9

Feliz cumpleaños Lucho!

Swoje 55 urodziny obchodzi dzisiaj Luis Enrique, ofensywny pomocnik, który swoją karierę zaczynał w Sportingu Gijon i z którego trafił do Realu Madryt. Na Santiago Bernabeu spędził 5 lat, lecz skłócony z zarządem zdecydował się na odejście do… FC Barcelony! Już w grudniu 1995 nastąpiły pierwsze kontakty Lucho z zarządem Blaugrany a 3 miesiące później przeszedł w tajemnicy testy medyczne w Madrycie. Luis rozbił aparat fotograficzny dziennikarza, który próbował mu zrobić zdjęcie w szpitalu i oświadczył że przechodził jedynie badania przed podpisaniem umowy ubezpieczeniowej. Oficjalne porozumienie nastąpiło dopiero 27 maja. Kibice Barçy początkowo byli sceptycznie nastawieni do jego osoby, jednakże w ciągu ośmiu sezonów stał się ulubieńcem cules a dzięki swojej charyzmie i waleczności został kapitanem drużyny. W 2004 r. zdecydował się na zakończenie kariery. Do klubu wrócił w 2008 r. obejmując stanowisko FC Barcelony B, z którą awansował do drugiej ligi hiszpańskiej. W 2011 r. został trenerem AS Romy, lecz po jednym sezonie podziękowano mu za współprace. Po roku przerwy trafił na ławke trenerską Celty Vigo, którą prowadził przez jeden sezon. Dalsze losy Lucho znamy chyba wszyscy?

@Adran360
@AssisMoreira
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@Safrani
@Symson

0

@VegetaPolska Dokładnie! Też mi się podoba, zwłaszcza ,,Noc i my"!

0

Wybór na stanowisku trenera, to chyba najlepsze co mogło spotkać PSG w historii tego klubu. W taki sposób, jak Luis Enrique dobrał na każdą pozyycje zawodników w tym klubie to jest wręcz jakiś kosmos! Od czasu właśnie Barcuni Luisa Enrique nie widziałem tak ofensywnie i widowiskowo grającej drużyny w Lidze Mistrzów za wyjątkiem... Arsenalu. Krótko mówiąc życzę im co najmniej awansu do finału...

0

@JimMorrisonFCB A niby dlaczego miałoby się wyłączać dźwięk? Na tą chwile(a od zawsze uwielbiam) disco polo) te kawałki robią na mnie piorunujące wrażenie pod każdym względem i nie bez powodu zamieściłem je właśnie na stronie sportowej...

3



8

@FCBparasiempre
Dla zainteresowanych historią kibiców Derby County Ben Warren jest prawdziwą legendą. Choć od jego śmierci minęło już ponad 100 lat, to trudno przejść obojętnie obok jego tragicznej historii. Odszedł w wieku zaledwie 37 lat. Benjamin Warren urodził się 7 maja 1879 w Newhall. Ta mała podmiejska osada położna jest w pobliżu miasteczka Swadlincote w dystrykcie South Derbyshire w Anglii. Dzisiaj osada liczy niespełna 800 mieszkańców. 140 lat temu było ich z pewnością jeszcze mniej. W osadzie znajduje się Kościół Św. Jana i to właśnie w nim mały Ben został ochrzczony 4 kwietnia 1880 roku. Spisy ludności z tamtego okresu pozwalają znaleźć sporo informacji na temat rodziny Warrenów. Według takiego spisu z 1881 roku Benjamin jest trzecim z czwórki dzieci Josepha Henry’ego i Emily Sarah (z domu Staley). Jego ojciec jest kotlarzem. Mieszkają na Thorn Tree Lane w Newhall. Ze spisu przeprowadzonego 10 lat później dowiadujemy się, że Ben ma jeszcze czworo młodszego rodzeństwa. Państwo Warrenowie mają wówczas ósemkę dzieci. Kolejnych 10 lat później Joseph i Henry mają już 12 dzieci i mieszkają pod nowym adresem, przy Union Road 201 w Newhall. Młody Ben pracuje wówczas, podobnie jak jego ojciec, jako kotlarz. Ślub Benjamina z jego daleką kuzynką Minnie Staley odbył się 21 października 1902 roku w kościele Emmanuela w Swadlincote (ślub został zarejestrowany w Burton-upon-Trent, grudzień 1902). W tym czasie Ben już od czterech lat był piłkarzem pierwszej drużyny Derby County. Wcześniej grał w juniorskich zespołach w Swadlincote i Newhall, a następnie w już w „dorosłych” drużynach Newhall Town FC i Newhall Swifts FC. Działacze Derby County udali się do Newhall w maju 1898 roku, aby pozyskać zdolnego lewego obrońcę. Z czasem Warren zaczął grać na prawej stronie defensywy, stając się jednym z najlepszych na tej pozycji w całym kraju. Bazując na relacjach prasowych sprzed ok. 120 lat, można stwierdzić, że Warren był dobry w odbiorze piłki. Grał twardo, ale bardzo fair. Często włączał się do akcji ofensywnych, co nie było typowe dla obrońców w tamtym czasie. Słynął także ze starannej pielęgnacji swoich wąsów. Derby County, nazywane często The Rams, było wówczas ambitną drużyną, której marzyły się większe sukcesy niż wicemistrzostwo Anglii w 1896 i dwa przegrane finały Pucharu Anglii w 1898 i 1899. Za pierwszym razem lepsze w finałowym meczu lepsze okazało się Nottingham Forrest, a za drugim Sheffield United. W rozrywkach 1901/1902 Derby z Warrenem w składzie również dobrze radziło sobie w rozgrywkach Pucharu Anglii, a Ben imponował skutecznością. We wszystkich pucharowych meczach zdobył łącznie osiem goli. Barany wygrały kolejno z Blackburn Rovers 2:0, Lincoln City 3:1 i Portsmouth 6:3 (po wcześniejszym remisie 0:0). W półfinale Derby trafiło na Sheffield United, z którym miało rachunki do wyrównania. Spotkanie odbyło się w West Bromwich i zakończyło się remisem 1:1. W powtórzonym meczu rozegranym w Wolverhampton znów padł remis 1:1. Dopiero w trzecim spotkaniu (tym razem w Nottingham) piłkarze Sheffield okazali się lepsi i wygrali 1:0. W kolejnym roku piłkarze Derby byli jeszcze bardziej zdeterminowani, aby zwyciężyć w FA Cup. 2:1 ze Small Heath, 2:0 z Blackburn Rovers, 3:0 ze Stoke (gol Warrena) i 3:0 w półfinale z Millwall (znów bramka Warrena) dały The Rams awans do finału. Finał rozegrany na starym stadionie Crystal Palace w Londynie odbył się 18 kwietnia 1903 roku. Grające w błękitno-granatowych strojach Bury FC nie dało żadnych szans występującej w czerwonych koszulkach i czarnych spodenkach drużynie Derby County. Warren zagrał w spotkaniu jako prawy pomocnik w ustawieniu 2-3-5. Spotkanie zakończyło się zwycięstwem Bury 6:0. W kolejnych latach, w których Warren by członkiem zespołu drużynie Derby nie udało się dotrzeć już do finału. Na zdobycie jedynego w historii Pucharu Anglii The Rams czekały aż do 1946 roku, a na mistrzostwo (jedno z dwóch) do 1972 roku. Warren grał w Derby do 1908 roku. W tym czasie uzbierał łącznie 242 ligowe spotkania. Jego kolegami z drużynami byli zawodnicy, którzy zapisali się złotymi zgłoskami w historii Derby County — Steve Bloomer (474 ligowych meczów), Jimmy Methven (458 meczów), Archie Goodall, młodszy brat Johna (380 spotkań), George Richards czy Charlie Morris.

Dobra i stabilna forma w meczach ligowych i pucharowych zaowocowała powołaniem Warrena do reprezentacji Anglii. 17 lutego 1906 w meczu przeciwko Irlandii (wtedy będącej jeszcze częścią Zjednoczonego Królestwa) Warren zadebiutował w kadrze, a Anglia wygrała 5:0. Spotkanie odbyło się w ramach 22. edycji British Home Championship — turnieju rozgrywanego między reprezentacjami z Wysp Brytyjskich. Warren zagrał także w wygranym 1:0 meczu z Walią i przegranym 1:2 spotkaniu ze Szkocją. Do 1 kwietnia 1911 roku Warren uzbierał w kadrze 22 mecze i zdobył dwie bramki — obie w spotkaniach z Austrią. Najpierw w 1908 roku trafił do siatki Austriaków w meczu wygranym aż 11:1, a rok później w rywalizacji zakończonej wynikiem 8:1 dla Synów Albionu. W ostatnim meczu, w którym grał Ben Warren, Anglicy zremisowali ze Szkocją 1:1. 28 lipca 1908 roku Chelsea zapłaciła drużynie Derby County 1000 funtów za pozyskanie Warrena. Chrapkę na Bena miały też Leicester Fosse (do 1919 nazwa dzisiejszego Leicester City) i Manchester City. Warren wybrał jednak Chelsea, ale odrzucił możliwość przeniesienia się na stałe do Londynu. Po każdym meczu w barwach Chelsea wracał do domu w rodzinnym Newhall. W barwach The Blues zadebiutował w meczu z Preston North End 1 września 1908 roku. Spotkanie zakończyło się bezbramkowym remisem, a Chelsea wystąpiła w następującym składzie: Jack Whitley – John Cameron, Thomas Miller, Ted Birnie, Robert McRoberts, Ben Warren, Norman Fairgray, Angus Douglas, Percy Humphreys, George Hilsdon, Jimmy Windridge. Warren bez trudu zdobył stałe miejsce w drużynie Chelsea, utrzymał także swoją pozycję w narodowej kadrze. Kolejny sezon(1909/1910) przyniósł Warrenowi pierwsze poważne problemy zdrowotne. Opuścił drugą połowę sezonu z powodu cysty (rodzaju torbieli) na boku tułowia. 4 grudnia 1909 roku Warren zagrał jeszcze w wygranym meczu Chelsea z Bristol City 4:1 (dwa gole słynnego Viviana Woodworda), a już 21 grudnia został zoperowany w szpitalu Świętego Tomasza w Londynie. Podczas drugiej części sezonu Warren tylko raz pojawił się na boisku — 7 marca w zakończonym bezbramkowym remisem meczu z Sheffield United. Dla Chelsea nie była to dobra kampania. Dziewiętnaste, czyli przedostatnie miejsce w tabeli oznaczało spadek do Second Divison. Sezon 1910/1911 już z w miarę zdrowym Warrenem Chelsea rozpoczęła od wyjazdowego zwycięstwa z jego byłym klubem, Derby County 4:1. Hat-tricka strzelił w tym spotkaniu George Hilsdon (prawie 100 bramek dla The Blues w zaledwie sześć lat). Warren również imponował swoją grą i ponownie stał się ważnym członkiem zespołu. Najczęściej grał na boku trzyosobowej linii pomocy. Chelsea radziła sobie nieźle, wygrywając m.in. 7:0 z Lincoln City czy 3:1 z West Bromwich. Ostatecznie jednak to ta ostatnia drużyna zajęła pierwsze miejsce w lidze i wywalczyła awans. Drugi był Bolton, a Chelsea dopiero trzecia. Na pocieszenie został tytuł króla strzelców dla Boba Wittinghama (31 goli). O krok od sukcesu The Blues byli też w FA Cup. Po pokonaniu Leyton Orient, Chesterfield Town, Wolverhampton i Swindon Town Chelsea znalazła się w półfinale krajowego Pucharu. Na St. Andrew’s Stadium w Birmingham rywalem Chelsea było Newcastle. Porażka 0:3 zakończyła marzenia ówczesnego drugoligowca o zdobyciu prestiżowego trofeum. Warren nie mógł wtedy wiedzieć, że więcej przed taką szansą już nie będzie dane mu stanąć. Sezon 1911/1912 był bardzo udany dla Chelsea. 54 punkty i drugie miejsce w tabeli dały upragniony powrót do najwyższej klasy rozgrywkowej. Bob Wiittingham tym razem zdobył mniej bramek (26), ale i tak był najlepszym strzelcem zespołu. Prawie wszystko układało się po myśli fanów The Blues. Prawie. Dla Benjamina Warrena i jego rodziny jesień 1911 roku była początkiem koszmaru, który nie miał szczęśliwego końca. 28 października 1911 roku Chelsea wygrała 4:1 z Clapton Orient (ówczesna nazwa Leyton Orient). Jedna z prasowych relacji głosiła: ,,Wagę zwycięstwa podkreśla fakt, że zawodnik Ben Warren był w drugiej połowie tylko statystą”. Taki stan rzeczy spowodowany był kontuzją kolana, której doznał. Przypomnijmy, że w tamtych czasach nie było możliwości dokonania zmiany. Lekarze uznali, że jest to niewiele więcej niż rutynowa kontuzja, a artykuł z gazety The Evening Telegraph & Post z 22 listopada 1911 roku sugerował, że uraz Warrena nie jest poważny: ,,Ben Warren robi wielkie postępy. Stan kontuzjowanego kolana poprawił się znacznie szybciej, niż się spodziewano, a teraz Warren spokojnie ćwiczy, aby wzmocnić mięśnie. Oczekuje się, że za kolejne trzy tygodnie znów będzie w formie meczowej”.

Takie twierdzenia okazały się jednak nieuzasadnionym hurraoptymizmem. Kolano nie goiło się, jak należy. Warren im dłużej przebywał w szpitalach i był poza domem, tym bardziej martwił się, jak nakarmi swoją żonę i czwórkę dzieci. W ówczesnej rzeczywistości piłkarz, który nie grał, nie otrzymywał wynagrodzenia. Warren obawiał się nie tylko perspektywy przedwczesnego zakończenia kariery, ale także utraty zdolności do wykonywania jakiejkolwiek godziwej pracy. Kolejna miesiące przynosiły tylko gorsze wiadomości. Gazety donosiły, że u Warrena rozwinęła się „gorączka mózgowa”. Zdaniem prasy, Warren, wcześniej łagodny i kulturalny człowiek, „stał się bardzo dziwny a czasami agresywny”. 15 grudnia 1911 r. trafił do prywatnej kliniki. Rick Glanvill tak pisał o tym fakcie w oficjalnej monografii Chelsea FC: ,,Został przyjęty do prywatnej kliniki w Nottingham, cierpiąc na ostrą manię, urojenia, że został otruty oraz halucynacje słuchu i wzroku”. Wiedza o leczeniu tego rodzaju chorób na początku XX wieku była dużo mniejsza niż obecnie. Psychiatria budziła wówczas wielkie zainteresowanie naukowców, ale metody leczenia znacznie odbiegały od dzisiejszych. Warrenowi starano się zapewnić jak najlepsze warunki odzyskiwania zdrowia. Nie bez znaczenia było to, że piłkarz był znaną publicznie postacią. W lutym 1912 roku Warren musiał przyjąć kolejny cios. Mająca od lat problemy z płucami matka piłkarza, Emily zachorowała na grypę. Ciężki przebieg choroby oraz troska o swego syna doprowadziła panią Warren do śmierci. Pogarszający się stan Warrena skłonił lekarzy do decyzji o umieszczeniu Bena w zakładzie zamkniętym. ,,Ben Warren został przeniesiony z Nottingham do zakładu w Mickleover, bliżej jego własnego domu. Nadal daleko mu do wyzdrowienia— donosił „The Manchester Courier”, w poniedziałek, 11 marca 1912 roku”. Kontuzjowane kilka miesięcy wcześniej kolano Warrena miało się już zdecydowanie lepiej. Natomiast stan umysłu piłkarza Chelsea mógł budzić bardzo poważny niepokój. Po kilku miesiącach pobytu w zakładzie w Mickleover wciąż sprawny fizycznie Warren postanowił stamtąd uciec. Przyjrzyjmy się nieco dłuższemu cytatowi z gazety The Courierz 5 września 1912, aby przekonać się, jak skończyła się ta próba. Wczoraj rano, tuż przed drugą, na Derby Road w Nottingham miał miejsce niesamowity incydent. Uwagę przyciągnął nagi mężczyzna przechodzący między fontanną a główną bramą cmentarza. Inny mężczyzna, który akurat pił przy fontannie, zobaczył tajemniczą postać i był tak przerażony, że pobiegł za nią z pełną prędkością wzdłuż Alfreton Road. Pozostali przechodnie podążyli za tą postacią w dół Derby Road. Mężczyzna palił papierosa i nie miał na sobie nic poza kołnierzem i krawatem. Przechodząc Derby Road, zobaczył goniących go mężczyzn i krzyknął: „Dobranoc, Jack”. Przechodnie niespokojnie podążyli za nagim mężczyzną i zobaczyli, jak oddawał się dziwacznym wybrykom. Skakał po chodniku i jezdni, jakby się bawił w wyimaginowaną grę w piłkę nożną i wrócił drogą w kierunku mężczyzn. Mężczyźni podeszli do dziwnego „piłkarza”i spytali go, co robi. Powiedział im, że jedzie do Trent Bridge, aby zagrać w meczu. Musiał tam być o 15:30. Wkrótce przybył inspektor policji i przekonując nieznajomego, że zostanie zabrany na boisko piłkarskie, nakłonił go do udania się do Guildhall, gdzie mężczyzna podał nazwisko Ben Warren i powiedział, że mieszka w Derby. Kilkakrotnie nawiązał do gry w Derby County ze Steve’em Bloomerem i innymi znanymi piłkarzami, a później został rozpoznany przez dziennikarza jako słynny obrońca lub pomocnik. Żałosną sytuację Warrena tłumaczy fakt, że po opuszczeniu Derby County kilka sezonów temu przeniósł się do Chelsea, gdzie doznał urazu kolana, co wymagało operacji chirurgicznych. W końcu udał się do swojego domu w Newhall, a następnie do szpitala publicznego w Nottingham, gdzie przebywał kilka miesięcy i poinformowano go, że jego stan znacznie się poprawił. Warren, jeszcze tydzień temu, był w szpitalu psychiatrycznym hrabstwa Derbyshire w Mickleover, gdzie był przeniesiony z Nottingham. Uważa się, że uciekł z Mickleover i szedł pieszo do Nottingham, czyli odległość 20 mil. Kilka dni później po tych wydarzeniach w gazecie The Evening Telegraph and Post ukazał się zaskakujący artykuł. Autor tekstu sugerował, że Warren ma się coraz lepiej. Czytelnicy mogli dowiedzieć się, że Ben jest w dobrej formie fizycznej, znów jest dawnym sobą i wkrótce wróci do gry w Chelsea. Biorąc pod uwagę, iż kilka dni wcześniej Warren biegał nagi po parku w Nottingham, doniesienia gazety wydawały się mało wiarygodne i dawały fałszywą nadzieję wielbicielom jego futbolowego talentu. Dwa dni później sprawę skomentował pracownik Chelsea, A.J. Palmer, który bez ogródek stwierdził, że tekst, który ukazał się w gazecie, jest zwykłą bzdurą. ,,Chciałbym, żeby tak było, ale pewne jest, że Ben Warren nie będzie w stanie grać w Chelsea w tym sezonie i osobiście wątpię, czy kiedykolwiek będzie na tyle zdrowy, by grać w pierwszoligowym futbolu. Proszę publicznie zaprzeczyć tej pogłosce”. O tym, że rację miał raczej Palmer niż dziennikarz The Evening Telegraph and Post świadczyć mogą kolejne wydarzenia. Według personelu szpitala Warren uważał się za nieprzydatnego i często wspominał o tym, że popełni samobójstwo. Raz zdarzyło się, że podarł prześcieradła na strzępy i usiłował się powiesić. Jego stan nie poprawił się na pewno w związku z doniesieniami o wybuchu I wojny światowej i wysłaniu na front jego braci. Wszyscy przeżyli wojnę, choć brali udział w krwawej bitwie nad Sommą, w której śmierć poniosło ponad 400 tysięcy brytyjskich żołnierzy. Przebywający w zamkniętym zakładzie Ben nie doczekał końca Wielkiej Wojny.

W sierpniu 1916 roku u Warrena zaobserwowano niepokojący suchy kaszel, po dwóch miesiącach zdiagnozowano u niego gruźlicę. Wyczerpany psychicznie Ben nie miał siły walczyć z chorobą. 15 stycznia 1917 roku pół godziny przed północną Ben Warren został znaleziony martwy przez mającego nocny dyżur opiekuna. Zanim doszło do tego tragicznego wydarzenia, angielskie środowisko piłkarskie wyszło z inicjatywą udzielenia pomocy finansowej rodzinie Bena Warrena. W tym celu zorganizowano dwa mecze charytatywne. 27 kwietnia 1914 roku rozegrano mecz „Południe” kontra „Północ”. „Południe” wystąpiło w składzie: Molyneux (Chelsea); Shaw (Arsenał), Colclough (Crystal Palace), White (Fulham), Logan (Chelsea), Grimsdell (Tottenham Hotspur); Walden (Tottenham Hotspur), Woodward (Chelsea), Davis (Millwall), McFadden (Clapton), McNeil (Chelsea). W drużynie „Północy” zagrali natomiast: Pearson (West Bromwich); Crompton (Blackburn Rovers), Womack (Birmingham); Barbour (Derby County), Roberts (Oldham); Meredith (Manchester United), Shea (Blackburn Rovers), Osborn (Preston North End), Bache (Aston Villa), Henshall ( Notts County). Najpierw prowadzenia objęli piłkarze z północy(gol Bache’a) ale strzały McFaddena i Forda (wszedł z ławki) dały zwycięstwo „południowcom”. Najważniejsze było jednak to, że z biletów zebrano kwotę, którą po odliczeniu kosztów organizacji, w całości przekazano żonie piłkarza, pani Minnie Warren. Kilka dni później w Newhall zorganizowano mecz miejscowego zespołu Newhall Swifts z Derby County. Goście wygrali 4:1, jednak ponownie najważniejsza była kwota zebrana na rzecz żony i dzieci Bena Warrena. Łącznie z obu spotkań, a także z licznych datków uzbierano kwotę 613 funtów. Pogrzeb odbył się w Newhall, 18 lutego 1917 roku, w obecności dużej liczby żałobników. Warrena żegnała nie tylko rodzina i mieszkańcy Newhall, ale także przedstawiciele świata angielskiej piłki. W 1929 w tym samym grobie pochowany został najmłodszy syn Warrena, Grenville. Po latach (w 1963) spoczęła tam także żona Bena, Minnie. Przez wiele dziesięcioleci rodzinny grobowiec Warrenów był zapomniany i bardzo zaniedbany. Dopiero w ostatnich latach grób został uporządkowany przez krewnych. Dzięki miejscowemu historykowi Stuartowi Haywoodowi odsłonięto tablicę pamiątkową w miejscu urodzenia Warrena. Jego rodzinny dom został częścią szlaku edukacyjnego prezentującej dziedzictwo miasta Swadlincote i okolic. Mający już ponad 80 lat Stuart Haywood uważany jest za najlepszego znawcę życiorysu Warrena. W rozmowie z Derby Telegraph przyznaje, że stylem gry Ben Warren mógł przypominać Stevena Gerrarda, mimo iż grał na innej pozycji: ,,Oczywiście nigdy nie widziałem, jak grał i nie ma żadnych nagrań ale na podstawie doniesień o jego kondycji, nieustannym bieganiu, zdecydowanych interwencjach i celnych podaniach, jego styl był prawdopodobnie podobny do stylu Gerrarda. Piłkarskie tradycje w rodzinie Warrenów kontynuował syn Bena, Harry. Grał w drużynie Folkestone Invicta, w której z czasem został grającym menadżerem. Później prowadził też drużyny Chelmsford City, Southend United i Coventry City. Życiorys Bena Warrena to z całą pewnością historia tragiczna. Jego niewątpliwie udaną karierę sportową przerwał szereg następujących po sobie nieszczęść. Choć był przecież jednym z najbardziej znanych piłkarzy w kraju, to pomoc, której mu udzielono, nie wystarczyła, aby ocalić go przed chorobą psychiczną i śmiercią. Patrząc na tę historię z perspektywy ponad stu lat łatwo zauważyć, jak wiele zmieniło się w świecie futbolu od tamtego czasu. Zdrowie współczesnych piłkarzy monitorowane jest przez szereg specjalistów, a w razie problemów futboliści otaczani są troskliwą opieką. Warto pamiętać o tym kontraście i jeszcze bardziej docenić trud zawodników, którzy dostarczali kibicom rozrywki przed stu laty.

8

0

@MesQueUnClub22 Może i pachołek ale taki de Vrij, który również wszedł jako zmiennik, to już nie można go nazwać pachołkiem! Jednak chyba przyznasz mi racje że doświadczenie i jakość kadry jest po stronie Interu?

10

Zapomniane legendy polskiego futbolu:

7 maja 1918 r. w Hajdukach Wielkich urodził się Henryk Alszer. Jeden z czołowych napastników chorzowskiego Ruchu w latach powojennych. Swoją piłkarską karierę rozpoczął w 1934 r. w RKS Hajduki. Później grał jeszcze w Hajduczance i KS CHorzów. Kiedy wybuchła wojna występował w zespole 06 Załęże. W czasie okupacji był zawodnikiem Bergknappen. To właśnie wojna zabrała mu najlepsze piłkarskie lata. Jako zawodnik niemieckiego klubu zyskał opinię niezwykle skutecznego napastnika, co zaowocowało powołaniem do reprezentacji Śląska. W 1944 r. został przymusowo wcielony do Wehrmachtu, ale wkrótce zdezerterował na terenie Francji i przedostał się do Wielkiej Brytanii. Tam zgłosił się jako ochotnik do służby w Polskich Siłach Zbrojnych na Zachodzie. W 1945 r. występował we francuskim Lens, a później w szkockim Forres. Kiedy w 1946 r. na tournée w Szkocji przebywał Team Silesia, to do drużyny zgłosiło się kilku przedwojennych piłkarzy, którzy służyli u generała Andersa. Wśród nich był też Alszer. Podpisali karty zgłoszenia do Ruchu i wkrótce wszyscy pojawili się w Chorzowie. Alszer znakomicie rozumiał się z młodym Gerardem Cieślikiem. Kiedy Niebiescy pokonywali 5:0 kijowskie Dynamo, to właśnie ta dwójka była nieuchwytna dla zawodników rywali. Sam Cieślik wspominał, że to był chyba najlepszy mecz Alszera w klubowych barwach. W szczytowym okresie formy imponował szybkością i energią. Grał na środku ataku i był raczej egzekutorem niż konstruktorem akcji. Obok niego grali Cieślik i Breitner, z którymi stworzył trio ABC. Równie dobrze radził sobie jednak na prawym skrzydle. W zależności od sytuacji potrafił wrzucać miękkie centry w pole karne albo posyłać ostre, przeszywające piłki. Był filarem mistrzowskiego zespołu z lat 1951-1953. Już w 1950 r. próbował swoich sił jako trener – dojeżdżał wtedy raz w tygodniu do Głuchołaz, gdzie pomagał miejscowej Unii. W Ruchu grał do 1957 r., potem jako grający trener występował w Górniku Katowice i Pogoni Nowy Bytom. Fatalnie znosił podróże, nawet te samochodowe. Kiedy jego szkoleniowa kariera zaczynała się rozwijać, zginął tragicznie pod kołami samochodu 31 grudnia 1959 r. ,,Do tragedii doszło w Sylwestra, więc wielu myślało, że „Walek” był pijany. Zapewniam, że to nieprawda. Przyszedł do mnie wieczorem feralnego dnia, był zupełnie trzeźwy. Wybierał się dopiero na sylwestrową zabawę. Dla wszystkich, którzy go znali, była to wielka strata” – opowiadał jego przyjaciel Henryk Hajduk. W Reprezentacji rozegrał 13 meczów, strzelając 2 gole.

@Adran360
@FcPortoFan1999
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@Safrani
@Stinger_

2

@Adran360 Nie no, akurat większość finałów w europejskich pucharach to żeśmy wygrywali! Co innego ćwierćfinały a zwłaszcza półfinały...
Co do pecha też bym spekulował czy był, zwłaszcza wczoraj...

10

Debiuty żywych legend FC Barcelony:

7 maja 2002 r. w finale Pucharu Katalonii z FC Terrasa zadebiutował w pierwszej drużynie Barçy Andres Iniesta. 18-letni wówczas pomocnik wszedł na boisko w 49 minucie meczu przy stanie 1:1, lecz nie zdołał pomóc kolegom na tyle by zdobyć puchar. Barça niestety przegrała ten finał rzutami karnymi 4:1.

@Stinger_
@Safrani
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@AssisMoreira
@Adran360

9

Duma Katalonii w finałach europejskich pucharów:

7 maja 1986 r. FC Barcelona przegrała finał Pucharu Europy Mistrzów Klubowych po rzutach karnych. Przeciwnikiem na rozgrywanym Ramon Sanchez Pizjuan obiekcie był mistrz Rumunii Steaua Bukareszt. Mecz zakończył się wynikiem 0:0 a dogrywka również nie przyniosła goli. Potrzebne były zatem rzuty karne. Bohaterem tych karnych został Rumuński bramkarz Duckadam, który obronił wszystkie 4(!) ,,jedenastki”, strzelane kolejno przez Alexanco, Pedraze, Pichiego Alonso i Marcosa. Bramkarz Barçy Urruti wybronił ,,tylko” 2 karne i Steaua wygrała 2:0, wywołując rozpacz na trybunach zdominowanych przez kibiców Blaugrany.

@Adran360
@AssisMoreira
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@Safrani
@Stinger_

1

W dwumeczu z Interem padło ile? 13 goli? To tylko świadczy o niskiej jakości defensywy jednych i drugich. Obydwie defensywy to jak dobry szwajcarski ser. Jedynym przysłowiowym serem z niewielką ilością dziur był Jan Sommer i uważam że to on jest ojcem awansu swojej drużyny do finału. Jednak o awansie w głównej mierze zadecydowała jakość kadry a tę lepszą i szerszą posiadał Inter. Jeśli taki Frattesi zmienia bardzo porządnego Mchitarjana i strzela decydującego gola o awansie, to tylko świadczy o tym, jaką jakość prezentuje druga jedenastka Interu. A u nas kto wchodząc z ławki jest w stanie strzelać gole? Pau Victor, Gavi, Fort, Ansu Fati? Moim skromnym zdaniem na Estadio Lluis Companys nieco lepszy był Inter a na San Siro nieco lepsza była Barcunia. Jednak w dwumeczu nieco lepszy okazał się Inter i to on zasłużenie awansował do finału...

11

Feyenoord po raz pierwszy w dziejach:


6 maja 1970 r. Feyenoord Rotterdam pokonuje Celtic Glasgow 2:1(1:1,1:1) po dogrywce w finale PEMK. Holenderska Ekipa po raz pierwszy w historii zagrała w finale najważniejszych klubowych rozgrywek w Europie. Jej rywalem był zdobywca pucharu z 1967 roku- Celtic Glasgow, który nadspodziewanie łatwo wygrał dwa razy z Leeds United. W Celticu prowadzonym wciąż przez Jocka Steina grała większość piłkarzy pamiętających sukces sprzed trzech lat. Mecz odbył się na stadionie San Siro w Mediolanie. Pierwsze dwa gole padły w odstępie dwóch minut. Najpierw Szkot Gemmel w swoim stylu ruszył za atakiem, po rzucie wolnym Uderzył z 30 m i było już 1:0. To działo się po około pół godziny gry. Chwilę później po rzucie rożnem stoper Rimus Israel wykorzystał nieuwagę Obrońców zdobywając wyrównanie. Na decydującego gola trzeba było czekać aż do dogrywki. Obydwa zespoły prezentowały dość wyrównany poziom, więc włoski sędzia rzadko interweniował przy faulach. Grano ostro, w podobnym stylu, lecz fair. W 117 minucie, kiedy już większość graczy odczuwała zmęczenie a niektórzy Czekali na gwizdek i powtórzenie gry (taki były wtedy regulamin ), Ove Kindvall zdecydował się na indywidualną akcję. Przedarł się przez obronę, przedryblował dwóch defensorów i z bliska nie dał szans Williamsowi. W taki sposób Feyenoord zdobył po raz pierwszy w swojej historii Puchar Europy Mistrzów Klubowych.


@Adran360
@AssisMoreira
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@misterio
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@Safrani
@Stinger_

0

@ProMILs Przepraszam że niezareagowałem natychmiast na twój komentarz ale musiałem pilnie wyjść z domu. Wracając do sedna sprawy, to ja też prawie darłem morde w domu. Podkreślam prawie, gdyż w pokoju obok spała już moja mama, która właśnie akurat dzień wcześniej przyjechała do mnie na wieś, w związku z czym musiałem mocno pohamować moje emocje a przedewszystkim jakiekolwiek krzyki! Miałem już wówczas 37 lat i gdyby nie mama, to wrzeszczałbym w niebogłosy a i tak by mnie nikt nie usłyszał w tym lesie...

10

Nie z Barçą takie numery wy niemieckie… ,,Brunery”:

6 maja 2015 r. FC Barcelona pokonała na Camp Nou Bayern Monachium 3:0 w pierwszym meczu półfinału Champions League. Przed zmaganiami Bayernu z Barçą najwięcej mówiło się oczywiści o pojedynku Guardioli, który w szóstym występie trenerskim w Lidze Mistrzów szósty raz dotarł do półfinału, z nieco starszym, lecz podążającym w zawodzie trenera jego tropem Luisem Enrique. ,,Nigdy dotychczas nie rywalizowałem z Pepem. Czuje ekscytacje a on nigdy nie grał przeciwko Blaugranie. Będzie się działo”- skomentował ,,Lucho” wyniki losowania. No i się działo! Bohaterem starcia z Bayernem był naturalnie Messi, który strzelił 2 gole i wypracował trzeciego Neymarowi. Oglądając raz jeszcze tamtą konfrontacje, nie sposób jednak nie dojść do wniosku że Luis Enrique przechytrzył Guardiole. Ten postanowił rzucić wyzwanie swoim byłym podopiecznym i nakazał monachijczykom agresywny pressing od początku meczu. Zawodnicy Bayernu biegali więc jak opętani za rywalami, nie pozwalali im swobodnie odetchnąć, podejść pod własną bramke, zabierali piłke a potem rozgrywali z wykorzystaniem wychodzenia na wolne pole. Barça po raz pierwszy od 101 meczów w Lidze Mistrzów zanotowała tamtego wieczoru mniejsze posiadanie piłki od rywala- 46,5 do 53,5 procent. Tyle że zamierzonego celu, czyli strzelenia gola, jakoś nie udawało się Niemcom osiągnąć a sił im ubywało. Gospodarze zaś grali cierpliwie, czekając aż rybie szamocącej się w jej sieci zabraknie powietrza a gdy to się stało, zadali trzy ciosy. Bayern bez Robbena i Ribery’ego, z Lewandowskim w chronionej uszkodzoną twarzą masce(z kolei wśród gospodarzy Macherano grał ze złamanym palcem u ręki), która wyraźnie mu przeszkadzała i z Guardiolą, który po stracie gola na 0:1 wpadł na kiepski pomysł wymiany Müllera na Götzego, doznał upokarzającej porażki, choć jeszcze na kwadrans przed końcem wydawało się że ma wszystko pod kontrolą. Guardiola ,,przekołczował”, czyli wymyślił zbyt karkołomny plan na mecz, nie ostatni zresztą raz w karierze.

Tylko spójrzcie:



@Stinger_
@Safrani
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@AssisMoreira
@Adran360

10

Tak, to jest ten cud!

6 maja 2009 r. FC Barcelona dokonała ,,cudu”, remisując na Stamford Bridge z tamtejszą Chelsea FC 1:1 w rewanżowym meczu półfinału Ligi Mistrzów. Podopieczni Guardioli przegrywali z londyńską Chelsea już od 9 minuty po kapitalnym uderzeniu z dystansu Essiena a od 65 minuty grali w dziesiątke po czerwonej kartce dla Abidala i kilkukrotnie byli bliscy straty drugiego gola. Chelsea jednak nie wykorzystała swoich szans. W ostatnich sekundach meczu rozpaczliwe dośrodkowanie w pole karne ,,The Blues” posłał Dani Alves, piłke zgraną przez obrońców źle przyjął Eto’o, próbujący wybić ją jak najdalej od własnej bramki Essien nie trafił czysto i futbolówka trafiła pod nogi Messiego. Argentyńczyk wyłożył ją nadbiegającemu Inieście, który strzałem zza pola karnego prawą nogą umieścił piłke tuż pod poprzeczką. Kataloński komentator krzyczał ,, Kaiserlslautern!, Kaiserslautern!, Kaiserslautern!” przypominając podobnie istotnego gola strzelonego niegdyś przez Bakero w Lidze Mistrzów. Po końcowym gwizdku piłkarze Chelsea długo nie mogli się pogodzić z wynikiem a kibice wypominali Norweskiemu arbitrowi kilka niepodyktowanych rzutów karnych dla gospodarzy. Powtórki pokazały iż londyńczykom należał się tylko jeden rzut karny, natomiast kibice Barçy przypominali brak rzutu karnego na Henry’m w pierwszym meczu na Camp Nou. Tak czy inaczej Duma Kataloni miała mnóstwo szczęścia w tym meczu ale jak to mówią ,,szczęście sprzyja lepszym”. Ja natomiast jak dziś pamiętam komentarz pana Szpakowskiego w chwili strzelenia gola przez Inieste, który brzmiał: ,, Tak to jest ta akcja, tak to jest Iniesta, tak to jest Barça, tak to jest ten cud!”. Szkoda że takie ,,cuda” zdarzają się bardzo rzadko…



@Adran360
@AssisMoreira
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@Safrani
@Stinger_

10

Prawdziwi cules nigdy nie zapominają o legendach swojego klubu:

6 maja 1923 r. urodził się Josep Seguer, pomocnik, jedna z większych legend Dumy Katalonii. Josep Seguer całe swoje życie spędził grając w FC Barcelonie. W 1940 roku dołączył do młodzieżowych rezerw Barçy, zaś w 1943 roku awansował do pierwszej drużyny, gdzie spędził czternaście sezonów. Seguer występował najczęściej na pozycji pomocnika i zdobył wszystkie najważniejsze tytuły z Barçą w latach 40-tych i być może stało się to dlatego, że miał wielką zdolność do przystosowywania się do każdej pozycji. Ponadto był zarówno silny jak i utalentowany. Przeciwnikom zawsze bardzo trudno było przewidzieć jego następny ruch. Jego przydomek(Diesel) wziął się od niesamowitej ilości przebiegniętych kilometrów podczas każdego spotkania. Jego umiejętności i wytrzymałość sprawiły, że stał się filarem legendarnej drużyny ,,Pięciu Pucharów’’. W sezonie 1942/43 został wypożyczony do Granollers, sezon później wrócił do pierwszego zespołu Barcelony, w którym grał przez 14 lat (1943-1957), rozegrał 495 spotkań i zdobył 133 gole. Josep Seguer z Barçą pięciokrotnie wygrywał ligę (1944/45, 1947/48, 1948/49, 1951/52 i 1952/53), czterokrotnie Puchar Hiszpanii (1950/51, 1951/52, 1952/53 i 1956/57), dwa Puchary Latynoskie (1948/49 i 1951/52) i dwa Copes Eva Duarte (1948/49 i 1951/52). W 1959 roku zakończył karierę piłkarską i rozpoczął pracę jako trener. Początkowo występował jako zastępca Salvadora Artigasa, jednak na początku sezonu 1969/1970 pierwszy trener został zwolniony i to właśnie Seguer objął to stanowisko. Dość ciekawą rzeczą tyczącą się tego szkoleniowca, było to, iż zawsze uważał on, że dla zawodników ze swojej drużyny był nie tylko przełożonym i człowiekiem odpowiedzialnym za taktykę, ale również opiekunem i osobą z którą można porozmawiać o pozaboiskowych problemach. Po tym, jak nowym prezydentem katalońskiego klubu został Augustí Montal, Josep Seguer musiał pożegnać się ze swoją posadą a jego miejsce zajął Vic Buckingham.

@Stinger_
@Safrani
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@AssisMoreira
@Adran360

15

Feliz cumpleaños panie Dani Alves! Jeden z najwybitniejszych prawych obrońców w historii Blaugrany kończy dziś 42 lat! Za cudowne i niezapomniane emocje podczas meczów, ślicznie dziękują wszyscy cules na całym świecie.
@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@Safrani

15

Wolnoamerykanka na Estadio Santiago Bernabeu:


5 maja 1984 r. FC Barcelona przegrała w finale Copa del Rey 0:1 z Athletic Bilbao. Tego dnia doszło do bodaj największej bijatyki w historii piłki nożnej. Jednym z antybohaterów był Diego Maradona, który w następstwie swojej brutalności musiał opuścić Barcelonę. To nie był udany występ Maradony, który nie dość, że znów był faulowany przez rywali, to na dodatek musiał nasłuchać się ksenofobicznych i rasistowskich obelg ze strony baskijskich kibiców. Barça przegrała 0:1, a po końcowym gwizdku Argentyńczyk nie wytrzymał. Najpierw stanął oko w oko z rezerwowym rywali Miguelem Angelem Solą, a gdy ten zaczął go wyzywać, został zdzielony ciosem głową w twarz. Następnie Maradona uderzył jeszcze łokciem innego piłkarza Athleticu, a kolejnego powalił na murawę kopniakiem w głowę. Na odpowiedź Basków nie trzeba było długo czekać. Sygnał do odwetu dał Goikoetxea, który kopnął Argentyńczyka w klatkę piersiową. Awantura rozgorzała na dobre, emocjom dali się całkiem ponieść także kibice, którzy zaczęli rzucać różnymi rzeczami w piłkarzy, trenerów i fotografów. Mniejsze lub większe obrażenia odniosło 60 uczestników zamieszek. Przypominam iż nieco ponad pół roku wcześniej Andoni Goikoetxea złamał nogę Diego Maradonie wejściem wślizgiem obiema wyprostowanymi nogami. Chyba nikogo nie muszę uświadamiać jakimi rzeźnikami są Baskowie? Prowokatorami zresztą też...






Rekordy ,,La Pulgi”:


5 maja 2012 r. w derbach Barcelony na Camp Nou(4:0), Lionel Messi strzelił 4 gole(!) ustanawiając jednocześnie rekord strzelonych goli w jednym sezonie w La Liga. Messi strzelając czwartego gola w meczu, jednocześnie zdobył 50-tego gola w sezonie ustanawiając tym samym rekord wszechczasów Primera Division.





@Sysia11
@Stinger_
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@AssisMoreira
@Adran360

0

@Eto'o9 R10 No dokładnie! Zwłaszcza że to pierwsze w historii zdobywane trofeum międzynarodowe ,,naszej Barcuni!
Ale oczywiście wszystkie tytuły Barcuni są ważne!

11

Copa Pirineos:

5 maja 1912 r. FC Barcelona pokonuje w finale Stade Bordelais UC 5:3 i po raz trzeci z rzędu sięga po Puchar Pirenejów. Hattrickiem w tym meczu popisał się napastnik Arsenio Morales. Pozostałe gole zdobyli Alfred Massana oraz legendarny napastnik Jose Rodriguez Vazquez, zwany Pepe Rodriguez.



Debiuty legend FCB:

5 maja 1957 r. w meczu towarzyskim z SV Saarbrücken zadebiutował i strzelił jednego z goli w barwach Blaugrany znakomity brazylijski snajper Evaristo de Macedo. FC Barcelona wygrała to spotkanie 4:1.

@Adran360
@AssisMoreira
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@Safrani
@Stinger_

9

Krótka historia Conmebol i AFA:

Wraz z rozwojem ligi AFA zaczęła wyglądać ku swoim sąsiadom. Mecze z Urugwajem należały już do tradycji a 1914 rok przyniósł pierwsze spotkanie towarzyskie z Brazylią wygrane przez Argentynę 3:0. W 1912 roku działacze AFA spotkali się także z przedstawicielami lig z Rosario(liga Rosarina de Football powstała w 1905 roku) i Urugwaju aby przedyskutować utworzenie federacji piłkarskiej regionu La Plata. Był to początek powolnego procesu, który nabrał tempa w 1915 roku, gdy Hector Rivadavia Gomez, urugwajski nauczyciel, parlamentarzysta i prezes Montevideo Wanderers, rozpoczął kampanię na rzecz utworzenia południowoamerykańskiej konfederacji piłkarskiej, przekonując że pomoże ona przezwyciężyć partyjniactwo, które podzieliło argentyński futbol. Rok później, gdy AFA organizowała turniej na stulecie Deklaracji Niepodległości, Gomez postawił kropkę nad i. Organizacja pod nazwą Confederacion Sudamericana de Futbol (Conmebol) powstała 9 lipca 1916 roku, śmiało ogłaszając harmonogram czterech ,,Campeonatos Sudamericanos", z których pierwsze rozpoczęły się już siedem dni wcześniej. Nie minął tydzień i Conmebol musiał stawić czoło pierwszemu kryzysowi. Argentyna i Urugwaj pokonały Chile ale Argentyna tylko zremisowała z Brazylią, podczas gdy Urugwaj ograł ją 2:1. Oznaczało to że ostatni mecz między Argentyną a Urugwajem był zarazem pojedynkiem rozstrzygającym i że Urugwajowi wystarczył remis aby zdobyć pierwsze mistrzostwo kontynentu. Spotkanie miało zostać rozegrane 16 lipca na stadionie ,,Gimnasia y Esgrima”. Biletów sprzedano więcej niż miejsc i kiedy okazało się że na trybunach panuje nieprawdopodobny ścisk, po 5 minutach mecz przerwano. Na widok piłkarzy opuszczających boisko widownia wpadła w furię. Ktoś ukradł naftę z lamp samochodów zaparkowanych w okolicy stadionu i użył jej do podpalenia trybun. Ogień płonął przez 4 godziny i tylko centralna trybuna nie uległa zniszczeniu. Mecz trzeba było przełożyć na następny dzień, który odbył się na stadionie Racingu w ,,Avellanedzie” i zakończył, wbrew panującemu klimatowi, bezbramkowym remisem. Urugwaj wygrał mistrzostwa. W tamtym czasie argentyński futbol borykał się z kolejną schizmą, tym razem związaną z zastrzeżeniami na temat sposobu zarządzania rozgrywkami i stosowania się do przepisów. Problemy zaczęły się pod koniec 1918 r. wraz z dyskusją o tym, czy jeden z piłkarzy wystawionych przez Columbian w meczu z Ferro Carril Oeste był uprawniony do gry. W tym samym czasie w drugiej lidze odebrano 8 punktów drużynie Velez Sarsfield za wstawienie do składu zawodnika zdyskwalifikowanego. Później AFA przyjęła wyjaśnienie że budzący wątpliwości piłkarz był bratem zawieszonego i wycofała karę. Część drużyn zaprotestowała, apelując do federacji o powołanie specjalnej komisji ale udaremniła to obstrukcja, która sprawiała wrażenie wywołanej specjalnie aby podkreślić bałagan panujący w organizacji.

Rok później chaos jeszcze się zwiększył. Po zawieszeniu 6 z 19 zespołów w lipcu rozgrywki przerwano a żadna z drużyn nie zdołała rozegrać więcej niż 8 meczów. Choć Boca, Estudiantes i Huracan pozostały lojalne wobec dotychczasowej struktury, 13 innych klubów, w tym Racing, River Plate, San Lorenzo i Independiente postanowiło się odłączyć i wraz z Velez powołano do życia ,,Asociacion Amateurs de Football(AAF)”. Niejako na potwierdzenie zastrzeżeń zbuntowanych klubów na temat nieudolności AFA mistrzostwa 6 drużyn próbowały dotrwać do następnego roku ale zostały przerwane 21 stycznia. Nowa Liga AAF tymczasem funkcjonowała prawie bez przeszkód i mimo zamieszania w ostatniej kolejce ukończono ją 6 stycznia, gdy każdy zespół rozegrał 13 spotkań. Racing Club, który przed secesją wygrał 6 meczów i zremisował dwa w lidze AFA, tutaj zwyciężył we wszystkich 13 meczach, co ukoronowało ów nadzwyczajny okres, w którym siedmiokrotnie zdobywał mistrzostwo kraju, z czego aż czterokrotnie bez porażki. W ciągu tych 7 lat przegrał zaledwie pięć razy! W kolejnym sezonie obie instytucje zdołały wyłonić swoich mistrzów. W lidze AAF piłkarze River Plate zakończyli ere rządów Racingu a w mistrzostwach AFA tytuł obronili zawodnicy Boca. W następnych sześciu latach Huracan i Boca wygrywały rozgrywki AFA po trzy razy a tytuł AAF trafiał po dwa razy do San Lorenzo, Independiente i Racingu. Wielkie argentyńskie drużyny zaczęły zaznaczać swoją pozycję. Boje toczono nie tylko o duszę i styl argentyńskiego futbolu ale także o jego strukturę. Rozłam, w wyniku którego AFA i AAF organizowały osobne rozgrywki ligowe, trwał przez 8 sezonów a z upływem czasu coraz więcej klubów przyłączało się do rebeliantów (w ostatnim roku teoretycznie nieoficjalną ligę tworzyło aż 26 zespołów). Do ponownego zjednoczenia doprowadziła dopiero osobista interwencja prezydenta republiki Marcelo Torcuato de Alveara. Głowa państwa zadekretowała również że aby podkreślić nowego ducha jedności, zwycięzcy obu lig z 1926 roku: Boca i Independiente rozegrają pojedynek o mistrzostwo kraju. Ponieważ jednak ten mecz zakończył się bezbramkowym remisem a w jego trakcie doszło do niespodziewanej przerwy wywołanej wtargnięciem kibiców na boisko, zdecydowano że lepiej dać sobie spokój i wznowić rozgrywki w 1927 roku. W pierwszym sezonie ligowym po zjednoczeniu wzięły udział 34 drużyny (oraz 18 w drugiej lidze). Każda z każdą grała po jednym meczu. Dbając o utrzymanie w lidze pewnych faworyzowanych zespołów (nie ostatni zresztą raz, dodajmy), organizatorzy zdecydowali że spaść do niższej klasy może tylko klub, który dwukrotnie zakończył sezon na jednym z czterech ostatnich miejsc. Było to niewygodne i zapewne nielogiczne ale w ten właśnie sposób zaczęła się złota era piłki ofensywnej, w której ubóstwiano wirtuozów...
@Sysia11
@Symson
@Safrani
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Arkon
@Adran360

7

@FCBparasiempre
W 1889 roku znajdującym się na katalońskiej Costa Brava porcie rybackim Palamos wykształcony w Anglii miejscowy kupiec Gaspar Matas i Danes założył Palamos Football Club. Costa Brava, podobnie jak większa część hiszpańskiego wybrzeża od dawna jest odwiedzana i przemierzana przez zagranicznych turystów oraz spekulantów rynku nieruchomości. Jednak targi rybne i muzeum marynistyczne wciąż pozostają na swoim miejscu i są dedykowane pokoleniom miejscowych mężczyzn, którzy ryzykowali życie, aby podtrzymać lokalne tradycje rybackie. Palamos jest jednym z nielicznych miasteczek na Costa Brava, któremu mimo splądrowania reszty wybrzeża przez masową turystykę udało się zachować swoją tożsamość. Piłkarskie korzenie Palamos są dyskretnie upamiętnione, z dala od turystów, na blaknącej tablicy ukrytej przed wzrokiem ludzi, w słabo oświeconym pasażu wewnątrz archaicznego stadionu. Liczący ponad 100 lat obiekt wybudowany w angielskim stylu i stojący na obrzeżach miasta jest jedną z pierwszych tego typu budowli na hiszpańskiej ziemi. Dzisiaj przypomina swoim wyglądem opuszczony kościół. To miejsce jest nie tylko zaniedbane ale także niesamowicie ciche. W tym samym czasie kiedy powstało Palamos FC, w 1889 roku w innej części Katalonii doszło do jeszcze ważniejszego i brzemiennego w skutki wydarzenia. Na placu przy osiedlu zwanym Bonanova w Barcelonie, stolicy regionu i głównym katalońskim porcie grupa zawodników kopała piłkę. Wszyscy po raz pierwszy przywdzieli czerwono-niebieskie barwy a z ich gry zrodziła się jedna z najwspanialszych instytucji sportowych na świecie. Jeśli piłka nożna trafiła z opóźnieniem do tej części Hiszpanii, to tylko dlatego że Katalończycy bez względu na to, do jakiej klasy społecznej przynależeli byli zbyt zajęci lokalną polityką. Podobnie jak w Bilbao w czasach wczesnej industrializacji powstała tam miejska klasa robotnicza, rozwinęła się także klasa przedsiębiorców, która zyskała na handlu zagranicznym. Jednak w drugiej połowie XIX wieku Katalonia a w szczególności Barcelona była pogrążona w niekończącej się spirali represji i przemocy, co zostawiało mieszkańcom mało czasu na oglądanie a tym bardziej naukę tego innowacyjnego sportu. W ostatnich kilku dekadach XIX wieku klasa średnia czerpała zyski z bumu gospodarczego, jednak ich konserwatywnym środowiskom zagrażali anarchiści organizujący liczne strajki i urządzający ataki bombowe. Podziały polityczne i klasowe pogłębiły się po ostatecznym rozpadzie hiszpańskich kolonii spowodowanym utratą Kuby w 1898 roku. Po tym wydarzeniu wielu hiszpańskich polityków i intelektualistów zaczęło na nowo poszukiwać duszy narodu, którego wielkie imperium powalili na kolana południowoamerykańscy powstańcy. W kraju niepotrafiono dojść do wspólnej konkluzji dlaczego tak się stało a tym bardziej nie odnaleziono remedium na powstały problem. Katalonia skierowała się w stronę nacjonalizmu, uwierzono że region jest zupełnie inny od reszty Hiszpanii zarówno pod względem kultury, tradycji, jaki rozwoju ekonomicznego, dlatego wymaga specjalnego traktowania, który na początku mało kto popierał ale z biegiem czasu ideologia ta znalazła licznych zwolenników. Konserwatyzm średniozamożnych sfer Barcelony, z natury zamknięty na zewnętrzny bodźce został dobrze uchwycony w kontekście rozrywki przez australijskiego pisarza Roberta Hughesa w jego obrazowym opisie symbolicznej rodziny Puig: ,, żadnej telewizji, radia, kina; zamiast tego stosowny dźwięk pianina, na którymgrywały w duecie seniora Puig i jej córka, ku ucieszy swojego papy. Grano w ,,parcheesi" oraz w wista. Z upływem czasu kobiety z klasy średniej zaczęły czytać na początku głównie powieści sentymentalne, jednak później zakres lektur się rozszerzył. Było to spowodowane delikatnym złagodzeniem doktryny kościoła i jego wszechobecnych nakazów i zakazów związanych ze wszystkim, co postrzegano jako zagraniczne i obce jeśli chodzi o sporty rozgrywane na świeżym powietrzu, żony nie mogły brać w nich udziału, choć niektóre czasem jeździły konne a inne mogły towarzyszyć swoim małżonkom podczas polowań odbywających się w prywatnych włościach. Jednym z organizatorów był Eusebi Guel, do którego należało sporo terenów w Garraf na południe od Barcelony. Sportu lekkoatletyczne nie licowały z godnością kobiet; nie pasowały również do imponujących brzuchów ich mężów. Życie odbywało się w zasadzie na siedząco i przeważnie polegało na przeżuwaniu jedzenia. Jedynymi okolicznościami, w których ci ludzie mogli się zdrowo napocić było pójście z żoną do łóżka oraz udanie się na jeden z imponujących oficjalnych barów, które stanowiły główną rozrywkę burżuazji. Sporty widowiskowe również nie cieszyły się popularnością w Barcelonie na przełomie wieku. Kluby piłkarskie dopiero zaczynały funkcjonować... Niższe klasy społeczne miały swoje bary, kabarety i sale taneczne, ciemne i hałaśliwe nocne życie skoncentrowane wokół Barri Xino- dzielnicy chińskiej i demonicznego kręgosłupa Parallel. Ich bogatsi odpowiednicy mieli kawiarnię, klub, promenadę i lepsze domy publiczne. Senor Puig spędzał większość dnia z dala od domu w swoim biurze lub w pięknych przybytkach, który wyrosły na terenie całej dzielnicy Eixample wzdłuż Passeig de Gracia i La Rambla obsługując osoby spacerujące po bulwarze". Pośród miejscowej burżuazji znajdowali się również tacy, dla których sam widok mężczyzny w krótkich spodenkach był godny potępienia. Kiedy, o ile w ogóle uprawiali Sport(a zdarzało się to bardzo rzadko) wybierali zazwyczaj jazdę na koniu, strzelanie lub grę w tenisa i zawsze robili to w długich spodniach w otoczeniu rodziny i najbliższych przyjaciół. Kiedy zdarzyło im się kątem oka dostrzec pełen przepychanek oraz twarde gry mecz piłki nożnej i zgromadzony wokół podnieconych tłum, postrzegali to jako bolesne przypomnienie brutalności, od której w Prostki biały przepełnione miejskie Siedliska ich pracowników. Tych odczuć Nie podzielili natomiast pierwsi zagraniczni piłkarze Barcelony, dla których piłka nożna była po prostu przyjemnym sposobem na spędzanie wolnego czasu, miłym oderwaniem od rygorystycznej pracy w biurze i handlu.

Jeśli chodzi o powstanie FC Barcelony w tak nacjonalistycznej atmosferze, to można wręcz nazwać cudem to że większość jej pierwszych piłkarzy była Anglikami. Bramkarz nazywał się Brown, pierwszym sekretarzem był Walter Wild a dwoma kluczowymi zawodnikami byli bracia Arthur i Ernest Witty. Ich ojciec wyemigrował do Barcelony w drugiej połowie XIX wieku. Założył w mieście firmę spedycyjną i pracował jako agent dla wszystkich brytyjskich statków handlowych, które wpływały i wypływały z miasta portowego. W dzieciństwie bracia Witty uczyli się w ,,Merchand Taylors”, prywatnej angielskiej szkole z internatem, z tradycjami krzewienia inteligentnego ducha sportu, czy jak to ujął jej legendarny założyciel: ,, trenowania zarówno ciała jak i umysłu". ,, W szkole w Anglii grali w rugby i tata występował w formacji młyna. Po powrocie do Barcelony zaczął uprawiać piłkę nożną i grał w obronie. W tamtych czasach w Hiszpanii większość boisk nie miała murawy, więc nie można było grać w rugby. Z futbolem było inaczej, gdyż łatwo można było się nauczyć kopać piłkę na każdej nawierzchni"- wspominał Frederick Witty, syn Arthura. Hiszpański krajobraz niezwykle różnorodny geologicznie udziela nam odpowiedzi na problemy polityczne i zacofanie gospodarcze tego kraju. W niektórych regionach Hiszpanii pada deszcz jak w Irlandii a inne zdają się przedłużeniem Sahary są miejsca pokryte pasmami górskimi i są też obszary równinne są żyzne doliny i rzeki, które przez większość lata pozostają suche. Prawdziwą zagadką było to, jak Hiszpania zdołała ewoluować jako naród i związać ze sobą te wszystkie odmienne regiony. Jak była w stanie połączyć ludność nie tylko siecią dróg, kolei czy przez ruch lotniczy ale także w sposób Konstytucyjny, gdzie wszyscy wspólnie pracują dla dobrobytu krajów. Jak ten kraj zdołał uszanować historię a także znaleźć miejsce dla autonomii politycznej i kulturowej kraju Basków i Katalonii. Wracając do Fredericka Witty’ego, który dzieli się jeszcze kilkoma przemyśleniami na temat swojego ojca: ,, Nikt z nim nigdy nie przeprowadzał specjalnych treningów tak jak w obecnych czasach, gdy trenerzy wykrzykują w stronę zawodników rozkazy niczym komendanci obozowi. Mimo to wiedział jak utrzymać formę i osiągał to dzięki długim biegom. Pomiędzy meczami tenisowymi grał w piłkę. Jego ulubionym typem rodzinnych wycieczek były piesze wędrówki na najwyższe wzniesienia Barcelony, góre Tibidabo. Jego styl gry w niczym się nie różnił od gry pozostałych pierwszych zawodników klubu. Charakteryzowała ich kombinacja szybkich biegów, nieustępliwości, kontroli nad piłką oraz umiejętności zdobywania goli". Arthur Witty prezentował swoją męską energię i witalność nawet w nadmiarze. Frederick wspominał: ,, Mój ojciec miał jakieś 180 cm wzrostu i był bardzo mocno zbudowany. W szkole grał w rugby jako napastnik. Potem przeniósł się do Barcelony i gram w piłkę nożną jako boczny obrońca. Nie miał wtedy możliwości aby grać w rugby, ponieważ żadne z boisk nie zostało w pełni porośnięte trawą, w futbol zaś można było nauczyć się grać w każdych warunkach". W ten oto sposób młody Artur nauczył się kontrolować piłkę i biegał z nią po nierównych boiskach, które z czasem miały zacząć ,, produkować" gwiazdy pochodzące z biednych miasteczek i plaż. Pierwszy Anglicy, którzy grali w Barcelonie w piłkę nożną robili to w sposób niezorganizowany, od czasu do czasu, zbierając chętnych do gry z przedsiębiorstw, w których pracowali lub którymi zarządzali. Był to oddzielny świat, ekskluzywny i aż kipiący pewnością siebie. Stan ten mógł się utrzymać znacznie dłużej gdyby nie kolejny ,, obcokrajowiec" , który nie podzielał tego typu postkolonialnego dziwactwa. Mowa o szwajcarze Hansie Kamperze, który 22 października 1899 roku w lokalnej gazecie sportowej ,, Los Deportes" zamieścił krótkie ogłoszenie: ,, Wspomniany Kans Kamper chce zorganizować grę w piłkę nożną w Barcelonie i zaprasza każdego, kto ma ochotę poznać ten sport, by zjawił się w biurze tej gazety w każdy wtorek lub w piątek po południu pomiędzy godziną 9:00 a 11:00".

W mitologii FC Barcelony historię Witty’ego przyćmiła właśnie osoba Kansa Kampera. Urodzony w Szwajcarii biznesmen osiadły w Barcelonie pomógł pierwszym piłkarzom się zorganizować i został pierwszym prezesem tego klubu. Gamper potrafił przewidywać zmiany nastrojów społecznych i politycznych, które następowały w jego przybranym kraju. Szybko nauczył się katalońskiego i wspierał dążenia regionu do uzyskania większej autonomii. Oficjalna wersja jest taka że Gamper przywiózł barwy FC Barcelony ze swojej rodzimej Szwajcarii. Według Witty’ego stroje katalońskiego klubu były zainspirowane kasztanowo niebieskimi barwami dawnej szkoły Arthura, ,,Merchant Taylors”. Zdaje się że w późniejszych latach Barça zaakceptowała wersję Gampera (ważną ze względu na neutralność i niewielkie znaczenie Szwajcarii) aby w jakiś sposób uwolnić się od swoich brytyjskich korzeni kolonialnych. Kamper był kapitanem FC Excelsior a później odegrał istotną rolę jako jeden z ojców założycieli FC Zurich. Instynktowny entuzjazm Gampera dobrze odzwierciedla anegdota dotycząca jego pierwszych dni w Barcelonie przytoczona przez Gampera Juniora: ,, Pewnego dnia jak zwykle jechał pociągiem do swojego biura w ,,Sarria” i nagle zobaczył grupę chłopaków, którzy kopali piłkę na jakimś nieużytku. Mój ojciec wysiadł z pociągu na najbliższym przystanku i dołączył do gry. W pewnym momencie uderzył piłkę tak mocno że się popsuła. Ojciec wszystkich przeprosił i obiecał że załatwi im porządną piłkę. Zamówił dwie ze Szwajcarii i dał jedną dzieciakom. To chyba dwie pierwsze prawdziwe piłki, które dotarły do Barcelony". Wśród tych, którzy wykazali się inicjatywą i już na początku przystali do Gampera znaleźli się jego rodak Otto Kunzle, Anglicy Walter Wild oraz bracia John i William Parsonsowie; dwóch Katalończyków- Lluis d'Osso i Bartomeu Terradas. Spotkanie założycielskie odbyło się 29 Listopada 1899 roku w sali gimnastycznej ,,Sole” znajdującej się przy ulicy Montjuic del Carmen numer 5. Większość spośród obecnych przy podpisaniu aktu założycielskiego piłkarzy to obcokrajowcy. Czasy, kiedy tego typu spotkania wiązały się jedynie z pieniędzmi i sprawami prawnymi były wówczas bardzo odległe. Liczył się jedynie wspólny, absolutny entuzjazm dla gry. Na początku XX wieku nie wszystkie sporty rozgrywane w Barcelonie cieszyły się taką uniwersalnością i dostępnością. Na przykład tenis był domeną jedynie bogatych ludzi z wyższych sfer a w szczególności Brytyjczyków. Frederick Witty wspominał że jego wujek Ernest grał w FC Barcelonie ale jednocześnie zdobywał laury jako mistrz tenisa a swoje ostatnie lata postanowił spędzić w Barcelonie wśród Katalończyków. Jednak nie wszyscy mieli równie demokratyczne podejście: ,, Wydaje mi się że najpopularniejszą grą wśród obecnych w Barcelonie Anglików był jednak tenis. Anglicy i Angielki grali na swoich własnych kortach. Niektórzy Hiszpanie próbowali do nich dołączyć ale Anglikom niezbyt się to uśmiechało... Dlaczego? Ponieważ w tamtych czasach tak się po prostu nie robiło, mimo że niektórzy z nas należeli do klubu tenisowego Barcelona, który tak naprawdę od samego początku był klubem hiszpańskim". To, że bracia Witty'owie zaangażowali się w piłkę nożną w Barcelonie wynikało z charakteru Gampera. Przyznał to kiedyś brat Ernesta, Artur, w wywiadzie udzielonym z okazji złotej rocznicy Barçy. Powiedział wówczas: ,, To wszystko wyniki pracy Joana Gampera. My tak naprawdę wiele nie zrobiliśmy. On miał pomysł i zainspirował nas swoim entuzjazmem. Jego umiejętności perswazji były imponujące. Dlatego właśnie wszyscy zanim podążaliśmy". Bracia Witty podważają znaczenie spuścizny Gampera tylko pod jednym względem, dość zresztą ważnym w aspekcie symboliki. Herb Barçy jest w pełni kataloński, znajduje się na nim Krzyż Świętego Jerzego- patrona Katalonii oraz czerwone i żółte paski katalońskiego narodu. Bracia Witty’owie podważyli opinię wielu historyków Barçy, którzy twierdzili że kolory zostały zaproponowane przez Gampera. Arthur twierdził że wyszedł z propozycją barw angielskiej szkoły, do której uczęszczał(bordowego i niebieskiego) i te barwy zostały zaakceptowane. W 1975 roku w korespondencji z synem Arthura, Frederykiem, ówczesnym dyrektor szkoły wielebny H.M. Luft potwierdza taką możliwość. W liście Luft stwierdza: ,, Wydaje mi się wielce prawdopodobne że obecne barwy FC Barcelony(bordowy i niebieski) pochodzą od naszych oryginalnych szkolnych barw. ,,Waterloo Rugby Football Club” został założony przez dwóch chłopców, braci Hallów a w 1882 roku za swoje barwy uznał ciemny niebieski i czerwony. Szkolny klub rugby w 1885 roku wybrał odrobinę inne kolory, stawiając na czekoladowy i niebieski, choć początkowo grali na czerwono-niebiesko. Wydaje mi się że postanowili je zmienić, ponieważ nie chcieli aby mylono ich z błyskawicznie rozwijającym się Waterloo rugby Football Club, składającym się z wychowanków ,,Merchant Taylors”. Moim zdaniem ma pan rację że pańscy ojciec i wujek wspólnie przenieśli nasze szkolne barwy do Barcelony, kiedy zakładali tam nowy klub piłkarski. Bardzo możliwe że pod koniec XIX wieku nie znano takiego koloru jak bordowy i nazywano go po prostu ciemnym czerwonym". Z pewnością w ramach odzewu na wezwanie Gampera podświadomie realizowali ideały znajdującego się daleko od nich dyrektora szkoły. Grali w piłkę nożną nie tylko po to aby wygrywać ale przede wszystkim dla czystej przyjemności, która z tego grania płynęła. ,, ,,Osobą, która tak naprawdę zainteresowała tym projektem mojego ojca i wujka był Gamper. Pewnego dnia skontaktował się z nimi i powiedział: ,, Słuchajcie, są też inni ludzie, którzy chcą grać tak jak wy, może więc zaczniemy grać razem?". To typ człowieka, który łatwo nawiązywał kontakty z innymi ludźmi a poza tym wydawał się bardzo miły. Anglicy, którzy żyli w Barcelonie... cóż, byli Anglikami- uprawiali każdy możliwy sport dla samej zasady. Grali w piłkę nożną tak samo jak trenowali wioślarstwo, żeglarstwo. Gamper zdobywał medale jako atleta i cyklista w Szwajcarii, jednak kiedy przybył tutaj interesowała go jedynie piłka nożna i w pełni się jej poświęcił. Na początku Anglicy mieli swoją drużynę, potem Gamper stworzył własną... Potem pozostali Hiszpanie podłapali ten pomysł i też postanowili grać w piłkę. Tak to się rozwinęło..."- opowiadał Frederick. Wpływ braci Wittych na pierwsze lata rozwoju w Barcelony jako klubu piłkarskiego jest absolutnie niepodważalny. Styl gry, jaki prezentowali razem z Gamperem to przykład osiągnięcia idealnej równowagi między umiejętnościami a siłą fizyczną. Gamper najprawdopodobniej był najlepszym zawodnikiem drużyny. Lata później Arthur Witty powiedział: ,, Nie ma najmniejszych wątpliwości że Gamper to najlepszy środkowy napastnik. Wyjątkowo dobrze panował nad piłką i dryblował znacznie lepiej od pozostałych zawodników. Poza tym świetnie wykańczał sytuację. Strzelał więcej goli niż inni. Dużo biegał, wysoko podnosząc kolana; widziałem w nim potencjał, który do tej pory dostrzegłem tylko u kilku graczy".

0

@BarcaFan20048989 Mógłbyś mi użytkowniku uprzejmie wyjaśnić o co chodzi?

0

@BarcaFan20048989 Ale jaką książke, bo nie rozumiem o co chodzi?

8

@FCBparasiempre
4 maja 1935 r. urodził się Jose Francisco Sanfilippo, napastnik. „W historii piłki nożnej było czterech naprawdę wielkich zawodników: Pele, Garrincha, Maradona i Messi, ale tylko jeden prawdziwy skurwysyn – Sanfilippo”. Czym fenomenalny Jose Sanfilippo zasłużył sobie na miano największego piłkarskiego skurwysyna w historii? Nazwisko Sanfilippo nie jest znane szerszemu gronu piłkarskich kibiców w Europie a szkoda. Powodów takiego stanu rzeczy jest co najmniej kilka. Jednym z nich jest fakt, że przyszedł na świat 4 maja 1935 roku, zatem już od dawna nie był aktywnym zawodnikiem, gdy Argentyna świętowała największe sukcesy, czyli oczywiście Mistrzostwo Świata w 1978 i 1986 roku. Poza tym jego kariera przypada na czasy, w których transfery międzykontynentalne były rzadkością, zatem grywał jedynie w klubach z Argentyny, Urugwaju oraz Brazylii. Wywodzi się z biednej, ale bardzo pracowitej rodziny. Od dziecka był wielkim kibicem San Lorenzo. Jak w wielu podobnych przypadkach, marzył, że kiedyś zostanie piłkarzem tego klubu, dzięki czemu wyrwie swoich bliskich z ubóstwa. Codziennie budził się i zasypiał z tą myślą. W międzyczasie nie próżnował. Nie mógł sobie pozwolić na piłkę z prawdziwego zdarzenia, zatem zlepił ją z plastiku oraz gumy i bardzo rzadko się z nią rozstawał. Z uwagi na niezbyt imponujący wzrost nosił pseudonim El Nene, czyli dzieciak. Z seniorami z San Lorenzo trenował już w wieku 16 lat, a swój pierwszy profesjonalny kontrakt podpisał dwa lata później. Bardzo szybko doczekał się debiutu oraz dziewiczych trafień w pierwszym zespole, jednak prawdziwe możliwości zaprezentował w 1955 roku, strzelając dla swojego ukochanego klubu 15 goli. To wtedy został ulubieńcem kibiców, którzy doceniali jego kunszt i niezwykłą łatwość w odnajdywaniu się w polu karnym oraz prawdziwą miłość do barw. Jego znakomita technika użytkowa, walory motoryczne i wytrzymałościowe nie wzięły się oczywiście znikąd. Od początku swojej przygody z piłką rozumiał to, czym w jego czasach mało kto się przejmował. Można śmiało powiedzieć, że zdecydowanie wyprzedził swoją epokę, bo bardzo szybko odkrył, że aby być doskonałym piłkarzem, nie wystarczy tylko i wyłącznie dobrze panować nad futbolówką. Zdawał sobie sprawę z faktu, że kariera zawodnicza jest niezwykle krótka, zatem postanowił wycisnąć z niej maksimum. Trenował więcej niż inni, dbał o długość oraz jakość snu i nie miał problemu z tym, by kolegów z drużyny publicznie nazywać kłamcami i pijakami, bo dają się porwać nocnym pokusom, a później na treningach nieudolnie ukrywają ich konsekwencje. Prowadził się według reguł, o których mówi także dzisiaj, będąc staruszkiem przed 90-tką. Młodym zawodnikom podpowiada: „Po pierwsze, dyscyplina. Po drugie, odpowiedni odpoczynek i regeneracja. Po trzecie, wartościowe jedzenie. Po czwarte uporządkowane życie seksualne. Nie chodzi o to, żeby mieć wszystko, chcieć tego i nie stawiać granic. Ty wybierasz: albo sport, albo kurwy”. Podczas zajęć najwięcej wymagał oczywiście od siebie, jednak szczerze nienawidził pozorantów. Mocno się denerwował, gdy ktoś obok nie przykładał się do pracy. W tym aspekcie był pierwowzorem Zlatana Ibrahimovicia, o którego sposobach motywacji zapewne niejednokrotnie słyszeliście. W rozmowie przeprowadzonej przez Jonathana Wilsona Sanfilippo powiedział: „Jeśli masz wypoczęte ciało i dobrze się odżywiasz, podczas treningu jesteś jak nowo narodzony. Jeśli masz zdrową wątrobę, to masz energię na boisku. Jeśli brakuje ci dyscypliny, niczego nie osiągniesz”. Do treningów wymyślił pewną popularną do dzisiaj maszynę, zwaną, oczywiście w nawiązaniu do jego nazwiska, Sanfigolem. Jest to powierzchnia o wymiarach piłkarskiej bramki, zazwyczaj w formie płaskiej ściany lub kraty, na której umieszcza się lub po prostu rysuje kwadraty o boku długości 80 cm. Celem ćwiczeń jest oczywiście takie kopnięcie piłki, by trafić w wyznaczone prostokąty. Sanfilippo słusznie stwierdził, że z perspektywy napastnika najbardziej efektywnymi częściami bramki są jej dolne rogi, zatem kwadraty najczęściej ustawiał tuż przy słupkach na wysokości ziemi. Nazywał je mysimi dziurami. Zauważył, że bramkarze mają większe problemy z obroną piłek posłanych w te obszary swych świątyni niż nawet z tymi celowanymi w okienka. Zazwyczaj trenował z piłką będącą w ruchu, bo doskonale wiedział, że sytuacje boiskowe praktycznie nie wymagają od zawodników strzału z martwej piłki. Uderzenia, a co za tym idzie skuteczność, opanował niemal do perfekcji, co później przekładało się na jego imponujące statystyki. Chciał potajemnie odpowiadać za taktykę, uważał, że zna się na piłce tak jak nikt inny. Nie starał się oszukiwać samego siebie, zdawał sobie sprawę ze swoich niedoskonałości. Z uwagi na mizerny wzrost – zaledwie 163 cm – miał marne szanse w pojedynkach powietrznych z rosłymi obrońcami. Choć po strzałach głową strzelił niejednego gola, to wręcz wymuszał na swoich kolegach, by zagrywali mu piłki tylko i wyłącznie po ziemi. Ponadto bardzo rzadko wchodził w dryblingi. Pamiętajmy, że grał w czasach, w których kartki nie obowiązywały, przez co piłkarscy wirtuozi nie mieli lekkiego życia przy boiskowych brutalach, a tych wówczas nie brakowało.

Argentyńczyk uważał ponadto, i przy dłuższym zastanowieniu nie sposób nie przyznać mu racji, że dryblingi są przede wszystkim dla tych, którzy w momencie otrzymania piłki nie mają pojęcia co z nią zrobić, przez co muszą wchodzić w pojedynki jeden na jeden. „Moim interesem było strzelanie goli. Jeszcze przed otrzymaniem piłki miałem w głowie co najmniej dwa rozwiązania, co z nią później zrobić. Zawsze wybierałem najlepsze”. Sanfilippo prowadził San Lorenzo do Mistrzostwa Argentyny w 1959 roku, a w latach 1958-1961 zdobył aż 119 ligowych goli i cztery razy z rzędu sięgnął po koronę króla strzelców krajowych rozgrywek. Jego rekord po obecne czasy nie został poprawiony. Po takich sukcesach klub, którego kibicem jest m.in. papież Franciszek, stawał się dla wyborowego strzelca zbyt ciasny. Ponadto dość mocno skonfliktował się z działaczami. W sezonie 1962 miał olbrzymią szansę na zostanie piąty raz z kolei najlepszym ligowym snajperem, jednak na dwie kolejki przed końcem zmagań został zawieszony i odstawiony od składu. Wersja klubowych włodarzy? El Nene publicznie narzekał na organizację klubu. Wersja zawodnika? „Przed sezonem ustaliliśmy, że jeśli znów okażę się najlepszym strzelcem w całych rozgrywkach, klub wypłaci mi pokaźną premię finansową. Jak zawsze szedłem jak burza, choć po piętach skutecznie deptał mi Luis Artime. Działacze, chcąc wykręcić się ze złożonej obietnicy, postanowili mnie zawiesić. Przez to Artime ostatecznie okazał się ode mnie lepszy o dwa trafienia”. Kibice stanęli po stronie swojego największego idola, a nieporozumienia na linii zawodnik – klub skrzętnie wykorzystała Boca Juniors, wykupując napastnika za rekordowe na te czasy 25 milionów pesos. Dla panujących Mistrzów Argentyny celem numer jeden w sezonie 1963 był triumf w Copa Libertadores. Triumfalny marsz został zastopowany dopiero w finale, gdzie w dwumeczu nie dali rady najlepszej wówczas drużynie na świecie, Santosowi, któremu przewodził sam Pele. Sanfilippo zdobył w rozgrywkach 7 bramek, co pozwoliło mu przywdziać koronę króla strzelców. Gdy wydawało się, że szybko zadomowił się w ekipie z La Bombonery, nieoczekiwanie nastał jego koniec. Na przełomie marca i kwietnia 1964 roku rozegrany został towarzyski i niezwykle dziwaczny turniej Copa Jorge Newbery. Dziwaczny, bo udział w nim wzięło zaledwie sześć drużyn, a finalnie tylko jedna – San Lorenzo – rozegrała komplet 5 meczów. Reszta od jednego do czterech. Pod koniec marca doszło do starcia San Lorenzo – Boca Juniors. Raczej nie trzeba nikomu tłumaczyć, jakie znaczenie miało ono dla Sanfilippo. Tymczasem trener Aristóbulo Deambrossi pozostawił swojego napastnika na ławce rezerwowych. Ówczesne przepisy mówiły, że w trakcie gry można dokonać tylko jednej zmiany, w dodatku jedynie w pierwszej połowie i tylko w przypadku kontuzji któregoś zawodników. Tę bardzo łatwo można było zasymulować, więc Sanfilippo był pewny, że przed upływem pierwszych 45 minut zostanie wprowadzony na murawę przy aplauzie uwielbiających go kibiców, dla których miał status piłkarskiego boga. W okolicach 40. minuty starcia trener nakazał mu się rozgrzewać, co dla zawodnika oznaczało wyraźny sygnał potwierdzający ten scenariusz. Tymczasem El Nene wcale nie doczekał się zmiany, co na stadionie wywołało potężną salwę gwizdów. Gdy sędzia zaprosił zawodników na przerwę, Sanfilippo ruszył do Deambrossiego z uzasadnionymi pretensjami: -Dlaczego mi to zrobiłeś? -Bo trenerzy mogą robić wszystko to, na co tylko mają ochotę. Krewki Argentyńczyk nie wytrzymał i na oczach zgromadzonej publiczności wymierzył szkoleniowcowi cios prosto w szczękę, po czym dodał: „Będziesz mógł pochwalić się swoim wnukom, że uderzył cię wielki Jose Sanfilippo”. Był tak rozwścieczony, że niewykluczone, że ktoś jeszcze zaliczyłby KO po spotkaniu z jego pięścią. Został jednak w pokojowy sposób poskromiony przez dwóch byłych kolegów z San Lorenzo i odprowadzony do szatni. Konsekwencja takiego zachowania mogła być tylko jedna – nazajutrz został dyscyplinarnie wyrzucony z klubu. Z Buenos Aires przedostał się przez La Platę do Montevideo i zasilił tamtejszy Nacional. W Urugwaju również imponował swoją zabójczą skutecznością. W 21 występach zdobył aż 25 bramek. Ta stosunkowo krótka, aczkolwiek bardzo intensywna przygoda narobiła mu wielu wrogów w postaci towarzyszy z szatni oraz samych pracodawców. Na obczyźnie z równie wielką łatwością przychodziło mu krytykowanie zawodników swojej ekipy oraz podważanie decyzji organizacyjnych działaczy. Piłkarsko był jednak tak dobry, że fani go uwielbiali.

Gdy w 1964 roku doznał paskudnego złamania nogi, które na ponad 12 miesięcy wykluczyło go z gry, przypuszczano, że jego kariera została zakończona. Tymczasem już w pierwszym meczu po powrocie na boisko popisał się hat-trickiem. Niewiele później popadł w otwarty i publiczny konflikt z prezesem Nacionalu. Eduardo Pons Echeverry ukarał zawodnika pokaźną karą finansową za to, że ten bezwzględnie wykorzystuje każdą okazję do skrytykowania sposobu zarządzania i funkcjonowania klubu. W odpowiedzi Sanfilippo wysłał do wszystkich urugwajskich gazet sportowych list, w którym opisał kulisy, jego zdaniem, nieudolnej pracy zarządu. Panowie przez kilka tygodni, m.in. właśnie na łamach pracy, obrzucali się błotem, a ta medialna przepychanka trwała do momentu aż Echeverry zastosował wobec napastnika karne obniżenie pensji. Po tym wszystkim El Nene wrócił do ojczyzny, by reprezentować barwy Banfield, a później wyjechał do Brazylii, gdzie przywdziewał koszulki Bangu oraz EC Bahia. Na ostatni sezon w karierze zrobił wielki come back do swojego domu, do San Lorenzo. Z piłkarskiej sceny zszedł tuż po wywalczeniu drugiego w swoim dorobku tytułu Mistrza Argentyny. Sanfilippo był oczywiście stale powoływany do reprezentacji. Wystąpił m.in. na Mundialach w 1958 i 1962 roku. Były to dwa pierwsze globalne turnieje Albicelestes po zakończeniu II Wojny Światowej i oba zakończyły się niepowodzeniami. Co ważne, dla argentyńskich kibiców były to niespodziewane niepowodzenia, bowiem stojący na czele kraju w latach 1946-1955 Juan Peron wykorzystywał piłkę nożną w celu propagowania swoich idei, więc każde zwycięstwo drużyny narodowej było hucznie ogłaszanym wydarzeniem, a porażki zamiatane pod dywan. I to jest też powód dlaczego zabrakło jej na Mundialach w 1950 i 1954 roku. Brak wywalczenia czołowych lokat dałby przecież ludziom odpowiedź, czy ich zespół rzeczywiście nie ma sobie równych. Po obaleniu prezydenta kadra wyjechała na czempionaty, a te były dla niej swoistym zderzeniem ze ścianą. Występ w 1958 roku wciąż jest określany w Argentynie mianem „szwedzkiej katastrofy”. Zawodnicy z Ameryki Południowej przegrali najpierw z Republiką Federalną Niemiec 1:3, później pokonali Irlandię Północną 2:1, by w starciu, którego stawką był awans do fazy pucharowej polec 1:6 z Czechosłowacją. El Nene w Szwecji nawet nie powąchał murawy, a po powrocie do ojczyzny udzielił wywiadu, w którym powiedział: „Za klęskę na Mistrzostwach odpowiada trener Guillermo Stábile. Niczego nas nie nauczył, nie potrafi zarządzać grupą. Mnie nie wystawiał, bo jest cholernym zazdrośnikiem. Nie chce, bym miał w reprezentacji więcej goli od niego”. Cztery lata później w Chile było tylko nieco lepiej. Argentyńczycy w grupie wygrali 1:0 z Bułgarią, przegrali 1:3 z Anglią i zremisowali bezbramkowo z Węgrami. Na tej fazie znów zakończyli jednak swój udział w turnieju. W meczu przeciwko Synom Albionu El Nene wpisał się na listę strzelców. Znacznie lepiej Argentyńczykom poszło na Copa America w 1957 roku. Sięgnęli po złoto. Sanfilippo pełnił na tym turnieju funkcję rezerwowego, rozegrał 172 minuty i strzelił jednego gola. Dwa lata później, z sześcioma trafieniami na koncie, został najlepszym strzelcem południowoamerykańskich rozgrywek, a jego ekipa wywalczyła wicemistrzostwo kontynentu. W ramach ciekawostki dodam, że w 1959 roku odbyły się dwa turnieje Copa America. W marcu w Argentynie wygrali gospodarze, w grudniu w Ekwadorze triumfował Urugwaj. Nasz bohater wziął udział w drugim nich. Na najwyższym poziomie ligowym utrzymał się niemal przez 20 lat, co było niespotykane w jego czasach. Absolutnym kluczem do tej długowieczności było dbanie o zdrowie i regenerację, o czym wspomniałem kilka minut temu. Z 217 trafieniami wciąż jest najskuteczniejszym zawodnikiem w historii San Lorenzo. W narodowych barwach zaliczył 29 występów, w których 21 razy wpisał się na listę strzelców. Póki co tylko on i Leo Messi legitymują się hat-trickiem strzelonym przeciwko Brazylii. Wcześniej, w kontekście wymagania od swoich kolegów, porównałem go do Ibahimovicia. Szwed może mu jednak czyścić buty jeśli chodzi o arogancję i egocentryzm. A sami przyznacie, że to wielki wyczyn. Sanfilippo nie gryzie się w język, gdy opowiada, że był fenomenem swoich czasów. Bez żadnych hamulców stwierdził: „Ze wszystkich trenerów, dla których grałem, żaden niczego mnie nie nauczył”. Po jednym ze zwycięstw San Lorenzo kibice zgromadzili się pod jego domem, by na jego cześć śpiewać pochwalne przyśpiewki. Sanfilippo wyszedł na balkon, uniósł ręce do góry i krzyknął w ich kierunku: „Dobrze, już dobrze! Wracajcie do domu odpocząć, bo jutro musicie iść do pracy”. Niedługo po zawieszeniu butów na kołku zajął się trenerką. Przejął stery w Deportivo Español. Jego charakter i impulsywność szybko dały o sobie znać. Podczas jednego z meczów tak mocno zirytowały go decyzje sędziego, że nie wytrzymał i znów wcielił się w rolę boksera. W kolejnych latach bardzo często zapraszano go do programów telewizyjnych, by używał swojego ciętego języka przy ocenie piłkarskich wydarzeń. Jose Sanfilippo jest w Argentynie wspominany tak, jak w Polsce Gerard Cieślik czy Ernest Pohl. Jako wybitny zawodnik, niepodważalna legenda jednego klubu, która nie miała szans na wielki sukces z reprezentacją. Oczywiście ktoś mógłby mi teraz zarzucić, że El Nene ma przecież na koncie mistrzostwo i wicemistrzostwo Ameryki Południowej. Weźmy jednak pod uwagę, że w jego czasach Albicelestes mieli monopol na wygrywanie lub co najmniej zajmowanie czołowych miejsc w rozgrywkach Copa America. Poza tym w całej historii żadna inna ekipa nie zajmowała miejsca na podium częściej niż Argentyńczycy, więc nie ma co się dziwić, że prawdziwymi piłkarskimi bohaterami są jedynie ci, którzy przywieźli złoto z Mistrzostw Świata. No i oczywiście Leo Messi. Charakter, zażartość i nieustępliwość Sanfilippo z jednej strony przysporzyły mu masę wrogów ale z drugiej można się zastanawiać, czy bez nich byłby w stanie osiągnąć to, co osiągnął. I nie oszukujmy się, jako fani piłki nożnej kochamy przecież zawodników wyrazistych, mających coś do powiedzenia, wręcz bezczelnych a tych którzy jednocześnie czarują lub wykręcają okazałe statystyki na boisku, wręcz uwielbiamy. Właśnie dlatego warto znać historię argentyńskiego bohatera…

9

Wyjątkowe i wspaniałe legendy argentyńskiego futbolu(tylko w odpowiedzi na komentarz):

@Sysia11
@Safrani
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Arkon
@Adran360

0

@ShawnC I to mać powód że jest fanem Realu Madrid!? Weź mnie nie rozśmieszaj! Udowodnij mi jego wypowiedzią że przynajmniej sympatyzuje z Krolewskimi? W innym wypadku będą to tylko czyste spekulacje!

Media

Sonda

Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?