FCBparasiempre
Dołączył/a: grudzień 2020
Biała Podlaska
34 obserwujących
0 obserwowanych
Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?
Komunikat
Polecający
Ładowanie...
Historia komentarza
Ładowanie...
10
Diego Forlan dał popis na Camp Nou:
22 maja 2005 r. FC Barcelona zremisowała w przedostatniej kolejce Primera Division z Villarreal CF 3:3 a wydarzeniem wieczoru była prezentacja pucharu za mistrzostwo Hiszpanii i wielka fiesta, która odbyła się na Camp Nou po zakończeniu meczu. Na drugim planie toczyła się jednak walka o ,,Trofeo Pichichi”, czyli tytuł najlepszego snajpera. Niespodziewany hattrick zdobyty przez Diego Forlana pozwolił mu niemal dogonić Samuela Eto’o. Napastnik Villarreal miał po 37 kolejkach 23 gole wobec 24 goli snajpera Blaugrany. Trzeba jednak zaznaczyć iż kontrowersje wywołał gol strzelony 19 lutego w meczu z Mallorca, gdy uderzona przez Deco piłka odbiła się od Eto’o i zmyliła bramkarza z Balearów. Katalońskie media zaliczały to trafienie Kameruńczykowi ale madrycka ,,Marca”(fundator nagrody Trofeo Pichichi) i europejska organizacja ESM(przyznająca ,,Złotego Buta”) uznały że strzelcem gola jest Deco. Jak się okazało była to kluczowa decyzja, gdyż w rozegranej tydzień później ostatniej kolejce ligowej Forlan strzelił 2 gole a Eto’o nie trafił ani razu i to reprezentant Urugwaju sięgnął po Pichichi, zdobył także, ex aequo z grającym w Arsenalu Henry’m, Złotego Buta.
@Adran360
@AssisMoreira
@AssisMoreira
@Bernard777
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
11
Debiuty zapomnianych legend FC Barcelony:
22 maja 1927 r. w towarzyskim meczu FC Barcelony z Motherwell wygranym 2:0 debiutuje w barwach Blaugrany legendarny napastnik Angel Arocha.
@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@AssisMoreira
@Astad
@Adran360
8
„Cafe Baviera”:
Między mieszkańcami, którzy mieli w zwyczaju spacerować w pobliżu fontanny Canaletes, włóczyli się kibice Barçy. Na początku XX wieku, wraz z popularyzacją futbolu w Katalonii, sympatycy Blaugrany stworzyli tradycje spotykania się w poniedziałkowe wieczory wokół nieistniejącego już okrągłego kiosku ażeby porozmawiać na temat wyników meczów rozegranych w miniony weekend. Oprócz fontanny Canaletes kibice spotykali się również w innych miejscach w tej okolicy, takich jak „Cafe Baviera”. Lokal ten(własność Estevego Sali) mieścił się przy skrzyżowaniu Rambli z ulicą Pelai, blisko fontanny i otworzył podwoje w maju 1898 r. Wcześniej na parterze budynku znajdowała się kawiarnia Petit Palayo, będąca własnością wuja szefa FC Barcelony. To tam pracował Sala, kiedy przyjechał do miasta z Girony. W Bavierze, jak powszechnie nazywano kawiarnie, klienci mogli spróbować świeżego kawioru „Romanoff”, który Sala importował z Moskwy drogą lotniczą, oraz jego cenionego piwa beczkowego. Gorące „pastissets” nadziewane anchois(specjalność lokalu) przyciągały niezdecydowanych. W ten sposób taras Baviery stał się centrum piłkarskich spotkań tamtej epoki. Pośród zebranych na spontanicznych rozmowach na ulicy oprócz kibiców nie brakowało także dyrektorów klubu a nawet samych piłkarzy, jak choćby Samitiera, Sagi-Barby czy nawet Alcantary. Jednak przy Canaletes zbierali się nie tylko sympatycy Blaugrany żeby debatować o ostatniej kolejce. Przychodzili tutaj również kibice pozostałych klubów z miasta. Powodowało to że po derbach dyskusje były bardzo gorące a często prowadziły nawet do ostrych kłótni, zwłaszcza kiedy ścierali się ze sobą najbardziej zagorzali barceloniści i espanyoliści. „Cafe Baviera” bynajmniej nie popadła w zapomnienie, lecz podtrzymywała więzi z Barçą dzięki radiowemu programowi pod takim właśnie tytułem, który prowadził barceloński dziennikarz Xavier Bosch. Od czasu pierwszej audycji we wrześniu 2000 roku, „Cafe Baviera” stał się pierwszym codziennym sportowym programem stacji RAC1 emitowanym w paśmie nocnym. Program, zdjęty z anteny w sierpniu 2004 roku, miał na celu odzyskanie ducha spotkań z „Cafe Baviera” i stał się jednym z najpopularniejszych w kręgu barcelonistów, wszak nie na darmo jego slogan brzmiał: ,,Primer el Barça. Despres tambe(Najpierw Barça. Potem też). W późniejszym czasie Bosch założył blog „Cafe Baviera”, na którym na gorąco publikuje relacje z każdego meczu rozgrywanego przez pierwszą drużynę FC Barcelony.
@Adran360
@Bernard777
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_
9
@FCBparasiempre
Ileż to razy słyszy się dziś o zawodnikach, którzy znikąd pojawiają się na wielkiej imprezie, nawet nie mając wcześniej sukcesów w poważnej piłce. Bohaterem premierowej edycji Mistrzostw Europy, a w szczególności finału był Wiktor Poniedielnik. Dzięki jednej bramce jego nazwisko zapisało się w historii radzieckiego futbolu, a znają je także współcześni Rosjanie. Mowa o trafieniu dającym jedyny tytuł w połączonej historii radzieckiego i rosyjskiego futbolu, od którego to zaczęła się wielka kariera Poniedielnika – złotym golu w meczu finałowym Mistrzostw Europy w 1960 roku. Witia urodził się 22 maja 1937 r. w Rostowie nad Donem. Ma to duże znaczenie w kontekście jego losów zawodowych, bowiem Wiktor Władimirowicz był lokalnym patriotą, co mogło doprowadzić nawet do jego śmierci, ale o tym później. Wychowywał się w dobrze sytuowanej rodzinie pielęgniarki i dziennikarza. Z racji własnego wykształcenia pogląd matki i ojca na wychowanie dzieci przedstawiał się tradycyjnie. Upierali się, by Wiktor skończył studia i naciskali, by odrzucił marzenia o karierze futbolisty. Syn nie śmiał jednak podporządkować się woli rodziców. Od czasu, gdy na szkolnym boisku wypatrzył go trener lokalnej drużyny Buriewiestnik, Iwan Grebieniuk. Wiktor rozpoczął karierę, równocześnie uczęszczając do technikum rolniczego. Kolejny krok umożliwił mu kolega ze studiów pedagogicznych, Julguszew, Wówczas reprezentował on barwy większego klubu z Rostowa, Torpedo. Zaprowadził Witię do znajomego trenera, Piotra Szczerbaczenki, który był szanowany w całym regionie. Szkoleniowiec, kiedy zobaczył, na co stać Poniedielnika, polecił go do wyżej wymienionej ekipy. Witia zaliczył tam pierwszy z kilku wspaniałych debiutów, strzelając zwycięskiego gola na 1:0 przeciwko ekipie z Finlandii. Grał w Torpedo (przemianowanym po sezonie 1957 na Rostsielmasz) do 1959 roku. Jako zawodnik Rostsielmasza otrzymał powołanie do reprezentacji. Klub z Rostowa grał wtedy w drugiej lidze, toteż Poniedielnik został pierwszym graczem z niższego szczebla rozgrywek zauważonym przez sztab kadry narodowej. Nie dane mu było jednak wyjść na boisko. Co się odwlecze, to nie uciecze. Po zasileniu szeregów pierwszoligowego SKA Rostów wizja gry w koszulce z napisem „CCCP” na piersiach stała się realniejsza. Napastnika w jego pierwszym sezonie w nowej drużynie wybrano jednym z trzech najlepszych piłkarzy na tejże pozycji w kraju. Dzięki temu dostał okazję debiutu w „Sbornej”. Znowu zaliczył wejście smoka. 19 maja 1960 polscy rywale Związku Radzieckiego musieli przełknąć gorycz porażki w stosunku aż 7:1, a trzy razy do bramki strzeżonej przez Stefaniszyna trafił 23-letni debiutant. Półtora miesiąca później rozpoczęły się Mistrzostwa Europy na francuskich boiskach. Tam Poniedielnik zagrał 180 minut w dwóch meczach, w każdym pokonując bramkarza drużyny przeciwnej. Na początek półfinałowy mecz z Czechosłowacją i gol na 3:0 dobijający Czechów. To, co stało się finale Mistrzostw przeszło do historii Związku Radzieckiego. Po regulaminowych 90 minutach na tablicy wyników widniał remis 1:1. Do akcji wkroczył rozgrywający swój trzeci oficjalny mecz w reprezentacji Witia. Sam bohater opowiada: „Była 112 lub 113 minuta meczu (…). Kombinację, prowadzącą do „złotego gola”, można powiedzieć, rozpoczął Jaszyn. On ręką wprowadził piłkę do gry, rzucił prawie do środka pola, w naszą linię pomocy. Po krótkiej wymianie podań z partnerami Jura Wojnow ograł Matusa i posłał po lewej flance Meschiego. Micho nie odmówił sobie przyjemności zrobienia dwóch firmowych zwodów, uciekł obrońcy i wrzucił w okolice punktu rzutów karnych, dokąd ja już leciałem pełną parą…”.
Wprawiając cały naród w euforię jednocześnie Wiktor narobił sobie kłopotów, pokonując Schrojfa. W Związku Radzieckim, jak swego czasu w większości komunistycznych państw świata (w tym w Polsce), panowały osobliwe zasady transferów pomiędzy klubami. Najlepsi zawodnicy skupiani byli we flagowych ekipach kraju. Będąc na świeczniku, Poniedielnik ściągnął na siebie uwagę ministerstwa obrony ZSRR, które to sprawowało pieczę nad CSKA Moskwa (wówczas CSK MO). Pewnego poranka, kilka chwil po obudzeniu się dostał wiadomość, że musi przeprowadzić się do Moskwy. Do domu Witii wtargnął bowiem oficer w asyście dwójki niższych rangą żołnierzy i nakazało Poniedielnikowi wyjazd do Moskwy. Wizja własnego apartamentu w stolicy i luksusowego samochodu nie przekonała 23-latka do zmiany miejsca zamieszkania i wyprowadzki z rodzinnego Rostowa. Nie zareagował na zainteresowanie czołowej drużyny kraju z entuzjazmem, choć pod naciskiem musiał wyjść w jej koszulce podczas kilku sparingów. Wręcz przeciwnie, za wszelką cenę chciał uniknąć przenosin do Moskwy. Przeciwni utracie swojego idola byli także lokalni kibice. Organizowali więc protesty, wcale nie pokojowe, zniszczenia w mieście były widoczne. Reakcja społeczeństwa nie obchodziła władz państwowych. Pewnie napastnik SKA nie uniknąłby gry w stołecznej drużynie, gdyby nie znajomość ojca piłkarza, Władimira, z najsłynniejszym obywatelem Rostowa, pisarzem Michaiłem Szołochowem (autor m. in. powieści „Cichy Don”). Władimir Poniedielnik, pisał swego czasu esej o prozaiku, toteż miał okazję robić z nim wywiad. Wołodia zadzwonił do Szołochowa, przedstawił znajomemu całą sytuację. Rostowianin skontaktował się zaś z Jekateriną Furcewą, ministrem kultury ZSRR. Furcewa nie tylko pełniła ważną funkcję państwową. Również, a może w tym kontekście przede wszystkim, była kochanką Leonida Breżniewa, przewodniczącego Prezydium Rady Najwyższej Związku Radzieckiego, czyli najważniejszej osoby w kraju. Wysłuchawszy słynnego pisarza, Furcewa zaprosiła go na spotkanie, by zapewne jeszcze bliżej przyjrzeć się problemowi i podjąć decyzję. Partnerka głowy państwa radzieckiego po rozmowie z zawodnikiem wykonała telefon do bezpośrednio odpowiedzialnego za sprawę Siergieja Pawłowa, kierującego Komitetem Kultury Fizycznej i Sportu przy Radzie Ministrów ZSRR. Pawłow zgodził się z panią minister i zwolnił Poniedielnika z obowiązku zasilenia szeregów CSKA Moskwa, dzięki czemu do końca kariery napastnik mógł pozostać w Rostowie. Zapewne może mówić o sporym szczęściu, gdyż niewielu futbolistom (jeśli komukolwiek) udało się bez konsekwencji sprzeciwić reżimowi panującemu w Związku Radzieckim. Rok po tych wydarzeniach wraz z reprezentacją odwiedził Chile, by rywalizować w Mundialu. Rosjanie nie spełnili oczekiwań rządu i narodu. Co prawda, przez fazę grupową przeszli pewnie, pokonując znów Jugosławię (2:0), a także Urugwaj (2:1), oraz remisując z Kolumbią (4:4), lecz już w następnej fazie odpadli ponosząc porażkę z Chile (1:2). Oprócz złota na premierowych Mistrzostwach Europy w kadrze łupem Wiktora padł również srebrny medal kontynentalnego czempionatu w 1964 roku. Przez cztery lata dzielące oba turnieje ze zwycięskiej ekipy odeszła większość gwiazd, a oprócz Poniedielnika w obu finałach zagrali tylko Iwanow i Jaszyn. Na Santiago Bernabeu obrońców tytułu zwyciężyli gospodarze 2:1. W międzyczasie trzykrotnie otrzymał wyróżnienie dla najlepszego napastnika krajowej ligi. Potem kariera naszego bohatera zmierzała ku końcowi. Zaczął przybierać na wadze, a na domiar złego wiosną 1965 roku przyplątało się zapalenie wyrostka, w związku z czym musiał wylądować na stole operacyjnym. Zabieg nie poszedł do końca zgodnie z planem, 28-latkowi dawały się we znaki powikłania pooperacyjne. Pomimo usilnych starań w kierunku przywrócenia piłkarza do pełnej sprawności, niedługo po podpisaniu kontraktu z moskiewskim Spartakiem, dawny idol milionów nie miał innego wyjścia i musiał zakończyć karierę. Zawiesiwszy buty na kołku Wiktor Władimirowicz poszedł w ślady ojca i został dziennikarzem gazet „Советский Спорт” (przez 14 lat, w latach 1969—1983 kierował działem piłkarskim), a następnie przeszedł do ”Футбол-Хоккей” obejmując posadę redaktora naczelnego. Wcześniej krótko trenował graczy Rostsielmasza (1969). Ma na koncie aż cztery autobiografie, jak: „ Любовь моя, футбол” („Moja miłość, futbol”) i „Исповедь центрального нападающего” („Spowiedź środkowego napastnika”). Obecnie działa społecznie, jak i na rzecz rozwoju rosyjskiego futbolu. Imieniem Wiktora Poniedielnika ochrzczono akademię piłkarską.
Statystyki i osiągnięcia:
Reprezentacja:
1x mistrzostwo Europy (1960)
1x Wicemistrzostwo Europy (1964)
Osiągnięcia indywidualne:
1x król strzelców mistrzostw Europy (1960)
8
Buntownik przeciwko systemowi:
@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@AssisMoreira
@Astad
@Adran360
8
@FCBparasiempre
Prawie codziennie opisywani są wybitni piłkarze, czy sylwetki wielkich trenerów. Pisze się o sędziach, działaczach. Do historii polskiej piłki przeszedł także ten, który opowiadał o jej największych sukcesach milionom rodaków i przez te miliony został pokochany. Wielu z nas wychowywało się na Dariuszu Szpakowskim. Niemało jest w naszym kraju fanów Mateusza Borka. W złotych czasach polskiego futbolu pierwszym głosem był jednak Jan Ciszewski. Kiedy Ciszewski miał dziewięć lat, nieszczęśliwie skoczył z wozu, przez co zerwał ścięgno w prawej nodze. Kilka lat później zaczął jeździć na motocyklu żużlowym. Niestety miał wypadek na torze. Połączony dodatkowo z niefortunnym zdarzeniem z dzieciństwa, sprawił, że kariera sportowa została zahamowana. Młodemu Jankowi groziła nawet amputacja, ale na szczęście udało się jej uniknąć. Prawa noga była o 12 centymetrów krótsza od lewej. Nie porzucił jednak swojego marzenia. Jeździł na przygotowanym przez przyjaciół specjalnym motocyklu, ale w rywalizacji z pełnosprawnymi zawodnikami nie miał wielkich szans. To żużel był dyscypliną, od której zaczęła się kariera „Cisa”. Wprawdzie nie został sportowcem, ale dzięki temu, że opowiadał o ich zmaganiach, stał się słynny w całej Polsce. W 1951 roku nagrał swój głos na kasetę magnetofonową właśnie podczas zawodów czarnego sportu. W kolejnym roku doczekał się debiutu w eterze. Relacjonował w Radiu Katowice mecz piłkarski, w którym Unia Chorzów zmierzyła się z Budowlanymi Gdańsk. Cztery lata później przejęła go lokalna telewizja. Po zaledwie pięciu latach pracy pojechał na swoje pierwsze igrzyska olimpijskie. Były to zimowe zmagania w Cortina d’Ampezzo. Od roku 1972 należał do Naczelnej Redakcji Programów Sportowych Telewizji Polskiej w Warszawie. Największe zawodowe sukcesy były dopiero przed nim. Został zapamiętany przede wszystkim z komentowania największych osiągnięć naszego piłkarstwa. W 1970 roku miał okazję komentować największy sukces polskiej piłki klubowej. Górnik Zabrze awansował wtedy do finału Pucharu Zdobywców Pucharów, eliminując w dramatycznych okolicznościach, po trzech meczach i rzucie monetą, włoską AS Romę. We wszystkich opisach tej pamiętnej rywalizacji przypominane są nie tylko popisy Lubańskiego, Gorgonia i Oślizły, ale także słowa wypowiadane przed milionami widzów przez Ciszewskiego. W relacji telewizyjnej odpowiednią atmosferę budował w tym czasie słynny Jan Ciszewski: „Rzucona moneta” – powiedział komentator i po chwili ucichł. I nagle w telewizorach milionów Polaków zagrzmiało: „Polska! Górnik! Sprawiedliwości stało się zadość!” Stało się bowiem jasne, że losowanie wygrał kapitan górników Stanisław Oślizło– ,,W taki sposób o trzecim spotkaniu polsko-włoskiej potyczki pisano w publikacji „wielkie kluby Europy. AS Roma” wydanej przez „Przegląd Sportowy”. Pierwszy reprezentacyjny sukces, jaki Ciszewski miał okazję komentować, to mistrzostwo olimpijskie zdobyte w 1972 roku przez chłopców Kazimierza Górskiego. Biało-czerwoni pokonali w finale Węgrów i wrócili z Monachium z najcenniejszym medalem. Kolejny rok przyniósł chyba najważniejszy mecz w historii polskiego futbolu. Bez tego legendarnego spotkania nie byłoby kolejnych osiągnięć. Słynny remis z Anglią na Wembley stał się nad Wisłą elementem popkultury. Odniesienia do niego pojawiały się w filmach, a opowieści ojców i dziadków o tym wydarzeniu, w wielu rodzinach umilały czas spędzony przy kominku w długie zimowe wieczory. Polacy zremisowali z Anglikami i wywalczyli pierwszy po wojnie awans na mundial. Sukces obwieścił rodakom właśnie „Cis”: ,,Mój Boże, co ja mam Państwu powiedzieć? Tyle lat na to czekałem…” – łamiący się głos komentatora wybrzmiał w milionach polskich domów a wypowiedziane wówczas słowa przeszły do historii. Słynny sprawozdawca towarzyszył kadrze Górskiego także na samych mistrzostwach. Polacy zajęli trzecie miejsce, a głos Ciszewskiego rozpoznawano już w całym kraju. Nie mogło to dziwić. Zwycięstwa z Włochami, Argentyną czy Brazylią, a także zacięta walka z Niemcami na stadionie przypominającym basen, to wydarzenia, o których skomentowaniu marzy każdy człowiek wykonujący tę pracę.
Pojechał też na kolejny mundial. Tym razem z Argentyny przesyłał do kraju relacje ze zmagań podopiecznych Jacka Gmocha. Drużyna, która przez wielu uważana była za faworyta do wygrania turnieju, nie znalazła się w pierwszej czwórce. Duży wpływ miała na to porażka z Argentyną, czyli gospodarzem. Najsłynniejszy zmarnowany rzut karny w historii polskiej piłki nożnej… W dzisiejszych czasach w takiej sytuacji z ust wielu komentatorów pewnie wydobyłby się potok słów. Ciszewski skomentował to inaczej. W mistrzowski sposób zagrał pauzą. W Argentynie medalu nie zdobyliśmy, ale już cztery lata później zespół prowadzony przez Antoniego Piechniczka zajął trzecią pozycję na czempionacie w Hiszpanii. Był to ostatni wielki turniej Ciszewskiego. Niedługo po zakończeniu mistrzostw słynny dziennikarz odszedł z tego świata. ,,Zakończył pięknie – wielkim sukcesem polskich piłkarzy, którzy, co oczywiste, byli w kraju witani jak bohaterowie. Samolot, którym kadra wracała na Okęcie, miał awarię, musiał wracać do Madrytu i Polacy przylecieli do Warszawy z ośmiogodzinnym opóźnieniem. Mimo to czekały na nich tysiące kibiców. Prosto z lotniska karetka zabrała do szpitala chorego Jana Ciszewskiego, najsłynniejszego telewizyjnego komentatora piłkarskiego. To był jego ostatni mundial. Zmarł pięć miesięcy później”– pisał w drugim tomie „mojej historii futbolu” Stefan Szczepłek. Już podczas wyjazdu do Hiszpanii Ciszewski był chory. Nie chciał jednak rezygnować z pracy na tak ważnej imprezie. Wiele osób znających komentatora uważa, że to właśnie podczas mistrzostw tak mocno ucierpiało jego zdrowie. Jadąc na mistrzostwa świata w Hiszpanii, był już chory, ale nie mógł z tego zrezygnować – tak żył piłką nożną. Proszę pamiętać, że tak jak piłkarze, tak też dziennikarze mieszkali w hotelach bez klimatyzacji. Dla zdrowego człowieka były to ciężkie warunki, a co dopiero dla chorego. Wydaje mi się, że jeszcze bardziej nadwyrężył tam sobie zdrowie i dlatego tak szybko od nas odszedł – opowiadał Janusz Zaorski w artykule „Człowiek, który stał się legendą za życia” autorstwa Dariusza Dobka z portalu Onet Sport. Sam „Cis” wspominał o tym na łamach „Przeglądu Sportowego” po powrocie z Półwyspu Iberyjskiego: ,,Przez cały pobyt w Hiszpanii byłem w złym stanie zdrowia. Wróciłem zupełnie chory, tak, że musiałem iść do szpitala. To(i rozgoryczenie ostrą krytyką) sprawiło, że istotnie początkowo chciałem dać za wygraną. Nie ma wątpliwości, że Ciszewski stał się wzorem dla wielu współczesnych komentatorów. Tak w cytowanym wcześniej artykule opowiadał o nim Mateusz Borek: ,,Świetny narrator, doskonale czuł emocje widza. Wiedział czego widz potrzebuje i jak ma zagrać na emocjach, by stworzyć odpowiedni klimat widowiska. Wybitny gawędziarz – z taką pozytywną konotacją. Bo to sztuka opowiadać tak, by była cisza, a ludzie ze zdumienia mieli otwarte usta”. Dziennikarz Polsatu potrafi także wytłumaczyć przyczyny jego ogromnej popularności: ,,Legendę Ciszewskiego budowało to, że w jego czasach nie było tylu kanałów telewizyjnych i transmisji sportowych. Komentatorom łatwiej było kłaść podwaliny pod swoje pomniki”. Jednak pojawiały się także krytyczne głosy na temat jego komentarza. Ciekawie opowiadali o nim dziennikarze Eurosportu, Tomasz Jaroński i Krzysztof Wyrzykowski w książce „Rach-ciach-ciach, czyli pchamy, pchamy” – rozmowie-rzece obu panów. TJ: ,,Chwalony komentarz Jana Ciszewskiego, który jest bogiem, komentarz podawany jako niedościgniony przykład Dariuszowi Szpakowskiemu czy innym komentatorom. Ten komentarz, patrząc oczywiście z dzisiejszego punktu widzenia, jest mocno średni. Krzysztofie, pamiętasz Wembley, oglądałeś? KW: ,,Oczywiście, że pamiętam Wembley, ale przede wszystkim Jana Ciszewskiego, z którym przez kilka ładnych lat pracowałem w tej samej redakcji. Wiesz co, wtedy ten komentarz Janka Ciszewskiego był bardzo emocjonalny i oczywiście zdawaliśmy sobie wszyscy sprawę(i Janek też sobie dawał sprawę) z chropowatości języka, którego używał. Było bardzo wiele krytycznych artykułów i głosów, że to nie jest poprawny polski, że nie wolno takiej polszczyzny propagować w telewizji. Były różnego rodzaju, czasami uszczypliwe i niepotrzebne, uwagi pod adresem Janka, bo jednak przekazał on nam tyle ładunku emocjonalnego i te jego powiedzenia…”
Ciszewskiemu zarzucano wiele. Błędy językowe, niepoprawną wymowę nazwisk, a czasem też stronniczość. W czasie meczu Ruchu z St. Etienne zdarzył się następujący wypadek. Piłkarz polski i francuski wyskoczyli w powietrze, przy czym nasz zawodnik całkiem niechcący kopnął Francuza w podbrzusze. Red. Ciszewski nie ma alibi. Tymczasem z jego ust nie wydobyło się ani jedno słowo współczucia dla cudzoziemca, który klęczał, trzymał się obiema rękami za bolesne miejsce i wręcz rył twarzą w ziemi, a potem otwierał szeroko usta jak ryba wyjęta z wody, usiłując złapać powietrze. Każdy mężczyzna wie, że ból taki zazwyczaj dość prędko ustępuje i kiedy Francuz wrócił do gry, red. Ciszewski skomentował cały incydent krótko: „Wiele hałasu o nic”. Gotów jestem umówić się z red. Ciszewskim i zrobić mu takie „nic”– pisał w 1975 roku na łamach „Polityki” Daniel Passent. O tym, jak wybitną postacią zarówno w polskim futbolu, jak i w świecie dziennikarstwa był Ciszewski, świadczy scena, która miała miejsce przy okazji meczu eliminacji ME 1992. Polska, tak jak przed prawie dwiema dekadami, mierzyła się z Anglią. Znów mecz z Brytyjczykami i rywalizacja na słynnym londyńskim stadionie. Tyle, że dla Telewizji Polskiej spotkanie relacjonuje Dariusz Szpakowski. Zaczynając transmisję, zalicza jedną z najsłynniejszych wpadek w historii tego zawodu. Przedstawia się jako… Dariusz Ciszewski. Wembley z 1973 roku oglądałem jako młody człowiek. 17 lat później wszedłem na stanowisko komentatorskie na tym stadionie. Nie miałem połączenia z krajem. To zawsze nerwowa sytuacja. W ostatniej chwili udało się jednak połączyć. Wcześniej przygotowałem sobie całe wejście. „Przed laty Jan Ciszewski pięknie opowiadał, teraz po latach ja mam przyjemność komentowania” i… w skrócie powiedziałem, że nazywam się Dariusz Ciszewski. Całą noc potem nie spałem-opowiadał o sytuacji Szpakowski. O wpadce dowiedział się już po meczu od kolegów. Zaraz po powrocie do Polski, przy okazji prowadzenia „Sportowej Niedzieli”, przeprosiłem rodzinę Janka i kibiców. Tłumaczyłem, że stadion Wembley robi takie wrażenie, że człowiek zapomina, jak się nazywa. Co ciekawe, nie brakuje jednak kibiców, którzy są święcie przekonani, że zrobiłem to świadomie. Kiedyś na stacji benzynowej podszedł do mnie mężczyzna i pogratulował pomysłu. „Pięknie pan to połączył. Aż się wzruszyłem -mówił komentator. Jan Ciszewski to ciekawa postać nie tylko ze względu na zawodowe osiągnięcia. Był wybitnym komentatorem, ale przede wszystkim barwną personą. Znów warto przywołać słowa jego znajomych z cytowanego już artykułu redaktora Dobka. Na początek ponownie Borek: ,,Zapamiętałem go jako człowieka, który był charakterystyczny, charyzmatyczny, a do tego był wybitnym futbolowym gawędziarzem. Starsi piłkarze opowiadali mi, że była to kolorowa postać”. Stanisław Oślizło, legendarny gracz wielkiego Górnika Zabrze, podobnie wypowiadał się o bohaterze tego tekstu: ,,Spędzaliśmy wspólnie sporo czasu, braliśmy udział w towarzyskich spotkaniach, bywał u mnie w domu. Przyjaźniliśmy się. Bardzo ubolewałem, gdy od nas odszedł”. Sporo mówiło się o problemach z hazardem. Został nawet zwolniony z Radia Katowice. Po ponownym zatrudnieniu zawieszono go na dwa lata. Istniały pogłoski, według których „Cis” przegrywał w karty duże sumy pieniędzy, zadłużając się u ludzi z różnych środowisk. Córka komentatora, Joanna Ciszewska, nieco inaczej patrzy na ten problem (znów wypowiedź ze znakomitego artykułu Dariusza Dobka): ,,Hazardzista? Z Mamą bardzo bronimy go przed takim określeniem. Hazardzistą jest się wtedy, gdy ta gra jest nałogowa, a do tego krzywdzi otoczenie i bliskich. Jak chociażby przez brak pieniędzy, niekończące się długi, znikanie z domu wartościowych rzeczy. Natomiast ojciec doskonale nad tym panował. On grał, bo lubił. Natomiast nigdy nie zdarzyło się, żeby z tego tytułu wynikały jakieś problemy. Takie były czasy. Nie było alternatywy w postaci innych rozrywek. Miał swoją stałą ekipę, która regularnie spotykała się i grała w pokera czy brydża. Aczkolwiek wiadomo, że hazard zawsze brzmi ciekawiej niż to, że ktoś po prostu lubił grać”.
Miał także epizod związany ze Służbą Bezpieczeństwa. Z racji wykonywanego zawodu, często wyjeżdżał zagranicę, co miało wpływ na zainteresowanie SB jego osobą. Został nawet zarejestrowany jako jej współpracownik, ale ponieważ unikał przekazywania informacji, służba sama z niego zrezygnowała. O Ciszewskim nie sposób zapomnieć. Wszak jego komentarz okrasił największe sukcesy najukochańszej w naszym kraju dyscypliny. Do 2012 roku odbywał się żużlowy memoriał jego imienia. Jest patronem stadionu Czarnych Sosnowiec. Jego imię noszą Szkoła Podstawowa w Waleńczowie oraz jedna z warszawskich ulic. Jan Ciszewski to bez wątpienia jedna z największych postaci w historii polskiego dziennikarstwa sportowego. Komentował żużel, hokej czy szermierkę. Większość kibiców pokochała go jednak za relacjonowanie futbolu. Przez wielu wspominany jest z tak wielkim sentymentem jak ówcześni piłkarze. I chyba nie ma się czemu dziwić. W końcu jego głos przez lata był obecny w polskich domach. Wybrzmiewał z czarno-białych telewizorów w czasach PRL-u. I będzie wybrzmiewał także z czterdziestocalowych odbiorników już zawsze, gdy tylko telewizja przypomni o największych sukcesach naszego piłkarstwa. Miał monopol na komentarz i świetnie się to zgrało z wielkimi sukcesami reprezentacji Polski. Trzeba umieć to wykorzystać.
6
Głos piłkarskich sukcesów:
@Adran360
@Bernard777
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_
11
@FCBparasiempre
W maju 2021 roku mineło dokładnie sto lat od kiedy na polskim rynku wydawniczym ukazał się pierwszy numer ,,Przeglądu Sportowego”. Jedna z najważniejszych gazet sportowych w naszym kraju do dziś wyznacza trendy odnośnie funkcjonowania na rodzimym rynku prasowym. Pismo to nie święciłoby jednak swoich sukcesów gdyby nie kilku oddanych sprawie zapaleńców, którzy zaryzykowali i swoją ciężką pracą wynieśli słabo prosperujący tytuł na wyżyny przedwojennej publicystyki sportowej. Początki były jednak trudne, a miały one dużo wspólnego z futbolem. Dwudziestolecie międzywojenne przyniosło wiele zmian odnośnie zawodu dziennikarza. W porównaniu z latami przed Wielką Wojną ciężko było znaleźć prawdziwych fachowców, którzy nadaliby kierunek tworzącym się formom dziennikarskim. Wielu przedwojennych ,,nowiniarzy” poniosło śmierć na frontach I wojny światowej, wojny polsko-ukraińskiej lub polsko-bolszewickiej. Stanowiska pierwszych dziennikarzy w odrodzonej ojczyźnie obejmowali często byli lub obecni sportowcy, od których od razu wymagano wszechstronności w nowym zawodzie. Jeden z najlepszych dziennikarzy sportowych w dwudziestoleciu Tadeusz Grabowski tak wspominał swoje początki w redakcji bytomskiego ,,Sportowca”: ,,(…) razu pewnego na pierwszą kolumnę nie miałem nic poza ilustracją z ,,Miroir” z meczu Francja-Anglia, gdzie głowy graczy, tworząc skomplikowaną gmatwaninę, ledwo odcinały się od tła. Trzeba było to wszystko, a zwłaszcza głowy ,,podmalować”. Dorywczo współpracujący plastyk przepadł gdzieś bez wieści, drukarnia biła na alarm, także wreszcie… sam chwyciłem za farby i pędzle”. Ta sytuacja bardzo dobrze oddaje ogrom trudności, z którymi musieli się borykać. Innym palącym problemem była nieumiejętność odnalezienia się w panującej rzeczywistości wielu dziennikarzy, którzy nie umieli funkcjonować bez cenzorskiej kontroli. Nie potrafili oni porzucić przedwojennych przyzwyczajeń, a co za tym idzie zachęcić ewentualnych czytelników do nabywania ich pism. Zbyt trudne dla nich było również przerzucenie się z tematyki narodowowyzwoleńczej na bardziej rozrywkową, co skazywało ich na zawodowy niebyt. Dużą wagę w pracy przedwojennych dziennikarzy przykładano do języka, który w obliczu panującego w II Rzeczypospolitej analfabetyzmu (33% obywateli kraju) musiał zostać uproszczony. Chciano w ten sposób, aby poszczególne artykuły były zrozumiałe zarówno dla ludzi z nizin społecznych, jak i tych z wyższych sfer. Po pewnym czasie dało się jednak zauważyć, że wspomniany zabieg nie przyniósł pożądanych skutków. Do innych dziennikarskich niedogodności pierwszych lat niepodległości możemy zaliczyć także niedostatki na polu sprzętowym, brak papieru, na którym można by drukować poszczególne tytuły czy słabą sieć komunikacyjno-informacyjną, która była skutkiem różnego prawodawstwa u poszczególnych zaborców. Kłopoty pojawiały się często również z powodu zbyt częstych polemik między poszczególnymi tytułami, co jednak w dużej mierze napędzało sprzedaż pism. W powojennej rzeczywistości politycy szybko zdali sobie sprawę, że dziennikarstwo, a zwłaszcza to sportowe, ma olbrzymi potencjał propagandowy. Nie powinien dziwić nas więc fakt, że istniała możliwość wykorzystywania zajmowanych stanowisk do własnych interesów przez wielu przedstawicieli państwowych. Szybko do zadań żurnalistów sportowych dołączyło propagowanie w społeczeństwie aktywności fizycznej, o której wielu Polaków wciąż myślało, że między innymi powoduje choroby. Wspomniany wcześniej analfabetyzm spowodował jednak, że misja poszerzania horyzontów spaliła na panewce.
Dwudziestolecie międzywojenne z perspektywy lat jawi się jako czas walki o poprawę wizerunku dziennikarzy. Walki, którą z perspektywy olbrzymich sukcesów polskiego dziennikarstwa w latach trzydziestych, należy uznać za wygraną. Kraków, dawna stolica Polski oraz centralne miasto austriackiej Galicji, długo hamował rozwój prasy sportowej. Ta tendencja została przełamana dopiero pod koniec XIX wieku. Następstwem takiego stanu rzeczy był fakt, że tytułów prasy sportowej zaczęło przybywać niczym grzybów po deszczu. Jednym z nich był wydawany od 21 maja 1921 roku ,,Przegląd Sportowy”. Początki obecnego hegemona branży dziennikarstwa sportowego mocno związane były z postacią Tadeusza Synowca. Nie pełnił on co prawda roli redaktora naczelnego (tę przez pierwszy rok sprawował Ignacy Rosenstock, a później do 1926 roku Ferdynand Goetel), ale wywarł on olbrzymi wpływ na funkcjonowanie owego tytułu. Późniejszy selekcjoner reprezentacji Polski dużo czasu w tamtym okresie spędzał w dobrze sobie znanej kawiarni ,,Bizanca”, w której przy jednym ze stolików zajmował się grą w szachy oraz poprawianiem tekstów, które miały ukazać się na szpaltach ,,Przeglądu Sportowego”. Pierwsze wydanie gazety w pełni poświęcone było futbolowi, co można łatwo wytłumaczyć jeśli wie się, że już na początku swojego funkcjonowania tygodnik (,,Przegląd Sportowy” stał się dziennikiem dopiero po II wojnie światowej) stał się organem Krakowskiego Okręgowego Związku Piłki Nożnej. Z czasem został on częścią okręgowych związków piłkarskich również w Wilnie, Lublinie, Katowicach, Łodzi i Warszawie. Formuła miała oscylować wokół naukowego charakteru publikacji, co po dość krótkim czasie zostało zmienione. Nakład pisma wynosił wtedy około pięciu tysięcy numerów, ale z powodu panującego w Galicji ubóstwa oraz dlugotrwałej pracy nad wydaniem pojedynczego numeru zaczął on spadać. Widmo upadku zniknęło, gdy właściciel Cracovii Jan Gebethner z własnej kieszeni sfinalizował powstanie Towarzystwa Wydawniczego ,,Przegląd Sportowy”. Nie oznaczało to jednak, że problemy zniknęły w ogóle. Nudna szata graficzna, informowanie o wydarzeniach związanych tylko z zespołem Cracovii czy publikowanie informacji z opóźnieniem sprawiły, że nastąpił drugi poważny odpływ czytelników. Inne gazety, w tym ,,Rzeczpospolita” czy ,,Słowo Polskie”, także weszły do rywalizacji o odbiorcę, co objawiło się poprzez redagowanie interesujących działów sportowych. Dewaluacja marki natomiast doprowadziła do podniesienia ceny pisma aż trzydzieści cztery razy w przeciągu trzech lat. Stojący na czele gazety zdawali sobie sprawę z faktu, że jeśli nic nie zrobią, to pismo będzie musiało ogłosić upadłość. Jan Gebethner i jego współpracownik Marian Strzelecki musieli zdecydować pomiędzy przekształceniem ,,Przeglądu Sportowego” w elitarny magazyn dla małej liczby czytelników a zrobieniem z niego ogólnopolskiej gazety nastawionej na masowego odbiorcę. Decyzja ta zmieniła polskie dziennikarstwo sportowe na zawsze. Milowy krok w historii ,,Przeglądu Sportowego” nastąpił na przełomie 1924 i 1925 roku. Wtedy to właśnie redakcja gazety została przeniesiona z Krakowa do Warszawy. Większość obowiązków pod nowym adresem przejął Marian Strzelecki, członek zarządu Polonii Warszawa i jej piłkarz w wicemistrzowskim sezonie 1921. ,,Przegląd Sportowy” został przejęty przez spółkę wydawniczą ,,Prasa Polska”, co w ostateczności sprawiło, że jego ciągłość nie wygasła. Funkcję nowego redaktora naczelnego przejął natomiast współtwórca grupy poetyckiem Skamander, czyli Kazimierz Wierzyński. ,,Nowa miotła” od razu zabrała się do robienia porządków w piśmie. Innowacyjne było praktycznie wszystko. Nie oznacza to jednak, że gazeta przerodziła się w zbiór poetyckich utworów, ale pozostała pismem przekazującym informacje ze sportowych aren. Wraz z zatrudnieniem przez Wierzyńskiego wielu wybitnych sportowców jako sprawozdawców (między innymi piłkarza Cracovii i przyszłego selekcjonera kadry biało-czerwonych Józefa Kałuży) można było doszukać się artykułów, w których uczestnicy poszczególnych zawodów opowiadali o swoich odczuciach z nimi związanych. Była to nowość, która sprawiała, że „ Przegląd Sportowy” zaczął zyskiwać na popularności.
Po upływie dwóch lat „Przegląd Sportowy” powiększył nakład do czterdziestu trzech tysięcy egzemplarzy. Na taki stan rzeczy duży wpływ miała charyzma przyszłego złotego medalisty olimpijskiego (Wierzyński zdobył to wyróżnienie w 1928 roku w konkursie sztuki za tomik poezji ,,Laur olimpijski”, w którym jeden z wierszy został poświęcony wybitnemu hiszpańskiemu bramkarzowi Ricardo Zamorze). Jego podwładny Jerzy Jakub Rohatiner wspominał: ,,Nawet w telefonach niedzielnych (…) redaktor naczelny spodziewał się odpowiedniego poziomu oraz imaginacji. A przy tym baczył pilnie na czystość i zwięzłość języka, jedność myśli, oszczędność słowa”. Nie można było spotkać go jednak nigdy w redakcji, gdyż większość czasu spędzał na trybunach poszczególnych zawodów sportowych. Jego postawa sprawiła, że ,,Przegląd Sportowy” znalazł się na salonach europejskiej prasy sportowej. Ten czas w historii pisma najlepiej oddają jego własne słowa na temat wykonywanej przez siebie pracy: ,,Gdy je objąłem, nadałem mu format gazety, powiększyłem objętość i przekonałem wydawców, aby zaryzykować nakład pięciu tysięcy egzemplarzy. Chwyciło z miejsca”. Innym trafionym pomysłem było ustanowienie w 1926 roku plebiscytu dla najlepszego polskiego sportowca w roku kalendarzowym. Pierwszym jego laureatem został Wacław Kuchar, wszechstronny sportowiec ze Lwowa, który najbardziej znany był jako wybitny napastnik tamtejszej Pogoni. Oprócz niego takiego zaszczytu dostąpiło jeszcze tylko dwóch piłkarzy: Zbigniew Boniek w 1982 oraz Robert Lewandowski w 2015 roku. Plebiscyt z krótką przerwą na okres II wojny światowej odbywa się po dziś dzień. Pochwały dla sternika ,,Przeglądu Sportowego” płynęły z całej Europy. Gdy gazeta miał już ugruntowaną pozycję na rynku przyszła jednak pora na zmianę. Redakcję przejął wspominany już Marian Strzelecki, który pełnił funcję redaktora naczelnego aż do wybuchu II wojny światowej. Legenda Czarnych Koszul uważała, że należy wzbogacać szatę graficzną, doskonalić warsztat oraz informować o rezultatach ze sportowych aren w sposób jak najszybszy. Gazeta zaczęła być redagowana pod gusta czytelników, co doprowadziło do wprowadzenia sensacyjności w jej stylu. Najważniejsze było jednak to, że ,,Przegląd Sportowy” wciąż znajdował się w grupie pism informacyjnych, których rola była wiodąca zarówno w kraju, jak i za granicą. Charakterystyczną cechą pisma w okresie rządów redaktora Strzeleckiego było dość mocne angażowanie się w różnego typu polemiki, wśród których najgłośniejsza dotyczyła militaryzacji sportu w Polsce. Punktem wyjścia była sytuacja z meczu derbowego Cracovia-Wisła Kraków, który miał miejsce w 1933 roku. Na pięć minut przed końcowym gwizdkiem zawodnicy Białej Gwiazdy zeszli z boiska po tym, jak sędzia wykluczył z gry zawodowego oficera i jednocześnie kapitana gości Henryka Reymana. Według kibiców Pasów miał on powiedzieć do arbitra: ,,Żaden Żyd nie będzie mi rozkazywał”, podczas gdy fani Wisły utrzymywali, że ich idol wykrzyczał: ,,Nikt w tym kraju, a zwłaszcza byle sędzina, nie będzie ubliżał polskiemu oficerowi”. Następstwem owego zdarzenia był rozkaz prezesa Krakowskiego Okręgowego Związku Piłki Nożnej generała Bernarda Monda, że wojskowi, którzy grają w klubach cywilnych, mają zaprzestać robienia tego. Szybko zareagował ,,Przegląd Sportowy”, na którego łamach słowa oburzenia przedstawił jeden z nestorów polskiego dziennikarstwa Jan Erdman: ,,Interwencja gen. Monda nie jest dla nas dostatecznie zrozumiała. Jeżeli nawet dopuścimy celowość nadzoru zwierzchnictwa wojskowego nad graczami wojskowymi, to w przytoczonym wypadku akcja władz wojskowych ograniczyć się mogła tylko do zajęcia stanowiska wobec niesubordynowanego kapitana”. ,,Przegląd Sportowy” przez osiemnaście lat swojego funkcjonowania przed II wojną światową poczynił olbrzymi postęp, który owocuje również dziś. Jego wkład w rozwój polskiego sportu, również piłki nożnej, jest nieoceniony. Lata sukcesów, głównie w okresie rządów Kazimierza Wierzyńskiego, sprawiły, że pismo stało się szalenie ważnym graczem na polskim i europejskim rynku prasowym. Olbrzymią szkodą jest to, że nigdy nie będzie nam dane dowiedzieć się, jak rozwinęłoby się to pismo oraz cała polska publicystyka sportowa gdyby nie niemiecko-sowiecki atak we wrześniu 1939 roku oraz prawie pięćdziesiąt lat komunizmu na naszych ziemiach.
10
Piłkarskie początki potentata:
@Adran360
@Bernard777
@FcPortoFan1999
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_
10
Genialny rudy szczyl debiutuje w reprezentacji:
Po ledwie kilku występach w drużynie Ruchu Wielkie Hajduki(pięć meczów, siedem strzelonych goli(!)) kapitan związkowy reprezentacji Polski, Józef Kałuża postanowił powołać Ernesta Wilimowskiego do kadry narodowej. Debiut ,,Eziego” w reprezentacji Polski nastąpił 21 maja 1934 roku na stadionie „Idraetspark” w Kopenhadze przeciwko drużynie Danii, gdzie biało-czerwoni ulegli gospodarzom 4:2. Ernest Wilimowski mając wówczas 17 lat i 332 dni został najmłodszym w historii reprezentantem Polski. Wilimowski bardzo szybko zadomowił się w kadrze, dla której rozegrał łącznie dwadzieścia dwa oficjalne mecze, strzelając w nich dwadzieścia jeden goli! Tak oto wspominał tamte czasy Kazimierz Górski: „Widziałem m.in. Ruch Chorzów ze słynnymi Wilimowskim, Peterkiem, Wodarzem. Pamiętam, że mecze oglądało się z „trybuny drzewnej”. Jeździła konna policja i wdrapując się na rozłożysty kasztan, trzeba było uważać, bo policjant walił pałą po dupie. Miejsca na drzewie były bardzo popularne. Na niektórych gałęziach były wyryte nazwiska. Pamiętam Wilimowskiego. Takiego zawodnika jak on w dzisiejszych czasach nie widzę. Jak w polu karnym dostał piłkę, był gol. Cudownie trzymał piłkę przy nodze. Miał kiwkę. Nagle obrońca szedł w lewo a on w prawo z piłką. To warto było zobaczyć.”
Geniusz futbolu ustanawia genialny rekord:
21 maja 1939 r. Ernest Wilimowski, najlepszy snajper w dziejach polskiego futbolu ustanowił niepobity do dziś rekord świata na najwyższym poziomie w profesjonalnej lidze, strzelając 10 goli(!) w jednym meczu! Wydarzyło się to w wygranym 12:1(!) meczu Ruch Hajduki Wielkie(naturalnie dziś Ruch Chorzów) – Union Touring Łódź. Genialny ,,Ezi”, jak go nazywano, strzelał kolejno w: 15, 20, 32, 53, 65, 66, 70, 80, 85 i 89 minucie. Jak widzimy Wilimowski po przerwie, w 36 minut strzelił 7 goli! To jest wyczyn wręcz nieziemski! Pozostałe 2 gole strzelił nie gorszy od Eziego napastnik Teodor Peterek. Świadkiem tego niezwykłego wyczynu była słynna chorzowska OMEGA, zegar stadionowy, który właśnie 21 maja 1939 zaczął odliczać czas meczów „Niebieskich”. W takt Omegi Wilimowski strzelił 10 goli i przy okazji zaliczył też trzy klasyczne hat-tricki! Na koniec dodam jeszcze że do tych 10 goli zbliżył się tylko jeden równie genialny snajper a mianowicie Fernando Peyroteo, który w meczu z FC Leça w 1942 r. strzelił 9 goli(!), jednak Portugalczykowi nie udało się strzelić aż 7 goli w takim tempie. Był to mecz podwójnie historyczny, gdyż pierwszy raz uciekające minuty meczu odmierzała precyzyjna wskazówka chronometru Omega a 90-minutowy odcinek, który pokonała w ten dzień, wypełniony był wydarzeniami prawdziwie wiekopomnymi, o których wyżej wspomniałem. Według chętnie powtarzanej legendy Wilimowski miał się założyć w przerwie z jednym z kibiców o złoty zegarek że strzeli w całym meczu 10 goli. Czy tak naprawdę było(?) tego już nie da się rozstrzygnąć…
@Safrani
@Ogorinho1974
@NeroTFP1
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Bernard777
@Astad
@Adran360
9
Duma Katalonii w europejskich pucharach:
21 maja 1969 r. FC Barcelona przegrała finałowy pojedynek w Pucharze Zdobywców Pucharów z amatorskim wówczas Slovanem Bratysława 2:3. Mecz odbył się na „St. Jakob Stadium” w Bazylei w obecności około 19 tys. widzów. Stadion w Szwajcarii po raz kolejny okazał się nieszczęśliwy(poprzednio Barça przegrała tu finał Pucharu Europy w 1961 r.). Amatorzy ze Słowacji mieli w swoich szeregach miedzy innymi mechaników, prawników i inżynierów ale już w 2 minucie spotkania objeli prowadzenie. W 50 minucie przy stanie 3:1 dla Slovana, Carles Rexach strzelił gola bezpośrednio z rzutu rożnego(bramkarz rywali twierdził iż oślepiły go światła), lecz Blaugrana nie była w stanie zdobyć już wyrównującego gola. Przewidziano nawet, w razie ewentualnego remisu, termin meczu rewanżowego w Lozannie dwa dni później ale niestety nie doszło do niego. Ten finał był ostatnim oficjalnym meczem kapitana Ferrana Olivelli, któremu zorganizowano jeszcze spotkanie pożegnalne 6 września. Trzeba przyznać że Słowacy zawsze mieli dobrych piłkarzy a nawet bardzo dobrych jeśli wspomnimy zwłaszcza Josefa Bicana. Zresztą jak się przekonała Barça, amatorów też mieli znakomitych.
@Adran360
@AssisMoreira
@Astad
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_
8
@FCBparasiempre
Morze Karaibskie było jeszcze spowite ciemnościami a zegarek wskazywał 4:49, gdy stojący w porcie w Castries(St. Lucia) liniowiec Lady Nelson(nazwany tak na cześć Frances Nelson, żony admirała Horatio Nelsona) zatrząsł się. Ugodziła go torpeda wystrzelona przez grasującego w tym rejonie Atlantyku U-boota 161. Statek o wyporności niemal 8 tys. ton, jeszcze zanim nastał świt, częściowo zatonął w płytkich przybrzeżnych wodach. A jednak 10 marca 1942 roku nie był ostatnim dniem „życia” okrętu zbudowanego w stoczni w Birkenhead. Uratował on jeszcze wielu ludzi, a nawet zdołał się nieco zasłużyć dla piłki nożnej. Szczęście w nieszczęściu, że torpeda trafiła Lady Nelson w porcie, a nie na pełnym morzu, i że nie spowodowała zniszczeń, które uniemożliwiłyby naprawę. Z mozołem udało się połatać liniowiec, by mógł dopłynąć do amerykańskiej stoczni w Mobile, gdzie poddano go dalszym pracom remontowym. Po wykonaniu niezbędnych reperacji kanadyjski rząd (bo statek pływał pod kanadyjską banderą) zdecydował, że Lady Nelson będzie służyć jako okręt szpitalny. Aż do czasu nastania pokoju transportowała rannych, unikając już skutecznie torped, pocisków artyleryjskich, min i innych niebezpieczeństw czyhających na morzu. Po wojnie wracali do domów na jej pokładzie jeńcy wojenni, a wraz z nimi ludzie szukający szczęścia z dala od swoich rodzinnych stron. W tej ostatniej grupie znalazł się poddany Jej Królewskiej Mości Llloyd Lindbergh Delapenha. 21 maja 1927 roku to ważna data w historii ludzkości. Tego dnia amerykański lotnik Charles Lindbergh po 33,5 godzinach lotu wylądował w Paryżu, stając się pierwszym człowiekiem w historii, który samotnie pokonał samolotem Atlantyk. Ten wspaniały wyczyn wzbudził ogólnoświatowe zainteresowanie. Wieść o sukcesie Lindbergha dotarła także na Jamajkę. Pod wielkim wrażeniem tego dokonania byli także Josephine i Lester Delapenhowie. Małżonkowie postanowili, że swojemu synowi, urodzonemu 20 maja 1927 roku, czyli w dniu, w którym Amerykanin wyleciał z Nowego Jorku do Francji, nadadzą drugie imię Lindbergh– na cześć Charlesa. Cóż za zrządzenie losu, że ich potomek(tak jak pionier lotnictwa) też musiał pokonać Atlantyk, by przejść do historii. Lindy(bo tak go nazywano) od najmłodszych lat przejawiał sportowe zdolności. Uprawiał liczne dyscypliny: piłkę nożną, golf, lekkoatletykę, krykiet, pływanie, nurkowanie, gimnastykę czy boks. Był tak zaangażowany, że podczas trwających półtora dnia szkolnych zawodów sportowych potrafił rywalizować w 16 konkurencjach. Ta nieprawdopodobna aktywność nastolatka skłoniła organizatorów do wprowadzenia nowej zasady, według której jeden uczestnik mógł wziąć udział w maksymalnie 4 konkurencjach. Serce chłopaka najmocniej biło dla piłki nożnej, lecz na Jamajce nie miał większych szans na to, by zostać kimś więcej niż lokalną gwiazdą. Futbol w ojczyźnie reggae traktowany był amatorsko, jako hobby, a nie jako praca. Szansę na prawdziwą karierę stwarzał wyjazd do Anglii. Ale jak marzyć o zostaniu profesjonalistą, będąc czarnoskórym nastolatkiem, mieszkającym na karaibskiej wyspie, położonej 4,5 tys. mil od Wielkiej Brytanii? W dodatku żyjąc na świecie dopiero co podnoszącym się ze zgliszcz po II wojnie światowej? W świecie, w którym wiele drzwi dla czarnych było zamkniętych? Jednak Lindy, tak jak Charles Lindbergh, urodził się, by pokonywać bariery. Za namową Kena Dunleavy’ego, angielskiego mistrza sportu mieszkającego na Jamajce, pod okiem którego trenował, wsiadł na pokład Lady Nelson i wyruszył do Wielkiej Brytanii. Nie wiemy, kiedy dokładnie Lindy Delapenha przybył do Wielkiej Brytanii. Prawdopodobnie było to październiku lub listopadzie 1945 roku (niektóre źródła wskazują, że okręt dotarł do Anglii już w 1946 roku). Wiadomo natomiast, że statek dopłynął do portu w Southampton oraz to, że podróżowali nim żołnierze, którzy podczas II wojny światowej trafili do japońskiej niewoli. Byli to między innymi jeńcy wykonujący niewolniczą i katorżniczą pracę przy budowie słynnego mostu na rzece Kwai (tę dramatyczną historię ukazuje słynny film „Most na rzece Kwai” w reżyserii Davida Leana). Gwoli ścisłości – w rzeczywistości konstrukcja nie powstała na Kwai, lecz na rzece Mae Khlung.
,,To była noc. Nie miałem, dokąd pójść- wspominał Delapenha w rozmowie z Fae Ellington. – ale żołnierze, którzy ze mną podróżowali, dali mi wiele dobrych rad. Mówili, gdzie mam iść, co powinienem zrobić”– opowiadał podczas wywiadu. Plan był prosty. Lindy trzymał w ręku list rekomendacyjny wystawiony przez Dunleavy’ego. Po dopłynięciu do Wysp miał go pokazać Tomowi Whittakerowi, menedżerowi Arsenalu. Tak też uczynił. Wziął udział nawet w meczu sparingowym rezerw The Gunners z Bedford Town. Zawodnikiem londyńskiego klubu jednak nie został. ,,Miałem testy w Arsenalu i poszło mi dobrze. Whittaker był pod wrażeniem. Powiedziałem mu, że wciąż muszę odbyć służbę wojskową. Wtedy on stwierdził, że kiedy ją zakończę, powinienem wrócić i się z nim porozmawiać” – relacjonował Delapenha w 2014 roku. Jamajczyk przystąpił więc do Korpusu Treningu Fizycznego (Physical Training Corps – PTC), który – jak sądził – będzie dla niego dobrym miejscem, by ćwiczyć tężyznę fizyczną. Zresztą to przypuszczenie było niebezpodstawne, ponieważ w PTC miejsce znajdowali świetni sportowcy, choćby sir Stanley Matthews, pierwszy zdobywca Złotej Piłki France Football. Kolejnym etapem była służba wojskowa w Królewskich Walijskich Fizylierach, z którymi stacjonował w Egipcie i Grecji. W armii miłość do sportu nie opuściła Lindy’ego. Grał w krykieta, piłkę nożną, hokeja na trawie, uprawiał lekkoatletykę, brał nawet udział w zawodach nurkowych. ,,Pułkownik dowodzący moim batalionem darzył mnie wielkim szacunkiem. Wysłał mnie do Palestyny na trening wychowania fizycznego w gazie. Spośród 60 osób biorących udział w tym programie okazałem się najlepszy i zdobyłem odznakę instruktora. Potem zostałem instruktorem treningu fizycznego królewskich fizylierów w Fayid w Egipcie”– opowiadał Delapenha w wywiadzie, którego udzielił ,,Jamaica Observer”. W 1947 roku, gdy wojna domowa w Mandacie Palestyny zbliżała się do końca, Lindy Delapenha wrócił do Wielkiej Brytanii z nadzieją na rozpoczęcie prawdziwej kariery piłkarskiej. Ale niewiele brakowałoby, a chłopak zostałby lekkoatletą. Wojskowi zwierzchnicy polecili go powiem Brytyjskiemu Komitetowi Olimpijskiemu, by reprezentował Imperium w nadchodzących Igrzyskach Olimpijskich w lekkiej atletyce. – To nie było to, czego chciałem. Chciałem być piłkarzem – wspominał tamte lata Delapenha. Jamajczyk odrzucił więc propozycję zostania olimpijczykiem. Wyczyny piłkarskie Delapenhi w wojsku nie pozostały niezauważone. Dostrzeżono go jeszcze w trakcie pobytu w Egipcie. Na jego talencie poznał się człowiek, który współpracował z profesjonalnymi klubami piłkarskimi w Anglii i polecał im zawodników. Podobno Lindy przekonał go do siebie swoją grą przeciwko drużynie złożonej z niemieckich jeńców wojennych. Skaut dał mu listy rekomendacyjne do dwóch ekip: Chelsea i Portsmouth. Jamajczyk skierował swoje kroki do The Pompeys. ,,Wybrałem portsmouth, ponieważ mój najlepszy przyjaciel z wojska, człowiek nazwiskiem Horner, tam mieszkał. Powiedział: „zamieszkaj ze mną i moją rodziną” – wspomniał Delapenha. Testy w Portsmouth wypadły pomyślnie. Menedżer Bob Jackson zaproponował przybyszowi z Karaibów kontrakt. To było wielkie wydarzenie. Nigdy wcześniej żaden zawodnik z Jamajki, będącej wtedy częścią Indii Zachodnich, nie podpisał umowy z profesjonalnym klubem z Anglii. W dodatku The Pompeys grali w First Division. Ba, w sezonach 1948-49 i 1949-50 zdobywali mistrzostwo. Wielkimi gwiazdami tamtej ekipy byli Peter Harris czy Duggie Reid. Marzenie Delapenhi o zostaniu profesjonalnym piłkarzem ziściło się 13 listopada 1948 roku. Wtedy po raz pierwszy zagrał dla Portsmouth. Był to mecz przeciw Blackpool. Zagrał 90 minut, a spotkanie zakończyło się rezultatem 1:1. Delapenha nie miał jednak dużego wkładu w oba tytuły mistrzowskie The Pompeys. W drodze po pierwszy tytuł wystąpił zaledwie dwukrotnie. W kolejnym sezonie, zakończonym triumfem w lidze, zagrał pięć razy. Do tego dołożył jedno spotkanie w Pucharze Anglii. W sumie dla Portsmouth uzbierał 8 gier, w których strzelił 1 gola. Pewnie zaliczyłby więcej meczów w ekipie z Fratton Park, gdyby nie kontuzje. Nikt jednak nie może mu odebrać tego, że został pierwszym czarnoskórym piłkarzem mogącym poszczycić się mistrzostwem Anglii.
W kwietniu 1950 roku przygoda Delapenhi z ekipą prowadzoną przez Jacksona dobiegła końca. Zgłosiło się bowiem po niego Middlesbrough FC. Menedżer tego klubu David Jack zwrócił uwagę na Jamajczyka kilka miesięcy wcześniej, podczas meczu ligowego, w którym Portsmouth ograło jego zespół 5:1. Delapenha rozegrał wówczas dobre zawody i tym samym zapadł w pamięć szefa Boro. The Pompeys otrzymali za niego 6000 funtów. Przeprowadzka na północ stała się faktem. Został pierwszym czarnoskórym piłkarzem Middlesbrough. Na Ayresome Park Jamajczyk spotkał kilku znakomitych zawodników, m.in.: reprezentanta Anglii Wilfa Manniona, bramkostrzelnego Szkota Alexa McCrae’a czy włoskiego golkipera Rolando Ugoliniego. Jack odważnie postawił na chłopaka z Indii Zachodnich. A ten na boisku zostawiał serce. Co ciekawe, przestały go trapić problemy zdrowotne, bo tuż przed transferem do Middlesbrough przeszedł zabieg usunięcia zakrzepu krwi, jaki utworzył się w jego udzie. Tak więc już będąc w pełni sił 9 września 1950 roku strzelił swojego pierwszą bramkę dla Boro. Gol musiał smakować wybornie, ponieważ zdobył go przeciw Arsenalowi, który przecież kiedyś nie zaoferował mu kontraktu. Sezon 1950/51 zakończył z 8 trafieniami w 40 ligowych spotkaniach. Delapenha w sezonach 1951/52, 1953/54 i 1955/56 był najlepszym strzelcem Middlesbrough. W sumie dla klubu z Ayresome Park zanotował 93 trafienia w 270 meczach ligowych na poziomie First Division oraz Second Division (od sezonu 1954/55 Boro grali na zapleczu). Co ciekawe, będąc zawodnikiem Middlesbrough, znajdował także czas na to, by pograć zawodowo w krykieta w Horden Cricket Club. Kibice Middlesbrough uwielbiali Lindy’ego. Nie tylko dlatego, że był czołowym piłkarzem ich drużyny, ale także dlatego, że odrzucił oferty Manchesteru City i Manchesteru United. Dlaczego nie zdecydował się na transfery do żadnego z tych klubów? Powodem była niejaka Joan, miejscowa nauczycielka, która zdobyła serce Delapenhi. Kobieta nie chciała się przeprowadzać. A zakochany w niej piłkarz nie zamierzał postępować wbrew jej woli. W 2016 roku Fae Ellington w wywiadzie zapytała Lindy’ego Delapenhę o transfer do United. Emerytowany piłkarz przyznał, iż nie żałuję, że do niego nie doszło. Jak słusznie zauważył, gdyby trafił na Old Trafford, mógłby wsiąść z innymi piłkarzami Czerwonych Diabłów do samolotu, który 6 lutego 1958 roku rozbił się w Monachium… W tamtej katastrofie zginęło 8 zawodników. W 1955 roku do pierwszej drużyny Middlesbrough dołączył niejaki Brian Clough, człowiek który dwadzieścia kilka lat później jako menedżer dwukrotnie wygra z Nottingham Forest Puchar Europy. Cloughie – jak nazywali go przyjaciele – miał smykałkę do strzelania goli. W ciągu nieco ponad pięciu sezonów spędzonych na Ayresome Park zaliczył ponad 200 trafień. Lindy i młodszy od niego o 8 lat Clough zaprzyjaźnili się. Czasem, biorąc ze sobą bramkarza Petera Taylora, jeździli poobijanym kasztanowym Fordem Anglią należącym do Delapenhi na mecze do Newcastle lub Carlisle. A pewnego razu Jamajczyk podwiózł przyszłego menedżera Forest i jego dziewczynę Barbarę do Stockton-on-Tees, gdzie para miała wybrać pierścionek zaręczynowy. Gdy już zaparkowali, dziewczyna wysiadła z auta, a za nią ukochany. Niespodziewanie drzwi wysłużonego auta odczepiły się od reszty i zostały w ręku Clougha. Na szczęście, to zabawne, aczkolwiek trochę niezręczne zdarzenie, nie miało wpływu na dalsze losy zakochanych. Pobrali się w 1959 roku i przeżyli razem 45 lat. Rozłączyła ich dopiero śmierć Briana. Inna pamiętna historia z Delapenhą i Cloughem w rolach głównych wydarzyła się podczas towarzyskiego meczu Middlesbrough z Sunderlandem rozgrywanego w październiku 1957 roku na Ayresome Park. Było to ważne spotkanie, bo pierwsze, podczas którego użyto sztucznego oświetlenia na tym stadionie. 27 tys. fanów obserwowało, jak Clough został sfaulowany w polu karnym. Do „jedenastki” podszedł Delapenha. Uderzył bardzo mocno i precyzyjnie. Piłka wpadła do bramki przy samym słupku, ale nie zatrzymała się wewnątrz, lecz wyleciała przez dziurę w siatce. Choć w rzeczywistości padł gol, to wyglądało, jakby strzelec chybił. Lindy już miał zacząć świętować, gdy arbiter pokazał, że bramkarz rozpocznie z „piątki”…
1958 rok. Czas coraz częściej kontuzjowanego Delapenhi w Middlesbrough dobiegł końca. Piłkarz następną przystań znalazł w Mansfield Town. Jamajczyk grał w podstawowym składzie The Stags, strzelał sporo goli, ale drużynie generalnie brakowało jakości. O ile w sezonie 1958/59 jeszcze udało się uratować przed spadkiem z Third Division (trzeci poziom rozgrywkowy), o tyle po kolejnym degradacja stała się faktem. Nawet na czwartym froncie nie szło zbyt dobrze. Ekipa z Nottinghamshire kampanię 1960/61 zakończyła dopiero na 20. lokacie spośród 24 zespołów. W marcu 1961 roku Delapenha przeszedł do Hereford United. Dla tej drużyny zagrał tylko w 11 spotkaniach. A jego ostatnim klubem w Anglii był Burton Albion, któremu pomógł wygrać w 1964 roku Southern League Cup, strzelając zwycięskiego gola w finale tych rozgrywek. Rok 1964 roku to także czas powrotu Lindy’ego na Jamajkę. Tam grał jeszcze w Boys’ Town oraz w Realu Mona. W międzyczasie pracował jako trener piłki nożnej i lekkiej atletyki w Wolmer’s Schools, czyli w szkole, którą niegdyś ukończył. Po zawieszeniu butów na kołku zarabiał na życie jako…instruktor sportu w Związku Producentów Cukru. Potem przez kilka miesięcy sprzedawał ubezpieczenia. Wreszcie trafił do Jamaica Broadcasting Corporation, gdzie został komentatorem, a następnie dyrektorem redakcji sportowej stacji. Joan, która nie chciała przeprowadzać się do Manchesteru, w latach 50. (ślub wzięli prawdopodobnie w 1952 lub 1953) została żoną Lindy’ego. Doczekali się trójki dzieci: syna Paula (zmarł na raka w 1997), oraz córek Marie Claire oraz Lindy. Marie Claire w 1980 roku zajęła II miejsce w konkursie piękności Miss Jamaica World, a w 2008 roku jej córka, czyli wnuczka Lindy’ego, Brittany Lyons wygrała ten tytuł. 9 stycznia 2007 roku Joan Delapenha zmarła. Lindy bardzo przeżył jej śmierć. ,,Irytowało mnie to, że moja żona narzekała, że za każdym razem, gdy wyjmuję wodę z lodówki, trochę rozlewam. Wstawała i chodziła za mną, nawet w środku nocy, żeby się upewnić, że jej nie wylałem. Chciałbym, żeby była tutaj, żeby to robiła teraz”– przytaczał słowa Delapenhi dziennikarz ,,Jamaica Observer” Tony Robinson. Mąż przeżył Joan o 10 lat. Do wieczności odszedł 26 stycznia 2017 roku. W 2021 roku Delapenha pośmiertnie otrzymał medal za mistrzostwo Anglii w sezonie 1949/50 (tego sezonu, jak pamiętamy, nie dokończył w Portsmouth, bowiem w kwietniu odszedł do Middlesbrough).
9
Przez Atlantyk do historii:
@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Bernard777
@Astad
@Adran360
2
@FCBparasiempre
Prasa francuska była zauroczona postawą Wilimowskiego i Wodarza, których niezaprzeczalny talent oraz piłkarski kunszt robiły wrażenie. Zwłaszcza Wilimowski, dzięki swoim żonglerskim talentom, zyskał uznanie w oczach żurnalistów paryskich, którzy określili go najwybitniejszym zawodnikiem ,,Turnieju Wszystkich Świętych”. Wizyta polskich ligowców we Francji była doskonałą okazją dla działaczy francuskich na podjęcie kolejnej próby skaperowania Wilimowskiego. Działacze Racingu nie zrazili się marcową porażką i tym razem zarzucono też wędke na innych graczy. ,,Ezi” za gre we francuskim klubie miał otrzymać 3000 franków i regularne premie. Po powrocie piłkarzy media tradycyjnie rozkręciły afere. ,,Śląski Kurier Poranny” napisał: ,, Jeden z największych dzienników sportowych w Paryżu ,,L’Auto” zamieszcza w środowym numerze sensacyjną wiadomość. Oto czterej nasi znakomici piłkarze: Wilimowski, Piątek, Wodarz i Góra, podpisali kontrakt do Racing Clubu. Gdy wiadomość ta rozeszła się w Paryżu, zawodnicy nasi byli już w pociągu, udając się do Polski. Według jednak zebranych informacyj, sprawa skaperowania naszej czwórki piłkarzy przedstawia się następująco: W poniedziałek o godzinie 10-tej wieczorem, do hotelu, gdzie zamieszkiwali Polacy, przybyło kilku przedstawicieli Racing Clubu. Zabrali Wilimowskiego i Góre i udali się najpierw do jednej z restauracji w okolicach Folier Berger a później do lokalu Racing Clubu, gdzie uraczono ich obficie winem. Dotychczas nie udało się stwierdzić, czy w towarzystwie Góry i Wilimowskiego byli i inni zawodnicy. Portier hotelowy zauważył bowiem w stanie nietrzeźwym tylko Góre i Wilimowskiego. W kieszeni Wilimowskiego znaleziono gotowe kontrakty przystąpienia do Racingu, na ich nazwiska a oprócz tego kontrakty podpisane przez Piątka i Wodarza. Podczas wyjazdu ekspedycji polskiej z Paryża kilku dziennikarzy francuskich zapytywało Góre, czy wiadomość o podpisaniu kontraktu jest rzeczywiście prawdziwą. Zarówno Góra, jak i inni zawodnicy oświadczyli iż o niczym nie wiedzą. Z Wilimowskim nie można było przeprowadzić rozmowy, gdyż był on jeszcze w stanie zamroczenia. Paryskie ,,L’Auto” dodaje że Góra w dniu wyjazdu miał otrzymać list z Racing Clubu, w którym miała być wyszczególniona jego pensja miesięczna w wysokości 3.000 franków, czyli około 550 zł. Kontrakt ważny jest od dnia 1 listopada do 1 czerwca 1938 r. List adresowany do Góry miał podpisać prezes Racingu, Bernard Levi. Zainterpelowany przez dziennik ,,L’Auto”, Levi zaprzecza by jakiekolwiek listy podpisywał i wysyłał pod adresem Polaków. Nie neguje on jednak że klub jego zaraz po meczu z Bologną powziął decyzje zaangażowania kilku graczy polskich. Wiadomość o skaperowaniu w tak nieetycznych okolicznościach czterech czołowych graczów polskiej reprezentacji wywołała w PZPN olbrzymie wrażenie. Nie wątpliwie po powrocie do Warszawy Wilimowski i jego towarzysze będą przesłuchani przez władze PZPN, które wówczas zadecydują, jakie kroki poczynić w stosunku do Racing Clubu”.
O ile tekst ,,Śląskiego Kurjera Porannego” dość wiernie tłumaczył cały artykuł zamieszczony w ,,L’Auto”, o tyle pominął dwa dość istotne akapity. Na wstępie francuska gazeta stawia sprawę jasno że podpisanie kontraktu przez polskich graczy przypomina brytyjskie historie, w których sierżanci rekrutowali w trakcie szalonych wieczorów nieszczęśników, którzy następnego dnia budzili się jako marynarze Floty Jej Krolewskiej Mości z kontraktem na 5 lat. ,,L’Auto-velo” trafnie zauważyło że polscy piłkarze byli amatorami, zatem byli łatwym łupem dla zawodowych klubów francuskich. Z problemu zdawała sobie sprawę polska federacja, która oddelegowała specjalnie jednego ze swoich członków dla zapobiegania tego typu sprawom. Kiedy o godz. 7 rano portier budził owego opiekuna żeby zobaczył swoich piłkarzy, to najpierw zbladł, lecz gazeta wyraziła duże zdziwienie że jednak nie umarł na miejscu, kiedy zobaczył dwa kontrakty Góry i Wilimowskiego oraz kolejne dwa Piątka i Wodarza. W kolejnym numerze francuskiego ,,L’Auto-velo” wypowiedział się prezes Racingu(warto nadmienić iż był to mistrz Francji z 1936 r.), który najpierw zaprotestował że ktoś porównał rozmowy działaczy jego klubu z kaperowaniem do angielskiej floty. Dodatkowo w 6 punktach odniósł się do tego że już kilka miesięcy wcześniej Wilimowski wyrażał chęć grania w paryskim klubie i to od samego ,,Eziego” wyszła propozycja spotkania z włodarzami Racingu. O godz. 20.00 w trakcie spotkania z Wilimowskim i Górą polscy zawodnicy nie byli pijani. Sporządzono jedynie projekty umów a także pisma gwarantujące roczne wynagrodzenie wraz z regulaminem, które polscy zawodnicy mieli sobie przetłumaczyć już po powrocie do kraju. Dodatkowo prezes wprost powiedział że Wilimowski i Góra nic nie podpisywali, co zresztą Góra przekazał francuskim żurnalistom. Niestety ten artykuł nie przebił się do polskiej prasy. Z ogromnym więc zainteresowaniem oczekiwano we czwartek w godzinach przedpołudniowych przyjazdu naszej reprezentacji. Znaczna liczba kibiców, którzy przybyli powitać przede wszystkim graczy śląskich, stwierdziła z zadowoleniem że jednak mimo pogłosek Wilimowski, Piątek i Wodarz przyjechali z Francji. Zarzucono ic pytaniami dotyczącymi tej ciekawej afery. Zarówno Wilimowski, jak i Piątek oraz Góra stanowczo zaprzeczyli by podpisywali kontrakty. Wilimowski i Góra dodali że faktycznie byli gośćmi Racing Club. Trzeźwiejszy niż węszący sensacji dziennikarze osąd sytuacji wykazał tym razem wiceprezes PZPN Żołędziowski: Podpisanie kontraktu po pijanemu nie ma znaczenia, zwłaszcza że gracze nasi wsiedli już w pociąg i wracają do Polski. Już my ich stąd nie wypuścimy. Wilimowski idzie za kilka tygodni do wojska. Jego wyjazd do Francji jest więc niemożliwy. Trudno teraz przewidzieć, czy i jakie represje wyciągniemy w stosunku do czterech naszych graczy. Może się pewnie okazać że nie ponoszą oni żadnej winy i że podpisy ich wymuszonu wskutek nadużycia alkoholu. W każdym razie nie powstrzymamy się od wyciągnięcia konsekwencji w stosunku do tych działaczy francuskich, którzy nie cofnęli się przed podobnymi metodami. Można namawiać kogoś na zawodowstwo , uzyskać jego zgode ale nie przy pomocy takich sposobów. Zresztą nie można popierać takich metod postępowania w piłkarstwie. Piłkarze polscy, którzy przechodzą na zawodowstwo by zasilić kluby innych państw, muszą uzyskać zwolnienie z naszego związku. Bez tej formalności nie mogą grać w żadnym klubie, zrzeszonym w międzynarodowej federacji piłkarskiej. Nie trzeba chyba dodawać że o zwolnieniu nie ma mowy. Ciesze się jednak że gracze wracając dali w ten sposób dowód że nie poczuwają się do żadnej winy.
Stosowna wypowiedź działacza nie mogła oczywiście zrównoważyć ciekawości reporterów. Czytelnicy chcieli czytać o piłkarskich gwiazdorach, więc temat żył nadal swoim życiem. Poniżej podaje kilka sensacyjnych szczegółów związanych z kaperowaniem graczy polskich do Racingu. Szczegóły te różnią się znacznie od wywodów Wilimowskiego i Góry. Następnego dnia po nocy spędzonej w lokalu Racingu Wilimowski dal znać Wodarzowi i Piątkowi by przybyli do jego pokoju. Z Wodarzem i Piątkiem zjawił się u Wilimowskiego również Kotlarczyk, potem Wilimowski oświadczył im: No, ja już jestem w Racingu; kontrakt podpisałem. ,,Ty nie rób głupstw, odpowiedział Piątek, na co Wilimowski oświadczył że Góra też przechodzi do Racingu i że załatwili też przejście Wodarza i Piątka”. Następnie wyciągnął z pod poduszki jakieś dokumenty, z których nie wiele wiedzieli, gdyż żaden z obecnych nie znał języka francuskiego. Jeden z tych dokumentów potargał od razu Wodarz, drugi zaś Kotlarczyk poszedł oddać p. Frankowi. W międzyczasie Wilimowski wyjaśnił Piątkowi i Wodarzowi że w razie podpisania kontraktu otrzymają od razu czek na 36 tysięcy franków. P. Franek po zaznajomieniu się z treścią dokumentu otrzymanego od Kotlarczyka, zwrócił się do Wilimowskiego z twierdzeniem iż z treści pisma wynika że umowa jest już podpisana. Na to Wilimowski tłumaczył się że nic nie podpisywali że to są tylko wzory kontraktów. Podobnego zdania jest kierownik ekspedycji p. Delekta z Krakowa, który w wywiadzie z przedstawicielem ,,IKC” oświadczył: ,,Wszystko to wygląda na dużą przesadę. Przede wszystkim nasi gracze od samej chwili wyjazdu z Polski do ukończenia meczu finałowego w Paryżu, pozostawali pod ścisłą opieką kierownictwa ekspedycji, przy czym będąc sami przeświadczeni o doniosłości obydwu spotkań, zachowywali się wzorowo. Dopiero po zwycięstwie w finale nad FC Bologna drużyna udała się na wspólną kolacje, która nosiła już swobodniejszy charakter. Po kolacji gracze otrzymali ,,urlop”. Dodać przy tym należy że przedstawiciele Polonii francuskiej towarzyszyli naszym graczom i opiekowali się nimi nadzwyczaj serdecznie. Późną nocą cała drużyna powróciła do hotelu. Spóźnili się jedynie Wilimowski i Góra, którzy widocznie nie docenili siły wina francuskiego i zawieruszyli się na mieście. Rano drużyna udała się na wystawe i już wtedy rozeszły się pogłoski o rzekomym podpisaniu kontraktów przez dwóch graczy polskich. List paryskiego Racing Club, który znaleziono u Wilimowskiego, został przez kierownictwo drużyny ,,skonfiskowany”. Gdy drużyna polska przybyła na wystawe, oczekiwał już na nią jeden z managerów klubu paryskiego, który w dalszym ciągu namawiał ich do przejścia na zawodowstwo i do wstąpienia do jednej z drużyn francuskich. Propozycje te były kierowane nie tylko do Wilimowskiego i Góry ale do wielu graczy, lecz zostały z miejsca przez nich odrzucone. Więc mamy do czynienia z wielkim hałasem o nic? - W gruncie rzeczy tak jest. Mam nadzieje ze dalsze dochodzenia potwierdzą nasze przewidywania. Faktem niezaprzeczalnym jest że Wilimowski i Góra faktycznie przekroczyli miarę w użyciu alkoholu ale to już tak u nas jest, że po meczu, zwłaszcza wygranym, oblewa się suto zawody. Zwyczaj ten wykorzystali sprytni managerowie ale im się to nie udało. Okazje do zabrania głosu wykorzystał także piłkarz ŁKS-u Antoni Gałecki: ,,Powiem szczerze jak było. Graliśmy tak wspaniale że nie dziw iż zawodowe drużyny zainteresowały się niektórym i graczami. Na Wilimowskiego zarzucano już sieci w marcu, kiedy po raz pierwszy grał przeciwko lidze paryskiej. Już w Lille kręciły się jakieś typy dookoła niego. W Paryżu, po jego żonglerskiej grze, starano się do niego dostać. Podobno Wilimowski był w korespondencji z Racing Clubem i możliwe że dawali mu 50 tysięcy franków jako jednorazową sume dla ,,matki” i 36 tys. za gre w ciągu niespełna sezonu, gdyż za 10 miesięcy. Może cyfry są nie ścisłe, gdyż we wszystkim jest trochę przesady, choć prawde mówiąc on jest wart tej sumy. Widzieliśmy już zawodowców, którzy otrzymuję te wynagrodzenia a nie umywają się do klasy Wilimowskiego. Poważnie tylko nim się zainteresowano.
Po zwycięskim meczu nad Włochami udaliśmy się do hotelu ,,Ecosse” na kolacje a potem mieliśmy wieczór wolny, który zamierzaliśmy wspólnie spędzić. W międzyczasie hol hotelu zapełnił się kibicami i emigrantami, którzy przyszli dziękować za wrażenia z meczu i zaofiarowali swe usługi przy zwiedzaniu Paryża w nocy. Niespodziewanie wymknął się z hotelu Góra, pociągając za sobą następnie Wilimowskiego. Niby to wyszli ,,na chwile”, ,,zaraz wrócą”. Nikt nie przywiązywał większej wagi do tego faktu, gdyż i tak partiami wyszliśmy na miasto. Wróciliśmy do domu po północy. Ja mieszkałem razem z Górą w jednym pokoju. Kiedy wróciłem do pokoju hotelowego, nie było go jeszcze. Położyłem się spać i momentalnie zasnąłem. O godz. 7 rano wrócił w różowym humorze mój współtowarzysz. Zachowywał się głośno, obudził mnie. Byłem wściekły na niego za to, gdyż spałem twardo. Kiedy mu przygadałem odezwał się: Antek! Patrz! Podpisałem kontrakt do Racingu Club. Płacą 3 tys. franków miesięcznie! Pozostaje w Paryżu! I wykrzykując jakieś nie zrozumiałe zdania, pokazuje mi list pisany po francusku a ja do niego: Nie mieli by kogo angażować, tylko Ciebie? Puknij się w głowe. Z ludźmi podgazowanymi nie wolno się wdawać w dyskusje, to też odwróciłem się plecami do niego i dalej spałem. Wkrótce usnął i Góra. Przy śniadaniu pękła bomba z Wilimowskim. On miał większy humor niż Góra. Zachowywał się głośno wykrzykując: ,,Nie jade do Polski! Pozostaje w Paryżu!” Wilimowski nie kładł się tego dnia spać i do wieczora był w takim humorze. Wreszcie wyperswadowano mu nierozważne postępowanie. Wilimowski miał podobno również jakieś podpisane papiery i podobno we wtorek zgłosił się nawet ktoś z Racingu po niego. Kiedy obaj(Góra i Wilimowski) przyszli do siebie, zaczeli się wypierać całej historii i obrócili ją w żart. Dobrze się widocznie w towarzystwie Francuzów bawili i albo zakpili z nich, albo też nie zdawali sobie sprawy z tego co robią. Opinie o żarcie potwierdzają członkowie ekspedycji. Wiadomości o Wodarzu i Piątku są zmyślone. Obaj o niczym nie wiedzieli. - Jakie jest więc zdanie pana o tej całej sprawie? – Nie można tej całej historii brać poważnie. Wilimowski zdawał sobie sprawę ze we Francji pozostać nie może, jest bowiem w wieku przedpoborowym i nie otrzymał by prawa pobytu a o Górze nikt poważnie nie myślał. W ogóle nabroił Góra, który zabawił się w ,,ważnego”. Całą więc historie należy potraktować jeżeli nie jako żart, to w każdym bądź razie jako nieporozumienie. Piłkarze potrafili się bawić. Sprawa miała swój rozrywkowy ciąg dalszy i dostarczyła prasie kolejnych smakowitych kąsków. Koniec końców zarząd PZPN nie ukarał żadnego z zawodników wyżej wymienionych, gdyż nie miał ku temu podstaw. Mógł ich zdyskwalifikować z chwilą, gdy staliby się zawodowcami a PZPN zajmował się bowiem tylko graczami-amatorami. Generalnie cała afera medialna, której ponownie głównym bohaterem był Wilimowski, wyraźnie podniosła sprzedaż prasy. Artykuły o ,,Ezim” cieszyły się ogromną popularnością, w związku z tym dziennikarze gotowi byli na wiele aby zaspokoić żądnych sensacji czytelników. Sprawa Wilimowskiego miała jednak pewien pozytywny aspekt. W artykule ,,Un probleme se pose maintentat: le transfert international d’un joueur amateur” poruszono kwestię pozyskiwania graczy z zagranicy. Sprawa przejścia z klubu zawodowego do zawodowego między różnymi krajami była opisana w przepisach ale kwestia przejścia zawodnika z zespołu amatorskiego do zawodowego z dwóch różnych krajów nie miała żadnego uregulowania prawnego. W tym miejscu pojawiało się bardzo duże pole do nadużyć. Przykład próby pozyskania Wilimowskiego był pierwszym tego typu we Francji, po którym zasygnalizowano aby FIFA zajęła się tym zagadnieniem.
2
Coś dla @Bernard777 ciebie.
Tournee po Francji:
31 października 1937 r. zorganizowano mecz Liga Polska – Francuska Liga Północna. W Lille w obecności 20 tys. widzów Polacy wygrali 2:1 po golach Leonarda Piątka i Ernesta Wilimowskiego. Następnie w Paryżu Polacy zagrali przeciw drużynie mistrza Włoch Bologna FC, pokonując ją 5:1(!) i znów w głównej roli pokazali się Ślązacy: 2 gole ,,Eziego”, po jednej Piątka, Wostala i Korbasa.
Co też tak frapującego wydarzyło się we Francji(?), tego dowiesz się w odpowiedzi na mój komentarz.
9
@FCBparasiempre
Zwykły chłopak z przedmieść Madrytu może się stać bohaterem Hiszpanii. Takim przypadkiem jest Iker Casillas. Legendarny bramkarz rozkochał sobie cały kraj i kibiców piłkarskich z całego świata. Najmniej lubiącą osobą Casillasa jest prezydent jego ukochanego klubu. Jak bramkarz stał się fenomenem dla wszystkich oraz kretem dla niektórych? Iker Casillas urodził się 20 maja 1981 roku w Madrycie jako pierwsze dziecko fryzjerki Mari Carmen i urzędnika w ministerstwie edukacji Jose Luisa. Nadanie imienia Iker było oddaniem hołdu rodzinie Jose Luisa z Kraju Basków. Iker ma także siedem lat młodszego brata Unaia. Od początku Casillasa ciągnęło do bycia bramkarzem. W wieku czterech lat dostał swoje pierwsze rękawice bramkarskie. Pewnego dnia jeden ze starszych kolegów Casillas przeczytał, że Real Madryt robi testy chłopcom z rocznika ’81. Dlatego ojciec Casillasa zabrał go w czerwcu 1990 na testy do klubu. We wrześniu ,,Królewscy” zadzwonili do niego z informacją, aby przyszedł na rozegranie małego spotkania. Była to ważna próba w karierze młodego gracza. Z dwustu piłkarzy wyselekcjonowano grupę osiemnastu zawodników. W tym gronie znalazł się Casillas. Odkrywcą talentu hiszpańskiego bramkarza był jego trener Antonio Mezquita. Młodzieniec rozwijał się szybko w ,,Los Blancos”. Pierwszy poważny sukces Iker odniósł w zespole Infantil A. Razem ze zespołem zwyciężył w Paryżu w zawodach Nike Premier Cup, czyli w europejskich rozgrywkach mistrzowskich dla młodzików. W ciągu pięciu spotkań Casillas przepuścił jedynie jedną bramkę (w finale). W sezonie 1995/1996 Hiszpan razem z drużyną Cadete B jedzie na Klubowe Mistrzostwa Świata U-15 do Boliwii. Ekipa Realu wygrywa rozgrywki na oczach aż 45 tysiącach osób na trybunach. Casillas rozegrał świetne spotkanie, a jeden z komentatorów nazwał wówczas Ikera „nadzwyczajnym bramkarzem” oraz „czarodziejem”. Później błyskawicznie przeskakuje dwa roczniki Realu. W sezonie 1998/1999 został włączony do ekipy Tercery. Ówczesny trener Luis Palmero powiedział, że wtedy najlepszymi cechami Casillasa są: technika, szybkość oraz opanowanie. Koniec listopada 1997 roku, środek dnia, zajęcia z rysunku w szkole Canaveral w Mostoles. Dyrektor szkoły wzywa do siebie Ikera Casillasa. Mówi szesnastoletniemu chłopakowi że jedzie do Trondheim. Oczywiście nie chodzi na wyjazd na zawody Pucharu Świata w skokach narciarskich na obiekcie Granasen, tylko na Ligę Mistrzów. Powodem wyjazdu młodego Hiszpana na LM była kontuzja Santiago Canizaresa na treningu. Z powodów proceduralnych do Norwegii nie mógł polecieć Raul Valbuena. Casillas nie broni jednak meczu z Rosenborgiem Trondheim. W nagrodę, w grudniu 1998 roku jedzie z pierwszą drużyną na Klubowe Mistrzostwa Świata, ale jedzie jako trzeci bramkarz i cały turniej spędził na trybunach. Casillas debiutuje w pierwszej drużynie podczas towarzyskiego starcia z Atletico Madryt. Spotkanie 2:0 wygrywa lokalny rywal. Wreszcie nadszedł czas na debiut w lidze. 12 września 1999 roku Hiszpan broni w spotkaniu na wyjeździe z Athletic Bilbao. Co ciekawe Baskom kibicuje Jose Luis, czyli ojciec Ikera. Mecz zakończył się remisem 2:2. Casillas popełnił błąd przy pierwszym trafieniu. Hiszpan przesunął się zbyt prawą stronę bramki, zaniedbując drugą stronę. Gola z wolnego strzelił Julen Guerrero. Bramkarz nie miał natomiast szans przy samobóju Geremiego. Casillas spisał się lepiej niż dobrze. Zanotował aż 10 interwencji. Casillas był chwalony za debiut w prasie i przez graczy Królewskich. Sam zawodnik przyznawał, że umierał z nerwów. Już trzy dni później Casillas zadebiutował w Lidze Mistrzów przeciwko Olympiakosowi Pireus (3:3). Mimo to po czterech meczach ówczesny trener John Toshack przesuwa Ikera do Castilli. Młodzieniec uważa, że nie wykorzystał swojej pierwszej szansy. Po kilku spotkaniach nowym szkoleniowcem Królewskich został Vicente del Bosque. Po kompromitacji z Realem Saragossa (1:5), w meczu z Racingiem Santander na bramce stoi Iker. Trzy mecze i zaledwie jeden punkt – oto bilans del Bosque w pierwszych starciach. Pozycja szkoleniowca była słaba, a porażka mogła sprawić, że Hiszpan będzie zwolniony. Trener chwali Casillasa mówiąc: ,,To piłkarz, który ciągle się uczy, ale jego występy każą nam myśleć, że rozwój idzie w dobrym kierunku”. Bramkarz w spotkaniu z Racingiem notuje wspaniały występ, dzięki czemu ratuje remis Realowi, a także posadę del Bosque. 24 maja 2000 roku na Stade de France nastąpiło święto futbolu dla całej Hiszpanii. Po raz pierwszy w historii dwie ekipy z tego państwa zagrały w finale Ligi Mistrzów. Real Madryt zagrał z Valencią CF. Spotkanie okazało się kaszką z mlekiem dla Królewskich. Iker Casillas został najmłodszym w historii bramkarzem, który wystąpił oraz zwyciężył w finale Ligi Mistrzów i ogólnie czwartym najmłodszym graczem w finale LM po tercecie z Ajaxu Amsterdam z 1995 roku (Nwakwo Kanu, Patrick Kluivert oraz Clarence Seedorf). Na żywo z trybun sukces Ikera oglądała jego rodzina, mi.in. rodzice oraz brat.
Od tamtego momentu Real gra lepiej, a Casillas występuje w pierwszym zespole regularnie. Ówczesny sezon zakończył się zdobyciem Ligi Mistrzów, piątym miejscem w lidze oraz półfinałem Copa del Rey. W 27 spotkaniach Iker wpuścił tylko 25 goli. Wyjątkowe było starcie przeciwko Barcelonie z 6 lutego, gdzie Real pewnie pokonał 3:0 Katalończyków, a Iker został najmłodszym bramkarzem w historii El Clasico. Po meczu dostaje owacje na Santiago Bernabeu. Po sezonie Iker jako rezerwowy jedzie na Euro 2000. Przed europejskim czempionatem debiutuje w kadrze (3 czerwca przeciwko Szwecji). Następny sezon to potwierdzenie Casillasa jako bramkarza numer jeden w Realu. W sezonie 2001/2002 stał się rezerwowym graczem, broni mało, a klub na stulecie przegrał na Santiago Bernabeu w finale Pucharu Hiszpanii. W lidze Los Merengues byli trzeci. Real awansował jednak do finału Ligi Mistrzów. W meczu przeciwko Bayerowi w podstawowej „11” wychodzi Cesar Sanchez. Ten jednak w trakcie spotkania doznaje kontuzji. Od 67 minucie na boisku przebywa Iker. Casillas wybronił Los Blancos trofeum, notując w ostatniej minucie trzy fantastyczne parady. Koniec meczu, Iker płacze ze szczęścia. Później powiedział, że nigdy nie zapomni tego wieczoru. Po rozgrywkach klubowych poleciał do Japonii oraz Korei Południowej na finały mistrzostw świata. Kolejny pech Canizaresa (upuszczenie flakonika perfum na stopę) wykorzystał Casillas. Rozgrywki 2002/2003 to czas, w którym Real zanotował sezon bez trofeum, ale Casillas ustabilizował miejsce w podstawowej „11” drużyny z Madrytu. W 2003 roku Międzynarodowa Federacja Historyków i Statystyków Futbolu (IFFHS) wybrała Casillasa drugim najlepszym bramkarzem świata. Kolejne lata są chude dla Realu. Królewscy z Ikerem w bramce nie wygrali żadnego trofeum w sezonach 2004/2005 i 2005/2006. W listopadzie 2005 roku Casillas przedłużył kontrakt z Realem o pięć lat, czym zakłamuje kłam plotkom, że może odejść z drużyny Los Blancos. Sezon 2006/2007 jest udany dla Królewskich. Po czterech latach przerwy Los Blancos zdobyli mistrzostwo Hiszpanii. Rok później Real broni tytułu a Casillas zdobywa Trofeo Zamora (trofeum, dla bramkarza, którzy przepuścił najmniej bramek w lidze hiszpańskiej). W 36 spotkaniach wpuścił zaledwie 32 strzały. Co wydaje się szokujące, Casillas tylko raz wywalczył Trofeo Zamora. Tyle samo, co Miguel Reina, Juan Carlos Ablanedo, Pedro Jaro czy Bono, czyli zawodnicy dużo gorsi od zawodnika z Mostoles. Dla porównania Victor Valdes, który przez kilka lat przegrywał w kadrze z Casillasem czterokrotnie zagarnął Trofeo Zamora. Rok 2008 to szczytowy okres kariery Ikera. Hiszpania wygrywa mistrzostwa Europy, a Casillas jest kapitanem drużyny. Bez wątpienia Iberyjczyk był najlepszym bramkarzem Euro 2008. Nie byłoby triumfu La Furja Roja, gdyby nie Casillas. Najlepszym przykładem jest starcie ćwierćfinałowe. Bramkarz obronił w konkursie jedenastek karne wykonywane przez Daniele de Rossiego oraz Antonio di Natale. Casillas przyznał się, że w rzutach karnych zdawał się na intuicję. W latach 2008 do 2011 roku IFFHS (Międzynarodowa Federacja Historyków i Statystyków Futbolu) wybierała Hiszpana najlepszym bramkarzem świata. Casillas staje się powoli legendą klubu, kadry, a nawet całego futbolu. 11 lipca 2010 roku Hiszpania została nowym mistrzem świata. Puchar z ziemskim globem i malachitową podstawą jako pierwszy podniósł Iker Casillas. W ćwierćfinałowym spotkaniu z Paragwajem obronił rzut karny. Pomógł mu w tym Jose Reina. Do jedenastki przygotowywał się Oscar Cardozo. Reina jako gracz Liverpoolu F.C. dwa razy został pokonany przez Paragwajczyka w ćwierćfinale Ligi Europy przeciwko SL Benfice. Bramkarz angielskiego klubu kazał Casillasowi rzucić się w lewo. Efekt to obroniona jedenastka. Hiszpan udowodnił, że obrony rzutów karnych doprowadził niemal do perfekcji. Z finału wielu kibiców zapamiętało świetną obronę Casillasa jednego z strzałów Arjena Robbena. W 2011 roku Iker zdobywa Puchar Króla. Dzięki temu Casillas zdobywa wszystkie najważniejsze trofea piłkarskie. W kampanii 2011/2012 zaczynają się kłopoty Ikera. Jose Mourinho odebrał Casillasowi opaskę kapitana Realu. Hiszpan był w konflikcie z trenerem. Później Portugalczyk oskarżał Casillasa o bycie kretem, który miał przekazywać tajne informacje nt. taktyki itp. Miał to mówić swojej partnerce, późniejszej żonie, dziennikarce Sarze Carbonero. Lepiej było w kadrze. W całym turnieju Euro 2012 Hiszpan stracił jedynie jedyną bramkę. Po starcie gola w pierwszym meczu gracz Realu Madryt pozostał niepokonany przez 509 minut. Jest to najlepszy wynik w historii mistrzostw Europy. Do tego Hiszpan został pierwszym graczem w piłce nożnej, który trzykrotnie zrzędu jako kapitan puchar mistrzostw Europy i mistrzostw świata. Powolny koniec Ikera zaczął się 23 stycznia 2013 roku. W trakcie meczu Copa del Rey z Valencią doznaje kontuzji, która wyklucza go na półtora miesiąca. Kupiony zostaje groźny konkurent, notujący dobry okres w Sevilli FC Diego Lopez. Rywal Casillasa gra świetnie, więc do końca sezonu Casillas nawet nie wącha murawy. Iker był gotów nawet opuścić swój ukochany klub. Jednak wcześniej zrobił to Jose Mourinho. Jakie były relacje pomiędzy Hiszpanem a Portugalczykiem? Podczas ostatniego sezonu Mourinho w Madrycie, właściwie nie rozmawialiśmy. Nic nie mówiłem, bo to on był trenerem. Potem doznałem jednak kontuzji, podczas której słuchałem tylko jaki to jestem zły, fatalny i niedobry. Po latach relacje pomiędzy oboma panami poprawiły się. Jose Mourinho powiedział nawet, że są z Casillasem przyjaciółmi.
Nowym szkoleniowcem został Włoch Carlo Ancelotti. Hiszpan broni tylko lub aż w Lidze Mistrzów. Real w sezonie 2013/2014 zdobywa upragnioną decimę (10. trofeum Pucharu Europy). W finale pokonali rywala za miedzy Atletico 4:1 (po dogrywce). Po raz pierwszy w karierze Casillas jako kapitan Realu Madryt podniósł do góry „uszatkę”. Latem 2014 roku konkurentem w bramce Ikera został rewelacyjnie spisujący się na Mundialu w Brazylii Keylor Navas. Początek sezonu dla Casillasa był słaby. Na pierwszych czternaście celnych uderzeń przepuścił aż osiem bramek. Casillas gra w kratkę, raz lepiej (grudzień 2014), raz gorzej (mecz z Atletico, luty 2015). Końcówka sezonu należała do Navasa. To z nim Real, osiągał lepsze wyniki. Casillas chciał zostać w Realu, nawet jako rezerwowy. Jednak Florentino Perez był innego zdania. Według włodarza Los Blancos to Casillas miał chrapkę na odejście. Kłopoty bramkarza przeczuwał były prezydent „Królewskich” Ramon Calderon, który powiedział: ,,W 2002 roku Perez przedłużył z nim umowę tylko pod presją kibiców, bo tak naprawdę chciał się go pozbyć i kupić Gianluigiego Buffona, jako najbardziej galaktycznego spośród bramkarzy”- Ramon Calderon, były prezydent Realu Madryt. W taśmach, które opublikował „El Confidencial” wynikały, że 2006 i 2008 roku prezes Realu Florentino Perez nazwał Casillasa niezbyt bystrym oraz pierwszym ogromnym oszustwem Królewskich. Forma bramkarza zaczęła słabnąć, wielu kibiców odwróciło się od „Boskiego Ikera”. Golkiper powiedział, że odchodzi dla dobra swojego oraz Realu. Dlatego latem 2015 roku Hiszpan został graczem FC Porto. W portugalskiej ekipie Hiszpan pokazuje, że nadal jest dobrym bramkarzem. W 156 spotkaniach przepuścił tylko 116 bramek, w aż 74 spotkaniach zachował czyste konto. 23 kwietnia 2018 roku były bramkarz Realu Madryt został Hiszpanem z największą liczbą spotkań. W meczu z Vitorią Setubal „Boski Iker” zagrał 1004. mecz w historii, wyprzedzając w klasyfikacji swojego dawnego druha z Realu i reprezentacji Raula. Łącznie Casillas zagrał 1048 seniorskich starć. Wszystko w FC Porto szło dobrze, aż do 1 maja 2019 roku. Podczas treningu Casillas źle się poczuł. Ostre kłucie w klatce piersiowej okazało się zawałem serca. Iker wyszedł jednak z tego zwycięską ręką, jak na murawie. Ostatecznie hiszpański zawodnik zakończył karierę 4 sierpnia 2020 roku. W 2020 roku Casillas zamierzał wystartować w wyborach na prezesa Hiszpańskiej Federacji Piłkarskiej. Mimo deklaracji legendy piłki nożnej nigdy do startu nie doszło. Może domniemywać, że przeszkodą okazała się pandemia koronawirusa. W grudniu 2020 roku Casillas wrócił do „Los Blancos”. Były bramkarz został zastępcą dyrektora generalnego Fundacji Realu Madryt. W 2022 roku Casillas zawarł „pakt z diabłem”. Były gracz jest prezesem drużyny 1K Futbol Club. Ta drużyna rywalizuje w Kings League, której założycielem jest były gracz FC Barcelony Gerard Pique. Są to rozgrywki siedmioosobowej piłki nożnej, w której udział biorą influencerzy, byli piłkarze czy zawodnicy wybrani w drafcie. Kapitanami innych drużyn w tej lidze są, chociażby Sergio Aguero czy znany dziennikarz Gerard Romero. Idolami Ikera Casillasa w trakcie kariery byli: Paco Buyo (trenował go Mezquita), Juanjo Valencia oraz Peter Schmeichel. W 2012 roku hiszpański gwiazdor futbolu doczekał się niezwykłego upamiętnienia. W rodzinnym Mostoles Casillas dostał swoją ulicę. Avenida De Iker Casillas liczy 1914 metrów. W latach 2016-2021 Casillas był żonaty ze wspomnianą wcześniej Sarą Carbonero. W 2014 roku urodził się syn Ikera, Martin a dwa lat później na świat przyszedł Lucas Casillas. Starszy potomek Casillasa występuje w juniorskiej drużyny Realu. W 2005 roku w trakcie jednej z reklam Iker Casillas powiedział: „Nie jestem galaktyczny, jestem z Móstoles”. Te słowa mówią o nim wszystko. Hiszpan to zwykły człowiek, bez gwiazdorskich pasji. Ciężka praca, skromność i talent doprowadziły Casillasa do piłkarskiego Edenu.
8
Żywe legendy hiszpańskiego futbolu:
@Adran360
@AssisMoreira
@Astad
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_
9
FC Barcelona gromi na ,,szóstke”!
20 maja 2007 r. Duma Katalonii pokonała Atletico Madryt 0:6 na Vicente Calderon. Blaugrana, prowadzona z ławki przez Franka Rikjaarda, rozgromiła Atlético, strzelając 6 goli na wyjeździe drużynie prowadzonej przez Meksykanina Javiera Aguirre'a. Historyczne zwycięstwo, o czym świadczyły ostatnie gwizdki kibiców biało-czerwonych w stronę swoich zawodników. FC Barcelona, walcząca o pierwsze miejsce, potrzebowała zwycięstwa, jeśli chciała pójść w ślady Realu Madryt, który na kilka godzin przed meczem pokonał Recreativo de Huelva 2:3 na stadionie Nuevo Colombino. Zespół Franka Rikjaarda, którego celem było odniesienie zwycięstwa, od początku był zmotywowany, a w jego składzie znaleźli się: Víctor Valdés, Gianluca Zambrotta, Lilian Thuram, Carles Puyol i Gio w obronie, Xavi, Edmilson i Deco w pomocy, a także Messi, Ronaldinho i Eto'o w ataku. Javier Aguirre z kolei wystawił na mecz z drużyną culé następujący skład: El „ Pichu” Cuellar, w wieczór, którego nie chce wspominać, stanął na czele drużyny, Seitaridis, Zé Castro, Eller i Antonio López stanowili część defensywy, Maniche, Luccin, Galletti i Jurado byli pomocnikami a Petrov i Fernando Torres uzupełnili jedenastkę Aguirre. Mimo porażek, nie trzeba było długo czekać, aby ujawnić przewagę Barcelony. Dopiero w 38. minucie Leo Messi wyprowadził Blaugrane na prowadzenie po asyście Kameruńczyka Samuela Eto'o. Problemy piłkarzy „Los Colchoneros” zaczęły się wkrótce pojawiać, ponieważ dwie minuty po stracie gola Portugalczyk Maniche , filar pomocy, opuścił boisko z powodu kontuzji, co zmusiło Argentyńczyka Maxiego Rodrígueza do wejścia na boisko. Dwie minuty później Barça uciszyła Vicente Calderón, strzelając kolejnego gola. Dwa gole w ciągu pięciu minut postawiły ich na drodze do zwycięstwa, które jednak zostało przedłużone do przerwy. Bramkę zdobył obrońca Gianluca Zambrotta, po niefortunnym wyjściu z boiska bramkarza biało-czerwonych, Cuéllara. Prowadzenie powiększyło się tuż przed przerwą, gdy Samuel Eto'o ponownie trafił do siatki tuż przed przerwą. Barça schodziła na przerwę z trzybramkową przewagą, przy akompaniamencie gwizdów kibiców Atlético skierowanych w stronę swoich zawodników. Pomimo wyniku, Barcelona nie była w najlepszej formie, a bramki padły po niedokładności Atlético. Ronaldinho chciał przyłączyć się do akcji i dzięki akcji kombinacyjnej na skraju pola karnego zdobył czwartą bramkę dla Barcelony. Leo Messi , typowym dla Argentyńczyka strzałem podciętym, oraz Andrés Iniesta całkowicie przełamali czerwono-białą obronę i zaprzepaścili niewielkie nadzieje drużyny Atlético, strzelając odpowiednio piątego i szóstego gola. Dzięki temu zwycięstwu Barça pozostała w walce o tytuł mistrzowski, który ostatecznie zdobył Real Madryt, w sezonie legendarnego Tamudazo. Zespół Franka Rikjaarda zajął drugie miejsce w tabeli, ex aequo z Realem Madryt, zdobywając 76 punktów a Atlético Madryt znalazło się na szóstym miejscu.
@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@AssisMoreira
@Astad
@Adran360
10
Pożegnanie Van Gaala:
,,Amigos de prensa, yo me voy, felicidades”(Przyjaciele dziennikarze, odchodzę, gratulacje). To było pierwsze zdanie skierowane przez Holendra do przedstawicieli mediów na jego ostatniej konferencji prasowej 20 maja 2000 r. Od pierwszego dnia w Barcelonie prowadził z nimi wojne, której nie mógł wygrać. Van Gaal zrezygnował również dlatego że solidaryzował się z prezydentem Nuñezem opuszczającym klub z końcem sezonu. Holender chciał ,,po raz kolejny wyczyścić szatnie ale otoczenie na to nie pozwoliło”. Niektórzy(jego zdaniem) nie rozumieli że ,,FC Barcelona jako klub jest ponad wszystkimi a grupa zawodników powinna być zawsze ważniejsza niż indywidualności”. Przez trzy lata zdobył 2 mistrzostwa Hiszpanii ale tylko raz udało mu się przejść faze grupową Ligi Mistrzów(odpadł z Valencią w półfinale).
@Adran360
@AssisMoreira
@Astad
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_
1
@misterio To prawda. Tam musiała być zjawiskowa atmosfera i piłkarze. Można też troszeczke zazdrościć tym, którzy już byli cule i całym sercem i duszą przeżywali ten triumf...
9
,,Salid y divertiros”:
20 maja 1992 r. FC Barcelona zdobyła swój pierwszy(i zarazem ostatni) w historii Puchar Europy Mistrzów Klubowych. W finałowym meczu pokonała po dogrywce Sampdorie Genua 1:0. ,,Salid y divertiros”(pol. ,,Idźcie i bawcie się”)- tak powiedział Ś.p. Johan Cruijff do swoich piłkarzy przed decydującym starciem z Sampdorią na Londyńskim Wembley. Spotkanie było naprawdę ciekawe a o końcowym wyniku musiała zadecydować dogrywka. Do 111 minuty gole nie padły ponieważ dobrze dysponowani tego dnia byli bramkarze obu zespołów. Najlepszą sytuacje Barça stworzyła w drugiej połowie, gdy genialne podanie Laudrupa do Stoiczkowa zakończyło się strzałem Bułgara w słupek. W zespole włoskim dwie okazje sam na sam z Zubizarretą zmarnował Gianluca Vialli. Wreszcie nadeszła 21 minuta dogrywki. Eusebio Sacristan został sfaulowany około 25 metrów od bramki przez Invernizziego. Bakero trącił piłke, do której podbiegł Koeman i z całej siły kropnął ją tuż przy samym słupku bramki bezradnego Pagliuci. Sukces stał się faktem. Puchar jako pierwszy wzniósł w góre Alexanco, który przyszedł na dekorację w koszulce numer 4 należącej do Koemana. Był to symboliczny gest kolegów z drużyny, którzy chcieli uhonorować trzynastoletni staż Alexanco w barwach Dumy Katalonii i jego ogromne zasługi dla chwały klubu.
Przypomnijmy to epokowe wydarzenie:
@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Astad
@AssisMoreira
@Adran360
8
Kultowy ,,Les Corts”:
Kochani cules, 20 maja 1922 r. odbyła się inauguracja legendarnego stadionu ,,Camp de Les Corts”. Trybuny nie były jeszcze całkowicie ukończone. Dostępnych było 20 tysięcy miejsc. Później pojemność zwiększono do 30 tys., następnie dzięki małym trybunom po sześć siedzeń dostawionym tuż przy boisku – do 45 tysięcy, aż w końcu do 60 tysięcy. Wszystko przez ogromne zainteresowanie kibiców, zafascynowanych występami takich gwiazd jak Samitier, Alcântara, Zamora, Sagi Barba, Piera czy Sancho. Na początku boisko nie miało trawy ale musiano ją posiać w 1926 roku w związku z wymaganiami Hiszpańskiej Federacji Piłkarskiej. Pierwszy mecz przy ,,Les Corts” FC Barcelona rozegrała przeciwko Szkockiej drużynie Saint Mirren i zwyciężyła 2:1. Premierowego gola na tym słynnym obiekcie zdobył genialny Paulino Alcântara. Stadion przy ,,Les Corts” jest symbolem pierwszej złotej ery w historii Blaugrany, która trwała przez całe lata 20-te. Jest również symbolem niesamowitej ekspansji i rozwoju klubu, ponieważ musiał być cały czas rozbudowywany ale i tak w pewnym momencie i to okazało się niewystarczające…
@Adran360
@AssisMoreira
@Astad
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Safrani
@Stinger_
1
@FcPortoFan1999 A dziękuje ślicznie i również dobranoc :)
0
@FcPortoFan1999 Jakoś nie jestem całkowicie przekonany że nie wrócą. No ale pożyjemy, zobaczymy? No dobra trza iść spać już bo rano tsza do roboty wstawać!
1
@FcPortoFan1999 Ale z takim Villarealem już może pyknąć.....
1
@Bernard777 Służe uprzejmie :)
0
@FcPortoFan1999 Nie wykluczone że jakiś szejk zdecyduje się wpompować swoją kase w któryś z hiszpańskich klubów a wtedy wszystko będzie możliwe...
1
@misterio Zgadza się. Poza tym jeśli się nie myle to taki skład w El Clasico wystąpił pierwszy i ostatni raz. A nie wiem czy wogóle nie zagrali w takim zestawieniu tylko jeden raz?
1
@FcPortoFan1999 Noooo! Nigdy nie mów nigdy!
3
Co za skład? Co za parady Valdesa!? Co za Grande Espectacolo El Clasico!
Spójrzcie: