FCBparasiempre
Dołączył/a: grudzień 2020
Biała Podlaska
34 obserwujących
0 obserwowanych
Czy zamierzasz śledzić dokładnie występy Lewandowskiego w Chicago Fire?
Komunikat
Polecający
Ładowanie...
Historia komentarza
Ładowanie...
0
@Arkon Aaa to o Żewłakowa chodzi. A jesteś pewien że to pan Michał zadecyduje o tym wszystkim a nie ten cwaniak Mioduski...?
0
@Ogorinho1974 Zgadza się, wiem o tym. Szarmach to jedno a drugie to że mało nie zamordował Matysika w meczu... no właśnie już nie pamiętam czy z Włochami, czy z Francją o 3 miejsce? W każdym razie w Hiszpanii piłkarze mieszkali bez klimatyzacji i nie mogli nocami spać. Tam pod tym względem był podobny koszmar co 4 lata później w Meksyku...
Po mistrzostwach Matysik wylądował w szpitalu z powodu odwodnienia i długo dochodził do siebie. Gdzieś to czytałem tylko nie pamiętam dokładnie gdzie...
13
Perfect hat-trick:
Idealny hat-trick to sytuacja, w której zawodnik zdobywa trzy gole w jednym meczu, ale sposób, w jaki zdobywane są gole, ma znaczenie. Aby zawodnik zdobył idealnego hat-tricka, musi strzelić jednego gola prawą nogą, jednego gola lewą nogą i jednego gola głową. Nie musi być żadnej konkretnej kolejności, aby zdobyć idealnego hat-tricka, ale zawodnik musi strzelić gola jedną bramką każdą z trzech metod.
Chociaż hat-trick stał się synonimem piłki nożnej, tak naprawdę nie zaczął się jako termin wymyślony przez tę piękną grę. Zamiast tego termin „hat-trick” pochodzi z gry w krykieta. Hat-trick w grze w krykieta oznacza, że rzucający zdobywa trzy ,,wicket” w trzech kolejnych dostawach. Aby uczcić zdobycie hat-tricka przez zawodnika, klub wręczałby mu czapkę upamiętniającą jego osiągnięcie. Podczas gdy kluby piłkarskie raczej nie wręczają swoim zawodnikom czapek, aby uczcić zdobycie hat-tricka, zawodnikowi zazwyczaj pozwala się zabrać piłkę meczową do domu po zdobyciu hat-tricka. W Premier League nie brakowało strzelców hat-tricka Premier League. Legendarni strzelcy goli, tacy jak Louis Saha, Edin Džeko, Peter Crouch, Thierry Henry, Les Ferdinand, Jimmy Floyd Hasselbaink, Andy Cole i Matthew Le Tissier, wszyscy strzelili idealnego hat-tricka. Choć nie jest to szczyt wszystkiego, ponieważ wielu światowej klasy piłkarzy nie strzeliło hat-tricka, stał się elitarnym klubem dla niektórych z najlepszych.
Istnieje jednak bardziej wyselekcjonowana grupa graczy, którzy zdobyli idealny hat-tricka więcej niż raz. Największy gracz Manchesteru City, Sergio Aguero, zdobył dwa idealne hat-tricki, strzelając gole w 2015 i 2018 roku przeciwko Newcastle United.
Podczas gdy wybryki Aguero są imponujące, jedynym graczem, który zdobył trzy idealne hat-tricki, był Robbie Fowler. Maszyna do zdobywania goli dokonała tego wyczynu przeciwko Southampton w 1993 r., Arsenalowi w 1995 r. i Southampton ponownie w 1999 r. Podczas gdy tacy gracze jak Alan Shearer i Wayne Rooney plasują się w rankingu strzelców mniej więcej na równi z Fowlerem, żaden z angielskich mistrzów nie zdołał zbliżyć się do rekordu Fowlera i uważamy, że prawdopodobnie pozostanie on najlepszy przez jakiś czas.
@Stinger_
@Safrani
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@AssisMoreira
@Adran360
10
Zapomniane i niedoceniane legendy futbolu:
Dokładnie 100 lat temu urodził się Robert Jonquet, francuski obrońca. Dzięki doskonałemu występowi przeciwko Anglii w 1951 roku zyskał przydomek „Bohater z Highbury”. Przez niemal całą swoją karierę reprezentował barwy Stade de Reims (502 mecze i dziewięć goli), nic więc dziwnego, że jeszcze za życia jego imieniem nazwano jedną z trybun na stadionie tej drużyny. Razem z Reims sięgnął po pięć tytułów mistrzowskich i wystąpił w dwóch finałach Pucharu Mistrzów. Jonquet świetnie radził sobie również w reprezentacji Francji (58 meczów). Do legendy przeszedł jego występ w półfinałowym spotkaniu mistrzostw świata w Szwecji, kiedy ze złamaną nogą stawiał czoła Brazylijczykom. Zmiany, ze względów regulaminowych, nie mogły być wówczas przeprowadzane, dlatego też Trójkolorowi ostatecznie polegli 2:5. Większość obserwatorów była jednak zgodna, że Francuzi wygraliby ten mecz, gdyby nie fatalna kontuzja Jonqueta.
@Adran360
@Arkon
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@Safrani
@Stinger_
0
@Arkon ,,ale wierzę że Michał podejmie najlepszą decyzję"- o czym w tym tekście masz na myśli?
9
Wybitne legendy polskiego futbolu:
Jedyny piłkarz w polskiej historii, który wystąpił w dwóch finałach igrzysk. Przez pełne 90 minut. Zygmunt Maszczyk zawsze był w cieniu najjaśniejszych polskich gwiazd. 51 lat temu, 10 września, zdobył pierwszy polski złoty medal olimpijski w piłce nożnej. Zygmunt Maszczyk urodził się 3 maja 1945 roku w Siemianowicach Śląskich. W piłkę zaczął grać w szkole podstawowej. Został zauważony przez trenerów lokalnej Siemianowiczanki. Występował w klubie od 10. do 17. roku życia. W 1960 roku mistrzem Polski został Ruch Chorzów. W następnych latach nie wiodło mu się najlepiej. Zaczęto poszukiwania nowych piłkarzy. Trzy lata później sprowadzono na ulicę Cichą Maszczyka. „W drużynie niebieskich zaczynał w ataku, u boku Eugeniusza Fabera. Szybko jednak znalazł miejsce w drugiej linii, choć często grywał też jako obrońca, a podczas ligowego meczu z Górnikiem przez całe trzy minuty stał w bramce, zastępując kontuzjowanego bramkarza. Zawsze jednak walczył przez 90 minut o każdy metr boiska, dzięki temu zaś pełnym blaskiem mogły świecić gwiazdy Bronisława Buli w Ruchu czy Kazimierza Deyny w reprezentacji” czytamy o nim w monografii klubu z Chorzowa, autorstwa Andrzeja Gowarzewskiego i Joachima Waloszka. W Ruchu grał przez czternaście lat. W barwach klubu z ulicy Cichej strzelił 41 goli w ponad 300 występach. Zdobył trzy mistrzostwa i jeden Puchar Polski. Jego postawa na boisku nie uszła uwadze trenera Tysiąclecia Kazimierza Górskiego. ,,Gdy pierwszy raz spotkałem go na zgrupowaniu, nie miałem wątpliwości, że trafiłem na piłkarza dużego formatu, choć inni byli na pierwszym planie” - mówił Jerzy Kraska w wywiadzie Antoniego Bugajskiego w Przeglądzie Sportowym.
Maszczyk został powołany na Igrzyska Olimpijskie w Monachium w 1972 roku. Polska reprezentacja pojechała do Niemiec po naukę. Wywalczyliśmy najlepszy wynik w historii. Tak się zaczął złoty okres w polskiej piłce nożnej. W fazie grupowej wygraliśmy wszystkie trzy mecze. Drugą fazę rozpoczęliśmy od remisu z Danią 1:1. Pokonaliśmy ZSRR oraz Maroko. 10 września 1972 roku, 48 lat temu odbył się historyczny finał z Węgrami. Po pierwszej połowie przegrywaliśmy 0:1. W drugiej swoim talentem błysnął Kazimierz Deyna, strzelając dwie bramki w 47. i 66. minucie. Przy drugim golu bardzo duży udział miał Maszczyk. Zacentrował w pole karne. Lubański lekko zbił piłkę głową do Deyny, a ten wykończył całą akcję. Mecz zakończył się zwycięstwem 2:1. Zdobyliśmy jedyny złoty medal olimpijski dla Polski w piłki nożnej. W 1976 roku pojechaliśmy już jako faworyt na igrzyska do Montrealu. W eliminacjach zremisowaliśmy jeden mecz z Kubą. Resztę wygraliśmy. W finale zmierzyliśmy się z Niemiecką Republiką Demokratyczną. Bramkarz Jan Tomaszewski na początku meczu popełnił dwa kardynalne błędy. Nasz przeciwnik już po 14 minutach prowadził 0:2. W 59. minucie kontaktowego gola zdobył Grzegorz Lato. Niestety, NRD w 84. podwyższyło na 1:3. Tak zakończył się mecz. Wywalczyliśmy srebrny medal. Na obu olimpiadach wystąpiło tylko 7 piłkarzy. Są oni jedynymi sportowcami posiadającymi medale złote i srebrne w sportach zespołowych, w całej historii występów Polaków na igrzyskach. Tylko jeden z nich, Zygmunt Maszczyk, zagrał w obu tych finałach przez pełne 90 minut. Kazimierz Deyna w meczu finałowym z Węgrami, w Monachium, zszedł w 77. minucie. W Montrealu zagrał cały mecz. Jerzy Gorgoń i Lesław Ćmikiewicz rozegrali całe spotkanie z Węgrami. Nie pojawili się na boisku w finale igrzysk w Ameryce Północnej. Antoni Szymanowski, Kazimierz Kmiecik oraz Grzegorz Lato wystąpili tylko w meczu z NRD w Kanadzie. Pomiędzy obu tymi olimpiadami Zygmunt Maszczyk wystąpił w polskiej reprezentacji na mistrzostwach świata w Niemczech. W meczu o trzecie miejsce z Brazylią także grał przez 90 minut. We wszystkich meczach na obu igrzyskach oraz na mundialu opuścił tylko jeden mecz w grupie w 1972 roku z NRD.
@Safrani
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@FcPortoFan1999
@Arkon
@Adran360
9
Panie i Panowie, 83 lat kończy dziś Antoni Piechniczek! Panie Antoni, zdrowia szczęścia i słodyczy cała sportowa Polska panu życzy.
"Brałem dwa razy udział w mistrzostwach świata, byłem na igrzyskach olimpijskich z reprezentacją Tunezji, pracowałem na trzech kontynentach. To była fantastyczna przygoda” – powiedział były trener polskich piłkarzy Antoni Piechniczek. Piechniczek dwukrotnie wprowadził polską reprezentację do mundialu a w 1982 w Hiszpanii zajął z nią trzecie miejsce. „Gdybym powiedział, że nie mam satysfakcji, byłoby to bluźnierstwo. Zjeździłem świat, pięć razy grałem w eliminacjach MŚ. Czego można żądać więcej?”– dodał Piechniczek, który pracował też z reprezentacjami Tunezji i Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Przyznał, że podobnie jak polscy piłkarze, wiedział, czym dla kibiców( także w sensie pozasportowym) były sukcesy kadry w latach 80-tych. „Kiedy jechaliśmy na MŚ w Hiszpanii, wiedząc w jakim stanie wyjeżdżamy z kraju (trwał stan wojenny), chcieliśmy kibicom, a także, jeśli tak można powiedzieć – narodowi – zafundować fantastyczny serial, składający się z siedmiu meczów. By to zrealizować, trzeba było się dostać do strefy medalowej. I to się nam udało. Satysfakcję mam olbrzymią”- stwierdził Piechniczek, który biało-czerwonych poprowadził w sumie w 11 spotkaniach podczas finałów MŚ. „Tym nie może się(jak na razie) poszczycić żaden polski trener”- podkreślił Piechniczek, który po zakończeniu pracy trenera był m.in. wiceprezesem PZPN. W latach 2007-2011 zasiadał w Senacie RP. Łącznie pod jego kierunkiem biało-czerwoni rozegrali 74 spotkania, 26 wygrywając, 21 remisując i 27 przegrywając. Od wielu lat mieszka w Wiśle.
@Adran360
@Arkon
@FcPortoFan1999
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@Mixtape
@misterio
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@Safrani
8
Duma Katalonii w Pucharze Mistrzów:
3 maja 1961 r. Barça po raz pierwszy w historii awansowała do finału Pucharu Mistrzów. Stało się to dzięki zwycięstwu w trzecim, dodatkowym spotkaniu z HSV Hamburg. Po zwycięskich dwumeczach z Koninklijke Lierse, Realem Madryt oraz Hradec Kralove na drodze do finału w Bernie stanęli mistrzowie Niemiec. Blaugrana wygrała w pierwszym spotkaniu u siebie 1:0 po golu Evaristo ale w rewanżu przegrywała 0:2 i dopiero trafienie Sandora Kocsisa w ostatniej minucie doprowadziło do wyrównania stanu rywalizacji. W tamtych czasach nie obowiązywała zasada iż gole na wyjeździe liczą się podwójnie. O awansie miał rozstrzygnąć dodatkowy pojedynek na Brukselskim Heysel(brak rozstrzygnięcia mógł skutkować rzutem monetą). Jednak Duma Katalonii wygrała 1:0 po golu Evaristo i awansowała do finału, w którym przegrała niestety ze słynną Benficą 2:3.
@Stinger_
@Safrani
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Arkon
@Adran360
0
@FLYP Napewno ich stać tylko w jego przypadku to on coś ma z głową nie tak?
9
Blaugrana w Copa del Rey:
Równo 100 lat temu FC Barcelona pokonała w Saragossie Atletico Madryt 2:1 w ramach półfinału Pucharu Króla. To był trzeci dodatkowy mecz, który wyłonił finaliste Copa del Rey. Barça miała szczęście ponieważ w pierwszym meczu wygrała tylko 3:2 a w rewanżu przegrała 2:1, jednak wówczas nie brano pod uwagę goli strzelonych na wyjeździe i w efekcie doszło do trzeciego starcia. Gole dla Blaugrany strzelili Arnau oraz Sagi Barba.
@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@Safrani
8
@FCBparasiempre
Mistrzostwa Świata, Mistrzostwa Europy czy Copa America. Bez wątpienia to turnieje, które możemy uznać za świetne okno wystawowe dla piłkarzy, o których świat wcześniej nie słyszał, bądź słyszał, ale swoją grą w klubie nie zasługiwali na stawianie ich na piedestale. Historia zna wiele gwiazd jednego turnieju, które wystrzeliły z formą w trakcie reprezentacyjnego czempionatu. W nagrodę zazwyczaj zapracowali sobie na transfer do poważniejszego klubu, po czym brutalnie zderzali się z rzeczywistością. Bohater niniejszego artykułu być może w wielkim klubie nie grał, ale jego historia idealnie wpisuje się w definicję „gwiazdy jednego turnieju”. Amado Guevara. Nie, nie mylcie ze słynną argentyńską legendą lewicowych bojówek, Che Guevarą. Zbieżność nazwisk jest tu również zupełnie przypadkowa. I mimo, że Honduranin sławą nie może się równać z legendarnym już rewolucjonistą, to w lipcu 2001 roku był na ustach całego futbolowego świata. To właśnie ten środkowy pomocnik stał na czele reprezentacji Hondurasu, która siała popłoch na Copa America i osiągnęła największy sukces w historii tamtejszego futbolu, zajmując ostatecznie trzecie miejsce… Urodzony w 1976 roku Guevara już od początku był uznawany za wielki talent. Wystarczy wspomnieć, że w wieku 19 błyszczał w lidze honduraskiej i po dwóch sezonach gry miał na koncie 25 bramek i to pomimo faktu, że grał na pozycji pivota. Wtedy również zyskał przydomek „El Lobo” (z hiszp. wilk), gdyż od początku swojej kariery przejawiał cechy prawdziwego przywódcy. Już jako lider swojej drużyny, pojechał w 1995 roku na mistrzostwa świata U-20 do Kataru, gdzie pomimo trzech porażek Hondurasu i bilansu bramkowego 5-14, Guevara okazał się jednym z objawień całej imprezy. Strzelał bramki Portugalii i Argentynie, czym zwrócił na siebie uwagę scoutów z Europy. Transfer był więc tylko kwestią czasu… Ostatecznie wylądował w Realu Valladolid, w którym na swojej drodze spotkał… Rafę Beniteza, który rozpoczynał właśnie swoją trenerską karierę. Guevara zdążył rozegrać w zespole jednak zaledwie 8 spotkań, Beniteza zwolniono po 23 kolejkach, a młody reprezentant Hondurasu wrócił z podkulonym ogonem do ojczyzny. Przez cztery lata występował w drużynie Motagui Tegucigalpa, ugruntowując swoją pozycję najlepszego piłkarza w kraju. Były to jednak czasy, kiedy jego awanturniczy charakter nie dawał o sobie jeszcze tak znać, a on sam koncentrował się tylko na piłce. W 2000 roku wylądował w bogatszej i bardziej medialnej lidze w Meksyku. Został piłkarzem Toros Neza, klubu, który największe sukcesy święcił w latach 1995-1997. Od trzech lat próbowano więc powrócić do czasów świetności, a przed Guevarą zatrudniono tam nawet słynnego Brazylijczyka Bebeto, z którym ostatecznie nasz bohater się minął. Zespół spisywał się tragicznie, spadł z ligi, a po dwóch sezonach został rozwiązany. Mimo wszystko „El Lobo” zdążył tam strzeli 7 goli w 26 spotkaniach i w nagrodę przeniósł się w czerwcu do CD Zacatepec. Z perspektywy czasu trudno nie uznać tego ruchu za pochopny. Miesiąc później Guevara rozegrał turniej życia w Kolumbii (o czym będzie za chwilę) i mógł przebierać w ofertach z silnych klubów europejskich. Nie mam wątpliwości, że piłkarz z taką wizją gry, umiejętnościami technicznymi i świetnie bitymi stałymi fragmentami gry, poradziłby sobie w jednej z pięciu czołowych europejskich lig. Na usprawiedliwienie jego decyzji można jednak powiedzieć, że zapewne nie mógł się spodziewać, że za miesiąc będzie na ustach wszystkich… W 2001 roku w Kolumbii miał się odbyć turniej Copa America. Co ciekawe, Hondurasu miało w ogóle nie być na imprezie, a same rozgrywki jeszcze na tydzień przed ich rozpoczęciem miały być przeniesione do Wenezueli bądź przesunięte na następny rok. Wynikało to z napiętej sytuacji politycznej w kraju i kryzysu władzy, jaki wtedy panował. Futbol był prawdopodobnie ostatnią rzeczą, o jakiej myśleli ludzie, wychodząc na ulice i protestując przeciwko rządzącym. Pomimo tego, rząd ostatecznie zagwarantował wzmożone środki bezpieczeństwa i turniej mógł się odbyć. Argentyńczykom to jednak nie wystarczało i zrezygnowali z uczestnictwa mistrzostwach kontynentu(mimo, że byli murowanymi faworytami). Zastąpić ich miała Kanada, która rok wcześniej zdobyła Gold Cup, jednakże ta reprezentacja również zrezygnowała z udziału w turnieju. Zwrócono się więc w kierunku Hondurasu, który praktycznie prosto z samolotu przystąpił do pierwszego starcia z Kostaryką. Od razy na myśl może przychodzi casus Duńczyków, prowadzonym przez Richarda Moellera Nielsena i ich występu na mistrzostwach Europy z 1992 roku… No cóż, trudno nie znaleźć podobieństwa. Przecież „Los Catrachos”, jak nazywana reprezentacja Hondurasu była uznawana raczej za chłopca do bicia i pierwsze spotkanie z Kostaryką zakończyło się porażką 0:1, która raczej potwierdzała przed turniejowe przewidywania. Jak się miało jednak okazać, przedwcześnie… O wszystkim miało więc decydować drugie spotkanie, w którymi rywalami miała być drużyna Boliwii.
Amado Guevara już wcześniej uznawany był za największą gwiazdę reprezentacji, w wieku 25 lat nosząc opaskę kapitańską. W pierwszym spotkaniu nie zabłysnął i nie potrafił powstrzymać dobrze funkcjonującej drugiej linii Kostarykańczyków. Jednak już mecz z Boliwią był jego prawdziwym koncertem. W 53. minucie znakomicie przyjął piłkę przed polem karnym rywali, po czym świetnym strzałem w lewy róg bramki wyprowadził na prowadzenie swoją reprezentację. Jednak prawdziwym majstersztykiem była drugi gol, gdy pokonał on bramkarza rywali uderzeniem z prawie 40. metrów. Faktem jest, że stało się to przy dość istotnej pomocy bramkarza, który najpierw niepewnie wybił piłkę, a później niefortunnie interweniował. Prawdą jest jednak, że za przytomność umysłu, jaką zachował Guevara w tej sytuacji, należą mu się największa brawa. Lider zespołu obudził się w najbardziej odpowiednim momencie, a zespół otrząsł się już po zawirowaniach z początku turnieju. W kolejnym spotkaniu z Urugwajem Honduras znowu zaskoczył i po świetnej dwójkowej akcji Saul Martinez-Guevara, ten drugi wykończył ją plasowanym strzałem w sytuacji sam na sam. Pewnym cieniem na wygranej kładzie się zaangażowanie Urugwaju, które w tym spotkaniu było dyskusyjne. Tajemnicą poliszynela jest bowiem fakt, że odpuścili ten mecz, aby nie trafić w ćwierćfinale na Brazylię. Ostatecznie więc to Guevara i spółka mieli stanąć na drodze ekipy Luisa Felipe Scolariego, która w trakcie turnieju nie prezentowała się jednak najlepiej, co potwierdziło spotkanie z Hondurasem. Pierwsza połowa odbywała się całkowicie pod dyktando zespołu z Ameryki Środkowej, a znakomicie prezentowała się trójka Guevara-Martinez-Julio Cesar Leon, którzy napędzali kolejne ataki na bramkę strzeżoną przez Marcosa. Co więcej, druga połowa nie przyniosła zmiany rażącej zmiany scenariusza i to Honduras nadal prezentował się lepiej, co udokumentowali w końcu bramką Saula Martineza. Efekt? Huraganowe ataki Brazylijczyków, które „Los Catrachos” jednak przetrwali, zadając ostateczny cios w czwartej minucie doliczonego czasu gry, kiedy po cudownym otwierającym podaniu Amado Guevary, reprezentanci Hondurasu ruszyli z kontrą, zakończoną drugą bramką Martineza. Świat osłupiał, a cud stał się faktem. Wielka machina Scolariego, mająca w składzie takie nazwiska jak Juninho Paulista, Denilson, Roque Junior i Jardel ugięła się pod naporem maleńkiego Hondurasu. Piękny sen Guevary trwał dalej, a on sam solidnie pracował na miano najlepszego piłkarza turnieju. Półfinał z Kolumbią był już jednak meczem bez historii i gospodarze pewnie pokonali rewelację turnieju 2:0, co sprawiło, że w meczu o trzecie miejsce mieli się zmierzyć z Urugwajem, który tym razem nie zamierzał jednak odpuszczać meczu. Ostatecznie padł remis 2:2, Honduras wygrał po karnych, a asystę przy jednej z bramek zaliczył (a jakże) Guevara, o którym już wtedy mówiono w kontekście zdobycia nagrody MVP Copa America. I rzeczywiście ją otrzymał. Po turnieju Guevarze wiodło się różnie. Transfer do Zacapetec nie był najlepszą decyzją Guevary i spędził tam tylko sezon, po czym rozpoczął swoistą tułaczkę po klubach (Deportivo Saprissa i Matagua), którą zakończył dopiero w czerwcu 2003 roku, podpisując kontrakt z zespołem Metrostars z Nowego Jorku (późniejszy Red Bull). Z perspektywy czasu, okres w Metrostars można uznać za najbardziej ustabilizowany w jego karierze, w trakcie którego rzeczywiście pokazywał pełnię swoich możliwości. Wszak wystarczy wspomnieć, że już w pierwszym sezonie zaliczył 3 bramki i 10 asyst, a w drugim został uznany MVP całych rozgrywek (!). Guevara ugruntował więc swoją pozycję jako jednego z najlepszych i najbardziej widowiskowych piłkarzy MLS w ciągu kilku następnych lat. W tym momencie po raz pierwszy dał znać o sobie jego temperament i w 2006 roku pojawił się konflikt… Piłkarz nie dostał zgody na treningi ze swoim rodzimy klubem z Motagui. Guevara nic sobie jednak z zakazu nie robił i rozegrał w zespole nawet kilka towarzyskich spotkań, czym wywołał wściekłość u działaczy zespołu z Nowego Jorku. Doszło do otwartego konfliktu między zawodnikiem a prezydentem klubu Alexi Lalasem, który był gotów nawet zrezygnować z usług zawodnika, jednak zarząd uznał, że piłkarz musi zostać w zespole.
W 2007 roku do zespołu wrócił jednak legendarny amerykański piłkarz, Claudio Reyna i jasnym się stało, że Guevara nie jest już w klubie potrzebny. Rozpoczął więc kilkuletnią tułaczkę (drugą już w swoim życiu) po klubach z MLS i Ameryki Środkowej. Po drodze zaliczał m.in. Chivas, Toronto FC i ponownie zespół z Motagui, karierę kończąc w swoim rodzimym klubie. Copa America w Kolumbii była niewątpliwie popisowym turniejem Amado Guevary. Możecie więc się zastanawiać, dlaczego po takim turnieju nie wylądował w Europie. Fakt, miał już podpisany kontrakt z Zacapetec, ale przecież liczby miał tam niezłe(8 goli), tak samo jak w kolejnym klubie (Deportivo Saprissa – 9 goli w 19 spotkaniach). Co więc stanęło na jego drodze do wielkiej klubowej kariery? Niewłaściwy menadżer, umiejscawiający piłkarza w klubach, których fundamentem były chwilowe zachcianki lokalnego biznesu(Toros Neza, CD Zacapetec)? A może awanturniczy charakter samego zawodnika, który potrafił zdzielić łokciem rywala w trakcie meczu? Ostatecznie można domniemywać, że sam piłkarz obawiał się rywalizacji w Europie i wolał utrzymywać status lokalnej gwiazdy w Ameryce Środkowej i MLS, bojąc się prawdziwej weryfikacji na Starym Kontynencie. Jedno jest jednak pewne. Był to zdecydowanie najlepszy piłkarz w historii Hondurasu i człowiek, który zabrał na wycieczkę do krainy marzeń cały swój naród w lipcu 2001 roku. To sprawia, że status legendy niewątpliwie się mu należy, a on na stałe zapisał się w historii fanów latynoskiego futbolu, jako przykład romantycznej historii piłkarskiego pucybuta, który, choć na chwilę skradł serca piłkarskim fanom i stanął na futbolowym panteonie.
8
Piłkarz jednego turnieju:
@Safrani
@Stinger_
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@AssisMoreira
@Adran360
@Arkon
0
@FcPortoFan1999 Czy ja wiem że płacą po dziś dzień? Myśle że to jednak przesada że po dziś dzień. Piłka klubowa portugalska na arenie europejskim właściwie dzisiaj nie istnieje, więc to nie tylko problem Benfiki. W tamtych czasach węgierscy trenerzy byli wręcz wybitni, najlepsi na świecie. Może teraz przydałby się jakiś trener z Hiszpanii dla portugalskich klubów...?
9
Mecze, które wstrząsnęły światem:
2 maja 1962 r. Benfika Lizbona pokonała Real Madryt 5:3. Ten mecz uchodził przez lata za najlepszy w historii finałów Pucharu Mistrzów. Było w nim to wszystko, co decyduje o atrakcyjności widowiska: zwroty akcji, gole, gwiazdy i niezwykła atmosfera stadionu w Amsterdamie. Niemniej ważny był fakt iż finał rozgrywek o Puchar Mistrzów pierwszy raz transmitowały stacje telewizyjne w całej Europie. Wśród nich Telewizja Polska i wszystkie kraje socjalistyczne zgrupowane w Interwizji. Zobaczyliśmy wreszcie na własne oczy to, o czym dotychczas tylko słyszeliśmy. Real wciąż był wielki, chociaż znalazł się ktoś, kto zakończył serie jego 5 pucharowych zwycięstw. W dodatku była to drużyna z Katalonii. W sezonie 1960/61 Real rozpoczynał rozgrywki od drugiej rundy, wylosował Barçe i został wyeliminowany. Z punktu widzenia Europy to była sensacja ale nie w Hiszpanii. Atak Blaugrany: Kubala, Kocsis, Evaristo, Luis Suarez i Czibor był porównywalny z napadem Realu. Zbudowany 3 lata wcześniej Camp Nou świadczył o wielkich aspiracjach klubu. O awansie Barçy zadecydował jeden gol(2:2 w Madrycie i 2:1 w Barcelonie). Emocje związane ze starciami Realu i Dumy Katalonii nie są niczym nowym. Zmieniają się tylko piłkarze. Katalończycy dotarli wówczas do finału, w którym nieoczekiwanie ulegli teoretycznie słabszej Benfice 2:3.
Kiedy więc w następnym sezonie w finale Benfica spotkała się z Realem, powszechnie uznano że wszystko wróciło do normy. W Realu wciąż świeciły największe gwiazdy: Di Stefano, Puskas, Santamaria, Gento, del Sol a trenował go nadal Miguel Muñoz. Benfica wystawiła jedenastke bardzo podobną do tej zwycięskiej sprzed roku, z wyjątkiem jednej zmiany w pomocy i dwóch w napadzie. Na skrzydle zagrał 19-letni Antonio Simoes, który rok wcześniej zdobył mistrzostwo Europy juniorów. Portugalia pokonała wtedy w finale Polske. Drugim nowym napastnikiem był 20-letni Eusebio. Finał w Amsterdamie rozpoczął się po myśli Realu. W 17 minucie di Stefano zobaczył iż obrońcy Benfiki ustawili się w jednej linii blisko połowy boiska a Puskas stoi prawie równo z nimi. Podał więc mu prostopadłą piłke, Węgier przejął ją jeszcze w kole środkowym i biegł sam na bramke Costy Pereiry. Ludzie na stadionie wstali a w domach przed telewizorami również. Puskas ścigany przez obrońców pokonał około 40 metrów, podbił sobie jeszcze piłke udem żeby lepiej ułożyć ją do strzału i kopnął z odległości około 13 metrów lewą nogą w lewy dolny róg. Pięć minut później Węgier otrzymał piłke na środku boiska, około 25 metrów od bramki. Nikogo przy nim nie było, więc znowu kropnął lewą nogą. Piłka odbiła się jeszcze od murawy i wpadła ponownie w ten sam róg bramki. Real prowadził więc 2:0. Jednak Benfica nie rezygnowała i 2 minuty później zdobyła pierwszego gola. Z rzutu wolnego Eusebio trafił w słupek a odbitą piłke kopnął do bramki Aguas. Na 2:2 wyrównał Cavem strzałem w okienko zza pola karnego. Jeszcze przed przerwą Puskas znowu dał prowadzenie Realowi. Tym razem strzelił z linii pola karnego, oczywiście lewą nogą. Na przerwę w lepszych humorach schodzili Hiszpanie. Trener Benfiki, Bela Gutmann nie wyglądał jednak na zmartwionego, Miał podobno powiedzieć swoim zawodnikom: ,,Nie przejmujcie się. Teraz ich mamy. Oni już oddychają rękawami. Jeśli ruszycie na nich od pierwszej minuty to już się nie pozbierają”. Gutmann wiedział co mówi. Di Stefano miał już 36 lat, Puskas 35, środkowy obrońca Santamaria 33 a skrzydłowy Gento 29 lat. Pięć minut po przerwie główny rozgrywający Benfiki, Mario Coluna trafił do bramki niemal z tego samego miejsca co Puskas przy drugim golu. Trener miał racje, Hiszpanie nie nadążali za przeciwnikami i zaczeli się gubić. Eusebio miał teraz swoje pięć minut. Najpierw wykorzystał rzut karny, potem rzut wolny i w 60 minucie było po meczu, mimo że przez ostatnich 20 minut nikt się nie oszczędzał.
Eusebio stał się symbolem tego zwycięstwa. Grał znakomicie, był młody, szybki i wspaniale zbudowany. Stał się pierwszym piłkarzem z Afryki, który robił prawdziwą światową karierę. Dwa lata po 1960 roku jego pojawienie się na futbolowych salonach nabierało dodatkowego znaczenia. Tym bardziej że w zespole Benfiki wystąpiło 4 piłkarzy pochodzących z krajów afrykańskich. Eusebio, Coluna i bramkarz Pereira byli Mozambijczykami a napastnik Aguas i rezerwowy Santana to Angolańczycy. Dziś obecność afrykańskich zawodników w najlepszych europejskich klubach jest normą, wtedy to było coś nowego. Benfika najprawdopodobniej nie zdobywałaby przez 2 lata z rzędu Pucharu Mistrzów, gdyby nie miał wyjątkowego trenera, Węgra Beli Gutmanna. Tuż po drugim z rzędu zwycięstwie Benfiki w europejskich pucharach Gutmann wyjechał z Lizbony. W nagrodę za zdobycie Pucharu Mistrzów otrzymał w Benfice premię o 4 tys. dolarów mniejszą niż za mistrzostwo Portugalii a ponieważ umiał liczyć, ruszył dalej w świat. Pracy nie musiał szukać; przestrzegał zasady że trzeci rok w pracy trenera bywa najgorszy i trzeba uciekać z klubu po dwóch, zwłaszcza kiedy się osiągneło sukces. Prowadził więc w swojej 40-letniej karierze ponad 20 różnych klubów. Kłótnie z prezesami stanowiły jego hobby. Milan zwolnił go w trakcie sezonu, mimo iż drużyna zajmowała pierwsze miejsce w lidze. Zdobywał tytuły mistrza Węgier, Portugalii, Urugwaju i stanu São Paulo. Kiedy Benfika wygrywała z Realem w Amsterdamie, Bela Gutmann miał 62 lata.
@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@Safrani
7
@FCBparasiempre
Dla Wielkiej Brytanii rok 1953 jest szczególny nie tylko ze względu na początek panowania królowej Elzbiety II. 2 maja 1953 r. odbył się na Wembley finał rozgrywek o Puchar Anglii Blackpoll – Bolton Wanderers, zwany potocznie ,,Finałem Matthewsa” albo ,,Finałem dwóch Stanów”. Pierwszy to Stan Matthews, drugi to Stan Mortensen i na tym meczu dokładnie na miesiąc przed koronacją, była już przyszła królowa Elzbieta. Nie opuszczała swojej loży, kiedy książe Filip i premier Churchill witali się na boisku z piłkarzami, przedstawianymi przez kapitanów drużyn. Anglia zapomniała o blamażu z mistrzostw świata w Brazylii. Miała 3 lata żeby wrócić do równowagi a taki finał jak ten bardzo jej w tym pomógł. Został okrzyknięty najlepszym finałem FA, jaki kiedykolwiek rozegrano, mimo że nie brały w nim udziału najlepsze drużyny ligi. Blackpool kończył rozgrywki na 7 miejscu a Bolton na 14-tym. Na Wembley przyszło 100 tysięcy ludzi. Już w 2 minucie prowadzenie dla Boltonu zdobył napastnik Nat Lofthouse. Strzelił z 30 metrów tak mocno że bramkarz Blackpool nie mógł jej utrzymać w rękach. To nie był dla niego dobry dzień. Jeszcze mecz się dobrze nie zaczął, jeszcze nie wszyscy usiedli na swoich miejscach a już Bolton prowadził 1:0. Blackpool wyrównał w 35 minucie po strzale Mortensena ale 4 minuty później kapitan Bolton kapitan Willie Moir strzelił drugiego gola a 10 minut po przerwie jeszcze jednego gola strzelił Eric Bell i Bolton prowadził już 3:1.Do końca finału pozostawało niewiele ponad pół godziny.
Kiedy spytano Matthewsa jak się wtedy czuł, piłkarz opowiedział: ,,Na pewno nie jak znokautowany bokser. Wszyscy wiedzieliśmy iż niezależnie od wyniku najlepiej gramy w ostatnich 20 minutach meczu. Nie pozostawało nam nic innego, jak jeszcze raz się o tym przekonać”. No i wtedy się zaczęło. To był jeden z tych meczów, które umocniły legendę Matthewsa jako ,,Czarodzieja dryblingu”. Matthews szalał na prawym skrzydle, mijał po kilku przeciwników i dośrodkowywał. Miał ułatwione zadanie, ponieważ grający po jego stronie obrońca Eric Bell już na początku meczu doznał kontuzji ale musiał pozostać na boisku bo przepisy gry nie uwzględniały zmian. Mimo to kuśtykając, strzelił trzeciego gola dla Bolton. Zostałby bohaterem, gdyby nie końcowy wynik. Największy wpływ na wynik mieli dwaj piłkarze. Dwie akcje Matthewsa, w których ogrywał niemiłosiernie lewego obrońcę Ralpha Banksa, zakończył celnymi strzałami Mortensen a trzecią – Bill Perry. Dwa ostatnie gole padły w 89 i 90 minucie a więc skończyło się 4:3 dla Blackpool. Nigdy wcześniej nie zdarzyło się aby Puchar Anglii zdobył zespół, który przegrywał dwoma golami. Pierwszy raz w finale FA Cup na Wembley jeden zawodnik strzelił 3 gole. Pierwszy i ostatni. Stan Mortensen przeszedł do historii. Dlaczego więc mecz nazwano ,,Finałem Matthewsa”? Ponieważ zawodnik, który był motorem większości akcji, miał 38 lat. Zatem było więcej niż pewne że ostatni raz występuje w finale i wszyscy(poza kibicami Boltonu) życzyli mu zwycięstwa. Tym bardziej że Blackpool z Matthewsem i Mortensenem trzeci raz w ciągu 6 lat grał w finale Pucharu Anglii a dwa wcześniejsze mecze przegrał. Matthews był pierwszą angielską gwiazdą futbolu, którą można było zobaczyć w telewizji i jedną z trzech największych w powojennej Wielkiej Brytanii, obok dżokeja Gordona Richardsa i gracza krykieta Lena Huttona. Richards otrzymał tytuł szlachecki w roku koronacji Elżbiety II, Hutton w 1956 a Stanley Matthews w 1965, jako pierwszy piłkarz.
Stanley był zawodowym piłkarzem przez 33 lata! Pobił wszelkie rekordy zawodowej aktywności. Pierwszy mecz w lidze rozegrał w roku 1932 w barwach Stoke City, mając zaledwie 17 lat. Był najmłodszym zawodowcem w Anglii; ostatni natomiast w 1965, w tym samym klubie, 5 dni po 50 urodzinach. Wystąpił w 701 meczach ligowych. W reprezentacji Anglii debiutował w roku 1934 i od razu strzelił gola. Po raz ostatni włożył angielską koszulke 23 lata później, w 1957 przeciw Danii w Kopenhadze. Miał wtedy ukończone 42 lata. Był najstarszym uczestnikiem mundialowych turniejów w Brazylii i Szwajcarii. W roku 1947 został pierwszym laureatem plebiscytu dziennikarzy piszących o futbolu na Piłkarza Roku. Drugi raz przyznano mu ten tytuł 15 lat później. Stanley Matthews został też pierwszym laureatem plebiscytu magazynu ,,France Football” dla najlepszego zawodnika Europy, najbardziej prestiżowego, w którym nagrodą jest Złota Piłka. Matthews wygrał ja w roku 1956, wyprzedzając Di Stefano, Raymonda Kope i Puskasa. Angielski bramkarz Gordon Banks powiedział że Matthews jest najbardziej klasycznym symbolem futbolu angielskiego; człowiekiem, który nie tylko czarował niezwykłymi umiejętnościami ale i stanowił wzór sportowej postawy. Nigdy nie został nie tylko wyrzucony z boiska ale nawet upomniany przez sędziego. UNESCO przyznało mu nagrodę Fair Play. Dla całego świata był symbolem długowieczności. Finał Pucharu Anglii w roku 1953 wprawił kibiców w dobry nastrój. To był futbol na najwyższym poziomie i nikt już nie pamiętał o amerykańskiej katastrofie z mundialu.
7
Finał dwóch ,,Stanów”:
@Safrani
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@AssisMoreira
@Arkon
@Adran360
0
Nie lubie Legii i tego Mioduskiego, jednak w tym miejscu chciałbym pogratulować ,,Wojskowym" za determinacje w dążeniu do celu, który zrealizowali i czego efektem będą europejskie puchary...
0
@FcPortoFan1999 Na dzień dzisiejszy to napewno nie widać takiej możliwości ale w przyszłości? Nigdy nie mów nigdy...
9
Pamiętajmy!
2 maja 1979 r. Polska pokonała Holandie na ,,Śląskim” 2:0 w eliminacjach do mistrzostw Europy. ,,Nie pomogły Johany, zwiędły tulipany"– śpiewali kibice na Stadionie Śląskim, gdy Zbigniew Boniek i Włodzimierz Mazur strzelali gole a Polska pokonywała wielką Holandię, ówczesnych wicemistrzów świata. Niecałe cztery lata wcześniej reprezentacja Polski rozegrała prawdopodobnie najlepszy mecz w historii. 10 września 1975 roku na Stadion Śląski zawitali wicemistrzowie świata Holendrzy i... dostali prawdziwą lekcję futbolu od biało-czerwonych, którzy wygrali 4:1. Także i tym razem ,,Oranje” przyjechali do Chorzowa w roli drugiej drużyny na świecie i... kolejny raz musieli uznać wyższość Polaków. Skończyło się wynikiem 2:0. Co ciekawe, Holandia trzeci raz gościła w słynnym „Kotle czarownic” i poniosła trzecią porażkę.
@Adran360
@Arkon
@FcPortoFan1999
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@Safrani
10
Pamiętamy!
2 maja 1981 r. Polska pokonała na stadionie Śląskim NRD 1:0 po golu Andrzeja Buncola. 2 maja współczesnym kibicom kojarzy się z Dniem Flagi i wielkim finałem Pucharu Polski, ale w PRL-owskiej rzeczywistości był zwyczajnym dniem jakich wiele. Z tym, że następował tuż po hucznie obchodzonym przez władze Święcie Pracy i poprzedzał honorowane tylko przez opozycję Święto Konstytucji. W takim oto politycznym potrzasku, w czasie solidarnościowej rewolucji i kilka miesięcy przed wprowadzeniem stanu wojennego, 2 maja 1981 roku odbyło się kluczowe spotkanie biało-czerwonych w eliminacjach hiszpańskiego mundialu. W roli selekcjonera w meczu o punkty zadebiutował Antoni Piechniczek. Rok później z małym okładem miał już na szyi medal mistrzostw świata... Andrzeja Buncola dla reprezentacji odkrył Ryszard Kulesza, ale to dopiero Antoni Piechniczek dał niewysokiemu pomocnikowi chorzowskiego Ruchu pełny kredyt zaufania. „Żywe srebro”, jak o Buncolu pisali wówczas dziennikarze ze względu na jego niezwykłą ruchliwość, energiczność i aktywność, nie jeden raz w tym meczu przeniknęło szyki niemieckiej defensywy. Efektem był gol na wagę dwóch punktów. Dużo gorzej spisała się gwiazda drużyny naszych zachodnich sąsiadów. Joachim Streich, brązowy medalista igrzysk w Monachium i najskuteczniejszy w historii piłkarz NRD, spisywał się tak słabo, że po godzinie gry trener zdjął go z boiska.
Oto zwycięski skład:
Polska: Jan Tomaszewski – Paweł Janas, Władysław Żmuda, Marek Dziuba, Jan Jałocha, Janusz Kupcewicz, Andrzej Buncol, Grzegorz Lato, Andrzej Iwan (80. Piotr Skrobowski), Andrzej Szarmach, Włodzimierz Smolarek.
@Safrani
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@NeroTFP1
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@FcPortoFan1999
@Adran360
0
@FcPortoFan1999 Trzeba przyznać że Chelsea była wówczas bardzo silna, moim zdaniem zdecydowanie silniejsza od Realu...
7
Grande Espectacolo el Clasico!
2 maja 2009 r. FC Barcelona rozgromiła na Santiago Bernabeu Real Madrid 2:6(!) w ramach 34 kolejki Primera Division. Tydzień wcześniej podopieczni Guardioli zremisowali 2:2 z CF Valencią i gdy w 14 minucie starcia w Madrycie Gonzalo Higuain wyprowadził ,,Królewskich” na prowadzenie, realizator transmisji pokazał wirtualną tabele z zaledwie jednopunktową stratą Realu na 4 kolejki przed końcem. Już po czterech minutach padł jednak gol wyrównujący autorstwa Henry’ego a przed przerwą Barça prowadziła już różnicą dwóch goli. Najpierw po rzucie wolnym skuteczną główką popisał się Carles Puyol a następnie Ikerowi Casillasowi nie dał szans Lionel Messi. Drugą połowe ponownie dobrze zaczął Real za sprawą gola Sergio Ramosa, lecz Blaugrana ponownie zdobyła 3 gole(Henry’ego, Messiego i Pique) i odniosła historyczne zwycięstwo w ,,jaskini lwa”, praktycznie zapewniając sobie odzyskanie po 3 latach mistrzostwa Hiszpanii. Wynik mógł być jeszcze bardziej okazały, lecz sędzia w końcówce nie podyktował karnego po faulu na Inieście, chcąc najwyraźniej oszczędzić gospodarzy. ,,Barça zademonstrowała na Bernabeu różnice pomiędzy tymi dwoma drużynami”- podsumowało ,,El Mundo Deportivo”. Ja osobiście byłem w szoku, ale takim radosnym szoku, gdy na drugi dzień rano zobaczyłem wynik w telegazecie. Do internetu miałem wówczas bardzo ograniczony dostęp. Co prawda miałem już Cyfrowy Polsat ale prawa do La Liga miał wtedy Canal+ ale za to Polsat Sport prezentował powtórki, więc byłem wniebowzięty bo przy okazji nagrałem powtórke tego spektakularnego wyczynu na płyte dvd. Pamiątka bezcenna a komentował znakomity Mateusz Borek.
Składy epokowego triumfu:
Real Madryt: Iker Casillas; Sergio Ramos (Van der Vaart, m.71), Cannavaro, Metzelder, Heinze; 'Lass' Diarra, Gago, Marcelo (Huntelaar, m.59), Robben (Javi García, m.78); Higuaín, Raúl.
FC Barcelona: Víctor Valdés; Dani Alves, Piqué, Puyol, Abidal; Touré (Busquets, m.84), Xavi, Iniesta (Bojan, m.84); Messi, Henry (Keita, m.60), Eto'o.
Grande partidazo:
@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@Safrani
12
Kolejny triumf w Copa del Rey:
2 maja 1920 r. FC Barcelona pokonuje w finale w Gijon, Athletic Bilbao 2:0 i sięga po raz czwarty w historii po Puchar Hiszpanii. Gole dla Barçy strzelili Vicente Martinez oraz Paulino Alcantara. Cules celebrowali ten tytuł jak nigdy wcześniej. Na stacji kolejowej Nord zgotowali jedno z największych powitań piłkarzy w historii. Szacuje się że na stacje przyszło około 6 tysięcy ludzi. Wśród nich zwracała uwagę obecność władz miasta z radnym Degolladą na czele, który przybył w imieniu burmistrza Antoniego Martineza i Domingo, członka Ligi Regionalistycznej. Oto historyczny skład z tego finału: Zamora, Coma, Galicia, Torralba, Sancho, Samitier, Vinyals, Sesúmaga, Martínez, Alcántara, Plaza.
@Stinger_
@Safrani
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@Arkon
@Adran360
1
@maroon Pomyliłeś się, to nie Luis Alberto Suarez Diaz, tylko Luis Suarez Miramontes!
1
@szymon6847 O takich ikonach sportu warto a nawet trzeba pamiętać bezwzględnie!
1
@szymon6847 To ja z kolei mam wrażenie jakbyś znał Luisa Suareza, czy nawet widział go w akcji.... :)
9
Wybitne legendy FC Barcelony:
Dokładnie 90 lat temu urodził się Luis Suarez Miramontes, jeden z najwybitniejszych snajperów w historii hiszpańskiego futbolu. Wielka legenda Blaugrany, jedyny Hiszpan, który został nagrodzony Złotą Piłką France Football. Jesteśmy bardzo wdzięczni za wszystko co uczynił Blaugranie. My cules nigdy o nim nie zapomnimy.
https://dumakatalonii.pl/luis-suarez-miramontes/
@Adran360
@Arkon
@AssisMoreira
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@Safrani
10
Prezent z okazji Święta Pracy:
1 maja 1977 r. Polska pokonała Danię 1:2 na wyjeździe w eliminacjach mistrzostw Europy. Przed odlotem do Kopenhagi trener Jacek Gmoch powiedział w wywiadzie telewizyjnym, że postara się sprawić prezent klasie robotniczej z okazji Święta Pracy. Obietnicę spełnił. 1 maja 1977 roku biało-czerwoni odnieśli na wyjeździe efektowne zwycięstwo a jego ojcem był Włodzimierz Lubański. Niewiele brakowało zresztą, by nie pojawił się na boisku, bo wówczas kluby nie miały obowiązku zwalniania zawodników na spotkania reprezentacji. Włodarze Lokeren, w którym grał, najpierw nie chcieli go puścić na mecz, ale ponieważ zależało im na przedłużeniu kończącego się kontraktu, ulegli jego namowom. Partia była dumna z piłkarzy. Pierwszy sekretarz KC PZPR Edward Gierek przesłał depeszę gratulacyjną na ręce kapitana Kazimierza Deyny. ,,Kolejny wspaniały sukces polskiego piłkarstwa! Proszę państwa, jakież spokojne lato przed naszą reprezentacją… Zwycięstwa, same zwycięstwa a przecież eliminacje się jeszcze nie skończyły. Zwycięstwo z trudnym przeciwnikiem w Porto z Portugalią i tu w Danii na Idrætsparken, gdzie mimo wszystko faworytami byli gospodarze naszpikowani tymi różnymi zawodowcami grającymi na zachodzie Europy. Jednak reprezentacja Polski jeszcze raz udowodniła wysoką dyscyplinę taktyczną, świetną grę w środku pola, wykorzystała bezbłędnie prawie wszystkie szanse, no a Włodzimierz Lubański swój 70. występ w reprezentacji ukoronował wspaniałymi dwiema bramkami.”- tak oto komentował nieodżałowany JAN CISZEWSKI.
@Adran360
@FcPortoFan1999
@KrychaFCB
@Lionel_Messi10
@misterio
@Mixtape
@Ogorinho1974
@Pawel13sz
@Safrani
@Stinger_
0
@FcPortoFan1999 Wiem i jest mi z tego powodu bardzo smutno...
Tam jest potrzebna rewolucja co najmniej na miare Widzewa...
10
Trzecie z rzędu zwycięstwo ,,Niebieskich”:
1 maja 1938 r. w trzeciej kolejce ligowej Ruch podejmował na własnym stadionie Warte Poznań. Drużyna z Poznania, która po pierwszej kolejce była liderem, przegrała w następnej kolejce z Cracovią i przyjeżdżając do Wielkich Hajduk planowała zatrzeć złe wrażenie ze stolicy Małopolski. Dziennikarze oraz znawcy futbolu zadawali sobie pytanie, czy drużyna z Poznania jest w stanie powstrzymać lidera tabeli w jego marszu na czele stawki ligowców. Początek zawodów wyznaczono na godzinę 17:00 a w przewidywanych składach w drużynie Ruchu miał wystąpić nowy nabytek Ewald Kruk skład ruchu na mecz z Wartą był następujący: Brom, Giemza, Czempisz, Nowakowski, Dziwisz, Panchyż, Wiechoczek, Kruk, Peterek, Wilimowski, Wodarz. Na trybunach mimo nie najlepszej pogody zgromadziło się od 6 do 8000 widzów. Mecz rozpoczął się od ataków gospodarzy, już w czwartej minucie Giemza strzałem z wolnego z 40 m. zdobył gola, którego sędzia nie uznał, gdyż Peterek sfaulował jednego z zawodników Warty. W siódmej minucie z karnego środkowy ataku Ruchu strzelił na 1:0. Niebiescy w dalszym ciągu atakowali i ponownie Giemza strzelił gola, prawie z połowy boiska, znów nieuznanego przez arbitra, gdyż Peterek kolejny raz faulował w akcji bramkowej obrońcę z Poznania. Niedługo potem po akcji Kruka ,, Mietlorz" podwyższył na 2:0 strzałem głową. Pod koniec pierwszej połowy goście zaczęli stopniowo otrząsać się z przewagi miejscowych i przejmować inicjatywę na boisku, lecz wynik pozostał bez zmian. Od początku drugiej połowy piłkarze z Poznania całkowicie opanowali wydarzenie na boisku i zaczęli z każdą minutą coraz bardziej dominować nad słabnącymi Hajduczanami. Jeszcze na początku Niebiescy dotrzymywali kroku rywalom i Wilimowski strzelił na 3:0. Jednak od tego momentu na murawie niepodzielnie rządzili goście, zdobywając dwa gole i stale mocno naciskając na Niebieskich. Ostatecznie gospodarze ,, dowieźli" zwycięstwo do końca zawodów pokonując Wartę 3:2. W komentarzach pomeczowych dominowały uwagi że Ruch po przerwie ,, spuchł". Według obserwatorów spotkania gospodarze zwycięstwo mogli zawdzięczać dobrze grającemu bramkarzowi oraz indolencji strzeleckiej graczy z Poznania. W drużynie Ruchu po meczu chwalony był bramkarz Brom oraz Dziwisz. Poprawnie a nawet dobrze zagrał Kruk. Najwięcej pretensji śląska prasa miała do Nowakowskiego za brak kondycji oraz do Wilimowskiego, który według części gazet jedynie statystował w spotkaniu. Mimo wątpliwości co do stylu Niebiescy odnotowali trzecie z rzędu zwycięstwo w sezonie i zainkasowali kolejne punkty. Po trzeciej kolejce Ruch wspólnie z Pogonią Lwów przewodził tabeli ligowej z kompletem punktów.
@Safrani
@Pawel13sz
@Ogorinho1974
@NeroTFP1
@Mixtape
@misterio
@Lionel_Messi10
@KrychaFCB
@FcPortoFan1999
@Adran360