bieżnie. Biegli po ciałach ludzi, obok których jeszcze przed chwilą stali. Inni zostali na trybunie ryzykując życie. Kiedy setki ludzi wtargnęły na bieżnie i boisko, które trampkarze opuścili po skończonym meczu, wielu innych na stadionie nie miało świadomości, co tak naprawdę się stało.

Spiker apelował o spokój i powrót na swoje miejsca ale niektórzy już swoich miejsc nie mieli. Na ławkach prasowych nikt nie pomyślał że efekt szarży może być tak tragiczny. W tłumie przy zawalonej ścianie niewiele można było zobaczyć. Dopiero widok coraz większej liczby sanitariuszy z noszami, wycie syren karetek i śmigłowce nad stadionem uświadomiły wszystkim że stało się coś strasznego. Na stadionie panował chaos. Przez megafony wzywano do zachowania spokoju, na tablicy świetlnej pojawił się przygotowany wcześniej napis: ,,Organizatorzy serdecznie witają przybyłych kibiców futbolu”. Policjanci belgijscy wprawni w rozpędzaniu demonstracji związkowców, teraz byli bezradni. W takiej sytuacji nigdy się nie znaleźli. Przyglądali się pierwszym iskrom przyszłego ognia, który groził pożarem, z czego musiał sobie zdawać rację każdy, kto choć raz widział awantury wywołane przez kibiców. Patrzyli co z tego wyniknie a kiedy Anglicy ruszyli, policjanci uciekali razem z Włochami. Wprowadzenie większej liczby funkcjonariuszy i służb porządkowych niewiele dało. Kiedy ożywiła się trybuna M, N i O – to po drugiej stronie boiska, zajmowana tylko przez Włochów grupki kibiców wybiegły na bieżnie żeby pograć tam w piłke i bić się, policjanci stanęli jak słupy. Uzbrojeni w pałki, tarcze z pleksiglasu, hełmy, nie mogli dać sobie rady z młodymi chłopakami w trampkach i drzewcami po sztandarach w ręku. Wtedy wjechała konnica. Jechali kłusem wzdłuż trybuny nie robiąc na nikim wrażenia. Potem jeszcze dwudziestu ale nawet nie próbowali usunąć kibiców z boiska i bieżni, nie rozpoczęli żadnej akcji, która mogłaby przywrócić porządek. Czekali na rozkazy ale rozkazów nie było. Oficer dowodzący akcją znajdował się poza stadionem. Minister spraw wewnętrznych siedział spokojnie w domu przed telewizorem, patrzył co się dzieje a w tym czasie w jego gabinecie trwały narady. Na postawione zarzuty odpowiedział że organizacja była bez zarzutów i nie chciano prowokować kibiców demonstracją policyjnej siły. To był szok cywilizacyjny dla kraju, w którym żyło się spokojnie i bezpiecznie. Belgowie, którzy nie doświadczyli okropności wojny w takim stopniu jak wiele innych europejskich krajów, nie wyobrażali sobie że może ich spotkać coś takiego. Nie byli na to przygotowani. Nie był też na to przygotowany stadion. Prezydent Liverpoolu sir John Smith powiedział: ,,Stadion Heysel nie nadaje się do takich meczów. Kibice mogli bez poważniejszych problemów dostać się na trybuny bez biletów a potem poruszać się względnie swobodnie po całym obiekcie. To niedopuszczalne”. Wtórował mu prezydent Juventusu Giampiero Boniperti: ,,Gdybym wiedział że Belgia nie da sobie rady z organizacją, byłbym za przeniesieniem meczu do Związku Radzieckiego. Tam od razu dano by sobie rade z bandytami”. Przed godziną 20-tą wiadomo było że mecz nie rozpocznie się zgodnie z planem, czyli o 20.15. ale prawdopodobnie nikt wtedy nie wiedział czy w ogóle się odbędzie. Działacze Komitetu Wykonawczego UEFA byli podzieleni. Zresztą oni nawet nie mieli miejsca, w którym mogliby spokojnie na ten temat podyskutować. W powszechnym chaosie Włosi często w szoku uciekali z zagrożonych miejsc, szukając schronienia na trybunie honorowej i prasowej, które były najbezpieczniejszymi okolicami na stadionie. ,,Już wtedy wiedzieliśmy, co się wydarzyło. Siedzieliśmy w szatni i czekaliśmy na decyzje. Wielu z tych, którzy ponieśli śmierć lub zostali ranni było znanych było znanych piłkarzom Juventusu. Nie chciało się nam grać w takiej sytuacji ale nie mieliśmy wyjścia”.- opowiadał Boniek. UEFA uznała że odwołanie meczu mogłoby spowodować jeszcze większą tragedie. Postanowiono więc zagrać dla bandytów żeby ich nie drażnić. Niemiecka telewizja ZDF w tym momencie przerwała transmisje. O godzinie 20.30 do walczących z policją kibiców na trybunie M, N i O wyszli piłkarze Juventusu. Najpierw mistrzowie świata Tardelii i Cabrini, potem Brio i Favero. Wszyscy prosili swoich kibiców o zaprzestanie walk i zachowanie spokoju. Kapitan Juve Gaetano Schirea zwracał się do włoskich kibiców za pośrednictwem megafonów. Z taki samym apelem do przybyszów z Anglii wystąpił kapitan Liverpoolu Phil Neal. Służby medyczne cały czas udzielały wtedy pomocy poszkodowanym. W loży dziennikarskiej jeden z Włochów, który się tam schronił dostał ataku serca. Jego przyjaciel próbował go reanimować. Zaalarmowani lekarze przybyli niemal natychmiast. Po kilku minutach reanimacji zabrali go do szpitala. O godzinie 21.30 grupa młodych Włochów z trybun M, N, O wniosła na bieżnie transparent z napisem: ,,Red Animals” – Czerwone Zwierzęta, nawiązując do koloru koszulek Liverpoolu. Cała widownia zaczęła bić brawo. Długo to nie trwało. Policja zabrała im transparent i to była jej jedyna udana akcja owego wieczoru. W tym czasie na boisko wyszły obydwie drużyny. Liverpool równo, karnie, jak zwykle. Juventus w nieładzie, jak na rozgrzewke. Piłkarze z wyjątkiem obydwu bramkarzy(Tacconiego i Grobbelara) nie przywitali się jak to jest w zwyczaju. Mecz rozpoczął się z opóźnieniem jednej godziny i 28 minut. Piłkarze spędzili więc w swoich szatniach około 3 godzin. Liverpool miał pecha. Środkowy obrońca Mark Lawrenson już w 3 minucie doznał kontuzji barku i musiał zejść z boiska. Płlkarze obydwu drużyn grali czysto, jak gdyby się bali iż ostrzejszy atak może stać się powodem kolejnych rozruchów na trybunach. Żadna ze stron nie osiągnęła wyraźnej przewagi. W 57 minucie, po jednej z akcji piłkarze Liverpoolu nie zdążyli wrócić pod swoją bramke. Odzyskaną piłke Platini kopnął daleko do przodu gdzie czekał Boniek. Polak wbiegł między 2 obrońców, wyprzedził ich, uderzył piłke głową i kiedy zbliżał się do pola karnego został przewrócony przez Gary’ego Gillespiego. Faul był ewidentny, tyle że Szkot popełnił go przed linią pola karnego. Szwajcarski sędzia znajdował się zbyt daleko od tej sytuacji, źle ją ocenił, przyznając Juventusowi rzut karny. Platini wykorzystał jedenastke dając swojej drużynie prowadzenie. Na kwadrans przed końcem jedna z akcji Liverpoolu zakończyła się ostrym atakiem Favera na Whelanie w narożniku pola karnego. Pół stadionu zerwało się na nogi, widząc faul Włocha a to oznaczało rzut karny i szanse na wyrównanie ale sędzia faulu nie dostrzegł i Juventus wygrał 1:0.

Plotki o zakulisowych decyzjach UEFA, pragnącej zadośćuczynić Włochom i ukarać Anglików, same pchały się na usta i łamy prasy. Berno oczywiście je zdementowało ale jak interpretować decyzje dobrego zwykle sędziego, który dyktuje dla Włochów jedenastke za faul poza polem karnym i nie przyznaje jej Liverpoolowi za atak niezgodny z przepisami w obrębie ,,szesnastki”? Prezydent UEFA, Jacques Georges, wręczył Juventusowi Puchar Mistrzów w szatni. Żadnej gali nie było. Włosi wybiegli z trofeum pod trybune M, N i O, demonstrując je swoim kibicom. W tym samym czasie, po drugiej stronie stadionu za trybuną X, Y, Z, ostatnie karetki zabierały tragicznie zmarłych. Konsekwencje tragedii na Heysel dotknęły wiele osób. Angielska federacja piłkarska wycofała kluby angielskie z rozgrywek europejskich. Kara spotkała 16 klubów. UEFA zawiesiła je na 5 lat(Liverpool na 6) i rozpoczęła kampanie na rzecz bezpieczeństwa na stadionach. Premier Margaret Thacher wydała wojne stadionowym chuliganom. Bramkarz Liverpoolu Grobbelaar powiedział: ,,Nie chce mi się bronić piłek lecących na bramke, skoro mam tym sprawiać przyjemność takim kibicom, jak ci, którzy wywołali awantury w Brukseli. 14-tu z pośród 24 zatrzymanych, po 4 latach śledztwa i procesów zostało skazanych w Brukseli na kary do trzech lat więzienia i grzywny. Sekretarz generalny UEFA, Hans Bangerter i sekretarz generalny federacji belgijskiej Albert Roosens otrzymali kary więzienia w zawieszeniu. UEFA została zobowiązana do wypłacenia odszkodowań rodzinom ofiar. Rząd angielski przeznaczył na ten sam cel ponad ćwierć miliona funtów. Stadion Heysel został przebudowany, nosi teraz imię belgijskiego Króla Baudouina. W miejscu gdzie zginęło najwięcej Włochów, znajduje się tablica pamiątkowa. Kiedy w roku 2005 Liverpool wylosował w Lidze Mistrzów Juventus, kibice na trybunie kop stadionu Anfield Road, , najsłynniejszej w Anglii ułożyli z biało-czerwonych kartek wielki napis ,,Amicizia” – Przyjaźń. Na stadionie Anfield odsłonięto też tablice pamiątkową ku czci poległych Włochów, podobną do tej, jaka znajduje się na Heysel. ,,You’ll Never Walk Alone”… Śmierć na Heysel poniosło 38 Włochów i jeden Belg. Najstarsza ofiara, Barbara Lusci miała 58 lat, najmłodszą był 11-letni Andrea Casula.

8

@FCBparasiempre
Liga portugalska miała w swojej historii wielu wybitnych napastników: Peyroteo (jeden z „Cinco Violinos” Sportingu), Eusebio, Fernando Gomes czy Mario Jardel ale rekordzistą pod względem strzelonych goli w jednym sezonie jest skromny Hector Casimiro Yazalde, znany jako „Chirola”. Jedyny Argentyńczyk obok Lionela Messiego, który zdobył nagrodę „Złotego Buta” dla najlepszego strzelca lig europejskich. Dziś opowiem wam historię tego właśnie piłkarza, urodzonego (tak jak słynny Diego Maradona) w Villa Fiorito, bardzo biednej dzielnicy Buenos Aires. Urodził się 29 maja 1946 r. jako szósty z ośmiorga dzieci Petrony i Pedra Yazalde. Senior Pedro musiał pracować po 20 godzin dziennie, żeby móc wyżywić rodzinę. Mały Hector ganiał za kulką z papieru lub starych szmat. Prawdziwe piłki nie były dostępne dla dzieciaków z tej dzielnicy, podobnie jak buty do gry czy stroje sportowe. Nie nosił również ciężkiego tornistra do szkoły. Jego ojca po prostu nie było stać na to, żeby kupić mu książki. Do pobliskiej szkoły biegał więc z zeszytami pod pachą i ołówkiem w ręku. Był uczniem pracowitym, inteligentnym i często chwalonym przez nauczycieli. Po lekcjach pożyczał na kilka godzin książki od swojego najlepszego przyjaciela, Horacio Aguirre, by móc odrobić zadania domowe. Dopiero gdy skończył je rozwiązywać, miał czas na grę w piłkę aż do wieczora. Rodzice wiedzieli, że jest pilnym uczniem, więc nie karcili młodego Hectora za to, że tak długo za nią ganiał. Martwiło ich jednak to, że zbyt szybko niszczył buty i ubrania, na które brakowało w domu pieniędzy. Tak żył Yazalde do ukończenia trzynastego roku życia. Po siódmej klasie zakończył edukację, choć marzył, że zostanie lekarzem. Musiał zacząć pracować i pomagać finansowo rodzinie. Sprzedawał gazety i banany, zarabiając za swoją pracę niewielkie sumy pieniędzy. Koledzy zaczęli go więc nazywać „Chirola”, co w miejscowym dialekcie oznaczało monetę(y) małej wartości. Pseudonim ten pozostał już mu do końca życia. Dzięki temu, że Hector i jego bracia zaczęli pracować, sytuacja materialna rodziny uległa poprawie i „Chirola” mógł sobie z czasem pozwolić na zakup nowych butów lub ubrań. Piłka nadal była dla niego najważniejsza. Po pracy grał w drużynach ze starszymi i większymi chłopakami, a prawie zawsze był najlepszym strzelcem. Ojciec zauważył, że jeżeli syn coś w życiu osiągnie, to dzięki futbolowi, choć nie miał przekonania czy mu się powiedzie. Młody Yazalde śnił o tym, że strzela bramki w koszulce Boca Juniors, zwłaszcza po tym, gdy zobaczył trening swoich idoli, parady Antonio Romy, siłę Antonio Ubaldo Rattína i strzały Paulo Valentima. Przez pięć kolejnych lat pracował, grał w piłkę i żył marzeniami o zawodowej karierze. Pewnego razu, a było to w 1965 roku, jego przyjaciel z czasów szkolnych, wspomniany wcześniej Horatio Aguirre, który grał w Piraña (półamatorskim klubie w Buenos Aires) spotkał się z Yazalde i zaprosił go na trening swojego klubu. Hector w pożyczonych butach i spodenkach pokazał, co potrafi. Do domu wrócił już jako gracz tego klubu. Za każdy mecz otrzymywał około 2000 pesos (tyle zarabiał przez miesiąc, sprzedając banany). Yazalde szybko stał się gwiazdą, a dzięki bramkom, które zdobywał, jego imię zaczęło być znane w całym mieście. Gwiazda zespołu Piraña zaczęła wzbudzać zainteresowanie największych klubów w Buenos Aires. Bohater tekstu marzył o grze w Boca, ale to Independiente, za sprawą przyszłego wieloletniego prezydenta argentyńskiej federacji piłkarskiej Julio Grondony, złożyło najlepszą ofertę. Piraña otrzymała za Yazalde 1,8 mln pesos. Argentyńczyk podpisał kontrakt za około 30 tys. pesos i po dwóch latach gry opuścił malutki klub, by grać dla Independiente. Gdy koledzy z drużyny rezerw „Rojo” (przydomek Independiente) zobaczyli tego chudzielca (176 cm wzrostu i tylko 60 kg wagi), to na pierwszym treningu dali mu w kość. Przeniesiono go więc do drużyn młodzieżowych. Tam strzelił sześć goli w trzech meczach trzeciego zespołu, a w kolejnych trzech – osiem. Trener Independiente, Brazylijczyk Osvaldo Brandao stwierdził, że jego gra z juniorami mija się z celem. Zauważyli to również inni trenerzy i po trzech meczach został przeniesiony do pierwszej drużyny. Zagrał w ataku u boku legendarnego Luisa Artime. Już w pierwszym sezonie pokazał, że nie ma zamiaru być w jego cieniu i zdobył w całych rozgrywkach tylko jednego gola mniej od słynnego kolegi (Artime – 11, Yazalde – 10). „Rojo” zdobyli mistrzostwo Argentyny, a „Chirola” stał się nowym idolem kibiców z Estadio Libertadores de América.

W kolejnych rozgrywkach potwierdził swoją wartość, strzelając 11 goli, a w całym 1968 roku- 18 (Metropolitano – 11, Nacional – 7). Dzięki swojej skuteczności dostał powołanie do reprezentacji i 11 sierpnia 1968 roku zadebiutował w barwach Albicelestes w meczu przeciwko Brazylii. Argentyna przegrała w Belo Horizonte 2:3, ale tego dnia „Chirola” nigdy nie zapomni, bo zrealizował swoje marzenie. W 1968 roku kupił też swój pierwszy samochód, co było dla niego bardzo ważne, bo pasjonował się sportami motorowymi. Kupił także mieszkanie w Buenos Aires i już na zawsze pożegnał się z biedą, choć wieloma czynami w przyszłości pokaże, że nigdy nie zapomniał, skąd się wywodzi. W 1969 roku był jeszcze skuteczniejszy. Strzelił dla „Rojo” 21 ligowych goli. Wyjechał też na międzynarodowe tournée z reprezentacją Argentyny. Po powrocie rozpoczęły się niezapomniane dla kibiców Independiente oraz dla samego Hectora – rozgrywki Campeonato Metropolitano 1970. „Rojo” cały czas prowadzili, ale po przedostatniej kolejce, w wyniku nieoczekiwanej porażki 2:3 u siebie z Platense, dali się doścignąć River Plate. O wszystkim miały zadecydować ostatnie mecze. Ekipa Yazalde wprawdzie miała lepszą różnicę bramek, ale musiała się zmierzyć w wyjazdowych derbach Avellaneda z Racingiem, podczas gdy River grało u siebie z walczącym o utrzymanie Unionem. Mecz River jako jedyny w kolejce został rozegrany w piątek ze względu na transmisję telewizyjną. Milionerzy wygrali 6:0 i postawili „Rojo” pod ścianą. Independiente musiało wygrać derby oraz zdobyć co najmniej dwa trafienia, żeby zostać mistrzem. Kibice River Plate zebrali się na Monumental i razem słuchali relacji z meczu, który odbywał się na „Cilindro de Avellaneda”. Do przerwy było 2:2. Na dziewięć minut przed końcem meczu, „Chirola” przyjął piłkę na klatkę piersiową i od razu strzelił na bramkę, zdobywając zwycięskiego gola dla Independiente. Gola na wagę mistrzostwa. W 1970 roku dziennikarze argentyńscy po raz pierwszy przyznali nagrodę dla najlepszego piłkarza tego kraju (wręczana jest do dzisiaj) i jako pierwszego triumfatora wybrali właśnie Hectora Yazalde. „Chirola” grając dla Independiente w latach 1967-1970 – zagrał w 117 meczach, w których zdobył 72 gole. Zapisał swoją piękną kartę w historii klubu z Avellaneda. Kibice do dziś o nim pamiętają. Pod koniec 1970 Independiente popadło w kłopoty finansowe i musiało zdecydować się na sprzedaż Yazalde. Nie stać ich było na zaoferowanie mu nowego kontraktu. Wiele klubów chciało mieć tego zawodnika. Były to m.in. Santos, Palmeiras, Valencia, Olympique Lyon, Nacional Montevideo czy Boca Juniors. Najsprytniejszy ze wszystkich był wiceprezydent portugalskiego Sportingu Clube de Portugal, Abraham Sorin. Yazalde w wyniku tej umowy otrzymał tyle pieniędzy, że mógł spełnić kolejne marzenie, jakim był, zakup willi w Buenos Aires dla swoich rodziców. Poprosił też władze klubu, żeby znaczną część jego wynagrodzenia przelewali na konto w Argentynie, tak by z tych pieniędzy mogła korzystać jego rodzina. Yazalde zapytany czemu tak zrobił, odpowiedział: ,,Nie mam dużych wydatków. Zawsze żyłem skromnie i nigdy nie lubiłem szastać pieniędzmi. To, co zarabiam starcza mi na to, by codziennie się najeść i nie głodować. Są inni, którzy potrzebują tych pieniędzy bardziej niż ja”. „Chirola” przyleciał do Lizbony 11 lutego 1971, a trzynaście dni później został zaprezentowany kibicom, podczas meczu przeciwko francuskiemu Red Star. Przez ponad pół roku tylko trenował z zespołem. Ze względu na obowiązujący limit obcokrajowców, nie mógł grać w oficjalnych meczach. W tym okresie poznał portugalską aktorkę i modelkę Carmizé, z którą w najbliższych latach miał stworzyć jedną z najpopularniejszych par lat 70. Poznali się podczas kolacji, słuchając Fado, na którą zaprosił ich portugalski aktor wielki Sportinguista (zagorzały fan Sportingu) Camilo de Oliveira. Pierwszy oficjalny mecz w barwach Lwów „Chirola” zagrał 12 września 1971 roku i od razu strzelił dwa gole. W całym sezonie rozegrał 20 meczów ligowych i zdobył dziewięć bramek. W Pucharze Zdobywców Pucharów miał bilans 4/4. Carmize mogła go jednak oglądać tylko podczas meczów na Jose Alvalade. Dlaczego? To były inne czasy i gracze nie mieli obecnej wolności. Dodatkowo, jeśli Sporting zagrał słabo lub przegrał, to za karę piłkarze musieli spać w hotelu z niedzieli (mecze były zazwyczaj rozgrywane w niedzielę) na poniedziałek. Kiedy rano wstali, jedli razem śniadanie i szli na trening. Widziałam „Chirolę” dopiero po lunchu w poniedziałek. W kolejnych rozgrywkach spisał się już znakomicie. W 29 meczach ligowych zdobył 19 bramek, w pięciu spotkaniach o Puchar Portugalii strzelił 7 goli, a w Pucharze Zdobywców Pucharów dorzucił jeszcze jedną. Wygrał również pierwsze trofeum z Lwami, jakim był wspomniany Puchar Portugalii. Po zakończeniu rozgrywek udał się wraz z narzeczoną do Argentyny, gdzie 16 lipca 1973 roku wzięli ślub.

Rozpoczął się sezon 1973-74, który okazał się najlepszym w karierze Yazalde. Cały zespół grał pod niego. Dodatkowo był człowiekiem, którego lubili praktycznie wszyscy. Wielu starszych lizbończyków (zarówno kibiców Benfiki jak i Sportingu) opowiada historie o spacerującym po ulicach stolicy Portugalii Yazalde, który przyłączał się do dzieci grających w piłkę na ulicach, a po grze zapraszał ich na lody i na koniec jeszcze obdarowywał drobnymi kwotami pieniędzy. Pierwsza kolejka nowego sezonu nie była dla „Chiroli” szczęśliwa. Mimo że oddał siedem strzałów na bramkę Vitorii Setubal, żaden nie przyniósł gola dla Sportingu, a Lwy przegrały 0:1. Kolejne mecze to już popis bohatera tekstu. W siedmiu spotkaniach zdobył (19!) goli. W 9. kolejce Sporting zremisował 1:1 z Porto i było to jedyne spotkanie w sezonie, w którym „Chirola” nie wystąpił. Od 12. serii spotkań zaczął strzelać ponownie i sezon zakończył z nieprawdopodobnym wynikiem… 46 goli zdobytych w 29 meczach. Ten wynik zapewnił mu tytuł najlepszego strzelca na Starym Kontynencie, a co za tym idzie, otrzymał nagrodę Złotego Buta. Na galę udał się oczywiście ze swoją piękną małżonką, która najbardziej wspomina słowa (czemu mnie to nie dziwi?) Franza Beckenbauera, skierowane do „Chiroli”: ,,Masz najpiękniejszą kobietę spośród wszystkich graczy na świecie”. Toyotę (nagrodę dla zwycięzcy) sprzedał a otrzymane pieniądze podzielił wśród kolegów z zespołu. Pytany o to czemu tak zrobił, odpowiedział: ,,Bez nich nie byłbym w stanie zdobyć tych wszystkich goli”. Sporting sięgnął w Portugalii po dublet. Również w Pucharze Zdobywców Pucharów spisywali się znakomicie. W pierwszej rundzie wyeliminowali Cardiff City (0:0 i 2:1). „Chirola” strzelił oczywiście jedną z bramek. Zdobył także ważnego gola kontaktowego w pierwszym spotkaniu z Sunderlandem w kolejnej rundzie. Historia dotycząca rewanżu z Sunderlandem pokazuje determinację i zawziętość tego zawodnika. W pierwszym meczu z Anglikami uległ kontuzji, ale wybłagał u trenera Mário Lino, by ten pozwolił mu grać do momentu zdobycia pierwszego gola. „Chirola” zdobył go w 28. minucie. Gdy trener zawołał go, by ustalić zmianę, to Hector odpowiedział mu, że musi zostać na boisku, bo wynik nie jest rozstrzygnięty. Zszedł z boiska dopiero w 65. minucie. Portugalski zespół awansował dalej. Kolega z linii ataku Sportingu, Chico Faria, tak opowiadał o kontuzjach Chiroli: ,,Czasami prosił o zastrzyki i obwiązywał stopy, by nie odczuwać bólu”. Losy rywalizacji z FC Zürich rozstrzygnęli praktycznie w pierwszym meczu, wygrywając 3:0 (trzeci gol autorstwa Yazalde). Niestety „Chirola” nie mógł grać w meczach półfinałowych z 1. FC Magdeburg z powodu kontuzji (1:1 i 1:2). W pierwszym spotkaniu na Alvalade Sporting miał rzut karny, którego nie wykorzystał. Można było tylko gdybać, jak poradziliby sobie ze znakomitym snajperem w składzie… Zwieńczeniem sezonu były mistrzostwa świata w RFN. Argentyna była jednym z faworytów, a w grupie trafiła m.in. na Polskę. „Chirola” pojechał na mundial z kontuzjowaną kostką i nie zagrał w pierwszym meczu z Polakami. Wystąpił za to w kolejnych spotkaniach z Włochami, Haiti (dwa gole) i z Holandią. Jednak po porażce 0:4 z Oranje, do końca turnieju już nie zagrał. Kontrakt ze Sportingiem wygasał mu 31 lipca. Sytuację chciał wykorzystać Real Madryt, który złożył ofertę kontraktu siedmiokrotnie przewyższającą jego dotychczasowe zarobki w Lizbonie. Sytuacja wydawała się bardzo skomplikowana, bo Yazalde nigdy nie stawiał pieniędzy na pierwszym miejscu, ale był u szczytu kariery, miał 28 lat i chciał zarobić przede wszystkim dla rodziny. Prezes Sportingu nie bardzo chciał podnieść płacę Argentyńczyka. Wtedy jednak w rozmowie z dziennikarzem „A Bola” Yazalde powiedział: ,,Real Madryt przedstawił mi propozycję o wiele lepszą niż Sporting. Wszyscy wiedzą że Rolls Royce nie może spalić pięciu litrów paliwa na 100 km, ale jeżeli Sporting przedstawi mi propozycję odpowiadającą mojej obecnej pozycji w Europie, to zostanę w Lizbonie”. Oferta Sportingu nie dorównała tej Realu, ale była na tyle dobra, że „Chirola” zdecydował się pozostać w Lizbonie na kolejne dwa lata. Kolejny sezon okazał się jego ostatnim w barwach Lwów. Yazalde co prawda po raz drugi został królem strzelców, tym razem zdobywając jednak „tylko” 30 bramek, jednak Sporting zajął dopiero trzecie miejsce w lidze i potrzebował pieniędzy z transferu Argentyńczyka. Ogromny wpływ na finanse klubu z Lizbony miała sytuacja polityczna w Portugalii i słynna Rewolucja Goździków z 1974 roku. Kilka tygodni po Yazalde, z ligą portugalską pożegnał się również legendarny Eusebio, czyli idol czerwonej części Lizbony. Mimo wielkiej rywalizacji, relacje pomiędzy tymi dwoma wspaniałymi graczami były znakomite, o czym wspomina w wywiadzie żona Chiroli Carmen Yazalde: ,,Byli wspaniali ludzie zarówno w Sportingu, jak i w Benfice. „Chirola” na przykład zawsze świetnie rozumiał się z Eusebio. Czasem po derbach Lizbony jadali razem obiad w lizbońskiej restauracji. Oni oraz ich kobiety, czyli Flora i Ja. Znałam dobrze Florę (…) „Chirola” odwiedził w domu Eusebio, gdy ten miał problemy zdrowotne, a ten przyszedł do Hectora gdy mój mąż był kontuzjowany. To była dobra przyjaźń”.

Chciał nauczyć się nowego języka. To było dla niego bardzo ważne, bo planował swoją przyszłość. Carmen opowiada o tym tak: ,,Była oferta z Realu Madryt lub Atletico Madryt, ale on wolał Marsylię, aby nauczyć się mówić po francusku. Nie potrafisz sobie wyobrazić profesjonalizmu Chiroli: znał angielski, francuski, wszystko. Chciał posiąść jak najwięcej wiedzy na przyszłość. I nie mówię tylko o przyszłości jako gracz, ale także jako trener. Gdyby miał szczęście w życiu, byłby jednym z największych”. Jednak nigdy nie zapomniał klubu, który pokochał. Gdy już we Francji dziennikarz „A Bola” zapytał go o Sporting i o Portugalię, „Chirola” odpowiedział: ,,Czy tęsknię za Portugalią? Oczywiście, że tak. Chciałbym ponadto przekazać za pośrednictwem „A Bola”, że kocham Portugalię. Sporting i Sportinguistas zawsze będą w moim sercu”. W sezonie 1975-76 zdobył 19 goli dla Olympique i pomógł klubowi wygrać Puchar Francji. Kontuzje spowodowały, że kolejny sezon miał praktycznie stracony. Rozegrał tylko 13 spotkań ligowych, w których zdobył cztery bramki. W sumie w brawach Marsylii rozegrał 56 meczów i 26 razy trafił do siatki. Chociaż miał oferty od europejskich klubów oraz ważny jeszcze przez dwa lata kontrakt z OM, postanowił powrócić w 1977 roku wraz z żoną do Argentyny. Dlaczego? Tak opowiada o tym Carmen: ,,Kazano mu wrócić do Argentyny, jeśli chciał zagrać na mundialu w 1978 roku. Ponieważ „Chirola” nadal był rozczarowany swoim występem na mundialu w RFN, kiedy to Argentyna została wyeliminowana w drugiej fazie grupowej, zdobywając tylko punkt w trzech meczach, nawet się dwa razy nie zastanawiał i pojechaliśmy do Argentyny. Dodatkowo musiał zapłacić 500 tysięcy dolarów, aby móc opuścić Marsylię, z którą nadal miał kontrakt na kolejne dwa lata. Przybyliśmy do Argentyny i nic. „Chirola” nie dostał powołania do reprezentacji”. Po powrocie do Argentyny grał w barwach Newell’s Old Boys, a karierę zakończył w Huracanie. Jednak depresja, w którą wpadł ze względu na to, że nie wystąpił na MŚ w rodzinnym kraju, spowodowała, że nie był to już ten sam gracz, który zachwycał w Europie. Swoje zrobił też wiek. Gdy Yazalde powrócił do Buenos Aires, to miał już 31 lat. Przez cztery lata gry dla Newell’s rozegrał 120 meczów i zdobył 54 bramki. Pamiętajmy, że był już napastnikiem po trzydziestce. Przeszedł na emeryturę w 1981 roku w wieku 35 lat po rozegraniu jednego meczu w barwach Huracanu. Po zakończeniu kariery został agentem piłkarskim, ale nie szło mu dobrze. W 1987 roku rozstał się z żoną i nie potrafił sobie poradzić z samotnością. Pił bardzo dużo i to alkohol był główną przyczyną jego śmierci. Zmarł w wieku 51 lat w wyniku krwotoku wewnętrznego, którego przyczyną była marskość wątroby. Został znaleziony martwy w nocy 18 czerwca 1997 w swoim domu przez gracza, którego reprezentował jako agent. Tak zakończyła się historia jednego z najlepszych argentyńskich napastników wszech czasów. Trzeba przyznać, że gracza trochę zapomnianego. Był świetnym technikiem. Nie miało znaczenia czy kopał lewą, czy prawą nogą. Mimo że miał tylko 1,76 m, skakał bardzo wysoko i świetnie uderzał piłkę głową. Jego slalomy między rywalami przypominały autentycznie kroki Tanga. Gdy przyjmował piłkę, wydawało się, że ona ugina się, by nie odskoczyć od jego nogi. Był silny, szybki i zdeterminowany. Fani Sportingu do dziś uważają go za najlepszego w historii obcokrajowca, jaki grał w zielono-białej koszulce i wybierają do wszelkich historycznych jedenastek wszech czasów.

2

@Safrani Wiedziałem że odpiszesz. Tak jak już ci wspominałem w tamtych latach nie "szalałem" za Widzewem z różnych przyczyn. Jednak Koniarka bardzo cenie. Ten tekst jest już nie młody, więc niewykluczone że Robak już wyprzedził Marka, musiałbym to sprawdzić..

12

Zapomniane legendy rodzimego futbolu:

29 maja 1962 r. urodził się Marek Koniarek, napastnik. W latach 1986–1987 reprezentant Polski w piłce nożnej. Zdobywca Pucharu Polski w sezonie 1985/1986 z GKS Katowice, król strzelców pierwszej ligi piłkarskiej w sezonie 1995/1996 i mistrz Polski w sezonie 1996/1997 z Widzewem Łódź. Członek Klubu 100, klasyfikacji uwzględniającej piłkarzy, którzy strzelili co najmniej sto goli w polskiej najwyższej klasie rozgrywkowej. Z dorobkiem 65 goli najlepszy strzelec w historii Widzewa Łódź. Swoją piłkarską karierę rozpoczął w Siemianowiczance Siemianowice Śląskie, gdzie grał przez dwa i pół sezonu od 1980 r. do jesieni 1982 r. Wiosną 1983 r. trafił do Szombierek Bytom, gdzie rozegrał 21 spotkań, strzelając 3 gole. W sezonie 1984/1985 przeszedł do GKS Katowice, gdzie grał do jesieni 1988 r., zdobywając Puchar Krajowy w sezonie 1985/1986. W GKS rozegrał 106 spotkań, strzelając 29 bramek. Następnie przeszedł do występującego w lidze niemieckiej Rot-Weiss Essen, rozgrywając w nim 37 spotkań, strzelając 4 bramki w sezonach 1988/1989-1990/1991. Jesienią 1991 r. grał w Zagłębiu Sosnowiec, gdzie rozegrał 13 meczów i zdobył 4 bramki. Wiosną tego samego sezonu (1991-1992) trafił do Widzewa Łódź, gdzie przez dwa sezony (do jesieni 1993 r.) zagrał w 68 spotkaniach i zdobył 35 goli. Z Widzewa, Koniarek przeniósł się do ligi austriackiej, gdzie najpierw reprezentował Wiener SC, rozgrywając przez rundę wiosenną 16 spotkań i strzelając 8 bramek, a w sezonie 1994/1995 związał się z VSE St. Pölten, dla którego zdobył 8 bramek. W sezonie 1995/1996 powrócił do Widzewa Łódź, z którym odniósł największe sukcesy w swej karierze. W sezonie 1995/1996 zdobył wraz z Widzewem mistrzostwo Polski i został królem strzelców z dorobkiem 29 goli(4. wynik w historii polskiej ekstraklasy). Łącznie przez dwa sezony rozegrał w barwach Widzewa 38 meczów i zdobył 30 goli (łącznie 65 goli dla tego klubu, najlepszy strzelec w dziejach Widzewa). W sezonie 1996-1997 powrócił do ligi austriackiej, gdzie trafił do SK Vorwärts Steyr. Jesienią 1997 r. przeszedł do Wisły Kraków, w której zagrał w 12 meczach, nie strzelając żadnej bramki. Z Wisły przeszedł do GKS Katowice wiosną 1998 r. W tym sezonie zagrał w 13 spotkaniach i zdobył 3 gole. W sezonie 1998-1999 zakończył karierę zawodniczą. Łącznie w polskiej lidze rozegrał 271 spotkań i zdobył 104 gole. W reprezentacji Polski wystąpił w dwóch spotkaniach, strzelając jednego gola.

@Adran360
@Astad
@Bernard777
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_

11

Copa Centenario Revolución de Mayo:

Pierwszy nieoficjalny turniej Copa America odbył się na przełomie maja i czerwca 1910 r. na cześć 100. rocznicy rewolucji majowej oraz powołania pierwszego autonomicznego rządu Argentyny. Wcześniej w jedynych międzynarodowych zawodach w Ameryce Południowej rywalizowały wyłącznie reprezentacje narodowe Urugwaju i Argentyny. Były to m.in. “Copa Newton”, “Copa Lipton”, “Copa Premier Honor Argentino” i “Copa Premier Honor Uruguayo”. Argentyńska Federacja zorganizowała(jak się później okazało) nieoficjalny turniej Copa America. Brazylia wprawdzie odrzuciła zaproszenie ale Chile i Urugwaj przysłały swoje drużyny na imprezę, która była wówczas najbardziej znaczącym turniejem międzynarodowym na świecie obok British Home Championship. W meczu otwarcia(29 maja 1910 r.) Argentyna zagrała z Chile. Gospodarze odnieśli pewne zwycięstwo 3:1 a jednego z goli strzelił Arnoldo Watson Hutton, syn Alexandra, ojca argentyńskiego futbolu. Jednak znaczące okazały się dwa inne szczegóły. Pierwszy- w relacji „Heralda” można było przeczytać że pani Ferguson roznosiła herbatę, była to więc wciąż zdecydowanie brytyjska okoliczność towarzyska. Drugi- Argentyńczycy nie wykorzystali rzutu karnego. Podyktowano go w kontrowersyjnych okolicznościach, publiczność domagała się więc aby strzelec po prostu wykopał piłkę poza boisko. Dziś nie sposób już powiedzieć czy faktycznie spudłował celowo ale nawet jeśli próbował strzelić gola okrzyki tłumu wiele mówiły o panujących wówczas obyczajach i o tym jak postrzegano zasadę fair play. Duch Fair Play ucierpiał z pewnością, kiedy ogłoszona skład Urugwaju na mecz z Chile i okazało się że znajdują się w nim Buck i Harley, dwaj zawodnicy urodzeni w Zjednoczonym Królestwie. Jakkolwiek na brytyjskie nazwiska można było natrafić także w kadrze gospodarzy, wszyscy jej członkowie przyszli na świat w Argentynie. Widownię ze względu na sąsiedzką rywalizację niechętną Urugwajowi rozwścieczyło to dodatkowo: w zdecydowanej większości dopingowała ona Chile, wyjąc z obrzydzenia, gdy sędzia nie uznał dwóch goli ich ulubieńców. Urugwaj wygrał 3:1 ale to chilijskiego bramkarza znoszono z boiska na ramionach. Finał pomiędzy Argentyną a Urugwajem, jak oznajmiał „Herald” w przedmeczowej zapowiedzi był „najważniejszym piłkarskim meczem związkowym rozgrywanym w tym kraju". 1000 widzów zapłaciło za bilety a tysiąc kolejnych przyglądało się spotkaniu z nasypu „Kompanii Kolejowej Argentyny Centralnej”, będąc świadkiem zwycięstwa Argentyny 4:1. Gole dla „Albicelestes” strzelali: Jose Viale, Juan Enrique Hayes oraz Arnoldo Watson Hutton. Królem strzelców imprezy został Harry Hayes z 3 golami.

@Sysia11
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Bernard777
@Astad
@Adran360

12

Tylko remis na ,,Śląskim”:

29 maja 1993 r. reprezentacja Polski remisuje z Anglią 1:1 w ramach 3 kolejki eliminacji MŚ USA 1994. 20 lat wcześniej na tym obiekcie Polska odniosła historyczne zwycięstwo nad Anglią 2:0 po golach Roberta Gadochy i Włodzimierza Lubańskiego. Drużyna Kazimierza Górskiego zaskoczyła pewnych siebie synów Albionu. Dwie dekady później znów mogła pokusić się o sprawienie sensacji. Spotkaniu towarzyszyły ogromne emocje. Na Stadionie Śląskim pojawiło się blisko 60 tysięcy widzów, którzy – poza pewną grupą chuliganów – stworzyli fantastyczną atmosferę. Niesieni dopingiem Polacy rozegrali świetne zawody, długo prowadzili po trafieniu Dariusza Adamczuka ale w końcówce stracili wyrównującego gola za sprawą Iana Wrighta. Kto wie, co by było, gdyby lepiej ustawiony celownik miał Marek Leśniak, który zaprzepaścił dwie fenomenalne sytuacje. Po meczu równie dużo jak o grze biało-czerwonych mówiło się, niestety, o burdach na trybunach. Po bijatykach grupy pseudokibiców FIFA zdecydowała o zamknięciu śląskiego giganta. ,, Do problemu finansowego dołożyły się kłopoty ze strojami. Zerwano umowę z Adidasem, w jej miejsce miała się znaleźć lepsza oferta od Admirala. Angielska firma niestety nas zawiodła. Znaleźliśmy się w trudnym położeniu. Na mecz z San Marino stroje dostarczył prywatny producent z Łodzi. A przed Anglią był już bunt. (...) PZPN zerwał kontrakt z Admiralem i musiał bardzo szybko załatwić niezbędny sprzęt. Okazało się, że tamte stroje z Łodzi farbują, i tylko dzięki życzliwości panów Loski i Grajewskiego z Niemiec dostaliśmy komplet Adidasa na mecz z Anglią. Wszystko odbyło się w ostatniej chwili, co wywołało wzburzenie zawodników i doprowadziło do sytuacji, iż drużyna dwa dni przed meczem nie chciała wyjść na trening, o czym ze zrozumiałych względów nie poinformowano opinii publicznej”- fragment „Autobiografii” Andrzeja Strejlaua.

@Adran360
@Astad
@Bernard777
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_

8

Remis nie wystarczył:

29 maja 1955 r. FC Barcelona remisuje na „Estadio San Mames” z Athletic Bilbao 2:2 w ramach rewanżowego starcia w półfinale Copa del Generalissimo. Baskowie po 50 minutach gry prowadzili 2:0, lecz w końcówce do remisu doprowadził genialny Ladislao Kubala. Jednak ten remis nie wystarczył do awansu do finału, gdyż w pierwszym meczu Blaugrana poległa na „Les Corts” 0:2.

@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Astad
@AssisMoreira
@Adran360

Media

Sonda

Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?